Jerzym
Owsiakiem i jego szczególnym czynieniem dobra zajmowałem się już tutaj
wielokrotnie i wydawało mi się, że po moim ostatnim na ten temat tekście, do
sprawy już wracać nie będę. Tak się jednak zdarzyło, że moje dziecko zwróciło
mi wczoraj uwagę na artykuł na portalu tvn24 pod tytułem „Kręci się! 6 powodów,
dla których warto popierać WOŚP”, a w nim powód nr 5 w następującym brzmieniu:
„Bo bez serduszka wychodzi się na
suk****a – Jedni pomagają, bo czerpią przyjemność z tego, że robią coś dobrego.
Jednak część pomagania nie lubi, ale głupio byłoby im chodzić tego dnia bez
serduszka. Nie chcą być egoistami, a bez serduszka wychodzi się na sukinsyna –
mówi nam prof. Jerzy Vetulani, neurobiolog, znawca ludzkiego mózgu”.
W
pierwszej chwili oczywiście chciałem to coś potraktować wzruszeniem ramion i
złośliwą uwagą, że gdy chodzi o to, co o mnie sądzi akurat prof. Vetulani, wolę
być wspomnianym sukinsynem, niż choćby najznakomitszą częścią jego mózgu, no
ale potem udaliśmy się z żoną na niedzielną wizytę, no a tam był włączony
telewizor, w telewizorze transmisja na żywo z wysyłania tak zwanego „światełka
do Nieba”. Patrzyłem na ten tłum i nagle zrozumiałem, co chciał nam powiedzieć
prof. Vetulani. Oto ci wszyscy ludzie są tam albo z czystej przyjemności, albo
ze strachu, że się okażą sukinsynami. Tam nikt na tym mrozie nie sterczy z
odruchu serca. Pozostaje wyłącznie albo przyjemność, albo strach. A kiedy o tym
sobie pomyślałem, uznałem, że ja tego tak nie mogę zostawić i postanowiłem
przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2009, tu w lekko zmienionej formie, w
którym, jak sądzę, najprawdziwiej jak się tylko dało, pokazałem całe kłamstwo owego
przedsięwzięcia. Kto ów tekst już kiedyś czytał, będzie miał okazję sobie
przypomnieć, kto jest tu od niedawna – serdecznie zachęcam.
Za nami doroczna eksplozja absolutnie
bezprecedensowego fałszu i zakłamania, funkcjonującego dziś pod symboliczną już
nazwą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ponieważ w ostatnich dniach pojawiło się
kilka tekstów, w których autorzy starali się zdiagnozować to niezwykłe zjawisko,
można by pewnie uznać, że wszystko zostało już dokładnie powiedziane. Jednak ja
wciąż czuję, że materia, z którą przyszło nam się zmierzyć, stawia nieustanny
opór i kiedy się wydaje, że sprawa jest ostatecznie załatwiona, odrastają
kolejne łby tego smoka i, co wydawałoby się niemożliwe, mają się one zupełnie
dobrze.
Dziś moja córka – zawodnik naprawdę
twardy – poinformowała mnie, że słyszała, że nie ma w Polsce szpitala, który
nie funkcjonowałby bez choćby jednego bardzo cennego urządzenia zakupionego
przez WOŚP. I pyta mnie, czy moim zdaniem sytuacja, w której Owsiak z jakiegoś
powodu przerywa swoją działalność, wyjeżdża na te swoje ukochane Bahamy, a
szpitale przestają otrzymywać to, co otrzymywały dotychczas, to sytuacja zła
czy dobra? Ona wszystko na temat Owsiaka wie. Nawet nie ma jej co tłumaczyć, z
kim mamy do czynienia, bo to, co trzeba, jest jej doskonale znane. Ona chce
znać sytuację od strony czysto praktycznej.
Zastanawiam
się więc, jak można opisać zjawisko, które na każdym poziomie, zamysłu,
organizacji i wykonania, stanowi czyste zło, a w wyniku którego otrzymujemy jednocześnie
pojedyncze, jednostkowe, indywidualne dobro? Jak można pokazywać palcem na to
zło, kiedy każde nasze słowo natychmiast spotyka się z jak najbardziej realną i
według wszelkich rozsądnych standardów, usprawiedliwioną kontrargumentacją?
Oczywiście sprawa była już wielokrotnie
wyjaśniana i wydawałoby się, że choćby część z tych wyjaśnień będzie stanowić
wystarczający powód, nawet jeśli nie do zakwestionowania, to przynajmniej zastanowienia
się nad faktyczną istotą działalności charytatywnej, prowadzonej w taki sposób,
jak to robi Owsiak. Ale i nie tylko Owsiak. To bowiem, z czego on żyje, a więc
dobroczynność prowadzona poza Kościołem, jest przecież znane od setek lat. Tego,
co robi Owsiak, on sam przecież nie wymyślił. To jest klasyka. Pomaganie
bliźnim tak, by przy okazji uzyskać z tego jak najwięcej dla siebie – choćby
tylko w formie prostej satysfakcji – zostało przeanalizowane skutecznie przez
ludzi o wiele mądrzejszych od nas i poddane ocenie druzgocącej.
