Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebastian Karpiniuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebastian Karpiniuk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 sierpnia 2022

Jeszczcze raz o biednym i niewinnym śp. Sebastianie Karpiniuku

 

      Wśród paru zdarzeń, które zdominowały wczoraj rynek mediów, może nie najbardziej istotnym było to związane z wypowiedzią papieża Franciszka – kolejną już – na temat wojny. Nie wojny na Ukrainie, nie wojny w Afryce, wreszcie nie wojny na Dalekim Wschodzie, ale wojny jako takiej. A to co w owej wypowiedzi zwróciło naszą szczególną uwagę było to:

„I myślę o dzieciach, tyle ich zmarło. O wielu uchodźcach; tu jest ich wielu. Jest tylu rannych. Tyle dzieci ukraińskich i rosyjskich stało się sierotami. Bycie sierotą nie ma narodowości. Straciły ojca albo matkę, i rosyjskie, i ukraińskie dzieci. Myślę o wielkim okrucieństwie, o tylu niewinnych, którzy płacą za szaleństwo, szaleństwo wszystkich stron, bo wojna jest szaleństwem i nikt nie może powiedzieć: ‘nie, ja nie jestem szaleńcem’. Szaleństwo wojny. Myślę o tej biednej dziewczynie, wysadzonej w powietrze z powodu bomby pod siedzeniem samochodu w Moskwie. Niewinni płacą za wojnę, niewinni. Pomyślmy o tej rzeczywistości. I powiedzmy jeszcze raz: wojna jest szaleństwem. A ci, którzy zarabiają na wojnie, na handlu bronią, to przestępcy; oni mordują ludzkość”.

        A więc to ten fragment wystąpienia Papieża zwrócił uwagę mediów, natomiast to co wręcz wstrząsnęło opinią publiczną, to to jedno zdanie na temat śmierci córki Dugina, tej „biednej dziewczyny wysadzonej w powietrze”.

        Gdy chodzi o mnie, to w pierwszej chwili chciałem napisać solidną polemikę z kolejną z wielu prób szczucia na papieża Franciszka, jednak pomyślałem sobiem, że mam lepszy sposób pokazania, jak owa rozerwana na strzępy „dziewczyna” mogła nagle w sercu Papieża stać się „biedną”, a może i nawet „niewinną” ofiarą Zła z poza tego świata. I w ten sposób postanowiłem przypomnieć tekst, który opublikowałem tu w przedzień pierwszej rocznicy Katastrofy Smoleńskiej i śmierci człowieka, który dla mnie w sposób zupełnie oczywisty, był jednym z tych którzy do tej katastrofy doprowadzili. Bardzo proszę.

 

 

 

      Film Stankiewicz i Pospieszalskiego ‘Lista pasażerów’ robi oczywiste wrażenie sam w sobie, niemniej jednak jest w nim coś, co mnie osobiście bardzo wzruszyło jeszcze zanim miałem okazję włożyć dysk do odtwarzacza. Mam na myśli okładkę, a raczej jej niemal centralny element. Otóż okładka owa skomponowana jest ze zdjęć osób, które zginęły w smoleńskim nieszczęściu, a niemal w środku znajduje się zdjęcie Sebastiana Karpiniuka. To co w tym zdjęciu jest dla mnie tak bardzo uderzające i przejmujące, to fakt, że widzę na nim twarz człowieka miłego, sympatycznego i autentycznie radosnego, w sposób wręcz doskonały. Sama ta twarz, ale i – co często jest znacznie ważniejsze – jego usta i oczy są tak pełne radości i prawdziwego uroku, że ta śmierć staje się jeszcze bardziej bolesna.

      Patrzę na to zdjęcie Sebastiana Karpiniuka, człowieka którego za życia tak bardzo nie lubiłem, człowieka, który budził we mnie absolutnie najgorsze instynkty, kogoś kto swoim zachowaniem i słowami jakie wypowiadał, sprawiał, że stawałem się nie kimś lepszym, lecz wręcz przeciwnie – człowiekiem znacznie gorszym i podlejszym, i myślę sobie dziś, że musiałem się jednak co do niego fatalnie mylić. Bo to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby ktoś o oczach tak jasnych i uśmiechu tak promiennym, był choćby w połowie tak zły, jak mi się wówczas wydawało. I zastanawiam się, co się zmieniło? Co tak dramatycznie odmieniło ten obraz? Czy to możliwe, że przyczyną jest tylko ta męczeńska przecież śmierć? Że to ona nadała, tej samej przecież co zawsze twarzy, jakąś aurę świętości, czy choćby tylko czystości? Czy może tam jest coś jeszcze? A może za tym stoi poczucie, że biedny Sebastian Karpiniuk został tak fatalnie zapomniany przez tych, którym z taką szczerością był przez całe lata tak bardzo wierny. Świadomość, że ci, którym poświęcił wszystkie swoje emocje i swoją wiarę, dziś już tylko się modlą o to, żeby tę pamięć jasny szlag trafił. Że już dość tego. Że koniec z tym wszystkim. Do roboty!

      Nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie, dlaczego kiedy dziś patrzę na to czarno-białe zdjęcie Sebastiana Karpiniuka, widzę człowieka, którego można już tylko lubić. Ale tak to własnie jest. Tak to się właśnie dzieje, że widzę te roześmiane oczy i jest mi tak okropnie przykro, że on już nie żyje i że to jego życie skończyło się w tak strasznych okolicznościach. I jest mi oczywiście też bardzo przykro z powodu wszystkiego tego, co kiedyś o nim myślałem, mówiłem i pisałem.

      Ale jest jeszcze coś. Otóż myślę sobie, ze to jest coś absolutnie niezwykłego, a przy okazji prawdziwie upiornego, do czego doprowadził ten plan, którego jedynym celem było narazić Polskę na taką nienawiść, żeby to właśnie jedynie ta nienawiść decydowała o naszej teraźniejszości, a co najważniejsze – przyszłości. Dziś już – co przyznają sami autorzy i przy okazji piewcy tego czarnego sposobu na zdobycie i utrzymanie władzy – tego się nie da dalej ciągnąć. Czy to dlatego, że Polacy zauważyli ten fałsz, czy może dlatego, że intensywności tego zła nie wytrzymała już sama natura? Trudno powiedzieć. Inna sprawa, że ta nienawiść swoje żniwo zebrała jak najbardziej. Również w ten sposób, że, być może nawet wielokrotnie, autentyczne dobro i pogodę życia, zmieniła w czarny gniew o zaciśniętych pięściach i szyderczym uśmiechu. Ta nienawiść zrobiła z nas zwierzęta. I pomyśleć tylko, że poszło o coś tak mikroskopijnego jak władza. Myślę, że ci, którzy skalkulowali sobie, ze tak właśnie będzie dobrze, powinni się dziś bardzo wstydzić. Choćby patrząc na zdjęcie Sebastiana Karpiniuka na okładce tego filmu.

