Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antypis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antypis. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lutego 2023

O lemingach i skutecznej ich hodowli

        Od wyjazdu prezydenta Bidena minęło już kilka dobrych dni, rozpoczął się kolejny tydzień, a wraz z nim już chyba ostatecznie zdechła ogólnopolska debata, której pierwszym celem było ustalenie, ile konkretnie czasu poświęcił Joe Biden na rozmowę z – w kolejności alfabetycznej – z Tomaszem Grodzkim, Rafałem Trzaskowskim oraz Donaldem Tuskiem, no i jakie konkretnie były wyniki wspomnianych rozmów. I jeśli ktoś jeszcze sądzi, że skuteczne rozwiązanie owej zagadki nie nastąpiło, jest w błędzie. Otóż nie dość że dziś już wszyscy wiemy, że kolejka chętnych do wspólnego zdjęcia z Prezydentem była długa, obejmowała nawet osoby spoza bezpośredniej polityki, a w związku z tym na każdego ze szczęśliwców siłą rzeczy przypadło około 40 sekund, wiemy też że skutkiem zawiązanego przez Rafała Trzaskowskiego spisku, Donald Tusk został bez pamiątkowego zdjęcia, a on sam złapał Bidena tak mocno za rękę, że ten – w końcu człowiek już starszy wiekiem – nie był mu się w stanie wyrwać i ostatecznie panowie, wbrew interwencjom prezydenckiej ochrony, pozostawali przyklejeni do siebie przez całą minutę, by w końcu Rafał Trzaskowski mógł z wysokości swojego słynnego już wzrostu rzucić pożegnalne „Hi guys” i oddać, niestety skrócony o owe skradzione 20 sekund, brzeg sceny swojemu serdecznemu kumplowi Donaldowi.

      Ale wiemy też coś jeszcze. Otóż tonąc w histerii spowodowanej tym, że nawet jego najwierniejsi słudzy zaczęli już pomrukiwać po kątach, że może on się z Bidenem tak naprawdę w ogóle nie spotkał, były król Europy uderzył do samego ambasadora Brzezińskiego, by ten sprawdził, czy gdzieś tam u nich nie zawieruszyło się jego zdjęcie z Bidenem, a jeśli tak, to żeby mu je przesłał przez kogoś umyślnego. Wreszcie więc Donald Tusk mógł zamieścić na swoim twitterowym profilu ów dowód na to, że on tam również wino pił i lulki palił, a by rangę owego sukcesu dodatkowo podkreślić, dodał jeszcze, że Jarosław Kaczyński to znany idiota, no a my wszyscy dziś, dzięki owym rozstrzygnięciom, jesteśmy gdzie jesteśmy.

      I można by było w ten żartobliwy sposób opis całej tej dziwnej sprawy zakończyć, gdyby nie dwie jeszcze rzeczy. Pierwsza z nich to ta, że Rafał Trzaskowski, najwyraźniej uznając, że zwycięstwo wymyka mu się z rąk, postanowił pokazać swoje przywództwo i opublikował – już nie na głupim Twitterze, ale na samym Facebooku – list otwarty do Jarosława Kaczyńskiego, w którym pokazuje Tuskowi, jak się rozmawia z wrogiem i w niemal 1200 słowach udowadnia Prezesowi i jego wyborcom, że Prawo i Sprawiedliwość to partia faszystowska, a on sam jest nowym, kaczym Fuhrerem. Druga jest już znacznie bardziej poważna od wszystkiego tego, o czym tu pisałem, a mam mianowicie na myśli reakcję najtwardszego elektoratu, reprezentującego tak zwany antypis. Gdy po tygodniu owej straszliwej wręcz autokompromitacji polskiej opozycji, po tym gdy z dania na dzień, z oczywistością jasną jak nigdy dotąd, ujawniło się, że ludzie którzy tworzą jej elity to banda ciężko zakompleksionych durniów, którym nie można powierzyć zadania przypilnowania psa pod sklepem, bo go albo zgubią, albo sprzedadzą, albo zjedzą, komentarze wspomnianego elektoratu pozostają entuzjastyczne jak chyba nigdy wcześniej. Zupełnie jakby oni wszyscy, widząc jak się zrobiło źle, uznali że nie pozostaje im nic innego jak zacząć dąć w trąby i walić w bębny, tak by zagłuszyć tę prawdę, która już nie przestanie krzyczeć. A to jest sytuacja bardzo poważna, bo pokazuje nam wszystkim, że wszelkie próby ucywilizowania tych ludzi, a przynajmniej wyprowadzenia ich z obłędu w jakim dali się pogrążyć nie mają najmniejszego sensu. I moim zdaniem już wkrótce wszyscy zobaczymy na czym tak naprawdę polega bycie lemingiem.   


