Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klinika Języka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klinika Języka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 stycznia 2021

Parę uwag na temat tak zwanego pisarstwa

 

       Szczerze przyznam, że przez pewien czas żyłem bardzo mocnym postanowieniem, by tego tematu tu z różnych względów nie poruszać, stało się jednak tak że w magazynach Kliniki Języka, czyli wydawnictwa które przez szereg lat wydawało napisane przeze mnie książki, odnalazły się cztery zagubione egzemplarze moich refleksji na temat bogactwa tego i owego, zatytułowanych przeze mnie złośliwie „39 wypraw na dziewiąty krąg”, a ja je wszystkie cztery zakupiłem po cztery dychy za sztukę plus przesyłkę, głównie po to, by to nad czym spędziłem jednak nieco czasu nie gniło gdzieś w oczekiwaniu na ostateczny przemiał, a przy okazji pomyślałem sobie, że przyszedł czas by pewne rzeczy wyjaśnić.

       Zanim jednak zacznę, chciałbym wspomnieć o czymś co mi się przydarzyło z dwa lata temu. Otóż dostałem propozycje napisania książki na temat zadany i natychmiastowego odsprzedania praw do niej za 30 tys. złotych do ręki. Odmówiłem z dwóch względów. Po pierwsze, ja nie umiem pisać na zamówienie tak, bym z tego co napiszę nie miał jakiejkolwiek satysfakcji – a owa propozycja nieuchronnie do tego prowadziła – po drugie natomiast, ja się nie sprzedaję, dopóki mnie ktoś odpowiednio cwany i bezwzględny do tego nie doprowadzi. Owej książki, podobnie jak tych 30 patyków oczywiście nie ma, natomiast jest coś innego. Otóż jest tak, że – z tego co słyszę – są osoby, które zastanawiają się, co się dzieje ze mną jako pisarzem, a przy okazji z książkami, które czy to już napisałem, czy dopiero planuję napisać i wydać. A ja chciałbym wszystkich zainteresowanych poinformować, że te co już wydałem, z wyjątkiem „Rock and rolla” i ostatniej „Mantoli”, się już rozeszły, gdy natomiast chodzi o wspomniane dwa tytuły, większość „Rock and rolla” Klinika Języka sprzedała za psi grosz do jakichś internetowych antykwariatów i w księgarni państwa Maciejewskich owego tytułu zostało zaledwie pięć sztuk, a praktycznie jedyną poważną ofertę stanowią te smutne 132 egzemplarze „Mantoli”, o której dziś niemal nikt już ani nie wie, ani się nie dowie, oraz niespodziewanie zupełnie siedem egzemplarzy mojej pierwszej książki, czyli „Siedmiokilogramowego liścia”. A  ja – znając sposób w jaki działa rynek – wiem, że one wszystkie prędzej czy później zostaną sprzedane po pięć złotych na Allegro, albo – jeśli uda mi się odpowiednio zdążyć – tutaj, po normalnej cenie, gdzie dziś siedzę i piszę ten tekst. W jaki sposób? W taki mianowicie, że ja je wszystkie wykupię. Normalnie. Tak jak się kupuje książki w księgarni. Prosi o spakowanie, płaci i zabiera ze sobą.

       Ktoś mnie pewnie zapyta, co tu się dzieje, a ja niestety muszę odpowiedzieć, że nie wiem. Wszystko to co w życiu napisałem, albo zostało sprzedane, albo krąży po rynku, a ja tu już dziś nie mam nic do gadania. I daję słowo, że nawet bym o tym nie wspominał, gdyby nie konieczność zwrócenia uwagi wszystkim tym, którzy jakimś cudem dotrą choćby do owych 132 egzemplarzy moich refleksji na temat angielskiej kultury oraz języka, książki, moim zdaniem, absolutnie wyjątkowej, wystawianej przez księgarnię Kliniki Języka, gdyby nie fakt, że ja dziś z owymi egzemplarzami nie mam nic wspólnego, przynajmniej do czasu aż będzie mnie stać na to by je wszystkie wykupić i sprzedawać  w swoim już imieniu.

        Czemu tak? Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wszystko co jeszcze zalega w magazynie Kliniki Języka pójdzie na straty i że jedyną osobą, która się tymi tytułami zainteresuje, jestem ja. A mam akurat zbyt wielki szacunek do swojej pracy, by pozwolić na to gnicie. Dlatego też, zachęcając oczywiście wszystkich do tego, by odwiedzali księgarnię pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, kupowali wspomniane książki – nawet jeśli do mnie z tego nie trafi jeden marny grosz – chciałbym poinformować, że przez jakiś czas można się zgłaszać do mnie i zamawiać następujące tytuły: „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, „Kto się boi angielskiego listonosza”, „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, oraz oczywiście te cztery egzemplarze „39 wypraw”, które właśnie przyszły. To są już naprawdę ostatnie egzemplarze, które leżą tu na stole tuż obok, a każdy z nich wart swojej ceny, jakakolwiek by ona była. Dedykacje oczywiście w cenie. Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

         Co do przyszłości, zapewniam że ona jest wcale nie tak odległa. Proszę o chwilę cierpliwości.




 

       

środa, 14 sierpnia 2019

Jak się nie zgubić na rynku książki?


      Właśnie dotarła do mnie informacja, że ostatecznie sprzedał się nakład mojej książki „39 wypraw na dziewiąty krąg”, w związku z czym postanowiłem dziś wrzucić notkę czysto techniczną. Otóż przede wszystkim należy nam wiedzieć, że z wszystkich moich książek, jakie do tej pory ukazały się w Klinice Języka, do nabycia zostały już tylko cztery: „Marki, dolary...”, „Podwójny nokaut”, „Kto się boi angielskiego listonosza”, oraz ostatnia, „Gdzie pada cień na MS Mantola”. U siebie, z tych których nakład został wyczerpany, mam już tylko trzy egzemplarze „39 wypraw”, oraz kilka (ze względu na ruch w zamówieniach, nie wiem dokładnie, ile) listów od Zyty.
       Jak sądzę, pomijając „Listonosza”który jest wznawiany regularnie, póki co żadne dodruki nie wchodzą w grę. Kto miał okazję zaglądać do bieżących tekstów Coryllusa, wie, że mamy ciężki kryzys czytelniczy i musimy go przeczekać, z nadzieją, że coś się ruszy. Czemu tak jest, mam swoje podejrzenia, ale nie jest moją sprawą, by tu w to wchodzić. Wystarczy, że wspomnę, że kilka dni temu oglądałem rozmowę, jaką z Kubą Wojewódzkim przeprowadził dla Onetu Jarosław Kuźniar i praktycznie jedynym tematem tej rozmowy była najnowsza książka Wojewódzkiego, którą ten zabrał ze sobą i regularnie, nie próbując nawet zachowywać pozorów, wystawiał ją do kamery. I myślę sobie, że skoro jest jak jest, to znaczy, że ten rynek leży i kwiczy. Skoro ktoś taki jak Kuba Wojewódzki, człowiek, dla którego, wydawałoby się, wydanie książki to kaprys na waciki, musi prosić swoich znajomych z Onetu, by mu pozwolili tę książkę rozreklamować, to znaczy, że dzieje się coś, co do czego skali, możemy jedynie spekulować.
      A zatem, mamy kryzys, w którym udało mi się już sprzedać – przypominam że praktycznie bez żadnego wsparcia ze strony rynku – pięć książek. I to jest wynik. Z reakcji czytelników, którzy spóźnili się z kupnem listów od Zyty Gilowskiej – moim zdaniem, najważniejszej książki, jak ukazała się w Polsce co najmniej w minionych latach – wnioskuję, że mamy tu jeszcze, w tej powszechnej nędzy, pewne możliwości.
      A zatem, jeśli ktoś nie zareagował na czas i nagle zapragnął kupić sobie moje „Wyprawy”, czy „Listy”, zapraszam do siebie. Przy okazji jedna uwaga, być może najbardziej istotna. Otóż aby się zorientować w cenach uzyskiwanych przez niektórych autorów, zaszedłem na Allegro i tam zobaczyłem, że „Vademecum ojca” Korwina idzie po stówie, coś tam Cejrowskiego, ale z autografem, za 150, a stary Łysiak – lepiej nie mówić. W tej sytuacji uznałem, że byłoby mi wstyd, gdybym przynajmniej tę Zytę sprzedawał po 30 zł. A zatem, jeśli ktoś ma ochotę, dziś ta cena wynosi 100 zł. Przesyłka i dedykacja w cenie. W końcu, jak powszechnie wiadomo, jeśli sami się nie zaczniemy szanować, to trudno liczyć na innych.
       Mój adres k.osiejuk@gmail.com



