Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawiść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawiść. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 stycznia 2018

O zawiści, jako szaleństwie i metodzie

      Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że nadmierne przeciaganie jednego tematu może wywołać znudzenie, lub, co gorsza, wzruszenie ramion, tak jednak wyszło, że wczoraj napisałem tekst, w którym przedstawiłem sposób, w jaki działa tak zwany „rynek książki”, a na to pojawił się pewien kręcący się tu od jakiegoś czasu czytelnik i napisał co następuje:
      „Rynek odrzucił treści z Krzysia i Gabrysia, stąd frustracja, zazdrość i żółć, która was, prowincjonalni literaci, zalewa”.
      A ja, choć oczywiście mógłbym, i kto wie, czy nie powinienem, zlekceważyc owe pretensje, uważam, że ten jeden raz wypada mi właśnie im poświęcić nieco uwagi. Rzecz bowiem w tym, że one w żaden sposób nie są jakoś szczególnie egzotyczny, a wręcz przeciwnie, pojawiają się w dokładnie tej samej wersji niemal od pierwszego dnia, kiedy zacząłem prowadzić ten blog, a więc od pamiętnego ataku na Rafała Ziemkiewicza. To wtedy bowiem po raz pierwszy usłyszałem, że jeśli ja kieruję pod adresem Ziemkiewicza jakiekolwiek nieprzyjazne uwagi, to wyłącznie przez to, że mu zazdroszczę i chciałbym być taki jak on.
     Zarzut ten, jak mówię, wracał do mnie dziesiątki, a może i setki razy, a ja nawet nie mam siły by na niego odpowiadać. Czemu zatem dziś postanowiłem postapić tak oryginalnie, szczerze powiedziawszy, nie wiem, no ale myślę, że dobrze się stało, bo przynajmniej tę jedną kwestię będziemy mieli raz na zawsze załatwioną.
     Otóż przede wszystkim, mam bardzo mocne przekonanie, że ludzie, którzy podejrzewają mnie o to, że zazdroszczę rzekomego sukcesu Ziemkiewiczowi, Twardochowi, Stasiukowi, czy nawet Zbigniewowi Zamachowskiemu, sami przeżywają swoje życie, zazdroszcząc stale i wszystkim: temu, że ma ładną żonę, tamtemu, że ma duzo pieniędzy, innemu, że ma ładny samochód, jeszcze innemu, że jest przystojny, a całej reszcie, że w ogóle im się bardziej niż jemu w życiu powiodło. Oni najpewniej do tego stopnia uważają zazdrość za stan naturalny, a niekiedy może nawet za swego rodzaju zaletę, która czyni z nich osoby  ambitne, że nie są w stanie uwierzyć, że zyją na świecie ludzie, którzy nikomu nie zazdroszczą niczego, ludzie, którzy nawet jeśli nie do końca są zadowoleni z tego co mają i starają się to zmienić, czynią to wyłącznie na swój własny rachunek. Więcej. Owi ludzie są głęboko przekonani, że nawet jeśli ktoś ma zdrowie, kochającą rodzinę, przyjaciół, dobrą pracę i parę solidnych codziennych przyjemności, to i tak go wciąż prześladuje myśl, że ktoś tam ma więcej i lepiej. Skąd to przekonanie? No stąd własnie, że oni sami tacy właśnie są i bardzo nie chcą się czuć jacyś wyjątkowi.
       Przychodzi więc oto ów wspomniany na początku czytelnik i sugeruje mi, że kiedy ja piszę, że sukces Twardocha to sukces pozorny, to ja to robię właśnie dlatego, że świetnie wiem, że jest odwrotnie, tylko mi moja pożółkła z wściekłości zawiść nie pozwala tego przyznać. Ja chciałbym umieć pisać jak Twardoch, chciałbym mieć tyle co on czytelników, chciałbym występować w telewizji, chciałbym udzielać wywiadów dla gazet, chciałbym otrzymywać literackie nagrody, jeździć na wakacje do Toskanii, no i wreszcie chciałbym mieć tyle co on pieniędzy, ale ponieważ wiem, że to jest niemożliwe, zapluwam się w tej swojej bezradności i tym samym wystawiam się na śmieszność.
       Ktoś pewnie teraz ode mnie oczekuje deklaracji, że ja nie zazdroszczę i że jestem z tego jak żyję i z tego, co to życie mi przynosi, bardzo zadowolony i ani mi w głowie ryzykować jakiejkolwiek zmiany. Otóż nic z tego. Jestem pewien, że wiekszość stałych czytelniików tego bloga, a więc ludzi, którzy zdążyli mnie wystarczająco dobrze poznać, wiedzą to wszystko doskonale. Chciałbym natomiast wyrazić obawę, że ci wszyscy, którzy tu przychodzą tylko po to, by ze mnie drwić, robią to wyłącznie dlatego, że zazdroszczą mi tych tekstów, tych czytelników, tych książek, tej niezależności, tych wszystkich dobrych słów, które każdego dnia spotykają mnie ze wszystkich stron; zazdroszczą mi żony, dzieci, przyjaciół, pogody ducha, radości z życia, zdrowia, a kto wie, czy i nie zmartwień, których im wszystkim tak bardzo brakuje. Mam wrażenie, że oni są trochę jak ci księża, którzy pewnego dnia odchodzą z Kościoła, bo nie mogą znieść trywialności ludzkich grzechów.
      Za tym ich szyderstwem, a często i nienawiścią, stoi zatem czysta zawiść, jeden z siedmiu grzechów głównych.
      Nie polecam. To już znacznie lepiej jest nażreć się za bardzo.

