Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Karnowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Karnowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 września 2021

O lewych prawych i prawych lewych

 

      Nie pamiętam dziś oczywiście, kiedy to było dokładnie, bo wiele lat już minęło, natomiast bardzo dobrze pamiętam jak w którymś z wywiadów Jarosław Kaczyński stwierdził, że kiedyś, owszem, on marzył o tym by stworzyć typową partię kadrową – o ile dobrze pamiętam, on tego właśnie słowa użył – ale dziś widzi, że to jest nie do wykonania. A ja od razu zrozumiałem, o co mu chodzi. Gdyby on był osobą mniej opanowaną, a przede wszystkim gdyby polityczna sytuacja pozwalała na tego typu dezynwolturę, on by powiedział po prostu, że w warunkach jakie mu zostały udostępnione, on musi się genralnie otaczać bandą durniów i starać się by oni jakimś cudem by;i mu posłuszni. Tu jednak było jak było, więc on tylko jak najbardziej delikatnie przedstawił sytuację i zaapelował do nas o wyrozumiałość.

      Gdy chodzi o mnie, to ja praktycznie od pierwszego momentu gdy dowiedziałem się o istnieniu Jarosława Kaczyńskiego, pozostaję w przekonaniu, że gdyby nie on, to nam – podobnie jak wielu przed nami – nie pozostaje nam nic innego jak machnąć na całą tę politykę ręką i zająć się sobą i swoimi sprawami. Gdy chodzi natomiast o to, co poza Kaczyńskim, to ja oczywiście mam swoje typy, ale nie wierzę by ktorykolwiek z nich zdołał to unieść. Wprawdzie dziś, kiedy piszę ten tekst, odnoszę wrażenie że przy tym co prezentuje tak zwana totalna opozycja, nawet ja z moim sąsiadem Józkiem bylibyśmy w stanie wygrać wybory, niemniej jednak wciąż dobrze pamiętam tamto zdanie: O stworzeniu partii kadrowej nie ma co marzyć. I dopowiadam naturalnie już tylko sobie: ... bo poza nim mamy do czynienia wyłącznie albo z bandą idiotów, albo bezczelnych cwaniaków.  

     Skąd przyszło mi dziś do głowy, by wchodzić w ten akurat temat? Otóź głównie ze względu na tych drugich. Otóż ja już od dłuzszego czasu zbierałem się do tego, by w jakiś sposób skomentować nieustanną obecność w tak zwanych „naszych” mediach któregoś z braci Karnowskich na zmianę z Tomaszem Sakiewiczem. Co ja mam do nich? To mianowicie, że – pomijając oczywiście wszystkie inne wcześniejsze doświadczenia, które mi akurat w pełni wystarczą –  ile razy widzę któregoś z nich w telewizji TVP Info, a przy okazji nie mogę nie zauważyć, że Sakiewicz niezmiennie w tle swojej wypowiedzi eksponuje wielki napis „Gazeta Polska”, a Karnowski, zanim włączone zostaną kamery, starannie dekoruje się przy pomocy całej kupy świetych obrazków, tak by nikt ani przez chwilę nie pomyślał, że z niego katolik jak z koziej dupy trąba, to, przepraszam bardzo ale mam ochotę się wyrzygać.

       No i tu wracamy do problemu kadr. Jak wiemy, zarówno tygodnik „Sieci” – swoją drogą, co nadzwyczaj znaczące, ta nazwa ma tyle samo sensu, co niesławny tytuł „Wyborcza” – jak i „Gazeta Polska” zostały oficjalnie – poza oczywiście TVPInfo – uznane za główne media, które są w stanie skutecznie transmitować propagandę aktualnej władzy. I proszę mnie dobrze zroumieć: Ja nie mam nic przeciwko obecnie rządzącym i przeciwko propagandzie, zwłaszcza w czasie wojny; stwierdzam jedynie fakty.

       A fakty są takie, że kiedy obserwujemy występy czy to jednego – daje słowo, że ja ich nie odróżniam – z Karnowskich, czy Sakiewicza, to ja jedno wiem na pewno: Kiedy Jarosław Kaczyński mówił, że stan rzeczy jest taki, że na cuda nie można liczyć, to on też miał na myśli Karnowskich i Sakiewicza. I to stąd ten rok w rok Człowiek Roku, i te fałszywe jak jasna cholera podziękowania i laudacje ze strony czy to Prezesa, czy Premiera, czy Prezydenta. W końcu, jakie oni mają wyjście?

      Ktoś mnie zapyta, skąd mi dziś akurat przyszło do głowy, by się zajmować takim Karnowskim na przykład, skoro ja już wystarczająco dużo razy widziałem ten jego świętojebliwy wystrój mieszkania podczas telewizyjnych występów, a ja przyznaję, że owszem, można było zareagować wcześniej. Wczoraj jednak, jak wiemy, Polska reprezentacja piłkarska rozegrała mecz z Anglią i go szczęśliwie zremisowała. Jak się domyślamy, zarówno Premier, jak i Prezydent natychmiast opublikowali zwyczajowe gratulacje i gdy wydawało się, że reszta już zostanie złożona na barki zwykłych internautów odezwał się Jacek Karnowski z czymś takim:

„To był piękny dzień! Wielkie brawa dla naszej reprezentacji! Mecz, o którym będziemy opowiadali naszym dzieciom!”

       W czym rzecz? Otóż chodzi oto, że moim zdaniem Jacek Karnowski nawet nie oglądał tego meczu. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że kiedy polska reprezentacja walczyła z Anglią, on był zajęty czymś kompletnie innym? Czemu tak myślę? Ano temu, że wczorajszy mecz nie miał w sobie nic z historyczności. To był jeszcze jeden piłkarski mecz, o którym każdy z nas, jeśli w ogóle o nim słyszał, zapomni w ciągu kilku miesięcy. Są oczywiście mecze polskiej reprezentacji, o których opowiadać będziemy swoim dzieciom, czy, jak to się ma w moim przypadku, wnukom, no ale nie przesadzajmy. Czemu więc Jacek Karnowski postanowił wyskoczyć z tym tweetem? Moim zdaniem, odpowiedź jest jedna: On postanowił dołączyć do Prezydenta i Premiera, by zarówno jeden jak i drugi broń Boże nie zapomnieli o nim, zwłaszcza gdy ten grubas Sakiewicz się w porę nie zorientował.

         I znów, pojawia się pytanie, czemu ja robię sprawę z czegoś tak w gruncie rzeczy małego? A ja oczywiście chętnie odpowiadam. Sprawa jest, bo po raz kolejny – tym razem, moim zdaniem, w sposób najbardziej widoczny – okazuje się, że kiedy z taką determinacją Polska walczy z agresją kierowaną wobec niej z każdej możliwej strony i znikąd ratunku, ogólnopolskie media – a więc wszystko co jest – są w rękach albo obcej agentury, albo bandy cwaniaków, którzy nie są nawet w stanie udawać, że są szczerzy.

    Nie jest dobrze, za to z całą pewnością mamy Jarosława Kaczyńskiego, no i – tu mamy temat na osobny felieton – TVP, w tym oczywiście TVP Info po dtwardym zarządem Jacka Kurskiego.

     Tak czy inaczej, gdy chodzi o propagandę, nie ma najmniejszej wątpliwości, że po tamtej stronie, mamy pełną mobilizację. I chroń nas Panie Boże od tego, byśmy mieli zainwestować w projekty podsuwane nam przez tych o których tu było i tak zbyt dużo. Bo diabli wiedzą, kiedy nastąpi moment, że im się nagle wszystko odmieni.



poniedziałek, 2 października 2017

Czy wolne media zniszczą Dobrą Zmianę?

