piątek, 28 czerwca 2024

Świadectwo

      Jako że, jak to mówią Amerykanie, „long time no see”, przyszedł czas, by się odezwać i wytłumaczyć, a jednocześnie dorzucić do tego kilka słów w temacie wspomnianych Amerykanów i ich wielkiego, pięknego kraju. Oczywiście mam świadomość, że ostatni miesiąc, o którym muszę dać pewne istotne świadectwo, nie odpowiada za moje ostatnie milczenie, ale, owszem, gdyby nie on, kto wie, jak by było. A zatem do rzeczy. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w związku z długim majowo-czerwcowym weekendem, nasza młodsza córka wybrała się do naszego Przemyśla na samotny wypoczynek. Pierwszego już dnia, podczas zakupów straciła przytomnoś i została zabrana do szpitala. Po przeprowadzeniu tomografii stwierdzono obrzęk mózgu i dalsze badania odłożono do następnego dnia. Rano wykonano rezonans głowy i w obecności psychologa poinformowano ją, że stwierdzono dwa przerzutowe guzy w mózgu z najbardziej fatalnymi prognozami. Ona dziś już tego nie pamięta, ale z robionych na bieżąco zapisków wie, że z miejsca zaczęła odmawiać Nowennę Pompejańską, a ja z kolei pamiętam, że moją pierwszą reakcją było udanie się do spowiedzi i w ramach zadanej pokuty, uklęknięcie i wypowiedzenie trzy razy zdania: „Jezu, ufam Tobie”. Taka pokuta, ciekawe, prawda?

      Po kilku godzinach, z Przemyśla nadeszła wiadomość, że po skonsultowaniu wyniku rezonansu, lekarze uznali, że to co widać na zdjęciu, to nie są guzy, a tym bardziej nie złośliwe, zdiagnozowany na początku obrzęk ze zmianami niewiadomego pochodzenia. Kolejne parę dni mijały w nadziei, wierze i łzach, by wreszcie uznano, że nasza córka czuje się na tyle dobrze, by ją przewieźć do Katowic i umieścić w naszej klinice. Po kolejnych dniach badań, lekarstw, stopniowego wykluczania pierwotnego nowotworu i coraz lepszego samopoczucia, córka, z całą kupą lekarstw, została odesłana do domu i dziś jest tak, że jeśli czuje się nie najlepiej, to wyłącznie ze względu na uboczne skutki zażywania owych lekarstw. Oczywiście, ostatecznej diagnozy wciąż nie ma, bardzo mądrzy profesorowie oglądają te zdjęcia i wszyscy zachodzą w głowę, jak to jest, że one są tak dziwne. No właśnie, dziwne, a wokół nich dziś już dobiegają modlitwy z całej Polski.

      W miniony wtorek, do naszego kościoła garnizonowego zostały uroczyście wprowadzone relikwie błogosławionej rodziny Ulmów. W nocy z poniedziałku na wtorek córka obudziła się około 1 i zaczęła się modlić o to, by za wstawiennictwem owej Rodziny, ona mogła podczas nadchodzącej uroczystości nie prosić tylko dziękować. I, jak mi opowiada, nigdy dotychczas nie miała tak silnego, niemal fizycznego odczucia, że oto dzieje się Cud. Następnego ranka, podczas kolejnej konsultacji otrzymała mocną sugestię, że ona nie ma żadnego nowotworu, a jej choroba nie jest w ogóle problemem neurochirurgicznym tylko stanem zapalnym.

       Ona jest oczywiście wciąż chora, ostateczna diagnoza wciąż przed nami, ale wszystko wskazuje na to, że będzie juz tylko lepiej, a już w sierpniu ona będzie mogła zatańczyć na swoim weselu.

       Tymczasem wokół nas kręci się ten nasz świat i już naprawdę brakuje słów i chęci, by komentować nie tylko te nasze smutne sprawy, ale i to co się dzieje na świecie. Wczoraj w Stanach Zjednoczonych odbyła się pierwsza z zaplanowanych debat między Joe Bidenem, a Donaldem Trumpem. Oglądałem owego występu fragmenty, czytałem komentarze i wygląda na to, że zgodnie z naszymi wcześniejszymi obawami, ten wielki, wspaniały, potężny, piękny kraj ponownie nie był w stanie znaleźć kandydatów na urząd prezydenta, z których jeden nie byłby wariatem, a drugi półprzytomną rośliną. W całym kraju, przez tyle juz lat – kto wie, czy nie od czasów Ronalda Reagana – Ameryką rządzą jacyś kosmici.

