Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ślązacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ślązacy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 grudnia 2017

Wilhelm Szewczyk, czyli o śląskich korzeniach, dziedzictwie i przyszłości

      Ja oczywiście zdaję sobie sprawy, że każda próba poruszenia przez mnie tematu tak zwanego śląskiego nacjonalizmu, czy choćby tylko patriotyzmu, zawsze musi się skończyć tym, że z jednej strony głos zabiorą Ślązacy sympatyzujący, czy to z Ruchem Autonomii Śląska, czy z ruchami jeszcze bardziej radykalnymi, uważającymi RAŚ za twór sztuczny, a więc w gruncie rzeczy obcy, a z drugiej ci, co się uważają za Ślązaków „prawdziwych”, i jedni i drudzy po raz kolejny zasypią mnie obelgami. Czemu tak? Przyczyna jest prosta. Otóż zarówno jedni jak i drudzy potraktują każde moje słowo, jako głos bezczelnego polactwa, tyle że ci pierwsi – polactwa które nie potrafi zrozumieć Ślązaka, który nie chcę być Polakiem, a drudzy – polactwa, które nie jest w stanie zrozumieć Ślązaka, który Polakiem chce być jak najbardziej.
      Wielokrotnie zastanawiałem się, cóż to jest takiego, co, mimo wciąż deklarowanej wrogości, łączy obie grupy i za każdym razem wychodziło mi na to, że tym jednym punktem wspólnym, a przy tym, punktem decydującym, jest to, że jedni i drudzy są głęboko przekonani, że śląskość to wartość absolutna i że wszystko co prawdziwie śląskie podlega bezwzględnej ochronie. Stąd też dla każdego Ślązaka, czy to „Ślązaka prawdziwego”, czy też tylko dla „Ślązaka uzurpatora”, każda śląskość, byleby potwierdzona odpowiednimi papierami, jest czymś, czego należy bronić zębami i pazurami.
       Myślę, że nie zaszkodzi, jeśli przypomnę tu swój tekst z „Elementarza”, bardzo przewrotnie poświęcony Matce Boskiej Piekarskiej, w którym bardzo przejrzyście, jak sądzę, pokazałem, co mam na myśli, ile razy wspominam o owej szczególnej solidarności: „Prawdopodobnie jedyny przedmiot kultu religijnego w Polsce, który jest w stanie zjednoczyć ofiary zbrodni w Kopalni Wujek ze zbrodni tej autorami. Podejrzewam, że gdyby się okazało, że dowódca plutonu specjalnego strzelającego do górników mówił ze śląskim akcentem, część Ślązaków, podczas dorocznej pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskich, modliłoby się o jego nawrócenie, a następnie beatyfikację. Taki Kazimierz Kutz na sto procent nosi medalik z Matką Boską Piekarską w kieszeni i codziennie Jej dziękuje za Katastrofę Smoleńską. Swoją drogą, ciekawe, czemu Ona mu nie wypali dziury w udzie. Przecież by umiała”.
      Dziś, korzystając z okazji, chciałbym się wycofać z tego dowódcy plutonu, przyznać, że tu chyba mnie poniosło i wszystkich prawdziwych Ślązaków przeprosić. Tak głęboko bowiem owo szaleństwo chyba jednak nie sięga, natomiast, co stwierdzam z prawdziwym bólem, taki Wilhelm Szewczyk mieści się tu idealnie. Gdyby ktoś nie wiedział, informuję, że jeden z głównych punktów w Katowicach, decyzją Śląskiego Wojewody, został przemianowany z Placu im. Wilhelma Szewczyka, na Plac im. Marii i Lecha Kaczyńskich, co spowodowało falę protestów, jakich miasto nie widziało chyba od czasu, gdy ktoś – nie wiadomo kto – zdecydował, że Joanna Bartel nie będzie jednak zapowiadała przystanków tramwajowych po śląsku, czy może jeszcze wcześniej, od kiedy zdecydowano o zburzeniu starego dworca. Rzecz w tym, że dla każdego Ślązaka Wilhelm Szewczyk to, podobnie jak Jerzy Zietek, świętość na miarę wspomnianej Matki Boskiej Piekarskiej, a więc coś, co nie tylko łączy, ale może przede wszystkim jest gwarantem trwałości owego ducha. A choćby myśl, by jeden z centralnych placów w mieście nazwać imieniem Marii i Lecha Kaczyńskich kosztem wybitnego śląskiego poety, pisarza i działacza społecznego Wilhelma Szewczyka, jest czymś autentycznie nie do zniesienia.
      Czytam zarówno relacje z owych protestów, jak i pełne gniewu wypowiedzi ich uczestników, oglądam zdjęcia z kolejnych demonstracji i przepraszam bardzo, ale, choć wiem, że żadne moje słowo nie sprawi, że oni się opamiętają, czuję, że sytuacja wymaga, byśmy chociaż pobieżnie rzucili okiem na to o kim dyskutujemy. Oto notka z Wikipedii. Proszę uprzejmie.
