Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danuta Siedzikówna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danuta Siedzikówna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2016

Gdy stara ubecja zachowuje się jak trzeba

Dziś, po niezaplanowanej przerwie, mój kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Zapraszam do kupowania i do czytania.

Nie wiem, na ile czytelnicy „Warszawskiej Gazety” mieli szansę zwrócić na tę dziwną postać uwagę, ale w tych dniach przez media przeleciało nazwisko niejakiej Katarzyny Kukieły. Myślę, że nie muszę tłumaczyć, co to takiego owa Kukieła, ale gdyby jednak ktoś nie wiedział, to powiem bardzo krótko, że jest to starsza pani, mieszkanka Krakowa, reprezentująca styl elegancji gdzieniegdzie określany epitetem „faszyn from raszyn”, która zawodowo trudni się albo wynajmowaniem kamienic, albo uczestniczeniem w marszach KOD-u. Kukieła zdobyła sławę, kiedy na Facebooku opublikowała tekst obrażający prezydenta Dudę, czym naraziła się jakimś lokalnym biznesmenom, którzy, jak się okazało, akurat nie mieli ochoty na to, by ich mieszać do polityki, no a teraz nie za bardzo mają z tego ambarasu wyjście.
Ponieważ Kukieła, jak już wspomnieliśmy wcześniej, to działaczka KOD-u, w jej obronie natychmiast stanęła przede wszystkim Organizacja, ale również sprzymierzone media, w tym przede wszystkim „Gazeta Wyborcza”. I nie byłoby w tym nic dziwnego – w końcu zarówno Kukieła, jak i jej znajomi, to ludzie zamożni i niewykluczone, że przynajmniej krakowski oddział KOD-u jest na ich utrzymaniu, no a „Wyborcza” też stara się być wszędzie, gdzie faszyzm podnosi głowę – gdyby nie fakt, że sama Kukieła została zaatakowana głównie przez swoich biznesowych partnerów, a więc też pewnie demokratów, a nie przez czarny, pisowski motłoch, no a poza tym szczególne wrażenie zrobiła forma tej obrony. Otóż osłaniając Kukiełę własną piersią „Wyborcza” uderzyła w tony, na jakie sobie pozwala w sytuacjach wyjątkowych, takich choćby jak profanacja nazwy Holocaust, lub nazwiska Bartoszewski, a więc postanowiła opluć świętości najbardziej polskie. I powiem szczerze, że to mnie zaskoczyło naprawdę mocno. No bo ja bym się spodziewał, że oni napiszą na przykład, że obrażając Prezydenta Kukieła wykazała się naprawdę dużym poczuciem humoru, albo że Prawo i Sprawiedliwość szczują przeciwko biednej kobiecie po to, by przykryć aferę z Trybunałem Konstytucyjnym, tymczasem, jak się okazało, oni uznali za stosowne uderzyć w nutę najwyższą i ogłosili, że Kukieła… „zachowała się jak trzeba”.
I teraz jest tak, że kiedy ja oczywiście biorę pod uwagę możliwość, że czytelnicy „Warszawskiej Gazety” nie słyszeli nazwiska Kukieła, to nie wierzę, by którykolwiek z nas nie wiedział, że słowa „zachowałam się jak trzeba” wypowiedziane zostały przez wielką polską bohaterkę Danutę Siedzikówną tuż przed tym, jak została zamordowana przez ludzi, z których niektórzy zapewne do dziś bardzo chętnie czytają „Gazetę Wyborczą”. Wiemy to my, ale też z całą pewnością świetnie zdają sobie sprawę z wagi tego grepsu redaktorzy „Wyborczej”. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że oni porównując Kukiełę do Siedzikówny, świetnie wiedzieli, co robią.
Oni to wiedzieli. My jeszcze się zastanawiamy, ale jestem pewien, że się niedługo dowiemy, skąd tam aż taka wściekłość. No bo nie oszukujmy się. Na pewno nie poszło o jakąś półprzytomna pańcię.