      Otóż to: czy rządzą? Patrzę na Francję, Wielką Brytanię, Niemcy, Polskę, Kanadę, Brazylię, całą tę nieszczęsna Brukselę i, przepraszam bardzo, ale w jakim stopniu  przywódcy są mądrzejsi, bardziej uczciwi, czy choćby sympatyczniejsi? No dobra, Biden i Tusk to są zepsute roboty, ale reszta? Przecież to jest wszystko podobny poziom. Czemu my ich wybieramy. Oglądam jeszcze raz tego Bidena, co chwilę czytam kolejnego tweeta Donalda Tuska i myślę sobie, że może rzeczywiście ci, którzy realnie rządzą światem nie życzą sobie, by pojawił się gdzieś jakiś lokalny lider, który będzie sie wtrącał, gdy starsi rozmawiają. Może faktycznie, oni podczas swoich codziennych zajęć wykonują ogromną, dodatkową pracę na rzecz przekazania lokalnej włądzy w ręce durniów. I to oni też, gdy się coś nie uda, to podejmą wszelkie możliwe kroki, by zniszczyć kogoś takiego jak Jarosław Kaczyński, Viktor Orban, czy, paradoksalnie nieco, wspomniany Donald Trump. A jeśi tak jest, to obawiam się, że lecimy wraz z całym światem wszyscy głową w dół i nie ma ręki, która ten straszny lot zatrzyma.

      Co zatem? Odpowiedź jest prosta. Pozostaje sie nam obudzić w środku nocy, pomodlić w intencji kanonizacji rodziny Ulmów i w pewnym momencie, tak jak moje biedne dziecko, poczuć ten niezwykły, żywy dreszcz.

 


czwartek, 23 maja 2024

Gdy Szatan opuścił wioskę Michałów

 

       Nie wiem, czy mają Państwo jakiekolwiek wspomnienia związane z wioską o nazwie Michałów, ale podejrzewam, że nie. Obawiam się, choć tu moje wątpliwości są znacznie mniejsze, że również wielu z nas nie kojarzy nawet wydarzenia opisywanego niegdyś w mediach pod hasłem „Dzieci z Michałowa”. Dla przypomnienia więc wspomnę dziś, że ów Michałów zasłynął swego czasu z tego, że wedle doniesień liberalnych mediów, znajdujący się nad granicą polsko-białoruską ośrodek dla szturmujących naszą granicę nielegalnych imigrantów przyjął do siebie grupę kobiet i dzieci z Afryki, tylko po to by ich następnie, wywieźć  z powrotem do lasu na teren Białorusi i tam ich pozostawić, by zdechli. Sprawa „dzieci z Michałowa” – o kobietach jakoś szczególnie nie wspominano – była grzana przez długie tygodnie w oparach zarzutów pod adresem faszystowskiego polskiego rządu i bandy nazistów w mundurach polskich żołnierzy. Hasło „Gdzie są dzieci z Michałowa” oblepiało cały kraj, poczynając od ulic miast i miasteczek, a kończąc na Sejmie, a wszystko to codziennie było starannie relacjonowane przez polskojęzyczne media, i tak przez całe nieznośne tygodnie, by wreszcie umrzeć śmiercią naturalną.

       I oto dziś, proszę sobie wyobrazić, sprawa Michałowa i jego rzekomo zamęczonych przez reżim Kaczyńskiego dzieci wróciła – co ciekawe i przy okazji bardzo znamienne, przy powszechnym milczeniu mediów – ze spektakularnym przytupem. Jak się mianowicie dowiadujemy, po trzech latach od pamiętnej afery, władze zarządzanego przez polityków Platformy Obywatelskiej Michałowa postawiły poświęcony tamtym dzieciom pomnik, na którym obok dzieci mamy przedstawiony drut kolczasty i okrutnego funkcjonariusza straży granicznej, pomnik następnie przykryły odpowiednią płachtą i ogłosiły jego uroczyste odsłonięcie z udziałem okolicznych działaczy, z honorowym gościem w osobie prezydenta Białegostoku Tadeusza Truskolaskiego. I proszę sobie wyobrazić, kiedy już wszystko zmierzało do pięknego końca, który miał nam wszystkich przypomnieć zły czas pisowskiego nazizmu, nastąpił gwałtowny zwrot akcji. Otóż mianowicie sam Donald Tusk, w związku ze zbliżającymi się brukselskimi wyborami, udał się nad polsko-białoruską granicę, spotkał się ze służącymi tam bohatersko żołnierzami i ogłosił, że on i jego rząd, twardo i niezmiennie, wspierają polskie działania mające na celu obronę Polski i Europy przed napływem organizowanej przez Moskwę afrykańskiej dziczy. Śladem owego wystąpienia poszły lewicowo-liberalne media, za nimi popędziła ochoczo dotychczas plująca na polski mundur publiczna opinia, wiadomość o tym co się dzieje dotarła do Michałowa... i cała uroczystość została odwołana. Mało tego. Jak czytam, doszło wręcz do tego, że również przedstawiciele Michałowa udali się na granicę, by złozyć wyrazy szacunku obecnym na granicy żołnierzom i przeprosić ich za wciąż przykryty tą jakąś szmatą pomnik.