 


piątek, 13 marca 2020

Czy koronawirus zaatakuje Demokratyczny Ruch Na Rzecz Obrony Demokracji?


Dzisiejsza notka będzie się składała z dwóch osobnych, choć mocno powiązanych ze sobą części. Najpierw bowiem przedstawię swój ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”, a po nim pewną szerszą, dodatkową refleksję, która przed chwilą spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Bardzo zatem proszę o uwagę.           

      Na fali histerii związanej z koronawirusem, pomyślałem sobie, że poza wszystkim tym, o czym wiemy, sytuacja z jaką mamy do czynienia stworzyła doskonałą okazję dla wszelkich publicznie działających durniów, by sobie mogli swobodnie poużywać, nie ryzykując równie publicznej kompromitacji. Ponieważ bowiem ogólnopolskie, ale również i lokalne media nie znają innego tematu niż ów koronawirus, istnieje nadzwyczaj duże prawdopodobieństwo, że nie ma takiego idiotyzmu, który potrafiłby się przebić przez te wszystkie informacje na temat kolejnych zaatakowanych ośrodków i zrobić na kimkolwiek wrażenie. Mało tego. Nawet ta część wspomnianego gorszego sortu, który zabiera głos w sprawie epidemii, pozostaje całkowicie bezkarna wobec potęgi agresji jaka dotknęła Bogu ducha winnych mieszkańców Ziemi.
       Przyznaję, że nie miałem okazji obejrzeć całości wypowiedzi prof. Radosława Markowskiego, której ów mędrzec udzielił stacji TVN24, a więc mogę się tylko domyślać, że został on tam poproszony o ocenę szans wyborczych prezydenta Dudy wobec szalejącego koronawirusa, a interesujący nas fragment wypowiedzi brzmi następująco:
       „Chcę powiedzieć, i proszę mnie dobrze zrozumieć, ja opisuję, kim jest elektorat Andrzeja Dudy. To są w 70 niemal procentach ludzie starsi, to są... znaczy odwrotnie – 70 procent ludzi starszych popiera Andrzeja Dudę. To są...” [w tym momencie dziennikarka TVN24 uzupełnia myśl Profesora: „ludzie bezpośrednio zagrożeni”, a Markowski kontynuuje] „Ale optymistyczne jest to, że są poza rynkiem pracy, z podstawowym wykształceniem i tak dalej, więc są może bardziej odizolowani od innych, ale jeśli coś się przykrego będzie działo – i to z przykrością stwierdzam – być może ta niewydolność służby zdrowia ma prawo pierwsza w nich uderzyć”.
       Mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, o czym mowa. Otóż w ramach rozpędzającej się kampanii wyborczej stacja TVN24 zaprasza do studia zaprzyjaźnionego socjologa, profesora nauk społecznych w  Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, człowieka w roku 2011 odznaczonego przez prezydenta Komorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i prosi go o naukową analizę szans wyborczych prezydenta Dudy w obliczu epidemii koronawirusa. Ów uczony profesor, zastrzegając oczywiście, że on akurat nikomu niczego złego nie życzy, przedstawia odpowiednią socjologiczną prognozę, w której przepowiada, że znaczna część wyborców Andrzeja Dudy, głównie ludzie starsi, a więc bardziej zagrożeni atakiem wirusa, mogą przed 10 maja wykitować i to by otwierało pewne możliwości dla kandydatów opozycji.
      Oczywiście, co już zostało tu wspomniane, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że zarówno słowa wypowiedziane przez Markowskiego, jak i sam fakt zwrócenia się do niego o tego rodzaju wypowiedź przez było nie było poważny ogólnopolski medialny koncern, ale też to, że owa wypowiedź nie została natychmiast przerwana przez napis „Przepraszamy za usterki”, zostanie przez opinię publiczna potraktowane wzruszeniem ramion. Nie widzę jednak powodu, bym i ja tu pozostał na tym poziomie ogłupienia i nie powiedział głośno i dobitnie, że mam nadzieję, że ten chiński wirus jednak zacznie w końcu wybierać.
                                                                                ***