            Byłem przekonany, że po pokazaniu jej palcem, oraz odpowiednim skomentowaniu systemowej wręcz solidarności propagandowych metod stosowanych przez tak pozornie różne pisma, jak „Newsweek” i „W Sieci”, sprawę możemy uznać za zamkniętą, a na odpowiedź odnośnie celów, jakie sobie wyznacza dziś redakcja „W Sieci”, przyjdzie nam jeszcze parę tygodni poczekać. Tymczasem niedługo po tym, jak przeczytałem – podkreślam to raz jeszcze – wyjątkowo stonowaną, gdy chodzi o osobę Prezydenta, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, zajrzałem do zamieszczonego tuż pod wspomnianym wywiadem tekstu Jacka Karnowskiego pod tytułem „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’” i wygląda na to, że jeszcze parę słów się nam jednak należy.
      Przypominam, mówimy o wydaniu tygodnika „W Sieci”, które trafiło do kiosków w poniedziałek rano, jeszcze zanim Andrzej Duda ogłosił projekty swoich ustaw, oraz o tekście, który z pewnością został przez Karnowskiego napisany jeszcze kilka dni wcześniej, prawdopodobnie jeszcze przed piątkowym spotkaniem Prezydenta z prezesem Prawa i Sprawiedliwosci, o którym obaj politycy wypowiedzieli się w bardzo pojednawczych słowach. Tymczasem w ów poniedziałek ukazuje się nowy numer tygodnika „W Sieci” z tekstem Jacka Karnowskiego, który nawet nie czekając na to, co powie Prezydent, w sposób całkowicie jednoznaczny i wyjątkowo brutalny  wypowiada mu wojnę, całą argumentację opierając na dziennikarskich plotkach. Tekst Karnowskiego jest bardzo długi, zajmuje ponad trzy strony druku i niemal w całości składa się z informacji uzyskanych, kolejno od „najważniejszych polityków partii rządzącej”, „bardzo ważnego polityka PiS”, „mojego rozmówcy”, „mojego rozmówcy ze ścisłego kierownictwa PiS”, „kolejnego rozmówcy z PiS”, „kolejnego bardzo ważnego polityka PiS”, „moich rozmówców”, „moich informatorów”, „liderów PiS”, „kierownictwa obozu”, no i na koniec jeszcze raz „bardzo ważnego polityka PiS”. Nie muszę oczywiście dodawać, że poza Andrzejem Dudą i Jarosławem Kaczyńskim, żadne konkretne nazwisko nie pada. Tam każdy jest dyskretny jak jasna cholera. Oczywiście też, przez cały czas, od początku do samego końca, pojawiają się informacje, a to że Prezydent „miał” coś powiedzieć, a to że Prezes podobno był „poirytowany”, a to, że wedle zapewnień informatorów Karnowskiego, rzecznik Prezydenta PiS-u „wręcz nienawidzi”. A całość zbudowana jest tak, że nie pozostaje nam nic innego jak uznać prezydenta Dudę za idiotę i zdrajcę, którego jedyną zaletą jest to, że nie jest Komorowskim.
     Czytam tekst Karnowskiego i przypominam sobie, jak przed wielu, wielu laty w gazecie o nazwie „Dziennik” ukazała się seria reportaży z Pałacu Prezydenckiego napisanych przez niejakich Majewskiego i Reszkę, gdzie to przez kolejne dni owaj dzielni redaktorzy, opierając się oczywiście na informacjach uzyskanych od „najbliższych współpracowników” prezydenta Kaczyńskiego, opowiadali nam najbardziej sensacyjne historie na temat owej „żenady”, w jakiej jest pogrążony Prezydent z rodziną i współpracownikami. Pamiętam tamten tekst i słowo daję, że kiedy dziś czytam to co się ukazało w tygodniku „W Sieci” widzę, że to jest dokładnie ten sam rodzaj dziennikarstwa co wtedy, oparty na anonimowych oszczerstwach i zabezpieczony gwarancją pełnej bezkarności.  Ale pamiętam też, jak się wówczas zastanawiałem, kogo Reszce i Majewskiemu udało się wyciągnąć z najbliższego otoczenia prezydenta Kaczyńskiego, kto był im gotowy opowiadać o tym, co  się dzieje za drzwiami pałacu na Krakowskim Przedmieściu, włącznie z rzekomymi, najbardziej intymnymi, awanturami między Prezydentem, a jego żoną. Dziś myślę sobie, że to musiał być Michał Kamiński, no a jednocześnie jestem pewien, że przyjdzie w końcu czas, kiedy się dowiemy również i tego, kogo ma na myśli Jacek Karnowski, kiedy mówi o swoim informatorze, „bardzo ważnym polityku PiS”.
       Jesteśmy w trakcie niezwykle ważnego procesu postawania ustaw, które, w co wszyscy wierzymy, zmienią system sądowniczy w Polsce tak, że będziemy mogli powiedzieć, że Polska odniosła upragnione zwycięstwo. Między wszystkimi zaangażowanymi w tę reformę ośrodkami toczy się niezwykle delikatna polityczna gra, której natury ani poznać nie jestesmy w stanie, ani też pewnie poznać nie chcemy, bo wiemy, że jeśli my ja poznamy, to pozna ją też przeciwnik. I na to wszystko przychodzą tak zwane „wolne media” i rozpoczynają swoją własną grę, grę wedle wszelkich danych brudną, jak najbardziej czarna ziemia.
      Piszę ten tekst w niedzielę wieczorem, słucham sobie muzyki, a na ściszonym telewziorze widzę jedną z licznych ostatnio, kompletnie bezsensownych politycznych debat i naszego dzisiejszego bohatera, czyli Jacka Karnowskiego, który coś krzyczy, wymachuje ręką, grozi palcem, raz wpada w zadumę, innym razem robi groźną minę, od czasu do czasu uśmiecha się szyderczo. Nie wiem, co on mówi, nie wiem nawet czego dotyczy ta debata, ale biorę pod uwagę, że on może telewidzom opowiadać o tym, co Jarosław Kaczyński sądzi o prezydencie Dudzie, i o tym, jak to Prezesowi akurat pewnych rzeczy nie wypada oficjalnie mówić, no ale od czego ma zaprzyjaźnionych dziennikarzy? No, od czego? Oni zadbają o to, by lud pisowski się dowiedział, jak się sprawy mają, no a przy okazji niech też się wreszcie sam Prezydent dowie, za jakiego durnia uważa się go w partii, która wystrugała go z kawałka lipy.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Serdecznie polecam. 

niedziela, 1 października 2017

O Tomku i Jacku, kolegach z boiska

           Nie wiem, czy ktoś z nas tu wie, a ja mam szczerą nadzieję, że nikt, ale od pewnego czasu cena tygodnika „W Sieci” wzrosła i dziś każdy, kto ma ochotę się dowiedzieć, co ma nam do powiedzenia prawicowy mainstream, musi za tę wiedzę zapłacić tygodniowo siedem złotych bez 10 groszy. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która przez wzgląd na te siedem złotych przestała kupować wspomniane pismo, natomiast mam pewność, że dokładnie z tych samych przyczyn, dla których wciąż ukazuje się „Tygodnik Powszechny”, redaktorzy „W Sieci” mogą spać spokojnie. Są bowiem projekty, oraz reprezentowane przez nie interesy, którym upaść pozwolić nie można, a skoro nie można, to znaczy że nawet jeśli większość nakładu wspomnianych pism będzie musiała zostać przeznaczona na zmielenie, one będą się nadal bezpiecznie ukazywały, a ich cena będzie rosła wraz z apetytami coraz bardziej rozpaskudzonych redaktorów.
      Dlaczego postanowiłem się znów zająć, jak najbardziej „naszym”, tygodnikiem „W Sieci”? Otóż dowiedziawszy się, że wypowiedzi na bieżące tematy udzielił im sam prezes Kaczyński, postanowiłem po dłuzszej przerwie sobie pofolgować i przyznaję, że te siedem złotych im jednak dałem. Dzis już wiem, że, tak jak się należało spodziewać, oni dziś są jeszcze gorsi, niż byli wcześniej, jednak nie to jest pierwszym powodem, dla którego przyszło nam się dziś zajmować tym właśnie tematem. Zanim jednak przejdę do rzeczy, chciałbym przypomnieć temat, jaki zdominował wszystkie media od lewej do prawej w zeszłą sobotę i niedzielę. Otóż zbliżał się poniedziałek, kiedy to prezydent Andrzej Duda miał ogłosić swoje projekty ustaw o sądach, i oto pojawiła się informacja główna, że Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu tygodnikowi „W Sieci”, w którym oświadczył, że „musimy wiedzieć, czy Prezydent jest z nami”, oraz informacja dodatkowa, że wedle posiadanych przez Redakcję informacji, Prezydent jednak już najprawdopodobniej z nami nie jest. W tym momencie rozpętało się medialne piekło – piekło naturalnie na miarę czasów, gdzie nawet śmierć tysiecy ludzi zabsorbuje publiczną uwagę zaledwie przez parę dni – i każdy z nas zamarł w oczekiwaniu na mordobicie jakie już za chwilę się zacznie. Chyba nawet któryś z Czytelników w pewnym momencie spytał mnie, co sądzę o wypowiedzi Kaczyńskiego, na co ja odpowiedziałem, że aby tę wypowiedź skomentować, muszę się z nią zapoznać osobiście, bo do wszelkiego typu medialnych doniesień mam zaufanie szczątkowe, i choć przyznaję, że spodziewałem się jakiejś lekkiej manipulacji w postaci wyrwanego z kontekstu zdania, lub lekkiego przesunięcia akcentów, to w życiu bym się nie spodziewał, że dziś się takimi drobiazgami nikt już nie przejmuje.
      A zatem, wracając do poprzedniej kwestii, chciałem poinformowac, że, owszem, kupiłem to akurat wydanie „W Sieci”, z tym właśnie wywiadem z Jarosławem Kaczyńskim i faktycznie już na okładce przywitał mnie najjaśniejszy profil Jarosława Kaczyńskiego, oraz wielki tytuł: „CZY PREZYDENT JEST Z NAMI”, a dalej sam wywiad i równie wielki tytuł: „MUSIMY WIEDZIEĆ, CZY PREZYDENT JEST Z NAMI”. I proszę sobie wyobrazić, że dałem się zaskoczyć. Otóż, dalej nie ma ani śladu manipulacji. Żadnych kontekstów, żadnych niedopowiedzeń, żadnych wręcz tak charakterystycznych dla Prezesa niezręczności. Tam wszystko jest podane czysto i jasno, a kwestia, czy Prezydent jest z nami… w ogóle nie jest poruszona.
      Właśnie tak. Przez cały ten wywiad Jarosław Kaczyński jednym słowem nie porusza kwestii, czy Prezydent jest z nami. Owszem, tam pojawia się temat prezydenckich ustaw, jednak Prezes na ten temat wypowiada się z maksymalnym umiarem. Dylemat, czy Prezydent jest z nami, czy nie, w ogóle się nie pojawia, on okazuje się być w całości wymyślony przez redakcję tygodnika „W Sieci”. Pierwsza puszczona plotka, podobnie jak tytuł na okładce tygodnika i wreszcie tytuł samego wywiadu to nawet nie manipulacja, ale zwykłe, brutalne kłamstwo.
      Pozostaje teraz się już tylko zastanowić, dlaczego oni to robią, jakie oni stawiają sobie cele. Otóż oczywiście pierwszym z nich jest sprzedaż i to im z całą pewnością udało, przynajmniej gdy chodzi o moje siedem złotych, gdy jednak sięgniemy głębiej, to tam jest już bagno, w które lepiej nam nie wchodzić, bo ono nas zwyczajnie zadusi. Jest jednak coś, co wiemy już na pewno – prawicowe media to dokładnie ten sam mainstream, jaki znamy od lat. Mainstream żywiący się intrygą, kłamstwem i zwykłą podłością.
     Dokładnie w tym samym tygodniu, gdy bliźniacy Karnowscy odpalili aferę z prezydentem Dudą (w omawianym numerze tygodnika jest nawet tekst Jacka Karnowskiego zatytułowany „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’”), który rzekomo ostatecznie zdradził Dobrą Zmianę, ich kumpel z branży, Tomasz Lis, na portalu newsweek.pl opublikował tekst zatytułowany „Piwo dopiero po 23. Tak rząd chce walczyć ze spożyciem alkoholu”, z równie jednoznacznym podtytułem: „Rząd idzie na wojnę z piwem. I być może właśnie wypuścił dżina z butelki”, sprawiając, że pod ową informacją eksplodował bezprzykładny hejt w takiej oto kwestii, jak to „dobra zmiana” chce nas pozbawić konstytucyjnego prawa do spożywania piwa. Gdyby jednak komuś się chciało zajrzeć glębiej, doczytałby, że chodzi o to, by reklama piwa w telewizji była emitowana, nie tak jak dziś od godziny 20, a od godziny 23.20. Swój tekst Tomasz Lis kończy refleksją: „Efekt? Być może siłą zdolną obalić obecny rząd okażą się miłośnicy picia piwa pod chmurką”. Jacek Karnowski jest równie konkretny: „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’”
     A więc mamy to co mamy, i po raz kolejny jedyne co nam pozostaje, to mieć uszy czujnie nastawione na każdy syk, który do nas dochodzi. Z którejkolwiek strony.
     Zrobiło się jakoś smutno, a więc na koniec kilka słów ze wspomnianego wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, których oni akurat przezornie nie uznali za przekaz dnia, a które nam akurat dają nadzieję, że jest ktoś, kto nad tym wszystkim jednak panuje: „Są w naszej partii ludzie, którzy uważają, że jest dobrze i będzie już zawsze dobrze. To niebezpieczne myślenie”.
       Niech Bóg da mu zdrowie i długie życie.