       Wiem jednak przy tym, że na jakikolwiek wstyd liczyć dziś nie można. Właśnie dlatego, że to zło, ta nienawiść, może polec tylko w obliczu najbardziej bezpośredniej śmierci. Tylko ta właśnie śmierć potrafi ją pokonać. Ale żeby tak się stało, tę śmierć trzeba umieć dojrzeć i chcieć ją odpowiednio przeżyć. Trzeba umieć docenić jej okrutną moc. Bez tego, pozostaje nam się tylko dalej męczyć z naszym obłąkaniem.

      Dziś miałem okazję obejrzeć w telewizji fragmenty uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej Lecha Kaczyńskiego, twórcy Muzeum Powstania Warszawskiego. Było bardzo podniośle i refleksyjnie. Przyszło wielu ważnych gości, byli posłowie, był ksiądz biskup, był prezes Jarosław Kaczyński, była też prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pani prezydent wygłosiła – niech nawet będzie, że ładne – przemówienie, w którym uczciwie oddała Lechowi Kaczyńskiemu, co mu się w tej sytuacji należało. I wreszcie przyszedł moment, kiedy ksiądz biskup powiedział kilka odpowiednich do okazji słów, a następnie poświęcił tablicę, oblewając ją wodą święconą. Kropił więc Biskup tablicę, osoby obecne na uroczystości, robiły jak należy znak krzyża, a kamera – nie wiedzieć jak i skąd - pokazała w tym momencie Hannę Gronkiewicz-Waltz, zajętą rozmową z kobietą, która jej towarzyszyła… jak ziewa. Zwyczajnie ziewa.

      Często się zastanawiamy – również tu, na tym blogu – nad tym, co się z nami stało. I jak się to stało, że daliśmy się tak fatalnie sprowadzić na aż tak parszywą ścieżkę. Czasem jest nam z tymi naszymi myślami lżej, czasem ciężej. Ale wciąż się od nowa zastanawiamy nad niebywałą skutecznością tego zła. Myślę, że dobrze jest w takich chwilach spojrzeć na zdjęcie zmarłego w Smoleńsku Sebastiana Karpiniuka. Choćby po to, by się jeszcze bardziej nie stoczyć.

 


sobota, 9 kwietnia 2011

Dzień przed, rok po - o pamięci zbędnej

Film Stankiewicz i Pospieszalskiego ‘Lista pasażerów’ robi oczywiste wrażenie sam w sobie, niemniej jednak jest w nim coś, co mnie osobiście bardzo wzruszyło jeszcze zanim miałem okazję włożyć dysk do odtwarzacza. Mam na myśli okładkę, a raczej jej niemal centralny element. Otóż okładka owa skomponowana jest ze zdjęć osób, które zginęły w smoleńskim nieszczęściu, a niemal w środku znajduje się zdjęcie Sebastiana Karpiniuka. To co w tym zdjęciu jest dla mnie tak bardzo uderzające i przejmujące, to fakt, że widzę na nim twarz człowieka miłego, sympatycznego i autentycznie radosnego, w sposób wręcz doskonały. Sama ta twarz, ale i – co często jest znacznie ważniejsze – jego usta i oczy są tak pełne radości i prawdziwego uroku, że ta śmierć staje się jeszcze bardziej bolesna.
Patrzę na to zdjęcie Sebastiana Karpiniuka, człowieka którego za życia tak bardzo nie lubiłem, człowieka, który budził we mnie absolutnie najgorsze instynkty, kogoś kto swoim zachowaniem i słowami jakie wypowiadał, sprawiał, że stawałem się nie kimś lepszym, lecz wręcz przeciwnie – człowiekiem znacznie gorszym i podlejszym, i myślę sobie dziś, że musiałem się jednak co do niego fatalnie mylić. Bo to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby ktoś o oczach tak jasnych i uśmiechu tak promiennym, był choćby w połowie tak zły, jak mi się wówczas wydawało. I zastanawiam się, co się zmieniło? Co tak dramatycznie odmieniło ten obraz? Czy to możliwe, że przyczyną jest tylko ta męczeńska przecież śmierć? Że to ona nadała, tej samej przecież co zawsze twarzy, jakąś aurę świętości, czy choćby tylko czystości? Czy może tam jest coś jeszcze? A może za tym stoi poczucie, że biedny Sebastian Karpiniuk został tak fatalnie zapomniany przez tych, którym z taką szczerością był przez całe lata tak bardzo wierny. Świadomość, że ci, którym poświęcił wszystkie swoje emocje i swoją wiarę, dziś już tylko się modlą o to, żeby tę pamięć jasny szlag trafił. Że już dość tego. Że koniec z tym wszystkim. Do roboty!
Nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie, dlaczego kiedy dziś patrzę na to czarno-białe zdjęcie Sebastiana Karpiniuka, widzę człowieka, którego można już tylko lubić. Ale tak to własnie jest. Tak to się właśnie dzieje, że widzę te roześmiane oczy i jest mi tak okropnie przykro, że on już nie żyje i że to jego życie skończyło się w tak strasznych okolicznościach. I jest mi oczywiście też bardzo przykro z powodu wszystkiego tego, co kiedyś o nim myślałem, mówiłem i pisałem.
Ale jest jeszcze coś. Otóż myślę sobie, ze to jest coś absolutnie niezwykłego, a przy okazji prawdziwie upiornego, do czego doprowadził ten plan, którego jedynym celem było narazić Polskę na taką nienawiść, żeby to właśnie jedynie ta nienawiść decydowała o naszej teraźniejszości, a co najważniejsze – przyszłości. Dziś już – co przyznają sami autorzy i przy okazji piewcy tego czarnego sposobu na zdobycie i utrzymanie władzy – tego się nie da dalej ciągnąć. Czy to dlatego, że Polacy zauważyli ten fałsz, czy może dlatego, że intensywności tego zła nie wytrzymała już sama natura? Trudno powiedzieć. Inna sprawa, że ta nienawiść swoje żniwo zebrała jak najbardziej. Również w ten sposób, że, być może nawet wielokrotnie, autentyczne dobro i pogodę życia, zmieniła w czarny gniew o zaciśniętych pięściach i szyderczym uśmiechu. Ta nienawiść zrobiła z nas zwierzęta. I pomyśleć tylko, że poszło o coś tak mikroskopijnego jak władza. Myślę, że ci, którzy skalkulowali sobie, ze tak właśnie będzie dobrze, powinni się dziś bardzo wstydzić. Choćby patrząc na zdjęcie Sebastiana Karpiniuka na okładce tego filmu.
Wiem jednak przy tym, że na jakikolwiek wstyd liczyć dziś nie można. Właśnie dlatego, że to zło, ta nienawiść, może polec tylko w obliczu najbardziej bezpośredniej śmierci. Tylko ta właśnie śmierć potrafi ją pokonać. Ale żeby tak się stało, tę śmierć trzeba umieć dojrzeć i chcieć ją odpowiednio przeżyć. Trzeba umieć docenić jej okrutną moc. Bez tego, pozostaje nam się tylko dalej męczyć z naszym obłąkaniem.
Dziś miałem okazję obejrzeć w telewizji fragmenty uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej Lecha Kaczyńskiego, twórcy Muzeum Powstania Warszawskiego. Było bardzo podniośle i refleksyjnie. Przyszło wielu ważnych gości, byli posłowie, był ksiądz biskup, był prezes Jarosław Kaczyński, była też prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pani prezydent wygłosiła – niech nawet będzie, że ładne – przemówienie, w którym uczciwie oddała Lechowi Kaczyńskiemu, co mu się w tej sytuacji należało. I wreszcie przyszedł moment, kiedy ksiądz biskup powiedział kilka odpowiednich do okazji słów, a następnie poświęcił tablicę, oblewając ją wodą święconą. Kropił więc Biskup tablicę, osoby obecne na uroczystości, robiły jak należy znak krzyża, a kamera – nie wiedzieć jak i skąd - pokazała w tym momencie Hannę Gronkiewicz-Waltz, zajętą rozmową z kobietą, która jej towarzyszyła… jak ziewa. Zwyczajnie ziewa.
Często się zastanawiamy – również tu, na tym blogu – nad tym, co się z nami stało. I jak się to stało, że daliśmy się tak fatalnie sprowadzić na aż tak parszywą ścieżkę. Czasem jest nam z tymi naszymi myślami lżej, czasem ciężej. Ale wciąż się od nowa zastanawiamy nad niebywałą skutecznością tego zła. Myślę, że dobrze jest w takich chwilach spojrzeć na zdjęcie zmarłego w Smoleńsku Sebastiana Karpiniuka. Choćby po to, by się jeszcze bardziej nie stoczyć.