piątek, 4 stycznia 2019

Dawnych wspomnień czar, czyli góra stoi


       No więc z początkiem nowego roku, druga książka o języku angielskim została ostatecznie zamknięta. Mamy tytuł, okładkę, oprawę i teraz już wszystko w rękach Coryllusa. Z tego co wiem, jest niewielka kolejka, więc trzeba będzie troszkę poczekać. Natomiast, zgodnie z zachętą ze strony wspomnianego Coryllusa, zabieram się już do kolejnej, z którą chciałbym zdążyć na kwietniowe targi - o czym, to już niespodzianka - co będzie musiało spowodować kolejne zwolnienie tempa, gdy chodzi o blog. Oczywiście, jeśli pojawi się coś nie cierpiącego milczenia, na pewno się odezwę, no a poza tym będę publikował raz na tydzień felietony z „Warszawskiej Gazety” i co dwa tygodnie krótkie kawałki z „Polski Niepodległej”. Zastanawiam się też, czy, aby nie było nam tu aż tak samotnie, nie powrzucać tu też niektórych ze starych tekstów: z tego co widzę, jest bardzo dużo nowych czytelników, którzy zwyczajnie nie mieli okazji się z wieloma z nich zapoznać.
      Na start może bardzo fajny tekst sprzed  ponad dziesięciu już lat, pod ładnym bardzo tytułem „Pedofilia - rzut oka z Polski B”. Bardzo proszę. Trochę na czasie. Jak wszystko tak naprawdę.

