Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popkultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popkultura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 października 2023

O memach i diabłach na ostrzu noża

 

      Dzień przed wyborami zamieściłem tu króciutką notkę, w której napisałem, że być może najbardziej bolesnym efektem objęcia władzy przez Donalda Tuska będzie to, że nienawiść, która nas truje od tylu już lat nie zniknie, a być może nawet urośnie. A komentarz Tomasza Lisa o konieczności wyciągnięcia konsekwencji wobec wyborców prawicy, czy tekst w „Gazecie Wyborczej”, w którym owi wyborcy nazywani są „małpoludami”, to zaledwie ułamek całości. Dziś wprawdzie pojawiają się znaki dające nadzieję, że po owym „zwycięstwie” już za chwilę nie pozostanie choćby kupka popiołu, póki co jednak liczę na to, że wielu z nas dobrze widzi, co konkretnie miałem na myśli. Jak zatem sytuacja się rozwinie, tego oczywiście nie wiemy, natomiast ja wciąż zachodzę w głowę, co takiego się stało, że niemal rzutem na taśmę Koalicja Obywatelska z przyległościami znalazła się w miejscu, gdzie zaczyna się robić naprawdę groźnie.

       Wyjaśnień jest wiele, zaczynając, jak zawsze, od zarzutów kierowanych pod adresem samej kampanii, przez utratę niemal bez walki mediów społecznościowych, po oczywiście telewizję publiczną, która to, zdaniem wielu, była pierwszym grabarzem kampanii Prawa i Sprawiedliwości. A ja, choć, owszem, wszystkie te błędy widzę, to przypominam sobie kampanię z roku 2007, kiedy to upadł rząd i władzę na długie osiem lat przejęła tak ładnie opisana przez Jarosława Kaczyńskiego „partia zewnętrzna” i odtwarzam sobie niemal jak film całą serię kolejnych memów, których jedynym celem było wypełnienie sceny pop niczym innym jak nienawiścią zagłuszaną powszechnym rechotem.

       Próbuję sobie przypomnieć, co było na początku i wydaje mi się, wszystko zaczęło się od „kaczora”. Aż trudno uwierzyć, że coś w sposób ewidentny tak głupiego, a jednocześnie niewinnego, jak przekręcenie czyjegoś nazwiska (Kaczyński – kaczor, Baranowski – baran, Kurowski – kura, Gruszkowski – gruszka... można wymyślać w nieskończoność) może na całe dziesięciolecia wykształcić w ludziach czystą nienawiść do jednego człowieka w postaci różnego rodzaju „kaczymów”, „kaczafich”, „kaczych fuhrerów”, „polowań na kaczki”, „kaczek po smoleńsku” i tak dalej i tym podobnie, przeplatanych „kurduplami”, „kotami”, czy „mlaskaczami”. Później, i to też na długie lata, pojawił się niesławny „borubar”, a po nim lawina wręcz kolejnych memów, czasem tylko na parę dni, czy tygodni, ale też niekiedy na długie lata, i zawsze, dzięki wykorzystaniu kultury popularnej, sięgających po najbardziej egzotyczne zakątki społeczeństwa. Wszyscy pamiętamy przecież niegdysiejsze „wieśmaki”, „małpki” prezydenta Kaczyńskiego, czy oczywiście przezabawny rysunek Andrzeja Mleczki na którym widzimy prezydencką limuzynę ciągnącą toi-toia, ale też pamiętamy jak już nie tylko artysta Mleczko, ale cała Polska ryczała ze śmiechu na myśl o Prezydencie ze sraczką. No a skoro juz wspomniałem wybory roku 2007, to też słynną skołowaną babcię w moherowym berecie, która nie umie znaleźć dowodu osobistego. I o ile sobie przypominam, od roku 2005, nie został nam tu oszczędzony choćby jeden dzień. W ten muł nie można było włożyć szpilki.