wtorek, 30 czerwca 2009

To żyje!

Niedawno wspomniałem tu o posłance Marzenie Wróbel, zaatakowanej w sposób, który prawdopodobnie byłby precedensem nawet w środowisku typowo ruskiej żulowni, przez posła Platformy Obywatelskiej o nazwisku Węgrzyn. Nie znałem wcześniej sprawy. Przyznać muszę, ze ja nawet nie znałem wcześniej ani posłanki Wróbel, ani tego buca. Więcej powiem. Ja w życiu nie miałem okazji oglądać posiedzeń komisji, której jedyną racją bytu, od niewiadomo jak dawna, jest sprokurowanie jakiegoś mocnego powodu, żeby wsadzić Zbigniewa Ziobro za kratki. Nie wiem, jak to się stało, ale to jest fakt. Wszystko co wiem o działalności tej wesołej gromadki, to to co przeczytałem w gazetach i zobaczyłem w telewizyjnych skrótach. A zatem, kiedy dowiedziałem się, że tam działa kobieta, która jest tak utalentowana, że zmusiła kogoś do tak spektakularnego odkrycia się, z jakim się wystawił Węgrzyn, chciałem bardzo na tych dwoje rzucić okiem. I rzuciłem. Właśnie w dniu dzisiejszym.
Niestety, posła Węgrzyna już nie doczekałem. Dokonałem natomiast odkrycia, pod pewnym względem – być może – nawet ważniejszego. Bo oto natrafiłem na coś tak interesującego, że już nigdy więcej nie będę potrzebował jakichkolwiek politycznych i okołopolitycznych wrażeń. Nie będę już się niczym zachwycał, niczemu dziwił, niczym oburzał. Cała ta scena wypełniona tym, co się w starych czasach nazywało freak show, została – w moim odczuciu – ściśle i ostatecznie zamknięta. Z jednej strony mamy czyste i niepowtarzalne chamstwo w osobie tego Węgrzyna, z drugiej prawdziwą ruską bezczelność, której liderem pozostanie już na zawsze Sebastian Karpiniuk, a całość ostatecznie domyka umysł o wymiarze prawdziwie komiksowym. Oto przed nami łysy staruszek z PSL-u o nazwisku Łuczak. Przesłuchiwano Konrada Kornatowskiego, byłego szefa policji, wyrzuconego ze stanowiska na fali tzw. afery Kaczmarka. Rzeczony Łuczak zadaje pytania.
ŁUCZAK: Jak pan sądzi, co było przyczyną załamania się systemu niezależności struktur prokuratorskich, bo przecież w sądzie jest niezależność […]
WRÓBEL: Wnoszę o uchylenie tego pytania. Tu jest zawarta sugestia, i to sugestia ocenna.
KARPINIUK: Dobrze. To znaczy, jakby pan wiceprzewodniczący mógł troszeczkę inaczej sformułować swoje pytanie.
ŁUCZAK: Dobrze. Nie będę pytał co pan sądzi. Co było przyczyną załamania się systemu niezależności prokuratorskiej, bo jak wiadomo […]
WRÓBEL: To jest teza, która nie została udowodniona. Teza nie do przyjęcia. To jest ocena.
KARPINIUK: Pan wiceprzewodniczący pragnie zapytać czy nastąpiło tego rodzaju załamanie i takie pytanie może być zadane.
WRÓBEL: Pan przewodniczący nie zadał pytania „czy”. Pan przewodniczący postawił tezę, że nastąpiło załamanie systemu. To jest zasadnicza różnica.
KARPINIUK: Panie pośle Łuczak. Niech pan odpuści. To szkoda czasu.
ŁUCZAK: Powiem tylko jedną rzecz. Jak na polonistkę, to dla mnie różnica, co było przyczyna, czy była różnica, to te dwa sformułowania niewiele się od siebie różnią…
WRÓBEL: To jest zasadnicza różnica…
ŁUCZAK: Dziękuję pani Wrobel za sugestię. Czy było… czy była… co było przyczyną załamania się systemu niezalezniości struktur prokuratorskich, bo przecież w sądzie sędzia…
WRÓBEL: Przepraszam. Pan ciągle stawia tezę, że doszło do załamania struktur. To jest sugestia, która zawiera ocenę.
ŁUCZAK: Przepraszam, ale nie będę zadawał pytań w obecności pani Wróbel. To uwłacza mojej godności, żebym zadawał pytania w takiej atmosferze.
KARPINIUK: Pani poseł, prosiłbym żeby pani przestała krzyczeć na członków komisji, bo doprowadza pani do sytuacji dość stresowych, a to jest zupełnie niepotrzebne. Pan wiceprzewodniczący jest tu u kresu wytrzymałości emocjonalnej.
Scena jest taka, że poseł Łuczak, który dotychczas tylko z politowaniem uśmiechał się do kamery, demonstracyjnie wznosił oczy ku niebu, łapał się za głowę, i teatralnie sapał, żeby pokazać światu, jak to on już nie jest w stanie zdzierżyć eksplozji ciemności ze strony swojej tępej koleżanki, nagle zaczyna machać rękami, zrzucać ze stolika papiery, pakować się do wyjścia i krzyczeć do Karpiniuka, że Karpiniuk nie radzi sobie z komisją i ma natychmiast wyrzucić z jej prac tę straszną babę. Co w sposób nieunikniony doprowadza do tego, że Karpiniuk, oczywiście, każe się posłance Wrobel zamknąć, pod groźbą, że każde następne jej słowo spowoduje, że wyleci z komisji na wieczne czasy i będzie spokój.
Taki obraz pokazują nam kamery TVN24, świat to ogląda, a ja – jak już wspomniałem – nie potrzebuje już nic więcej. Oto do czego doszliśmy po dwóch niemal już latach tego szaleństwa. Trzy żywioły, stanowiące tak naprawdę jedyne dziedzictwo rządów koalicji Platformy Obywatelskiej i PSL-u: chamstwo, bezczelność i głupstwo w stanie idealnie czystym. I te trzy postacie: Węgrzyn, Karpiniuk i Łuczak. I jeśli ktoś będzie próbował mi przywoływać ekscesy choćby Andrzeja Leppera, czy – ja wiem? – Gabriela Janowskiego, to tym razem niech na mnie nie liczy.

