Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patriotyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patriotyzm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 grudnia 2022

Jak zostać brzydką panną na wydaniu

 

      W poprzednim tekście, zakładając dość mało przecież prawdopodobną opcję, że polska reprezentacja pokona na mistrzostwach w Katarze Francję, wyraziłem przekonanie, że jeśli się tak stanie, to cały, znany nam tu tak dobrze, antypolski kompleks eksploduje z podwójną mocą i okaże się, że nie mamy się z czego cieszyć, bo i tak jesteśmy do dupy i nasze miejsce jest, jak tej lichej pannie na wydaniu, w kącie. Polska przegrała i wydawało się, że przez samą tę porażkę, odetchniemy na chwilę od owego zalewu medialnych tytułów, informujących z ową przedziwną wyższością, jak to cała Francja, Niemcy, Hiszpania i Brazylia się z nas śmieją. Tymczasem stało się tak, że piłkarze, choć owszem przegrali, to jednak po ambitnej i miejscami całkiem dobrej grze i w tym momencie się okazało, że tego i tak jest za dużo.

       Jak wiemy, a szczególnie osoby raczej już starsze, sport zawsze był traktowany przez państwa jako paliwo polityczne. Widzieliśmy to przez wiele ostatnich lat choćby w Rosji, natomiast w dawnych czasach PRL-owskich ów standard również obowiązywał jak najbardziej. Każdy polski sukces, a czym bardziej spektakularny, tym bardziej, był niezmiennie odtrąbiany jako przede wszystkim sukces władzy. Ale tak nie tylko się działo w Polsce i w krajach tak zwnej demokracji ludowej. Różnica była tylko taka, że tu traktowano owe zwycięstwa jako sukces komunistycznej władzy, a tam – w Londynie, Paryżu, Rzymie czy w Bonn – sukces państwa i narodu. Było jak było i tak jest tu i ówdzie nadal, a gdy chodzi akurat o Polskę, to choć z satysfakcją widzę, że polski rząd stara się nasze ewentualne sukcesy sportowe przekładać na sukces Polski, to wciąż, z naszą pozycją obciążoną tak bardzo złą przeszłością, no i – co nie mniej ważne – toczącą się straszną agresją przeciwko Polsce ze strony Unii Europejskiej i kolaborujących z nią osób i oraganizacji tu na miejscu, rząd, siłą rzeczy, stara się przedstawiać każdy sportowy sukces jako sukces władzy, której oczywistym celem jest to, by Polska zajęła ostatecznie należne jej miejsce przynajmniej tu w Europie. I stąd między innymi tak widoczne zaangażowanie w mistrzostwa w Katarze Premiera, Prezydenta i propaństwowych mediów z publiczną telewizją na czele.

       Ale stąd też, jak możemy dziś wszyscy zauważyć, ów atak ze strony środowisk antypolskich już nie tylko na polskich piłkarzy, ale również na trenera, Związek, a nawet Premiera, który bezczelnie zaangażował się w równie bezczelną propagandę, mającą na celu stworzenia sobie kolejnego przyczółka przed przyszłorocznymi wyborami do parlamentu. Oto niemal w ten sam dzień, gdy Polacy przegrali mecz z Francją, dowiedzieliśmy się z niesławnego portalu sport.pl, że Robert Lewandowski i paru innych piłkarzy „odmówili powrotu do kraju rządowym samolotem”. Nieważne, że oni i ich rodziny, chcąc wykorzystać czas przed startem rozgrywek ligowych, postanowili od razu z Dohy pojechać na wakacje i polski samolot nie był im do tego potrzebny, zwłaszcza że, jak słyszymy, zwyczajowe powitanie piłkarzy w Warszawie w ogóle nie było planowane. Mało tego. Niemal w tym samym czasie pojawiła się kolejna informacja, że premier Morawiecki, jeszcze na spotkaniu przed mistrzostwami, obiecał piłkarzom 30 milionów złotych za wyjście z grupy. I tu również nieważne, że nie piłkarzom, tylko specjalnie powołanej fundacji, z przeznaczeniem na rozwój polskiej piłki nożnej. Ale i tego mało. Już chwilę później pojawiły się komentarze związane z wypowiedzią Lewandowskiego, że on liczy w przyszłości na bardziej radosny futbol, gdzie próbowano nam wmówić, że w ten oto sposób piłkarz wypowiedział posłuszeństwo trenerowi. No i nie trzeba było już dłużej czekać na  doniesienia, wszystkie z zastrzeżeniami typu „jak się dowiadujemy”, że podczas wspomnianego spotkania z Morawieckim doszło do awantury między piłkarzami, trenerem, a Premierem, w sprawie podziału owych 30 milionów. Nie należy przy tym zapomnieć, że to wszystko jak najbardziej na tle zwyczajowych informacji że niemiecki były piłkarz Lothar Matthaus w wypowiedzi dla onetowskiego „Przeglądu Sportowego” wyszydził polskich piłkarzy. Lothar Matthaus, piłkarz, którego Niemcy przegrali na tych mistrzostwach wszystko co było do przegrania.

        I można by było machnąć na to wszystko ręką, gdyby nie fakt, że gdy dziś zaglądamy do komentarzy w Internecie, ich ogólny ton jest w całości oparty na wspomnianych kłamstwach i z satysfakcji, że przynajmniej w ostatnim swoim meczu Polacy się nie zhańbili, nie zostało już nic, a ostatecznym efektem tego przekrętu jest przekonanie, że ani nie potrafimy grać, ani się zachować, ani w ogóle funkcjonować we współczesnym świecie, no i jeszcze przy tej swojej nędzy uważamy, że nam się coś należy. Gówno. Nic się nam nie należy. Jesteśmy jak ta brzydka panna na wydaniu prof. Bartoszewskiego i tak ma zostać. Na zawsze.

      Proszę, nie dajmy sobą tak fatalnie kręcić.

PS. Już po napisaniu tego tekstu media poinformowały, że Robert Lewandowski odmówił spotkania z premierem Morawieckim. Ciekawe dlaczego. Czy poszło o to, że spudłował pierwszego karnego w meczu z Francją i jest mu wstyd? A może o to Morawiecki coś brzydko w związku z tym o nim powiedział i nasz napastnik się obraził? Czy może on miał chrapkę na te pięć baniek premii, by mieć dzięki temu równe pół miliarda, i jest rozżalony. No a może wreszcie – oj, chyba tak – to jest protest Roberta przeciwko gwałceniu w Polsce wolności sądów? Wygląda na to, że poza mną nikogo to nie interesuje.



niedziela, 4 grudnia 2022

O tym jak dać się skutecznie znienawidzieć

 

        Parę dni temu, jak chyba już wiedzą nawet ci co na co dzień piłką nożną się nie interesują, stało się tak że reprezentacja Niemiec, nie wychodząc nawet z fazy wstępnej, wyleciała z mistrzostw świata. To natomiast co najbardziej ciekawe w całym szumie spowodowanym owym wydarzeniem, jest wbrew pozorom nie to, że Niemcy uchodzili za jednego z głównych faworytów mistrzostw, bo tak akurat nie było. Oni akurat już od wielu lat ciągną się w ogonie Europy i tak naprawdę sami od początku na jakikolwiek sukces nie liczyli. Głównym natomiast powodem tego, że o tym co się stało rozmawia dziś cały świat, to to że Niemców już chyba nikt poza Rosją i jej kolaborantami tam i tu nie lubi, i każda ich porażka siłą rzeczy jest dla każdego normalnego człowieka swego rodzaju świętem. I nie chodzi tu przede wszystkim oczywiście o zwykłych Polaków, Anglików, Francuzów, czy Ukraińców; radość z niemieckiego wstydu jest, jeśli się tylko rozejrzeć, powszechna.

         Co jednak, gdy chodzi o kolaborantów? Tam również jest pewien podział. Otóż z jednej strony, mamy środowiska, które swoją proniemieckość, czy niekiedy wręcz niemieckość, wpisaną w swoją historię, z drugiej natomiast te, dla których owa proniemieckość jest czystą wypadkową ich antypolskości – antypolskości obecnej niestety w całej Europie. Europejska internacjonalistyczna lewica tu akurat nie będzie nas interesowała, natomiast z naszego lokalnego punktu widzenia ciekawy jest sposób w jaki przedstawiają ów problem śląski europoseł Łukasz Kohut, który aspiracje do zostania Niemcem ma już chyba wdrukowane w swoje serce, oraz niezwykle aktywny w internecie ksiądz jezuita Krzysztof Mądel, zamieszczając na swoim koncie twitterowym co następuje:

„Przeciwko Niemcom są tylko nacjonaliści i nieudacznicy, zwykli Polacy utożsamiają się z Niemcami nie z Japonią, bo wielu pracuje lub pracowało w Niemczech, a inni ubijają z nimi doskonałe interesy, bo to nasz główny partner handlowy, wymianę z Japonią mamy niewielką”.

      I tu znów konfidentura w rodzaju Kohuta, jako organizm obcy, nas nie zainteresuje, natomiast chciałbym powiedzieć kilka słów na temat jak najbardziej Polaków, dla których jednak pogarda do wszystkiego co polskie jest tak silna, że oni aż padają na kolana – w przypadku ks. Mądla, dosłownie – prosząc by Francuzi, Belgowie, Szwedzi, czy w tym wypadku Niemcy wzięli nas za łeb, postawili do pionu, a następnie łaskawie nas pogłaskali i powiedzieli: „Gut Polack”. Proszę zwrócić uwagę, na sposób w jaki ks. Mądel przedstawia sytuację. Kiedy on pisze o naszych związkach z Niemcami, nie pisze o korzyściach jakie ci mieli czy to z niewolniczej Polaków w czasie okupacji, czy z quasi-niewolniczej przez długie lata po wojnie, nie pisze o tym jak to dzięki tzw. współpracy gospodarczej dziś Niemcy opanowali znaczną część branży spożywczej, elektronicznej i kosmetycznej w Polsce, ale wręcz odwrotnie – dla ks. Mądla to co ważne to to, że to Polacy mają to szczęście, że mogli robić dla Niemca kiedyś za marki, a dziś euro i że mogą liczyć na jakieś promocje w Lidlu czy w Rossmanie, a nie Niemcy że rok w rok ciągną z Polski ciężkie pieniądze. To nie my jesteśmy ich partnerem handlowym, to oni łaskawie zgadzają się ubijać z nami interesy. I to wreszcie my ciężko pożałujemy, jeśli w Polsce wygra nacjonalizm i nieudacznictwo i nie będziemy potrafili się cieszyć z sukcesów niemieckich sportowców, a oni sobie stąd pójdą.

       Jest jednak w tweecie ks. Mądla coś, co jego pozycję wobec Niemców mocno osłabia. Otóż, jak pewnie zauważyliśmy, wspomina on o „utożsamianiu”. Jest oczywiście możliwe, że on się u tych swoich jezuitów słabo uczył i nie wie, co oznacza owo słowo. Jeśli jednak użył go świadomie, to, jak mówię, wyszło słabo. Jeśli bowiem tak to właśnie było, to każdy Niemiec, słysząc że jakiś Polak zamarzył, by się z nim utożsamić, natychmiast w jego stronę z pogardą splunie i powie mu, żeby nie wychylał się z szeregu i pamiętał, że jest tylko głupim Polakiem, a jeśli już chce, to utożsamiać się może tylko z tą swoją podczłowieczą masą, ciesząc się ewentualnymi drobnymi przywilejami.