Oczywiście, gdy chodzi o książki nic się nie zmieniło. Większość wciąż liczy na to, że „Znak” zacznie znów publikować coś, co się da czytać, a ci co wiedzą, jask jest, kupują na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Wiem, że to nie jest łatwe, ale mimo to zachęcam. Gdy chodzi o książki, to jest ostatnia stacja.

środa, 19 lipca 2017

Nasi napadają

      Dotychczas chyba nie odzywałem się w kwestiach doraźnej polityki, a już z całą pewnością nie pisnąłem choćby jednym słowem na temat tak zwanej „reformy sądownictwa”. Pierwszym tego powodem było to, że w ogóle bardzo się staram nie wcinać miedzy przysłowiowy kieliszek a zakąskę, a poza tym, przepraszam bardzo, ale cóż jest interesującego w komentowaniu spraw całkowicie oczywistych? A za taką mianowicie uważam bezwzględną konieczność zrobienia ostatecznego porządku z ową sędziowską, czy, może lepiej, całą prawniczą korporacją. Było jednak tak, że przy okazji ostatniej awantury pojawiła się pewna kwestia, która mi nie dawała spokoju, no ale, jak mówię, ani mi w głowie było zawracać ludziom tymi swoimi dylematami głowę, więc siedziałem cicho. No i oto wczoraj pod koniec dnia odezwał się Prezydent, ogłoszając, że nie podpisze ustawy o Sądzie Najwyższym, o ile Sejm nie przyjmie jego nowelizacji ustawy o wyborze członków Krajowej Rady Sądownictwa, gdzie o wyborze sędziego ma decydować już nie zwykła większość sejmowa, ale 3/5 głosujących.
      Kiedy to usłyszałem, przyznaję, że odetchnąłem z ulgą, przede wszystkim dlatego, że Prezydent zadeklarował gotowość podpisania ustawy o Sądzie Najwyższym, na której nam wszystkim bardzo zależy, ale też przez to, że on swoim oświadczeniem rozwiązał problem owego KRS-u. Ja bowiem nie mogłem znieść sytuacji, kiedy naczelnym argumentem za tym, że zmiany w systemie sprawiedliwości są jak najbardziej uczciwe i nie mające niż wspólnego z polityką, jest to, że sędziów Sądu Najwyższego nie będzie wybierał Sejm, ale wskazani przez Prawo i Sprawiedliwość sędziowie. Przepraszam bardzo, ja jestem starym kaczystą i do końca moich dni będę głosował na Prawo i Sprawiedliwość, ale to w żaden sposób nie oznacza, że jestem idiotą, który nie rozumie, co się dzieje. Nie może być bowiem tak, że politycy Prawa i Sprawiedliwości uznali, że z tą swoją nędzną większością jakoś dociągną do następnych wyborów, potem się zobaczy, a ja się będę na to głupio uśmiechał. Niech się może trochę bardziej postarają i bardzo dobrze, że prezydent Duda ich do wyjścia z tej gnuśności zmusił.
      Ale jest jeszcze coś, co uważam za dużą korzyść płynącą z prezydenckiego gestu. Otóż on w ten sposób przekazał części parlamentarnej opozycji bardzo czytelną wiadomość, że oto przed nimi ostatnia szansa, by zdążyć na pociąg, który już za chwilę odjedzie. Że oni oczywiście dostaną miejsce w wagonie towarowym, i na razie lepiej już nie będzie, ale przynajmniej nie zostaną na peronie ze Schetyną i Petru i tą całą bandą durniów, którzy dziś się cieszą, że może Adrian stał się wreszcie Andrzejem. Mało tego. On również pokazał tej naszej nieszczęsnej Europie, że zmiany, jakie  następują w Polsce, mieszczą się jak najbardziej w cywilizacyjnym standardzie i w ten sposób większości z nich zwyczajnie zamknął usta. Ale i to nie koniec. Dzięki temu wystąpieniu, Andrzej Duda zapewnił nam bardzo dobrą przyszłość. Właśnie tak. Przyszłość.
      I oto, proszę, sobie wyobrazić, w pierwszej reakcji na wystąpienie prezydenta Dudy, publiczna telewizja poprosiła o wypowiedż najpierw Jerzego Targalskiego, następnie Jacka Karnowskiego, potem jakiegoś anonimowego podobno prawnika, a na końcu – to nie żart – Mariana Kowalskiego, z których każdy, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, oskarżył Andrzeja Dudę o zdradę. Targalski posunął się wręcz do tego, że użył słowa „Targowica”.  Oglądałem relację Telewizji Polskiej i, powiem szczerze, byłem pod wrażeniem. To co oni – a mnie tu oczywiście, ze zrozumiałych względów,  najbardziej zajmuje Karnowski –  odstawili, w pierwszej chwili po tym jak Prezydent wygłosił swoje oświadczenie, pozwoliło nam wszystkim niemal w jednej chwili zorientować się, kto jest kim.
     Kiedy piszę ten tekst, czytam, że odbyło się spotkanie Prezydenta z marszałkami Sejmu i Senatu i że skuteczna i pełna reforma sądownictwa pozostaje niezagrożona, co tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że my tu tak naprawdę wiemy tylko tyle, ile nam się wiedzieć pozwoli. Rzecz w tym, że myśmy tę prawdę znali od zawsze, a taki Karnowski z Targalskim poznali dopiero co i w tym momencie znaleźli się tuż obok takiego Tomasza Lisa. Co za wstyd.
      Spieprzać, dziady!!!