        I oto, proszę sobie wyobrazić, zanim jeszcze odpowiednio wystygła wypowiedź prof. Markowskiego, w której wyraził nadzieję, że zanim dojdzie do majowego głosowania, w wyniku epidemii koronawirusa umrze wystarczająco dużo starszych ludzi, którzy, jak powszechnie wiadomo, w środowisku przez niego reprezentowanym traktowani są jako podstawowy elektorat Prawa i Sprawiedliwości, by Andrzej Duda wybory skutecznie przerżnął, jak pojawiło się coś równie szczególnego, tyle że w sposób jeszcze bardziej podły. Oto w wywiadzie dla Polskiego Radia, poproszony o komentarz w sprawie wspomnianego kryzysu, prof. Zdzisław Krasnodębski powiedział:
      „Rządy mają obowiązki głównie wobec swoich obywateli, ale tam, gdzie mogą, to się dzielą. Jak w każdej takiej sytuacji, występują również zjawiska, które realistycznie oceniając zawsze występują np. ochrona własnego interesu. (…) W klinikach niemieckich w Berlinie pokradziono maski, odzież ochronną. W Niemczech, tych moralnych Niemczech. Wychodzą pewne cechy społeczne. To jest weryfikacja naszych mitów i zderzenie ich z rzeczywistością. Jest jeszcze jeden taki aspekt, który ktoś cynicznie mógłby powiedzieć: no cóż, ten wirus jest niebezpieczny dla osób powyżej lat 60, więc gdyby rzeczywiście nastąpił ten czarny scenariusz, to nasze społeczeństwa się trochę odmłodzą, prawda?”
       I oto, proszę sobie wyobrazić, na Twitterze pojawił się wpis jakiegoś Grzegorza Kota, w którym autor zacytował następujący fragment z powyższej wypowiedzi: „No cóż, ten wirus jest niebezpieczny dla osób powyżej lat 60, więc gdyby rzeczywiście nastąpił ten czarny scenariusz, to nasze społeczeństwa się trochę odmłodzą, prawda?”, a tym samym sprowokował tak nieprawdopodobny hejt w stosunku do Krasnodębskiego, że nie ma tu miejsca, by przytoczyć z niego choćby i najbardziej tłuste obelgi. Mało tego. Mimo że w międzyczasie, parokrotnie pojawiło się sprostowanie, wraz z odpowiednim zapisem wspomnianego fragmentu rozmowy z Krasnodębskim, ani autor swojego tweeta nie usunął, ani też nie zakończyło się obrzucanie bogu ducha winnego profesora najbardziej ordynarnymi wyzwiskami. Ale i tego mało. Do w perfidny sposób zmanipulowanej wypowiedzi Krasnodębskiego odnieśli się główni przedstawiciele obrońców Demokracji oraz Konstytucji, tacy jak Leszek Miller, Wojciech Sadurski, czy Tomasz Grodzki i go zwyczajnie wdeptali w błoto. Za co? No za to, że on rzekomo wyraża nadzieję, że koronawirus odmłodzi nasze  społeczeństwo stetryczałe społeczeństwo. I żaden z nich nie dość że nawet się nie zastanowi, że przepisywanie Krasnodębskiemu tych słów jest kompletnym absurdem nie tylko dlatego, że jak stwierdził sam prof. Markowski, Krasnodębskiemu staruszkowie są potrzebni jak suchej ziemi kropla deszczu, i on ich powinien raczej chronić, ale przez to, że on sam jest już starszym człowiekiem, więc powiedzieć tak zwyczajnie nie mógł. Wystarczy, że pojawiła się szansa na uderzenie w PiS, a oni się na tę szansę rzucili z nieprzytomną wręcz energią.
      No ale nie w tym nawet rzecz. Co oni potrafią, to my już od pewnego czasu wiemy aż za dobrze. Mnie natomiast przejmuje taka oto myśl, że oni właśnie demonstrują swoje święte oburzenie wypowiedzią, której nie było, natomiast w obliczu wyrażonej przez Radosława Markowskiego w sposób jak najbardziej poważny i bezpośredni życzenia, by koronawirus wytłukł znaczącą część elektoratu Andrzeja Dudy, milczą jak zaklęci. Można by było wręcz powiedzieć, że oni, całkiem prawdopodobnie, po wysłuchaniu Markowskiego poczuli na plecach przyjemny dreszcz podniecenia. A to by świadczyło o tym, że zdanie, którym przyszło mi zakończyć swój felieton do „Warszawskiej Gazety” zyskuje dodatkowy walor.