      Ktoś może mnie zapytać, co mnie obchodzi jakiś upadły ksiądz, a ja chętnie odpowiem. Otóż ks. Mądel nie obchodzi mnie nic, a jeśli poświęcam mu nieco miejsca, to tylko jako komuś to dał mi pretekst, by wreszcie powiedzieć coś, do czego zabierałem się już wielokrotnie, ale jakoś nie potrafiłem zacząć. Jest bowiem tak, że ów straszny podział, jaki przecina Polskę niemal na pół musi mieć jakąś inną przyczynę niż tylko tę, że Kaczyński to stary pierdziel z kotem i bratem, którego wysłał na śmierć, a Donald Tusk to przystojny, inteligentny i szanowany w świecie europejski polityk z piękną żoną, jeszcze piękniejszą córką i cudownymi wnukami. To nie może być tak, że przez zwykłą, choćby nawet i bezczelnie głośną propagandę, doszło w części naszego społeczeństwa do takiej histerii, by jednemu Bogu ducha winnemu człowiekowi aż tak powszechnie życzyć najbardziej okrutnej śmierci, a tych którzy do owych życzeń nie chcą się dołączyć, wyzywać od śmierdzącej, burackiej hołoty, nie zasługującej na prawa wyborcze. I oto stało się tak, że po przeczytaniu tweeta ks. Mądla, zrozumiałem że owa nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego i wszystkiego co on reprezentuje wynika z tego przede wszystkim, że za nim stoi Polska piękna i dumna. Ludzie którzy są już na granicy, by zacząć podkładać bomby i strzelać, żyją w tym swoim świecie denerwują się głównie tym, że ktoś od tylu lat, z nieprawdopodobną determinacją, próbuje im powiedzieć, że to nie my powinniśmy się wstydzić przed światem, ale jeśli już, to świat – a przynajmniej pewna ważna jego część – przed nami. I to sprawia, że oni tracą rozum.

        Zaczęliśmy od piłki i na piłce może skończmy. Jest oto tak, że po to by śledzić na bieżąco wydarzenia sportowe, zainstalowałem sobie w telefonie aplikację sport.pl, jak się okazuje, zarządzaną przez niesławną spółkę Agora. Proszę sobie wyobrazić, że dziś nie ma praktycznie dnia, by tam się nie ukazał tekst pod tytułem „Francuzi szydzą z Polaków”, „Niemiecka prasa nie zostawia na Polakach suchej nitki”, „Według światowych mediów Polska najgorsza drużyną na mistrzostwach w Katarze”, „Hiszpanie śmieją się z Lewandowskiego”.  Nie chodzi mi o to, że oni, choćby bezlitośnie i okrutnie, krytykują naszą grę. Nie. Agora chce nam powiedzieć, że dla świata Polska to kupa śmiechu. Część z nas to czyta, a następnie widzi premiera Morawieckiego, czy prezesa Obajtka jak dumnie stoją i ogłaszają wielki polski sukces i dostają cholery na tak nieprzystojną w ich rozumieniu bezczelność.

      Znałem kiedyś pewnego pana, który kiedy usłyszał że Borussia sprzedaje Roberta Lewandowskiego do Bayernu, tłumaczył mi że jeśli tak wielka drużyna jak Bayern kupuje Polaka, to nie po to, by się wzmocnić, ale po to, by osłabić głównego rywala w Bundeslidze. Był mój znajomy szczerze przekonany, że Lewandowski będzie w Bayernie wyłącznie grzał ławkę, bo oni mają mnóstwo znacznie lepszych piłkarzy i im Lewandowski jest potrzebny tylko jako pionek w poważnej grze. Tak było i Bóg mi światkiem, że nie zmyślam. Dziś mojego znajomego już z nami nie ma, więc trudno mi zgadnąć, w jakim nastroju byłby on dziś, przed meczem z Francją, no i oczywiście tym bardziej nie umiem powiedzieć, czy jeśli Polska dziś jakimś cudem wygra ten mecz, on by się cieszył, czy raczej byłoby mu przykro, że Polska nie potrafiła zrozumieć, gdzie jest jej miejsce. A co z innymi? Co choćby z portalem sport.pl? Co wreszcie z tymi wszystkim, dla których zwycięstwo Polski w takim momencie to jedynie powód do rozpaczy, bo w ten sposób owa Polska – nie ich Polska – będzie mogła mówić że Niemcy z mistrzostw wylecieli, a my gramy dalej. I kto wie, czy niektórzy z nich nie zażądają od takiego Facebooka, by usuwał wszelkie szowinistyczne komentarze polskich nieudaczników i nacjonalistów, jako naruszające europejski szyk i porządek. Niemożliwe? Ależ skąd! Proszę popatrzeć choćby na to, ledwie sprzed tygodnia.

      


       


piątek, 6 maja 2022

Czy Ukraina to brzydka panna na wydaniu, czyli o machaniu szabelką

 

        Nie wiem ile razy tu o tym pisałem, ale ile by tego nie było, jestem pewien, że wciąż nie tak często, jak się od lat ową kwestią zadręczam w swoich własnych myślach. Jest bowiem tak, że dla kogoś komu zawsze zależało na tym, by Polska triumfowała w każdej dziedzinie życia, fakt że czy to w sztuce, czy w literaturze, czy w muzyce, w filmie, czy nawet w czymś tak niepoważnym jak sport, leżymy na obu łopatkach jest dla mnie czymś nie do zniesienia. Można by było tu omawiać każdą z tych dziedzin naszej porażki osobno, ale wystarczy wspomnieć muzykę rozrywkową. Jak to bowiem jest, że czy to weźmiemy Duńczyków, Australijczyków, Belgów, Islandczyków, Norwegów, Ukraińców, a nawet tak mały i wydawałoby się pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia kraj jak Albania, oni nas muzycznie biją na głowę? Jak to się dzieje, że od lat 60-tych, gdy chodzi o muzykę popularną, nie powstało w Polsce nic co by pozwoliło nam się pokazać nawet nie w szerokim świecie, ale zwyczajnie przed sobą?

         Jak to się dzieje, że nawet dziś, kiedy na naszej scenie pojawił się prawdziwy geniusz muzyczny w osobie gitarzysty Marcina Patrzałka, on pozostaje dla Polski jako narodu i państwa zjawiskiem kompletnie nieznanym, mimo tego nawet że jako prawdopodobnie jedyny z nich wszystkich zagrał w londyńskiej Royal Albert Hall, jego filmy na youtubie rejestrują dziesiątki milionów wyświetleń, dzięki czemu on dziś jest prawdopodobnie polskim artystą o najwyższej warości netto? Co się stało, że na wiadomość o tym, że ów niezwykły artysta podbił świat, nie zareagował choćby minister Gliński, że już nie wspomnę o Wiadomościach TVP?

         Kiedy tak się nad tym wszystkim zastanawiałem, z coraz mniejszą nadzieją, że znajdę dla tej zagadki jakieś sensowne rozwiązanie, trafiłem na ukraiński rockowy zespół pod nieznaną mi kompletnie nazwą Okean Elzy i na koncert jaki się odbył w roku 2014 na Stadionie Olimpijskim w Kijowie z okazji rocznicy odzyskania przez Ukrainę niepodległości. Nie będę tego co zobaczyłem opisywać, bo każdy z nas będzie mógł sobie na własne oczy i uszy obejrzeć choćby fragmenty, powiem tylko że owa demonstracja ukraińskiego patriotyzmu może się już tylko mierzyć z tym co obserwujemy dziś podczas tej strasznej wojny. Ale nie tylko mam na myśli patriotyzm, lecz w ogóle poziom tego wydarzenia pod każdym innym możliwym względem: muzycznym, artystycznym, wykonawczym, no i wreszcie realizacyjnym. Powiem zupełnie szczerze, że pomijając może koncerty Rolling Stonesów, czegoś podobnego w życiu nie widziałem. Więcej, pomijając najlepsze występy Nicka Cave’a, Pearl Jamu, czy bardzo wczesnego U-2, nie słyszałem muzyki bardziej powalającej na kolana. Oglądałem ów występ, przeżywałem nieprawdopodobne zaangażowanie wszystkich jego uczestników, pozostawałem kompletnie ogłuszony eksplozją owego patriotyzmu i nagle sobie uświadomiłem, że to jest właśnie to, czego brakuje nam Polakom. Ukraińcy, Belgowie, Islandczycy, Norwegowie, Hiszpanie, Francuzi, że już nie wspomnę o Brytyjczykach, czy Amerykanach, oni wszyscy mają jeden cel: stworzyć coś absolutnie najlepszego, tak by pokazać się światu jako ktoś absolutnie najlepszy. Czy jest dziedzina sztuki, która tak jak muzyka mogłaby to umożliwić?

      Oglądałem ów występ, a potem mnóstwo innych ich wystąpień dostępnych na Youtubie i uświadomiłem sobie nagle, że to jest właśnie to, na czym nam tu w Polsce nie zależy. Naszym artystom, pisarzom, filmowcom, aktorom w ogóle nie zależy na tym by być najlepszym, by się pokazać, by zrobić wrażenie na kimkolwiek. W końcu zawsze ktoś powie,  że może dajmy sobie spokój, nie wymachujmy tą smutną szabelką, pamiętajmy, że nie jesteśmy nikim więcej jak brzydką panną na wydaniu. Nie pchajmy się tam gdzie nas nie chcą. Trzymajmy się lepiej owej starej, strasznej jak jasna cholera zasady, że wprawdzie helikoptera sobie nie kupimy, ale na rower może starczy. A jak nie na rower, to na flaszkę.

        Oglądałem ów koncert ukraińskiej rockowej kapeli Okean Elzy i pomyślałem sobie, że zarówno oni, jak i zgromadzona publiczność, organizatorzy tego koncertu, ale przede wszystkim może ci, którzy zrealizowali to wydarzenie w taki sposób, by świat oniemiał, mieli na myśli jedno: pokazać im i sobie, że nie wypadli sroce spod ogona i należy im się szacunek. Bo potrafimy być najlepsi. Bo Ukraina jest najpiekniejsza.

         Minął własnie długi weekend, a wraz z nim Święto Flagi oraz rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja. Tuż obok, na mojej ulicy, jedna z nielicznych flag to flaga Unii Europejskiej. Zwróciłem na to coś uwagę na Twitterze, a na mój komentarz zareagował jeden z katowickich radnych Platformy Obywatelskiej, informując mnie, że się bez sensu czepiam, bo przecież mamy rocznicę wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, więc niec dziwnego że ktoś postanowił ten dzień uczcić. Koncert zespołu Okean Elzy miał miejsce w roku 2014, czyli tuż po tak zwanym Majdanie, zorganizowanym, jak wiemy, na rzecz wstąpienia Ukrainy do Europy. Oglądam dziś ten koncert ponownie i nie widzę na stadionie ani jednej flagi Unii. Same ukraińskie. A wokół rozbrzmiewa zawołanie „SławaUkrainie, gierojom sława”.

        I jeszcze coś. Byliśmy w minioną sobotę w Krakowie i kiedy już wracaliśmy pociągiem do domu. postanowiłem trochę pozabawiać taką może 10-letnią dziewczynkę z Ukrainy. Na zakończenie podróży, kiedy jej mama podziękowała mi za pomoc, powiedziałęm do niej "Sława Ukrainie", na co ona najpierw zareagowała standardowym "Gierojom sława", a potem dodała: "Sława Polszi". 