      „Po ukończeniu liceum w Rybniku przeniósł się do Katowic. Działał w Obozie Narodowo-Radykalnym. Postulował wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego. Literaturę i prasę żydowską uznawał za jedną z najgroźniejszych broni ‘żydowskiego państwa eksterytorialnego’. Podczas II wojny światowej został wcielony do Wehrmachtu. W latach 1941–1942 znajdował się na froncie zachodnim, w Normandii i wschodnim w Rosji. W sierpniu 1941 został ranny pod Smoleńskiem. Po leczeniu w Turyngii skierowany na front do Alzacji. Jak sam twierdził, za demonstrowaną postawę pacyfistyczną oraz krytykę Hitlera miał zostać aresztowany, wydalony z oddziału, a w 1942 osadzony w więzieniu w Katowicach. Stamtąd miał zbiec do Generalnego Gubernatorstwa podczas przepustki, gdzie – jak utrzymywał – uczestniczył w tajnym nauczaniu do 1945. Będąc w wojsku niemieckim, prezentował jednak jednoznacznie propolską postawę, m.in. korespondując w tej kwestii z gauleiterem Fritzem Brachtem.
Po wojnie wrócił do Katowic i włączył się w tworzenie propagandy komunistycznej. W latach 1947–1948 był członkiem PPR, a następnie, od 1948 należał do PZPR. Redagował materiały propagandowe dla tutejszego komitetu wojewódzkiego PZPR. W 1953 był wśród grona 53 członków krakowskiego Związku Literatów Polskich, którzy poparli komunistyczne represje wobec duchowieństwa katolickiego w Polsce. Wspierał działania propagandy komunistycznej w trakcie głośnego procesu księży kurii krakowskiej. Jednym z przykładów jego propagandowego zaangażowania jest wydana w latach 60. książka ‘Z teczki wspomnień PPR’. Propagował w niej marksizm i leninizm oraz zmiany ustrojowe Polski. Żołnierzy Armii Krajowej nazwał wrogiem w cywilu, który popełnił ‘najohydniejsze zbrodnie’ na działaczach komunistycznych. Polska, według tej publikacji, kierowana była ‘nieomylną busolą mądrości doświadczonej – nauki marksizmu-leninizmu’. Od 1971 był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, w latach 1980–1981 członkiem jego egzekutywy. Wilhelm Szewczyk był także wielokrotnym posłem na Sejm PRL – pełnił tę funkcję aż 6 kadencji (II, III, V, VI, VII i VIII kadencja), zasiadał w Sejmie od 1957 z przerwą w latach 1965–1969 aż do roku 1980”.
      Gdy przygototwywałem się do dzisiejszego tekstu, przejrzałem sobie to, co na ten temat ukazało się ostatnio na Facebooku i wśród wielu wręcz fantastycznych deklaracji wierności owej „Małej Ojczyźnie” znalazłem też coś takiego:





      Myślę więc sobie, że skoro emocje sięgnęły poziomu „korzeni”, „dziedzictwa” i „budowy przyszłości”, nie pozostaje mi zakończyc tych refleksji inaczej, jak tylko jeszcze jedną szalenie ważną informacją. Jak podaje wciąż ta sama Wikipedia, w trakcie III kadencji Sejmu, grupa posłów z Katowic z Szewczykiem na czele z sukcesem skierowała do laski marszałkowskiej interpelację poselską z żądaniem, by i im, podobnie jak Szewczykowi, oraz dwóm innym słynnym pisarzom-posłom, Machejkowi i Czeszce, wolno było w sejmowym bufecie zaopatrywać się w alkohol i w spokoju spożywac go podczas obrad.



Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.

wtorek, 17 grudnia 2013

Do kogo należy Bazylika w Panewnikach?

Tekst, jaki swego czasu napisałem na blogu przeciwko Ślązakom wywołał wśród niektórych z nich taką złość, że wobec niej to, co przeżyłem kiedyś jeszcze po swoim paszkwilu na Kukiza, czy, jeszcze wcześniej, po tekście na temat Wołynia, wydało mi się nagle letnim wietrzykiem. I pewnie bym się tą reakcją przejął, lub choćby przejął nieco bardziej, gdyby nie fakt, że kilku z moich znajomych Ślązaków, którzy swoją „śląskość” pielęgnują, hołubią i czują z jej powodu dumę, na moje słowa albo wzruszyli ramionami, albo po krótkiej rozmowie uznali sprawę za na tyle nieistotną, że nie wartą kruszenia kopii. Stało się też tak, że otrzymałem długi mail od czytelnika z Bytomia, Ślązaka, jak najbardziej, który był za ten mój tekst tak rozżalony, że wręcz żądał, żebym go najpierw przeprosił, a potem się zamknął. Po krótkiej wymianie jednak, pogodziliśmy się, pożyczyliśmy sobie wszystkiego dobrego, a dziś wciąż sobie przesyłamy miłe życzenia z okazji, czy to jednych, czy drugich, świąt.