      Myślę o tym, co się wydarzyło, już nie tylko nawet w samym Michałowie i jego mackami sięgającymi aż do Białegostoku, ale w naszej Polsce, i nagle przypomina mi się niegdysiejsza odpowiedź, jakiej mi udzieliła niezapomniana śp. Zyta Gilowska, gdy ją zapytałem, czy jej zdaniem to co przed nami to zło, czy zwykła głupota. Oto, co mi ona odpowiedziała:

Oczywiście ZŁO. Jest metafizyczne przecież. Zatem trwałe, energiczne i zdeterminowane. Głupota jest materialna, biologiczna, (może to jakaś plątanina przetok po wyrwie spowodowanej grzechem pierworodnym?). Głupota jest niby rozległa i rozlana, ale miękka i podatna na perswazję, a także na wytrwałe ostrzeżenia. Zło chętnie karmi głupotę – to jest fantastyczne narzędzie dla zła. Dlatego Kościół ustanowiony przez Chrystusa musi wypełniać misję nauczycielską, to jest zasadniczy cel Kościoła Powszechnego – zaraz po głoszeniu Dobrej Nowiny i udzielaniu Sakramentów. A tego właśnie ostatnio dramatycznie zabrakło. Straszny czas zaczął się praktycznie natychmiast po śmierci Jana Pawła II. Jakby puściły jakieś potężne hamulce. Trzeba się modlić i porządnie żyć. Nic więcej pojedynczy człowiek nie może zrobić, chyba że jest lewakiem albo innym postępowcem”.

        „Chyba  że jest lewakiem, czy postępowcem”. Wszystko to wciąż jest jak najbardziej aktualne. Może z jednym wyjątkiem: lewakiem, postępowcem i kimś kto już się tak przeraził ową bezkarnością, że stracił wszelką nadzieję. A zatem, nie traćmy jej. To zło zdechnie prędzej czy później, tak jak ten idiotyczny kawał kamienia postawiony przez bandę głupców gdzieś w maleńkim Michałowie.

  


czwartek, 11 kwietnia 2024

O porażkach zbyt późnych i zwycięstwach za wczesnych

 

     Krótko po pażdziernikowych wyborach rozmawiałem z pewnym znajomym, od lat blisko w ten czy inny sposób związanym ze środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości, a przez ostatnie lata zatrudnionym w jednej z powszechnie znanych, kontrolowanych przez  Państwo spółek. Mój znajomy, człowiek nadzwyczaj uczciwy i głęboko ideowy, powiedział mi wówczas, że z jego punktu widzenia porażka Prawa i Sprawiedliwości nadeszła w ostatnim momencie, który pozwoli jeszcze zachować nadzieję na to, że polska prawica w dającej się przewidzieć przyszłości odzyska władzę i w dodatku, jeśli Bóg nie machnie na nią Swą Boską Ręką, w zdecydowanie lepszej kondycji moralnej, niż dotychczas. Powiedział mi też mój znajomy, że obserwując coraz większą z każdym kolejnym rokiem arogancję władzy PiS-u, zarówno na poziomie państwowym, jak i osobistym, zarówno on, jak i wielu jego znajomych, wręcz modliło się o to, by PiS wreszcie skutecznie oberwał po głowie, i to jak najszybciej, bo na tym poziomie zepsucia kolejne cztery lata okażą się latami ostatnimi, a po Prawie i Sprawiedliwości, w sensie formalnym, ale przede wszystkim praktycznym, nie pozostanie już nawet kurz.

        No i jeszcze jedno w trakcie pamiętnej rozmowy usłyszałem. Otóż, zdaniem mojego znajomego, szansa na to, że Prawo i Sprawiedliwość w miarę szybko podniesie się z w pełni zasłużonego upadku, będzie tym większa im bardziej nowa władza będzie pozostawała sobą, w każdym znanym nam aż nazbyt dobrze aspekcie swego bytowania.

