wtorek, 16 maja 2023

Vineeta Gupta, czyli niech Bóg chroni Króla

 

Dzisiejszy tekst nie obędzie się bez swego rodzaju wprowadzenia. Otóż  został on przygotowany z myślą o publikacji na portalu i.pl jeszcze w poprzednią sobotę i mimo że temat był bardzo doraźny, przez administratorów portalu został przetrzymany przez ponad tydzień, tylko po to, by mnie wczoraj wieczorem poinformowano, że nie zostanie opublikowany z dwóch powodów: po pierwsze, temat się zdezaktualizował, po drugie, sam tekst jest zbyt rozwlekły. A zatem, jak wiele razy już wcześniej, muszę przyznać, że nasi znów górą. Co będzie dalej, nie mam pojęcia, choć wielkich nadziei nie mam. Spróbuję raz jeszcze, a potem podejmę decyzję. Jak mówię: nasi mają moc.

Tymczasem, bardzo proszę. Jesteśmy na naszym blogu.

 

 

Wraz z całym światem, z pełnym i solidarnym zachwytem, oglądałem wczoraj telewizyjną transmisję z uroczystości koronacji Karola III. Od tego wydarzenia mijają kolejne godziny, a ja sobie myślę, że jeśli w owo oczarowanie wdarło się coś, co wspomniany zachwyt nieustannie waliło obuchem w łeb, to świadomość, że we współczesnym świecie – a już zwłaszcza we współczesnej Europie – nie ma najmniejszych szans na znalezienie miejsca, gdzie tak jak w przypadku Wielkiej Brytanii, chrześcijaństwo, a więc wiara w Chrystusa zabitego na krzyżu i zmartwychwstałego, mogłoby sobie pozwalać na taką impertynencję, by nie dość że podnosić wysoko głowę, to jeszcze, podnosząc ją, zamykać wszystkim skutecznie usta. Co ja mówię, zamykać usta? Wręcz zmuszać nawet najbardziej zawziętych wrogów chrześcijaństwa całego świata, nie wyłączając z tego grona naszych „opiłowiwaczy Kościoła”, by wspólnie z całym Westminster Abbey przez te kilka godzin wrzeszczeli na zmianę: „Alleluja” i „Amen”.

 Wspominam każdą chwilę londyńskich uroczystości, nieustannie mam w oczach każdy kolejny akcent owej mszy, już niemal widzę te chóry aniołów krążące nad królewskim tronem i nagle... zdaję sobie sprawę z tego, że tam żadnych aniołów nie ma. Nie ma aniołów, bo nie ma tak naprawdę żadnej mszy, a przede wszystkim nie ma Boga – przynajmniej tego, który nam się objawił jako Jezus Chrystus. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby tam pojawił się choćby Jego żywy ślad, Brytyjskie Imperium, takie jakie znamy, musiałoby się w jednej chwili zwinąć, a niewykluczone że po nim nie byłoby śladu już i tak co najmniej od pięciuset lat. Gdyby te ich znane na całym świecie słowa hymnu „God save the King” były wyśpiewywane na poważnie i ze szczerą wiarą, to oni już dawno zostaliby zmuszeni do tego by je zmienić na coś mniej... kontrowersyjnego.

Już po zakończeniu owej niezwykłej uroczystości, swojej wypowiedzi udzieliła TVP ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce i opowiadając pełnym zachwytu głosem o cudownej oprawie londyńskich uroczystości, wspaniałej brytyjskiej tradycji, podniosłych rytuałach, dodała, że „było tam też trochę religii”. Dosłownie tak: „trochę religii”. A ja już się tylko zastanawiam, co konkretnie miała ona na myśli, wspominając ową „religię”. Czy może chodziło jej o trzech mistrzów owej ceremonii, biskupa Canterbury i towarzyszące mu biskupki, czy może o Biblię, nad którą Karol III niemal się popłakał, a może wspomniane „Alleluja” i „Amen”?

      Ze wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry – no i oczywiście mój Przemyśl – moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, że nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.

Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.

Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, jeżdżą w tych swoich garniturach do pracy w City, po to by w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.

Jakiś czas temu w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. I część tej samej Anglii przebrała się wczoraj w wesołe stroje i wyruszyła do Londynu, by świętować koronację Karola.

Jeszcze przed wielu laty, przeczytałem gdzieś że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół jak i te jego tak zwane „głowy”, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według tej samej relacji, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i – tak naprawdę – najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie przesunął się na sam początek kolejki.

Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale – przyznam – niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.

Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.

Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy Euro [sic!], ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.

Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, że mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. Na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci wypowiada się jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła”.

Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu pisze, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje – zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny – co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta. A wczoraj, w chórze śpiewającym w Westminster Abbey pieśni na cześć Jezusa Zmartwychwstałego nie mogłem nie zauważyć też jakiegoś Sikha w turbanie. Ciekawe czy to nie było przypadkiem mąż pani Gupty.



 

piątek, 12 maja 2023

Gdy rośnie popyt na empatię

 

        Myślę że nawet jeśli nie poświęciłem tu owej kwestii osobnej refleksji, to musiałem w ten czy inny sposób wspominać o cholerze, jaka mnie bierze na widok tych wszystkich osób, które prezentując się na publicznej scenie, obok dotychczasowej flagi Unii Europejskiej, tęczowych barw ruchu LGBT i ośmiu gwiazdek układających się w wezwanie do „jebania PiS-u” dziś już od ponad roku uważają za stosowne dokładać do swoich obsesji niebiesko-żółtą flagę Ukrainy, a często w towarzystwie deklaracji „Nienawidzę Putina i PiS-u”. I nie stanowi mojego głównego problemu to, że oni wszyscy jeszcze rok temu gotowi byli skoczyć w ogień, by przed atakami PiS-u bronić fizycznej tężyzny i politycznego geniuszu  wspomnianego Putina, ale przede wszystkim chodzi o to, że tak strasznie dużo jest osób, które na jeden gwizdek są w stanie zerwać sie na równe nogi i realizować wszelkie narzucone im – słuszne, czy niesłuszne – zadania. Oczywiście, gdy chodzi o Ukrainę i jej walkę z Rosją, jestem całym sercem z Ukraińcami, a wręcz uważam, że unicestwienie tego strasznego ruskiego imperium leży w najlepiej pojętym interesie Polski i całego świata. Jest jednak coś co moje nadzieje na owo zwycięstwo mocno tłumi, a mianowicie podejrzenie, że za tym całym światowym ruchem na rzecz Ukrainy nie stoi szczere pragnienie zniszczenia Rosji, ale jakiś paskudny socjotechniczny zabieg o wciąż niezbadanych intencjach. Dokładnie tak samo, jak nie wierzę, że ci wszyscy z nas, którzy wciąż wykrzykują hasła na chwałę przynależności Polski do Unii Europejskiej, czy ruchu na rzecz wolności seksualnej, miali tak naprawdę na sercu jedno czy drugie. Uważam, że wszyscy ci ludzie zwyczajnie nie potrafią otworzyć ust, czy choćby ruszyć palcem, jeśli wcześniej ktoś zaufany ich nie poinformuje, że tak trzeba.