        I w tym momencie wpadam w nastrój baaaardzo ponury.



wtorek, 26 stycznia 2021

O tym jak skutecznie nie zostać szmatą

 

        Wśród pojawiających się tu i ówdzie – z każdym dniem, jak się zdaje, coraz niestety częściej –  argumentów za tym by Polakowi skazanemu przez państwo brytyjskie na śmierć dać święty spokój i pozwolić mu umrzeć z głodu i pragnienia, na czoło wysuwają się cztery. Pierwszy to ten, że jeśli brytyjska służba zdrowia oraz sądy uznały że nie ma najmniejszego sensu zamęczać tego człowieka jego istnieniem, to trzeba uznać, że oni wiedzą lepiej, a Polska powinna się w tej sprawie dyskretnie nie odzywać; drugi – podobny w sumie bardzo – że już nawet święty papież Jan Paweł II, swoim cierpieniem i godnym odejściem, przekazał nam naukę na temat moralnego wymiaru tak zwanej „uporczywej terapii”; po trzecie, słyszymy że skoro osoby temu człowiekowi najbliższe i najbardziej go kochające uważają że on powinien umrzeć, to  my powinniśmy ich stanowisko uszanować i się niepotrzebnie w coś co do nas nie należy nie angażować. Wreszcie argument z tych ważnych ostatni, to ten mianowicie, że transportowanie przez tysiące kilometrów kogoś kto, jeśli w ogóle,  pragnie już tylko umrzeć, byłby czymś nieludzkim. Oczywiście są jeszcze i inne wypowiedzi, choćby takie że wysyłanie helikopteru po warzywo to zbytnia rozrzutność, czy że można by było to zrobić, ale tylko pod warunkiem, że on sam by przeszedł próbę ognia i dał radę sięgnąć po podstawiony mu pod nos talerz z jedzeniem, no ale ja chciałbym się skupić tylko na tych, co przynajmniej udają człowieczeństwo.

        Zadanie tu mam o tyle ułatwione, że z dwoma ostatnimi rozliczyłem się już we wczorajszym tekście, przypominając sprawę malutkiego Charliego Garda z roku 2017, gdzie nikt w ogóle ani nie dyskutował kwestii bezpieczeństwa jego transportu, ani pragnień jego najbliższych. System zadecydował, że ani mama ani tata tego dziecka nie mają nic do gadania, a co więcej, że jeśli ono ma umrzeć – a umrzeć ma –  to w żadnym wypadku w domu, ale w którejś z instytucji znajdujących się pod łaskawym panowaniem Jej Królewskiej Wysokości. I nie pomogły błagania rodziców, by dać temu dziecku żyć, a jeśli już trzeba je zabić, to by zrobić to w jego domu, do którego – jak rozumiem – nie trzeba było go transportowac helikopterem – wszystko na nic. Charlie Gard ostatecznie umarł wśród obcych. Pozostają zatem już tylko te dwie ostatnie kwestie: uporczywa terapia, oraz to że skoro brytyjskie instytucje się w tej sprawie już wypowiedziały, my tu w Polsce, skoro już nam tak bardzo na tym zależy, możemy najwyżej odmawiać te swoje różańce. A mnie się w tym momencie przypomina coś, co kiedyś zrobiło na mnie ogromne wrażenie i co chyba po raz pierwszy pozwoliło mi zrozumieć, czym jest patriotyzm jako racja stanu.

        Oto 4 lutego 1997 roku do szpitala w Bostonie przywieziono ośmiomiesięcznego Matthew Eappena z roztrzaskaną czaszką i będącym konsekwencją urazu krwiakiem mózgu, a pięć dni później ów chłopczyk zmarł. Policja niemal natychmiast po wypadku aresztowała 19-letnią Brytyjkę, Louise Woodward, zarzucając jej, że zajmując się dzieckiem jako au pair, w pewnym momencie w złości rzuciła dzieckiem – jak sama zapewniała, tylko na łóżeczko – no i stało się nieszczęście. Woodward najpierw oskarżono o napaść oraz pobicie, a następnie, naturalnie,  morderstwo pierwszego stopnia. Sąd nie zgodził się na wniosek obrony ani na zwolnienie Woodward za kaucją, ani na przeniesienie sprawy do innego sądu, w celu zapewnienia jej uczciwego procesu, i rozprawa się rozpoczęła, a ja przede wszystkim z tamtych dni pamiętam to jak Wielka Brytania potraktowała sprawę Louise Woodward jako kwestię wagi państwowej. Pamiętam zaangażowanie brytyjskich mediów, opinii publicznej, oraz jak najbardziej rządu, na rzecz przekazania dziewczyny w ręce brytyjskie. Nie mam dziś pewności, czy jej wina była wówczas kwestionowana, czy nie, natomiast pamiętam bardzo mocno ów nacisk z jednym jedynym argumentem: Woodward jest Brytyjką i jako taka stanowi część Korony. Sprawa musiała być na tyle jednoznaczna, że już 30 października ława przysięgłych uznała Woodward winną morderstwa drugiego stopnia, a niejaki sędzia Zobel skazał ja na dożywocie, z możliwością zwolnienia po 15 latach. I to akurat pamiętam. Pamiętam też swoją satysfakcję, że tym razem Imperium nic nie wskórało, a jednocześnie też swoje zdziwienie, jak bardzo dla nich fakt, że ktoś jest poddanym Królowej, zmienia wszelką wyobrażalną perspektywę.

         Co się działo później, tego już oczywiście nie wiemy, ale oczywiście obrona Woodward apelowała i proszę sobie wyobrazić, że po ponownym procesie ten sam sędzia Zobel uznał wprawdzie że Woodward to dziecko faktycznie zabiła, ale przyjmując stanowisko przysięgłych, że dziewczyna była w stanie histerii, która w połączeniu z brakiem doświadczenia, praktycznie nie pozwoliła jej na uniknięcie nieszczęścia, zaliczył jej w poczet kary spędzony w areszcie rok i pozwolił wrócić do domu.

         No i pamiętam coś jeszcze, a mianowicie przyjęcie jakie jej zgotowano po powrocie. Ona była witana przez Brytyjczyków jak bohaterka i zresztą w jednej chwili bohaterką się stała, występując w telewizji, udzielając wywiadów i w ogóle robiąc za gwiazdę. I muszę w tym momencie zaznaczyć, że ja naprawdę nie mam pojęcia, co się tam w tamtym domu stało 4 lutego 1997 roku, nie wiem, czy ona to dziecko chciała zabić, czy nie, czy zrobiła to z zimną krwią, czy w panice; nie wiem tego i szczerze powiedziawszy, nie bardzo mnie to dziś interesuje. Natomiast wciąż pamiętam jak wtedy Brytyjczycy walczyli o jakąś pozornie kompletnie nieważną dziewiętnastolatkę nie dlatego że byli przekonani o jej niewinności, ale wyłącznie dlatego, że ona, podobnie jak oni była Brytyjką, a w tym stanie rzeczy tylko oni, i nikt inny mieli prawo ją oceniać.

         I przypominam sobie tamtą historię gdy słyszę te wszystkie kpiny skierowane w stronę polskiego rządu, że to jest już jest naprawdę bezczelne by oni akurat mieli się wtrącać w decyzje podjęte przez brytyjskie sądy i brytyjską służbę zdrowia. Właściwie do tego wszystkiego tylko mi brakuje tego, że któryś z nich wstanie i przeprosi Brytyjczyków za nasze polskie buractwo.



 

czwartek, 27 lutego 2020

Nasze usta nucą pop


        Wczoraj na swoim blogu Coryllus zamieścił tekst zatytułowany „Infantylizacja żołnierzy wyklętych” którego podstawowa myśl wystarczająco mocno manifestuje się już w samym tytule, jednak odpowiedniemu doprecyzowaniu ulega w jednym z pierwszych zdań wspomnianego tekstu, a mianowicie w opinii, że „jeśli bowiem ktoś uważa, że podejmowanie tematów dotyczących żołnierzy wyklętych i mieszanie ich z popkulturą, prowadzi do jakiegoś dobrego celu, ten musi biec do lekarza. I to natychmiast”.
       A ja zdecydowałem się dziś zająć tą kwestią z dwóch względów i jest w błędzie ktoś kto myśli, że poszło o kolejne zdania, gdzie, choćby odnosząc się do kompletnie fałszywej rzeczywistości, pisze Coryllus iż „wielu osobom zdaje się, że jeśli z postawy i śmierci tych ludzi zrobimy jakieś popkulturowe ikony, nie wspominając przy tym ani słowem o kontekstach politycznych i historycznych, to uzyskamy fantastyczny efekt [który] będzie polegał na tym, że rzesze całe młodzieży, gotować się będą na śmierć za ojczyznę, [a] każdy kto tych przygotowań nie podejmie zostanie okrzyknięty zdrajcą”. To jest oczywiście nieprawda, bo ani nikomu się nie zdaje, że dzięki wkręcaniu tej części polskiej historii w popkulturę uda się zachęcić kogokolwiek, w tym młodzież, do umierania za Ojczyznę, ani tym bardziej, że wszystkich tych, którzy nie zadeklarują owej chęci, zostaną okrzyknięci zdrajcami. Ten rodzaj retoryki – bo biorę pod uwagę, że to jest tylko retoryka – nie ma najmniejszej mocy. Chodzi mi mianowicie o coś innego. Przede wszystkim, zasadniczo nie zgadzam się z opinią, że owa „infantylizacja”, zarówno żołnierzy wyklętych jak i tego wszystkiego, co kojarzy się z tym co niektórzy lubią nazywać „bohaterskim polskim męczeństwem”, nie jest niczym dobrym. Powiem więcej, moim zdaniem, jeśli zależy nam na tym, by  zainteresować dzieci, młodzież, a nawet młodszych-starych, ową bohaterską historią, a przez zainteresowania mam na myśli wzbudzenie w nich względnie trwałych emocji, nie znajdziemy na to innego sposobu, jak maksymalne zinfantylizowanie tematu, czyli – powiedzmy to wreszcie jasno – umieszczenie tych wszystkich bohaterów i konteksty, w których oni działali, w najbardziej ordynarnym popie. A to z tej prostej przyczyny, że poza popem nie ma nic; poza popem mamy już tylko to, co tworzy wieczną porażkę. 
      A to mnie prowadzi do refleksji kolejnej, która tu się pojawia od kwietnia 2010 roku, i która, kto wie, czy nie została przez mnie zaprezentowana jeszcze wcześniej, również w dziś już niedostępnej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, że wszystko co daje realne zwycięstwo ma swój początek i koniec w popie właśnie. Jedyna kwestia, o której warto dyskutować to ta, z jakim talentem potrafimy ów pop eksploatować i na ile uda się nam przy tym zachować podstawową uczciwość wobec tego, do kogo nas przekaz jest skierowany. Mówiąc krótko, najgorsze – i tak naprawdę jedyne – zło, jakie ryzykujemy, sprowadza się do tego, że w którymś momencie zaczniemy lekceważyć ludzi i potraktujemy ich jak naturalnie głupszych od siebie.
       Wspomniałem o kwietniu 2010 roku, bo przypomniał mi się tekst, który właśnie wtedy opublikowałem tu pod tytułem „Ich oczy nucą pop”, a w którym, jak sądzą bardzo celnie pokazałem, w jaki sposób wspomniana przez Coryllusa „infantylizacja” może okazać się porażką, ale też jak najbardziej zwycięstwem. To był czas gdy zarówno w galeriach handlowych, jak i w sklepach z pamiątkami we Władysławowie i na zakopiańskich Krupówkach, królowały koszulki z „Borubarem” oraz radiem, które „ma ryja” i musiało upłynąć wiele lat, zanim wszystkie zostały – w co głęboko wierzę, skutecznie i na długie dekady – wyparte przez biało-czerwone flagi, szaliki z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny” i t-shirty z podobiznami rotmistrza Pileckiego, Zygmunta Szendzielarza, czy Danutą Siedzikówną. No ale przede wszystkim też to, jak poza nią – a więc poza popkulturą – nie ma nic, poza bezużytecznym głupstwem. Bardzo proszę o uwagę:

      Kultura pop, taka jaką dziś znamy, oczywiście cuchnie i każdy z nas jest w stanie wykazać na wiele przeróżnych sposobów, że ta ocena jest jak najbardziej sprawiedliwa. Mimo to, nie da się też ukryć, że z punktu widzenia tego co się liczy i co w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie, nie ma nic ponad ten pop, ponad wszystko z czego on wyrasta i ponad to, co on tworzy. Od pierwszych dni, kiedy na tym blogu zaczęły pojawiać się te refleksje, problem wpływu jaki kultura popularna ma na nasze życie spotykał się ze szczególnym szacunkiem. Od pierwszych dni bowiem, kiedy pojawił się problem tego nieprawdopodobnego, bezprecedensowego kłamstwa i manipulacji, jakie niszczy Polskę i nas wszystkich, wiadomo było, że sukces tej czarnej misji mógł się powieść wyłącznie dzięki potędze kultury popularnej. Tych kolorowych magazynów, tych kabaretów, tych żartów, tańców, tego wielkiego, niekończącego się supermarketu. Tej galerii. Tego co w języku angielskim określa się słowem mall.
      A zatem, nie sposób tę kulturę lekceważyć. Szczególnie dziś, gdy wszyscy bardzo wyraźnie możemy zobaczyć z jaką siłą ta właśnie kultura – ten pop – w tak spektakularnym geście, najpierw rozerwał na strzępy, a następnie zmiótł z powierzchni ziemi niemal całą polityczną, intelektualną, czy po prostu kulturową elitę naszego kraju. Bo to on stał na samym początku tego dalekosiężnego planu. To pop. I jeśli te słowa czyta jakiś ambitny miłośnik kultury wyższej i czuje w tej chwili niepokój, to niech wie, że tam nie było nic więcej ponad zwykły pop. Naprawdę nie ma się czym szczycić.
      Chodzi mi po głowie ten pop, bo i sam nie jestem bez winy. Tak się składa, że znaczna część mojej wrażliwości jest właśnie stamtąd. Właśnie stamtąd. Tyle że ja akurat czuję – i wiem że mam rację – że udało mi się ten pop wykorzystać dla siebie, a nie pozwolić, by to on mnie wykorzystał i wystawił na pośmiewisko czasów. Jak wielu innych. Dziś. A więc przychodzi dziś mi do głowy ten pop w postaci wiecznie niezgłębionego „Ojca Chrzestnego” Puzzo oraz Coppoli. Druga jego część, kiedy ktoś chce zabić Michaela Corleone, ale jakimś cudem on, jego żona i syn uchodzą z życiem i już po chwili okazuje się, że nawet nie dowiemy się, kto stał za tym zamachem, bo obaj zabójcy już i tak nie żyją, a zatem łańcuch się urwał. Nic takiego. Jak mówię, normalny pop.
      Ale to już przeszłość. Obiecywałem sobie, że nie będę się zajmował grzebaniem w przyczynach katastrofy – KATASTROFY! – spod Smoleńska, bo i po co? I tak nic z tego. I tak umrę, nie doczekawszy się oficjalnego potwierdzenia tego, co się tam naprawdę stało. Ale się nie da. Moje dzieci choćby wciąż o tym gadają. Grzebią w Internecie, zbierają jakieś relacje, wciąż czytają jakieś ekspertyzy, ale – jakby tego było mało – są coraz bardziej przerażone i to przerażenie rozsiewają wokół. Pomyślcie tylko, jak one się czują. W efekcie jest tak, że nie sposób żyć, gdy wciąż wraca obraz tych biednych pilotów, którzy najprawdopodobniej przez te kilkanaście sekund wiedzieli jedno: że, cholera, wszystko przestało działać. Że to co było zawsze takie proste – no ma człowiek ten fach i to doświadczenie – w pewnym momencie staje się niczym. A tu, nagle widać, jak pojawiła się obca ręka. I nie ma sposobu by ją odsunąć. Jakież to straszne!
      A więc tak się jakoś dzieje, że ten nastrój faluje. Od prawdziwego życia, od tego mięsa – do przygody i zwykłych wzruszeń. Trochę mi to przypomina muzykę do „Taksówkarza” Scorsesego, gdzie groza przeplata się nieustannie z taką niezwykła lirycznością. A więc słyszę te codzienne głosy, które wciąż do mnie dochodzą jak złe fatum i znak zwykłej beznadziei, a jednocześnie wspominam te tłumy, te znicze, tę desperację, żeby nie ulec, nie zrezygnować. By dać znak. I żyję nadzieją. A później znów przychodzi ta noc. I znów myślę o tych wspaniałych, świetnie wyszkolonych pilotach, znakomitych, pewnych siebie fachowcach, i myślę – co oni czuli w momencie, gdy zorientowali się, że na pokładzie jest jeszcze ktoś, kogo nikt się nie spodziewał. No bo, kurcze, takie rzeczy się nie dzieją. Nie tu.
      Myślałem, że ta żałoba potrwa dłużej. Że to co się stało, to jest coś tak wielkiego, coś tak niewyobrażalnego, coś tak oczywistego nawet dla najbardziej pustej głowy, że każdy musi temu ulec. Że nie ma takiej niewrażliwości, takiej bezmyślności, czy wreszcie takiej obojętności, która nie przestanie w tej sytuacji wciąż gadać. A tu mamy pop. Niezniszczalny, nigdy nie zmęczony, zawsze na posterunku – pop.
      A więc i mi przychodzi do głowy coś równie mocnego jak ci wszyscy ludzie – i tu i tam i wszędzie, którzy nagle uznali, że zabawa się wcale nie skończyła. Przypomina mi się inny film, „Prawdziwy romans”, gdy niejaki Virgil, brutalny morderca do wynajęcia, siedzi w fotelu nad zmasakrowaną Alabamą, którą zresztą już za chwilę ma zabić i mówi mniej więcej w ten sposób: „Pierwszy człowiek jakiego zabijasz, jest zawsze najgorszy. Nie ma znaczenia, czy jesteś Dusicielem z Bostonu czy jakimś Wyattem Earpem, Założę się, że ten facet, Charles Whitman, który z tamtej wieży wystrzelał tych wszystkich ludzi, musiał to przeżyć. Choćby pierwszego z nich. Poważnie. Pierwszy jest zawsze ciężki. Drugi już jest łatwiejszy. Zdecydowanie łatwiejszy. Pewnie – wciąż się coś czuje, ale już nie tak. Trzeci to już pestka. Trzeci to nic. Dochodzi do tego, że w końcu zabijasz ludzi tylko po to, by sobie popatrzeć, jak się zmienia wyraz ich twarzy”.
      I myślę sobie, że to właśnie tak musi wyglądać. Najtrudniej było na początku. Niewykluczone, że niektórzy – na wiadomość o tym co się stało – w pierwszej chwili się zwyczajnie porzygali. Ja sam przez kilka dni oglądałem ich poszarzałe z przerażenia twarze. Dziś już jest im łatwiej. Ale przecież, jak uczy kultura popularna, drugi raz jest już zdecydowanie łatwiejszy. A trzeci – wystarczy się rozejrzeć. Nawet nie trzeba szczególnie nastawiać uszu.
      A mi wciąż żal tych pilotów, bo mogę się domyślać, co oni czuli w ostatnich chwilach tamtego strasznego lotu. I żal mi Prezydenta i pani Kaczyńskiej i wszystkich tych ludzi, którzy – tak im się w życiu złożyło – znaleźli się tam, wtedy, na samym końcu tego strasznego planu. I z których dziś pozostały tylko skrawki, które wpadły w ręce ludzi złych. I tych tutaj i tamtych – tam. I żal mi Jarosława Kaczyńskiego, który kiedy nawet jeszcze nie opadła ta dziwna smoleńska mgła, znalazł się w samym środku szyderstw ze strony tych, którzy już nie są debiutantami, ale doświadczonymi uczestnikami tej gry. Już jest spokojnie.
      Uważajmy na nich. Oni w tej chwili robią to co robią, i mówią to co mówią, już tylko po to, by zobaczyć, jak zmienia się wyraz naszych twarzy. A więc starajmy się. Zachowajmy postawę wyprostowaną. Pamiętajmy choćby o roku 1990. Ja, na przykład, wspominam słowa, które padły wtedy, w sobotę przed pierwszą turą wyborów prezydenckich z ust osoby mi bardzo bliskiej: „Jestem dziwnie spokojny. Mazowiecki wygra w pierwszej turze”. I powiem szczerze, że wtedy – wbrew mojej nadziei i wierze – bałem się, że on może mieć rację.






piątek, 2 sierpnia 2019

Co Marsjanie sądzą na temat naszej historii?