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje ksiązki. Polecam serdecznie.

czwartek, 23 stycznia 2014

O prawicy bez rozumu, bez ducha i bez charakteru

Wspominałem już o tym parę razy, ale ponieważ głupio tak lekceważyć czytelników, którzy są albo nowi, czy może się zagapili, powtórzę. Otóż, jeśli po naszym mieszkaniu wszędzie walają się numery tygodnika „W Sieci”, to głównie ze względu na sentymenty i emocje naszej najstarszej córki. Ona kiedyś, jeszcze przed laty, uznała, że bliźniacy Karnowscy to porządni, uczciwi i utalentowani dziennikarze, w obliczu znanej nam wszystkim sytuacji w polskich mediach, uczepiła się owej myśli jak pijany płotu, no i dziś, przez to, że już ma swoje pieniądze, kupuje ten tygodnik, i to niezależnie od tego, ile tam pojawi się tekstów sygnowanych przez Łukasza Warzechę, Krzysztofa Feusette, czy tę nieszczęsną Dorotę Łosiewicz.
Mieliśmy ostatnio wymianę, która zapowiadała się, jak wielka awantura, ale, choć obie strony pozostały na ustalonych z góry pozycjach, jakimś cudem zakończyła się pokojowo. Skoro jednak nie udało mi się wygrać tam, spróbuję powiedzieć, o co mi chodzi, tutaj. Otóż, jak z pewnością pamiętamy, dość niedawno, dziennikarz TVP Andrzej Turski, jeden z ostatnich, że tak to określę, autentycznych dinozaurów późnego PRL-u, prowadząc kultową gdzieniegdzie audycję pod nazwą „Panorama”, robił wrażenie słabo przytomnego, czego nie omieszkał zauważyć portal wpolityce.pl, i napisał w tej sprawie niezwykle prześmiewny komentarz, sugerując, że Turski występował po pijaku.
Stało się jednak tak nieszczęśliwie, że, jak się okazało, zachowując się tak, jak się zachowywał, Turski nie był wcale pijany, tylko bardzo ciężko chory, co zresztą niemal natychmiast udowodnił, umierając, no i pozostawiając redaktorów wpolityce.pl w sytuacji co najmniej niezręcznej.
Ktoś powie, że trudno. Shit happens. Dziennikarze generalnie chleją, wielu z nich chleje w sposób skandalicznie wręcz oficjalny, są tacy, którzy ze swoim stanem nie ukrywają się nawet w obliczu ogólnopolskiej kompromitacji, padło akurat na Turskiego, no a ponieważ ktoś taki jak on musiał budzić różnego rodzaje emocje, prawicowe dziennikarstwo w sposób naturalny połknęło haczyk… no i stało się. Otóż nic z tego. Tak to ewentualnie – choć i tu nie mam pewności – mógłbym się zachować ja, który jedyne, co ma, to ten telewizor i swoje nędzne doświadczenie. Jeśli jednak mówimy o firmie w rodzaju wpolityce.pl, można by się spodziewać, że oni akurat wiedzą więcej, a nawet, jeśli nie wiedzą, to mają różne sposoby, żeby sprawę zbadać. Jeśli jednak redakcja portalu wpolityce.pl rzuciła się na temat jak pijak na flaszkę żołądkowej gorzkiej, to akurat o nich świadczy to jak najgorzej.
I oto stała się rzecz absolutnie niezwykła. Władze TVP zrobiły coś, czego my od lat nie jesteśmy się w stanie doczekać ze strony tak zwanych „naszych”, a mianowicie, uznając, że ich kolega i przyjaciel został potraktowany w sposób rażąco niesprawiedliwy, i to na poziomie nie zwykłego politycznego mordobicia, ale życia i śmierci, postanowiło, że redaktor Jacek Karnowski dostaje dożywotni zakaz wstępu za próg firmy.
Ja Turskiego, jak większości prawdziwych funkcjonariuszy Systemu, szczerze nie znosiłem. Karnowskiego też nie lubię, choćby od czasu, gdy któryś z nich, wraz z Erykiem Mistewiczem i Janem Hartmanem, podczas mojego występu w programie Jana Pospieszalskiego, potraktował mnie, jak szmatę, jednak w konfrontacji Turski – Karnowski zdecydowanie chciałbym stać po stronie Karnowskiego. Niestety, nie mogę. Przede wszystkim dlatego, że Karnowski, jako pierwsza twarz portalu wpolityce.pl, jak również jego partnerka w interesach, wspomniana wcześniej Dorota Łosiewicz, prowadząca, nieznany mi akurat kompletnie, portal wsumie.pl, który, jak się okazuje był pierwszym dostarczycielem newsa na temat rzekomego pijaństwa Turskiego, zrobili z siebie kompletnych idiotów, i zamiast przeprosić i się zamknąć, nie dość, że postanowili udawać, że nic się nie stało, to jeszcze dziś rwą sobie włosy z głowy, drąc mordy na temat cenzury.
I oto mamy najnowszy numer tygodnika „W Sieci”, i bliźniaków Karnowskich, którzy tym razem do swojej cotygodniowej pogawędki zaprosili Jana Pospieszalskiego i Pawła Nowackiego, autorów programu TVP Info „Bliżej”. Tematem rozmowy jest rzekomy skandal związany z decyzją władz TVP, by za jego zaangażowanie w sprawę, wystawić Jackowi Karnowskiemu czarne papiery i go do firmy nie wpuszczać. Rozmowa jest odpowiednio długa, ilustrowana odpowiednimi zdjęciami, na których widzimy wszystkich czterech bojowników o wolność słowa w Polsce i na świecie, i żaden z nich ani jednym zdaniem nie wspomina o tym, co tak naprawdę stało za zorganizowanym przez TVP bojkotem osoby Jacka Karnowskiego. Cała czwórka aż kipi z oburzenia na antycywilizacyjne i antywolnościowe praktyki TVP, jednak choćby na krótki moment nie pojawia się w rozmowie nazwisko Andrzeja Turskiego. Jedyne, czego się dowiadujemy, to to, że TVP jest rzekomo w jakimś prawnym sporze z Karnowskimi, co w dodatku jest podobno bezczelnym kłamstwem. Pojawiają się wszelkie możliwe tematy, zaczynając od lasów państwowych, a kończąć na oczywiście Smoleńsku, nazwiska Barbary Fedyszak Radziejowskiej, Ryszarda Legutki, Zdzisława Krasnodębskiego, Mariana Brandysa, Herberta, abp Hosera, nawet księdza Popiełuszki – o Turskim ani słowa. Przepraszam, że to powtarzam już po raz setny, ale zupełnie jakby cała czwórka uznała, że czytelnicy tygodnika „W Sieci” to banda idiotów, którym wystarczy nawrzeszczeć do ucha, żeby przyjęli wszystko, co im się każe.
No, ale, tak naprawdę, nie chodzi nawet i o to. To że oni uważają nas wszystkich za durniów, to sprawa stara i wyjątkowo już nudna. Ja dziś chciałem naprawdę stanowczo wyrazić swoje poparcie dla postawy zaprezentowanej przez władze TVP. Oczywiście nie mam pewności, na ile intencje, jakie stoją za tą decyzją są czyste, a na ile wynikają one z prostej chęci dokuczenia komuś, kogo się szczerze nie znosi, niemniej jednak ja jestem pod autentycznym wrażeniem. Sępy należy tępić, a jeśli są to sepy szczególnie bezczelne, to tępić bez litości. To, co zrobiła TVP w stosunku do Jacka Karnowskiego, to jest coś, co od lat stanowi moje najskrytsze marzenie: doczekać czasów, kiedy oni – i tym razem nie mówię o „naszych”, ale jak najbardziej o „onych” – wszyscy z dnia na dzień zostaną zrzuceni z tego miejsca, które zajmują, do publicznego niebytu. Gdyby to ode mnie zależało, gdybym ja po raz pierwszy zobaczył jakiegoś Jacka Żakowskiego, Katarzynę Kolendę, Grzegorza Miecugowa, Monikę Olejnik, Jarosława Kuźniara, czy dziesiątki innych, jak przychodzą, by się lansować w miejscu, gdzie ja podejmuję decyzję, każdego z nich bym zwyczajnie wystawił za drzwi, z osobnym dla każdego oświadczeniem, informującym go, że za to, co zrobił, do końca życia będzie się mógł najwyżej produkować u siebie w domu. Gdybym był szefem telewizji o pewnej podstawowej autonomii, każdy człowiek na portierni zostałby bardzo starannie przeszkolony, by w momencie, gdy do budynku będzie próbował wejść którykolwiek z nich – Knapik, Kuźniar, Pałasiński… można wymieniać – wołał ochronę. I to, uważam, byłoby z mojej strony zachowaniem jak najbardziej naturalnym.
Na sam koniec jeszcze jedno konieczne wyjaśnienie, na wypadek, gdyby ktoś uznał, że ja uważam Jacka Karnowskiego, Dorotę Łosiewicz, czy całe to nasze prawicowe towarzystwo za równie zepsute, jak wspomniani wcześniej Żakowski, czy Kolenda-Zaleska. Nie. Ja wciąż wierzę, że oni są zepsuci jednak mniej, rzecz natomiast w tym, że ja przede wszystkim postępowanie władz TVP rozumiem, a poza tym, obawiam się – i daje słowo, że, kiedy to piszę, jest mi niewyobrażalnie przykro – że oni, nawet jeśli sa od nas podlejsi, mają znacznie więcej zwykłego ludzkiego charakteru, niż którykolwiek z nas. I to jest dopiero smutne.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym nie mam niemal już nic. Dziękuję.