       I oto nie minęły nawet cztery miesiące od powołania nowego rządu, jak doszło do pierwszej poważnej weryfikacji przywołanych powyżej diagnoz, w postaci mianowicie lokalnych wyborów i ich wyników. Jak wiemy, mimo październikowej porażki, a co za nią idzie utraty niemal całej władzy państwowej, mimo przejęcia przez reżim publicznej telewizji, papierowych i elektronicznych mediów lokalnych, mimo pozbawienia opozycji wszelkich istotnych narzędzi propagandowych, mimo wreszcie powszechnego wprowadzenia owego, jak to wyjątkowo celnie określił Prezydent, „terroru praworządności”, Prawo i Sprawiedliwiość wybory samorządowe wygrało, zdobywając władzę w co najmnniej pięciu województwach i najpewniej w zdecydowanej większości powiatów, a więc... w Polsce.

      Często jest tak, że jeśli w którymś z europejskich krajów dochodzi do wyborów parlamentarnych, wkrótce potem przychodzą wybory lokalne i owe wybory wygrywa zwycięska partia. I to jest zrozumiałe do tego stopnia, że jeśli nagle zaledwie parę miesięcy po objęciu władzy partia rządząca bierze lanie w samorządach, to jest to news na całą Europę. A zatem my dziś również mamy do czynienia z wydarzeniem na skalę europejską, tym większym, w moim przekonaniu, że tu akurat porażkę poniosła nie jakaś tam Platforma Obywatelska, czy Obywatelska Kolaicja, czy jakiś Donald Tusk, ale Europa właśnie, reprezentowana przez Niemcy i Francję, stowarzyszone w ten czy inny sposób z Putinowską Rosją i Białorusią Łukaszenki. Jeśli po zaledwie czterech mięsiącach rządzenia władza uzyskuje wynik, który wspomniane cztery miesiące wcześniej nie dałby jej w żaden sposób pamiętnego zwycięstwa, to znaczy, że nie tylko sama władza, ale również jej zagraniczni sponsorzy nie posiadają nic poza arogancją połączoną z dramatyczną wręcz niekompetencją.

         I tu, by zakończyć te króciutkie powyborcze refleksje, chciałbym wrócić do swojej rozmowy z moim znajomym i refleksji z niej wypływających. Otóż wygląda na to, że, wbrew wspomnianym wcześniej nadziejom na to, że pażdziernikowa porażka da politykom Prawa i Sprawiedliwości czas i okazję na ogarnięcie się i doprowadzenie swojego morale do jako takiego porządku, tego czasu nie dostaliśmy wystarczająco dużo. Obawiam się, że jedynym efektem owej nędzy, jaką zaprezentował Donald Tusk ze swoją ferajną, tu i w Niemczech,  będzie to, że Jarosław Kaczyński uzna, że przeciwnik zwyczajnie nie istnieje. I jeśli tak się stanie, będzie bardzo źle.

          Osobiście jednak liczę, że nawet jeśli tego czasu okaże się obiektywnie zbyt mało, to nie dla niego. Nie dla Prezesa. Przynajmniej na tyle, by uznał za nie cierpiące zwłoki rozwiązanie struktur PiS-u w Katowicach i wprowadzenie tu kogoś na miarę choćby śp. Przemysława Gosiewskiego, niech spoczywa w pokoju.




      

         

czwartek, 4 kwietnia 2024

GERARD WARCOK: ROK 2024

 

                                                         Rok 2024


Rok 1888: Duńczyk G. Brandes w swej książce „Polska” pisze: "Wszędzie, wszędzie fanfary potężnych gwałtowników, lub chóry bezczelnych hipokrytów. I wszędzie głupota jako gwardya przyboczna kłamstwa, wszędzie cześć i bojaźń przed wszyskiem co podłe, wszędzie to samo gminne urąganie temu, co jedynie święte i szlachetne". "O, Polsko! Ty jesteś wielkim symbolem. Symbolem spętanej i zdeptanej wolności, symbolem bez widoku zwycięstw, a jednak z nadzieją zwycięstwa wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu – pomimo wszystko".

Rok 1984” G. Orwella: Pod rządami patologicznej władzy usidlona ludność dzieli się na indoktrynowanych funkcjonariuszy Partii i nieznaczących proli. Hasła Partii to: „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. Myślenie o aktualnym faktycznym stanie rzeczy oraz o historii i przyszłości niezgodne z rozumieniem Wielkiego Brata jest karalną myślozbrodnią. Oparcie się o prawdę i ufność – podstawy życiotwórczego wzrastania - stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo. Niegodziwość, kłamstwo, zdrada, nienawiść, biedowanie, zbrodnie wraz z dwójmyśleniem i nowomową są traktowane jako ewolucyjne osiągnięcie ludzkości. „Obłąkańcza łatwowierność” wobec władzy, która wszystkich niszczy jest powszechna.