Z tego co wiem, już niedługo, w ramach przewietrzania magazynu, to co zostało z nakładu „Marek, dolarów, bananów”, oraz „Rock and rolla” zostanie przesunięte do do mnie do Katowic, a zatem oba tytuły będą wysyłane do czytelnika z osobistą dedykacją autora, co niektórym z nas może się zapewne spodobać. Dam znać, kiedy już wszystko ruszy, a tymczasem zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.   

        

czwartek, 29 sierpnia 2013

Zawiść jako choroba śmiertelna

Tekst dzisiejszy mogłem napisać już bardzo dawno. Powiedziałbym, że niemal każdy dzień, jaki minął od dnia, kiedy tu zacząłem prowadzić ten blog, stanowiłby dla tego fantastyczną okazję, jednak jakoś zawsze mi się wydawało, że nie wypada. Wczoraj jednak stało się coś, co mnie zmusiło do zajęcia się sprawą na poważnie. Otóż bloger, którego wcześniej chyba nie znałem, ale który, jak sam napisał, śledzi moje teksty dzień za dniem, zwerbalizował coś, co wielu przed nim zdołało jedynie zaczepić mniej lub bardziej przejrzystą aluzją. Już tłumaczę, o co chodzi.
Jak większość czytelników wie, od czasu gdy prowadzenie tego bloga w formie, jaką znamy, doprowadziło do tego, że straciłem stałą i bezpieczną pracę, i sprawiło, że każda próba zarobienia na utrzymanie rodziny stanowi dla mnie do dziś bardzo duży, za każdym razem osobny, wysiłek, ogłosiłem na tym blogu właśnie, że gdybym potrafił grać pięknie na gitarze, udałbym się z czapką na dworzec i prosił o wsparcie. Ponieważ jednak grać na gitarze nie potrafię w ogóle, natomiast moje pisanie niektórym się podoba, będę prosił tych, którym ono daje jakąś satysfakcję, o traktowanie tego bloga, jako swego rodzaju dworca kolejowego, na którym ktoś stoi z gitarą i śpiewa „Baby I’m Gonna Leave You”, czy coś w tym rodzaju. I to właśnie – a nie, jak sądzą niektórzy, fakt, że poczułem się prawdziwą gwiazdą, czy to, że się na kogoś obraziłem – stanowiło jedyny powód, dla którego założyłem własną stronę: aby uniknąć mocno dwuznacznej sytuacji załatwianie swoich spraw na obcym portalu, jakim dla mnie zawsze był Salon24. Od tego czasu, prowadzenie bloga, oprócz pracy mojej żony, i tego wszystkiego, co uda mi się trafić, stanowi podstawę naszego utrzymania. Piszę te teksty, staram się, by mimo różnego rodzaju różnych obowiązków, zawsze znaleźć czas, no a przede wszystkim inspirację do tego, by to tu to tam napisać coś, czego nie będę się mógł wstydzić, a wszyscy ci, którym ich czytanie przynosi odpowiednią satysfakcję, dzielą się ze mną w sposób, jaki uznają za właściwy. I wszyscy pewnie czekamy, aż ten czarny czas się skończy.
I kiedy wydawało się, że to wszystko, co ci, którym to pisanie ością w gardle stoi, chcieli osiągnąć, zostało osiągnięte, niemal natychmiast okazało się, że nie; że ofiar ciągle za mało. Doszło w pewnym momencie do tego, że blogerka Magda Figurska w którymś z komentarzy dotyczących sytuacji, w jakiej się znalazłem, opublikowała odpowiedni zapis kodeksu wykroczeń dotyczący kar, jakie są przewidziane za uprawianie żebractwa.
Proszę zwrócić uwagę, jaka jest sytuacja. Ja, apelując o wsparcie, nie udaję, że mam na uwadze jakieś wyższe cele, że tu chodzi o wspieranie wolnego słowa, że mnie prowadzenie tego bloga dużo kosztuje i w związku z tym coś się dla mnie należy, że, wreszcie, my prawdziwi patrioci, powinniśmy sobie pomagać w budowaniu archipelagów polskości. Ja, najuczciwiej i najlepiej, jak tylko potrafię, piszę te teksty, i proszę wszystkich, którym się to pisanie podoba, o wysyłanie mi pieniędzy, bo jesteśmy biedni i bez nich zwyczajnie nie przeżyjemy. Tu nie ma ani podstępu, ani wyrachowania, ani jakiejkolwiek przebiegłości. Ja stoję z tą gitarą, gram, najlepiej jak tylko potrafię, te swoje piosenki i wystawiam kapelusz, mówiąc: „Co łaska”. I jeśli ktoś myśli, że to jest dla mnie frajda, życzę mu, by miał okazję kiedyś spróbować.