środa, 15 lutego 2012

Towarzystwo Świńskiego Truchtu wzywa do akcji

Ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że zajmowanie się tu tak zwanym dziennikarstwem prawicowym i tak zwanymi prawicowymi publicystami jest zajęciem co najmniej jałowym. Piszę „co najmniej”, bo sama jałowość może by i aż tak bardzo nie szkodziła, natomiast istnieje obawa, że w pewnym momencie ktoś może dojść do przekonania, że ja, walcząc z tą ostatnią już częścią polskich mediów, która stara się przekazywać prawdę o naszej rzeczywistości, zwariowałem, i zacznie mnie traktować tak, jak niektórzy traktują choćby naszego kolegę Coryllusa. Z drugiej jednak strony, mam nadzieję, że nikt nie sądzi, że jeśli ja nie polemizuję z dorobkiem publicystycznym tak wybitnych przedstawicieli mediów stricte reżimowych, jak Jacek Żakowski czy Janusz Majcherek, to dlatego, że ja im nie mam nic do powiedzenia. Otóż ja mam im do powiedzenia bardzo dużo – i nie tylko do powiedzenia – tyle że zwyczajnie z nimi gadać mi się nie chce. Natomiast z braćmi Karnowskimi jak najbardziej.
Ktoś z kolei powie mi w tym momencie– a niewykluczone że to będzie wspomniany Coryllus – że tak jest jeszcze gorzej. Że Karnowscy od Żakowskiego są jeszcze gorsi, i przedstawi mi na to swoje dowody. I ja jak najbardziej biorę pod uwagę taką możliwość. Że czym dłużej będziemy się tu tak męczyć ze sobą i z tym wszystkim, co nas otacza, tym coraz częściej będzie dochodziło do sytuacji, że już nie nazwisko na przykład Marii Czubaszek będzie wywoływało reakcje sprowadzające się do wzruszenia ramionami i pełnego poczucia wyższości pytania: „Że też ci się chce słuchać tego babska”, ale już choćby wspomnienie samego, żeby się już trzymać towarzystwa dawnej „Trójki”, Marcina Wolskiego. Tyle że w jaki sposób ma to zmienić sytuację tego bloga? Czy to znaczy, że w ogóle już z nikim rozmawiać nie warto? Że ja już mam się tylko zajmować głoszeniem Słowa Bożego? Jak, nie przymierzając, Tomasz Terlikowski?
Jak zatem widzimy, jesteśmy troszeczkę na rozdrożu. I stoimy tu kompletnie sami, ze swoim rozczarowaniem i nieufnością do wszystkich i wszystkiego. Myślę ostatnio o tym dużo i bardzo się staram odpowiedzieć sobie na pytanie, co sprawiło, że jest tak właśnie jak jest. Kto jest temu najbardziej winien, i konsekwentnie – na co trzeba mieć przede wszystkim oko? Przepraszam bardzo jeśli kogoś tu urażę, ale gdziekolwiek bym próbował szukać, dochodzę do wniosku, że wrogiem są przede wszystkim media. Nie media tak zwane mainstreamowe, nie liberalne, nie lewicowe, ale wszystkie. Media, w jakikolwiek sposób stanowiące część Systemu. A więc i media Lisa i media Lisickiego i media Sakiewicza. Bez jakiegokolwiek rozróżnienia. Dlaczego tak uważam? Najprościej oczywiście – a przy okazji, niewykluczone, że najbardziej celnie – byłoby powiedzieć, że dlatego mianowicie, że Lis z Lisickim z całą pewnością są „na ty”. Że „na ty” są ze sobą Karnowski i Wołek, Ziemkiewicz i Żakowski, Semka i Wielowiejska i wreszcie Sakiewicz i Stasiński. Że oni wszyscy są ze sobą dokładnie tak samo zakolegowani, jak – po stronie podobno przeciwnej – Kalisz z Cymańskim i Kurski z Szejnfeldfem. To jest jedno towarzystwo, i jakkolwiek byśmy się starali tu szukać jakichś wciąż jeszcze niezajętych miejsc, to ich nie znajdziemy.
Tak by było oczywiście najprościej, jednak chyba tylko wtedy, gdybyśmy chcieli przekonywać tych co już i tak wiedzą, lub choćby się tylko domyślają. A zatem wypada troszkę ten temat podrążyć. Otóż jestem pewien, że wszyscy, którzy się tu na tym blogu regularnie spotykamy, zgodzimy się co do tego, że gdyby nie media, Platforma Obywatelska już dawno przestałaby istnieć, a wspomnienie o niej ograniczałoby się wyłącznie do jakichś nikomu niepotrzebnych uwag gdzieś na blogach. W ciągu minionych 5 lat było tyle okazji, żeby ten dziwny projekt – wraz z tą dziwną załogą – wysłać na Księżyc, lub jeszcze wyżej, że jeśli tak się nie stało, to wyłącznie dzięki temu, że System stworzył wokół niego pas ochronny, który gwarantuje, że choćby nie wiadomo co się działo, do rewolucji nie dojdzie. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że cała klasa polityczna, ale w ogóle cała polska inteligencja, znajdują się w tak dramatycznym kryzysie, że trudno jest naprawdę kogokolwiek bronić. Fakt pozostaje jednak faktem. Jeśli obecna władza w Polsce, z premierem, prezydentem i ministrami, ale też i wymiarem sprawiedliwości i mediami radzą sobie wciąż tak dobrze, to w żaden sposób nie dlatego, że mamy słabą opozycję. A to jest właśnie to, co słyszymy z każdej możliwej strony. Że gdybyśmy mieli opozycję z prawdziwego zdarzenia, to już dawno mielibyśmy od tego dziadostwa święty spokój. Że przy tak marnej opozycji, nie ma się czemu dziwić, że zło, korupcja, kłamstwo i to wszechogarniające amatorstwo tryumfują.
I to jest coś co mnie nieustannie zadziwia. Proszę zwrócić uwagę. Nikt normalny chyba nie kwestionuje faktu, że niemal każdy element tej układanki działa na najgorszym możliwym poziomie. Że zarówno państwo, jak i cała sfera aktywności prywatnej, pogrążone są w totalnym kryzysie. Zbliża się Euro 2012, a my już wiemy, że ta nasza szansa na wielki polski skok cywilizacyjny została ostatecznie i do końca zmarnowana. Nie będzie ani dróg, ani stadionów, ani dworców, ani lotnisk. Może co najwyżej pojawi się parę nowych galerii handlowych. Dlaczego? Z czyjej winy? Przede wszystkim bezprzecznie z winy rządu, ale też z winy wszystkich tych, którzy w to Euro w ten czy inny sposób byli zaangażowani, i potrzebowali na nim coś tam zarobić. Ale przecież nie chodzi tylko o Euro. Policja, sądy, prokuratura, urzędy, Poczta Polska, ZUS, polska sztuka, film, muzyka… można by wymieniać, powoli przestają istnieć. Nawet banki, o których się mówi, że stanowią tę zieloną wyspę na polskiej współczesności, jeśli wciąż tak dobrze funkcjonują, to wyłącznie dlatego, że wokół jest wystarczająco dużo tej wyżej wymienionej nędzy, by im akurat się powodziło. Bo jeśli się zastanowić, to ten akurat biznes jest akurat z tego wszystkiego najprostszy do opanowania. Gdyby mnie ktoś umożliwił uruchomienie czegoś w rodzaju banku, a on by wyglądał tak, że z naszych czterech pokoi trzy zostałyby przeznaczone na skład pieniędzy przynoszonych przez ludzi, a jeden na pieniądze przeznaczone do pożyczania, to ja bym musiał tylko zorganizować porządny system egzekucji długów, a wtedy nawet nie musiałbym tego interesu doglądać. Zresztą spójrzmy, jak działają te wszystkie firmy, rozlepiające ogłoszenia na murach, z których każde zaczyna się od słów „Nie jesteśmy bankiem”, a kończy „Starszym obywatelom zapewniamy darmowy transport”. A więc ta cała gadka o tym, że polskie banki świetnie sobie radzą w czasach kryzysu, to zwykłe zawracanie głowy. Dokładnie tak samo świetnie sobie radzi ów lokalny bandzior, który chodzi wkoło, daje w mordę i zabiera ludziom pieniądze.
I w tym całym nieszczęściu, przychodzą do nas dziennikarze i informują, że to wszystko przez opozycję. Że gdyby opozycja była na poziomie, to można by było przejąć władzę i powoli zacząć wszystko odbudowywać. Niestety, z taką opozycją tego zrobić się nie da. Z taką opozycją, o jakiejkolwiek zmianie nie ma co nawet marzyć. Że gdybyśmy mieli opozycję z prawdziwego zdarzenia, to wspólnie z dziennikarzami – oczywiście tymi naszymi – zrobilibyśmy w jednej chwili porządek. Swoje media już mamy, odpowiednie przyczółki „na mieście”, w postaci Klubów Gazety Polskiej i Solidarnych 2010, a podobno ostatnio nawet jakichś Archipelagów Polskości, służących wszystkim potwierdzonym patriotom odpowiednim coachingiem. Nawet owym coaching, jak najbardziej. No i teraz tylko jeszcze przydałaby się nam porządna reprezentacja polityczna. A tu, niestety, jest kłopot, bo Jarosław Kaczyński jest zbyt mało profesjonalny, jak na wyzwania współczesności.
I ja właśnie o to mam żal do tak zwanych „naszych” dziennikarzy. O to, że oni postanowili uczestniczyć w tej naszym wspólnej boju, nie mając kompletnie pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi i co jest czego przyczyną i powodem. Oni uznali nagle, że skoro społeczeństwo jakoś już tam się zorganizowało, że te 20, czy 30 procent to siła stosunkowo duża i względnie stabilna, to fakt, że i oni jakoś się w to zgodzili zaangażować i będą pisać wyłącznie prawdę, sprawia, że droga do zwycięstwa staje się prosta. Niech no tylko ten PiS zrobi u siebie porządek, to może nawet w samym środowisku dziennikarskim zawrze i kto wie, czy do nas nie dołączą też inni? Choćby tak jak to niedawno zrobili Majewski z Reszką.