W informacji, którą umieściłem na stronie z moim blogiem, stoi, jak byk: „łagodny konserwatysta". Informacja ta na ogół nie wzbudza większego zainteresowania, pomijając sytuacje, w których ktoś jest tak roztrzęsiony moimi opiniami, że zaczyna kpić. Na przykład: „Łagodny konserwatysto! Gratuluję chamstwa", albo: „Jeśli to ma być łagodny konserwatysta, to ja dziękuję", i tak dalej w tym stylu.
Spieszę więc wytłumaczyć, że informując o moim łagodnym konserwatyzmie, nie miałem na myśli tego, że jestem łagodnym i kulturalnym konserwatystą, jak, powiedzmy Jarosław Gowin, czy ktoś taki, lecz, że jestem chamem, jak na przykład Jacek Kurski, lecz o przekonaniach lekko konserwatywnych. Ani więc Gowin, czy mąż pani minister Hall, ale też nie Wojciech Wierzejski. Zwyczajny cham z Polski B.
W moim łagodnym konserwatyzmie jest jednak pewien element, który mnie zbliża do konserwatystów niełagodnych. Chodzi mianowicie o tzw. zbrodnię i karę. Osobiście jestem jak najszczerszej przekonany, że kara śmierci jest rozwiązaniem historycznie i cywilizacyjnie sprawdzonym, sprawiedliwym i skutecznym. Uważam, że okrutnych morderców, gangsterów bez serca, różnego rodzaju bezlitosnych, pozbawionych ludzkich odruchów bandytów, należy stawiać przed sędzią, który, jeśli uzna to za wskazane, powinien z czystym sumieniem móc skazywać ich na śmierć.
Uważam też, na przykład, że, jeśli policja dowiaduje się, że kibole z jednej drużyny piłkarskiej jadą autobusami gdzieś do lasu, żeby tam spotkać się z kibolami z drugiej drużyny piłkarskiej i lać się po mordach, to przede wszystkim powinna od każdego z nich odebrać oświadczenia, że wszystko, co się wydarzy w związku z tym ich hobby, biorą na siebie, następnie dowieźć ich na miejsce, otoczyć teren, żeby jacyś postronni ludzie nie odnieśli krzywdy, a potem już pozwolić się im tłuc do woli.
Po zakończonej walce, wywożeniem trupów i opatrywaniem ran tych, którzy przeżyli, zajmują się organizatorzy spotkania, a społeczeństwu nic do tego. Jeśli oczywiście zostaną przy okazji walki poczynione jakieś szkody, czyli połamane drzewa, albo zniszczone ławki, to oczywiście procedury powinny być standardowe, natomiast w moim konserwatyzmie typu Polska B, stawiam na to, żeby broń Boże, społeczeństwo nie brało na siebie jakichkolwiek kosztów związanych z tym, co tam sobie banda idiotów zaplanuje.
W ostatnich dniach, przez Polskę, jak burza przetacza się dyskusja na temat chemicznej kastracji pedofilów. Co ciekawe, dyskusja ta została nam wrzucona nie po zwykłym akcie pedofilskim, lecz po przypadku jakiegoś ojca, który, za zgodą matki i paru swoich kumpli, gwałcił najpierw piętnastoletnią, a z biegiem lat, swoją dorosłą już córkę. Kiedy wiadomość o tym wyjątkowym przypadku ludzkiego upadku, dotarła do mediów, premier Tusk - jak się zdaje, nadmuchany intelektualnie przez swoich odpicowanych w piękne garnitury doradców od wizerunku - zażądał, żeby pedofilów kastrować chemicznie, bo to zwierzęta nie ludzie.
No i się zaczęło. Cała gromada pilnych uczniów profesorów od tzw. politycznej poprawności, rzuciła się na biednego Donalda z pytaniem, jak on w ogóle tak może. Co ciekawe, głównym argumentem w tej niezwykłej wojnie autorytetów z rządem autorytetów, stało się nie to, że ta cała kastracja będzie nieskuteczna, albo, że taka kastracja przyniesie więcej szkody niż pożytku, czy że zamiast kastrować, lepiej byłoby po prostu im wszystkim poobcinać łby i byłby spokój.
Odnoszę wrażenie, że gdyby Tusk zaproponował, żeby za karę pedofilom kazać przez sto lat wisieć na łańcuchu głową w dół, albo uznał, że trzeba ich wysyłać na jakieś wymyślne tortury, to wykształcona część opinii publicznej jakoś by ten przejaw płynącej z sopockiego boiska miłości zdzierżyła. Tu, tymczasem, ostrze krytyki zostało skierowane w tę stronę, że okrucieństwo tej kary dotyka nie nogi, nie ręki, nie głowy, ale tzw. seksualności. A dla wykształconych ekspertów od człowieczeństwa, seksualność jest wartością do tego stopnia najwyższą, że każda próba jej ograniczenia, stanowi zamach na najbardziej podstawowe prawo ludzkie.
Oglądam program Moniki Olejnik pt. Kropka nad i, w którym red. Olejnik najpierw przesłuchuje Michała Kamińskiego, następnie samego Donalda Tuska, a w kolejnym dniu ministra Ćwiąkalskiego i w każdej sekundzie tego jej programu widać, jak ona strasznie nie może się pogodzić z myślą, że nagle ktoś zostanie pozbawiony możliwości uprawiania seksu. Ona wie, że pedofilia, ona wie, że cierpienie dzieci i rodzin, ona doskonale zdaje sobie sprawę, że ten rodzaj przestępstwa jest szczególnie drastyczny, ona nawet wie, że przestępcy tego gatunku mają wybitną zdolność do recydywy; ona wie, że takich typków, jak ten ojciec gwałcący swoją córkę zasługuje na najbardziej surową karę. Jednak Monika Olejnik nie może znieść myśli, że on mógłby, mocą wyroku sądowego, zostać pozbawiony możliwości uprawiania seksu.
A minister Ćwiąkalski wije się, jak piskorz i zapewnia panią Olejnik, że ależ skąd, że to tylko pastylka, że to tylko na jakiś czas, że on dalej będzie mógł osiągać wzwód, że przecież to nie jest zabieg operacyjny, tylko chemiczny. Na co Monika Olejnik spogląda na niego surowym okiem i mówi: „To zamach na seksualność". A chwilę później łapie się ostatniej deski ratunku i grzmi, jakby już zupełnie oszalała na tej karuzeli krętactw: „Przecież ten ojciec nawet nie był pedofilem".
I tak się toczy ta dziwna debata, w której z jednej strony mamy gwałtowną potrzebę ze strony Platformy Obywatelskiej tupnięcia nóżką, a z drugiej kompletną bezradność elit, jeśli idzie o nazwanie zła złem, a dobra dobrem. Do tego jeszcze dochodzi bardzo szczególny aspekt tego sporu. Ten mianowicie, że i jedna i druga strona weszła na teren dla siebie kompletnie niewygodny. Platforma Obywatelska ruszyła do ostrej walki z przestępczością i, przyjmując maskę bezwzględnego szeryfa, wygląda po prostu głupio, a elity, stojąc w obliczu zbrodni szczególnej, zupełnie straciły głowę i powtarzają jak mantrę: „Róbcie wszystko, tylko nie odbierajcie nam naszego seksu".
Co może na to powiedzieć łagodny konserwatysta o skłonności do ekscesów? Ja oczywiście byłbym za tym, żeby tego ojca, czy to z Austrii, czy to z Polski, po prostu najpierw postawić przed sądem, a potem, jeśli taka będzie wola sądu, obciąć mu nie penisa, ale łeb. Jeśli idzie o ludzi, którzy brali w tym nieludzkim procederze udział, zależnie od stopnia winy, również ukarać najbardziej bezwzględnie.
Uważam, że jeśli po świecie chodzi jakiś typ, który uprowadza dzieci, a potem je gwałci, lub wyrządza im jakąś inną krzywdę, bo strasznie go podnieca ich strach, lub ich ból, to trzeba go złapać i go dać pod sąd, a jeśli wcześniej policja go skutecznie nie ochroni, to go po prostu zabić kijem, sztachetą, czy co tam okolicznie obywatele mają pod ręką. Mam szczere przekonanie, że pewien gatunek ludzi nie zasługuje na to, żeby żyć i jeśli społeczeństwo, ustami swojej władzy, daruje mu życie, niech gnije w więzieniu, ale jeśli społeczeństwo, decyzją swoich przedstawicieli, czy to na wiejskiej miedzy, czy też w gmachu sądu, zadecyduje, że ten ktoś ma umrzeć, to niech umiera. A ja za to mogę się za niego pomodlić, żeby, kiedy będzie umierał, jego miłość do Boga i człowieka nagle tak zajaśniała, a jego żal stał się tak szczery i wielki, że Dobry Bóg mu przebaczy.
Sytuacja jest jednak taka, że ani Donald Tusk, ani Monika Olejnik, ani Andrzej Rzepiński, ani prof. Filar, ani nawet minister Ćwiąkalski, nie chcą pedofili zabijać. Może tylko Stefan Niesiołowski ma tu odmienne zdanie, no ale on już dawno odjechał, więc trudno go w poważnej debacie uwzględniać. Oni nie chcą pedofili karać śmiercią, ale bardzo chcą ich karać mocno. Donald Tusk chce ich kastrować.
I znów, co na ten temat może sądzić łagodny konserwatysta z odchyłami? Otóż ja uważam, że ludzie, którzy wyłapują małe dzieci i je dręczą, nie robią tego dlatego, że bardzo lubią seks. Ja miałem kiedyś, jeszcze na studiach, kolegę, takiego Zbyszka, który do tego stopnia miał fioła na punkcie seksu, że właściwie poza podstawowymi obowiązkami, nie interesowało go nic. Jak tylko miał wolny czas, wyrywał dziewczyny i starał się skłonić każdą z nich do tego, by poszła z nim do łózka. Był to bardzo miły kolega, wszyscyśmy go bardzo lubili, ale jednocześnie śmialiśmy się z tej jego obsesji do rozpuku.
Ten nasz Zbyszek uganiał się za dziewczynami, miętosił po kieszeniach jakieś stare kontakty do dziewczyn, z którymi kiedyś miał okazję się przespać, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby kogoś zgwałcić, albo tym bardziej, żeby zgwałcić małe dziecko. On nie marzył o tym, żeby dziewczynie zrobić krzywdę. On chciał dziewczynom sprawiać przyjemność, a przez to sprawiać przyjemność sobie. Mój kolega ze studiów, Zbyszek, miał bardzo poważny problem ze swoją seksualnością i naszym zdaniem, zdaniem jego kolegów, powinien był się jakoś leczyć, niemniej nie dlatego, że Zbyszek mógł którąkolwiek z tych swoich dziewcząt do czegokolwiek zmusić.
Moim zdaniem, pedofile i ludzie gwałcący swoje dzieci nie są obciążeni nadmiernie rozwiniętą seksualnością. Ich problem nie polega na tym, że bardzo lubią seks i to ich gubi. Ich problem związany jest z czymś kompletnie innym. Z jakimś potwornym sadyzmem i bezwzględnością, z jakimś zupełnie niewyobrażalnym dla zwykłego człowieka pragnieniem czynienia krzywdy. W moim odczuciu, ludzie którymi postanowił się zająć Donald Tusk i jego specjaliści od PR-u, możliwe, że - wręcz przeciwnie - już mają ograniczone możliwości seksualne. Możliwe, że oni już są impotentami, możliwe, że oni już nie odczuwają potrzeby seksu. Ja się na tym nie znam, ale myślę sobie, że jest bardzo prawdopodobne, że oni dręczą te dzieci wcale nie dlatego, że mają ochotę na seks, ale z czystego, zwierzęcego pragnienia krzywdy.
Mogę się tu mylić, ale bardzo mnie interesuje postawa ministra Ćwiąkalskiego, który na pytanie Moniki Olejnik, czy on konsultował swoje plany z lekarzami, odpowiedział, że nie, bo nie ma takiej potrzeby. Ciekawy jestem, co on i jego koledzy od doraźnej polityki podlizywania się wyborcom zrobią, jeśli uda im się wprowadzić ten swój projekt w życie, a w efekcie wyhodują całą bandę bezlitosnych, przemutowanych zwierząt, które już nie będą gwałcić tych dzieci, ale je po prostu zabijać.
Na koniec pragnę jeszcze raz powiedzieć. Może i jestem łagodnym konserwatystą, może i ten mój łagodny konserwatyzm ma swoje skazy, ale nie jestem na tyle głupi, żeby popierać głupkowate pomysły polityków z aspiracjami. A dla Donalda Tuska mam jedną radę. Jeśli już musi się na siłę aktywizować, to niech jedzie do Peru. Może nawet zabrać ze sobą panią Małgosię. A ja się zgadzam na tę ich podróż oddać część moich podatków.