      I kiedy wydawało mi się, że wspomniane hasło „***** *** i Putina”, to jest już szczyt tego zidiocenia, zamordowany przez występnych rodziców został chłopczyk imieniem Kamil i wystarczyła chwila, by wszyscy – tym razem już po obu stronach społecznego i politycznego podziału – dostali małpiego rozumu i gwałtownie potrzebują wyrazić swoje oburzenie okrucieństwem jakie ujrzeli. I choć oczywiście sposób wyrażania owego oburzenia jest różny – jedni apelują o zaostrzenie kar, włącznie z przywróceniem kary śmierci, a inni o objęcie ową karą przede wszystkich ministra Czarnka i premiera Morawieckiego, którzy do śmierci tego dziecka rzekomo doprowadzili – wszystkich łączy jedno: nagły przypływ świadomości odnośnie tego, co się w patologicznych środowiskach dzieje jak świat długi i szeroki od kto wie czy nie dziesięcioleci, wynikający z tego autentyczny szok, no i konsekwentnie wręcz zalew propozycji, których realizacja ma podobno doprowadzić do likwidacji problemu.

      Jak mówię, informacje o kolejnym zatłuczonym na śmierć dziecku docierają do nas regularnie i od wielu lat. Niemal nie ma miesiąca, byśmy się nie dowiedzieli o kolejnym coraz bardziej drastycznym przypadku – jeśli nie w Polsce, to gdzieś w Ameryce, czy w Anglii, lub w Szwecji – gdzie jakieś ćpuny zamordowały pozostające pod ich opieką dziecko. Sam pamiętam, jak kilka lat temu przez cały kraj przeleciała informacja o parce, która się tak odurzyła dopalaczami, że „coś” – a ja akurat wiem, co – kazało im maleńkie niemowle wsadzić do piekarnika i je w tym piekarniku zwyczajnie upiec. Przepraszam bardzo, ale jak długo sprawa ta była omawiana w mediach, a tym bardziej w naszych domach? Dzień? Dwa? I nie oszukujmy się, wcale nie chodziło o to, że wówczas jeszcze w Polsce rządziła Platforma Obywatelska i to ona kontrolowała publiczną telewizję. Rzecz bowiem w tym, że wtedy ci co trzymają wspomniany wcześniej gwizdek uznali, że moment nie jest odpowiedni, i tak zwany przeciętny obywatel nie otrzymał informacji, której zawsze tak chętnie wyczekuje.

      Zmarło dziecko zamordowane przez rodziców w mieście Częstochowa i wszyscy zachodzimy w głowę, co można było zrobić, żeby ono żyło i dlaczego tego nie zrobiono. A ja uważam – i stąd między innymi ten dzisiejszy tekst – że nie można było nic zrobić z wielu powodów, i co gorsza, na tę patologię nie ma ludzkiej siły. Przede wszystkim, sam owej patologii charakter i sposób w jaki ona funkcjonuje, praktycznie uniemożliwiają jej kontrolowanie. Owszem, gdyby mój sąsiad liberał donósł na nas, że kiedy my tu gościmy nasze wnuczęta i traktujemy je niezgodnie z nowoczesnymi europejskimi przepisami, a ów donos byłby napisany zgrabnie i przekonująco, gdyby w dodatku został dostarczony do jakiegoś odpowiednio rozgrzanego urzędnika, to ja sobie jestem w stanie wyobrazić, że do naszego mieszkania wkroczyłby MOPS z decyzją sądu w ręku i towarzystwem pana policjanta, i oni by nam te dzieci bez słowa odebrali. Jakie jednak oni mają szansę w konfronatcji z bandą upalonych idiotów, z którymi nie można nawiązać jakiejkolwiek rozmowy i z których każdy ma w kieszeni nóż, którego w każdej chwili może użyć? Ale to przecież nie wszystko. Nawet gdyby założyć, że opieka społeczna i policja dostana odpowiednie wsparcie, a sądy będą egzekwować prawo tak jak należy, w jaki sposób będzie mozna wytyczyć granicę między autentyczną patologią, a czymś, co może, owszem, robić wrażenie patologii, ale w żadnym wypadku nią nie jest? No właśnie, sądy: w jaki sposób zmusić ten skorumpowany i zgnuśniały to szpiku kości system, by ten w tego typu sprawach wydawał przemyśłane, sprawiedliwe i szybkie wyroki? Jaka jest gwarancja, że ewentuana reforma systemu nie skończy się tym, że za łeb zostaną wzięte rodziny najbardziej bezbronne? A mówiąc o bezbronności, wcale nie mam na myśli dzieci.

       No i wreszcie kary. Mateusz Morawiecki, po raz pierwszy w całej swojej karierze, strzelił dramatyczne głupstwo i zabierając głos na temat owego Kamilka, uznał za stosowne podzielić się wiadomością, że on osobiście jest zwolennikiem kary śmierci. Co za bzdura! Część z nas ma być może w pamięci mękę 10-letniej Ame Deal, która najpierw, przez całe lata była w najbardziej okrutny sposób dręczona przez swoją rodzinę, a następnie zamknięta na sześć godzin w skrzynce metr na metr i pozostawiona na sześć godzin w najstraszniejszym upale, by tam umrzeć w nieludzkich cierpieniach. Otóż wszyscy jej oprawcy zostali skazani na karę śmierci... i co? Czy od tego czasu amerykańskie patusy boją się tknąć swoje dzieci palcem? Pamiętamy być może historię dwojga Polaków z Coventry, którzy w sposób tak straszny, że tego się nie da opisać, zadręczyli swojego synka na śmierć. O tym co się w tym domu dzieje, wiedziała szkoła, opieka społeczna, policja... i co? Sytem zadziałał? Pewnie że nie. Tyle wszystkiego, że oni oboje dostali dożywotnie wyroki i po kilku miesiącach jedno i drugie, w „niewyjaśnionych okolicznościach” popełnili w więzieniu samobójstwo. A niby co? Kiedy oni powoli zadręczali to dziecko na śmierć, to nie wiedzieli, że nawet jeśli w Wielkiej Brytanii nie ma kary smierci, to oni pobytu w więzieniu nie przeżyją? No, może wiedzieli, a może nie, ale co z tego? Co im ta wiedza by dała i co ta wiedza da tym wszystkim, którzy „na zgubę tego świata po tym świecie krążą”? I kto jest w stanie cokolwiek tu zmienić? Minister Czarnek, a może Donald Tusk z Marcinem Kierwińskim? A może my wszyscy, pod warunkiem, że wydamy z siebie wspólnie potężny ryk oburzenia i on zburzy ów mur obojętności? Tak, na pewno...