Otóż nic podobnego! To jest diagnoza tak kompletnie błędna, że gdyby nie to, że tak wielu z nas ją przyjmuję, byłoby mi wręcz wstyd o niej pisać i z nią dyskutować. Prawda jest bowiem taka, że jeśli cokolwiek ma się w Polsce zmienić, początek tym zmianom nie ma dać Jarosław Kaczyński i jego partia. Oczywiście, byłoby świetnie, gdyby tam się coś poprawiło. Byłoby znakomicie, gdyby nagle każdy z nich się zabrał do roboty i pokazał, że mu zależy na Polsce. Powiem szczerze, że mi by nawet wystarczyło, gdyby nie tylko Jarosław Kaczyński, ale wszyscy pozostali politycy PiS-u przestali się kumplować z tą całą bandą zdrajców i zaprzańców. Nie zmienia to jednak faktu że wszystko musi się zacząć w mediach. Dopóki media – choćby i te tak zwane „nasze” – będą stanowiły część Systemu, nie ma w ogóle o czym mówić. A media się nie zmienią – mam tu wciąż na myśli wyłącznie media prawicowe, bo tamte mnie nie interesują – dopóki ich bazę stanowić będą durnie i osły bez pojęcia i bez kręgosłupów.
Czy stało się coś, co mi kazało pisać dziś ten tekst, właśnie w takim kształcie? Owszem. Wprawdzie to nic takiego, ale owszem – stało się. Otóż poszło, jak się można domyślać, o „Uważam Rze” i Karnowskich. Prawdopodobnie w celu zaznaczenia swojej otwartości na inne środowiska i udobruchania wszystkich tych, których po ubiegłotygodniowej rozmowie z ojcem Rydzykiem udobruchać należało, tym razem przeprowadzili oni rozmowę z przewodniczącym KRRiT Janem Dworakiem, poświęcili ją niemal w całości próbie przekonania Dworaka, że radio i telewizja kłamią, i w tej rozmowie od początku do końca polegli. Ktoś się spyta, czemuż to mianowicie polegli oni przy zadaniu, wedle wszelkich danych, tak nieprzyzwoicie prostym? Otóż z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że oni nie są w stanie dyskutować z Dworakiem na temat medialnej opresji, bo zwyczajnie nie mają o niej pojęcia, a drugi to ten, że oni się jak zwykle – czy to z lenistwa, czy ze zbyt dużej pewności siebie – do tej rozmowy kompletnie nie przygotowali. Karnowscy, próbując zaczepiać Dworaka o brak pluralizmu w mediach i o medialne manipulacje, od samego początku przyjęli jego metodę, a więc wyszli z założenia, że wszystko zależy od tego, by sprawiedliwie porozkładać wpływy, wpuścić na antenę kilku „niepokornych” dziennikarzy, upomnieć paru wariatów, by przestali wykorzystywać antenę do manifestowania swoich prywatnych obsesji, a wszystko się ułoży. Słysząc te idiotyzmy, Dworak zrobił to co się wręcz narzucało, a więc poinformował Karnowskich, że on się oczywiście stara wszystko bardzo sprawiedliwie podzielić, ale że przecież każdy widzi, że pluralizm już jest i ma się dobrze. O czym świadczy choćby to, że ukazuje się taki magazyn jak „Uważam Rze”, a jak idzie o telewizję, to chyba każdy widzi, jak się ostatnio bezlitośnie krytykuje rząd.
Daję słowo, że tak było. Dokładnie tak to wyglądało. Jeden z Karnowskich, prawdopodobnie po to, żeby ostatecznie Dworaka pogrążyć, i w najgłębszym przekonaniu, że świetnie wie, jak to zrobić, zwrócił się do niego w taki oto sposób: „Nie można mówić o zdrowej demokracji, kiedy wszystkie główne stacje telewizyjne chwalą rząd dzień po dniu”. Gdybym nie wiedział, kto tu jest kim i że prawdopodobnie jednak mamy tu tylko do czynienia ze zwykłą tępotą dwóch panów, musiałbym uznać, że oto mamy tak zwaną ustawkę, gdzie para reżimowych dziennikarzy prowadzi udawany wywiad z reżimowym urzędnikiem, gdzie wszyscy się wcześniej umówili, że pytania muszą być ostre, a odpowiedzi spokojne i nie znoszące sprzeciwu. No bo co to się tu dzieje? Karnowscy są naprawdę przekonani, że problemem naszych mediów jest to, że one chwalą rząd. Oni naprawdę widzą rzeczywistość w ten sposób, że media od rana do wieczora, wbrew faktom i wbrew najbardziej przejrzystej rzeczywistości, chwalą rząd, zgnuśniała opozycja na te kłamstwa nie jest w stanie przedstawić choćby pozorów aktywności, a biedny naród daje się tu tak fatalnie nabierać? Otóż wygląda na to że tak. Że oni dokładnie w ten sposób to widzą. Reżimowe media chwalą nieustannie rząd, a oni – niepokorni dziennikarze – bez pomocy silnej opozycji nie sa w stanie się przebić.
Nie ma się więc co dziwić, że Dworak – człowiek, który, w odróżnieniu od tych dwóch bęcwałów świetnie wie, co się dzieje – z zupełnie czystym sumieniem może na to odpowiedzieć, ze ależ on się zgodzić nie może. Przecież każdy widzi, że ostatnio rząd jest nieustannie we wszystkich telewizjach atakowany, za „aferę lekową, opóźnienia w budowie autostrad, ACTA, Stadion narodowy, a teraz już i wiek emerytalny”, i że oczywiście, wciąż można ich atakować jeszcze bardziej, ale niedługo, kiedy już wejdą te multipleksy, na pewno Karnowscy będą mieli jeszcze więcej powodów do satysfakcji.
A ja akurat podejrzewam, że on specjalnie wspomniał o tych multipleksach, żeby ich skutecznie sprowokować do zadania pytania o Rydzyka, gdzie ich – jak już wspomniałem, kompletnie nieprzygotowanych – rozniósł na strzępy. A im nawet nie przyszło do głowy, by go spytać, dlaczego, skoro jest taki serdeczny i szczery, do ojca Rydzyka zwraca się per „pan”, i, zamiast tego – naprawdę! – błagali go, żeby jako „człowiek ‘S’, wyrosły z tradycji katolickiej”, zechciał wesprzeć polski patriotyzm. A w tej sytuacji oczywiście, to on ma rację, a nie Karnowscy. Czy dlatego, że on stoi po stronie światła, a oni po stronie ciemności? Ależ skąd! Tu w ogóle chodzi o co innego. Sprawa polega na tym, że on wie, że reprezentuje System i czego ów System od niego wymaga, a oni, nieboraczki, tego nie wiedzą, a ponieważ są całkowicie bezwolni, wystarczy ich odpowiednio popchnąć, by robili dokładnie to, czego się od nich oczekuje. Karnowscy – a z nimi cała reszta tej naszej prawicowej żurnalistyki – są szczerze przekonani, że jeśli rząd krytykuje jedynie Miecugow z Morozowskim, to ta krytyka jest niepełna, ta krytyka krytyką nie jest. Dopiero sytuacja, kiedy obok Miecugowa i Morozowskiego pojawi się Lisicki z Wildsteinem, to ludzie pojmą, co tak naprawdę się wyprawia i odwrócą się od złych rządów Donalda Tuska. Oni są o tym przekonani, bo zwyczajnie nie mają pojęcia, że stan, w jakim dziś znalazła się Polska, jest utrzymywany we względnej stabilności nie dzięki prostemu kłamstwu, ale dzięki bardzo skomplikowanej manipulacji. Że nawet jeśli wszystkie informacyjne i publicystyczne programy we wszystkich telewizjach i stacjach radiowych, i wszystkie poważne analizy we wszystkich poważnych dziennikach i magazynach, nagle zamienią się w antyrządową strzelnicę, to większość społeczeństwa w najlepszym wypadku pozostanie na stan w jakim znalazła się Polska obojętna. Dlaczego? Bo za tym strzelaniem nie będzie stał jakikolwiek poważny plan, poza jednym – że wszystko ma zostać tak jak jest. Z dominującym poczuciem beznadziei i równie powszechnym życzeniem, by wreszcie Jarosław Kaczyński zdechł.
Napisałem, że Karnowscy są tępi. Czy tak jest w rzeczywistości? Możliwe. Ale możliwe jest też inne wyjaśnienie tej zagadki, i, powiem szczerze, że ono mnie być może przekonuje jeszcze bardziej. Otóż biorę pod uwagę, że za tym co oni robią i mówią, nie stoi jakieś szczególne bałwaństwo, ale że ich determinuje to, że są częścią branży dziennikarskiej, a więc branży, która się niemal w całości sprostytuowała na rzecz Systemu, i że ci wszyscy ich koledzy, którzy biorą udział w tym procederze, to nie są jacyś tam błądzący zwolennicy Platformy Obywatelskiej, lecz normalni kolaboranci. I gdyby im to przeszkadzało, to by się z tego uwikłania wyzwolili. Tyle tylko że im to akurat w ogóle nie przeszkadza. Dlatego właśnie sobie wmawiają, że to nie chodzi o System, ale wyłącznie o ludzkie postawy. O walkę prawdy z kłamstwem na poziomie czysto indywidualnym. Że kiedy oni piszą, że są „autorami niepokornymi”, oni autentycznie w to wierzą. Bo inaczej musieliby uznać, że nie są nawet dysydentami. I że to oni tak naprawdę są winni temu, że w Polsce dzisiejszej tryumfuje przemoc i kłamstwo. A gdyby to uznali, następnym krokiem musiałoby być to, że zaczęliby się zwracać do Dominiki Wielowiejskiej per „proszę pani”. A tego nie zrobią. Bo to jest całe ich życie. I, powiem uczciwie, że ja to jestem w stanie zrozumieć i przyjąć. Tylko niech oni przestaną wreszcie pieprzyć, że to wszystko przez marną opozycję. Bo słuchając tych idiotyzmów, można dostać jasnej cholery. A cholera, jak wiemy, jest bardzo niezdrowa.