   

czwartek, 30 maja 2019

Pięć milionów od morza do Tatr, czyli Problem


     W minioną niedzielę przed południem wychodziłem z żoną z budynku szkoły, gdzie właśnie załatwiliśmy kilka formalnych kwestii związanych ze sprawdzaniem tegorocznych matur, i natrafiliśmy na bardzo znamienną rozmowę między pewną starszą parą, która dopiero co wzięła udział w odbywającym się w owej szkole głosowaniu, a ich znajomym, również starszym już panem, który właśnie na głosowanie się wybierał. Pan który był już po głosowaniu zapytał swojego zmierzającego do budynku znajomego: „Idziecie na wybory?”, na co tamten odpowiedział mu ni mniej ni więcej jak: „No ida. Dostołech 800 złotych, to co mom nie iść?”
     Tak to słowo w słowo się odbyło, a ja sobie myślę, że tu, w tej właśnie wymianie, leży cała odpowiedź na wszelkie nasze polityczne rozważania, które towarzyszą nam w tych powyborczych dniach. Starszy pan, który poszedł głosować – jak rozumiem, głosować na Prawo i Sprawiedliwość – zrobił to z dwóch względów, z których jeden jest dla mnie oczywisty, a drugi nadzwyczaj istotny. Otóż on zagłosował na Prawo i Sprawiedliwość przede wszystkim przez to, że bardzo przytomnie się zorientował, że ten właśnie wybór jest z jego punktu widzenia wyborem jedynym rozsądnym, a po drugie dlatego, że on w najgorszym wypadku do polityki, a tym samym do Prawa i Sprawiedliwości, ma stosunek rozsądnie obojętny. On z całą pewnością nie należy to tej części naszego społeczeństwa, która PiS-u pasjami nienawidzi, która na wspomnienie nazwiska Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Beaty Szydło – można wymieniać – zaczyna się pienić, która każdego wieczoru wpatruje się w błękit TVN-owskich „Faktów”, zaciskając pięści w bolesnej bezsilności. Gdyby on w ten sposób przeżywał politykę, jestem głęboko przekonany, że nie zagłosowałby na Prawo i Sprawiedliwość nawet gdyby on mu jednym krótkim gestem nie tylko dali 800 zł, ale w ogóle zwiększyli jego emeryturę, i to choćby dwukrotnie. I myślę, że dla większości z nas to moje przekonanie jest jasne i oczywiste.
        Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory dzięki takim właśnie ludziom jak ten pan, który w utrzymaniu rządów Prawa i Sprawiedliwości widzi swój najlepiej pojęty interes, ale też – i na to chciałbym zwrócić uwagę – nie przegrało owych wyborów z tego względu, że ci wszyscy, którzy uznali, że cały ten cyrk z wyborami, to nie jest ich problem i głosować zwyczajnie nie poszli. Doprawdy bowiem nie możemy mieć żadnej pewności, co by im przyszło do głowy, gdyby, mając tę całą politykę głęboko w nosie, nie znając się na niej i nie widząc najmniejszego w sensu w zastanawianiu się nad jakimiś obcymi sobie nazwiskami, zaczęli coś po tej wielkiej płachcie mazać. Ale ja przynajmniej wiem na pewno, że oni również, te ponad 50% społeczeństwa, podobnie jak ów starszy pan, który zagłosował na PiS, bo ten dał mu całkiem lekką ręką osiem stów, nie zaciskają pięści i zębów z wściekłości, kiedy ktoś im coś tam wspomni na temat Kaczyńskiego, Brudzińskiego, czy Ziobry. Krótko mówiąc, jeśli oni żyją nienawiścią, to najwyżej do swojego sąsiada, zięcia, czy kierownika w pracy. I z całą pewnością nie są tak głupi, żeby się zapluwać z wściekłości na myśl o kompletnie obcym sobie człowieku w telewizji, ani też nastawiać ucha, gdy jakiś inny, równie im nieznany człowiek, próbuje ich w tej samej telewizji na tego pierwszego napuścić. A więc, powtórzę: to również dzięki nim Prawo i Sprawiedliwość w tych wyborach odniosło tak spektakularne zwycięstwo.