      To co się dzieje w tylu naszych domach woła o pomstę do nieba, ale niestety na to realnej i dobrej rady nie ma. A ja, jeśli już wolno mi na chwilę uciec w politykę, współczuje temu rządowi. Bo nie widzę sposobu, żeby czy to Premier, czy Prezes, czy którykolwiek z ministrów mógł dziś stanąć przed publiczną opinią i powiedzieć, że pozostaje nam w sytuacji jaką mamy, podobnie jak mnie dziś tutaj,  wyłącznie wzywać na pomoc świętego Michała Archanioła. Muszą więc brnąć w narzuconą nam wszystkim narrację i czekać aż się po raz niewiadomo już który okaże, że jak zwykle szczęśliwie diabeł przegrał.



wtorek, 9 maja 2023

Dlaczego ks. Boniecki nie lubi słyszeć jak się modlimy

        Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze pamięta księdza nazwiskiem Tomasz Węcławski, a tym bardziej w jakikolwiek sposób kojarzy nazwisko Tomasz Polak. Ponieważ jednak podejrzewam, że wielu takich wśród nas nie ma, przypomnę. Otóż Tomasz Węcławski był przed laty dość znanym, a także powszechnie uznanym, księdzem Archidiecezji Poznańskiej, który w roku 2007 ni stąd ni z owąd ogłosił, że ma dość Kościoła i zrzuca sutannę, następnie dokonał aktu apostazji, ożenił się, by w końcu ogłosić, że resztę życia planuje spędzić jako stuprocentowy ateista. Wszystko to wydarzyło się w ciągu zaledwie roku czy dwóch i wydaje mi się, że do dziś dobrzy ludzie zachodzą w głowę, jak to możliwe, by będąc osobą nie dość że dorosłą, to jeszcze jakoś tam wydawałoby się przytomną, dla tak zwanej „baby” najnormalniej w świecie oszaleć, czy może za tym ciekawym bardzo gestem stało coś jeszcze, o czym być może Diabeł jeden tylko wie. Stało się jednak jak się stało, lata mijały, Węcławski zmienił nazwisko na Polak i wraz ze swoją żoną postanowili poświęcić się działalności naukowej w ramach czegoś co na poznańskim uniwersytecie działa do dziś i nosi nazwę Pracowni Pytań Granicznych i gdzie, wedle oficjalnych informacji, owa „graniczność” stanowi „perspektywę poznawczą co najmniej równoprawną wobec innych powszechnie przyjmowanych perspektyw. Obszary graniczne między różnymi źródłami poznania / dyscyplinami nauki okazują się szczególnie płodne eksploracyjnie, obiecują nowe możliwości, mimo ryzyka niepowodzeń”.

        Jak już wcześniej zaznaczyłem, nie przypuszczam by sprawa księdza Węcławskiego była wciąż powszechnie rozpamiętywana, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że takim na przykład czytelnikom „Tygodnika Powszechnego” zarówno sama jego osoba, jak i wygłaszane przez niego mądrości, nie są ani na moment oszczędzane. Tak też i było parę tygodni temu, kiedy wspomniane pismo najpierw na okładce zaanonsowało długi wywiad z Tomaszem Polakiem, następnie na odredakcyjnej stronie palcem naczelnego Bonieckiego wyjaśniło, że poglądy obywatela Polaka, choć kontrowersyjne, zasługują na uwagę, bo to są poglądy człowieka w swej mądrości wręcz wybitnego, by w końcu zapowiedzianą rozmowę w pełnym kształcie zaprezentować. A ja, przyznaję, przeczytałem to coś i powiem tylko, że tam nie ma jednej rzeczy, która nie mogłaby wyskoczyć z głowy takiej choćby Klaudii Jachiry, gdyby tylko jej wypowiedź podlać gęstym sosem intelektualnego żargonu. A więc, gdy chodzi o sedno tej wypowiedzi, zdaniem księdza Bonieckiego zasługującej na szeroką popularyzację, dowiadujemy się, że chrześcijaństwo to od samego swojego początku oszustwo nastawione na zniewolenie człowieka, a bez owego oszustwa świat byłby znacznie lepszy, a przede wszystkim piękniejszy. Na szczęście już niedługo nie pozostanie nawet wspomnienie nie tylko po Kościele, nie tylko po Jezusie, ale w ogóle po tym całym przekręcie.

       Przeczytałem rozmowę z Tomaszem Polakiem, podumałem przez chwilę nad miejscem zajmowanym dziś w Polsce przez „Tygodnik Powszechny”, nad zadaniami, jakie ma on wyznaczone do realizacji, oraz rolą, jaką pełni w tym projekcie ksiądz Adam Boniecki i jego czarne towarzystwo, i pewnie bym już o tym wszystkim zapomniał, gdyby nie to, że ledwie co przedwczoraj na Twitterze znalazłem informację, że we wspomnianym tygodniku ukazał się tekst niejakiego Jaremy Piekutowskiego – tradycyjnie gorąco polecany przez księdza Bonieckiego – w którym ten dostaje jasnej cholery na to, że „Dziś w Polsce w wielu kościołach słychać słowa: ‘Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła’ i można odnieść wrażenie, że popularność owej modlitwy rośnie”. Co w tej modlitwie, czy może bardziej w tym, że pobożni ludzie tak bardzo ostatnio potrzebują zwracać się w ten sposób o wsparcie do św. Michała Archanioła, tak bardzo złości „Tygodnik Powszechny”? Otóż, jeśli dobrze rozumiem przekaz Piekutowskiego, chodzi o to, że „tekst mszy jest ustalony, dodatki usunięte, a nawet jeśli ten czy inny biskup próbuje je przywracać, są to jego własne, partykularne inicjatywy. W takich lokalnych instrukcjach odmówienie tekstu zalecanej w ten sposób modlitwy nabiera magicznego znaczenia, a sama religia zaczyna przypominać magię”, a magia, jak wiemy, to zło. Ale nie tylko to. Jest też bowiem ten jeden praktyczny powód, dlaczego Piekutowskiemu i Bonieckiemu tak bardzo zależy na tym, żeby owa modlitwa wreszcie zamilkła. Chodzi bowiem o to, że „nawet najlepszy tekst modlitwy może się zużyć przy zbyt częstym używaniu, że słowa tracą swą pierwotną siłę” i wówczas egzorcyzm papieża Leona XIII może się okazać nieskuteczny, a to by oczywiście całą redakcję „Tygodnika Powszechnego” bardzo zasmuciło. Wystarczy przecież „zdrowaśka”, czy „Ojcze nasz”, które akurat „jakoś wytrzymują próbę czasu i przemian kulturowych”. Dlatego im „nic nie przeszkadzają biskupi, którzy przywracają zniesione w soborowej reformie zdrowaśki i modlitwy po mszy świętej”. Chodzi tylko o to, by nie eksploatować tego cholernego egzorcyzmu, bo jeszcze nie daj Boże się zużyje. I choć w to trudno być może uwierzyć, to jest jedyny konkretny, podany przez Piekutowskiego powód, dla ktorego on zdecydował się ruszyć ze swoją krucjatą.

       Najmocniejsze jednak pojawia się na koniec. Otóż Piekutowski, w swej niezmierzonej bezczelności,  na swego rodzaju adwokata Diabła, przywołuje św. Jana Marię Vianneya, który podobno swego czasu zapytany, jak się modli, odpowiedział, że się modli w milczeniu. I tu się pojawia nauka, jakiej nam udziela „Tygodnik Powszechny” i jego załoga: należy „patrzeć w Najświętszy Sakrament i wiedzieć, że Pan Jezus też patrzy. Do takiej modlitwy się dochodzi przez długie monologi, wyszeptywane teksty, przez liturgiczne inwokacje. Żeby wreszcie ucichnąć. Patrzeć. Milczeć”. Tak się trzeba modlić. Trzeba brać przykład ze świętego Vianneya, który przecież wiedział co i jak. I przestać pieprzyć coś o szatanie i innych duchach złych, których trzeba strącić do piekieł amen. Bo to nikomu nie służy, tylko miesza w głowach. No i jeszcze się zużyje.