piątek, 26 maja 2017

O tym jak Wikipedia napompowała mi ego

No i znów miałem inne plany, niestety stało się coś, co zmusza mnie do pozostania przy kwestiach doraźnych. Część z nas sprawę zna, ja jednak pozwolę sobie na wszelki wypadek przypomnieć. Otóż przy okazji dyskusji pod wczorajszą notką na portalu szkolanawigatorow.pl paru komentatorów zaproponowało mi, bym – i dla wyjaśnienia pewnych nieporozumień, ale też spopularyzowania pewnych zupełnie niezwykłych myśli – zajrzał do Wikipedii i hasło „Zyta Gilowska” uzupełnił o informację na temat książki, którą po jej śmierci wydała Klinika Języka, a zawierająca korespondencję, jaką ona przez ostatnie lata swojego życia prowadziła z pewnym blogerem, którego teksty czytała, ceniła i lubiła komentować. Skorzystałem więc z dobrej rady i już na samym końcu notki, po informacji o śmierci Zyty, dopisałem co następuje: „We wrześniu 2016 roku, nakładem wydawnictwa Klinika Języka i za zgodą rodziny Zmarłej, ukazała się książka Krzysztofa Osiejuka „O samotnej wyspie, zagubionej łodzi i oceanie bez kresu”, zawierająca prywatną korespondencję, jaką w latach 2011-2013 Zyta Gilowska prowadziła z Autorem”.
Zmiany zostały wprowadzone oraz zapisane, no i proszę sobie wyobrazić, że nie minęło pięć minut, jak administracja Wikipedii ową informację usunęła, przywracając wersję poprzednią. No i tu należy się Czytelnikom wyjaśnienie. Otóż jest tak, że wprawdzie Wikipedia stanowi wolne forum – wolne do tego stopnia, że całkiem niedawno przez kilka dobrych tygodni karierę robiło tam hasło „San Escobar” – gdzie jedyną praktycznie granicę owej wolności, teoretycznie przynajmniej, stanowią ewidentne kłamstwa i codzienne eksplozje szaleństwa, których jak wiemy jest pod dostatkiem, jednak właśnie ze względu na owe obostrzenia, pod nazwą „Wikipedyści”, funkcjonuje tam zespół anonimowych woluntariuszy, którzy mają dbać o to, by owa Wikipedia nie skończyła gdzieś na śmietniku Internetu. I oto, jak się okazuje, zaledwie parę minut po tym, jak dokonałem wspomnianej edycji, jeden ze wspomnianych Wikipedystów uznał ją za niezgodną z zasadami i ją usunął. Przy okazji, w specjalnie do tego wyznaczonym miejscu, ukazała się sygnowana przez wikipedystę Jacka, informacja następującej treści: „Przywrócenie poprzedniej wersji. Książka nie jest poświęcona prof. Gilowskiej. Autor nie ma hasła na Wikipedii”. Co jeszcze ciekawsze, z informacji, jakie uzyskałem od czujnych czytelników, wynika jednak, że owo wyjaśnienie zaledwie zastąpiło wcześniejsze, w następującym brzmieniu: „Nie wydaje się, by informacja o prywatnie wydanej książce po śmierci profesor była informacją encyklopedyczną do zamieszczenia w haśle o profesor Gilowskiej. Wymienia się raczej publikacje książkowe autorstwa danej osoby, a nie jakoś z nią powiązane. Książkę tę być może warto natomiast wykorzystać jako źródło do uzupełnienia hasła”.
A zatem, czego się od naszego wikipedysty dowiadujemy? Po pierwsze tego, że w Wikipedii, a więc projekcie ściśle encyklopedycznym, nie zamieszcza się informacji o książkach wydanych „prywatnie”, po drugie, że skoro już się jakieś publikacje wymienia, to „raczej autorstwa danej osoby” i wreszcie po trzecie, że nawet jeśli tu i tam bywa inaczej, to dyskutowana książka „nie jest poświęcona prof. Gilowskiej”. Ups!
Skąd to moje zaskoczenie? Otóż, jak mówię, od opublikowania przeze mnie owych zmian, do ich usunięcia, nie minęło nawet pięć minut, a wikipedysta Jacek już wiedział, że książka „O samotnej wyspie, zagubionej łodzi i oceanie bez kresu” nie została „poświęcona prof. Zycie Gilowskiej”. Przepraszam bardzo ale skąd on to wiedział? Znów przepraszam, ale jedynym wyjaśnieniem owej zagadki jest to, że on tę książkę zna, ewentualnie zna kogoś, kto ją czytał. A skoro tak, to nie ma najmniejszych wątpliwości, że, czy to on, czy ów znajomy, doskonale wiedzą, że książka z listami od Zyty, to jak najbardziej książka poświęcona Zycie i tylko niej. A zatem, czemu kłamią? Odpowiedź na to jest prosta i ja już ją w ten czy inny sposób na tym blogu formułowałem parokrotnie wcześniej. Rzecz w tym, że oni wiedzą coś jeszcze. To mianowicie, kto był adresatem owych listów, kto był ich wydawcą, i dziś, tym razem już z powodów czysto osobistych, zrobią wszystko, by ich nazwiska nie ujrzały światła dziennego. A skoro nie da się nic zrobić by oni zwyczajnie zdechli, niech przynajmniej świat o nich milczy
.
Właściwie od pierwszego dnia, jak prowadzę ten blog, spotykam się z zarzutem, że moje ego jest przerośnięte jeszcze bardziej niż moja prostata, by już nie wspomnieć o brzuchu. Przepraszam bardzo, ale jakie ja mam wyjście, skoro, jak się okazuje, wzięła się za mnie sama Wikipedia? Z pretensjami proszę się więc zwracać do nich.

A książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.

czwartek, 11 maja 2017

Stanisław Krajski, czyli narodowe czytanie

Wprawdzie już wczoraj o sprawie wspomniał u siebie na blogu Coryllus, jako że jednak tak się składa, że to ja tu jestem owej sprawy pierwszym bohaterem, pomyślałem, że wypada mi się przynajmniej odezwać. Otóż poszło o to, że znany niektórym z nas łowca masonów, prof. Stanisław Krajski, wziął wspólnie z Grzegorzem Braunem udział w jednym z licznych ostatnio, a adresowanych przede wszystkim do prawicowej publiczności, spotkań i w pewnym momencie, dla zadania sobie odpowiedniego szyku, pomógł sobie znalezioną w opublikowanych przez mnie listach od Zyty Gilowskiej historią o tym, jak to Leib Fogelman lobbował na rzecz banku Unicredito (swoją drogą, jakież to znamienne, że Krajski nazwy owego banku przezornie „zapomniał”) i prowadzonych przez niego w Polsce interesów, i nie dość, że nie uznał za stosowne wymienić ani mojego nazwiska, ani tytułu wydanej przez Klinikę Języka książki ze wspomnianymi listami, to zachciało się akurat owemu cwaniaczkowi wspomnieć o tym, jak to w pewnym momencie syn prof. Gilowskiej sprzeciwiał się publikacji tej korespondencji. Wystąpił więc prof. Krajski z Grzegorzem Braunem gdzieś w Polsce, i w znacznej mierze zainspirowany uzyskanymi z mojej książki informacjami, zabawiał przez półtorej godziny zgromadzoną publiczność swoimi mądrościami, i żadnemu z nich nawet nie przyszło do głowy ani to, by ujawnić, który to „prawicowy bloger” opublikował wspomniane listy, gdzie je opublikował, no i ile go wysiłku kosztowało, by na tę publikację uzyskać ostateczną zgodę od rodziny.
Oczywiście pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, po tym jak dotarła do mnie informacja o owym szwindlu, była taka, że to jest przecież bardzo typowe. Krajski to część jednego i tego samego towarzystwa, a oni wszyscy mają tam bardzo stanowczo przykazane, by pewnych nazwisk i pewnych tytułów nie wymawiać pod żadnym absolutnie pozorem… no ewentualnie z wyjątkiem sytuacji, gdy jest okazja do oszczerstwa, tak jak to miało miejsce niedawno w przypadku wspominanego tu niedawno wystąpienia Rafała Ziemkiewicza w tygodniku „Do Rzeczy”. A zatem, powiem szczerze, że nawet się tym co usłyszałem, nie oburzyłem. Wręcz przeciwnie, od pewnego już czasu, ile razy mam do czynienia z tego rodzaju demonstracją, mam poczucie pewnej siły. Czy ktokolwiek z czytelników tego bloga byłby sobie w stanie wyobrazić, że moja niechęć do choćby i wspomnianego Krajskiego jest tak wielka, że ja bym sobie musiał dodawać animuszu przez udawanie, że on jest dla mnie osobą kompletnie nieznaną. A przecież mógłby być, czyż nie? W końcu nie oszukujmy się, kto to jest Krajski? Człowiek, który twierdzi, że Lecha Kaczyńskiego zamordowali masoni? Przecież gdyby on miał jakiekolwiek znaczenie, to by od rana do wieczora nie wychodził ze studia TVN24. A zatem rzecz w tym, że ja udawać, iż Krajskiego nie znam, nie muszę, a on z Braunem na nasz widok, owszem, zarzucają sobie na głowy mokre szmaty. I to jest coś.
Stało się jednak przy okazji coś, co mnie autentycznie zasmuciło. Otóż w trakcie dyskusji pod wczorajszą notką Coryllusa pojawił się głos jednej z czytelniczek jego bloga, która przyznała, że nie dość, iż była przekonana, że to do Coryllusa Zyta Gilowska pisała swoje listy, to w dodatku Toyah i Coryllus to jedna osoba. W momencie gdy zaczęliśmy sobie to nieporozumienie wyjaśniać, wspomniana czytelniczka przyznała, że ona właściwie swój czas spędza na blogu Coryllusa i, owszem, wiele razy widziała jak tam się pojawia owo imię Toyah, no ale, jak już zostało powiedziane, uznała, że ten Toyah to jest sam Coryllus, no i konsekwentnie też, że to do Coryllusa Zyta adresowała swoje listy.
No ale i to ja też jestem w stanie zrozumieć. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że wielu z nas żyje w tak strasznym zgnuśnieniu, że to co do nas dociera odbieramy zaledwie w ułamku procenta, bo albo mamy myśli zajęte czym innym, albo jesteśmy zwyczajnie całym tym zgiełkiem zbyt zmęczeni, albo po prostu – i to jest opcja najbardziej z mojego punktu widzenia ponura – uważamy, że i tak wszystko już wiemy, więc w tym co słyszymy, czy czytamy, szukamy głównie potwierdzenia naszych wcześniejszych podejrzeń. To co mnie natomiast martwi, to fakt, że owa komentatorka, osoba z pewnością bardzo zaangażowana w polskie sprawy i chętna, by o nich dyskutować, nawet nie uznała za interesujące zajrzeć do jego księgarni i zobaczyć, cóż jej ulubiony bloger ma tam do zaoferowania. Ona oczywiście słyszała, że on korespondował z Zytą Gilowską i nawet opublikował te listy, no ale nie uznała tej informacji za wystarczająco pociągającej, by się nimi głębiej zainteresować. Choćby je przeczytać. Dlaczego tak? Mogę się oczywiście mylić, ale mam bardzo mocne podejrzenie, że ona tam nawet nie zajrzała, bo bardzo dobrze zna listę lektur obowiązkowych i wie, że na niej nie ma miejsca dla jakichś nie wiadomo jakich wydawnictw.
Ostatnio Gabriel często wspomina o tym, że musimy z naszą ofertą wyjść poza środowisko czytelników naszych blogów, tak by informacja o tych książkach dotarła do tych, którzy tu jeszcze nie byli i nie mieli okazji dowiedzieć się, jakie tu się dzieją cuda. Serdecznie mu w tych planach oczywiście kibicuję i sam robię wiele, by ów krąg czytelników możliwie poszerzyć. Obawiam się jednak niekiedy, że póki co mamy jeszcze bardzo wiele do zrobienia tu na miejscu. Podejrzewam też, że to mogą być naprawdę bardzo grube tysiące osób, którzy, owszem, bardzo chętnie tu przychodzą, by poczytać o tym, jak to System próbuje nas oszukać, ostatecznie jednak i tak wracają do tego, czemu tak nieroztropnie zaufali w pierwszej kolejności, i o czym można powiedzieć dużo okropnych rzeczy, ale nie to, że tam jest zimno, brudno i ciemno. Bo choć tam kłamią na potęgę, to człowiek wie, że żyje.
Myślę, że w momencie gdy Krajski i reszta to zrozumieją, zaczną wreszcie spokojnie wymieniać nasze nazwiska, nie mając najmniejszych obaw, że to w jakikolwiek sposób może zagrozić ich interesom. W końcu uwierzą w człowieka i ta wiara pomoże im odnaleźć w sobie odwagę, której dziś jeszcze im tak bardzo brakuje. I to jest dopiero wiadomość okropna.