To są jednak, przyznaję chętnie bardzo, wyjątki. Dla mnie szalenie ważne, ale jednak wyjątki, potwierdzające tylko, moim zdaniem, regułę, co do prawdziwości której jestem szczerze przekonany, a którą mogę przedstawić w taki oto sposób: otóż znaczna część Ślązaków jest tak głęboko przekonana o swojej kulturowej i cywilizacyjnej dominacji nad nie-Ślązakami – a więc w naszym wypadku, resztą Polski – że kiedy im się zwróci uwagę na to, że wspomniane relacje mogą się układać wręcz odwrotnie, dostają gwałtownej i ciężkiej cholery. A to już jest coś, co naprawdę potrafi irytować.
Ci właśnie Ślązacy odezwali się ostatnio, po tym, jak zapowiedzieliśmy z Gabrielem, że będziemy mieli spotkanie w katowickich Panewnikach u Franciszkanów, a idealnym wyrazicielem ich emocji niech będzie bloger Lexblue. To on chyba jako pierwszy napisał – jakież to typowe! – że Panewniki to historycznie śląska dzielnica, zamieszkała w większości przez czystych etnicznie Ślązaków, a zatem wrogom śląskości wara od Bazyliki. Jak mogłem się już po chwili dowiedzieć, Lexblue, wraz z paroma swoimi śląskimi znajomymi sprokurował donos na mnie do proboszcza Bazyliki, zachęcając go, by nas, wrogów śląskości, nie wpuścił za próg. Osobny adres skierowali ci dziwni państwo do bezpośredniego organizatora spotkania, pana Cioka z Kongresu Nowej Prawicy. Jak wiemy, jedno i drugie, nieskutecznie, co też akurat może świadczyć tylko o tym, że, jeśli oni w końcu doprowadzą do jakichś czystek, to niewykluczone, że zaczną od siebie.
Spotkanie, jak już miałem okazję napisać, przebiegło w bardzo miłej atmosferze, nie doszło ani do rękoczynów, ani nawet do choćby drobnych awantur, a jeśli na sali były osoby zachowujące śląską świadomość, dyskretnie się nie ujawniły. Napisałem „jeśli” trochę nieszczerze, bo, jak się okazuje, był tam przynajmniej jeden Ślązak z krwi i kości, a nie dość, że przyszedł, to jeszcze kupił cała kupę naszych książek. Skąd to wiem? Otóż właśnie otrzymałem od niego mail, w którym on wyraża rozczarowanie moim stosunkiem do Śląska, Ślązaków i śląskości. Wprawdzie mail, który do mnie skierował, jest bardzo grzeczny i naprawdę merytoryczny, niemniej nie ulega wątpliwości, że on – a kto wie, czy też nie jego rodzina – poczuli się dotknięci.
Bardzo bym chciał, żeby on ten tekst przyjął, jako zainspirowany jego listem, a przy okazji, jako uprzejmą odpowiedź na wyrażone przez niego żale. No i oczywiście bardzo liczę na to, że po przeczytaniu całości, zechce on uznać moją dobrą wolę.
Na początek, chciałbym wrócić do swojego oryginalnego testu na temat Ślązaków i od razu przypomnieć, że on w swoim założeniu stanowić miał bezpośrednią odpowiedź na wyjątkowo parszywy wywiad, jakiego “Gazecie Wyborczej” udzielił pisarz Kuczok. Ponieważ ów dziwny człowiek się tam na zmianę przedstawiał, jako szczery Ślązak, a jednocześnie ktoś, kto Polskę i polskość ma w głębokiej pogardzie, pomyślałem sobie, że w tej sytuacji najlepiej będzie napisać paszkwil na tak zwaną “śląskość”. A zatem, jeśli więc postanowiłem w tamtym tekście uderzyć w Ślązaków, to tylko i wyłącznie za to, i tylko tych, którzy uważają, że owa “śląskość” stawia ich na wyższym poziomie cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju, i którzy w ten czy inny sposób czują się reprezentowani przez właśnie kogoś takiego, jak Kuczok. To od tego właśnie czasu, wielu Ślązaków mnie autentycznie nienawidzi i traktuje, jak kogoś, kogo należy wyeliminować z wszelkiej debaty. I nie dajmy sobie wmówić, że te podziały odzwierciedlają podziały polityczne; że agresja skierowana przeciwko mnie pochodzi ze strony tych, którzy mogliby mnie znienawidzić za szereg innych, wcale nie związanych z moim „gorolstwem” rzeczy. To są akcje prowadzone całkowicie ponad podziałami. Tam znajdziemy nie tylko tego nieszczęsnego Lexblue, czy jakiegoś Ślązaka z Katowic, ale prawdziwych polskich patriotów, takich, jak Zebe, czy Eska, i to razem pod rękę z niedoszłym senatorem Polokiem i posłem Plurą na wózku. Bo – zrozummy to wreszcie – problem śląski polega na tym, że kiedy dochodzi do kwestii tak zwanej tożsamości, u nich wszelkie podziały schodzą na bok i każdy z nich aż się rwie, żeby czyścić, czyścić, czyścić.