      Gdyby ktoś sobie myślał, że wczorajsze obchody 75 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego potraktuję tak jak traktuję wszystkie – choćby nie wiadomo jak sensowne i autentyczne – wydarzenia, w tych trudnych czasach siłą rzeczy stanowiące głównie gest propagandowy, a więc puszczę sobie jakąś muzykę, a nad ową wzruszającą rocznicą zamyślę się wyłącznie na swój własny rachunek, jest w błędzie. Nawet ja bowiem znam granice i począwszy od wywieszenia flagi i kończąc na oglądaniu wieczornego koncertu na Placu Piłsudskiego, uczciłem ten dzień solidarnie z tymi, którzy takich jak ja dylematów nie mają.
       Obejrzałem więc jedną, drugą, trzecią i czwartą telewizyjną relację z tego co się działo w Warszawie w tym niezwykłym dniu i na dzisiejszy dzień mam dwie refleksje. Przede wszystkim ilość osób jakie się zgromadziły na Placu Piłsudskiego, by wziąć udział we wspomnianym wcześniej koncercie, te nadzwyczajne wręcz tłumy, ale też ich reakcja, każą mi myśleć, że mamy do czynienia z autentycznym ruchem i to ruchem, którego siły zlekceważyć ani my, ani oni, już nie jesteśmy w stanie. Pisałem już o tym jakiś czas temu na tym blogu, w nawiązaniu do kwestii patriotyzmu, który stał się czymś znacznie więcej niż doraźną modą, a dziś mogę już to wszystko tylko powtórzyć. Nieważne ile w tym jest szczerej miłości do Ojczyzny, a w jakim stopniu jest to efekt pewnej socjotechniki, faktem jest to, że dziś słowo „Polska” jest najzwyczajniej w świecie modne i to modne z wszelkimi owej mody atrybutami.
       Ale mam też kolejną refleksję. Otóż, oglądając transmisję z koncertu na Placu Piłsudskiego, doskonale czułem i rozumiałem zażenowanie, przechodzące we wściekłość, jaką w tym samym dokładnie w tym samym czasie musiał odczuwać – tak, tak – choćby ktoś taki, jak siedzący tam, wśród tych wszystkich ludzi, prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski. Rzecz bowiem jest w tym, że dziś znaleźliśmy się w miejscu, gdzie – jakkolwiek by się to mogło wydawać absurdalne – ci sami ludzie którzy uczestniczą w marszach LGBT, bronią niezależności sądów, nienawidzą Donalda Trumpa, wybuchają szyderczą radością na widok kolejnego pobitego księdza, drżą ze strachu, że już za chwilę dojdzie do tzw. Polexitu, czy choćby zwyczajnie, przy każdej kolejnej okazji głosują na każdego, kto zagwarantuje im to, że któregoś dnia obudzą się i dowiedzą, że własnie zmarł Jarosław Kaczyński, oni wszyscy, oglądając transmisję z tych uroczystości, czują wyłącznie obrzydzenie. Dla nich bowiem, to co o czym się gada w tym dniu, to przede wszystkim nudy na pudy, a poza tym coś, co stoi w kompletnej sprzeczności do tego, co powinien odczuwać Prawdziwy Europejczyk. Owszem, historia jest ważna, ale nie na tyle, by po 75 latach, zamiast patrzeć w przyszłość, oglądać te stare, ledwo żywe twarze powstańców, którzy, kiedy byli jeszcze dziećmi, okazali się tak głupio zaczadzeni ową myślą, że warto umrzeć dla Ojczyzny.  
       Czemu dziś o tym piszę? Częściowo oczywiście przez to, że te uroczystości miały faktycznie miejsce i one jak najbardziej zrobiły na mnie wrażenie, ale głównie chciałem podzielić się myślą smutną bardzo, tą mianowicie, że nawet jeśli okazja, w jakiej mieliśmy okazję w ten czy inny sposób uczestniczyć, nie jest w stanie  zasypać rany, jaka została uczyniona w społeczeństwie w minionych latach – a ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że z tego nic już nie będzie – to znaczy, że podział, jaki wszyscy obserwujemy jest – przynajmniej dziś – nie do pokonania. Nie wiem, jak to długo potrwa, ale jestem głęboko przekonany, że przez długie jeszcze lata z jednej strony będziemy mieli tych, co wzruszają się na wspomnienie ofiary Powstania, a jednocześnie nie akceptują ekscesów LGBT i uważają gesty Donalda Trumpa pod adresem Polski za dowód na to, że Polska jest znowu wielka, a z drugiej całą resztę, która pozostaje solidarna z prześladowanymi przez faszystowskie państwo nauczycielami, nie może dojść do siebie po informacji, że marszałek Kuchciński woził swoją rodzinę za darmo samolotem, ale też nie mogą się już doczekać premiery nowego filmu Patryka Vegi.
      W moim głębokim przekonaniu, wszystkie role zostały bardzo dokładnie rozpisane, przez uczestników tego przedstawienia wyuczone na pamięć i do tego, co już zostało opisane, każdy kolejny dzień dokłada wyłącznie kolejne kwestie, znów cierpliwie i bardzo dokładnie zapamiętywane. Ja wiem, że to brzmi nadzwyczaj absurdalnie, ale uważam, że już prędzej ksiądz Boniecki zgłosi się do odpowiedniej instancji i złoży wniosek o przeprowadzenie wobec niego aktu apostazji, niż ta miła rodzina z sąsiedztwa, która od lat głosuje przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, dojdzie do wniosku, że coś się im pomyliło i przestaną się oblepiać serduszkami Owsiaka.
      Czy to coś realnie zmieni? Na szczęście nic. Kierunek został już wytyczony i z niego zejścia nie ma. Natomiast musimy się przygotować na to, że wokół nas pojawi się nieco więcej autentycznych wariatów, w dodatku tych z gatunku niebezpiecznie agresywnych, i będziemy musieli się nauczyć jakoś z nimi postępować.



Przypominam wszystkim, że w księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, wśród wielu znakomitych tytułów, są też i moje książki, które z czystym sumieniem mogę każdemu polecić. O szczegóły proszę pytać mnie osobiście pisząc na adres k.osiejuk@gmail.com.
 

środa, 20 czerwca 2018

Piłka, piłeczka, a na końcu my


      Właściwy tekst o piłce nożnej pojawi się tu dopiero w trakcie weekendu, dziś natomiast chciałbym przedstawić wspomnienie, które nas do własciwej refleksji powinno właściwie wprowadzić. Jednak zanim do tego dojdzie,  jedna bardzo ważna refleksja. Otóż wczoraj Polska przegrała z Senegalem w kompromitujący sposób, a ja, z jednej strony ową porażkę przeżywam, zastanawiając się dlaczego oni poprzedniej nocy najwyraźniej nie zmrużyli oka, jednoczesnie oczywiście bardzo im życząc, by jak najszybciej się pozbierali, wpieprzyli Kolumbii i Japonii i awansowali do ćwierćfinałów, z drugiej natomiast, myślę o tym, jak bardzo reżim – którykolwiek zresztą reżim – staje na głowie, by nasz tak szczery i serdeczny patriotyzm przetransformować w taki sposób, by każde zwycięstwo polskich sportowców choćby najbardziej podłe zachowania rządzących. Jak mówię, główny tekst na ten temat ukaże się tu najprawdopodobniej w sobotę, jeszcze przed meczem z Kolumbią, dziś natomiast przedstawiam notkę – zaledwie nieco przeredagowaną –  wcale nie tak dawną, bo zaledwie z 2014 roku, gdy my wciąż tkwiliśmy w śmiertelnym uścisku Ewy Kopacz, a piłka królowała jak zawsze. Zachęcam do refleksji.

      Siadając do pisania dzisiejszej notki, jestem w sytuacji bardzo niezgrabnej. A wszystko zaczęło się częściowo od tego, że nędza jaka nas ostatnio dopadła, mocno mnie przybiła w sensie intelektualnym, a więc i w twórczym, a trochę też od tego, że mimo weekendu, a w tym świętego dnia, który nam Dobry Bóg kazał święcić, zdecydowałem się wziąć za różnego rodzaju prace zarobkowe i to mi zjadło znaczną część soboty i niedzieli, no i nawet nie miałem chwili, by siąść i podzielić się jakimiś mniej lub bardziej interesującymi refleksjami. W dodatku jeszcze przyjechał do Katowic z dawna zapowiadaną wizytą pewien mój dawno nie widziany kumpel, co jak wiadomo z przyczyn zasadniczych załatwia cały boży wieczór, i pewnie bym tak bardzo nie narzekał, gdyby nie fakt, że zamiast normalnie, tak jak to zwykle bywa, udać się do knajpy i spędzić w niej miło czas jedząc, pijąc i gawędząc o tym, że świat się kończy i to tym razem już chyba na pewno i na dobre, kumpel pierwsze co zrobił, to zapytał, gdzie tu mają telewizor, bo jest mecz i tego przegapić nie można.
      Dlaczego już na samym początku tej notki zaznaczyłem, że mam z tym dzisiejszym tekstem kłopot? Otóż przeczytałem właśnie tekst o tym, że oto nastał czas, byśmy wszyscy, choćbyśmy dotychczas nie znali różnicy między spalonym a hat-trickiem zechcieli się emocjonować meczem Polska- Niemcy, odbywającym się oczywiście na Stadionie Narodowym i naszych kupionych na raty plazmach. I pewnie ja bym już o tym nie pisał, zostawiając to tym wszystkim, którzy się w to oszustwo zaangażowali, jednak ponieważ mam wrażenie, że są rzeczy, które pozwinny zostać powiedziane, a ja je w głowie wciąż mam, i wierzę, że one są warte uwagi, spróbuję się w tę dyskusję wbić na swój sposób.
      Najpierw może powiem, dlaczego polska piłka nożna mnie od wielu, wielu lat nie zajmuje, a polska siatkówka na przykład już tak. Otóż chodzi o to, że nasi tak zwani kiedyś „chłopcy”, są dziś tak beznadziejni, jako projekt, idea i wreszcie jako drużyna, że tu w ogóle nie ma o czym mówić. Tak jak to już parokrotnie tu i ówdzie zostało powiedziane, nie da się bowiem stworzyć drużyny z grupy kompletnie obcych sobie piłkarzy, z których każdy swoje życie sportowca, karierę i powodzenie wiąże z czymś, co jeśli słowo „Polska” w ogóle bierze pod uwagę, to wyłącznie na zasadzie wspomnień z dzieciństwa. Słyszymy przecież tu i ówdzie, że każdy z nich jest tak zaaferowany swoim obecnym życiem, lub karierą, czy to gdzieś w Rosji, Anglii, Holandii, czy Niemczech, że kiedy przyjeżdża na zgrupowanie kadry, jeśli zdejmuje z uszu słuchawki, to wyłącznie podczas treningów, a jeśli się do któregoś z kolegów odzywa, to wyłącznie po to, by wrzasnąć: „Zostaw!”, „Do mnie!”, albo „Strzelaj!”. A zatem, faktem jest, że Polska dziś nie ma piłkarskiej drużyny i nic nie wskazuje, by ją miała w najbliższym czasie mieć. A zatem, ja nie widzę też powodu, by polskiej piłce poświęcać swoje emocje. Owszem, bardzo kibicuję Lewandowskiemu, by został najlepszym piłkarzem Bundesligi, Szczęsnemu, by Anglicy uznali go za najlepszego bramkarza Premier League i żeby go na przykład kupił Liverppol, i bardzo się też cieszę, kiedy słyszę, że piłkarz Milik jest podporą Ajaxu Amsterdam, natomiast, kiedy słyszę, że Polacy mają grać z Niemcami, czy Szkocją i bardzo liczą na to, że jakimś cudem po tych meczach awansują z 75 miejsca na 74, i z tej okazji premier Kopacz przyjmie ich u siebie w kancelarii, to, przepraszam bardzo, ale co mnie ta ich zabawa obchodzi? Dokładnie tyle samo, co wiadomość, że zespół Kombi ma podobno szansę na karierę w Ameryce.
       No i wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie, wbrew moim najgłębszym pragnieniom i nadziejom, udałem się do pubu „Spencer” w Katowicach, gdzie w towarzystwie bandy w większości już częściowo nawalonych kibiców i przy akompaniamencie nieustającego wrzasku, który uniemożliwiał choćby najbardziej podstawową rozmowę, zostałem zmuszony do oglądania tej żenady, a więc z jednej strony Niemców, którzy najwidoczniej w głębokim przekonaniu, że z palcem w nosie wlepią Polsce 10-0, grali tak głupio i chaotycznie, że już niemal od dziesiątej minuty widać było, że jeśli oni strzelą gola, to wyłącznie samobójczego, a z drugiej Polaków, którzy prawdopodobnie niesieni owym ogłuszającym gwizdem zebranych na Stadionie Narodowym i nieprzytomnych w tym swoim szaleństwie kibiców, jedyne co potrafili przez cały mecz zrobić, to wyprowadzić te dwie kontry i bezczelnemu szwabstwu pokazać, dokąd prowadzi głupia pewność siebie.
       Siedziałem więc przez te dwie godziny w owym „Spencerze”, udając, że jestem bardzo podekscytowany tym co się dzieje i z każdą kolejna minutą ogarniał mnie coraz większy smutek. I to wcale nie dlatego, że Niemcy nie potrafili Polsce strzelić gola, czy dziesięć – co akurat miałoby w sobie przynajmniej tyle dobrego, że może byśmy wreszcie zobaczyli, że naród, który systematycznie, planowo i z gorejącym sercem, rezygnuje z poczucia dumy, nie zasługuje na nic lepszego, niż upokorzenie ze strony wrogów – ale ze względu na reakcję zgromadzonych polskich piłkarskich patriotów. I tu znów, nie chodzi o to, że oni przez ponad dwie godziny bez sensu darli mordy i cieszyli się z tego, że Niemcy nie potrafią Polsce strzelić bramki, ale że kiedy te trzy strzały przez cały mecz dały nam zwycięstwo, jeden z nich wrzasnął: „Mamy nową panią premier i proszę! Ale z nazwiskiem Kopacz musimy wygrywać!” I cała reszta zaczęła bić brawo. To nie jest zart. Tak było.
      I to jest dziś moja jedyna refleksja. Oto stan, w jakim się znaleźliśmy: z jednej strony świadomość, że jesteśmy w sposób oczywisty nie dość że do dupy, to wręcz najgorsi, a z drugiej od czasu do czasu udaje nam się pokazać, że ta nasza dupowatość potrafi czynić niespodzianki i to nas bardzo, ale to bardzo satysfakcjonuje.
       Przepraszam bardzo, ale skoro Niemcy nie dali rady, to ja bardzo proszę, żeby nam tę tępotę z głowy wybili Szkoci, którzy nas już za chwile wezmą w obroty. Może być nawet 0-5.