Mimo wszystko podaję adres księgarni: www.coryllus.pl i niesmiało zwracam uwagę, że te obrazki u góry po prawej to okładki książek. Mozna klikać

czwartek, 4 maja 2017

Kiedy następna książka i czemu na razie nie (komunikat techniczny)

Dziś pozwolę sobie przedstawić tekst o charakterze bardziej technicznym, co więcej adresowany bardziej do tych czytelników tego bloga, którzy tu są od niedawna, czy powiedzmy od roku czy dwóch. Otóż zarówno podczas niedawnej serii targów, ale też w korespondencji, jaką ostatnio otrzymuję od tak zwanych old-timersów, pojawiły się pytania: „Panie Krzysztofie, kiedy będzie nowa książka?”, czy częściej nawet „Czy coś pan aktualnie pisze?” Oczywiście, nie będę ukrywał satysfakcji z faktu, że są osoby i że jest ich wcale niemało, którym zależy na tym, bym nadal pisał i że owo oczekiwanie na kolejną książkę wiąże się z pewnymi emocjami. Jest to wiedza bardzo przyjemna, dająca dużo siły do pracy, natomiast to co mnie niezmiennie przy tej okazji niepokoi, to świadomość, że owe naciski zaczęły się pojawiać, gdy od wydania listów od Zyty nie upłynęło nawet pół roku. Z tego co nam wiadomo, Olga Tokarczuk, być może najwybitniejsza polska współczesna pisarka, swoją ostatnią książkę pisała 7 lat i nie wydaje mi się, by sympatycy jej talentu nachodzili ją przy różnych okazjach, pytając, kiedy ta książka będzie gotowa i jak długo będą musieli czekać, aż ona wyda powieść następną. Nie sądzę też, żeby z podobną presją spotykał się Szczepan Twardoch, Zygmunt Miłoszewski, czy nawet Piotr Zaremba. Czytelnicy Miłoszewskiego kupują nową książkę Miłoszewskiego, kiedy ją przeczytają, kupują Twardocha, po przeczytaniu Twardocha, kupują Tokarczuk, po Tokarczuk Stasiuka, po Stasiuku Bondę, po Bondzie Zarembę, a kiedy przeczytają już wszystko, co akurat jest w księgarniach, idą do biblioteki i po raz siedemnasty pożyczają sobie Stevena Kinga, ewentualnie oglądają nowy sezon House of Cards na laptopie. I nie dość, że nikt z nich nie pisze maili do swoich ulubionych autorów, pytając kiedy napiszą kolejną książkę, to zapewne nawet niespecjalnie na nią czekają. Gdy natomiast chodzi o moje książki, czy w ogóle o ofertę Kliniki Języka, mam wrażenie, że mamy do czynienia z czymś naprawdę szczególnym.
Pisałem już o tym. Siedzimy z Gabrielem na targach, przychodzi czytelnik i pyta: „Co dziś nowego?”, na co Gabriel odpowiada: „To, to, to, to, no i jeszcze to”. Na to czytelnik mówi: „To ja poproszę wszystko razem z autografem”, no i kiedy Gabriel zajęty jest pisaniem dedykacji, czytelnik zwraca się do mnie: „A pan, panie Krzysztofie napisał coś nowego?” Odpowiadam: „Ostatnie są listy od Zyty z jesieni”, na to pada odpowiedź: „A, to już mam. Nawet kupiłem trzy egzemplarze dla znajomych. Proszę koniecznie napisać coś nowego. Bardzo czekam na nową książkę o zespołach”. No i wtedy odzywa się Gabriel i sprawę ucina: „Dopóki nie sprzedamy pierwszej, drugiej nie będzie”.
I tu jest problem kolejny. Jest bowiem tak, że ja mógłbym pisać nawet dwie książki na rok, jednak Klinika Języka nie jest w stanie takiego tempa wytrzymać z tego prostego względu, że magazyn nie jest z gumy, a w sytuacji gdy nowe książki pojawiają się szybciej, niż stare schodzą, żeby to wszystko wytrzymać, owe ściany musiałyby być z owej gumy. A już nie wspomnę smutnego faktu, że Gabriel za sam fakt, że te książki tam leżą, też musi płacić i to bardzo, bardzo słono. Klinika Języka bowiem to nie jest jedno z owych licznych wydawnictw, handlujących literacką twórczością wspomnianych Twardocha, Bondy, czy Miłoszewskiego, które w momencie, gdy pierwsza partia tytułu zejdzie, całą resztę wrzucają do Biedronek, Żabek i Stokrotek po 9 zł. od sztuki i w ten sposób uwalniają się od zbędnego balastu. Klinika Języka sprzedaje wszystko do końca i z reguły po oryginalnej cenie. A zatem, jeśli chcemy, by tytułów było więcej, musimy te książki kupować. To jest tak proste, że aż głupio tłumaczyć.
Już słyszę ten krzyk: „Przecież kupujemy!” Otóż proszę sobie wyobrazić, że ci co kupują, to kupują, a ci co nie kupują, to albo nie kupują, albo kupią później, przy lepszej okazji. Czy ja mówię nieprawdę? Proszę w takim razie spojrzeć na jeden z niedawnych komentarzy na blogu Gabriela, gdzie jedna z zachwyconych czytelniczek pochwaliła się, że właśnie kupiła którąś z nowych książek, a ona była tak świetna, że ta ją natychmiast pożyczyła kilku znajomym, którzy ją przeczytali z równym zachwytem. No a ja wtedy natychmiast sobie pomyślałem, że gdybym to ja się zachwycił jakąś książką, to bym swoim znajomym powiedział, że muszą sobie ją koniecznie kupić. A gdybym sam trafił na coś, co choćby w małym fragmencie mnie zachwyciło, to bym w te pędy pobiegł, by to coś sobie kupić. I nie chodzi tylko o książki. Tak samo bym zareagował, gdybym się dowiedział, że w Biedronce sprzedają bardzo dobrego singla po 70 zł. Poszedłbym tam natychmiast i go sobie kupił, a nie poił się czerwonym Johnnym Walkerem, a po szlachetniejsze doznania wbijał się do znajomych na imprezy.
Niestety, obawiam się, że wielu z nas zachowuje się tak jak to opisałem na początku tej notki, czyli kupują wszystko to co kupić trzeba – a co to takiego, to przecież wszyscy wiemy, prawda? – a potem, czekając na kolejne pozycje, zabijają czas oglądaniem filmów w laptopie, ewentualnie spędzając czas na blogach, które jak wiemy są za darmo. Popatrzmy na koniec na mnie. Dotychczas wydaliśmy osiem moich książek. Dwie się sprzedały, jedna z nich już została wznowiona. Nakład dwóch kolejnych jest już na wyczerpaniu, ale wciąż jeszcze chwilę to potrwa zanim będziemy mogli się zastanowić nad ich dalszym losem. Problem polega natomiast na tym, że na ile potrafię dobrze ocenić liczbę czytelników tego bloga, i to tylko tych, którzy tu przychodzą codziennie i w dodatku robią to z prawdziwą radością, zdecydowana większość z nich, książki, których okładki są przedstawione tuż obok, od lat planuje sobie kupić, no ale ich nie kupuje, ponieważ zawsze pod ręką jest coś bardziej… no tu brakuje mi odpowiedniego słowa. Bo nie chodzi tylko o to, że oni poszukują czegoś co nosi bardziej poważne pieczęcie. To też, ale pewnie nawet nie przede wszystkim. Chodzi o to, że po co wydawać pieniądze na coś, co tak naprawdę jest do poczytania codziennie i w dodatku za darmo? Przepraszam za tę brutalność, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że mam tu całkowitą rację. Kiedyś nawet pewien nasz kolega sformułował tę myśl najbardziej dosłownie: „Po cholerę mam kupować twoje książki, skoro i tak wszystko co masz do powiedzenia mogę sobie poczytać tu na blogu?”, lub moja żona, która mi mówi, że ona nie musi nawet czytać mojego bloga, bo i tak wciąż słyszy jak gadam. Gdyby zatem wszyscy czytelnicy tego bloga, ci dla których on jest autentycznie ważnym źródłem prawdziwej radości – a wiem, że ich są tysiące – kupowali te książki, one musiałby już być od lat wielokrotnie wznawiane. A ja bym stawiał na głowie, by wydawać kolejne.
Ktoś mi powie, że to bardzo brzydko z mojej strony wymuszać na czytelnikach tego bloga kupowanie moich książek. Otóż wbrew pozorom ja nikogo do niczego nie zmuszam. Nawet mi w głowie mieć do kogokolwiek pretensje o sposób, w jaki on gospodaruje swoim budżetem na tak zwaną kulturę. Piszę natomiast to co piszę w jednym praktycznie celu. Otóż chciałbym tym wszystkim, którzy mnie pytają, kiedy ja napiszę, a Gabriel wyda moją dziewiątą w ciągu sześciu lat książkę, przekazać wiadomość, która ich prawdopodobnie zasmuci. Na moje oko, nie nastąpi to zanim uda nam się zamknąć pierwszy nakład książek wydanych dotychczas. A daję najszczersze słowo honoru, że gdyby tylko była taka możliwość, to ja jestem w stanie w ciągu jednego miesiąca przedstawić cztery kolejne tytuły. Tylko jeśli już to nastąpi, to naprawdę nie po to, by one zalegały w magazynie w Grodzisku Mazowieckim, a reszta krążyła z rąk do rąk, tak by każdy chętny mógł się nimi za darmo pozachwycać.