Rok 2024: Afiszowane serca skrywają nienawiść, uśmiech – zwodzenie, praworządność - prześladowanie. Współpraca w zewnętrznym oraz wewnętrznym, psychicznym świecie z siłami, które dewastują ludzi trwa. Kordon informacyjny i manipulacje wzmacniają uległość w procesie uprzedmiotowienia potencjalnie wolnych bytów. Wyborcy destrukcyjnej władzy nie otrzymują materialnych korzyści lecz biednieją. O miłości do władzy, która ludzi niszczy decydują ukryte w głębi psychiki specyficzne emocjonalne gratyfikacje. Ich odsłonięcie i nazwanie daje nam nadzieję.


niedziela, 17 marca 2024

Gdy Ruch Ośmiu Gwiazdek zamawia świeżą dostawę pieluch

      Pewnie nie tylko ja to zauważyłem, ale gdybym to jednak tylko ja był taki spostrzegawczy, pragnąłbym zwrócić naszą uwagę na pewien zupełnie niezwykły trend jaki w ostatnich tygodniach pojawił się po tak zwanej „reżimowej stronie”. Otóż zarówno znaczna część zwykłych komentatorów politycznej sceny, jak i również niektórzy mniej lub bardziej znaczący dziennikarze i politycy tworzący front walki z Prawem i Sprawiedliwością, zaczęli głosić opinię, że koniec owego PiS-u jest już bardzo bliski, z tego przede wszystkim powodu, że Jarosław Kaczyński jest dziś półprzytomnym staruszkiem, który nie odróżnia przysłowiowej dupy od łokcia, i który, jeśli jeszcze jakoś publicznie funkcjonuje, to wyłącznie dzięki takim wspomagającym funkcje życiowe środkom jak pielucha i osoba która ową pieluchę mu regularnie zmienia. To że tego typu opinia pojawiła się w publicznej przestrzeni, z jednej strony ze względu na swoją kompletną absurdalność, mnie zdziwiła, z drugiej jednak przyjąłem ją z pewnym zrozumieniem, jako że poziom zidiocenia obserwowany po tak zwanej stronie „jebaćpisowej” stał się w ostatnich latach nadzwyczaj transparentny i naprawdę trudno jest dziś wykluczać istnienie intelektualnych i kulturowych patologii choćby w najbardziej drastycznym wydaniu.

      Wprawdzie wciąż miałem nadzieję, że jeśli wiarę w to, że Jarosław Kaczyński, człowiek przecież ledwie co 74-letni, w niekontrolowany sposób porusza się po świecie, poczynając od załatwiania potrzeb fizjologicznych, a kończąc na podejmowaniu prostych politycznych decyzji, możemy zaobserwować nie tylko w intelektualnie spauperyzowanym motłochu, ale również u osób publicznie rozpoznawanych i często też tu i ówdzie szanowanych, to ci drudzy doskonale wiedzą, że to wszystko to są tanie bajki rozpuszczane z myślą o tych pierwszych, ale ponieważ cel uświęca środki to należy nie ustępować. Stało się jednak tak, że najpierw postanowiono powołać sejmową komisję to zbadania tzw. Afery Pegasusa, a następnie, jakby tego było mało, na głównego świadka powołano tego właśnie Jarosława Kaczyńskiego.

      Przepraszam bardzo, ale jakiż to dziwny pomysł stał za podjęciem tego rodzaju decyzji. Czy oni wiedzieli, że Kaczyński sobie  jednak jakoś z tym wyzwaniem poradzi, ale byli pewni, że oni to zrobią lepiej od niego? To jest oczywiście możliwe, ale chyba jednak mało prawdopodobne. Tam musiał być ktoś, kto by im jednak powiedział, że ryzyko jest zbyt duże i cały ten projekt może się skończyć fatalną klapą. A zatem może wzywanie Jarosława Kaczyńskiego przed ową komisję, w dodatku w taki sposób, by jego wystąpienie było przez cały dzień relacjonowane na  żywo przez wszystkie polskie media, było częścią jakiegoś antyrządowego spisku? Taka ewentualność wydaje się jednak zbyt absurdalna by ją brać pod uwagę. A zatem, pozozostaje już tylko trzecia możliwość: oni wszyscy są tak głupi, że w rzeczy samej uwierzyli, że jeśli wezwie się Jarosława Kaczyńskiego, by stanął przed ich obliczem, to on, jak to interesująco określił popularny twitterowy profil „Ruch Ośmiu Gwiazdek”, zwyczajnie się „zesra” i świat skona ze śmiechu. Posłów reprezentujących w komisji Prawo i Sprawiedliwość się pod byle pretekstem wyrzuci z sali, no i wtedy posłowie Zębaczyński, Trela, Kluzik i Sroka go najzwyczajniej na świecie najpierw upodlą, a potem ostatecznie zniszczą. Innego wyjaśnienia owej przedziwnej decyzji nie widzę i nie sądzę, by takie było.