        No właśnie: wybory. Popatrzmy na bilans obu kampanii roku 2023 i tego wszystkiego co do niej przez minione lata prowadziło. W jaki sposób przez ten czas Prawo i Sprawiedliwość dotarło nie do rozumu, nie serc, nie resentymentów, ale do samej duszy społeczeństwa? Z tego co pamiętam, to na dłuższą metę zapisał się Donald Tusk jako „rudy niemiec” i to naprawdę wszystko. A biorąc pod uwagę fakt, że ów mem miał zasięg ograniczony właściwie tylko do najbardziej żywo zainteresowanych, to było jedno wielkie nic, gdyż i tak cała przestrzeń była już zajęta przez osiem gwiazdek.

      Oto minione wybory. Proszę popatrzeć, co mieliśmy po tamtej stronie: „PiS = drożyzna”, „po ile wizy”, „piekło kobiet”, „konstytucja”, „wolne sądy”, „wolne media”, „jebać PiS”, "dziura Morawieckiego"... no i wieczny „kaczyzm” oraz „pisowskie państwo”. A co tu u nas? Niemiec, Niemcy, emigranci, Tusk, Tusk, Tusk...

       A zatem, tu polegliśmy na całej linii, jednak to co w tym najgorsze, to fakt, że dzięki kulturowym i cywilizacyjnym różnicom między wszelkiej maści lewactwem i społeczeństwem konserwatywnym, kultura popularna i jej niezwykły talent w przejmowaniu najbardziej wulgarnych, a jednocześnie nadzwyczaj nośnych memów, innego wyniku trudno sie było spodziewać. I wcale nie jest tak, że zapominam o roku 2005, 2015, czy choćby jeszcze 2019, kiedy to przecież tamci nie dali rady. Oczywiście że nie dali, podobnie jak w pewnym sensie nie dali też rady i przed dwoma tygodniami, jednak nie oszukujmy się: bez owego popululturowego wsparcia, Prawo i Sprawiedliwość od roku 2005 rządziłoby większością konstytuacyjną, a po Donaldzie Tusku i jego szajce nie pozostałoby już nawet wspomnienie.

      Co mam na myśli, wspominając o kulturze i cywilizacji? Otóż trzeba nam wiedzieć, że wspomniane osiem gwiazdek, to nie był jakiś szczególny wykwit inteligencji i wyobraźni zatrudnianych przez Platformę Obywatelską specjalistów od reklamy. Hasło „Fuck Trump”, tańczyło po całej Ameryce lata wcześniej, i to nie tylko w postaci gwiazdek, ale w najróżniejszych i najprzedziwniejszych konfiguracjach. Któryś z nich to zobaczył, wymyślił, że to się sprawdzi i u nas, no i lawina ruszyła. I to z sukcesem, który czujemy do dziś na plecach. Czy problem w tym, że tamci nas wyprzedzili? Że okazali się szybsi? Sprytniejsi? Że podkradli nam wspaniałe hasło, typu „Jebać Tuska”, czy „Jebać TVN”? Możliwe że byli szybsi, ale przede wszystkim nie widzę osobiście możliwości, by którykolwiek z polityków, czy wyborców prawicy choćby pomyślał o tego typu upadku. Czy można sobie wyobrazić, by w powszechnym użyciu po prawej stronie sceny pojawił się mem z nazwiskiem Kierwiński przekręconym dajmy na to na Kurwiński, lub by prawicowa scena internetu powszechnie wrzucała zdjęcia Tuska z dorobionym hitlerowskim ząbkiem i wąsikiem. Oczywiście, z patologią mamy do czynienia wszędzie, ale ja tu mówię o trendzie powszechnym, sięgającym po uniwersytety.