Zapraszam również wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

środa, 28 sierpnia 2013

O patriotyzmie ze szkoły mistrza Goka

Nie chciałem o tym pisać wcześniej, bo to i temat zbyt poważny, żeby sobie z niego stroić żarty, i trzeba też mieć szacunek dla ludzkiej wrażliwości, która przecież nie musi koniecznie odpowiadać naszej, czy wreszcie nieładnie jest się czepiać czegoś, czego znaczenie obiektywnie wykracza poza nasze drobne pretensje. Tak się jednak złożyło, że kilka dni temu, zupełnym przypadkiem, wpadłem na trop barda-patrioty Andrzeja Kołakowskiego, skrytykowałem pewną jego piosenkę, i za ten postępek zostałem wpisany na listę wrogów Polski, Kościoła, no a przede wszystkim, prostego człowieka. W tej sytuacji wygląda na to, że teraz już, cokolwiek napiszę, ani mi nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Najwyżej tych, co mnie nienawidzą, umocnią w przekonaniu, że albo jestem jeszcze bardziej podły, niż się wydawało, albo jeszcze bardziej tchórzliwy i zakłamany.
Otóż ledwo co wczoraj, po raz drugi w życiu, obejrzałem – tym razem z moją córką – kultowy już film, wyprodukowany przez TVP, pod tytułem „Inka 1946”. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że każdy pojedynczy los każdego pojedynczego bohatera naszej walki o wolność, to osobna historia, osobna tragedia, osobne cierpienie i wreszcie często osobna śmierć, niemniej, z chyba jednak oczywistych powodów, śmierć Danusi Siedzikówny robi wrażenie szczególne. Z powodów, jak sądzę porażająco oczywistych, ani udręczenie i śmierć generała Fieldorfa, ani rotmistrza Pileckiego, ani majora Łupaszki, ani żadnego z tych wybitnych rycerzy nie robi takiego wrażenia, jak udręczenie i śmierć tego dziecka. Stąd – i znów, przy całym szacunku dla powagi każdej męczeńskiej śmierci – każda krytyka kolejnej artystycznej próby oddania czci tamtym ludziom, choćby nie wiadomo jak brutalna, może być jakoś tolerowana. Jak idzie o Siedzikówną – tego zwyczajnie zaczepiać nie wypada. I to znów, niezależnie od tego, jak bardzo mamy do czynienia ze zwyczajnym nadużyciem.
Ponieważ jednak, jak już wspomniałem, i tak jestem na czarnej liście wrogów Ojczyzny i Prostego Człowieka, pozwolę sobie na parę dodatkowych uwag w kwestii oddawana czci Pomordowanym. Na początek dygresja. Otóż moje dziecko jest, jak idzie o wspomniane wartości, osobą histerycznie wręcz zanurzoną w owe emocje. I to ona akurat należy do największych krytyków tego, co ja tu piszę i niekiedy kieruję w stronę tak zwanych „naszych”. To ona dostaje autentycznej cholery, ile razy przeczyta u mnie jakiekolwiek złośliwości, choćby nie wiadomo jak usprawiedliwione, pod adresem tych, których jej zdaniem należy zachowywać pod pełną ochroną. I to niezależnie od tego, czy chodzi aż o pieśniarza Kołakowskiego, czy tylko o dziennikarza Feusette. Oglądaliśmy jednak wczoraj ten film i to ona pierwsza wyraziła swoje oburzenie.
W czym rzecz, pomijając oczywiście to, co zawsze, a więc fakt, że ten film jest zwyczajnie do bani? Że on, pod względem realizacyjnym, jak idzie o scenariusz, no i, jak zawsze, o poziom prezentowanego aktorstwa, jest gorszy od wszystkiego, co się nam zdarza oglądać na co dzień. Otóż wszyscy wiemy, jak wyglądała Danuta Siedzikówna. Tych zdjęć oczywiście dużo nie ma, ale wystarczy wpisać w grafikę Googla to nazwisko i wszystko mamy jak na dłoni. Kto gra Siedzikówną filmie „Inka 1946”? Niejaka Karolina Kominek-Skuratowicz – blond cizia o błękitnym spojrzeniu, od początku do końca w ciężkim make-upie – która z Inką, jaką znamy z archiwalnych zdjęć, nie ma wspólnego dokładnie nic. Realizatorzy tego filmu posunęli się wręcz do tego, by już nawet w finałowych scenach tego filmu, Skuratowicz miała zaróżowione policzki i świeżo umyte włosy, i żeby nawet ta nieszczęsna rozbita warga wyglądała odpowiednio pociągająco.
I znów muszę zrobić to zastrzeżenie, od powtarzania którego już mi się chce zwyczajnie rzygać, ale, jak widać, nie mam innego wyjścia. Ja wiem, że historia Inki Siedzikówny jest czymś tak upiornie wstrząsającym, że nawet największa artystyczna tandeta nie jest w stanie jej do końca zniszczyć, jednak bardzo się mocno zastanawiam, co szkodziło realizatorom tego filmu do tego ich geszeftu wynająć dziewczyny, która by choćby bardzo powierzchownie przypominała Siedzikówną? Dziewczyny, która przynajmniej nie byłaby wypindrzoną blondynką? Jaka chora myśl stała za tą ich przedziwną decyzją?