      Ze względu na brak czasu, nie byłem w stanie oglądać wystąpienia Prezesa przez całą jego długość od rana do wieczora, ale, owszem, kilka jego większych fragmentów widziałem. W dodatku zapoznałem się z opiniami na temat tego co się tego dnia stało, zarówno publikowanymi w internecie, jak i w ogólnopolskich mediach. Powszechny nastrój jest taki, że z prawej strony sceny słyszymy radosny śmiech i złośliwe rżenie, a z  lewej wściekłość połączoną z  czarną rozpaczą. Wspomniany wcześniej profil „Ruch Ośmiu Gwiazdek” posunął się wręcz do tego, że nie owijając w bawełnę, stwierdził, że to nie komisja „rozjebała” świadka, ale świadek „rozjebał” komisję i wezwał wszystkich jej członków do złożenia dymisji.

      Kiedy piszę ten tekst, jest sobota, jutro niedziela, no a potem kolejny tydzień. Czy jest taka możliwość, że przewodnicząca Sroka ogłosi w poniedziałek, że przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego się zakończyło i owi państwo spróbują jakoś wrócić na kurs i ścieżkę? Kto to może wiedzieć? Każdy ruch niesie tu określone ryzyko, no a poza tym, nie sądzę, by którykolwiek z nich nagle odzyskał rozum i uznał, że jednak najpewniej Kaczyński się nie „zesra” i lepiej będzie mu dać spokój i liczyć, że ktoś go może zastrzeli. Więc może jednak będziemy mieli kolejny dzień tej rzeźni. Moim zdaniem jednak, to co nastąpi dalej jest już bez najmniejszego znaczenia. Nawet jeśli gdzieś tam krążą jeszcze jakieś niedobitki, które wierzą, że może Kaczyński był w piątek pod działaniem narkotyków, lub czegoś tam równie skutecznie podtrzymującego go przy życiu, przysłowiowe mleko się rozlało i tego co cała Polska była świadkiem, odzobaczyć się już nie da. Moim zdaniem, to już jest koniec. Ktokolwiek dziś – również w obozie szeroko pojętej prawicy – będzie chciał powtarzać owe brednie, że Jarosław Kaczyński to skończony, nieprzytomny i cieżko schorowany staruch, narazi się na poziom szyderstwa, spod którego się nie podniesie. I to jest wiadomość bardzo dobra. Kto wie, czy w dzisiejszej politycznej sytuacji dla nas nie najważniejsza.



poniedziałek, 11 marca 2024

CBOS w obronie władzy wulgarnie represjonowanej

 

      Podczas zwykłego porannego przeglądania informacji dnia, trafiłem na jedną, która zainteresowała mnie może nieco bardziej niż inne, tę mianowicie, że rządowa od czasu powołania jej do życia przez pamiętnego płk. Kwiatkowskiego, grupa badawcza CBOS opublikowała najnowszy sondaż. Z sondażu owego wynika, że gdyby wybory parlamentarne odbyły się w minioną niedzielę, udział w nich wzięłoby 82 procent Polaków i wygrałaby je zdecydowanie Koalicja Obywatelska, uzyskując niezmienne 29 procent głosów. PiS-owi natomiast od początku roku poparcie spadło o 6 procent i, jak należy się spodziewać, drzwi prowadzące do ostatecznej likwidacji nazistowskiej prawicy w Polsce uchylają się stopniowo i nieodwołalnie. Ponieważ już parę razy wcześniej zastanawiałem się nad losem CBOS-u, sięgnąłem głębiej i znalazłem wiadomość, że jeszcze w grudniu ubiegłego roku nowa władza na miejsce wieloletniej dyrektor ośrodka, prof. Mirosławy Grabowskiej powołała naukowczynię, politolożkę i habilitowaną doktorkę Ewę Marciniak i to ona właśnie będzie teraz dbała o nasz obywatelski komfort.

        W czym rzecz? Czemu mnie to wydarzenie aż tak zainteresowało. Otóż, wbrew temu co by się mogło wydawać, nie ze względu na Marciniak, ale Grabowską, no i... Beatę Michniewicz z radiowej Trójki. Jak pewnie wielu z nas pamięta, kiedy po roku 2015 Prawo i Sprawiedliwości zmieniło władze radia i telewizji, z paroma niezbędnymi zupełnie wyjątkami, nie usunęło nikogo. Jeśli tam nastąpił jakikolwiek ruch, to wyłącznie spowodowany całkowicie dobrowolnym złożeniem wypowiedzeń przez znaczną część popularnych dziennikarzy, w proteście przeciwko tzw. przejęciu mediów przez PiS. Beata Michniewicz, a więc osoba, która pracowała w radio ponad 40 lat nie odeszła i włos jej z głowy nie spadł. Czy ona stała się pracownikiem rządu? Z tego co wiem, w żaden sposób. Ona wciąż była tą samą Beatą Michniewicz, a dziś wszystko wskazuje na to, że wyleciała tylko za to, że w 2015 nie przyłączyła się do bojkotu.