piątek, 20 lutego 2009

Komu uśmiech, komu jad, komu strach

Dziś, z samego rana, zaprzyjaźniony komentator Don Esteban przekazał mi wiadomość, że Sebastian Karpiniuk obiecał się zabrać za Zbigniewa Ziobro. I to wreszcie skutecznie. Jeśli wolno mi się trzymać konwencji, którą tu z upodobaniem ciągnę od kilku dni, jest to informacja – zgodnie zresztą z intencją Don Estebana – bardzo dobra. Świadczy ona bowiem o tym, że ruch, nie tylko na poziomie intelektualnym, ale również czysto fizycznym, w Platformie Obywatelskiej nie zamarł i jest szansa na to, że kiedy uda się wreszcie tych powiatowych referentów odsunąć od władzy, to odbędzie się to w sposób cywilizowany, a nie na zasadzie łapanki.
Wiadomość w Onecie brzmi następująco: „’Dziennik’: Sebastian Karpiniuk z PO, który został nowym szefem sejmowej komisji śledczej ds. nacisków zapowiada rozprawienie się ze Zbigniewem Ziobra i jego ekipą.” Oczywiście trudno mi zgadnąć, jak jest naprawdę. Może się okazać, że Onet źle cytuje Dziennik, albo Dziennik źle cytuje Karpiniuka, albo, wreszcie – co jest najbardziej prawdopodobne – Karpiniuk plecie trzy po trzy, tyle że, kiedy ostatnio oglądał film instruktażowy dla ludzi szukających pracy, w części zatytułowanej „Pierwszy dzień w pracy”, usłyszał, że każdy szanujący się młody biznesmen powinien być energiczny i pełen inicjatywy. Zatem jest i energiczny i pełen inicjatywy. Więc choć nie wiem, jak jest w rzeczywistości, to wiem, że „chłopaki walczą”.
Oczywiście, walczą tak jak są w stanie walczyć. Czyli najczęściej biegają bez sensu w kółko i wydają z siebie okrzyki, które znają jeszcze z filmu o Klasztorze Shao-Lin. Kierując jednocześnie całą swoją uwagę nie na prawdziwego wroga, ale na swoją zaciętą, pełną rozczarowania i złości twarz w lustrze. Wczoraj Jarosław Kaczyński zwrócił uwagę ministrowi Rostowskiemu, żeby wreszcie przestał się wściekać na PiS i zabrał się do pracy, ale niestety, jak wszystko na to wskazuje, oni już nic więcej nie potrafią. Rostowski będzie już do końca wyzłośliwiał się pod adresem Kaczynskiego, Karpiniuk biegał z jakimiś kwitami za cieniem Ziobro, a Donald Tusk każe sobie sprowadzić do gabinetu solidną mównicę, będzie za nią stawał i powtarzał: „Jestem kapitanem. Mówcie do mnie ‘Kapitanie’. To ja, wasz Kapitan. Kto mi tam wierci dziury w dnie mojego statku?”
No i oczywiście wszyscy pozostali będą kryć się po kątach i czujnie się rozglądać, czy przypadkiem gdzieś w pobliżu nie zasadził się na nich Antoni Macierewicz. Otóż dziś właśnie chciałem o Macierewiczu. Ja bardzo dobrze rozumiem, ze nawet w sytuacjach alarmowych życie musi się toczyć w miarę normalnie. Czyli, jeśli jest powódź, albo pożary, albo wielodniowy huragan, naturalnie oprócz prowadzenia zwykłych działań ratunkowych, należy tez coś od czasu do czasu zjeść, przespać się, a może nawet porozmawiać z ludźmi i nawet od czasu do czasu się uśmiechnąć. Jest tylko pewien kłopot. Kiedy Wojciech Młynarski w swoim czasie śpiewał o tym, ze „chleba dosyć, ale rośnie popyt na igrzyska”, może akurat chleba dosyć nie było, ale igrzysk już z pewnością ciężko było dojrzeć. Co jednak robić w sytuacji, gdy po wielu miesiącach tak zakręconych tańców, że o chlebie człowiek zapomniał, zeszliśmy z karuzeli, zobaczyliśmy, że coś przegapiliśmy, a Kapitan mówi, żeby wracać na karuzelę, bo on nam przygotował parę nowych młynków? I znów nam wyciągają Macierewicza.
Jak mowa o Macierewiczu, chciałem tu wyznać, że dla mnie osobiście on zawsze przede wszystkim pozostanie człowiekiem z tego historycznego już filmu nakręconego przez wałęsowską telewizję w roku 1993, na którym to filmie stoi z fajką przed Wałęsą i po raz pierwszy jest tak, że to Wałęsa jest przestraszony, natomiast Macierewicz – zamiast się przed nim płaszczyć – mówi, z tym swoim nieprawdopodobnym spokojem, że z pewnością wszystko będzie zrobione jak należy. Ja nie wiem, jak to dokładnie wygląda z psychiatrycznego punktu widzenia, ale domyślam się, że to co dla mnie – i dla wielu innych – było ze strony Macierewicza eksplozją niezłomnej wielkości, u innych pozostawiło wyłącznie ciężką traumę, która nie chce ustąpić aż do dziś.
Ja nie znam Antoniego Macierewicza osobiście. W życiu miałem go okazję spotkać dwa razy, i za każdym razem robił on na mnie wrażenie człowieka przede wszystkim osobiście niezwykle grzecznego, a poza tym bardzo kompetentnego, że tak powiem, zawodowo. Nigdy go nie widziałem w sytuacji, która by go kompromitowała jako osobę. Nigdy nie zdarzyło mi się go przyłapać na jednym nawet geście, który by kazał mi wierzyć, że on jest gorszy w jakikolwiek sposób ode mnie na przykład. A mimo to, od czasu kiedy Macierewicz jest mniej lub bardziej w centrum publicznej uwagi, ta własnie publiczna opinia wyzywa go od najgorszych w sposób tak wyjątkowy, że te wyzwiska w pewnym momencie nawet przestały już nawet wymagać dowodów. To że Antoni Macierewicz jest najgorszą szują, stało się w pewnym momencie wręcz aksjomatem.