Niedawno przeczytałem komentarz blogera Sowińca, który najpierw wyraził opinię, że prawdziwy mężczyzna powinien potrafić zarobić na utrzymanie rodziny, a następnie pochwalił się, że on zawsze sobie radził finansowo, a w takim PRL-u to do tego stopnia, że przez telefon relacjonował sytuację w Polsce dla Wolnej Europy, za co każdorazowo dostawał większe pieniądze, niż za miesiąc swojej pracy na uczelni, i dla niego dziś wyjechać na narty w Alpy, to tyle co splunąć.
Wyobraźmy więc teraz sobie owego Sowińca, prywatnie harcerza Jerzego Bukowskiego z Krakowa, jak idzie sobie ulicą na spacer, i nagle pod którymś z murów trafia na grającego na gitarze, czy na bębenku choćby, jakiegoś człowieka, jednak tym razem nie klasycznego ulicznego buskera, który to swoje granie traktuje jako dodatkowo źródło dochodów, czy okazję, by zarobić coś na wakacje, ale kogoś, kto swoje cele przedstawia na załączonej tabliczce: „Nie mam na życie”. Czy można sobie wyobrazić, że harcerz Sowiniec na ten widok wykrzywi w pogardzie swoje usta i zakomunikuje temu człowiekowi, że to co on robi, to wstyd i hańba? Otóż nie. Tego wyobrazić sobie nie można. Jerzy Bukowski tak nie postąpi, bo jest osobą wrażliwą na ludzką biedę i w ogóle na ludzkie przypadki. Podobnie, można podejrzewać, stałoby się, jak idzie o wszystkie inne osoby, które, czy to tu na moim blogu, czy na blogach obcych szydzą z mojej sytuacji i szukają ratunku w działalności kontrolnej urzędów skarbowych. Oni by tak się nie zachowali, bo są ludźmi niezwykle wrażliwymi na ludzką biedę, ludzkie losy i ludzki upadek.
Skąd ja to wiem? A to stąd mianowicie, że ostatnio – a przecież nie tylko ostatnio – otrzymałem zbyt dużo dowodów, wskazujących na to, że im chodzi tylko o ten jeden blog i tego jednego człowieka. Z jakiego względu? Co spowodowało ten akurat poziom troski o to, bym się nie kompromitował swoją żebraniną? Tego oczywiście z całą pewnością wiedzieć nie możemy, ale za to możemy próbować się domyślić. Podobnie jak przed laty zostałem pozbawiony pracy z powodu swoich poglądów, tak samo dziś ci wszyscy nowi kontrolerzy ludzkich sumień, być może chcą mnie pozbawić środków do życia właśnie z powodu moich poglądów. Różnica jest tylko taka, że, podczas gdy wtedy za mnie się wzięli tamci, dziś wokół mnie krążą już niemal tylko „nasi”. I rzecz w tym, że po raz kolejny może się okazać, że naszym problemem nie są ludzie, którzy stoją po przeciwnej stronie i nie kochają Polski, Kościoła i naszych bohaterów, ale że naprzeciwko siebie mamy ludzi zwyczajnie zawistnych i podłych. Jak to ludzie.
A więc poglądy… ale może coś jeszcze? Pamiętam, jak jeszcze nie tak dawno udzielał się w Salonie24 bloger podpisujący się nickiem Pantryjota, który swój blog w pewnym momencie przekształcił w strzelnicę, na której każdy, kto tylko chciał, mógł sobie postrzelać do mnie i do Coryllusa. Wprawdzie przez to, że Pantryjota miał bardzo radykalne antypolskie i antykościelne poglądy, na jego blogu, poza chyba Sowińcem, nie pojawiali się przedstawiciele tak zwanej prawej strony sceny politycznej, jednak atak jaki był kierowany w naszą stronę nie był polityczny, a aktywny udział w nim Sowińca świadczyć może o tym tylko najlepiej. Chodziło więc o to, by nas zniszczyć, jako ludzi. Za co? Oryginalnie oczywiście za poglądy i ich bardzo ekspresyjne wyrażanie, ale na zewnątrz to był tylko atak wymierzony w ludzi, z których jeden wygląda jak tłusty wieprz, a drugi jak małpa. Pamiętam, że były chwile, kiedy to szaleństwo osiągało takie rozmiary, ze ja wpadałem w autentyczna panikę. No bo w końcu, jak to jest możliwe, by pojedynczego człowieka tylko za to, że ma jakieś tam poglądy i je z pasją wyraża, aż tak nienawidzić? Jak to jest, by tę nienawiść aż tak w sobie kultywować, że ona w końcu stanie się niemal podstawą życia i działania? No ale w końcu uznałem, że to wszystko musi wynikać z tej, tak dobrze nam znanej nienawiści do Kaczyńskiego, i widocznie oni akurat już tak mają.