         Dziś zwolniono prof. Grabowską, która pozostawała dyrektorem CBOS-u od roku 2008 i przez te wszystkie lata, w tym osiem pod władzą PiS-u, nikt marnego słowa jej nie powiedział. A sam pamiętam, jak ówczesna opozycja wręcz błagała Prezesa, by ową „wybitną i całkowicie niezależną naukowczynię” wywalił z firmy na twarz i zamiast niej umieścił tam Kurskiego, czy Tomasza Sakiewicza choćby. Tak by się dopełniło...

        Nic z tego. Grabowska w pełnym komforcie zawiadywała Ośrodkiem, aż do grudnia zeszłego roku. A ja się domyślam, że to co ją zgubiło, to brak odpowiedniej czujności w momencie prawdy. Dzieci rewolucji nie wybaczają. No ale tu oczywiście pojawiła się wspomniana Ewa Marciniak. Dotychczas traktowałem ją tu jako osobę mniej lub bardziej anonimową, faktem jest jednak to, że ja ją znam i pamiętam bardzo dobrze jeszcze z lata 2015 roku. Oto któregoś dnia trafiłem na nią w telewizji TVN24, gdzie zaproszona do skomentowania słabnących notowań Platformy Obywatelskiej najpierw się autentycznie zatkała, by po chwili nabrać oddechu i z błyskiem w oku ogłosić, co następuje:

Jeśli Platforma pozwoli na to, by być tak zwanym chłopcem do bicia, czyli że właściwie każdy w sposób niekontrolowany i wulgarny może odnosić się do rządzącej koalicji i opinia publiczna będzie się koncentrować wyłącznie na aferach taśmowych, czas jest stracony i niewystarczający”.

        Nie wiem siłą rzeczy, jak na przestrzeni tych lat układały się związki pani politolożki ze stacją TVN24, ale mam wrażenie, że ona tą wypowiedzią faktycznie tam zadebiutowała, a potem już tylko była odpowiednio przez nich eksploatowana, aż wreszcie się dochrapała. Wpływu na rozwój wydarzeń większego niż wówczas mieć nie będzie, ale no ale zawsze przynajmniej będzie mogła napsuć krwi tym z nas, którzy w niekontrolowany, a niekiedy nawet wulgarny sposób będą się odnosić do jedynej prawowitej władzy.

  


sobota, 9 marca 2024

Jaki jest sens produkować laleczki voodoo osób zmarłych?

      Gdyby ktoś myślał, że to wszystko zaczęło się w roku 2015 albo choćby nawet w 2010, to ja chętnie przypomnę jedną ze swoich historii, opowiedzianych tu na tym blogu znacznie, znacznie wcześniej, gdzie to pewien mój znajomy, dawny solidarnościowiec, zapytany przeze mnie, jaki rząd byłby jego ulubionym, odpowiedział, że jemu jest doprawdy wszystko jedno, kto będzie w Polsce rządził, byle on miał to szczęście osobiście kopnąć w taboret, na którym ze sznurem na szyi będzie stał Jarosław Kaczyński. To było, o ile pamiętam w roku 2007, czyli pod koniec dwuletnich rządów koalicji PiS-u z Romanem Giertychem i Andrzejem Lepperem, ale jak wszyscy możemy łatwo zauważyć, nawet nie to, że dziś jest gorzej, ale że od tamtego czasu praktycznie niewiele się zmieniło. Tyke tylko może, że owa nienawiść się mocno ugruntowała i dziś stanowi w gruncie rzeczy potwierdzoną medycznie jednostkę chorobową.