        Czy zatem jest już po nas? Możliwe. Możliwe bardzo, niemniej jest pewne światło nadziei, i wbrew temu co można by sądzić, możemy je dostrzec nawet i dziś, nawet jeśli nie w szansie zebrania sejmowej większości, to w tym, że tamto zło, tamto zdziczenie i tamto kłamstwo, jest jednak bardzo rozdrobnione i oni, zanim zbudują jakąś realną siłę, to się zagubią w liczeniu, ile to diabłów może się zmieścić na ostrzu noża.

    


 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Czy minister Gliński załatwi kolejnego polskiego Oscara Basi Pieli?


       Zwracałem na to uwagę tu na tym blogu wielokrotnie, kiedyś może nieco częściej, a dziś tylko w sytuacjach szczególnie dramatycznych, że podczas gdy publikowane tu refleksje nie mają najmniejszych szans na to, by wejść na tak zwany powszechny rynek idei, to owszem, one są jak najbardziej zauważane przez owego rynku uczestników, jako darmowe źródło inspiracji, i przez nich bez cienia wstydu wykorzystywane jako własne. Jak mówię, kiedyś owo złodziejstwo robiło na mnie wrażenie znacznie większe niż dziś, potem jednak uznałem, że inaczej nigdy nie było i pewnie już nie będzie i się do owego procederu pomału przyzwyczaiłem. Jeśli natomiast dziś postanowiłem do sprawy wrócić, to przez to że w ciągu minionych paru dni moja praca została przez tak zwanych „dziennikarzy niezłomnych” bezczelnie wykorzystana aż dwukrotnie, a w tym drugim wypadku w sposób wołający o pomstę do Nieba.
       Najpierw stało się tak, że już na drugi dzień po tym, jak porównałem propagandowy atak uruchomiony wokół sprawy Michała Szutowicza do sposobu, w jaki w roku 2005 wykorzystano pewnego dworcowego pijaczka Huberta H. do publicznego niszczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w TVP Info wystąpił jeden z redaktorów Karnowskich i jak gdyby nigdy nic zaczął wspominać owego Huberta H. i dzielić się z widzami rzekomo swoimi refleksjami. No ale pies tego cwaniaka drapał; w końcu i tak ważne było to, że owo wspomnienie zaistniało szerzej.
      Natomiast wczoraj w prowadzonym przez Karnowskich portalu wpolityce.pl ukazał się tekst jego naczelnej, Marzeny Nykiel, z następującym otwarciem:
„Media, firmy producenckie, agencje artystyczne, firmy fonograficzne, wydawnictwa, instytucje kultury, festiwale, teatry, organizacje pozarządowe – wszystkie te przestrzenie są dziś zdominowane przez wyznawców lewicowo-liberalnego nurtu. Biznes hojnie wspiera kulturalno-lewicowe inicjatywy, a strona konserwatywna pozostaje daleko w tyle. I choć przez lata właśnie ten nurt był uprzywilejowywany przez lewicowe i liberalne rządy, rośnie w siłę także za rządów prawicowych. Neomarksistowskie autorytety objęły panowanie nad stanem umysłu polskiej młodzieży. Konserwatywnej alternatywy wciąż nie ma. Czas wreszcie podjąć działania, które pozwolą popkulturę odzyskać. Jesteśmy spóźnieni o co najmniej dwa pokolenia”.