Dziś, od kilku już dni, trwa na blogach bardzo intensywna… powiedzmy, że dyskusja, zainicjowana krytyką piosenki barda-patrioty Andrzeja Kołakowskiego, jaką przedstawiłem u siebie. I, choć na początku wyglądało na to, że oburzenie komentatorów wzbudziło przede wszystkim to, że ja miałem czelność wykpić proste rymy dla prostych ludzi w wykonaniu prostego człowieka, to w rezultacie nagle okazało się, że tak naprawdę to wszystko się nie liczy, wobec faktu, że ja uprawiam na swoim blogu żebraninę. W sposób absolutnie mistrzowski pokazał te emocje bloger podpisujący się Telok, kiedy to w swoim tekście najpierw ogłosił, że ja, owszem, mam prawo żyć z pisania, jednak skoro tak, to mam pisać codziennie, bo inaczej mamy do czynienia z „marnieniem” przekazywanych mi pieniędzy. Ja w pierwszej chwili uznałem, że z tym „marnieniem” to jakaś upiorna literówka, ale już chwilę później pojawił się wspomniany wcześniej Sowiniec i jednoznacznie chwaląc użycie tego czasownika, w pewnym je sensie autoryzował. A więc to o to chodzi, że ja najpierw za te swoje teksty, które wcale nie są lepsze od ich tekstów, biorę pieniądze, a następnie te pieniądze „marnię”. I to jest to, co boli tych wszystkich, którzy mnie od kilku dni próbują wbić w ziemię, do tego stopnia, że gotowi są nawet podpisać pakt z Coryllusem i Kamiuszkiem, byleby tylko zobaczyć mnie, jak zdycham w nędzy. Czytam te komentarze, słyszę wręcz ów chlupot, z jakim wściekłość na te moje pieniądze, których wielkości oni nawet nie znają, się wylewa. I znów przypomina mi się stary blog starego Pantryjoty. Tam było dokładnie tak samo. To był dokładnie ten sam zestaw charakterów i ten sam zestaw emocji; ta sama zawiść, ta sama wściekłość w stosunku do tych, co mieli leżeć, a stoją. I nie dość że stoją, to jeszcze demonstrują tę swoją zasraną dumę.
To jest naprawdę niesamowite. Patrzeć na te dwie grupy, tak bardzo z pozoru od siebie różne, a jednocześnie tak doskonale się uzupełniające.
Kiedy już pisałem ten tekst dotarła do mnie bardzo ciekawa wiadomość. Otóż, podobnie jak kiedyś, bloger Pantryjota, wręcz z dnia na dzień, w samym szczycie swego szaleństwa, ogłosił, że odchodzi, i zostawił wszystkich swoich wyznawców samych, samiusieńkich ze swoimi obsesjami, tak samo dziś Telok, który jeszcze wczoraj wyjaśniał mi, jak ma wyglądać szacunek dla czytelnika, pokasował wszystkie swoje wpisy i poszedł w diabły. Po chwili okazało się, że on, owszem, owe wpisy pokasował, ale to było dawno, jednak od tego czasu mu przeszło, i znów się udziela. Natomiast dziś, po tych wszystkich szaleństwach, mnie i Gabriela przeprosił za przykre słowa i zapewnił, że nas obu bardzo bardzo lubi. A ja się zastanawiam, czy to nie moja wina. Kiedy on mi zarzucił, że ja piszę zbyt rzadko, czym obrażam swoich czytelników i darczyńców, ja mu odpowiedziałem, że były lata, kiedy ja pisałem więcej tekstów niż jest dni w roku. On się na to zamknął, nic już mi nie odpowiedział, i dziś widzę, że go zaczęło niebezpiecznie nosić. Czyżby faktycznie wszystko policzył i od tego zwariował? Nie zdziwiłbym się. A to by świadczyło, że zawiść nie tylko jest grzechem, ale chorobą. Śmiertelną. I to jest w pewnym sensie wiadomość dobra. Wreszcie.