Nasza księgarnia, gdyby ktoś nie pamiętał, znajduje się pod adresem www.coryllus.pl.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

O Jimie Caviezelu, ojcu Knabicie i o wołach

      Zakończyły się targi, a ja mam w ich temacie trzy refleksje, dwie poważne, jedną żartobliwą. Otóż proszę sobie wyobrazić, że, pomijając wszystko to, co Klinika Języka oferuje już od dłuższego czasu, na naszym stoisku pojawiły się cztery nowości, a więc coś, co nazywamy „książką o wołach”, a co tak naprawdę stanowi historię handlu wołami w Polsce w XVI i XVII wieku, wspomnienia wielkiego księdza Blizińskiego, druga część wspomnień Korwina-Milewskiego, no i najnowszy „rosyjski” numer kwartalnika. Cztery pozycje – a ja z prawdziwym bólem stwierdzam, że żadna z nich, pomijając naturalnie tekst do kwartalnika, nie moja – które tak naprawdę sprawiły, że po raz kolejny wydawnictwo odniosło sukces, jakiego w tym całym prawdziwego literackiego odpustu, uświadczyć się nie dało. Te cztery tytuły sprawiły, że stoisko Kliniki Języka było od pierwszej do ostatniej chwili oblegane tak, że wszyscy dookoła patrzyli na nas, jak na jakichś kosmitów. A ci, którym jeszcze w tym strasznym zgiełku udało się przedrzeć przez zapowiedzi kolejnych wydarzeń na poziomie promocji książki o tym, jak „dzięki Panu Bogu można poradzić sobie z długami i uporządkować swoje finanse”, czy jak żyć w małżeństwie, by nie dostać na siebie cholery, i usłyszeć strzępy naszych rozmów, musieli naprawdę zachodzić w głowę, o co chodzi z tymi wołami. A rozmowy najczęściej wyglądały tak: „O! Słyszę, że mają państwo książkę o Wołyniu?” „Nie, to jest książka o wołach. O handlu wołami”. „I ktoś to kupuje? Państwo to sprzedają?” „Jeszcze jak! Ale przepraszam bardzo, bo mamy klienta. Słucham, co podać?” „Poproszę książkę o wołach, księdza Blizińskiego, drugiego Korwina, no i dwa ostatnie Nawigatory. Może wszystko to po trzy razy, bo wezmę jeszcze dla brata i kolegi. Dziś od pana Krzysztofa nic nie będę brał, bo mam wszystko. A kiedy, panie Krzysztofie, napisze pan coś nowego?”
A ja, jak mówię, na swoje oczywiście wyszedłem, bo z tym co już mam, trudno polec kompletnie, na podróż tam i z powrotem, dwa obiady, prezenty dla rodziny i bieżące wydatki zarobiłem, ale przyznaję, że bez nowej książki o wołach, dalej ani rusz. Więc trzeba będzie się wziąć do roboty.
Druga refleksja związana jest z Jimem Caviezelem. Kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy, że tuż obok nas będzie gościł Caviezel, a więc człowiek, który grał Jezusa u Mela Gibsona, pomyśleliśmy, że to primaaprilisowy żart. A z mojego punktu widzenia, to już nawet nie chodzi o tę „Pasję”. Caviezel to dla mnie aktor niemal kultowy, przez takie choćby filmy jak „Częstotliwość”, „Oczy anioła”, „Deja Vu”, „Bobby Jones”, czy wreszcie „Cienka czerwona linia”. Dla mnie, tam zamiast Caviezela”, mógłby się pojawić sam Robert DeNiro, a i to nie zrobiłoby na mnie większego wrażenia. No więc zobaczyłem Caviezela, dostałem od niego autograf, zrobiłem mu zdjęcie i myślę, że choćby to było wystarczająco dobrym powodem, by tam się wybrać.
No i wreszcie trzecia kwestia. Jak już wspomniałem, Targi Wydawców Katolickich pod pewnym szczególnym względem to jest coś absolutnie strasznego. Próba wypełnienia owej przestrzeni pod Zamkiem przez pełne cztery dni ofertą, która będzie się kojarzyć z Wiarą i Kościołem, stanowi przedsięwzięcie, które musi się zakończyć klęską. A klęska ta doskonale jest symbolizowana przez, również już przeze mnie wspomniany, od lat tam nie milknący, nieznośnie przenikliwy głos pani spikerki, zachęcający do kupowania książki-poradnika o tym, jak przez Wiarę można sobie poradzić z problemami finansowymi. Owo sprowadzanie Kościoła do wymiaru tak strasznie prymitywnego to coś, co dla tych wszystkich wystawców musi się skończyć spektakularnym samobójstwem. Na tym tle, czymś zupełnie fantastycznym była obecność – również tuż obok nas, wręcz po sąsiedzku, ojca Leona Knabita, benedyktyna z Tyńca, w otoczeniu tych wszystkich młodych dziewcząt, które on nieustannie do siebie przytulał, a one mu szeptały do uszu najczulsze słowa uwielbienia, a on je głaskał po policzkach i uszkach swoim potężnym nosem, a one, najszczęśliwsze na świecie, robiły sobie z nim zdjęcia na pamiątkę, by wreszcie odejść w najwyższym uniesieniu, jak po spotkaniu z samym Panem Jezusem, ewentualnie najbardziej ukochanym na świecie dziadziusiem. Byłem tam dwa dni, w sobotę i niedzielę, Knabit, człowiek dziś już niemal 90-letni, niemal na moment nie opuścił tego swojego stolika, no i tego wianuszka, często naprawdę ślicznych dziewcząt uczepionych jego tak steranej czasem twarzy. Oto Kościół. Oto ksiądz Knabit, a nie Malejonek, Pospieszalski, czy Terlikowski z żoną, trujący o swoim życiu w Wierze.
Dla Knabita z jego dziewczętami, Caviezela i książki o wołach, warto tam było być. Do zobaczenia następnym razem.