       W czym rzecz? Otóż gdy chodzi o opóźnienie, tu akurat może nie aż dwupokoleniowe, ale owszem bardzo znaczące, to rzecz polega na tym, że ja o owej kulturze pop, bez przejęcia której i jej utrzymania, nie ma możliwości ani zdobyć władzy, a już na pewno jej zachować, po raz pierwszy napisałem tu w roku 2008, a następnie powtarzałem tę prawdę z uporem wariata przez lata kolejne i, pomijając czytelników tego bloga, pies z kulawą nogą nie zwrócił na moje słowa uwagi. Przez całe długie lata biłem na alarm, apelując do kogo się da, by ci, którzy mają na to wpływ, zrobili coś, by czy to polska narodowa flaga, czy nasza historia, czy nasza Wiara stały się zwyczajnie modne. By ludzie, zarówno starzy jak i młodzi, na koszulkach i breloczkach przy kluczykach do samochodów, zamiast Che Guevary, czy brytyjskiego Union Jacka, zaczęli nosić flagę biało-czerwoną, czy wizerunki polskich bohaterów. Dlaczego? Bo tylko w ten sposób Polska z tym wszystkim co w niej najpiękniejsze trafi do popkultury, a w ten sposób pozwoli odbudować naszą tożsamość, tak okrutnie przez te wszystkie lata zniszczoną.
         No i wreszcie – i o tym też pisałem, zwracając uwagę na to, jak bardzo zmieniła się oferta sklepów z pamiątkami w wakacyjnych miejscowościach – nagle się udało. Ostatecznie po tych wszystkich latach okazało się, że choćby owa biel i czerwień stały się tak bardzo modne; wreszcie okazało się, że zamiast drzeć mordę, że „Radio ma Ryja”, zarówno młodzi i starzy postanowili się zakochać w znaku Polski Walczącej i w wizerunku rotmistrza Pileckiego. I wreszcie też, gdy chodzi o samą już rozrywkę, to większość z nas tańczy z zespołem Boys, a nie zapluwa się nienawiścią do Polski na koncertach Macieja Maleńczuka, czy kabaretowych występach trupy Ani Mru Mru. No i tak długo oczekiwane zwycięstwo nadeszło, a w konsekwencji też zostało zachowane na dłuższy – a mam nadzieję, że też bardzo długi – czas. I w tym momencie ni z gruszki ni z pietruszki wyskakuje Marzena Nykiel i zaczyna jak gdyby nigdy nic powtarzać w kółko słowo „popkultura”, tyle że nie dość że bez bladego pojęcia, czym ona jest i o co w niej tak naprawdę chodzi, to jeszcze z jakimś idiotycznym apelem o to, by Polskie Państwo sprawiło, że jedynymi właścicielami rynku owej „popkultury” będzie Nykiel wraz z jej kolegami z ferajny.
       Posłuchajmy tego bełkotu:
„Lewicowa popkultura budowana pieczołowicie przez lata ma swoją siłę przekazu i w żaden sposób nie ustąpi. Z roku na rok jest coraz silniejsza i jak na razie bezkonkurencyjna. Karmi młodych ludzi antykatolicką, tęczową narracją i wyznacza im rewolucyjne cele. Młodzi artyści wchłaniani są przez nią błyskawicznie. Dobrze wiedzą, że szanse na zrobienie kariery mają tylko wtedy, gdy popłyną z nurtem. Jeśli uderzą w nuty patriotyczno-katolicko-narodowe, zostaną wypluci przez mainstream. Niewielu ma siłę, by się temu oprzeć. To samo dotyczy doświadczonych twórców, ale i szefów instytucji kultury. Lewica zrobi wszystko, by dyrektorami teatrów, muzeów czy filharmonii byli ich przedstawiciele. Tylko wtedy będą przecież w stanie narzucić odpowiedni przekaz. Konserwatyści są więc regularnie sekowani. W efekcie mamy repertuary obfitujące w takie dzieła jak „Klątwa”, „Do Damaszku” czy inne eksperymentalne interpretacje. Ale to nie wszystko. Dzieje się coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Instytucje państwowe, które powinny zadbać o zagospodarowanie konserwatywnych artystów, promują twórców lewicowych.