        Myślę od wczoraj o tym całym „Tygodniku Powszechnym” i wszystkim tym, co on, przynajmniej od czasu jak św. Jan Paweł II się nad nim tak strasznie zapłakiwał, niezłomnie stara się zrobić z naszym Kościołem. I myślę sobie, że jeśli nasi biskupi nie wezmą się w garść i nie przeprowadzą wreszcie nad tym gniazdem żmij poważnego i skutecznego egzorcyzmu, to nawet jeśli z każdą niedzielą owa niezwykłą modlitwa będzie odmawiana w coraz większej liczbie kościołów, to możemy nie dać rady. A jeśli egzorcyzmy nie dadzą efektu, to być może należy wziąść w garść żelazną rózgę i całe to szatańskie towarzystwo rozpędzić na cztery wiatry.



 

          


niedziela, 7 maja 2023

Love story prosto z Brytyjskiego Imperium

 

Pozostając pod wrażeniem sobotnich uroczystości koronacyjnych w Opactwie Westminster, chciałbym przede wszystkim ogłosić, że gdzie jak gdzie, ale w Wielkiej Brytanii zarówno Kościół Anglikański jak i sam Szatan mają się całkiem nieźle, ale też przypomnieć swój dawny tekst, który tym, którzy go nie czytali pozwoli lepiej zrozumieć, o co tam tak naprawdę chodziło, gdy cała katedra i wszystkie chóry ze świętym zawzięciem powatrzały na zmianę dwa słowa: „Alleluja” i „Amen”.

 

      Historia, jaką chciałbym tu dziś opowiedzieć jest przede wszystkim już dość stara, bo jeszcze z grudnia 2017 roku, no a poza tym, o czym się za chwilę przekonamy, wyjątkowo głupkowata, ale pomyślałem sobie, że tyle ostatnio się nam trafiło – i jak najbardziej wciąż trafia – przeróżnych mądrości, że zgodnie ze starą brytyjską zasadą, że aby doszczętnie nie zwariować, trzeba od czasu do czasu na chwilę oszaleć, proponuję, byśmy zajrzeli w te właśnie rejony.  

      Oto w kwietniu zeszłego roku, 79-letni Philip Clements, anglikański ksiądz z wioski Eastry w hrabstwie Kent, po 50 latach wiernego posługiwania swoim parafianom, poznał na jednym z portali randkowych 24-letniego modela z Rumunii nazwiskiem Florin Marin, jak najbardziej z wzajemnością, zakochał się w nim, i po niedługim czasie w pobliskim Ramsgate panowie wzięli skromny ślub i zamieszkali w miasteczku Sandwich. Ponieważ wspólne życie układało się nadzwyczaj dobrze, któregoś dnia ksiądz Clements zaproponował swojemu mężowi, by przeprowadzili się wspólnie do Rumunii. Marin chętnie się na propozycję męża zgodził i nie minęło parę tygodni, jak Clements sprzedał za £214 750 swój dom w Eastry i szczęśliwa para zamieszkała w Bukareszcie.

      Początki były jak z bajki. Jak wspomina sam ksiądz Clements: „Było cudownie. Chodziliśmy razem do kina i na zakupy. On mnie naprawdę utrzymywał w dobrym nastroju. Wciąż się śmialiśmy”. I znow nie minęło wiele czasu, kiedy z tego szczęścia Ksiądz postanowił za głupie €100 000 kupić mieszkanie w Bukareszcie i po paru dniach przepisać je w całości na Marina. Czemu tak się stało, możemy oczywiście spekulować, ale w tym momencie coś się w dotychczas szczęśliwym małżeństwie zaczęło psuć. Oddajmy znów głos Księdzu: „Nie znając języka i nie mając żadnych  znajomych czułem się bardzo samotny. Florin wciąż spędzał czas w klubach, lub po nocach oglądał filmy. Chodził spać bardzo późno, czasem nawet o 5 rano. Powiedział mi, że nie mogę z nim chodzić się bawić, bo jestem zbyt stary. Głęboko w duszy, trudno mi było to zaakceptować, ale ufałem mu”.

      No i wreszcie doszło do tego, że  ksiądz Clements postanowił wrócić do Anglii. Tak wspomina ów smutny czas: „Odprowadził mnie na lotnisko. Straciłem dosłownie wszystko, dom, wszystkie pieniądze i byłem w bardzo złym stanie. Przez jakiś czas mieszkałem u różnych znajomych aż wreszcie zaoferowano mi dom pewnej staruszki. Żałuję, że sprzedałem swój dom i kupiłem tamto mieszkanie. To był mój pomysł by wyjechać do Rumunii i Florinowi on się spodobał, ale z pewnościa byłoby dla nas lepiej, gdybyśmy zostali w moim domu w Eastry. Nie czułbym się tak samotny, a on też przecież miałby co robić”.

      I moglibyśmy już w tym momencie zakończyć tę smutną historię, gdyby nie fakt, że oto pojawiło się światełko w tunelu. Otóż Florin nie zapomniał o swoim mężu i od czasu rozstania odwiedził go nawet parę razy. Jak opowiada sam Ksiądz, „Florin znów nawiązał ze mną kontakt, a ja odwzajemniłem jego uczucie. Zaczęliśmy słać do siebie esemesy i rozmawiać na Skypie i wciąż jesteśmy w kontakcie. Czuję, że mnie kocha i tak naprawdę żałuje tego, co się stało. Osobiście wierzę w to, że zawsze trzeba człowiekowi dać drugą szansę. Wiem, że on nie robi tego dla pieniędzy, bo przecież ja nie mam nic. To wręcz on mi obiecał, że wynajmie mieszkanie w Bukareszcie i za część uzyskanych w ten sposób pieniędzy pewnego dnia sami wynajmiemy mieszkanie w Dover lub w Canterbury, i wspólnie tam zamieszkamy. Nie chcę rozwodu, i on też oświadczył mi, że pragnie tylko mnie. Powiedziałem mu zresztą, że jeśli znajdzie kogoś innego, może mi powiedzieć, a ja to zrozumiem”.

      Żeby nie kończyć tej opowieść tak zupełnie bez komentarza, może tylko zaproponuję, byśmy się aż tak nie martwili. Ja rozumiem, że Żydzi wspólnie z socjalistycznym państwem prezesa Kaczyńskiego trzymają nas za gardło, że premier Morawiecki przepisał na żonę część majątku i że w ogóle sprawy idą w złym kierunku, ale czyż nie lepiej się żyje wiedząc, że gdzieś na świecie słońce nigdy nie zachodzi?


  

 

wtorek, 11 kwietnia 2023

Dalajlama, czyli buddyzm z ludzką twarzą

 

      Ja oczywiście mam świadomość, że w ostatnim czasie świat tak dramatycznie przyspieszył, że wiele rzeczy, które jeszcze kilka lat temu mogły u nas wzbudzić choćby zaciekawione uniesienie brwi, dziś stały się całkowicie bez znaczenia, niemniej jednak mam nadzieję, że hasło Dalajlama przynajmniej wśród niektórych z nas sprawi, że jakiś tam dzwonek się odezwie. Dla porządku może jednak przypomnę, że choć dla większości z nas ów Dalajlama od zawsze był jedynie nazwą i symbolem czegoś ważnego choć nie do końca określonego, to gdyby nie Lech Wałęsa, który od czasu do czasu chwalił się, że z tym czymś, jak noblista z noblistą, miał kiedyś okazję się uściskać, to pies z kulawą nogą by o nim nie usłyszał. A zatem, jeśli ktoś zapyta, kto to taki ów Dalajlama, to przynajmniej część z nas zapewne odpowie, że to jakiś taki łysy w pomarańczowym i to tyle wszystkiego.