Już w najbliższą sobotę i niedzielę, w Bibliotece Rolniczej, tuż obok Kościoła Św. Anny w Warszawie, odbędą się Targi Książki Prawicowej, na których również będziemy. Szczegóły w tych dniach. Tymczasem zapraszam do naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Śląsk czyta, a pana Twardocha zapraszamy na trufle do Toskanii

Skończyły się targi w Katowicach i w związku z tym wypada się podzielić paroma refleksjami.
Przede wszystkim, muszę powtórzyć to, co już zapowiedziałem wczoraj i przedwczoraj: jeśli to co mieliśmy okazję podziwiać przez minione trzy dni, organizatorzy targów zdołają utrzymać w roku następnym i przez kolejne edycje, targi katowickie mają szansę stać się najważniejszym wydarzeniem tego typu w Polsce. I tu nie ma dwóch zdań.
Sukces minionych targów był tym bardziej jednoznaczny, zwłaszcza gdy go porównujemy z tym, co się dzieje z targami w Krakowie, które w tej chwili stoją już tylko przed dwiema możliwościami: one albo zmienią lokalizację oraz sposób organizacji, albo za dwa lata tam pies z kulawą nogą się nie pojawi. Zarówno po stronie wystawców, jak i czytelników.
Druga kwestia. Kiedy w sobotę napisałem, że organizację targów w Katowicach przejęła Agora, jak się już w krótce okazało, popełniłem fatalną omyłkę, a to z tego powodu, że błędnie uznałem, że firma Murator to, jak dziś już niemal wszystko, co nie jest związane z myślą prawicową, Agora. Okazuje się więc, że nie. Murator to nie Agora. I to jest oczywiście wiadomość dobra. Od razu z samego rana na naszym stoisku pojawili się przedstawiciele wspomnianego Muratora ze skierowaną do mnie uprzejmą, acz stanowczą prośbą, bym ich natychmiast przestał kojarzyć z Agorą, którą oni akurat traktują jak konkurencję, no i skorygował informację na blogu, a ja – przyznaję, że dość paskudnie – uznałem to wyłącznie za bardzo mi miły dowód na to, że i oni nas tu czytają i to bardzo na bieżąco. A to jest już coś, prawda?
No i sprawa trzecia. Jak się pewnie część z nas orientuje, podczas spotkań z czytelnikami tradycyjnie zdecydowana większość kupujących okazuje się doskonale wiedzieć, po co tam przyszli i czemu zdecydowali się zatrzymać przy naszym stoisku. Mam wrażenie, że nigdy dotychczas, tak jak w Katowicach, naszych książek nie kupiło tak wiele osób całkowicie nam obcych, ale też takich, którym jeszcze chwilę wcześniej i mi byliśmy autorami całkowicie nieznanymi. A to zarówno dla wydawnictwa, jak i dla naszej twórczości, tworzy perspektywę naprawdę jasną.
Jeśli ktoś liczy na to, że opowiem, kogośmy tam na tych targach spotkali, to proszę uprzejmie: tam byli wszyscy, włącznie z Ewą Minge, Grzegorzem Miecugowem i Szczepanem Twardochem i powiem uczciwie, że mam bardzo duże wyrzuty sumienia z tego powodu, że się nie zdecydowałem i w związku z tym ostatnim nie przeprowadziłem pewnej demonstracji. No ale kiedy to miałem zrobić? No kiedy? Proszę mi powiedzieć.




Za twa tygodnie mamy targi w Warszawie, a tydzień później we Wrocławiu. Jeszcze przed Warszawą mam spotkanie autorskie na uniwersytecie w Opolu, o czym będę informował na bieżąco. Książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 4 listopada 2014