A zatem, proszę o mozliwe wspieranie tego bloga. Za każdy gest, dziękuję.

sobota, 2 lutego 2013

Być jak Justin Bieber

Ponieważ zrobiło się nam ostatnio bardzo poważnie, myślę, że nie zaszkodzi, jeśli się dziś, przy okazji weekendu, pozastanawiamy na sprawami lekkimi, acz wciąż jak najbardziej interesującymi, a mianowicie nad ludźmi, którzy odnieśli sukces i tym samym stali się obiektem publicznego szyderstwa, a często i żywej nienawiści.
Ktoś zapewne już pomyślał, że ja będę pisał o sobie i moim koledze Gabrielu Maciejewskim, bo raz, że my piszemy wciąż albo o sobie, albo ze względu na siebie, a dwa, że w rzeczy samej obaj odnieśliśmy pewien sukces, i za to spotkały na nas najróżniejszego rodzaju nieprzyjemności. Jednak nie. Nie będzie ani o mnie, ani o nim, ani o tej całej – naprawdę fantastycznie zorganizowanej – akcji, która ma na celu doprowadzenie nas do tego, byśmy, zmęczeni tą nagonką, zwyczajnie machnęli na to wszystko ręką i raz na zawsze zeszli im z oczu. Chciałbym natomiast, owszem, zwrócić uwagę na pewien mocno w życiu społecznym widoczny obyczaj, polegający na tym, że pewnych ludzi sukcesu się wręcz ubóstwia, podczas gdy innych bezlitośnie tępi. W jednym i drugim wypadku dokładnie za to samo – a mianowicie za to, że odnieśli sukces.
Osobiście uważam, że ten typ podejścia do świata wynika z bardzo poważnych kompleksów, czy nawet bardziej poważnych psychicznych zaburzeń, i opiera się na nieustannej walce dwóch przeciwieństw: jedno reprezentowane przez wyznanie: „Ja też bym tak umiał”, a drugie przez jego odwrotność: „Ja bym tak nigdy nie umiał”. Jestem głęboko przekonany, że wielu z nas w ten właśnie sposób patrzy na świat. Z jednej strony, jako na przestrzeń, którą wypełniają wielcy profesorowie, pisarze, aktorzy, piosenkarze, politycy, piękne kobiety i przystojni mężczyźni, którymi my nigdy nie będziemy, bo ani nie mieliśmy wystarczająco dużo talentu, albo pieniędzy, albo czasu, albo po prostu szczęścia, i jedyne co nam pozostaje, to pochylać przed nimi nasze głowy w milczącym szacunku, lub wykrzykiwać słowa podziwu w ekstazie zachwytu. Z drugiej natomiast, widząc go jako tę piękną domenę pięknych ludzi, do której wciąż aspirują niektórzy z nas, i niewiadomo z jakiej cholera racji, niektórym z nich się udaje. Czego jednak dotychczas nie udało mi się do końca zbadać, to, w jaki to sposób my potrafimy ocenić, który z nich to ktoś, którego pozycja jest realna i publicznie potwierdzona, a który zamiast dzielnie trwać w tym naszym wspólnym marazmie, bezczelnie – bo skutecznie – aspiruje. Nie wiem tego do końca, coś jednak tam wiem. Weźmy dwóch znakomitych piosenkarzy, tak się złożyło, że obu o tym samym imieniu, Justin. Mam na myśli Timberlake’a i Biebera. Dla każdego nieuprzedzonego, i jako tako znającego się na piosence człowieka, między jednym a drugim nie ma żadnej jakościowej różnicy. Zarówno Timberlake jak i Bieber to gwiazdy najwyższej wielkości. I nie ulega wątpliwości, że ani jeden ani drugi nie osiągnął tego co osiągnął, przy pomocy jakieś lewego myku, którego nikt nie zauważył, i mamy teraz to co mamy.
Ale jak idzie o tych dwóch, to jeszcze jedna rzecz jest oczywista – Bieber od Timberlake’a jest znacznie wybitniejszym wokalistą. Timberlake jest świetny, natomiast ktoś taki jak Bieber pojawia się raz na wiele, wiele lat. Tak się jednak stało, że, pomijając jakieś głupie gimnazjalistki, cały świat z Biebera kpi. Dla całego świata – odliczając z tego jego fanów – Bieber to kupa śmiechu. Timberlake to poważna gwiazda, szanowany aktor i celebryta, autor fantastycznego comebacku, natomiast Bieber to bałwan i pajac. Jestem pewien, że jeśli któregoś dnia ogłoszony zostanie występ Timberlake’a czy w Gdańsku, taka „Gazeta Wyborcza”, czy choćby Facebook eksplodują okrzykami zachwytu, do jakiego to fantastycznego wydarzenie dojdzie już niebawem w Polsce. Dziś natomiast widzę, jak po ogłoszeniu wiadomości, że w marcu w Łodzi wystąpi Justin Bieber, w intelektualnych kręgach od Białegostoku po Wrocław słychać tylko radosny rechot. Dlaczego? Czy może dlatego, że Bieber to amerykański odpowiednik zespołu Bayer Full? Oczywiście, że nie. Każdy wie bardzo dobrze, że on akurat śpiewa jak mało kto, a jak idzie o tak zwany sceniczny akt, jest bliski doskonałości. Rzecz jednak w tym, że kto to widział, by taki gówniarz się tak wypuszczał? Moje dziecko też ładnie śpiewa, a jemu akurat nikt niczego nie zaproponował.