       Nie wiem zatem, czy fakt, że ledwie co wczoraj przeszła informacja – połączona z odpowiednim filmikiem – że ów Dalajlama podczas rozmowy z napotkanym chłopczykiem wystawił jęzor i poprosił rzeczone dziecko by mu ów język zechciało possać, zrobił na kimkolwiek wrażenie większe niż powszechnie ostatnio debatowana kwestia obrony pedofilii przez Jana Pawła II, natomiast, owszem, sprawa medialnie zaistniała, nawet sam Dalajlama wydał w tej sprawie oświadczenie, a ja mam w związku z tym coś do powiedzenia. Dla porządku jednak odwołam się do Wikipedii i powiem, o kim dziś tu rozmawiamy:

„Przedstawiciel szkoły gelug – jednej z czterech największych szkół buddyzmu tybetańskiego. Buddyści tybetańscy uważają Dalajlamę za manifestację bodhisattwy współczucia Awalokiteśwary, który odradza się, aby udostępniać wyzwalające z cierpienia nauki innym czującym istotom”...

      To co dalej jest wprawdzie równie ciekawie, ale ponieważ jednocześnie równie kiepsko przejrzyste, zatrzymam się w tym miejscu, i tylko przypomnę, że mówimy o laureacie Nagrody Nobla, honorowym obywatelu miasta Warszawy, osobistym przyjacielu Lecha Wałęsy, bohaterze polskich elit, no i o kimś, ktoś właśnie poprosił jakieś dziecko, żeby mu possało język.

      W tej sytuacji, nie chwaląc się oczywiście jakoś szczególnie, ale ze świadomością, że nie po raz pierwszy, jeszcze przez laty, zdarzyło mi się zwrócić uwagę na coś, czego nikt inny zauważyć się nie odważył, chciałbym przypomnieć swój dawny już tekst, w którym zauważyłem, że ów Dalajlama, to czysty i oczywisty kretyn, co ów zademonstrował najlepiej jak tylko potrafił w tych właśnie dniach.

 

 

      Pamiętam jak kiedyś ojciec Józef Bocheński opowiadał, że kiedy on słyszy zachwyty nad pięknem oprawy i samą religijnością Prawosławia, to przypomina sobie, jak kiedyś wszedł do cerkwi, a tam kompletnie pijany pop „coś ryczał", a jak on przestawał, to „ryczała cerkiew". To tyle, jeśli idzie o stanowisko ojca Bocheńskiego wobec Cerkwi. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z wszystkich zastrzeżeń, jakie można mieć do tego typu ocen i samego sposobu ich formułowania, niemniej wciąż pamiętam te słowa ojca Bocheńskiego i zawsze wspominam je z uśmiechem, a nie ze złością, czy zawstydzeniem. I to nawet nie dlatego, że sam, jeszcze jako dziecko, w mojej rodzinnej wsi, z rozbawieniem obserwowałem popów, albo śpiących na ławkach, albo jadących pod gazem na rowerach. Z jakiegoś powodu, wydaje mi się, że ja doskonale wiem, o co ojcu Bocheńskiemu chodziło i uważam, że tu szło nie tyle o wytykanie Prawosławiu ich kiepskości, ale pokazanie nam, że naprawdę nie mamy co mieć tu jakichkolwiek kompleksów.

      A więc, jeśli już się mamy czegoś wstydzić, to nie naszego braku tolerancji, ale – wręcz przeciwnie – owych niepotrzebnych kompleksów. W tych dniach, w Polsce przebywa z wizytą niejaki Dalajlama. Szczerze powiem, że ja osobiście nigdy nie rozumiałem atmosfery czci, która jest wokół tego dziwnego człowieka roztaczana, ani nawet nie za bardzo wiem, kto to taki ten Dalajlama. To znaczy, wiem, że jest on przywódcą politycznym, tyle że nie on jeden, prawda? Wiem też, że jest on przywódcą religijnym, ale tu też tak się składa, że nie on jeden. Jest też Dalajlama laureatem Nagrody Nobla, no ale jeśli idzie o ten rodzaj zasług, to ja już bardziej wierzę w jego wybitność na każdym innym polu.

      Wczoraj w telewizji wystąpiła przez chwilę jakaś ostrzyżona na chłopaka kobieta, która z głupkowatym uśmiechem Buddy opowiadała, jak to ona bardzo by pragnęła, żeby Dalajlama choć przez chwilę był łaskaw dotknąć jej dłoni. Ją akurat rozumiem. Jest – jak głosił podpis – buddystką, więc pewnie dla niej taki event to mocna rzecz. Ale cała ta reszta? O co tu chodzi? Ja się pytam, kto to jest Dalajlama? Mam swoje lata i znam parę kultowych imion z tej kolekcji – Maharishi Mahesh Yogi, czy Guru Sri Chinmoy. No ale to były postaci na intelektualną miarę swoich patronów z kręgów kultury pop. Jednak Dalajlama? Czy on może jest jak Ghandi? No może, ale nawet wtedy, to by było chyba trochę zbyt mało, żeby cała Polska dostawała małpiego rozumu, z tego powodu, że on tu przyjechał i coś mówi.

      Ale posłuchajmy, co mówi. Wczoraj i dzisiaj, nawet najbardziej otumanieni tą propagandą, wiedzą, że nie mówi nic, co by warto było nawet nie zapamiętać, ale w ogóle zauważyć. Mnie to osobiście nie dziwi. Choćby z tego względu, że kiedyś dawno, kiedy jeszcze czytałem regularnie „Gazetę Wyborczą”, miałem okazję przeczytać cały długi wywiad Adama Michnika z tym Dalajlamą. I do dziś pamiętam, że byłem rozłożony na łopatki. Bo już wtedy wokół niego panowała atmosfera najdziwniejszego nabożeństwa, a ja czytałem, co on mówi i nie mogłem się nadziwić, że ktoś może być tak okropnie nudny, płytki i nieoryginalny. Przez całą tę rozmowę, Dalajlama robił wrażenie kogoś, kto nie jest w stanie sformułować jednej interesującej myśli. Nawet nie potrafi być po prostu zajmujący. Zupełnie jak jakaś Kasia Cichopek.

      No ale, przyjechał ten Dalajlama i tłumy po prostu oszalały. Tak jakby uznali, że jego charakterystyczny strój wystarczy, żeby go uznać za coś specjalnego. Chociaż pewnie coś jest w tej atmosferze szaleństwa, że oto sam Dalajlama raczył zaszczycić nasz kraj swoją obecnością. Lech Wałęsa urządził sobie imprezę z okazji Nobla. Od kilku miesięcy zapowiadano, jak to przez te dwa dni, Polska stanie się religijnym, kulturalnym i politycznym sercem świata. Jak to na zaproszenie Lecha Wałęsy i premiera Tuska, przyjedzie do nas nie tylko sam prezydent Francji, ale inni najwięksi politycy z całego świata, odbędzie się tu u nas, w Polsce, szczyt na miarę nowej ery, a głupi Kaczor będzie się błąkał gdzieś w Mongolii.

      No i przyszedł ten dzień. I z wielkich tego świata, widzimy jedynie Lecha Wałęsę, Donalda Tuska i Sarkozego. Możliwe więc, że na ich tle, Dalajlama faktycznie lśni.