       Skąd to wiem, że mamy do czynienia z faktycznym schorzeniem? Przede wszystkim oczywiście z codziennych obserwacji, ale też z moich wielokrotnych rozmów ze znajomym, nadzwyczaj doświadczonym, psychoterapeutą, który, podobnie jak ja, ze swoich obserwacji, ale też rozmów z pacjentami, ale też z własnych badań, musiał dojść do wniosku, że wszyscy ci ludzie, którzy dziś wciąż budzą się i zasypiają z życzeniem śmierci na ustach, są dotknięci ciężką psychiczną chorobą. Rozmawiałem z nim ledwo co kilka dni temu i zapytałem jak to jest, że oni wszyscy dziś, kiedy Prawo i Sprawiedliwość zostało w upokarzający sposób pokonane, a niemal jako wisienkę na torcie dostali jeszcze cieżki nowotwór Zbigniewa Ziobro, zamiast rozsiąść się wygodnie w fotelach i sączyć pierwszej klasy whisky, pozostają w dokładnie tej samej furii, co przez te wszystkie minione lata. No i ów mój znajomy psychoterapeuta odpowiedział mi, że oni już nigdy nie będą w stanie poczuć pełni szczęścia, bo też i nie są w stanie funkcjonować bez tej swojej nienawiści, która ich utrzymuje w postawie wyprostowanej, a jednocześnie w sposób okrutny uzależnia i stopniowo niszczy.

         Wspomniałem o chorym Zbigniewie Ziobro. Jego choroba oczywiście  daje zimną satysfakcję wielu z nich, ale też proszę zauważyć, że w tym samym czasie sprawia pewien kłopot. Od czasu gdy pojawiły się pierwsze informacje o tym nieszczęściu, nie trzeba było długo czekać, by usłyszeć głosy ludzi, którzy wpadli w autentyczną panikę, widząc że nie dość, że nie będą mieli już powodu by dalej wbijać te szpilki w uplecione przez siebie laleczki voodoo, ale stracą bardzo mocne wsparcie dla owej życiodajnej nienawiści. To oni nagle – proszę uprzejmie zauważyć owo przedziwne zjawisko – zamiast cieszczyć się z tego, że owa upragniona śmierć jest już za rogiem, zaczęli się wzajemnie przekonywać, że z tym rakiem to bujda na resorach, a Ziobro ma się bardzo dobrze. Żyje skurwysyn, na pewno żyje i jest zdrowy, tak jak Kaczyński, Duda i cała reszta tej szarańczy.

        Dziś na Twitterze trafiłem na absolutnie niezwykłą wypowiedź pod zamieszczonym przez wspomnianego Zbigniewa Ziobrę podziękowaniem dla zmarłej niedawno pani doktor ze szpitala w Lublinie, która z niezwykłą troską zajmowała się nim w najbardziej ciężkim okresie jego choroby. Widząc prawdopodobnie, że z tym rakiem to chyba jednak prawda i na tym dłużej się pojechać nie da, ów dziwny komentator napisał co następuje:

Dobra dobra. Jak by Pan kipnął to zaraz by się znalazło że tego czy tamtego nie przewidziała i się zacznie trzepanie szpitala. Macie w tym doświadczenie. Proszę z siebie nie robić świętego, wszyscy w Warszawie pamiętamy co Pan wyprawiał. Wstyd”.

      I to jest już jakiś postęp. Parę tygodni temu, również w internecie, dziennikarka „Newsweeka” red. Eliza Michalik zamieściła komentarz, w którym wyraziła absolutne przekonanie, że Zbigniew Ziobro ma się dobrze i nic mu nie jest, a na dodatek zapewniła, że jeśli on „kipnie”, to ona jest nawet gotowa go przeprosić. Ta wypowiedź przypominała nieco wcześniejszą, pewnego popularnego twitterowicza, który od chorej na nowotwór dziennikarki telewizji TVP Info zażądał ujawnienia doumenatacji szpitalnej, z podobną deklaracją, że jeśli ona mu dośle odpowiednie papiery, to ją też przeprosi. No ale tu mieliśmy do czynienia zaledwie z dziennikarką i internetowym komentatorem. W przypadku tego człowieka od „kipowania” jest znacznie gorzej. Oto, jak ów sam siebie przedstawia, jest on „ortopedą chirurgiem” z prywatną praktyką i nazwiskiem dr Maciej Miszczak, a więc kimś komu nie dość, że nie wypada być osobą psychicznie chorą, to już na pewno chwalić się nią publicznie. No więc dziś wydaje się, że z tym, że Zbigniew Ziobro jednak faktycznie jest ciężko chory, będzie się trzeba pogodzić, no ale ponieważ tak się oczywiście żyć nie da, to trzeba też będzie wbijać te szpilki w wizerunki zmarłych.

        Co nam zatem ta sytuacja przekazuje? Otóż nic wesołego, niestety. To się nigdy nie skończy. Nawet gdy wszystkie resorty siłowe, zawiadywane przez ministrów Bodnara, Kosiniaka-Kamysza i Kierwińskiego wszystkich nas pozabijają, a niedobitki wyślą na zaprzyjaźniony Sybir, oni zabiorą się za swoich, i to niezależnie od tego, czy będa mieli do czynienia ze staruszkami, czy małymi dziećmi. Tym na dodatek będą niszczyć pluszaki i laleczki Barbie.







Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...