      Ale Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło również dlatego, że ludzi żyjących od rana do nocy wspomnianą nienawiścią, okazało się za mało. Nie dużo za mało, ale na tyle, żeby się nie dać pokonać. Tu jednak pojawia się pewien problem, z którym będziemy musieli się jakoś w przyszłości zmierzyć. Otóż jakkolwiek byśmy się cieszyli z tego zwycięstwa, nie możemy wymazać z naszej świadomości tej prawdy, że ponad pięć milionów obywateli żywi do rządu Dobrej Zmiany czystą, niczym nie zmąconą nienawiść. A pięć milionów to nie w kij dmuchał. Proszę spojrzeć na liczby. W Polsce uprawnionych do głosowania jest niespełna 30 milionów ludzi, z czego nieco powyżej połowa ma to, o czym ja tu dzisiaj piszę, głęboko w nosie i póki co, nie ma takiej siły, która by była w stanie tę ich obojętność naruszyć. Z pozostałej części, ponad sześć milionów Dobrą Zmianę z różnych przyczyn popiera i prawdopodobnie popierać już będzie, a wspomniane pięć, jak sądzę, jest równie, a kto wie, czy nie bardziej jeszcze, zdeterminowane, by utrzymać swoje dotychczasowe stanowisko. Pozostaje jeszcze parę milionów tych, którzy coś tam sobie w głowach kombinują i głosują na tak zwany „antysystem”, ale to jest, jak wiemy socjologiczny drobiazg. Jednak, jak mówię, owe pięć milionów to problem, którego lekceważyć nie wolno. Pięć milionów ludzi bardzo mocno zainteresowanych polityką i jednocześnie wypełnionych czystą, bezwarunkową nienawiścią, która lekceważy nawet coś tak wydawałoby się naturalnego, jak osobisty interes, to coś prawdziwie niebezpiecznego. W obecnej dyskusji na temat wyniku wyborów to jest to coś, czego mi naprawdę brakuje. Cisza jaka panuje na temat tej części społeczeństwa, przetykana jakimiś głupkowatymi szyderstwami, jest moim zdaniem wyjątkowo nieroztropna.
        Czy jest zatem coś, co mógłbym uznać za szansę na to, że nie stanie się nic złego? Owszem. Otóż, moim zdaniem, liczba osób głosujących będzie się stopniowo zwiększać. Wydaje się, że w końcu coraz więcej z tych, którzy się wyborami dziś nie interesują, zrozumie, że w swoim własnym interesie powinni się jednak nieco otworzyć. A jeśli ich będzie odpowiednio dużo, to, mam nadzieję, że te nieszczęsne pięć milionów najzwyczajniej w świecie straci swoją ponurą zawziętość i pozostanie im już tylko zgorzkniałość, którą będą mogli demonstrować co najwyżej w stosunku do spotkanych na swej drodze ludzi, czy to w sklepie, czy też w pracy, czy zwyczajnie na ulicy. I w ten sposób oni zwyczajnie zamienią się miejscami z dzisiejszą obojętną większością. I to będzie moment, kiedy będziemy mogli powiedzieć, że, owszem, jest w Polsce jakieś 15 procent ludzi, którzy nigdy nie chodzą na wybory, ale to jest norma, którą da się bez problemu zaakceptować.
      Póki co jednak, powtórzę to raz jeszcze: miejmy na oku te pięć milionów.