      Mamy więc obecnie w Polsce atmosferę czegoś epokowego, czegoś szczególnego, czegoś autentycznie wielkiego. Oglądam trochę telewizję i widzę przemawiających ludzi – Wałęsę, tego Dalajlamę, jakiś innych noblistów, z tej długiej egzotycznej listy, którą tu kiedyś nawet miałem przyjemność opublikować. A w fotelach na sali, siedzą panowie politycy i z nabożną czcią chłoną słowa nijakie, puste, szare –                                                                                                                     tylko słowa. I robią mądre miny, marszczą w zachwycie czoła, kiwają mądrze głowami, i wmawiają sobie, że oto biorą udział w czymś, co ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie. No i uśmiechają się ironicznie pod nosem, że ten głupi kartofel tymczasem musi się snuć po świecie zdezelowanym samolotem.

       A troszkę poza tą salą Władysław Frasyniuk apeluje do wszystkich ludzi dobrej woli, żeby już nigdy, przenigdy nie podali ręki Jarosławowi Kaczyńskiemu. To mnie też nie zaskakuje. Dokładnie tak, jak gawędziarski i intelektualny poziom wspomnianego tu Dalajlamy.

       Ja pamiętam, jak jeszcze dawno, dawno temu, jakiś bardzo szlachetny redaktor telewizyjny zapytał Jacka Kuronia, dlaczego podaje rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kuroń, jako człowiek o wielkim sercu, odparł, że od czasu jak kiedyś, w więzieniu podał rękę oficerowi Gestapo, postanowił, że będzie podawał każdemu. Każdemu, a więc i komuś takiemu, jak Kaczyński.

       Więc, jak widzicie, przygotowania trwały całe lata. Nic nowego.

       Nowe są tylko czasy i ich bohaterowie.

 

No a ja dziś może tylko dodam, że również ten co zawsze Dalajlama, człowiek którego wylizują mali chłopcy.



 

niedziela, 9 kwietnia 2023

Gdy "kulturowe zaplecze" postanowiło wziąć się za Kościól w Polsce

 

      Jako że zarówno temat jak i potrzeba dzisiejszej refleksji tego zdecydowanie wymaga, zamiast zwyczajowego wstępu, wzorem wielkiego Alfreda Hitchcocka zacznę mocno, a potem spróbuję temperaturę stopniowo podnosić. Bardzo proszę, oto okładka świątecznego wydania „Gazety Wyborczej” plus wielkanocne życzenia:




    

      Jak przynajmniej część z nas dostrzegła, gest jaki oni w stosunku do nas wykonali musi budzić zaciekawienie z dwóch powodów. Przede wszystkim, sytuacja w której było nie było Żydzi postanowili wziąć się za nasz Kościół i jako oręża w tej wojnie uznali za stosowne użyć Jezusa Chrystusa, którego 2000 lat temu, w imię Szatana, krew osobiście przelali, jest czymś doprawdy poruszającym. Druga rzecz to ta, że, jak wszyscy wiemy ze świadectwa Ewangelisty, przedstawiony na owej ilustracji Jezus w rzeczywistości ze świątyni wypędzał nie katolickich biskupów, księży i Bogu ducha winnych ministrantów, ale właśnie Żydów, a wśród nich, jak należy przypuszczać, również tych, którzy go po pewnym czasie ukrzyżowali. A to, że redakcja „Wyborczej” postanowiła swoim czytelnikom wcisnąć do ich zakutych łbów, że On ową rózgą potraktował Kościół, o którym zapewnił Piotra, że piekielne bramy Go nie przemogą,  już nie jest zwykłą ciekawostką, ale bezczelnością przebijającą wszystko, czego moglibyśmy się po nich spodziewać.

      Ktoś powie, że może i rzeczywiście owa okładka nie jest zbyt udana, ale zarzucanie „Gazecie Wyborczej”, że nimi kieruje agresywne żydostwo, to już przesada. Owszem, Michnik i może paru jeszcze innych to jak najbardziej Żydzi, no ale już taka Wielowieyska czy Kurski, a kto wie, czy nie większość redakcji, to jak najbardziej Polacy, którzy z żydostwem nie mają nic wspólnego poza tym, że ci im płacą, a zatem oni mają takie samo prawo jak my krytykować to co im się w naszym Kościele nie podoba, nawet jeśli coś im się tu i ówdzie pomyli. Otóż po pierwsze, zostawmy już tego Kurskiego, który ostatnio sam osobiście poinformował, że się właśnie dowiedział, że jest Żydem – swoją drogą, ciekawe, że oni wiedzieli, a on biedaczek nie – ale gdy chodzi o cała resztę, to diabli ich wiedzą. Druga natomiast, i to znacznie poważniejsza, kwestia jest taka, że jest coś takiego jak świadectwo niegdysiejszego Michała Cichego, wieloletniego i jednego z najbardziej wybitnych dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, który swego czasu zrobił karierę książką o zbrodniach jakie rzekomo mieli popełniać żołnierze AK na Żydach, po pewnym czasie przyznał, że owa książka to był błąd, został z „Wyborczej” pod strażą wyprowadzony, po czym udzielił wywiadu wicenaczelnemu ówczesnego „Dziennika”, Cezaremu Michalskiemu [sic!], w którym o środowisku „Gazety Wyborczej”, a przez wiele lat również swoim, powiedział co następuje:

„Dla mnie Helena [Łuczywo] jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem”.

       I niech nikt nie sądzi, że Cichy, sam zresztą oczywiście Żyd, dostał cholery na tych co go tak fatalnie upokorzyli i postanowił sie zemścić. Nic podobnego. To co on mówi o Łuczywo, skądinąd, jego zdaniem, faktycznej szefowej owego projektu, to pochwalny hymn. Według Cichego, człowieka, który był w „Gazecie” przez tyle lat przez wzgląd na wielkość Heleny Łuczywo i który odszedł z niej mimo tej wielkości, tak jak, jest słusznie i właściwie. Dlaczego? Bo inaczej po prostu się nie da. Bo „problem polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia.”

      Za Cichym bowiem stoi nie to w co on wierzy, czy co mu się wydaje, czy nawet nie to, co on by bardzo chciał. Za Cichym stoją fakty. On sobie tego nie wymyślił. On tam był, on słuchał co do niego mówią, on tego wszystkiego doświadczał, on to zaakceptował i w końcu z tym wszystkim żył. A skoro żył, to wiedział, a skoro wiedział, to i mówi, a mówił rzeczy porażające: „Ale jak pan [etnicznych kryteriów] nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych […]. O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy”.

       Rozmowa, której Michał Cichy – dziś wraz ze swoim świadectwem wrzucony przez swoich w odmęty niepamięci – udzielił Michalskiemu ukazała się 21 lutego 2009 roku i z tego co pamiętam, ona została przez ówczesne media całkowicie przemilczana. Może tylko gdzieś tam przez łamy „Wyborczej” przeleciała wiadomośc, że Cichy zwariował i im nawet z szacunku dla ludzkiego nieszczęścia nie wypada go zadręczać polemikami, ale jest tak jak mówię: świadectwo Michała Cichego z punktu widzenia kogoś kto wpatruje się w świąteczną okładkę „Gazety Wyborczej” jest czymś powszechnie kompletnie nieznanym. A pomyśleć tylko, jak byłoby nam wszystkim łatwiej, nawet nie gdyby polskie państwo podjęło decyzję o zamknięciu tego całego geszeftu, jako wymierzonemu w historię i podstawowe interesy polskiego państwa, ale gdyby chociaż większość z nas uzyskała świadomość z czym i z kim mamy do czynienia. Oni wprawdzie i bez tego powoli gniją, ale niestety przez te wszystkie lata zdążyli już zaznaczyć teren i nawet kiedy już odejdą, będzie nam bardzo trudno po nich posprzątać.