Czy ci dawni krytycy dobroczynności
prowadzonej poza Kościołem mieli łatwo? Czy na ich argumenty nie przybiegali
natychmiast czwórkami świadkowie tego dobra, które się właśnie urzeczywistniło?
Czy nie pokazywali radosnych twarzy dzieci, które albo odzyskały zdrowie, albo
po prostu zwykłe szczęście, właśnie dzięki owym „dobrym Samarytanom”, ale przede
wszystkim wbrew zrzędzeniu nieczułych filozofów? Czy nawet tak solidny,
wydawałoby się, argument, jak ten najstarszy: „Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w
synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam: ci
otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa
twoja ręka co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec
twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6.3), nie spotykał się ze
wzruszeniem ramion i niezmiennym pytaniem: „I co z tego, skoro ktoś dostał
życie?"
Obawiam się więc, że choćbyśmy
dyskutowali do końca świata, albo nawet – jak woli mówić ten podstępny człowiek
– jeszcze dłużej, zawsze w końcu staniemy przed ścianą utworzoną z czystej,
niewzruszonej praktyki. Z – można by rzec – prawdziwej, niepodważalnej matematyki.
I właśnie to jest ten moment, żeby powiedzieć coś na temat matematyki. No i fizyki.
A tym samym pokazać, że ów tak przebiegle wyślizgujący się nam z rąk temat da
się jednak opanować.
Roald Dahl w swoich wspomnieniach z lat
szkolnych opowiada o zdziwaczałym nauczycielu matematyki, który pewnego dnia
dał swoim uczniom niezwykłą zagadkę. Wyjął mianowicie papierową chusteczkę,
pomachał nią i powiedział tak: „Ta
chusteczka ma grubość 1/100 cala. Składam ją na pół. Osiąga grubość 2/100 cala.
Składam ponownie – robi się gruba na 4/100 cala. Składam raz jeszcze i teraz
ona ma grubość 8/100 cala. Zagadka brzmi następująco. Jak ona będzie gruba,
kiedy złożę ją pięćdziesiąt razy?” Oczywiście, żadne dziecko – mimo że to
była bardzo dobra prywatna szkoła, a dzieci angielskie i czasy bardzo
przed-internetowe – nie umiało nawet się zbliżyć do poprawnej odpowiedzi. Nie
było nawet w stanie pojąć całej idei, kryjącej się za tą zagadką. Tymczasem
prawidłowa odpowiedź brzmiała: chusteczka osiągnie grubość jak stąd do słońca...
Więc tak. To jest właściwa odpowiedź. Jak ktoś ma dobry kalkulator, to niech
sobie sprawdzi.
Kiedy po raz pierwszy czytałem ten tekst
Dahla, byłem zachwycony a jednocześnie oszołomiony i oczywiście nic
nierozumiejący. Pewnego dnia jednak spotkałem mojego znajomego, wybitnego
fizyka, matematyka i w ogóle pod wieloma względami osobę szczególną. Od razu
postanowiłem wykorzystać okazję i zwróciłem się do niego z ową dahlowską
zagadką. On spojrzał na mnie bez szczególnego zainteresowania, wzruszył
ramionami i odparł: „Nie wolno mieszać
fizyki z matematyką. Poza tym, w chusteczce nie ma wystarczającej liczby
atomów, żeby się dała aż tak rozciągnąć”.
I to jest właśnie to, co mi się
przypomniało, kiedy z jednej strony próbuję opisać to, co widzę, gdy patrzę na
owsiakowe szaleństwo, a z drugiej strony słyszę te niewzruszone argumenty i
absolutnie rzeczowe dowody na to, jak bardzo moje pretensje są małe i niedorzeczne.
Sprawa Wielkiej Orkiestry, tych wszystkich serduszek, puszek, tych Bahamów,
tych fundacji, tego Woodstocku, tych rachunków – sprawdzonych i niesprawdzonych
– w ogóle nie nadaje się do dyskusji. Nie ma żadnego sposobu, żeby ten problem
rozstrzygnąć na proponowanym nam poziomie. W Wielkiej Orkiestrze Świątecznej
Pomocy nie ma wystarczającej liczby atomów, żeby sięgnąć tego pierwszego
punktu, w którym zaczyna się dobroczynność.
Nie można mieszać fizyki i matematyki. I
na tym kończymy sprawę Owsiaka.
Przypominam, że w księgarni pod
adresem www.coryllus.pl możemy kupować moje książki. Zachęcam gorąco.