A teraz pozwolę sobie na kilka uwag ściśle merytorycznych. Otóż ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego wielu Ślązaków jest tak okropnie wrażliwych na punkcie owej "śląskości". Sam pochodzę z wioski Sławatycze nad Bugiem i nie wyobrażam sobie insynuacji ze strony jakiegoś Ślązaka, która mogłaby moją podlaską wrażliwość tak wzburzyć, by mi choćby powieka drgnęła. Nie potrafię sobie wyobrazić tekstu – choćby nie wiadomo jak elokwentnie podanego – sugerującego, że my podlascy wieśniacy jesteśmy z natury głupi, leniwi, zawistni i brudni, i siebie reagującego na te uwagi choćby minimalnym zainteresowaniem. Z wieloma Ślązakami jest inaczej. Z jednej strony – i to jest moje doświadczenie od wielu, wielu lat – oni są szczerze przekonani, że są lepsi od nas Polaków, zarówno jak idzie o pracowitość, odpowiedzialność, uczciwość, pobożność, zaradność, czy wreszcie zwykłą ludzką solidność, a z drugiej dostają cholery, kiedy tylko pojawi się jakiś nie-Ślązak i powie im, że to, co im się wydaje, to nieprawda, bo Ślązacy są tacy albo wyłącznie na pokaz, albo zaledwie w swoich wyobrażeniach. Jeśli ktoś im nagle powie, że oni są uczciwi i solidni wyłącznie wobec "swoich", a swoją czystość najchętniej demonstrują podczas mszy w kościele, kiedy to klękając podkładają sobie pod kolano chusteczkę do nosa, no i cotygodniowej kąpieli w sobotni wieczór, to oni aż się dławią z oburzenia, bo nie są w stanie się zgodzić na odwrócenie tego swojego porządku, gdzie to właśnie nie-Ślązacy są głupi, leniwi i brudni.
I proszę mi nie mówić, że to nieprawda. Ja tu mieszkam od niemal już 60 lat i takie jest właśnie moje doświadczenie. Bardzo wielu tak zwanych „prawdziwych Ślązaków”, nie dość, że histerycznie wręcz pielęgnuje swoją kulturową i cywilizacyjną odrębność, nie dość, że się nią demonstracyjnie i nieustannie wręcz szczyci, to jeszcze wszem i wobec głosi, że ta ich „inność” jest na tyle lepsza, że obkłada Ślązaków specjalnymi prawami, w tym tym podstawowym: że oni są wyjęci spod jakiejkolwiek krytyki. Owa agresywna etniczna świadomość jest niekiedy tak gwałtowna i irytująca, że ja w historii świata potrafię dla niej znaleźć tylko rasizm żydowski. Kiedy staję naprzeciwko śląskiego rasizmu, widzę dokładnie tych Żydów, którzy z jednej strony tak nieprawdopodobnie się wszędzie rozpychają, a z drugiej, gotowi są użyć wszystkich swoich wpływów, żeby zniszczyć każdego, kto ich zaatakuje choćby słowem.
Do niedawna, jedna strona w katowickim wydaniu „Gazety Wyborczej” była dzielona między dwóch felietonistów, Kazimierza Kutza i Michała Smolorza. Dziś Smolorz już akurat nie żyje, więc tam szyku zadaje już tylko Kutz. Ja wiem, że wielu tak zwanych „porządnych” Ślązaków od razu się na mnie oburzy za to, że ja do swoich ataków na Śląsk i śląskość używam Kutza i Smolorza. Proszę jednak zwrócić uwagę, że cokolwiek by powiedzieć o politycznej proweniencji jednego i drugiego, czy roli, jaką w Polsce spełnia „Gazeta Wyborcza”, to nie jest tak, że Kutz, Smolorz, czy wspierające ich polityczne środowisko spod znaku RAŚ-u, to taka samotna wyspa na oceanie śląskości. Gdyby tak było, dziś nie musielibyśmy prowadzić tej wytwornej debaty. Rzecz bowiem w tym, że tu na Śląsku jest wystarczająco dużo osób, którzy za dwa lata – jeśli on tylko dożyje – ponownie wybiorą Kutza senatorem, i to nie dlatego, że on jest zdrajcą, zaprzańcem i w ogóle częścią tego całego nieszczęścia, któremu na imię Platforma Obywatelska, ale dlatego, że on jest „nosz synek”. To będą też ci sami ludzie, którzy do dziś mają pretensje do Kaczyńskiego i Ziobry, że „zamordowali” Barbarę Blidę, i to też nie dlatego, że większość z nich to, tak jak ona, komuchy, ale dlatego, że Blida to była „nasza dziołcha z Michałkowic”. I nie oszukujmy się. To nie jest żadna egzotyka. Tego kwiatu, jak mówi popularna rymowanka, jest pół światu. A jak ktoś chce sobie na ów kwiat popatrzeć, wystarczy, że się przejdzie ulicą Wolności w Chorzowie, choćby tam, gdzie można sobie kupić muzykę z tak zwanymi „szlagrami”. Tam bowiem nie istnieje ani Platforma, ani PiS, ani SLD. Tam są już tylko „nasi” i „nie-nasi”.