Oczywiście, jest bardzo prawdopodobne, że wśród tysięcy stojących w kolejce o jakąkolwiek robotę polskich aktorek, dziewcząt o urodzie Siedzikówny zwyczajnie nie ma, i to do tego stopnia, że jest kompletnie bez znaczenia, kogo się do tego ostatecznie wynajmie. A zatem, jeśli padło na Skuratowicz, to bez żadnego merytorycznego powodu. Jest też jednak prawdopodobne, i jak sądzę tu właśnie leży odpowiedź, że autorzy filmu o Ince uznali, że skoro ten film ma być przeznaczony dla prostego człowieka, który ma proste serce i jeszcze prostsze wymagania, Inka musi być – w oczywiście najbardziej prostackim ujęciu – „śliczna”. Moim zdaniem, oni uznali, że gdyby tu wzięli jakąś nierzucającą się w oczy dziewczynę z ulicy, prosty człowiek by się zwyczajnie nie wzruszył, a tym samym, film by się nie sprzedał. W końcu krew też nie zawsze wygląda tak samo dobrze.
Ja naprawdę bardzo się staram swoje uczucia do filmu „Inka 1946” ograniczyć do kwestii technicznych, a więc stwierdzić fakt, że to jest jeszcze jedna polska produkcja dramatycznie związana obiektywnymi trudnościami kulturowymi i budżetowymi, widzę jednak tę Skuratowicz, jak świeżo wymyta i upudrowana stoi przed plutonem egzekucyjnym i zadaje szyku tymi swoimi błękitnymi oczyma, i czuję swąd zwykłego, starego jak świat, kłamstwa i pogardy. I niestety, nie głupoty.
Ale jest jeszcze coś. Otóż ja nawet jestem w stanie przyjąć, że się tu mylę; że oni mieli oczywiście paskudny gust, za to dobrą wolę, i chcieli nam tę Inkę przedstawić najlepiej, jak tylko mogli sobie to wyobrazić. Tam jest jednak moment, który, moim zdaniem, załatwia wszystko ostatecznie. W pewnym momencie ubecy wprowadzają – czy raczej wciągają – Inkę do pokoju, gdzie ona ma być przesłuchiwana, i jej na ułamek chwili odsłaniają biust. Raz, że to jest zabieg w sposób oczywisty technicznie i merytorycznie zupełnie niepotrzebny, a dwa, że to jest naprawdę tylko jeden krótki moment w całym filmie, ja mam wrażenie, że on jest wynikiem bardzo szczególnego procesu intelektualnego. Otóż, moim zdaniem, każdy polski film jest ostatnio obłożony zastrzeżeniem ze strony producenta, że musi być, jeśli nie dupczenie, to przynajmniej kawałek cyca. Bo to gwarantuje dodatkowe parę punktów procentowych, jak idzie o oglądalność. I tu jest cała tajemnica produkcji takiej, jak „Inka 1946”. To co naprawdę boli, to fakt, że nie tylko.
Dyskusja, jaka potoczyła się w Salonie24 nad moim tekstem o piosence Kołakowskiego, w znacznym stopniu skoncentrowała się na tym, że ponieważ Kołakowskiego ze ściśniętym sercem słuchają prości ludzie, mój atak na te piosenkę, to w rzeczywistości atak na tych ludzi. Na tych ludzi i ich prawo do własnych emocji i własnych łez. Dziś rozmawiamy o filmie „Inka 1946”, filmie, który, tak już na marginesie, kupiłem w lokalnym oddziale IPN-u, i na którym, jestem pewien, tysiące bardzo prostych ludzi w całej Polsce szczerze płakało, bardzo bym chciał, żeby to, co czuję, jak idzie o tak zwany szacunek do owego prostego człowieka i, z drugiej strony, kierowaną w jego stronę pogardę, znalazło jakieś sensowny odzew.
Jednak boję się, że wszystko skończy się tak jak zawsze. Cześć z nas oczywiście smutno pokiwa głową i powie mi, że to wszystko jest tak oczywiste, że nie ma nawet o czym gadać, natomiast większość dostanie na mnie ciężkiej cholery, że dopieprzam się bez sensu do jednego z najwybitniejszych świadectw polskiego patriotyzmu i w ten sposób tylko dostarczam argumentów wrogom Ojczyzny. Zwłaszcza gdy się okaże, że ta Kominek-Skuratowicz w wolnym od zajęć ściśle zawodowych czasie śpiewa po kościołach piosenki o majorze Łupaszce. Oczywiście wyłącznie dla ludzi prostych.

Tradycyjnie, bardzo proszę wszystkich, którzy lubią tu przychodzić i mają z czytania tych tekstów jakąś satysfakcję, o wspieranie tego bloga pod podanym (niestety wciąż dopiero na samym dole strony) numerze konta. Dziś, to jest autentycznie jedyne źródło naszego codziennego utrzymania. Dziękuję.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...