Jak kiedyś powiedział Jack Torrens, „I’ve been away. But I’m back”. Nie pisałem troszkę dłużej, bo tekst o Polakach i Żydach bardzo się spodobał, i pomyślałem, że niech będzie sobie troszkę dłużej tu eksponowany. Dziękuję wszystkim za dobre słowa. Dziękuję również za finansowe wspieranie tego bloga. Oczywiście proszę o dalszą, stałą pomoc. Również przez kupowanie książki. I tu, i w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” i w Poznaniu u Karmelitów na Działowej, i w Warszawie w Alejach KEN w sklepie Foto-Mag.

środa, 25 stycznia 2012

Niepokornym truchtem, czyli czemu kłamią?

Pamiętam go jeszcze z czasów mojego blogowania. Był uczniem maturalnej klasy w którymś z krakowskich liceów, interesował się piłką nożną i popierał Prawo i Sprawiedliwość. Przez moje nauczycielskie kompleksy, ile razy z nim rozmawiałem, pytałem o naukę, o maturę, o przyszłe studia i takie tam. O polityce chyba raczej nie rozmawialiśmy, bo o czym tu gadać? Lubiłem go czytać pewnie też trochę dlatego, że każdy normalny nauczyciel lubi uczniów, którzy choć trochę potrafią myśleć i te myśli jakoś tam w miarę poprawnie wyrażać. A więc, niby nic takiego, ale jak na moje skromne wymagania – wystarczyło.
Spotkałem go na trzecich urodzinach Salonu w Warszawie i uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to taka, że to był przede wszystkim bardzo sympatyczny i ładny chłopak – typ, który kiedy nasza córka przyprowadzi go do domu, to sobie myślimy, że okay, może być – natomiast druga, że on był trochę, jak na moje gusta, zbyt chętny do zaprzyjaźniania się. Ze wszystkimi, a już zwłaszcza z tymi, których jakoś tam znał. Chodził od jednego do drugiego i z tym swoim uśmiechem wręcz się do wszystkich tulił. Po chwili się gdzieś zgubił, a po paru dniach Krzysztof Leski poinformował na blogu, że on i jego kumple zabrali go tamtego wieczora ze sobą na kaszankę. Kiedy po pewnym czasie dowiedziałem się, że on zaczął już publikować w paru różnych mainstreamowych pismach, pomyślałem sobie, że ja to rozumiem. Przychodzi ktoś taki do jednej czy drugiej redakcji – trudno go nie pokochać.
Ów stopniowy awans miałem okazję obserwować w dość ciekawy sposób. Otóż, kiedy czytałem jego notki, a zwłaszcza komentarze na innych blogach, nie mogłem nie zauważyć, że on jest na ty z coraz większą liczbą tzw. „ czerwonych” blogerów, i że tę zażyłość bardzo stanowczo stara się przy każdej okazji demonstrować. To rozpychanie się uderzyło mnie szczególnie, kiedy któregoś dnia zaczął pisać o sobie „my”. Kiedy indziej, kiedy wszedłem w jakiś spór z jednym z moich ulubionych blogerów – i nie tylko blogerów – Krzysiem Wołodźką, on się natychmiast zgłosił i mnie zrugał, że jak ja mam czelność tak bez szacunku zwracać się do „Krzyśka”. I pewnie nawet bym tego spięcia nie zapamiętał, gdyby nie bardzo charakterystyczna relacja samego Wołodźki, który straszliwie brutalnie powiedział mu, by się nie wtrącał jak starsi rozmawiają.
Tak czy inaczej, awans ów trwał nadal, i dziś niegdysiejszy skromny maturzysta jest już zdecydowanie kimś na tej jeszcze trochę blogerskiej, a trochę już mainstreamowej scenie. A ja, jeśli o nim dziś wspominam, to wcale nie po to, by mu coś wyrzucać, czy z niego kpić. Wręcz przeciwnie. Ja go autentycznie podziwiam. Od pierwszego momentu, kiedy spostrzegłem, jak on bardzo jest zdeterminowany, by osiągnąć sukces, autentycznie mu zazdrościłem. Myślałem sobie w taki oto sposób – oto mamy dwudziestolatka, który jak na razie jedyne co ma, to zaledwie swój osobisty wdzięk i pewien skromny talent do opisywania swych dość skromnych refleksji, a tu wystarczy jeszcze odrobina determinacji, by w końcu zacząć się rozpychać. I to rozpychać jak najbardziej skutecznie. Ja tak nigdy nie potrafiłem i pewnie trochę i przez to jestem dziś tu gdzie jestem. Tymczasem to trzeba właśnie tak. Pomaleńku, ale zdecydowanie, i cały czas bardzo czujnie, by niczego bron Boże nie przegapić.
Kiedy pisałem w Salonie, miałem tam pewną pozycję. Na tyle istotną, że zarówno Janke, jak i Krawczyk – nie mówiąc już o Leskim i czy Warzesze – świetnie wiedzieli, kim ja jestem. I pamiętam, że kiedy pojawiłem się na tamtych urodzinach, oni wszyscy zareagowali na moją obecność dokładnie tak, jak sobie w swojej próżności mogłem tylko zażyczyć. A zatem, nie mam najmniejszej wątpliwości, że już wtedy mogłem wykonać parę bardzo prostych ruchów, żeby może nie pójść na kaszankę z Leskim, ale na przykład posiedzieć przy stoliku z Igorem Janke. Jednak tego nie zrobiłem. Nie wykonałem jednego gestu, by się zaprzyjaźnić z kimkolwiek z nich. Owszem, spędziłem trochę czasu z Freemanem, przez pewien czas pogawędziłem sobie z Redpillem, a z tak zwanych gwiazd uścisnąłem rękę Warzesze, zamieniłem parę słów z Migalskim i dałem sobie zrobić zdjęcie z panem prezesem Kaczyńskim. Natomiast nawet przez jedną chwilę nie pomyślałem, że oto jest okazja, by coś załatwić i pomyśleć o przyszłości. Czy to o mnie świadczy dobrze? Nie sądzę. Wprawdzie osobiście czuję się z tym nie najgorzej, ale poza tym – nie sądzę. W ten sposób się zachowywać nie należy.
A dalej już było tylko gorzej. Tak jakbym miał w sobie zakodowany jakiś ciężki kompleks, który każe mi się zachowywać z tym większym dystansem, czym większe szanse się otwierają. Myślę że apogeum tego mojego szaleństwa nastąpiło w dniu kiedy miałem okazję wystąpić u Pospieszalskiego w „Warto rozmawiać”, a ja, siedząc niemal przez godzinę stolik w stolik z jednym z Karnowskich, Erykiem Mistewiczem, czy Ludwikiem Dornem – o Hartmanie delikatnie nie wspominam – jedyne co sobie myślałem, to to, że jeśli któremuś z nich przyjdzie do głowy mnie zaczepić, to im powiem, żeby się ode mnie odpieprzyli. I to natychmiast. Ja wiedziałem na sto procent, że jeśli nagle jakimś cudem ów Karnowski podejdzie do mnie i się spyta: „To pan jest tym blogerem?”, to ja mu powiem, żeby wracał do swojego towarzystwa. Więcej. Kiedy ten program się skończył i wszyscy powoli wychodzili, ja się bałem jak diabła, że nagle któryś z nich do mnie podejdzie i będzie chciał się ze mną przywitać, albo pożegnać, a ja mu nie podam ręki. I to by było okropne. Zwłaszcza gdybym w tym momencie miał paść na zawał serca ze zdenerwowania. A więc, proszę nie myśleć, że ja mam do kogokolwiek pretensje. Ja ludziom sukcesu wyłącznie zazdroszczę.
Myślę że w podobnej sytuacji do mojej jest mój kolega Coryllus. A kto wie, czy z nim nie jest jeszcze gorzej? Ostatnio mam wrażenie, że on z ograniczania sobie pola manewru uczynił wręcz zabawę i w momencie kiedy nagle jest szansa, że ktoś gdzieś zechce podać mu życzliwą dłoń, to on ją natychmiast zaczyna gryźć. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. On wcale nie uważa, że ta dłoń jest życzliwa. On jest przekonany, że ona chce go ostatecznie jedynie upokorzyć i skompromitować. Że ona chce go okraść i wystawić na pastwę losu. On uważa, że ta dłoń to dłoń Złego. Tyle że co z tego?
Smutne to bardzo, bo ja również nie uważam, by ta dłoń była życzliwa. Czytam ostatnio tygodnik „Uważam Rze”. Kupuję go w każdy poniedziałek, a następnie czytam po kolei do śniadania, do obiadu, do kolacji i do innych zajęć, o których tu wstydzę się wspominać. Podobnie czytają go pozostali członkowie mojej rodziny. Walają się te „Uważam Rze” po całym domu i wszyscy przy byle okazji biorą któreś do ręki i coś tam czytają. Czemu ja to robię? Nie wiem. Widocznie coś z tego mam, nawet jeśli miałoby to już być moim ostatnim kontaktem ze światem mainstreamu. Ostatnio zauważyłem, że redaktorzy „Uważam Rze” zradykalizowali się do tego stopnia, że właściwie każde słowo jakie tam znajduję na temat Smoleńskiego Mordu mógłbym śmiało uznać za wypowiedziane przez mnie. A zatem, powinienem konsekwentnie uznać, że taki Jacek Karnowski to przyjaciel, nie wróg. Że jeśli gdzieś w tym nieszczęsnym mainstreamie mogę jeszcze na kogoś liczyć, to jest to właśnie Jacek Karnowski. No a poza tym, wciąż należy pamiętać o życiu. Przecież ci „niepokorni autorzy” z „Uważam Rze”, to moje naturalne środowisko. To jest przecież moje miejsce. To jest szansa.