Myślę, że sprawa Barbary Blidy jest całkiem dobrym argumentem, pokazującym, o co w tym wszystkim może chodzić. Ona trochę nam pokazuje, dlaczego tak wielu nie-Ślązaków – a daję słowo, że ja nie jestem tu jedyny – tak bardzo niechętnie reaguje na słowo „ślązak”, czy „śląskość”? W swoim „Elementarzu” jedno hasło poświęciłem Matce Boskiej Piekarskiej. Pozwolę sobie je przypomnieć:
„Matka Boska Piekarska – Prawdopodobnie jedyny przedmiot kultu religijnego w Polsce, który jest w stanie zjednoczyć ofiary zbrodni w Kopalni Wujek ze zbrodni tej autorami. Podejrzewam, że gdyby się okazało, że dowódca plutonu specjalnego strzelającego do górników mówił ze śląskim akcentem, podczas dorocznej pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskich, część Ślązaków modliłaby się o jego nawrócenie, a następnie beatyfikację. Taki Kazimierz Kutz na sto procent nosi medalik z Matką Boską Piekarską w kieszeni i codziennie Jej dziękuje za Katastrofę Smoleńską. Swoją drogą, ciekawe, czemu Ona mu nie wypali dziury w udzie. Przecież by umiała”.
Myślę, że dobrze się stało, że przypomniał mi się ten fragment z „Elementarza”. On, moim zdaniem, wszystko wyjaśnia. Tu jest właściwie wszystko, co tak rozwlekle przedstawiłem powyżej. Tu chodzi mianowicie tylko o tę jedną rzecz. Ja bym oto apelował, jeśli wolno, do swoich znajomych Ślązaków, żeby może oni z kolei zaapelowali do swoich rodzin i przyjaciół, tak by wszyscy oni może któregoś dnia zrozumieli, że nie są w żaden sposób specjalni, a już na pewno lepsi. Nie wszyscy i nie tylko przez to, że lepsza była Oma, lepszy był Opa, „to jo żech jest też lepszy”. Inni – owszem. Proszę bardzo. Niech oni sobie będą inni i się tą swoją innością cieszą. Tak jak każdy człowiek, czy nawet naród, jest inny i się tego nie musi wstydzić. W momencie, gdy oni to zrozumieją i przestaną innych zamęczać swoimi kompleksami, wszystkim nam będzie znacznie łatwiej.

Dziękuję za uwagę. Mam nadzieję, że tym tekstem nie narobiłem sobie dodatkowych wrogów, a ci którzy już są i tak mają moje słowa w nosie. Resztę proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dla Ginewry - z przyjaźnią, nędzą życia i z przeprosinami

Tekst o literacie Kuczoku pisałem napełniony dwoma uczuciami. Wściekłością i lękiem. Moja wściekłość była skierowana na Kuczoka i całą tę antypolską ferajnę, która stopniowo i bardzo konsekwentnie zabiera nam naszą naturalną przestrzeń, natomiast lęk związany był z osobą mojej koleżanki Ginewry i może – choć nieco w mniejszym stopniu – paru innych moich bliskich znajomych. Nie muszę wspominać, że mam tu na myśli moich przyjaciół – Ślązaków. Dlaczego Ginewra zaprzątała mi umysł szczególnie. Przede wszystkim dlatego, że wiedziałem iż ona będzie jedną z pierwszych osob, które przeczytają ów mój tekst, ale również dlatego, że bardzo dobrze zapamiętałem jeden mikroskopijny moment, kiedy ona dała mi odczuć, ze dla niej jej śląskość jest kwestią baaaardzo poważną.