Ciekawe jest zresztą to, że ta histeria dotyczy głównie utalentowanych dzieci. Tak jakby z jednej strony ich sukces doprowadzał do szału ich rówieśników, a z drugiej – ich rodziców. Jest aktorka i piosenkarka Miley Cyrus, znana z serialu Hannah Montana. Na wydanym niedawno czteropłytopwym albumie zawierającym covery utworów Boba Dylana, Miley Cyrus śpiewa dylanowskie „You’re Gonna Make Me Lonesome When You Go”. Przyznaję – Dylan jest lepszy, bo z Dylanem tak już jest, że kiedy on jest dobry, to jest najlepszy. Dotychczas tylko chyba Hendrixowi udało się ów porządek rzeczy zakłócić, a i to wcale nie jest takie oczywiste. Miley Cyrus śpiewa tę piosenkę tak, że dreszcz biegnie po plecach, a wzruszenie odbiera głos. To jest coś tak nieprawdopodobnie wspaniałego, że człowiek nagle zaczyna myśleć, że oto pojawiła się nowa Dolly Parton. Pytam o tę Cyrus moje dzieci, a one wybuchają śmiechem: „To Hannah Montana!”. Mówię im, że ona jest świetna, a one patrzą na mnie, jakby myślały, że ja sobie robię jaja. Puszczam im te piosenkę, a moja córka mówi, że to jest nieprawda, bo to nie jest jej głos, tylko jakieś cyfrowe oszustwo. Zaglądam do youtuba, żeby obejrzeć jakiś jej koncert… i wszystko się zgadza. Ona śpiewa w sposób zupełnie zjawiskowy. Czemu więc moje dzieci się z niej śmieją? Czemu się z niej śmieje cały świat?
Uważam, że powód jest jeden. Timberalake, Chris Martin, Bono, nawet Bjork – oni są naszymi bohaterami – my gotowi im nieść nasze uznanie i podziw co do takiego Biebera, czy Cyrus, no proszę, nie żartujmy, a w czymże to oni są lepsi od nas i od naszych dzieci, ale też od nas, kiedy sami byliśmy dziećmi?
Pamiętam atmosferę, jaka zapanowała, kiedy sławę zaczął zdobywać Leonardo DiCaprio. Pamiętam, jak najpierw jego pojawienie się, choćby w filmie „Co gryzie Gilberta Grape’a” – gdzie pokazał, że oto mamy do czynienia z urodzonym aktorem, z kimś kto już niedługo zostanie największą gwiazdą światowego kina – wzbudziło wzruszenie ramion, ale pamiętam tę wściekłość, kiedy swoje Oskary zebrał „Titanic”, a DiCaprio i Winslet dali pokaz gry na poziomie niemalże niespotykanym. Pamiętam też ową publiczną atmosferę, kiedy to nie było większego wstydu, niż choćby tylko zasugerować, że ten DiCaprio jest chyba bardzo jednak dobry. DiCaprio???? Leonardo? Co to za żarty! I tak już było przez kolejne lata, kiedy to on był wręcz symbolem najgorszego kiczu i aktorskiego humbugu, aż do czasu, gdy nagle – jakby niepostrzeżenie, w kompletnej ciszy – przeszliśmy do naszej współczesności, oglądamy go w najnowszym filmie Tarantino i już bez szczególnych emocji zastanawiamy się, czy on dostanie tego swojego Oscara, czy nie. A jak ktoś nam przypomni, że DiCaprio jeszcze parę lat temu funkcjonował w przestrzeni popularnej, jako filmowy odpowiednik Justina Biebera, krzywimy się zdziwieni, że chyba się coś komuś musiało pomylić.
Bo tak to właśnie z nami jest. My wciąż potrzebujemy mieć przed sobą jakieś autorytety, z tym jednak koniecznie zastrzeżeniem, że żaden z nich ani w jednym calu nie będzie taki jak my, bo ten jeden cal nie da nam nigdy spokoju. Ten jeden cal nie da nam spać i nie pozwoli na jeden zwykły odruch szacunku dla cudzych osiągnięć. I to może być wszystko – i ten zbyt młody wiek, i to zbyt normalne wreszcie to zbyt proste pochodzenie. Wystarczy, że ten ktoś choćby w jednym calu będzie nam przypominał, że coś zawaliliśmy. Nie darujemy. Nie odpuścimy choćby na milimetr. Zaplujemy się z wściekłości i nienawiści, a nie odpuścimy. Ta nienawiść i ta wściekłość nas zadusi, ale nie odpuścimy.
A pomyśleć tylko, że to jest wszystko takie proste. Że wystarczy spojrzeć, i powiedzieć sobie, że no proszę, skoro oni potrafili, to czemu nie ja. I spróbować. Pewnie się nie uda. A więc można spróbować jeszcze raz, tyle że trochę inaczej. Jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu może coś z tego wyjdzie. Coś. Cokolwiek. Przynajmniej to coś.
To takie proste. O tym była już nawet mowa w przypowieści o talentach. Czyżbyśmy wszyscy byli jak Maria Peszek, dla której już dosłownie przekaz jest zbyt trudny.