Powstają oczywiście pojedyncze inicjatywy, filmy, wystawy czy koncerty, ale to wszystko ginie. Nie ma spójnego, przemyślanego systemu tworzenia popkultury. Nie ma myślenia długofalowego, strategicznego. Można odnieść wrażenie, że bożek oglądalności zawładnął myśleniem decydentów. Wolą odgrzewać bez końca stare, zagraniczne przeboje, niż budować nowy nurt, uwolnić nową energię, zagospodarować nowe talenty. Odtwórczość i banał wygrywają z dziejową odpowiedzialnością za odbicie popkulturowego przekazu, za wykreowanie nowego, silnego nurtu. Zenek Martyniuk z prymitywną treścią discopolowych rąbanek nie wypełni kulturotwórczej roli, jaka jest fundamentalnym wyzwaniem obecnych czasów.
To ostatni moment na oprzytomnienie. Czas postawić na mocną, atrakcyjną kulturę. Taką, która pociąga, podnosi i formuje. Taką, która porywa młodych ludzi, daje im mądre autorytety. Wystarczy już tych banalnych wymówek, że skazani jesteśmy na lewicową kulturę, bo taki jest mainstream, bo takie jest finansowanie. Od kilku lat pieniądze i media są po stronie konserwatywnej. Nie wolno tego zmarnować. Grzech zaniechania w tej kwestii jest grzechem śmiertelnym”.
        Mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, o co chodzi. Nie jest istotne, czy uda się nam z naszym przekazem dotrzeć do Polaków, a przynajmniej nie jest istotne dzisiaj. Obecnie, kiedy już Prawo i Sprawiedliwość rządzi drugą kadencję, a Andrzej Duda przez kolejne pięć lat będzie naszym prezydentem, to pierwszym zadaniem władzy staje się zastąpienie Kazika, Maryli Rodowicz i Zenka Martyniuka artystami, którzy nawet jeśli nie chodzą do kościoła, to przynajmniej biorą udział w galach organizowanych przez Tomasza Sakiewicza i braci Karnowskich. Te kilka najbliższych lat trzeba koniecznie poświęcić na to, by odebrać tygodniki „Newsweek” i „Polityka” komuchom i na naczelnych obu redakcji powołać odpowiednio Piotra Semkę i Krzysztofa Feusette. No i kwestią nie cierpiącą zwłoki jest takie obsadzenie Instytutu Sztuki Filmowej, by to nie Małgorzata Szumowska i Marian Opania kręcili filmy, ale sprawdzeni patrioci, tacy choćby jak Jerzy Zalewski czy Grzegorz Braun. No i z takimi wybitnymi aktorami, jak Ewa Dałkowska, Redbad Klynstra, czy Katarzyna Łaniewska. Koniecznie też trzeba coś zrobić, by za najwybitniejszego polskiego poetę nie był dłużej uważany Adam Zagajewski, lecz Wojciech Wencel. No i – last but not least – dyrektorem Teatru Powszechnego w Warszawie powinien zostać Marcin Wolski.
        To są absolutne priorytety, bo jeśli popkultura nie trafi w nasze ręce, to ów „grzech zaniechania stanie się dla nas grzechem śmiertelnym”.
        A ja już na koniec mam apel do tych wszystkich mądrych redaktorów, żeby może oni przestali przyłazić na ten blog i studiować moje notki, bo z tego co widzę, im się od tego nadmiaru informacji zdecydowanie we łbach miesza, i jeśli tak dalej pójdzie, to dojdzie w końcu do tego, że stanie się nieszczęście, minister Gliński nominację do Oscara załatwi Basi Pieli i jej „Plastusiom”, i ja wtedy dopiero będę miał grzech śmiertelny.