Dlaczego więc, zamiast dać sobie spokój, postanowiłem pisać o Kuczoku? Bo musiałem. Po prostu. Wszystko co tu piszę, piszę dlatego że muszę. Tu ze mną jest jak ze Skaldami. Oni śpiewają bo muszą, ja piszę bo muszę. No ale ktoś mnie spyta, po co w ogóle wspominałem o Ślązakach, Śląsku i śląskości? Czy nie mogłem tego wpisu zwyczajnie ocenzurować i udawać, że fakt iż ten dureń ma na nazwisko Kuczok, nic mnie nie obchodzi. Powiem szczerze, że miałem taki zamiar. Naprawdę. W pewnym momencie rozważałem nawet taką opcję. Że ja wszystkie fragmenty, gdzie się pojawia problem mojej anty-śląskiej obsesji ocenzuruję i słowo ‘Śląsk’ tu nie zostanie wymienione. Ostatecznie jednak z tego rozwiązania zrezygnowałem. Dlaczego?
Otóż pomyślałem sobie, że ja nie będę pisał o Ślązakach, Śląsku i śląskości, ale wyłącznie o Kuczoku i o sobie. Że jednym słowem nie wspomnę o tym, co ja mam przeciwko śląskości, że ja jednym słowem nie wspomnę o tym, co mnie u Ślązaków denerwuje, natomiast przyznam tylko to, że owszem – ja śląskości nie rozumiem, czuję w stosunku do niej niechęć i, przyznaję, że jest to uczucie absolutnie subiektywne, wręcz irracjonalne. Dlaczego więc – ktoś spyta – skoro tak dobrze znam Ślązaków, sądziłem, że mi to ujdzie na sucho? I tu przyznać muszę, że, mimo tego ryzyka, podejrzewałem, że na sucho mi to nie ujdzie. A myślałem tak właśnie dlatego, że Ślązaków dość dobrze znam i wiem, że oni takich wybryków jak zimne antyślązactwo nie darują. Nawet jeśli ono nie jest sformułowane bezpośrednio, ale wyłącznie jako wyznanie winy. Mimo to zaryzykowałem.
No i mam za swoje. Ginewra – osoba, którą uważam za osobę niezwykle miłą, mądrą, elegancką i porządną – napisała mi, że ona moim tekstem czuje się bardzo dotknięta. Więcej. Że ja swoim tekstem „zrobiłem jej ogromną przykrość”. A ja wiedziałem, że tak będzie. Że wystarczy, że ja przyznam, że z jakiegoś niemal irracjonalnego powodu czuję w stosunku do tzw. ‘śląskości’ niechęć – a Ginewra poczuje się skrzywdzona. Dlaczego? Właśnie dlatego że jest Ślązaczką. I ona w związku z tym nie ma wyjścia. Ona się musi poczuć skrzywdzona. Za co? Za to może że ja coś brzydkiego powiedziałem o Ślązakach? Że ja – nie daj Boże – coś brzydkiego powiedziałem o niej? Ależ skąd! Ona poczuje gniew wyłącznie z tego powodu, że ja przyznałem, ze ślązactwo mnie irytuje. Mnie. Subiektywnie i w sposób jak najbardziej dla mnie naturalny.
W tym momencie kusi mnie bardzo, żeby zapytać Ginewrę, czy ona by była na mnie obrażona tak jak jest w tej chwili, gdybym ja na przykład napisał, że ja nie wiem dlaczego, ale tak już mam, że jeśli spotykam przypadek jakiejś ciężkiej podłości, albo czytam wypowiedź jakiegoś wyjątkowego bydlaka, a później dowiaduje się, że on ma na nazwisko Lippman, albo Raciborski, to moją jedyną reakcją jest pełne zrozumienia ‘Aha!’. Uważam, że ten argument byłby idealny, ale wiem, że on tu jest nie na miejscu. Dlatego przede wszystkim, że ja już znam odpowiedź. Ginewra nie uznałaby tego wyznania za agresję pod adresem Żydów, ale oczywiście – tak jak poprzednio – wyłącznie pod adresem Ślązaków. Dlaczego? Bo jest Ślązaczką i jako taka, uważa, że kwestia ślązactwa nie może być dyskutowana, o ile nie chodzi o to, by omówić ciężki los tej ludności i jej zasługi dla Polski. A jeszcze ci Żydzi!
Ale też jest jeszcze jeden powód, dla którego chcę, żeby ten tekst był maksymalnie konkretny i pozbawiony złośliwości. Ja bardzo szanuję Ginewrę, podobnie jak szanuję moich pozostałych przyjaciół-Ślązaków, i bardzo nie chcę ich rozdrażniać. I tak już to robię, więc nie chcę bardziej. Chcę poza tym bardzo uczciwie i starannie pokazać im, ze się mylą. Nie co do wybitności, szczególności i zasług ludu śląskiego, ale co do moich intencji i moich grzechów. Bo, jak już na to wskazałem wcześniej – mój tekst nie był o Ślązakach. On by ł o Kuczoku i o mnie.