Prowadzę ten blog już od niemal pięciu lat. Robię to najbardziej uczciwie i solidnie. Wydaję książki. Staram się by były tak dobre jak to tylko możliwe. Z jednego i z drugiego próbuję utrzymać rodzinę. Jeśli ktoś mi tego zazdrości, niech się puknie w czoło i spróbuje coś zrobić samodzielnie, na własne konto i własny rachunek. Naprawdę to się opłaci. Znacznie bardziej niż bezużyteczne plucie.



środa, 29 września 2010

Zawodowcy

Przy okazji dyskusji, jak przetoczyła się przez ten blog i zainteresowane okolice, przypomniał mi się w pewnym momencie program Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, w jakim swego czasu miałem przyjemność i zaszczyt wziąć udział. Gdyby ktoś nie pamiętał, Pospieszalski znalazł na moim blogu notkę, w której zaprezentowałem trzy zdjęcia Lecha Kaczyńskim z piłkarskim szalikiem, gdzie Prezydent przekłada ten szalik w dłoniach w taki sposób, by w końcu pięknie zaprezentować dumny napis ‘Polska’. Wspomniana notka dotyczyła faktu, że media pokazały tylko jedno zdjęcie z całej serii – zdjęcie na którym Lech Kaczyński trzyma przed sobą szalik z odwróconym napisem – i w ten sposób zaszczepiły w umysłach wielu informację, że nasz prezydent jest baranem, który nawet nie potrafi prawidłowo rozłożyć piłkarskiego szalika.
Pospieszalskiego poza samymi zdjęciami zainteresowało coś jeszcze. Otóż widząc, że cała manipulacja została na tym skromnym blogu ujawniona, Agora – jak się okazuje właściciel owej serii zdjęć – zażądała, by one zostały z tego blogu usunięte, co w obawie przed konsekwencjami prawnymi administracja Salonu24 skwapliwie uczyniła. Jan Pospieszalski uznał, ze ten przykład cenzury, przykrywany tą niby-wymówką prawną, zasługuje na spopularyzowanie, i zaprosił mnie do swojego programu. A konkretnie do jego edycji dotyczącej właśnie manipulacji.
Do debaty zostało zaproszonych jeszcze czterech znanych specjalistów, reprezentujących cztery bardzo mądre dziedziny zycia publicznego: filozof Jan Hartman, polityk Ludwik Dorn., specjalista od wizerunku Eryk Mistewicz i dziennikarz Michał Karnowski. Mojej wypowiedzi, w której miałem właściwie tylko przedstawić sytuację, i która trwała zaledwie parę minut, od początku do samego końca towarzyszyły nieustanne szyderstwa i dogadywania ze strony Hartmana, pomruki Mistewicza, znudzone spojrzenie Dorna i nerwowe wyczekiwanie Karnowskiego, że on też chce coś powiedzieć. Kiedy już wreszcie przestałem gadać, nikt – ani jeden ani drugi, ani żaden z nich – nie skomentował sprawy zdjęć inaczej jak albo przez kpiny, że mi się coś pomieszało w głowie (Hartman), lub przez kompletny brak zainteresowania (Dorn), czy wreszcie przez typowe rozkraczanie się na płocie Karnowskiego, kiedy to on uznał za stosowne poinformować wszystkich, że jego zdaniem jest tak, ale też trochę i tak, a w sumie jeszcze inaczej, bo w ogóle przecież bywa różnie.
To co mnie uderzyło, to fakt, że żaden z nich nawet nie mrugnął okiem ani na to kłamstwo mediów – kłamstwo wcale nie byle jakie, bo jedno z tych, które wieloletnią nienawiść do Lecha Kaczyńskiego wzniosło na poziom jeszcze wyższy niż dotąd – ani na to, że osoba tak wybitna i ustosunkowana, ktoś kto w mediach występuje niemal codziennie, jak Jan Hartman nie pozwala spokojnie dokończyć wypowiedzi komuś kto być może w całym swoim życiu ma te dwie minuty, do korzystania z nich nie jest ani zawodowo ani faktycznie przygotowany, a jeśli za to swoje mądrzenie się dostaje jakieś pieniądze, to tylko dlatego, że o nie grzecznie prosi. A więc nie dość, że żaden z nich nie uznał za stosowne powiedzieć Hartmanowi, żeby się zamknął i przestał dogadywać, bo to mu przynosi wstyd, to jeszcze doszedł do wniosku, że problem powszechnej manipulacji ani nie jest problemem powszechnym, ani w ogóle ciekawym. I Michał Karnowski wśród nich.
Czy mnie to oburza? Owszem, bardzo. Czy dziwi? Ani trochę. Dlaczego? Dlaczego, że ja świetnie wiem, że oni wszyscy – wszyscy jak jeden mąż – to są w ten czy inny sposób kumple, i jeśli kiedykolwiek podejmą decyzję, by się zachować choć minimalnie niestandardowo, to wcześniej się zorientują, czy przypadkiem nie sprawią przykrości koledze. Ja ich widziałem przez kilka minut w telewizyjnej kawiarni przed programem. To są kumple, a my dla nich wyłącznie czymś co przeszkadza. System tworzy intrygę, która ma zniszczyć polskiego prezydenta, a społeczeństwo ogłupić i sprowadzić do roli tępych trybików w maszynie? Polskie państwo przestaje istnieć, a władza idzie w ręce lokalnych sitw i pojedynczych grup interesów? Jaki system? Jaka intryga? Co za trybiki? Jakie sitwy? I w ogóle co to kogo obchodzi? Jakiegoś blogera? Bez znaczenia. Jak będzie trzeba, to się zainteresujemy. Jak będzie trzeba.