Moje książki można kupować albo klikając w wybrane okładki tuż obok, albo ewentualnie przez kontakt bezpośredni pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Serdecznie zapraszam i oczywiście zachęcam.
     


piątek, 2 listopada 2018

Gdy lepiej już było i można się wreszcie uśmiechać


       Dobiegające już końca wybory samorządowe doczekały się wstępnych podsumowań i wygląda na to, że wszyscy są zadowoleni i pełni dobrych myśli na przyszłość, włączając w to o dziwo zarówno Platformę Obywatelską jak i PSL. Oglądałem ostatnio bacznie relację z owej debaty i chyba najciekawszy tekst na to, kto okazał się faktycznym zwyciężcą wyborów przedstawił któryś z polityków PO, zachęcając nas, byśmy rzucili okiem na to, kto się najszerzej i najszczerzej uśmiecha. Rzuciłem zatem okiem na te twarze i wyszło mi, że najszerzej i najszczerzej uśmiecha się Jarosław Kaczyński, a ponieważ domyslam się, że nie o tego typu odpowiedź chodziło owemu ekspertowi od uśmiechów, postanowiłem przeprowadzić własne badania i oto co zrobiłem.
      Przejrzałem mianowicie zachowania czołowych głosicieli Złej Zmiany, które oni demonstrują w publicznej przestrzeni i oto co mi wyszło:
      Przed nami Sławomir Nowak, polityk:
„Uwaga ‘prawdziwi patrioci’! Słuchajcie tępe cepy. Dzisiaj z 3 (trzy) na 2 (dwa) przesuwacie wskazówki ZEGARKÓW (to co dostaliście na komunię)! Normalni to wiedzą z automatu. Poza tym dobra wiadomość polega na tym, że możecie o jedną godzinę dłużej nienawidzić!”
       Po Nowaku pojawia się przedstawiciel świata kultury, Andrzej Saramonowicz: „Ponoć gdzieś w dalekim świecie żyje plemie na tyle głupie, że za ojca narodu uznaje prawiczka”.
      Tuż za Nowakiem idzie reprezentant uniwersyteckiej profesury, Wojciech Sadurski: „Czy to prawda, że jest w Europie kraik, w którym jeden minister chce zaskarżyć Traktat o UE, drugi minister chce w związku z orzeczeniem TSUE zmienić ustawę, a trzeci radzi, by siedzieć cicho i czekać.A premier nic nie myśli, bo baja… Nie, to brzmi już zbyt głupio. Malta? Nieee”.
      No i na końcu głos zabiera przedstawiciel wykształconego ludu, nauczycielka, Kinga Pisulak z wioski Bestwinka w powiecie Bielskim: „Dopiero pisdzielce zobaczycie, co oznacza kanclerz Niemiec, który nie będzie miał tyle ciepliwości do Polaczków, co Pani Kanclerz”.
       Przepraszam bardzo, ale choćbym nie wiem jak się starał, to uśmiechu, a przynajmniej tego co cywilizowany świat postanowił uśmiechem nazwał, tam nie widać. Ktoś mi powie, że ja jestem nieuczciwy, bo cytuje jakieś twitterowe komentarze, pisane w gorączce chwili, a poważna polityka odbywa się na poziomie znacznie poważniejszym, a więc tam, gdzie tworzy się plany i gdzie powstają projekty. Proszę się nie niepokoić, ja zbadałem to wszystko od podłogi do sufitu, a skoro się pojawiła te kwestia, zajrzyjmy pod sufit.
      Wspomniany prof. Sadurski nie tylko prowadzi bieżącą działalność na Twitterze, ale, owszem, otwiera pole do szerokiej ofensywy i ogłasza powstanie czegoś co nosi nazwę Obywatelskiego Trybunału Stanu, a akt erekcyjny owego zaczyna się tak:
       „My, obywatele Rzeczypospolitej Polskiej:
- nawiązując do szczytnych tradycji samorządności i samo-organizacji społecznej, najpiękniej wyrażanych przez Solidarność lat 1980-1989;
- działając w poszanowaniu obowiązujących w Polsce praw, a w szczególności Konstytucji RP, jako najwyższego prawa w Polsce, a także Traktatu o Unii Europejskiej i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, na mocy suwerennych decyzji Polaków obowiązujących w Polsce;
- przekonani, że w demokratycznym państwie prawnym, jakim ma być Polska zgodnie z Art. 2 Konstytucji RP, wszyscy obywatele, niezależnie od funkcji i stanowisk, powinni być traktowani równo i być równi wobec prawa, a zatem wszyscy muszą ponieść odpowiedzialność prawną za popełnione przestępstwa i delikty konstytucyjne;