O Kuczoku już więcej nie będzie. Natomiast pozwolę sobie jeszcze powiedzieć parę słów o sobie. Otóż ja jestem rodzinnie związany z południowym Podlasiem. Moi rodzice urodzili się nad Bugiem między Kodniem a Włodawą, a ja jeśli mam w ogóle jakąś krew o której warto mówić, to ich krew. Jaka to krew? Trudno mi powiedzieć. Kiedy rozmawiam z moimi przyjaciółmi Ślązakami, oni mi potrafią dużo opowiadać o tym, czym jest śląskość i jacy to Ślązacy są. Że pracowici, że czyści, że uprzejmi dla starszych, że bogobojni, że dobrosąsiedzcy, że honorowi, i że wreszcie od wieków krzywdzeni. Co ja mogę powiedzieć o sobie jako o człowieku z południowego Podlasia? Nie wiem. Więcej tu ma do powiedzenia pani Toyahowa. Ona ze mnie nieustannie kpi, każdą kpinę kończąc zdaniem, „No, ale rozumiecie. Tatuś jest z Podlasia”. O ile się orientuję, chodzi o to, że my na Podlasiu jesteśmy chamami bez ogłady i wyczucia, którzy w dodatku przez tydzień chodzą w tych samych majtkach i skarpetkach. Czy ja się obrażam? Nie. Dlaczego. Bo, ja wprawdzie o nas nie wiem wiele, ale jedno wiem na pewno. My się nie obrażamy.
Co o ludziach z Podlasia myśli moja żona, już wiem. Co myślą inni mieszkańcy Polski? Nie mam pojęcia. Mam wrażenie – takie jest moje doświadczenie – że Ślązacy nie są nastawieni zbyt entuzjastycznie. Ale mogę się oczywiście mylić. Wiem natomiast z całą pewnością, że ludzie sobie rożnie myślą o różnych rzeczach, o innych ludziach, o różnych poglądach, o różnych zdarzeniach i że na to co sobie oni myślą, nie ma rady. Wiem też, że Niemcy nie lubią Belgów, Francuzi Anglików, a Anglicy nikogo. I na to też nie ma rady. Wspominane tu zostały regionalizmy i ich zasługi dla ogólnego dobrobytu. Wiem o co chodzi. Ja na przykład uwielbiam Górali i Kaszubów. Ciekawa jednak sprawa. Ile razy rozmawiam z kimś, kto mieszka wśród jednych czy drugich, a nie jest częścią tej kultury, ten ktoś mi mówi, że oni są nie do zniesienia. Zawsze z tym dodatkiem: „Pobyłbyś trochę wśród nich, to byś wiedział, o czym mówię”. O co chodzi? Nie wiem. Podobnie jak nie wiem, o co chodzi pani Toyahowej z tym, że tatuś jest z Podlasia. Ale nie wnikam. Dlaczego? Bo szczerze powiem, mało mnie to obchodzi. Dlaczego? Myślę że przede wszystkim dlatego, że nie jestem Ślązakiem.
I tu dochodzę do sedna. Ja, gdyby ktoś mnie zapytał, co ja mam przeciwko Ślązakom, bardzo bym chciał wszystko co myślę opowiedzieć. Tyle że nie potrafię. To nie jest nic bardzo konkretnego. To jest prawdopodobnie coś takiego, co się każdemu zdarza od czasu do czasu, że coś go irytuje, ale kiedy chce się tą swoją irytacją podzielić z innymi, to wszyscy wzruszają ramionami i mówią mu, żeby dał spokój, bo się czepia. No i najczęściej mają rację. No bo co można powiedzieć na to, że ja nie lubię nazwiska Nowok, lub Polok? Dlatego ja nie chcę – i też nie próbowałem – opowiadać, jacy to ci Ślązacy są, że mnie tak czasami złoszczą. Ja tylko powiedziałem jaki jest Kuczok. No i dodałem – bo się nie potrafiłem powstrzymać – ten osobisty akcent, że mnie nie dziwi, że on się akurat nazywa Kuczok. I za to teraz zbieram. A zbieram – i jestem głęboko i szczerze przekonany, ze mam rację – bo Ślązacy sa obrażalscy jak cholera. Obrażają się na każdym kroku. O wszystko. Niech tylko poczują, że ich poczucie wielkości zostało zaatakowane, natychmiast się obrażają. Nie wszyscy, ale większość. I jestem pewien, że to jest fakt.