 

poniedziałek, 27 marca 2023

Don Paddington: Części ciała (część 6)

Z bólem serca zapraszam do czytania ostatniego juz niestety odcinka rozważań naszego księdza. Mam nadzieję, że na kolejne jego przybycie nie będziemy musieli długo czekać.


Softpower ciągnie za sobą Gorgiasza i Sokratesa, by podziwiali Campo di Fiori, Ancilla cieszy się, że w ogóle żyje, a Jerry Lee Lewis używa wszystkich części swego ciała, czyli o ewentualnych pożytkach wynikających z filozofii. (epizod nr 6; ostatni) 


Jerry Lee Lewis uważał (a nie był w tym odosobniony), że grając i śpiewając rock and rolla, poświęcił się diabelskiej muzyce i że będzie z tego powodu potępiony. Ponoć bardzo to przeżywał (był przecież religijnie wychowanym chłopcem z amerykańskiego południa), choć jednocześnie nie potrafił zrezygnować z tego co diabelskie, bo dawało ono dużo „ziemskich rozkoszy”. Stał więc Jerry w rozkroku nad następującym dylematem: Czy wrodzony talent, powinien być wykorzystany na chwałę Bożą, czy też raczej powinien przynosić chwałę utalentowanemu? Lewis miał świadomość, że talent to Boży dar, Boża łaska, ale…


À propos łaski Bożej…

Jest taki znany, niepokojący wszystkich filozofów bon mot św. Augustyna: „Czym jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem; gdy zaś chcę wyjaśnić pytającemu – nie wiem.”

Oczywiście, jeśli ktoś jest filozofem, to musi wiedzieć (musi wiedzieć co to jest czas, prawda, relacja, człowiek, aksjomatyzacja, piękno, przypadłość, dobro, zło, analogia, kobieta, mężczyzna, prawidłowość, reguła, głębia, intencja, alternatywa, tożsamość, dusza, funkcja, metoda, zdanie, liczba, skłonność, stwierdzenie, abstrakcja, prawo, eksperyment, forma, słowo, porządek, sens, zjawisko, człowieczeństwo, substancja, znak, sprzeczność, teoria, interpretacja, język, analiza, twierdzenie, itd.), a jeśli ktoś jest rozsądny, to wie, że tak naprawdę niewiele o tym wszystkim wie, zwłaszcza wówczas, gdy ową rzekomą wiedzę trzeba komuś przekazać.

Przypomina to znane wszystkim „wiem, że nic nie wiem”, będące najprawdopodobniej (o ile Sokrates kiedykolwiek to zdanie w tej formie wypowiedział) ironicznym komentarzem do innego bon motu, autorstwa Gorgiasza: „Nic nie istnieje. Nawet gdyby istniało, to nie moglibyśmy tego poznać. Nawet gdybyśmy mogli coś poznać, to nie moglibyśmy tego zakomunikować.” Głupie, nie? Oczywiście, że głupie, bo istotnie, sceptycyzm jest głupkowaty. A św. Augustyn, choć przed swoim nawróceniem flirtował z rozmaitymi głupstwami, sceptykiem nie był. W swoim zdaniu o czasie, święty biskup wskazywał tylko na ograniczenia naszego rozumu, który z powodu owych braków, musi być uzupełniany łaską Boga. I mówił dalej święty z Hippony, że tak naprawdę nasze problemy (problemy ze wszystkim, w tym także z filozofią) biorą się stąd, że o łaskę Boga dla naszego rozumu nie zabiegamy, albo wprost ją odrzucamy. A rozum bez łaski Bożej może wyczyniać rozmaite harce.


Powie ktoś: „No tak. Ale jest jeszcze wrodzony wszystkim ludziom wspomniany wyżej zdrowy rozsądek.” Tak… Zdrowy rozsądek. Po pierwsze, nie każdy go ma. Po drugie, jeśli go mamy, to tak, czy siak jest on dziełem Bożej Opatrzności, czyli łaski Bożej. Po trzecie, zdrowy rozsądek też ma swoje ograniczenia. Pokazała to bardzo wyraźnie Leonia Pawlak, wybitny autorytet w dziedzinie filozofii prawa, która dowiedziawszy się, że nadciąga sowiecka armia, wybiegła z piwnicy, w której schroniły się przed ruskim ostrzałem rodziny Pawlaków i Kargulów. Na pytanie syna swego, Kazimierza: „A mama gdzie?” (w domyśle: gdzie biegnie?), odpowiedziała: „Powiedzieli, że wojsko idzie. Trzeba iść kury połapać.” Tym zdaniem Leonia Pawlak dała do zrozumienia, że znane jej jest zdroworozsądkowe wnioskowanie, które rozmaici mądrale określają jako modus ponendo ponens (dla chcących to rozkminić, schemat owego rozumowania jest następujący: jeżeli p to q; jest p, a więc q). Jednak fakt, że ktoś jest rozsądny nie oznacza, że ów ktoś w każdych okolicznościach zachowa się rozsądnie, albo że w ogóle jest mądry i dobry, bo zdanie: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie” – nie jest ani mądre, ani dobre, choć na tym zdaniu ufundowana jest praktyka sądownicza w wielu krajach (np. w Burkina Faso, Birmie i Wenezueli). 


Powyższe jednak nie zmienia faktu, że lepiej zdrowy rozsądek mieć, niż go nie mieć.

W tym miejscu dobrze więc będzie zwrócić uwagę na kolejny pożytek wynikający z filozofii: ona docenia, wręcz promuje zdrowy rozsądek, ale jednocześnie podpowiada, że zdroworozsądkowe podejście do rzeczywistości nie zawsze jest w stanie poradzić sobie z wszystkimi problemami.


Żeby dobrze to zrozumieć, proszę pozwolić na kolejne wspomnienie o ks. Ludwiku Wciórce – wspomnienie, które kilka lat temu na tym blogu zostało już opublikowane, ale jak sądzę, warto je przypomnieć (tym bardziej, że już nie chce mi się pisać o czymś nowym). Rzecz dotyczy seminarium naukowego z filozofii, które ks. Ludwik w latach 90-tych ubiegłego wieku prowadził na studiach podyplomowych. W ramach tychże zajęć ks. Profesor zachęcał nas, byśmy podłubali trochę w tzw. filozofii lingwistycznej. Sądziliśmy, że pogadamy o Wittgensteinie, albo Austinie, a ks. Wciórka ni stąd, ni z owąd rozśmieszył nas, ponieważ próbował nas przymusić do zapoznania się ze słynną pracą Stalina z 1950 r., o językoznawstwie (owa praca, to w rzeczywistości trzy artykuły, pierwotnie opublikowane przez Józefa Wissarionowicza w moskiewskiej „Prawdzie”). Jak się okazało, ks. Ludwik w odróżnieniu od np. Stefana Kisielewskiego, czy Zbigniewa Herberta, tudzież innych prześmiewców, o których mawiał, że jeśli coś czytają, to często bez zrozumienia tekstu, stalinowski wkład w językoznawstwo traktował z pełną powagą, wręcz z atencją, a nasze śmichy-chichy i głupkowate komentarze, zbywał swoim serdecznym uśmiechem. Stukał palcem w jedyny dostępny, z seminaryjnej biblioteki wzięty egzemplarz rzeczonego dzieła, patrzył na nas i mówił z naciskiem: „Przeczytajcie!” Przeczytaliśmy. No i przestaliśmy się śmiać. A potem porozmawialiśmy.