A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że jeśli zebrać na jego temat wszelkie najbardziej powszechne zarzuty, to się okaże, że niemal wszystkie z nich dotyczą wyłącznie jego cech fizycznych. Albo chodzi o to, ze on ma oczy wypełnione jadem, albo usta sączące jad, albo uśmiech plujący jadem, albo głos syczący jadem, ewentualnie słowa gęste od jadu. Z czego właściwie tylko ta ostatnia kwestia mogłaby być uznana za ledwie merytoryczną. Ja nie umiem sobie przypomnieć jednej sytuacji, gdzie Antoni Macierewicz doprowadził do jakiejś ciężkiej awantury, gdzie kogoś w jakiś bardzo ciężki sposób obraził, gdzie zaczął na kogoś wrzeszczeć, gdzie zniszczył w jakikolwiek sposób zasady publicznej debaty. A mimo to, wielu przedstawicieli tzw. mainstreamu, kiedy tylko słyszą nazwisko ‘Macierewicz’, zaczynają zatykać nos z obrzydzeniem i otwierać okna. Albo jeszcze gorzej – uciekać gdzie pieprz rośnie.
Od czasu kiedy Antoni Macierewicz zyskał opinię nad-Belzebuba, minęło już ponad 15 lat. Ja naprawdę staram się bardzo uważnie obserwować scenę polityczną, ale nie umiem sobie przypomnieć nic na tyle szczególnego w działalności publicznej Macierewicza, żebym miał go uznać za kogoś bardzo wyjątkowego jeśli idzie o osobisty poziom zła. To jest wciąż ten sam uśmiech, te same oczy, ten sam głos, ten sam spokój, ale – jak już idzie o nienawiść, czy choćby tylko zwykłe chamstwo – to wielokrotnie częściej on padał ich ofiarą, niż sam częstował jednym, czy drugim swoje otoczenie. W końcu, kiedy jakiś czas temu w telewizji, Sebastian Karpiniuk – człowiek kontrowersyjny nawet nie w jednym procencie tak jak Macierewicz – powiedział Macierewiczowi właśnie, że ten nie jest upoważniony, żeby choćby oddychać, w odpowiedzi otrzymał jedynie lekceważący uśmiech. I ja teraz mam rozumieć, że ludzie wrażliwi mają na myśli ten właśnie uśmiech?
Ja mam czasem wrażenie, że sytuacja Antoniego Macierewicza trochę jest taka, jak medialna atmosfera wokół skoczka narciarskiego o nazwisku Harri Olli. On podobno kiedyś się upił i od tego czasu komentatorzy sportowi nie są w stanie wypowiedzieć jego nazwiska w jakimkolwiek kontekście tak, żeby coś nie wspomnieć o tym alkoholu. To już jest autentyczne szaleństwo. Harry Oli skacze źle – „Ho, ho! Widać, że wciąż bardziej mysli o kieliszku niż o skokach”. Harry Oli skoczy dobrze – „Ho, ho! Widać, że stara się zapomnieć o kieliszku”. Harry Oli akurat nie skacze – „Ho, ho! Ciekawe, gdzie to też dziś się Harry Oli zabawia?” Tyle jednak, że o ile w przypadku tego narciarza, mamy do czynienia ze zwykłym, typowym dla sportowych komentatorów stuporem, kiedy idzie o Macierewicza, obserwujemy posuniętą do najbardziej napiętych granic rozsądku nagonkę.
Osobiście mam przekonanie, że gdyby do naszej dzisiejszej debaty wprowadzić kogoś obcego, kto nie zna naszych dziwnych zwyczajów i nie ma pojęcia kto jest w Polsce kim i dlaczego, i gdyby mu pokazać to szczucie przeciwko Macierewiczowi, które się obecnie na naszych oczach odbywa, to ten ktoś niewątpliwie uznałby, że ten Macierewicz to musi być ktoś kto samym swoim istnieniem doprowadza niektórych do takiego przerażenia, gdzie rozum już zwyczajnie się wyłącza. No bo o cóż innego tu może chodzić? Mamy ten Sejm z tym niemal już pół tysiącem posłów, do tego stu senatorów, a na to pewną kupkę jeszcze polityków z poza Parlamentu, i na przyczepkę całą gromadę większych i mniejszych komentatorów politycznych. A tu okazuje się, że w tej gęstwinie jest jeden, dosłownie JEDEN, człowiek, na którego wspomnienie, niemal całej tej menażerii stają włosy dęba na głowie.
Ja zawsze sądziłem, że to jest w gruncie rzeczy taka gra. Że od czasu jak Macierewicz, będąc tym ministrem u Olszewskiego, otworzył część teczek, dochodzi raz na jakiś czas do intensywnej akcji, która ma na celu czystą, zwykła zemstę. I ja to rozumiem. Ale żeby aż tyle lat, żeby z taką zażartością? I żeby nawet dziś kiedy wszystko wskazuje na to, że Polska może upaść z powodu działalności ludzi kompletnie innych niż Antoni Macierewicz, poświęcać kilka dobrych dni na bezsensowne wrzaski kompletnie nie na temat i w gruncie rzeczy całkowicie bezskuteczne, tego już nie mogę traktować jako gry. Tu musi być coś więcej. Coś o wiele poważniejszego. O wiele bardziej poważnego niż nawet los Kraju. Tu musi chodzić jednak o czyjąś skórę. Albo może nawet i o kilka skór.
Tym jednak większy nasz szacunek dla Macierewicza.