środa, 14 maja 2014

Stephen Biko, czyli ten pociąg już odjechał

Parę dni temu, dokładnie rzecz biorąc w późny poniedziałkowy wieczór, mój serdeczny kolega, znany nam z tego bloga, Lemming, zapytał mnie, kto to taki ten Stephen Biko. Powiem szczerze, że z jednej strony się zdziwiłem, bo mam Lemminga za osobę ode mnie znacznie bardziej oczytaną i wyposażoną we wszelkiego rodzaju wiedzę, a z drugiej, zdałem sobie ponurą dość sprawę z tego, że fakt bycia przez znaczną część dorosłego życia wystawionym na najróżniejszą peerelowską propagandę naraził mnie na obcowanie z wiedzą akurat kompletnie zbędną. No bo zastanówmy się: skoro i tak już musimy wszyscy wiedzieć, kim był Nelson Mandela i jak wyjątkową osobą była jego wybitna żona Winnie, to naprawdę nie ma powodu, by naszą pamięć zajmowała osoba Stephena Biko. No a ja akurat zawsze wiedziałem, kto to taki.
Otóż rzecz, krótko mówiąc, sprowadza się do tego, że Biko, podobnie jak Mandela, był przez wiele lat czołowym południowoafrykańskim terrorystą, z tą różnicą, że – jak czytamy w różnego rodzaju źródłach – Mandela, jako działacz zawsze bardziej ostrożny, a może tylko sprytny (taki bardziej, jak go nazywają, czarny Ghandi), zachował swoją pozycję i z czasem stał się nawet poważnym politykiem w skali świata, to Biko się za bardzo nie patyczkował i widząc, że czarni w Południowej Afryce stają się z czasem zbyt ulegli wobec białej władzy, wezwał młodzież to walki o coś, co sam nazwał „czarną świadomością”, uruchomiając tym samym potężną falę przemocy, w efekcie czego został aresztowany i tam w więzieniu zamęczony na śmierć. No a ponieważ my ludzie żyjący w PRL-u o świecie wiedzieliśmy znacznie więcej, niż dziś ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić, dowiedzieliśmy się o męczeństwie Stephena Biko i to nazwisko brzmi nam w głowach do dziś.
Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego, nawet jeśli wypadły nam z pamięci postępki, które ostatecznie doprowadziły do tej strasznej śmierci, nie byliśmy w stanie zapomnieć jego nazwiska. A to już ani dzięki PRL-owskiej propagandzie, ani tym bardziej szczególnych zasług samego Biko, ale dzięki sztuce wielkiego muzyka, piosenkarza i kompozytora Petera Gabriela. To on właśnie, Peter Gabriel, w roku 1980, a więc trzy lata po śmierci Biko, napisał jeden z największych swoich przebojów, a przy tym utwór absolutnie najwybitniejszy, zatytułowany „Biko” ze słynną frazą „Biko – because”, i wykonuje go do dziś na wszystkich swoich koncertach, jako absolutnie ostatni bis, schodząc ze sceny i pozostawiając tysiące widzów w miejscu, gdzie oni nie są nawet w stanie przestać śpiewać tej melodii.
Dzięki przyjacielskiej uprzejmości mojego kolegi Lemminga, udałem się w miniony poniedziałek do Łodzi na koncert wspomnianego Gabriela, gdzie miałem okazję również wziąć – niemy, bo niemy, ale jednak – udział w owej demonstracji, i gdzie po raz kolejny, tym razem na własne oczy i uszy, mogłem potwierdzić fakt, że Peter Gabriel jest dziś już jednym z ostatnich wielkich artystów tak zwanej muzyki popularnej, no i gdzie wspomniany Lemming zapytał mnie, czy wiem, kim był ten Biko. Sam koncert był czymś tak niewyobrażalnie pięknym, że ja nie mam słów na to, by to opisać i opisywać nie będę; jak ktoś ma ochotę się temu przyjrzeć bardziej z bliska, polecam youtube – tam jest wszystko, co trzeba. Ja bym jednak dziś chciał pociągnąć temat tego Biko.