Zapraszam jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania książek najlepszych. W tym, oczywiście, moich.


czwartek, 15 marca 2018

Polscy patrioci czytają "Trybunę Ludu"

      Do pisania dzisiejszej notki zasiadam z ciężkim sercem z tego przede wszystkim powodu, że robię to z inspiracji człowieka, którego nazwiska miałem nadzieję tu nigdy nie wymienić, a mianowicie Ewarysta Fedorowicza, a konkretnie mam na myśli tekst, który zamieścił on wczoraj na Szkole Nawigatorów i w którym zademonstrował w sposób niemal doskonały pewien typ obłędu, jaki, kręcąc się po obrzeżach Sieci, możemy tu i ówdzie ostatnio zaobserwować. O jakim obłędzie mówię? Otóż dość delikatnie poruszyłem niedawno ten temat w tekście zatytułowanym „Co sierżant Daniels robi w mojej lodówce?”, jednak, być może właśnie przez ową delikatność, moja główna myśl gdzieś się tam zagubiła. A chodziło mi oto, że od czasu gdy Żydzi przeprowadzili u nas znaną nam akcję pod tytułem „polska odpowiedzialność za Holocaust” pewna grupa bardzo prawicowych komentatorów postanowiła w bezprzykładny zupełnie sposób zhejtować nasze władze. I to wcale nie za wspomniane żydożerstwo, ale wręcz przeciwnie – za to, że chodzą one na pasku Izraela. Owa agresja doszła ostatnio do tego punktu, gdzie już nie tylko nawet chodzi o ten żydowski pasek, ale w ogóle, o całość. Nagle się okazuje, że marzeniem wielu z nas jest już tylko to by to pisowskie ścierwo przegrało kolejne wybory, bo inaczej Polska zgnije skutkiem korupcji, afer i powszechnej nędzy, do której ją już za chwilę doprowadzą Kurski z Morawieckim.
      No i tu się pojawia wspomniany na początku Fedorowicz. Czemu? A no temu, że on wczoraj wrzucił tu tekst zatytułowany wdzięcznie „Jak Jajakoprezydent* Duda Baumana, Michnika, Wolińską i innych stalinowców o wybaczenie prosił”, w którym już na samym wstępie wali z obu luf:
      „Jak napisał w 2009 roku w tekście Stalinowscy uciekinierzy, Tadeusz M. Płużański:
     ‘wielu komunistycznych oprawców uciekło za granicę. Tylko do Izraela wyjechało po marcu 1968 r. ok. tysiąc zagorzałych stalinistów. Niektórzy żyją do dziś. Trzeba ich ścigać i pokazywać ich zbrodnie’.
     Ale Jajakoprezydent Duda Andrzej ma na ten temat inne zdanie:

    8 marca br, na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego ten wierny członek Unii Wolności odkrył swoje prawdziwe oblicze i o przegranych w wojnie dwóch strasznych komunistycznych gangów stalinowcach i staliniątkach powiedział tak:

   ‘Pochylam głowę z wielkim żalem także ja, jako Prezydent. I tym, którzy zostali wtedy wypędzeni, i rodzinom tych, którzy zginęli, chcę powiedzieć: 
proszę, wybaczcie, proszę, wybaczcie Rzeczypospolitej, proszę, wybaczcie Polakom, wybaczcie ówczesnej Polsce za to, że dokonano tego haniebnego aktu’.”
     No a dalej to już leci z górki i bez trzymania. Ktoś powie, że zamiast się znęcać nad Fedorowiczem w osobnej notce mogłem jego tekst skomentować na miejscu i miałbym spokój. I pewnie to jest prawda. Tak by zapewne było znacznie lepiej, tyle że kłopot w tym, że Fedorowicz mnie jeszcze latem zeszłego roku zbanował i niestety nie mam żadnej możliwości, by tam do niego zajść i mu krótko wyjaśnić, dlaczego uważam go za nędznego prowokatora. Inna sprawa, że ten komentarz i tak by musiał mieć długość normalnej notki, więc niech już będzie jak jest. Rzecz bowiem w tym, że metoda, jakiej Fedorowicz używa w celu zgnojenia prezydenta Dudy jest żywcem skopiowana z tego, w jaki sposób komunistyczna propaganda zareagowała w roku 1965 na orędzie polskich biskupów do biskupów niemieckich, a dokładnie na pamiętny fragment: „W tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu wyciągamy do Was, siedzących tu na ławach kończącego się Soboru, nasze ręce oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Ja wówczas miałem zaledwie 10 lat, ale do dziś pamiętam wściekłość Gomułki i powszechny atak na Kościół za to, że on prosi o wybaczenie Hitlera, Goebelsa, Goringa i całe resztę tego faszystowskiego towarzystwa. To był dokładnie ten sam styl, ta sama retoryka i dokładnie ten sam poziom podłości, z jakim dziś się nam przedstawia Ewaryst Fedorowicz.
      Pamiętam tamten rok, ale też pamiętam wiosnę roku 1968 i miesiące, które nadeszły trochę później, kiedy nagle dowiedzieliśmy się, że z Polski wyjechała moja dentystka ze swoją prześliczną córką, Dorotką, z którą nigdy chyba nie zamieniłem słowa, ale, którą często spotykałem w drodze do szkoły, nasi sąsiedzi z bloku, z moją tylko trochę, bo parę lat starszą, koleżanką Danką, no i przyjaciele rodziców, z których synem Jurkiem dość mocno się wówczas przyjaźniłem. Tego, kim był ojciec Dorotki, rodzice Danki, a nawet czym się zajmował ojciec Jurka, oczywiście nie wiedziałem, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, by oni wszyscy żyli z torturowania polskich patriotów.
      Nie wiem również, o co tak naprawdę chodzi z tą całą antypolską akcją rozpętaną przez międzynarodowy Sanhedryn, ale kiedy czytam niektóre wypowiedzi tu i tam w internetowej przestrzeni, myślę sobie, że nie zdziwiłbym się, gdyby się miało okazać, że to był atak wymierzony nie tyle przeciwko Polsce, co przeciwko władzy Prawa i Sprawiedliwości. Kiedy czytam te wszystkie komentarze, dochodzę do przekonania, że naprawdę trudno było imm znaleźć lepszy sposób na to, by postawić Prawo i Sprawiedliwość w sytuacji bez choćby średnio dobrego wyjścia. Jeśli polskie władze przyjmą wobec Izraela twardy kurs, ataku jaki nastąpi z zewnątrz rząd nie przeżyje; jeśli z kolei zareagują w sposób pojednawczy, rząd nie przeżyje ataku od wewnątrz.
      To jest naprawdę więc bardzo trudna sytuacja i nie mam tu szczególnie dobrych myśli. Pocieszające jest jednak to, że póki co, jakoś się chyba trzymamy, więc jest szansa, że uda się jednych i drugich przechytrzyć. Na szczęście, jak się zdaje, w tym akurat wypadku Internet jako całość okaże się znacznie bardziej przytomny, niż jego być może zaledwie peryferie.
      Już po napisaniu tego tesktu pomyślałem, że zajrzę do komentarzy pod tekstem Fedorowicza, żeby zobaczyć co tam słychać w kwestii stanu wspomnianej przytomności i proszę sobie wyobrazić, że spotkała mnie miła niespodzianka. Otóż nasza koleżanka Eska zwróciła uwagę Fedorowiczowi, że ów tysiąc esbeków, to zaledwie pięć procent wszystkich tych Żydów, którzy zostali z Polski przez komunistyczną wyrzuceni, podczas gdy reszta, to zwykli inżynierowie, lekarze, naukowcy. Ucieszyła mnie ta wiadomosć, bo mnie się dotychczas wydawało, że oni stanowili aż 10 procent, o czym zresztą nawet tu kilka dni temu pisałem. I proszę sobie wyobrazić, że Fedorowiczowi nie drgnęła na to nawet powieka i zapytał Eskę, czy ona może wie, kim byli rodzice tych wszystkich lekarzy i inżynierów i naukowców. Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, to ja już mam tylko jedno pytanie. Czy przypadkiem nazwisko Fedorowicz, to nie jest spolszczona wersja znanego nam wszystkim Fjedorowicza?

Zapraszam do wizyty w naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a także u mnie bezpośrednio na toyah@toyah.pl, gdzie przez jakiś jeszcze czas można zamawiać moje książki.   


poniedziałek, 22 maja 2017

Co łączy Jana Hartmana z ONR-em?

Dziś pozwolę sobie przedstawić tekst, zamieszczony oryginalnie na portalu papug.pl, z którym jednak jestem tak bardzo emocjonalnie związany, że nie mogę się powstrzymać, by go przedstawić i tu. Mam nadzieję, że się spodoba.