czwartek, 22 stycznia 2009

Seba, albo chciejstwo pokarane

Właśnie Donald Tusk ogłosił, że nowym ministrem sprawiedliwości zostanie Andrzej Czuma – wybitny działacz, sportowiec, górski wspinacz i wielki autorytet, a ja nie mam żadnego na ten temat zdania, choćby dlatego, że dla mnie Andrzej Czuma i tak zawsze pozostanie jednym z tych cudownie aroganckich działaczy górnośląskiej Solidarności z roku 1981, którzy chodzili po mieście, w aurze podobnej do tej, jaką dziś wokół siebie roztaczają dzieci na blokowiskach. Opisałem go już zresztą w jednym z moich starych wpisów, jak któregoś dnia, wpadł z cała bandą swoich kolegów-działaczy do jednej z katowickich restauracji, chyba tylko po to, żeby całym swoim zachowaniem pokazać, jak to oni teraz już będą początkiem i końcem wszystkiego.
Ale przecież tu nawet nie o Czumę chodzi, bo otóż ja zwyczajnie wciąż nie mogę dojść do siebie po wczorajszej informacji, podanej nieroztropnie (a może bardzo roztropnie – kto wie?) przez TVN24, że nowym ministrem sprawiedliwości będzie Sebastian Karpiniuk i natychmiastowym jej zdementowaniu przez ten sam TVN24. I wcale nie chodzi o to, że mój smutek z powodu zawiedzionych nadziei mną zawładnął i po nieprzespanej nocy, siedzę tu i płaczę. O nie. Aż taki wrażliwy to ja nie jestem. Poza tym, nie takie przykrości mnie w życiu spotykały, żebym musiał aż tak przeżywać brak zawodowego i cywilizacyjnego awansu człowieka nazwiskiem Karpiniuk. Chodzi o co innego. Ja jestem bardzo poruszony faktem, że, jak wszystko na to wskazuje, nie dość, ze się dałem TVN-owi nabrać jak dziecko, to na dodatek uczyniłem to ze zwykłego nieopanowania, by nie powiedzieć głupoty. Padłem mianowicie ofiarą dokładnie tego samego mechanizmu, który dotychczas wyśmiewałem u ludzi, których nie szanuję. Mianowicie chciejstwa.
Na pewno zauważyliście, że od czasu do czasu media puszczają jakąś informację, ewidentnie nieprawdziwą, albo – w najlepszym wypadku – podejrzaną, obywatele, którzy – tak się składa – od pewnego czasu bardzo na tę informację czekają, wpadają w euforię, natychmiast puszczają tę plotkę w ruch, i od tego momentu informacja owa, mimo że wielokrotnie dementowana, żyje już sobie własnym życiem i tworzy coś, co nazywamy treścią kultury popularnej.
Jakież to informacje mam na mysli? Absolutnie najróżniejsze. Zupełnie głupkowate, takie jak ta, że jakiś aktor się upił, albo że jakaś piosenkarka wystąpiła w pornograficznym filmie, ale również dużo poważniejsze. Na przykład takie, że córka prezydenta Kaczyńskiego wyemigrowała ze swoim nowym mężem esbekiem, albo że Jacek Kurski nazwał Polaków ‘ciemnym ludem’, albo że Prezydent jest przekonany, że polski bramkarz ma na nazwisko Borubar. Podaje więc telewizja, albo jakaś codzienna gazeta, informację wyssaną z lepkiego palucha i nawet jeśli się po godzinie okaże, że to kto inny, kiedy indziej, gdzie indziej i w ogóle inaczej, ci dla których to kłamstwo było przeznaczone pozostają już do końca świata w głębokim zachwycie, że to co i tak sami wiedzieli, jakoś tam zostało oficjalnie potwierdzone. I wcale nie trzeba być przeciętnym idiotą, żeby się skutecznie przykleić do tak zmanipulowanej informacji. Wystarczy bardzo chcieć i wystarczy uznać, że dopóki nie dopuścimy do siebie prawdy, nasze życie będzie bardziej poukładane, a świat bardziej logiczny. Nawet tu w Salonie są ludzie – pozornie wykształceni i zrównoważeni – którzy samooszukiwanie się uznali za idealny sposób na ciekawe życie.
Więc muszę przyznać, ze ja od wielu już miesięcy bardzo chciałem, żeby władze Platformy Obywatelskiej obdarzyły Sebastiana Karpiniuka jakimś wysokim urzędem. Czymś znacznie większym niż to głupie wiceprzewodniczenie komisji śledczej. Więc kiedy wczoraj, nagle starsza Toyahówna zawołała do mnie z sąsiedniego pokoju: „Tatusiu! Karpiniuk będzie ministrem sprawiedliwości!”, to autentycznie oszalałem. Popędziłem do telewizora, a ponieważ informacja już zniknęła, błyskawicznie włączyłem Onet. Niestety w Onecie nie było na ten temat ani słowa. Ja wiem. Ja mogłem już w tym momencie nabrać podejrzeń, że coś jest nie tak. Ale, głupi, wyklikałem tvn24.pl i tam informacja o społecznym awansie Seby leciała na samej górze na pasku. No i podzieliłem się dobrą nowiną z Wami.
Byłem taki szczęśliwy. Już widziałem oczyma wyobraźni, jak w rodzinnej wsi Seby ludzie wybiegają na drogę i krzyczą do siebie: „Słyszeliście? Nasz Seba został ministrem!” A do domu państwa Karpiniuków przychodzą sąsiedzi i mówią „Panie Karpiniuk, nasze gratulacje. Ja zawsze wiedziałem, ze z naszego Sebastiana będą ludzie”. A pani Karpiniukowa tymczasem już przy telefonie rozmawia z synem i wzruszona szepce do słuchawki: „Synku! Ojciec z Matką bardzo się cieszą”. Tymczasem w rynku spotykają się dawne koleżanki Seby i się kłócą: „Nie kłam! Najwyżej za rękę cię trzymał. A ja się z nim całowałam, wiesz!” Ja tak dobrze to wszystko sobie umiem wyobrazić, bo sam jestem wieśniakiem i doskonale wiem, jakie to by było poruszenie w mojej rodzinnej chałupie i w okolicznych domach, gdybym stał się kimś równie sławnym.
Ale moje marzenia o sukcesie Karpiniuka sięgały i samej stolicy. Widziałem więc oczyma duszy, jak tymczasem w Warszawie, samotny w swoim gabinecie Sebastian Karpiniuk siedzi na krześle i powtarza sobie: „Spokojnie. Tylko spokojnie. Uspokój się chłopie. Jeszcze nic nie wiadomo”. Ale czoło mu się poci z podniecenia i ręce wcierające żel we włosy drżą i myśli chodzą po głowie: „Jest! Wreszcie. Dobrze jest. Dobrze. Teraz tylko spokojnie”. I dzwonią z TVN-u i Seba odbiera telefon, przełyka ślinę i spokojnym, opanowanym głosem tłumaczy, że on oczywiście jest gotów, ale decyzja należy do pana premiera, więc jemu na razie nie wypada…
Tak sobie marzyłem, gdy nagle wszystko się zawaliło, bo okazało się, ze ktoś po prostu w Platformie, a może w samym TVN-ie bardzo Karpiniuka nie lubi i postanowił mu zrobić figla. Gorzej jednak, ze mi również. I w tym momencie pojąłem, jaki byłem niemądry. Przecież nawet w rejonach, gdzie wiele się może zdarzyć, gdzie ludzka wyobraźnia potrafi czynić cuda, są pewne granice. Karpiniuk najzwyczajniej w świecie ministrem sprawiedliwości zostać nie mógł. Tu stoi Zoll, tam jakiś Safjan, w Krakowie czai się sam bohater mojego niedawnego wpisu, Mistrz Hołda, obok niego drepce w miejscu podejrzany Widacki, a ja nagle uwierzyłem, że to akurat Seba Karpiniuk wpadł w oko panom Schetynie i Tuskowi. Toż to w samej Platformie wszyscy ważni posłowie kręcą się jak w ukropie – poseł Grabarczyk, poseł Graś, posłanka Pitera, może nawet to monstrum z komisji do sprawy Blidy, który mówi ze śląskim akcentem – a ja, cymbał jeden – uwierzyłem, że ich wszystkich zakasował Karpiniuk. Wstyd!
Dorn, Kaczmarek, Rokita, Ujazdowski, a ja – wyłącznie z czystego chciejstwa – pomyślałem, że to będzie pan Sebastian.
Trudno jednak. Na błędach człowiek się uczy. Więcej tak nie postąpię. Zastanawiam się natomiast wciąż, jak to się stało, że TVN24 postanowił dać tę informację. Myślę sobie, że to iż ja się okazałem głupi – może wystarczy. Przecież ci wszyscy specjaliści od wbijania głupstw do ludzkich głów musieli doskonale wiedzieć, że informacja o ministerialnej posadzie dla Karpiniuka to bzdura. Nie wierzę w to, że któryś z najbliższych wrogów Karpiniuka zadzwonił do TVN-u, dusząc się ze śmiechu, przekazał im „bardzo sprawdzoną’ informacje, że Premier chce Karpiniuka zrobić ministrem, a ten ktoś, odbierający w TVN-ie telefony, od razu kazał tę informację dać na pasku, jako sensacyjny news.
Już bardziej mi pasuje takie rozwiązanie, ze faktycznie ktoś do TVN-u zadzwonił, wypuścił Karpiniukowi tę świnię, a specjaliści w centrali pomyśleli: „Dobra nasza, załatwimy buca. Będą jaja”. Ciągle jednak niestety nie wiadomo, za co oni tego biednego Karpiniuka tak okrutnie potraktowali. Czy to możliwe, że on rzeczywiście, kiedy robi z siebie w tej komisji pośmiewisko, jest głęboko przekonany, ze wszystko jest na swoim miejscu, a on sam pomału i systematycznie się pnie? Czy może tak być, że wystarczyło tych kilka występów w telewizji, żeby on uznał, ze jest autentyczną gwiazdą i zaczął zadzierać nosa? Ja nie wiem. Ani tam w tamtych okolicach nikogo nie znam, ani też nie znam nikogo, kto kogokolwiek mógłby popytać, więc wszystko co piszę to czcze domysły.