Mamy więc Petera Gabriela i tę jego niezwykłą piosenkę, której on w pewnym sensie używa, jako sztandaru, a ja się zastanawiam, dlaczego on nigdy nie wpadł na pomysł, by śpiewać o innych ofiarach państwowej przemocy, spod innych zupełnie szerokości geograficznych, jak choćby o Stanisławie Pyjasie, który został zamęczony na śmierć ledwie parę miesięcy przed Stephenem Biko. Czemu Peter Gabriel nigdy się na tyle nie przejął męczeńską śmiercią Grzegorza Przemyka i nie napisał o nim piosenki? Czemu on nie napisał piosenki o błogosławionym księdzu Popiełuszcze, czy o trzech innych księżach zadręczonych na śmierć przez policyjne państwo? Przecież to jest niemożliwe, by dla niego dramat Stephena Biko był bardziej autentyczny, czy choćby tylko bardziej teatralnie interesujący, niż to co się przydarzyło naszemu Przemykowi. Pewnie jednak o Przemyku zwyczajnie nie słyszał.
Jednak z całą pewnością słyszeliśmy o nim my i słyszeli o Przemyku najwybitniejsi artyści polskiej sceny popularnej, tacy jak Kazik i jego kumpel Litza, Muniek Staszczyk, a nawet tacy bohaterowie polskiej sceny rockowej, jak Hołdys, czy Panasewicz. Ja rozumiem, że oni nie lubią PiS-u, no ale Przemyka chyba lubili? Przynajmniej tak się deklarują. I już nawet nie pytam o tych wszystkich pobożnych artystów, bo oni, jak wiemy, nie schodzą nigdy w swojej sztuce poniżej Listu do Koryntian. No ale czy naprawdę wszyscy musimy czekać aż Maleńczuk się tak wybezczelni, że to on dopiero nam zaśpiewa o śmierci Grzegorza Przemyka, a kto wie, czy nie zapożyczy od Gabriela owej frazy „yihla moja”? W końcu zawołanie „duchu przyjdź” robi dobre wrażenie w każdej sytuacji.
Ktoś mi powie, że ja wciąż gram tymi samymi, od początku do końca znaczonymi kartami, i moje narzekania na poziom naszej sztuki, kultury, no i w ogóle artystycznej wrażliwości robią się powoli nudne. A jeszcze powoływanie się w tym wszystkim na kogoś tak wybitnego, jak Peter Gabriel, jest zwyczajnie nieuczciwe.
Przyznaję, że ja tę reakcję przewidziałem i z tego też powodu postanowiłem, że nie zrobię czegoś, co by się wydawało rzeczą zupełnie naturalną, a więc nie wkleję na tym blogu piosenki „Biko”. Natomiast, zamiast tego, zaproponuję coś, co już nieraz proponowałem, a więc puszczę Wam piosenkę artysty nieznanego zupełnie. Powtarzam – zupełnie. Ten człowiek to idealne komercyjne zero. Piosenka jest o tym, że on się zakochał w dziewczynie, którą zobaczył, jak niesie tę samą płytę, co on. No i zebrał się na odwagę i się z nią umówił. Kiedy więc tak sobie razem siedzieli i słuchali tej płyty, przyszedł chłopak tej dziewczyny, i potwierdził, że to faktycznie świetna muzyka. I tyle. Koniec piosenki. A więc wygląda na to, że ktoś się spóźnił. Po prostu spóźnił, a ja sobie myślę, że to jest sytuacja, jak z najgorszego koszmaru – każdy z nas pewnie taki miał choć raz w życiu – kiedy człowiek się spóźnia. Trochę śpiewał o tym raper Molesta. Tyle że mu nie chodziło o cały naród, a tylko o swoją prywatną gnuśność. I to tyle na dziś.

Wszystkich zainteresowanych moimi książkami, zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Mamy tam aktualnie wiosenna promocje na dwie pierwsze książki Toyaha… a co się będę popisywał skromnością? To są naprawdę dwie bardzo dobre książki. A reszta co najmniej równie dobra. Polecam. Jednocześnie bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Mamy na głowie Rycerzy Jedi z Biura Windykacji Bankowej i bez tej pomocy, leżymy na obu łopatkach. Dziękuję.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...