Coryllus - człowiek, który postanowił, że nie będzie psem

O naszym labradorze pisałem już i tu na blogu i nawet trochę miejsca poświęciłem mu w książce „Marki, dolary…” i za każdym razem zwracałem uwagę na to, jak on od czasu gdy z nami zamieszkał, w każdym z nas wzbudził ten rodzaj czułości, z jakim do tego czasu żadne z nas nie miało do czynienia chyba nigdy. Szczególnie tu dużo do powiedzenia może mieć moja żona. Otóż każdy z czytelników tego bloga, któremu zdarzyło się mieszkać pod jednym dachem z kobietą, szczególnie z kobietą inteligentną, ambitną i posiadającą własne zdanie, wie, jak potrafi być ciężko. Właściwie z każdym kolejnym rokiem małżeństwa, czy jak to ostatnio bywa niestety coraz częściej, związku partnerskiego, ów ciężar bywa coraz bardziej widoczny. Ludzie słabi i głupi często go nie wytrzymują i dochodząc do jakże niemądrego wniosku, że następnym razem będzie lżej, albo znajdują sobie kochanki, albo się rozwodzą i wchodzą w nowe związki, a wszystko po to, by się przekonać, że lepiej już zdecydowanie było. Inni, w moim odczuciu, bardziej zaradni i rozsądni, trwają i starają się temu co trudne, jak to ujął zgrabnie poeta, „odejrzeć”.
I tak to jest z nami. Żyjemy sobie na tej pięcioosobowej kupie plus pies, z większym lub mniejszym sukcesem staramy się podtrzymywać tę miłość, a ja z prawdziwym zachwytem patrzę na relacje, jakie łączą moją żonę i psa. Otóż jedno jest absolutnie oczywiste: od czasu gdy on się pojawił, moja żona jest zdecydowanie w lepszym nastroju. Nie ma bowiem takiego zmartwienia, takiego zmęczenia, takich zgryzot, które by były w stanie pokonać jej uczucie do niego. Ona wraca z pracy, zła jak wielkie nieszczęście, umordowana, wściekła na nas wszystkich, że w domu jest brud i bałagan i że większość z tych rzeczy, które ona nam wychodząc rano do szkoły zapisała na kartce, nie została zrealizowana, a w drzwiach czeka na nią pies, merda ogonem, patrzy wiernie jej prosto w oczy, a w pysku trzyma tę swoją pluszową owieczkę, z nadzieją, że ona mu ja rzuci, a on ją wtedy jak zawsze tak sprytnie złapie. No i ona wtedy zaczyna się uśmiechać i przemawiać do niego tak czule i słodko, że nam już tylko pozostaje patrzeć na to wszystko z zazdrością.
Ale przecież nie chodzi tylko o moją żonę. My wszyscy tak naprawdę mamy do niego podobny stosunek. Ta jego wierność, ta cierpliwość, to oddanie, ta nieludzka wręcz – oczywiście, że nieludzka! – szczerość, są autentycznie porażające. Nawet teraz, kiedy ja piszę ten tekst, a on już zaczyna czuć, że czas na spacer, i biedny nie wie, że dziś idzie z nim jego właścicielka, która jak zawsze, jeszcze nie wyszła z łóżka, leży cierpliwie pod moim nogami i próbuje spać, a ja wiem, że wystarczy, że ja się tylko ruszę, a on się zerwie na równe nogi, gotowy, żeby wychodzić.
Czemu on jest taki wierny, wydaje się sprawą jasną. Psy takie są. Taka jest ich natura i nie ma na to rady. Jeśli zdarzy się tu wyjątek, to znaczy, że z tym psem jest coś nie tak i najczęściej trzeba go uśpić, bo któregoś dnia nas zwyczajnie zagryzie na śmierć. Czemu jednak my go tak kochamy? Otóż moim zdaniem tu też mamy do czynienia z naturą. Natura nasza jest bowiem taka, że my bardzo lubimy, jak ktoś jest nam wierny, posłuszny, w stosunku do nas cierpliwy i jeśli wymagający, to wyłącznie w takim zakresie, w jakim nas to jakoś szczególnie nie obciąża. Ja bym to nazwał „syndromem pilota”, który jest zawsze pod ręką i jedyne czego od niego wymagamy, to to, by nam gdzieś nie wpadł między poduszki fotela, bo go potem będziemy musieli szukać i to nas może rozstroić nerwowo.
A zatem, z jednej strony mamy tego psa, a z drugiej człowieka. A ja mam bardzo mocne przeświadczenie, że relacja, którą tu starałem się opisać jest wciąż obecna w naszym życiu, nawet tam gdzie nie ma ani psów, ani mężów, ani żon, ani owych zwykłych, codziennych relacji zależności. Chodzi mi o to, że my samy niekiedy zachowujemy się, jak z jednej strony owe psy, a z drugiej ich właściciele – właśnie tak: właściciele.
Zacząłem o tym wszystkim myśleć w ostatnich dniach, kiedy nie mogłem nie zauważyć, jak po raz kolejny już tu na blogach wezbrała fala autentycznej, wstrząsającej niekiedy wręcz nienawiści do Gabriela Maciejewskigo, pisarza, blogera i wydawcy. Przyznam uczciwie, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć owej tak ostro demonstrowanej niechęci, a dziś ona mnie zwyczajnie poraża. Mamy bowiem owego Coryllusa, który przez te minione pięć lat spędzone na blogu osiągnął tak bardzo dużo. Przede wszystkim ów blog zdobył sobie pozycję zupełnie wyjątkową, oprócz tego otworzył Coryllus to swoje wydawnictwo i zaczął pisać książki, wydawać je własnym sumptem, sprzedawać, znalazł w sobie możliwości, by publikować książki innych autorów, obok tych książek założył kwartalnik, który jak dotychczas ukazuje się z wyjątkową regularnością, niedawno wydał ten komiks i też go sprzedaję z dużym sukcesem, ma całą kupę planów, które, gdy sądząc po tym, co widzimy, zrealizuje z powodzeniem… jednym słowem odniósł autentyczny sukces. Mało tego. Wszyscy wiemy, że owe pięć, siedem, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, czy ile on już tych książek wydał, to nic takiego, o ile nie ma z nich pieniędzy. Ale Coryllus z tego co robi utrzymuje rodzinę, i to utrzymuje ją wyjątkowo skutecznie. Z tego co wiem, on robiąc to co robi, zawsze liczył wyłącznie na siebie, nie ma żadnych kredytów, żadnych wobec kogokolwiek zobowiązań, autorom płaci uczciwie i w terminie, dzięki swojej pracy kupił nowy samochód, wyremontował od piwnicy po dach dom, i ów sukces zawdzięcza wyłącznie sobie, w tym nawet sensie, że sam, zupełnie jednoosobowo prowadzi promocję swojego produktu. Jego nie ma w telewizji, w ogólnopolskiej prasie, na ulicznych plakatach, nawet nie ma mowy o tym, by któryś z bardziej znanych autorów poświęcił mu tekst w którymś z tygodników. Jest tylko ten blog i te teksty. No i owa niezwykła wprost nienawiść, która siłą rzeczy musi zastępować normalny rynek.
Skąd to się wszystko bierze? Otóż, moim zdaniem, pomijając oczywiście działania organizowane przez rynek, który chce zniszczyć każdego, kto próbuje odnosić sukcesy na własny rachunek, kto nie chce się owymi sukcesami dzielić z nikim poza Urzędem Skarbowym, kto o nic nie pyta, i niczego od nikogo nie chce, mamy do czynienia ze wspomnianym wcześniej „syndromem pilota”. Dla wielu z nas, tego typu zachowanie jest czymś, czego nie jesteśmy w stanie tolerować, i to całkowicie bezinteresownie. Wyłącznie dlatego, że dla wielu z nas ono jest ciężkim, nieznośnym, najbardziej bolesnym wyrzutem sumienia. Wielu z nas bowiem jest jak ten pies, który chce tylko jednego: by jego pan go nakarmił, wyprowadził na spacer i rzucił pluszową owieczkę, którą on mu zaraz grzecznie odniesie.
No bo pomyślmy tylko: jakie może mieć do Coryllusa pretensje ktoś, kto ani nie jest przez rynek wynajęty do tego, by utrzymywać wokół odpowiedni porządek, ani sam nie czuje się w żaden sposób zagrożony przez autorską i wydawniczą działalność Gabriela Maciejewskiego? Ja biorę pod uwagę, że niektórzy z nas są tak wrażliwi, że widząc ów sukces, ich zdaniem całkowicie niezasłużony, reagują zwykłym moralnym wzburzeniem. Oni czytają te teksty, widzą, jakie one są beznadziejne, w dodatku wciąż trafiają na ową – z tą cholerną, z taką regularnością umieszczaną pod każdym tekstem, tak irytującą w swoim chłodnym przekazie – autoreklamę, no i nie wytrzymują – muszą zaprotestować. No ale, przepraszam bardzo, nawet jeśli założyć, że książki Maciejewskiego są najgorsze, nie jest wcale tak, że on tu nie ma żadnej konkurencji. I to wcale nie musimy się trzymać tylko literatury. Przecież produkowane ostatnio filmy, kabarety, teatry, piosenki dostarczają nam wystarczająco dużo przykładów tego, jak człowiek potrafi być nieutalentowany. Czy to możliwe więc, że my te wszystkie nieszczęścia traktujemy z taką wyrozumiałością, bo tam zachowana jest podstawowa hierarchia i żaden z nich ani nie zamarzy, by się wysunąć przed szereg? Czy to możliwe, że Maciejewski jest tak strasznie tępiony przez osoby, których życie wydawałoby w żaden sposób nie jest zależne od tego, co on robi, wyłącznie przez to, że on jest dla nich zwykłym wyrzutem sumienia? Otóż mam wrażenie, że to o to właśnie chodzi. Stoimy tu bowiem w pewnym sensie wobec sytuacji podobnej do opisanej w starym już filmie „Lot nad kukułczym gniazdem”, kiedy to McMurphy zwraca się do tych wszystkich ludzi zduszonych przez System, by zagłosowali za oglądaniem meczu, a oni, jak te psy, wręcz boją się ruszyć. Różnica jest tylko taka, że tam oni McMurphiego podziwiają i bardzo chcą być tacy jak on. Obawiam się, że to jest zresztą błąd tej opowieści. Gdyby to się działo naprawdę, oni wszyscy z tej złości, że nie potrafią być tacy, jak on, by go zwyczajnie ukrzyżowali, a siostra Ratched by ich pochwaliła. Bo przecież tacy właśnie jesteśmy. Lubimy jak pilot leży zawsze pod ręką, a przy fotelu leży nasz pies i nam bezgranicznie ufa.

Książki są jak zawsze do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Wszystkich szczerze zapraszam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...