środa, 6 sierpnia 2008

Sławek i Sebek, czyli nowy model bliźniactwa

Skoro wczoraj było o tym, jak miłość sobie dzielnie poradziła z nienawiścią, dziś, siłą rzeczy, musi być o Platformie Obywatelskiej. I to nie o Platformie Obywatelskiej, jako o morzu miłości, ale o dwóch prominentnych przedstawicielach tej - już nawet nie partii - ale intelektualnej inicjatywy.
Mam tu na myśli Sławomira Nowaka i Sebastiana Karpiniuka. Od razu jednak muszę się wytłumaczyć. Nawet jeśli moje refleksje na temat tych dwóch działaczy będą skażone ironią posuniętą zbyt daleko, to uważam, że można mi to wybaczyć. W końcu żyję na tym świecie już bardzo długo - niektórzy mogą nawet powiedzieć, że dużo za długo - i mam swoje związane z wiekiem fobie.
No bo proszę sobie wyobrazić. Idzie człowiek spokojnie ulicą, a tu z naprzeciwka, a może jeszcze zza rogu, wychodzi na niego dwóch młodzianków: Sebek i Sławek. No przecież to jest równie traumatyczne przeżycie, a może i bardziej jeszcze, niż gdyby zamiast nich, pojawili się Sylwek i Ariel. Bez sensu? No, pewnie tak, ale mówiłem, że jestem starym dziadem.
Wczoraj, po raz drugi od mojego powrotu ze wsi, włączyłem TVN24 i od razu wpadłem na głęboką wodę. Wprawdzie w studio nie było red. Rymanowskiego, tylko red. Marciniak, ale za to zamiast Radosława Majdana, za nowocześnie błyszczącym stolikiem siedział Sławek.
Na ministra Nowaka mam baczenie właściwie od pierwszego razu, jak zobaczyłem jego dobrą, skupioną twarz i zatroskane oczy. Patrzę na tę twarz, na to zmarszczone czoło, w końcu na te usta wypowiadające słowa, które wprawdzie wychodzą z trudem, ale jak już wyjdą, to zostają i dźwięczą.
Bo trzeba Wam wiedzieć, że Sławek nie jest ot takim sobie zwykłym mówcą telewizyjnym. On nie jest kimś takim jak poseł Wenderlich, który siada na krzesełku, stawia oczy i nos w słup (on autentycznie potrafi stawiać nos w słup) i przez dziesięć minut, na jednym tonie, gada dokładnie to samo, co gadał dzień wcześniej i tydzień wcześniej.
On nie jest też kimś takim, jak poseł-senator Gowin, który - owszem - potrafi występować, niemniej ma opracowany tylko ten jeden rodzaj zamyślenia, taki troszkę zbliżony do zamyślenia człowieka nazwiskiem Amerigo Bonasera, w momencie, gdy Don Corleone zwraca się do niego słynnymi już słowami: "Bonasera, Bonasera, what have I ever done to you to make you treat me so disrecpectfully?" Smutek połączony z dumą.
Sławek od pierwszej sekundy, gdy oko kamery obejmie jego cały, tak starannie opracowany wizerunek, żyje. Jego twarz ani przez chwilę nie stoi w miejscu. On raz jest zafrapowany, za chwilę już inteligentnie rozbawiony, po chwili nagle filuternie złośliwy, by za moment wpaść w śmiertelną powagę. I cały czas dobiera słowa, walczy ze swoimi myślami, wypluwa z siebie skrawki zdań, marszczy czoło, mruży oczy, spuszcza głowę, unosi czoło, tu się uśmiechnie, to znów spoważnieje, a mówi... och, co on mówi!
Wczoraj red. Marciniak pyta ministra Sławka, co sądzi o wypowiedzi prezydenta na temat planowanego przez Platformę impeachmentu. Na twarzy Sławka pojawia się najpierw zawstydzenie, po ułamku sekundy nieśmiały uśmiech, w kolejnym ułamku sekundy powaga człowieka, który wie, że słowo jest słowem i pada odpowiedź, że jemu jest naprawdę niezręcznie komentować słowa prezydenta, którego on szanuje. Marciniak mówi, że podobno prezydent widział jakiś dokument, który omawia sprawę impeachmentu, na co Nowak, z poważną i zatroskaną miną, wyjaśnia, że może prezydent widział Konstytucję, bo tam rzeczywiście jest coś o impeachmencie, ale jemu trudno jest komentować. Bo on szanuje Prezydenta.
Po chwili pojawia się sprawa Palikota i jego obietnicy, że Platforma ustawowo zmusi Prezydenta do ujawnienia stanu zdrowia. Sprawa jest poważna. Sławek marszczy czoło i mówi, że jego zdrowie prezydenta nie interesuje. Nagle na jego twarzy pojawia się zmarszczka, rośnie, rośnie, rośnie, w oku jaśnieje błysk radości i dumy, bo okazuje się, że premier Tusk jest bardzo zdrowy, a zdrowy jest, bo się regularnie bada i prowadzi sportowy tryb życia i każdy człowiek, szczególnie już starszy, powinien się regularnie badać, bo w końcu ludzie mają prawo pytać, kto nami kieruje.
Słowa płyną a twarz gra wszystkimi barwami żywego umysłu. I w tym momencie obserwujemy ten niezwykły paradoks.
Żeby znów dać przykład, przywołam występ gwiazdy telewizji, Moniki Richardson w filmie Michaela Palina pt. New Europe. Monika Richardson rozmawia z Palinem po angielsku i widać, jak ona bardzo pragnie by jej angielski był co najmniej równie piękny, jak język samego Palina. Każde słowo, każda zgłoska, każdy dźwięk u Moniki Richardson są tak angielskie, że w pewnym momencie robi się słabo.