- świadomi faktu, że Trybunał Stanu, o którym mówią Art. 198-201 Konstytucji RP oraz ustawa o Trybunale Stanu z 26 marca 1982 z kolejnymi nowelizacjami, jest ciałem de facto martwym i nie może, z powodów politycznych, w obecnej chwili rozstrzygać o odpowiedzialności najwyższych urzędników państwowych za naruszenie Konstytucji i ustaw, gdyż zgodnie z obowiązującą ustawą, mającą korzenie w czasach PRL, decyzja o postawieniu przed Trybunałem Stanu wymaga nierealistycznie wysokiej większości głosów w Zgromadzeniu Narodowym, Sejmie i Senacie;
- powodowani wyłącznie dobrem publicznym i odrzucając niską żądzę zemsty; wierząc, że nadejdzie wkrótce czas, gdy w Polsce „prawo będzie znaczyło prawo, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”;
- kierowani chęcią zachowania w pamięci społecznej faktów naruszenia Konstytucji i ustaw przez piastunów najwyższych władz państwowych; motywowani zamiarem pomocy dla Trybunału Stanu i organów ścigania w przyszłości, gdy spełnione zostaną polityczne warunki podjęcia przez nie kroków zmierzających do wymierzenia sprawiedliwości, a także ku przestrodze przyszłych pokoleń:
”
      Dalej są kolejne punkty, które oczywiście, kiedy już znamy ów stan ludzkich umysłów, w najmniejszym stopniu nas nie interesują, ale zapewniam, że z każdą linijką jest coraz groźniej.
     To jest profesor, a teraz kolej na reżysera Saramonowicza, który również, wbrew temu co by się nam mogło wydawać, nie ogranicza się do twitterowego plucia, ale projektuje przyszłość:
     „Czytam, że Podkarpacie straszy, że zostanie ‘strefą życia’, czyli wprowadzi całkowity zakaz aborcji, in vitro, zakaże mówienia o dżender, mniejszościach seksualnych i jakiejkolwiek edukacji seksualnej. Tak zrobią, bo - jak twierdzą - mogą. I już.
      I myślę, że jeśli tak się rzeczywiście stanie, to my - strefa wielkomiejskiego bezeceństwa i rozpusty - powinniśmy tam przestać jeździć na wakacje letnie i zimowe. Zostawiajmy kupę naszego szmalu poza "strefą życia" po prostu.
      I powinniśmy też przestać kupować produkty pochodzące z Podkarpacia. Zrobimy sobie listę firm stamtąd i zaczniemy je - jedna po drugiej - konsekwentnie bojkotować.
      I zobaczymy, komu pierwszemu rura zmięknie”.
      Czytam to wszystko i czuję się jakbym nagle wpadł w najbardziej mroczne czasy III RP, kiedy to wydawało się, że to już koniec i to tu to tam powstawały jakieś żałosne grupki szalenie zaangażowanych patriotów, którzy wierzyli, że przez swoją pasję i zaangażowanie stworzą ruch, który już wkrótce przekształci się w falę, a która całe to zło zmiecie z powierzchni Ziemi, a to co z tego pozostanie postawi przed ludowymi trybunałami, a następnie powsadza do więzienia. Tworzyli oni te swoje obłąkane projekty, powoływali obywatelskie inicjatywy, tworzyli listy największych zdrajców Ojczyzny, pisali odezwy, a kiedy już opadł ostateczny kurz, okazało się, że i tak wszystko trzeba było oddać w ręce Jarosława Kaczyńskiego. A więc tak, oni okazali się ostatecznie śmiechu warci, tyle że przed ostateczną kompromitacją zostali szczęśliwie uchronieni. W tym wypadku sytuacja jest o tyle inna, i to inna w sposób radykalny, że tych nieszczęśników już nic i nikt nie uratuje. No bo powiedzmy sobie szczerze, kto by to miał być?
      No więc nich im będzie. Niech będzie, że faktycznie to co pojawia im się na twarzach to uśmiech.

Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. Tu u siebie mam kilka egzemplarzy „Marek, dolarów…”, „39 wypraw”, oczywiście „Rock and Roll”, no i listy od prof. Gilowskiej. Proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.

    

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...