W ostatnich dniach przez Polskę przetoczyła się lekka burza związana z dokumentem, jaki pod tytułem „Chrześcijański kształt patriotyzmu” zdecydowała się nam przedstawić Konferencja Episkopatu Polski. Piszę, że burza była „lekka” wcale nie dlatego, że ona rzeczywiście sama w sobie przeszła ledwo zauważona, ale przez fakt, że poziom napięcia między Hierarchią, na czele z samym Franciszkiem, a wiernymi reprezentowanymi – jak najbardziej samozwańczo – przez tak zwanych „prawdziwych katolików”, stał się ostatnio tak znaczny, że w tej chwili praktycznie każdy gest Kościoła wywołuje po drugiej stronie oburzenie. A to sprawia, że w tej chwili naprawdę trudno jest znaleźć taką wypowiedź, czy to papieża, czy to któregoś z kardynałów, czy też bardziej lokalnych hierarchów, która spowoduje wybuch większy od poprzedniego. Obserwowana po stronie części wiernych złość jest tak intensywna, że oni w tej chwili już właściwie tylko drżą. Niedawno Franciszek przyjął grupę starych Żydów, reprezentujących tych, którym się udało przeżyć niemiecki terror, i idąc za przykładem św. Franciszka z Asyżu, demonstracyjnie ucałował ich dłonie. Widok papieża całującego ręce Żyda podziałał na wspomnianych „prawdziwych katolików” z tak destrukcyjną siłą, że niektórzy z nich nie dość, że wśród członków owej żydowskiej delegacji nagle dojrzeli Rotschildów z Rockefellerami we własnych osobach, to doszli do wniosku, że oto Franciszek wszedł w kolejny etap przekazywania Kościoła w ręce Szatana. A więc w tej sytuacji chyba się zgodzimy, że jakiś skromny komunikat Episkopatu Polski, nawet jeśli traktuje naszych patriotów z nieznośną dla nich protekcjonalnością, może wywołać burzę co najwyżej „niewielką”.
A mimo to, wydaje mi się, że warto się nad tym, co się stało, przez chwilę zadumać. Otóż chyba w tej chwili już większość z nas zdążyła zwrócić uwagę, choćby obserwując ruch na rynku popularnych gadżetów, że patriotyzm jest w modzie. O ile jeszcze parę lat temu pierwszy lepszy sklep z pamiątkami, czy popularną konfekcją, zawalony był t-shirtami z napisem „Radio ma ryja”, czy „Precz z kaczyzmem”, dziś owa oferta niemal w stu procentach została zastąpiona przez koszulki, bluzy, czapki, breloczki, kubki, szaliki, głoszące bez cienia poczucia obciachu „śmierć wrogom Ojczyzny”, a i to w wersji łagodniejszej. Jednocześnie też, tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa, wspomniana oferta stanowi zaledwie forpocztę czegoś znacznie poważniejszego, a więc zorganizowanych ruchów politycznych, które niechby i sobie działały i głosiły ową śmierć dla wrogów Ojczyzny, gdyby nie fakt – i tu przechodzimy do sedna sprawy – że one bardzo chętnie, obok tradycyjnej symboliki narodowej, na swoich sztandarach umieszczają wizerunek Jezusa Chrystusa.
Konferencja Episkopatu Polski wydała swój komunikat i to, że w jednej chwili tak nerwowo zareagowali na niego nasi patrioci, mnie nie dziwi. Oni nigdy nie byli zbyt przytomni, a dziś, w tym strasznym chaosie, jakim nam obdarowała kultura popularna we współpracy z mediami, już nie radzą sobie zupełnie, co jednak jeszcze bardziej zastanawiające, odezwała się równie druga strona, czyli, mówiąc krótko sataniści, choćby w osobie znanego nam wszystkim Jana Hartmana, który oświadczył, że wreszcie po wielu latach kompletnego zgnuśnienia Kościół stanął na wysokości zadania i powiedział, jak jest. Czemu Hartman mówi to co mówi nie wiem, natomiast podejrzewam, że prawdziwy obłęd nie wybiera i wali jak popadnie. Jeśli natomiast idzie o mnie, to ja zachowuję pełny spokój i do jednych i drugich mam tylko jedną wiadomość. Ta skała, na której Jezus postawił Swój Kościół stoi i nawet nie chodzi o to, że bramy piekielne Go nie przemogą. To jest oczywiste. Natomiast możemy być równie pewni, ze nie przemogą go połączone siły polskich narodowców z polskimi satanistami. A jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, polecam oczywiście tekst komunikatu, o którym dziś rozmawiamy, bo tam możemy znaleźć słowa, które powyższe tezy wyłącznie wspierają:
„Święty Jan Paweł II na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1995 r. podkreślał, iż ‘należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny. Prawdziwy patriota nie zabiega nigdy o dobro własnego narodu kosztem innych. To bowiem przyniosłoby ostatecznie szkody także jego własnemu krajowi, prowadząc do negatywnych konsekwencji zarówno dla napastnika, jak i dla ofiary. Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego fundamentalizmu’”
W podobny sposób, w liście znacznie wcześniejszym, bo z września 1972 roku „o chrześcijańskim patriotyzmie”, ujęli to polscy biskupi. Pisali oni: „Choć człowiek stawia wartości ojczyste bardzo wysoko, to jednak wie, że ponad narodami jest Bóg, który jedyny ma prawo do tego, aby ustanawiać najwyższe normy moralne, niezależnie od poszczególnych narodów. Takie poczucie rzeczywistości opiera patriotyzm na prawdzie, oczyszcza go i uzdalnia do pogłębienia świadomości wspólnoty rodziny ludzkiej. Broni nas ono od obojętności na losy drugich, uwrażliwia coraz bardziej na potrzeby każdego człowieka, obojętnie jakim językiem mówi i jakie ma poczucie narodowe” […]
„Prawdziwa miłość do ojczyzny opiera się na głębokim przywiązaniu i umiłowaniu tego, co rodzime, niezależnie od czasu i przestrzeni. Łączy się z głębokim szacunkiem dla wszystkiego, co stanowi wartość innych narodów. Wymaga uznania wszelkiego dobra znajdującego się poza nami i gotowości do własnego doskonalenia się w oparciu o dorobek i doświadczenie innych narodów. Siłą twórczą prawdziwego patriotyzmu jest więc najszlachetniejsza miłość, wolna od nienawiści, bo nienawiść – to siła rozkładowa, która prowadzi do choroby i zwyrodnienia dobrze pojętego patriotyzmu”.
Przypominam, to są fragmenty omawianego przez nas wyżej dokumentu Episkopatu. Czy w owych zacytowanych przez biskupów słowach jest coś, co by nam kazało podejrzewać, że ta Skała jest jednak bardzo krucha? Nie? No jasne, tamtych słów z prawdziwą satysfakcją słuchaliśmy w latach, gdy wszyscy nie byliśmy jeszcze tacy intelektualnie samodzielni i politycznie wolni, jak dziś, więc nie widzieliśmy zagrożeń. Dziś natomiast, jak najbardziej, nie możemy pozwolić na to, by ktoś nie wiadomo kto próbował nam tu mieszać w naszych planach dla Polski. Chętnie to powtórzę – po wszystkich stronach sceny. Nawet Jan Hartman się pojawił.


Zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco i szczerze.

sobota, 21 stycznia 2017

O białoczerwonym wuwuzele, co zmieniło niemiecką borówkę w polską żurawinę

         Przed nami trzeci dzień naszego pobytu w Zakopanem, a przez to, że jest to jednocześnie czas sportowego szaleństwa, jakie nam zgotowała drużyna skoczków narciarskich, mam kilka, moim zdaniem ciekawych i dość ważnych refleksji, którymi chciałbym się tu podzielić. Przede wszystkim ja nigdy w życiu nie widziałem takiej eksplozji narodowej dumy, jaką w tych dniach można oglądać na ulicach Zakopanego. To miasto dosłownie całe tonie w bieli i czerwieni i proszę mi wierzyć, że nie chodzi mi o to, że to co widziałem wczoraj i z całą pewnością zobaczę dziś, swoją intensywnością przewyższa to co możemy oglądać podczas meczów polskiej reprezentacji piłkarskiej na Stadionie Narodowym, czy podczas wszelkich innych sportowych wydarzeń sportowych z udziałem Polaków. To co się dzieje w tych dniach w Zakopanem, to wymiar całkowicie nowy, dotychczas u nas nieobserwowany. Wystarczy powiedzieć, że doszło wręcz do tego, że wszystko to, co dotychczas było kojarzone wyłącznie z Zakopanem, a więc te kierpce, te ciupagi, te pluszowe pieski i owieczki, wreszcie ten miś-fotograf, zostały praktycznie wyparte z rynku. Jest tylko ta biel, ta czerwień, ten orzeł i ta Polska, no i te doprowadzające normalnego człowieka do szału wuwuzele. Koniec.
      I jestem pewien, że to wcale nie chodzi o tego Stocha, czy Żyłę. Oni są tu wyłącznie pretekstem do tego, by przez te szaliki, czapki, flagi, przy każdej okazji demonstrować polski patriotyzm i narodową dumę. A skoro tak, to mamy do czynienia już nie tylko ze zjawiskiem socjologicznym, ale ściśle politycznym. Moim zdaniem to jest dokładnie ten sam ruch, który sprawił, że latem nad polskim morzem w budach z pamiątkami królowały koszulki z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny” i breloczki z wizerunkami bohaterów antykomunistycznego podziemia. Nawet jeśli za ową falą szaleństwa stoi wyłącznie moda i pop, a wszyscy ci, którzy jej tak chętnie dali się ponieść, są na co dzień posłusznie chodzącymi do pracy idiotami, z przerwą na flaszkę lub wyprawę do galerii w niedzielę, faktem jest, że oni jakimś cudem uznali, że Polska to wartość, a to, że oni są Polakami, uważają za powód do dumy. Zupełnie jakby nagle odkryli, że bez tej Polski są nikim i uczepili się jej, jak pijany sztachety.
      Oczywiście biorę pod uwagę, że mogę się mylić. Nie jestem ani socjologiem, ani tym bardziej psychologiem, więc nie wykluczam, że to wszystko jest zaledwie złudzeniem, które zniknie tak samo nagle, jak się pojawiło i już za chwilę wrócimy wszyscy do stanu sprzed kilku lat, gdzie znów w dobrym guście będzie można na nowo powtarzać, że my Polacy nie jesteśmy warci tego, by się pokazywać w szerszym towarzystwie. W tej sytuacji jednak uważam, że się nie mylę i że moja diagnoza jest jak najbardziej słuszna. To się już nie skończy, a to choćby z tego powodu, że będzie skutecznie podsycane przez rządy Dobrej Zmiany, a w podziękowaniu za owo dobre słowo, rządy te wspierało.  Byliśmy dziś wieczorem w jednej z tych niezliczonych knajp na kolacji, telewizor był o dziwo ustawiony na Wiadomości TVP, a tam Kamil Stoch mówił, jak to, co on miał okazję oglądać przez cały dzień, jest piękne, jak owa eksplozja patriotyzmu stanowi przyczynę jego sukcesów i jak on jest wszystkim tym ludziom, którzy przyjechali do Zakopanego, by bez opamiętania dmuchać w te trąbki, wdzięczny. Tak to, proszę państwa właśnie działa, a ci co uważają, że oni są w stanie to wszystko pokonać tym swoim pieprzeniem na temat zjednoczonej Europy i naszych wobec niej zobowiązaniach, mogą właściwie już z początkiem nowego tygodnia wyprowadzić się do Paryża, Amsterdamu, lub Berlina, bo lepiej, jak mawiają mądrzy Rosjanie, już było.
      Ktoś powie, że to nieprawda, że jesteśmy częścią świata i ten świat prędzej czy później nas skutecznie skorumpuje, a na dowód tego pokaże coś, co ja zaobserwowałem tuż obok tych biało-czerwonych szalików na zakopiańskich straganach i przyznam, że w pewnym momencie się zaniepokoiłem. Otóż jest tak, że obok owej wszechogarniającej czerwieni i bieli, piętrzą się słoiki z borówką, sprzedawaną w Polsce normalnie przez niemiecką sieć założoną przez braci Karla i Theo Albrechtów, tyle że tu ze zdartymi oryginalnymi etykietami, a na ich miejsce przyklejoną informacją, że w środku znajduje się oryginalna podhalańska żurawina. Ludzie to oczywiście kupują, a później dmuchają w białoczerwone trąbki i sobie z apetytem podjadają. Zobaczyłem to i, jak mówię, w pierwszym momencie się zasmuciłem, ale już po chwili pomyślałem sobie, że to jest sposób, w jaki – jeśli tylko uda się to wszystko z sukcesem pociągnąć – my ich ostatecznie stąd pogonimy. To wszystko z czym oni tu do nas przyleźli weźmiemy, jak swoje, tyle że przekleimy etykiety. A oni nawet nie pisną, a niech tylko spróbują, to ich zagłuszymy naszym polskim, wypożyczonymi od braci Murzynów z RPA, wuwuzele. Bo oni są zwyczajnie za słabi. Kto jest dziś w Zakopanem, wie, co mam na myśli.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. Szczerze polecam.