W filmie występuje mnóstwo nie-Anglików - Chorwatów, Czechów, Litwinów, Estończyków. Każdy z nich mówi po angielsku tak jak potrafi i każdy mówi po prostu normalnie; lepiej lub gorzej, ale normalnie. Monika Richardson nie mówi po angielsku. Ona udaje, że mówi po angielsku. I dlatego jest po prostu męcząca i żenująca.
I tu mamy fenomen Sławomira Nowaka. Z nim jest jednak jeszcze gorzej. O ile Monika Richardson, gdyby tylko chciała, mogłaby machnąć ręką na ten lans i zacząć mówić normalnie. Bo na pewno potrafi. Sławek Nowak już nie. On cały swój intelektualny i fizyczny wysiłek wkłada w to, żeby wyglądało, że myśli. Tymczasem on nie myśli. On jedynie udaje, że myśli, a za tym jego udawaniem stoi najzwyklejsza umysłowa pustka. Jeśli przestanie udawać, to nie zostanie już nic. W momencie, jak się przestanie napinać, pojawi się Sebek Karpiniuk.
I w tym momencie przeszliśmy do drugiej połówki tego duetu. Poseł Karpiniuk, to zjawisko już upełnie innego rodzaju. Kiedy ktoś nas prosi o przybliżenie jakiejść postaci, to mówimy, na przykład "No wiesz, coś takiego, jak Wiktor Zin", albo "Takie trochę skrzyżowanie Ala Pacino z Dustinem Hoffmanem", czy wreszcie - jak wyżej - taki trochę Amerigo Bonasera.
Z Sebkiem tak prosto się niestety nie da. On jest naprawdę wyjątkowy.
Tak sobie myślę, że może trzeba by było wziąć Jima Carrey'a w najbardziej spektakularnej fazie, a następnie pozbierać z tych wszystkich stęknięć Sławka Nowaka, kilka dziesięciominutowych sekwencji grepsów, zapisać je na dysku, wszczepić ten dysk panu posłowi gdzieś, wszystko jedno gdzie - byle by się przyjęło - i go uruchomić.
I wtedy będzie on trzymał tę jedną fikuśną minę i na jednym oddechu wypowiadał te swoje cudaczne teksty. Jak choćby to, że Prezydent dostał szału. I wtedy właśnie uzyskamy Sławka Nowaka w stanie czystym. Nowaka zawieszonego gdzieś wysoko między jedną miną a drugą, bez śladu tego nędznego aktorstwa, z tym samym pustym bezsensownym przekazem.
I wtedy ci dwaj wybitni politycy Platformy Obywatelskiej zaprezentują się nam tym, czym faktycznie są. Mianowicie nieudanymi, choć tak strasznie aspirującymi, kopiami swojego szefa - Donalda Tuska.
I to jest sedno całego mojego dzisiejszego wpisu. Otóż przez jakiś czas mówiło się tu i tam, że Donald Tusk właściwie jest kompletną miernotą i wszyscy w Platformie o tym wiedzą. Następnie, informacja ta uległa lekkiej korekcie, że mianowicie on - owszem - jest miernotą, ale nie wszyscy o tym wiedzą, ponieważ, ci, którzy to wiedzieli, zostali, z wyjątkiem może Grzegorza Schetyny i może jeszcze kogoś, których się Donald lęka, stopniowo odsunięci, a ci, którzy zostali, traktują swojego szefa, jako tzw. role model. Ci natomiast, którzy są w tym najlepsi, zostają nagradzani szczególną pozycją w hierarchii.
Nie wiem, ile jeszcze miesięcy Sławomir Nowak i Sebastian Karpiniuk utrzymają się w głównym nurcie Platformy Obywatelskiej, i nie wiem też, jak duże jest to towarzystwo, które już przebiera nogami, żeby przyskoczyć troszkę bliżej okolic premiera. Nie wiem też, czy Nowak i Karpiniuk faktycznie są najlepsi w swojej kategorii, czy może są tam jacyś politycy już od nich lepsi.
Wiem natomiast, że jeśli Platforma będzie w tym tempie obniżać poprzeczkę, będę musiał zweryfikować swój dotychczasowy pogląd, że najgłupszy polityk i tak jest mądrzejszy od przeciętnego dziennikarza.
PS - Wszystkich, którzy, nawiązując do mojego poprzedniego wpisu, zechcą mi zarzucić, że ja się tarzam w nienawiści, pragnę uprzedzić, że tak nie jest. Ja naturalnie szydzę z obu panów, jak tylko najlepiej potrafię, ale, żebym miał ich nienawidzić, to absolutnie jest niemożliwe. Od czasu, jak się dowiedziałem, że Sławomirowi Nowakowi urodził się syn, myślę o nim wyłącznie, jak o kochającym ojcu i mężu, na którego czekają w domu, a on też chętnie do tego domu wraca.
Natomiast, jeśli idzie o Sebastiana Karpiniuka, to jest jeszcze lepiej. Otóż muszę przyznać, że czuję z nim bardzo bliski związek kulturowy przez moje, bardzo podobne do jego, nazwisko. Uważam, że poseł Karpiniuk podobnie jak ja - jest chłopcem z małej wioski i gdzieś tam mieszkają jego bliscy, którzy się cieszą, że odnosi takie sukcesy, jest sławny i tak pięknie umie mówić. I to sprawia, że patrzę na niego ze swego rodzaju sympatią.
No a to, że obaj są tacy słabiutcy, jeśli idzie o to, co nauczyciele nazywają lotnością - nie oni pierwsi i nie ostatni. I naturalnie tego typu fakt nie stanowi zupełnie powodu, żebym miał kogokolwiek nienawidzić.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...