Niestety, nic z tego. Otwieram ostatni numer, a tam tekst Karnowskiego zatytułowany „Dlaczego aż tak kłamią w sprawie Smoleńska?” A ja, przepraszam bardzo, ale w momencie, gdyby Jacek Karnowski chciał mnie zaprosić na kaszankę, to ja bym zwyczajnie nie potrafili. Po prostu bym nie mógł. Mnie już ten sam tytuł całkowicie wystarczy. Pisałem o tym już kilka razy, ale nigdy nie zaszkodzi przypomnieć. Były to lata mocno gierkowskie, siedziałem przed telewizorem z moim tatą, oglądaliśmy Dziennik, a Tato w pewnym momencie spytał – pamiętam to jakimś cudem do dziś – „Powiedz mi, Krzysiek, czy on wie, że on kłamie?” Oto sytuacja, w jakiej przed laty był mój ojciec i w jakiej dziś jestem ja i wielu innych moich przyjaciół i ludzi kompletnie nieznajomych. My nie wiemy ani tego, czy on wie, że kłamie, ani tym bardziej dlaczego on kłamie. Nie wiemy nic. Patrzymy na tę demonstrację najbardziej bezczelnego informacyjnego terroru, i nie rozumiemy już z tego nic. Nie wiemy, czemu ci ludzie się tak zachowują, nie wiemy czy ktoś im kazał, czy oni tak sami z siebie, nie wiemy, czy oni wiedzą, czy nie wiedzą, nie wiemy nawet kim oni są, ani czym są. To wszystko, co się przed nami otwiera, pozostaje nieustanną zagadką. Zagadką nie do rozwiązania. Bogdan Rymanowski, Tomasz Sianecki, Monika Olejnik, Tomasz Lis, Andrzej Morozowski, Tomasz Sekielski… można tak wymieniać. Ale przecież to są nie tylko dziennikarze. Mamy tam różnego rodzaju polityków, socjologów, politologów, ekonomistów, psychologów. Patrzymy na ich twarze, słuchamy ich słów i nie możemy się nadziwić. I wciąż pojawia się to pytanie – czemu? I czy on wie? I na to odpowiedzi nie ma. Przede wszystkim dlatego, że każdy z nich stanowi część przestrzeni dla nas kompletnie obcej. To wszystko jest domeną Systemu. Nikt z nas ani nie ma tam wstępu, ani nawet nie ma prawa do jakichkolwiek informacji odnośnie tego, co tam się dzieje. Dla nas to jest kosmos.
I na to przychodzi Jacek Karnowski, człowiek, który jest jak najbardziej człowiekiem stamtąd, człowiek, który, jak świetnie pamiętam, pewnego dnia stanął naprzeciwko mnie, razem z Erykiem Mistewiczem i Janem Hartmanem, by mnie najzwyczajniej w świecie onieśmielić i zamknąć mi usta w sprawie, nie ot takiej sobie, ale absolutnie podstawowej, bo właśnie próbującej wyjaśnić ten jeden podstawowy problem – dlaczego oni to robią? I mi nie pomógł. Nie znalazł jednego powodu, by dać świadectwo. A dziś przychodzi, staje obok mnie i z bezczelnie niewinną miną pyta – dlaczego? Przepraszam bardzo, ale kogo on pyta? Mnie? Czytelników „Uważam Rze”? A może swoich kumpli dziennikarzy? Na kogo on liczy, że on mu da odpowiedź na to nurtujące nas jak zaraza pytanie? Ja bym sądził, że to raczej sam Karnowski powinien mieć informacje na ten temat. To w końcu jego, a nie moimi kumplami są ci wszyscy dziennikarze, którzy od niedługo już dwóch lat kłamią, kłamią i kłamią. Ja nie mam żadnego kontaktu z Dominiką Wielowiejską i Mikołajem Lizutem. Ja nie zwracam się do Jana Osieckiego per „Jasiu”. To Karnowski należy do tego towarzystwa i nawet jeśli jakiś Maziarski go nienawidzi, to on z całą pewnością ma okazję do niego podejść i mu zadać to pytanie inaczej niż każąc mu czytać swój artykuł w tygodniku „Uważam Rze”.
Wspomniałem wcześniej Warzechę. Podczas mojego pisania w Salonie24 też z nim miewałem kontakt. Pamiętam jak raz, podczas jakiejś wymiany pod moją, czy jego notką, zeszło na temat popierania Platformy i PiS-u, i proszę sobie wyobrazić, że Warzecha, na mój zarzut, że on bezmyślnie popiera Platformę – to był czas, kiedy on jeszcze takie wrażenie mógł sprawiać – odpowiedział mi ze szczerością małego dziecka, że on w wyborach 2007 nie głosował na nikogo, a więc że jest całkowicie neutralny. A ja sobie dziś myślę, że to musiała być w tamtych czasach odwaga! To dopiero musiał być dowód bezkompromisowości Warzechy – przyznać się, że on w tamtych wyborach oddał głos nieważny, lub na wybory wręcz nie poszedł. To tak własnie w tamtych dniach działali niepokorni dziennikarze. Dokładnie ci sami, którzy dziś sobie w stałej rubryce dworują z tego idioty Tuska i sklerotyka Mazowieckiego.
Nie mam pojęcia, na kogo głosował w 2007 roku Jacek Karnowski, Piotr Semka, Piotr Zaremba, czy Piotr Gursztyn, ale mam swoje powody, by przypuszczać, że oni wszyscy w tamtym dniu oddali glosy nieważne i uważali ten swój gest za dowód wielkiego bohaterstwa. Wiem też – albo niech będzie, że podejrzewam – że każdy z nich miał wielokrotnie okazję przyjrzeć się swojemu środowisku z każdej możliwej strony i to bardzo, bardzo dokładnie. Mieli możliwość przeprowadzenia bardzo gruntownej analizy postępowania swoich kolegów dziennikarzy. Ja nie. Oni – jak najbardziej. Ale nawet jeśli te wszystkie lata tak fatalnie zmarnowali i zamiast myśleć o Polsce, myśleli o tym, co by tu można było takiego napisać, żeby dało się to opublikować to tu, to tam, a najlepiej i tu i tam, może taki – skoro już na niego padło – Jacek Karnowski zwrócić się dziś do swoich nowych redakcyjnych kolegów Reszki i Majewskiego. Oni muszą znać odpowiedzi na każde jego pytanie. Właśnie ci dwaj. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że oni akurat posiadają tu wiedzę najbardziej tajemną. To w końcu nikt inny jak oni, w czasach gdy Łukasz Warzecha w geście obywatelskiego protestu, oddawał nieważny głos, pisali w „Dzienniku” tekst o tym, że „nikt” nie będzie płakał po Mariuszu Kamińskim, bo „każdy” wie, co to z tego Kamińskiego za ziółko. Więc jestem pewien, że jeśli Karnowski zajdzie do jednego czy drugiego i zapyta ich – no tak zwyczajnie, jak kumpel kumpla – dlaczego aż tak kłamią w sprawie Smoleńska, to oni mu powiedzą. A on nam wtedy, zamiast udawać idiotę, zwyczajnie tę odpowiedź nam powtórzy.
A więc tak to właśnie wygląda. Ja nie mam najmniejszego szacunku ani do Jacka Karnowskiego, ani do jego brata, ani do Ziemkiewicza, Warzechy, czy Igora Janke. Natomiast owszem, mam bardzo poważny interes, żeby każdy z nich był moim dobrym kolegą, żeby mówił do mnie Krzychu, a ja z kolei bym mógł do nich mówić „Jacku”, czy „Piotrek”. Miałbym z tego przynajmniej taką korzyść, że któryś z nich wspomniałby półgębkiem o mojej książce w jednym ze swoich tekstów i ja bym tę resztę nakładu sprzedał w jednej chwili i pospłacał wszystko co mam do pospłacania, a może i wydał kolejną, którą któryś z nich by podobnie zareklamował. Choćby to. Niestety, nic z tego nie będzie. I to z powodu już starszych zaszłości, ale też przez to, że ja już inaczej nie potrafię. Ja ich będę tępił tak długo, aż oni nie zaczną postępować jak ludzie. Jak konkretnie? To bardzo proste. Jak idzie o Karnowskiego, niech on zwyczajnie przy najbliższej okazji , siedząc w telewizyjnym studiu, da jakiemuś Wołkowi zwyczajnie w łeb. Tak by Wołek zleciał z krzesła. To wystarczy.

A poza tym, jestem kompletnie bez pieniędzy, więc, jeśli ktoś lubi tego typu teksty i uważa, że nie zaszkodziłoby za nie płacić, niech łaskawie coś wrzuci do puszki. Namiary obok. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...