poniedziałek, 7 listopada 2016

Mel Gibson, czyli powrót do normalności

            Nie umiem powiedzieć, dlaczego, pamiętny do dziś, choć już sprzed 14 lat, film Randalla Wallace’a „Byliśmy żołnierzami”, jest wciąż powszechnie przypisywany Melowi Gibsonowi. Pierwszą przyczyną może być oczywiście to, że Gibson gra tam główną rolę, a jako że jest on jednocześnie jednym z najwybitniejszych reżyserów filmowych, filmy, w których występuje jako aktor, są niezmiennie kojarzone właśnie z nim – reżyserem. Drugi powód, który mnie akurat przekonuje mniej, ale brzmi ciekawie, to ewentualnie ten, że bohater najsłynniejszego obok „Pasji” filmu Gibsona, a mianowicie „Braveheart”, nosił nazwisko Wallace, przez co część widzów uznała, że Wallace to nie Wallace, lecz Gibson. Owo nieporozumienie, przyznam szczerze, miało taką moc, że zanim zabrałem się do pisania tej notki, również sądziłem, że „Byliśmy żołnierzami” to film Gibsona. O czym to świadczy? No, przede wszystkim o tym, że w większości jesteśmy kiepscy, no ale też i o tym, i tu akurat ma to znaczenie szczególne, że Mel Gibson to jest już symbol, jak nie przymierzając Clint Eastwood, czy Bond – James Bond.
      Do czego zmierzam? Otóż pamiętam film „Byliśmy żołnierzami”, ale też opublikowaną przed laty w tygodniku „Wprost” recenzję owego filmu, podpisaną nazwiskiem Wiesław Kot, z której, mówiąc bardzo krótko, dowiedzieliśmy się, że film „Byliśmy żołnierzami” opisuje bezsens wojny, pokazując z jednej strony ginących na wojnie żołnierzy, a z drugiej ich najbardziej podłych dowódców, oraz pozostawione w domu i zapijające się na śmierć żony. To co na mnie już wówczas zrobiło takie wrażenie, że do dziś nie jestem w stanie zapomnieć nazwiska owego Kota, to fakt, że – i potwierdzi to każdy, kto ów film oglądał – dowódcy są pokazani na filmie jako tacy sami patrioci, jak sami żołnierze, kobiety czekające na powrót swoich mężów, jeśli piją, to wyłącznie wodę, by im z żalu i tęsknoty nie zaschło w gardle, a sam film nie jest w żaden sposób antywojenny. Numer z dowódcami – idiotami, oraz z żonami – alkoholiczkami Kot sobie, nie wiedzieć w jaki sposób, wymyślił, no a ja, jak mówię, wciąż nie mogę jego nazwiska wyrzucić z pamięci.
     Rzecz natomiast polega na tym, że, pomijając parę wyjątków, kiedy to Hollywood decyduje się nakręcić film, gdzie nie rozprawia się na temat głębi ludzkiej duszy, lecz najzwyczajniej w świecie pokazuje walkę dobrego ze złem, a więc filmy o Ameryce i jej walce z tymi wszystkimi, którzy chcą ją pozbawić zasłużonej przez nią jak najbardziej pozycji, po stronie Ameryki złych nie ma nigdy. A już w filmach, przy których w jakikolwiek sposób pracował Mel Gibson, odstępów od tej reguły zwyczajnie nie tolerują. A zatem, wbrew temu, co się 14 lat temu we łbie uroiło filmowemu recenzentowi Kotowi, w filmie „Byliśmy żołnierzami”, jedyni źli, to Wietnamczycy, czyli wrogowie.
      Parę dni temu mieliśmy światową, a przy okazji też i polską, premierę, najnowszego filmu Mela Gibsona o polskim tytule „Przełęcz ocalonych”. Jak już miałem okazję zauważyć gdzie indziej, film ów wyznacza jednocześnie wielki powrót Mela Gibsona, jak i potwierdza pozycję Hollywoodu, gdy chodzi o film, w takim sensie, w jakim on został oryginalnie umieszczony, a więc jako narzędzia państwowej propagandy, oraz, przy okazji, źródła najpiękniejszych emocji. Film „Przełęcz ocalonych” to dzieło kompletne, a jeśli ktoś mi powie, że nazbyt kiczowate, to ja ów kicz przyjmuję z pełnym tego dobrodziejstwa inwentarzem i proszę o więcej. Jeśli ktoś mi powie, że Gibson niepotrzebnie epatuje okrucieństwem, to ja już naprawdę nie mam innego wyjścia, jak ich wszystkich odesłać do ich zapewne ulubionej produkcji, czyli „Gry o tron”.
      Ale nie o to chodzi. Dzisiejszy tekst dotyczy wyłącznie owej, wspomnianej wcześniej, propagandy państwowej, a film Mela Gibsona – pomijając wszystko inne – realizuje ją w sposób absolutnie wyjątkowy. A w tej sytuacji, zwłaszcza gdy prezydentura Donalda Trumpa staje się nadzwyczaj realna, wszystko wskazuje na to, że już wiosną przyszłego roku, to właśnie film Gibsona, mimo jego trudnej akurat historii, zdobędzie wszystkie możliwe Oscary.
      Zachęcam wszystkich do poświęcenia tych dwudziestu paru złotych i obejrzenia najnowszego filmu Mela Gibsona z otwartym sercem, bez uprzedzeń i zapominając o tych wszystkich głupich przesądach. To jest film wielki, wspaniale zagrany, poruszający i, co dla nas tu istotne, moralnie bez zarzutu. Ale przy okazji proszę o to byście, kiedy już będziecie tam na miejscu, zwrócili uwagę na wątek ojca Dossa, tego zapijaczonego chama. Nawet on, w ostatecznym rozrachunku, jest tam bohaterem pozytywnym. Dlaczego? Bo wbrew wszystkiemu, przy całym swoim upadku, pozostaje uczciwym Amerykaninem i patriotą. Oczywiście, pierwszy dowódca Dossa - bardzo głębokie nawiązanie do sierżanta z „Full Metal Jacket” Kubricka - pod koniec w sposób całkowicie naturalny staje się jeszcze jednym wspaniałym amerykańskim bohaterem, i to oczywiście robi wrażenie, ja jednak zachęcam do przyjrzenia się ojcu, temu biednemu pijakowi. I do refleksji. A zapewniam, że jest o czym myśleć.


Moje książki, jak zawsze, są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam.

środa, 28 września 2016

Ksiądz Międlar wybiera Polskę

         Pisałem tu już kiedyś o moim zmarłym dziś już wujku, bracie mojej mamy, wybitnym lekarzu-ginekologu. Otóż wujek mój powiedział mi kiedyś coś, co na mnie zrobiło takie wrażenie, że zapamiętałem to do dziś. Jego mianowicie zdaniem, wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu zboczeni, tyle że niebezpiecznie robi się dopiero wtedy, gdy któreś z tych naszych zboczeń zaczyna dominować. Inaczej mówiąc, według mojego wujka, każdy z nas ma w sobie nieco szaleństwa, problem w tym, by to szaleństwo nas nie pokonało. Jeśli nas pokona – jest po nas.
         Powiem szczerze, że ponieważ sam nigdy nie zauważyłem u siebie śladu jakiejkolwiek perwersji – no może poza tym, że teraz, kiedy już jestem mocno starszy, zwracam większą uwagę na przechodzące obok mnie śliczne dziewczyny – która równoważyłaby moje człowieczeństwo, diagnozę mojego wujka traktowałem z pewnym przymrużeniem oka, by nie powiedzieć, z życzliwą podejrzliwością. I oto wczoraj wpadłem na oświadczenie znanego mi, owszem, choć obchodzonego dotychczas przeze mnie szerokim łukiem, księdza Jacka Międlara, który zadeklarował ni mniej ni więcej, że ponieważ nasz Kościół znalazł się we władzy Żydów i Szatana, on występuje ze swojego zgromadzenia i od dziś będzie służył Jezusowi Chrystusowi już wyłącznie na własny rachunek.
      Przeczytałem owe słowa księdza Międlara i nagle zrozumiałem, co miał na myśli mój świętej pamięci wujek, brat mojej mamy. Otóż chodzi o to, że nawet jeśli nadużywamy, to powinniśmy to czynić z umiarem. No, weźmy tę cholerną politykę. Ja wiem, że Żydzi, wiem, że masoni, wiem, że Bilderberg, że demoralizacja i takie tam. Ja to wszystko wiem i bardzo nad tym wszystkim ubolewam, jednak ostatnią rzeczą, jaką miałby z tego powodu zrobić, to odejść od mojego Kościoła, z tego tylko powodu, że Kościół mi wciąż z uporem maniaka powtarza: „Zacznij od siebie”. No bo powiedzmy to sobie uczciwie: jeśli nie Kościół, to co nam pozostaje? Nasza osobista przenikliwość? No, nie żartujmy.
       Ksiądz Międlar, duszpasterz tak zwanych środowisk narodowych, od kilku miesięcy dzielnie zmagał się ze swoimi emocjami i tak sobie krążył między Polską, a Kościołem, z jednej strony wzbudzając falę nadziei, że może się jednak opamięta i zacznie zwyczajnie głosić Słowo Boże i udzielać sakramentów, a z drugiej owo rozniecając odwieczne pragnienie wielkiego triumfu wielkiej Polski. No i ostatecznie wybrał… Polskę, a wybór ów ogłosił w następujących słowach: „Patrioci, nacjonaliści!! Czas odkłamać zakłamaną legendę SALUTU RZYMSKIEGO!” I w tym momencie najbardziej patriotycznie zorientowana część Narodu zawołała: „I my wybieramy Polskę” i każdy wyciągnął rękę w owym rzymskim pozdrowieniu.
       Miałem wczoraj okazję obserwować tę eksplozję czystej perwersji na własne oczy i chciałbym powiedzieć, że ja jednak pozostanę przy swoim dotychczasowym przekonaniu, że ci Żydzi są naprawdę wyjątkowo cwani i grzechem jest spuścić ich choć na chwilę z oka. To już wolałbym sczeznąć.


Przypominam, że właśnie ukazała się moja ósma książka, między innymi zawierająca cała korespondencję między mną, a śp. Zyta Gilowską. Książka jest do nabycia w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...