Oczywiście mógłbym tu, skoro już w ogóle zostałem sprowokowany, żeby powiedzieć to jedno zdanie o Ślązakach, a nie o sobie, drążyć temat dalej, ale nie będę. Bo jak mówię, mi nie chodzi wcale o Ślązaków, ale o Kuczoka i siebie stojącego naprzeciwko niego. Siebie z moją miłością do Polski i z moimi ludzkimi kompleksami i dziwactwami. Jednak muszę powiedzieć parę słów. Już bardzo konkretnie, bardzo merytorycznie, tak by Ginewra, którą szanuję i znajomość z którą sobie cenię, nie powiedziała, że próbuję się wykręcić czystą retoryką. Otóż jest jedna rzecz. Chodzi mi o informację, którą Ginewra przekazała w komentarzu adresowanym akurat nie do mnie, ale do Marylki. Proszę, oto dłuższy cytat:
„Jednym z elementów śląskiej tożsamości jest poczucie krzywdy. Wiele by o tym pisać, skąd się wzięło - ma to zjawisko tradycję wielowiekową (jak zechcesz, mogę Ci przysłać swój artykuł na ten temat). Zostało to poczucie spotęgowane w czasach PRL-u i znalazło swój wyraz także w III RP.
Śląsk po latach bandyckiej eksploatacji staje się dzisiaj obszarem zdegradowanym. Zamykając kopalnie (często wbrew rachunkowi ekonomicznemu, chociaż oczywiście oficjalna propaganda mówi, że wszystkie kopalnie są nierentowne i "państwo" do nich dopłaca), odbiera się ludziom godność, a dla górniczych rodzin godność i związany z tym etos pracy są bardzo istotnym składnikiem ich tożsamości.
Dlatego ci ludzie w swojej rozpaczy zwracają się ku takim inicjatywom jak RAŚ, bo czują się opuszczeni przez polityków, których wybrali do Sejmu.”
Uważam, Moja Droga Ginewro, że to co napisałaś świadczy o tym, że na punkcie tej swojej tożsamości jesteś całkowicie zapętlona. Problem polega na tym, że w dzisiejszej Polsce nie ma regionu, nie ma rodziny, nie ma kultury, nie ma człowieka – z wyjątkiem bandy kolonizatorów i ich przydupasów – którzy nie byliby w jakimś stopniu, najczęściej ogromnym, pokrzywdzeni i zdegradowani. Masz ludzi biednych, opuszczonych, wykpiwanych, bez nadziei na jakąkolwiek przyszłość. Masz polską wieś, polskie miasteczka, polskie ulice wypełnione ludźmi, którzy już dziś wiedzą, że umrą na obrzeżach nowoczesnego świata. Ludzi, którzy, gdyby nie świadomość, że mają niedaleko ten supermarket, umarli by z rozpaczy. Masz polską religijność wyśmiewaną i gnojoną bezlitośnie przez bandy zbirów i złoczyńców. Masz tych ludzi harujących 18 godzin na dobę, te dzieci krążące po drogach w poszukiwaniu jakiegokolwiek zarobku, te dziewczyny handlujące swoim ciałem, żeby jakoś było. Czy to są wszystko Ślązacy eksploatowani przez Polskę?
LEMMING niedawno pisał o dwóch biednych chłopcach, których spotkał gdzieś w Polsce jak kupowali ziemniaki i dwa jajka za 2,40. To nie było na Śląsku. A Ty mi coś pieprzysz o Ślązakach, którym odebrano godność, bo są Ślązakami. Ja nie jestem w stanie dnia przeżyć, żeby nie słyszeć tego śląskiego szwargotu, i to nie skrywanego, nie wypowiadanego w konspiracji, z leku przed agresją bogatej i wypasionej reszty Polski, ale głośnego, dumnego i rozpychającego się już nawet w państwowej telewizji. Niedawno stałem w Chorzowie na ulicy Wolności czekając na tramwaj. Obok był sklep muzyczny i z głośników leciały wyłącznie jedna pod drugiej jakieś niemieckie knajpiane piosenki. Przypadek? To w takim razie włącz sobie telewizję Silesia i obejrzyj koncert życzeń. Zobacz co się tam dzieje. Przepraszam Cię bardzo, ale czy oni – ci biedni zaszczuci Ślązacy – zwracają się ku „takim inicjatywom jak RAŚ”, żeby mogli tych piosenek słuchać bez bicia przerażonego serca, czy może, żeby ich było więcej? A jak komuś się nie podoba, niech wypieprza za Bug?
Jeszcze raz Cię proszę. Przestań się obrażać. To w ogóle nie chodziło o Ciebie. Podobnie jak to tak naprawdę nie chodziło o Śląsk. Ja chciałem napisać parę słów o Kuczoku. I go wdeptać w ziemię. Bo tak już mam. Natomiast gdyby on się nazywał nie Kuczok, tylko Oleszczuk, albo – tak jak ta idiotka – Kuryluk, a ktoś by mi napisał, że Polskę zaatakowała banda niedomytych nadbużan, to bym na to machnął ręką. Natomiast, owszem, byłoby mi wstyd, że ten ruski buc ma nazwisko, które się kończy tak samo jak moje.
No i oczywiście, przepraszam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...