Przypomniał mi się ten program i ten przykład kompletnej przepaści, jaka zionie między tymi dwoma światami, gdy otrzymałem informację, że na portalu wpolityce.pl ukazał się tekst autorstwa Michała Karnowskiego, gdzie ten beszta mnie za to, że miałem czelność przeprowadzić rozmowę z byłym członkiem sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego http://www.wpolityce.pl/view/2212/Dziwny_wywiad_blogera_o_kulisach_pracy_sztabu_Jaroslawa_Kaczynskiego.html. Za co konkretnie? Czy może za to, że rozmowa sugeruje, że praca sztabu była bezużyteczna i przeciwskuteczna, podczas gdy Karnowski uważa, że to nieprawda? Nie. Czy może dlatego, że w tej rozmowie są jakieś kłamstwa i bzdury, których Karnowski nie może znieść i chciał zaprotestować? Absolutnie nie. W jego tekście nie ma jednego słowa na ten temat. A może poszło o to, że ta rozmowa jest przeprowadzona w sposób rażąco niekompetentny z dziennikarskiego punktu widzenia, i poczucie zawodowej estetyki nie dało Karnowskiemu spokojnie zasnąć? Tam o tym też nic nie ma. A więc o co chodzi? Jedyny argument jaki pada przeciwko samemu wywiadowi to ten zamieszczony już w samym tytule, a więc to że on jest „dziwny”, no i chwilę dalej, że to nie jest wywiad, lecz „wywiad”. Dlaczego? Tego już nie wiadomo.
Jest jednak coś, co, poza cytowaniem fragmentów moich i pawłowych wypowiedzi, Karnowski zechciał powiedzieć od siebie. To mianowicie, że on wie, dlaczego ja przeprowadziłem i opublikowałem ten wywiad. Otóż poszło o to, że ja jeszcze w czasie kampanii zamieściłem na swoim blogu wpis, który miałem nadzieję, że zostanie przedrukowany przez Gazetę Polską, a skoro przedrukowany nie został, a wybory zostały przegrane, to ja uznałem, że to wina Gazety Polskiej. Bo gdyby red. Sakiewicz w ramach walki o demokrację ten wpis zamieścił, Jarosław Kaczyński byłby dziś prezydentem. I dlatego właśnie dziś – chyba z tej zemsty na Sakiewiczu – wypuszczam tego naszego Pawła, żeby walił w Kluzik, Jakubiak i Poncyliusza.
Ja już pomijam kompletny idiotyzm argumentacji przedstawionej przez Karnowskiego. Pomijam absurdalność zarzutu, że ja uważam, że wybory rzeczywiście zostały przegrane przez brak mojego głosu w Gazecie Polskiej. Każdy kto zna historię mojej wymiany z Gazetą Polską najpierw dotyczącej ich oczekiwań wobec mnie, a następnie moich wobec nich, świetnie wie, jak było i o co poszło. Poza tym nie widzę najmniejszego powodu, żeby udowadniać jakiemuś dziennikarzowi, że nie jestem kretynem. Nie zależy mi. Chodzi o coś innego. Załóżmy bowiem, że ja rzeczywiście uznałem, że gdyby mój tekst broniący Jarosława Kaczyńskiego przed zarzutami Gazety Polskiej został przez Gazetę opublikowany, nie mielibyśmy dziś jako prezydenta tego Komorowskiego. Załóżmy, że ja faktycznie mam coś z głową. Jaki to jednak daje Karnowskiemu powód, żeby mnie poszturchiwać i kazać swoim czytelnikom się zastanowić, czy Toyah jest „pozbawionym emocji obserwatorem czy kimś, kto chce poprzez anonimową rozmowę dowieść swoich racji”. I jakie to ma znaczenie dla oceny mojej postawy ludzkiej, czy dziennikarskiej, czy ja wyrażam emocje, czy może – wręcz przeciwnie – chcę dowieść swoich racji? I co to wreszcie jest za kretyński dylemat??? I wreszcie, jak nędznie bylejakim trzeba być już nie tylko dziennikarzem, ale uczestnikiem zwykłej rozmowy, by wygadywać takie bzdury, tak kompletnie po nic?
Oto zawodowcy. Idą, cholera zawodowcy. Przez ten czas mojego blogowania miałem okazję kilku z nich poznać, nawet nie jako dziennikarzy, bo tych znają wszyscy, ale jako ludzi. I Semkę i Sakiewicza i Karnowskiego i Mistewicza i Ziemkiewicza, i paru jeszcze innych. Nie będę się tu nad nimi znęcał, bo raz że już to parokrotnie robiłem, a dwa, że tu już nawet nie chodzi o moje prywatne pretensje do ludzi, na których kiedyś wydawało mi się, że możemy liczyć. To są bowiem nasi zawodowcy. Cholerni profesjonaliści.
Wczoraj poszła informacja, że Ryszard Kalisz – jak z tego co sam mówi wynika, wybitny prawnik – podczas posiedzenia jakiejś komisji zadał pytanie Zbigniewowi Ziobro mniej więcej tak sformułowane: „Panie ministrze, dlaczego okłamał pan posłów”. Jak można sobie w normalnej głowie ułożyć takie pytanie? Jak można na takie pytanie w ogóle odpowiedzieć? Jeśli Ziobro powie, że nie okłamał, Kalisz mu powie, że on nie pytał „czy”, ale „dlaczego”. A jeśli Ziobro mu powie na przykład: „bo lubię kłamać”, to co Kalisz – powtarzam raz jeszcze, wybitny podobno prawnik – z tej odpowiedzi będzie miał? A czego on się dowie, jeśli Ziobro mu powie, że on kłamał, bo coś mu takiego wpadło do głowy i nie mógł się powstrzymać? Jaką wiadomość uzyska, jeśli Ziobro na to pytanie, pokaże mu język i powie „bo tak”? Kiedy usłyszałem tę informację o wymianie między Kaliszem a Ziobro, pomyślałem sobie, że gdyby to o mnie chodziło, to ja bym Kaliszowi powiedział, że najpierw może ja mu zadam na przykład pytanie, dlaczego on poprzedniej nocy odbył stosunek homoseksualny z posłem Wenderlichem. Tak bym zrobił ja. Niestety, Ziobro postąpił tak jak oni zawsze robią, a więc zaczął Kaliszowi nie wiadomo po co grodzic sądem i w ten sposób tylko dał TVN-owi powód do kpin.
Obawiam się, że poziom zawodowstwa prezentowany przez Kalisza, a i niestety w tym wypadku przez Zbigniewa Ziobro, jest taki jaki jest, z jednej strony dlatego że oni najczęściej są po prostu beznadziejnie kiepscy, a z drugiej – przypadek Ziobry – za bardzo zatopieni w rutynie i im się zwyczajnie już nawet nie chce. Nam tu na blogach wciąż zależy. My tu na blogach mamy wciąż to nasze życie i z niego korzystamy pełnymi garściami. Jesteśmy wolni i silni. Weźmy takiego Michała Karnowskiego. On czyta ten blog i wie, że minęły całe lata od czasu gdy on jeszcze tak potrafił. A i to w najlepszym dla niego układzie. On to wie i go trafia szlag. Tylko, przepraszam bardzo, cóż nas jego emocje – lub racje – mogą obchodzić?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...