W czasie owej rozmowy, ks. Profesor zwrócił nam uwagę, że Stalin we wspomnianej pracy, poza wykorzystaniem kwestii językoznawczych do ówczesnych, wewnątrzpartyjnych rozgrywek, przede wszystkim bronił zdrowego rozsądku. Powtórzmy, żeby to dobrze wybrzmiało: Stalin, w swej osławionej pracy o językoznawstwie, przede wszystkim BRONIŁ ZDROWEGO ROZSĄDKU. Józef Wissarionowicz wystąpił bowiem przeciwko pewnej językoznawczej tendencji – którą w jego artykule uosabiał radziecki językoznawca Mikołaj Marr – powszechnie w Związku Sowieckim przyjmowanej, a sprowadzającej się do tezy, że permanentna i wszechogarniająca rewolucja klasowa, dotyczy także języka. Stalin, słysząc o czymś takim, musiał to powiązać z Lwem Dawidowiczem Trockim, który jak powszechnie wiadomo cierpiał na pewną odmianę manii objawiającej się tym, by rewolucjonizować i militaryzować wszystkie obszary ludzkiego życia. Nie da się zaprzeczyć, że Stalin także był wielkim rewolucjonistą i wielkim militarystą, ale w odróżnieniu od Lwa Dawidowicza i jego zwolenników, próbował swój rewolucyjny i militarny zapał ująć w jakieś karby. Ponieważ koncepcja Marra na kilometr cuchnęła trockizmem, władca Sowietów poczuł się zmuszony zaprotestować przeciwko jego językoznawczej tezie, oraz wskazać, że nie ma czegoś takiego jak język klasowy. Istnieje tylko język ogólnonarodowy – wspólny burżujom i proletariuszom – w którym co najwyżej możemy wyróżnić jakieś dialekty, czy żargony, w tym klasowe.


Następnie Józef Wissarionowicz wyjaśnia, że język – podobnie jak maszyny – jest obojętny wobec klas i jako narzędzie z równym powodzeniem może być wykorzystywany zarówno w kapitalizmie jak i socjalizmie. Przede wszystkim zaś, Stalin protestuje przeciwko odrywaniu języka od myśli, tzn. przeciwko koncepcji, iż można sensownie, tzn. unikając anarchii, komunikować się na płaszczyźnie społecznej bez odwoływania się do języka pojmowanego jako „bezpośrednia rzeczywistość myśli”, tzn. języka spełniającego proste funkcje informacyjne: „to jest prawda”; „to jest fałsz”. 


Czy w tych wywodach Stalina jest coś śmiesznego? Mnie osobiście nic tutaj nie śmieszy, choć „Zbigniew Herbert mówił ponoć, że gdy chce się zdrowo pośmiać, sięga po pracę Stalina o językoznawstwie i nigdy nie doznaje zawodu.” Tak, wiem, że cytat bardzo jest oklepany, ale przyjemność z przytoczenia go w tym miejscu jest bardzo duża. A to, że Herbert wielkim poetą był? No, był! Ale cóż… Amicus Plato…, itd.


Ks. Wciórka mawiał, że Stalin był wielkim zbrodniarzem, ale nie był kretynem. Rozumiał bowiem, że jeśli całą swoją straszliwą władzą okaże poparcie dla językowych koncepcji „permanentnych rewolucjonistów”, bardzo szybko społeczna komunikacja zostanie obezwładniona przez wieloznaczność. Wieloznaczność zaś, dla tych rządzących, którzy nie są kretynami, jest kusząca tylko doraźnie (np. w walce z politycznymi przeciwnikami), w dłuższej perspektywie czasowej jest jednak z ich punktu widzenia zabójcza, ponieważ prowadzi najpierw do wspomnianej wyżej semantycznej anarchii, a potem do anarchii społecznej i politycznej, słowem: uniemożliwia sprawowanie władzy.


Stalin był mistrzem w stosowaniu kłamstwa i zasłony wieloznaczności. Uznał jednak, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Niechby tylko ktoś spróbował okłamywać towarzysza Stalina, albo kierować do niego wieloznaczny (tj. mętny) komunikat... Oprócz tego, kremlowski dyktator bał się, że jeśli rozpowszechni się traktowanie języka w oderwaniu od kategorii „prawda/fałsz”, to tym samym skończy się możliwość jakiegokolwiek społecznego współdziałania i możliwość oddziaływania na poddanych.

Ks. Wciórka mówił nam o tym wszystkim, nawiązując do coraz bardziej modnych koncepcji francuskich  postmodernistów (Derrida, Lyotard, Baudrilard). W tych „filozofach” ks. Profesor widział kontynuatorów Marra, a wymyśloną przez nich tzw. dekonstrukcję i przesunięcie paradygmatu językowego, skutkujące wieloznaczną drwiną zaprawioną szczyptą ironii, traktował jako współczesne narzędzia permanentnej rewolucji, która żyje i ma się dobrze. Mówiąc o tych „pożytecznych idiotach” (a może nie idiotach, lecz ludziach wynajętych przez „Fenicjan”?), ks. Ludwik wskazywał na rzecz następującą: w czasie rządów Stalina, ludzie milionami byli mordowani. I dawało się to określić albo jako coś złego (zbrodnia przeciw ludzkości), albo jako coś dobrego (efekt koniecznej walki klasowej). Mimo różnic w ocenie, wiadomo było, o co chodzi. W momencie jednak, gdy ulegamy wpływowi dekonstrukcjonistów i narzędziem naszego opisu świata staje się ironia wyrastająca z wieloznaczności, zaczynamy czuć się bezradni wobec rozmaitych komunikatów – nawet tak drastycznych, jak te dotyczące stalinowskich ofiar. I wtedy, albo treść owych komunikatów odrzucamy (tzn. traktujemy je jako coś poza-rzeczywistością), albo ową treść rozmywamy (tzn. uznajemy, że walor prawdy jest czymś nieuchwytnym – czyli pomijalnym – a przez to zupełnie nieistotnym). Inaczej mówiąc: przestajemy racjonalnie reagować na rzeczywistość, bo zdrowy rozsądek jest zabijany, ośmieszany, odsyłany do lamusa. W tej sytuacji biedny człowiek bardzo często nie wie, co zrobić z przyrodzonym sobie zdrowym rozsądkiem, przez co staje się jeszcze bardziej biedny, ponieważ nie ogarnia tak prostych faktów jak te, że może istnieć kilkadziesiąt płci, że fotowoltaika montowana na tak małym kontynencie jak Europa, może pozytywnie wpłynąć na cały ziemski klimat, że „chłop z chłopem” i „baba z babą” to nasza cywilizacyjna, wspaniała przyszłość, albo że znany polityk, który jest wypełnionym troską o Kościół katolikiem, jednocześnie o tym Kościele – zapewne wspomnianą troską i miłością powodowany – może mówić w sposób następujący: „Kościół stał się gigantycznym przedsiębiorstwem nastawionym na zysk i właściwie nie zainteresowanym ewangelizacją.”


Stalin był odrażającą postacią. I z racji popełnionych przez niego zbrodni, tak jakoś przyzwyczailiśmy się do myśli, że Józef Wissarionowicz nie mógł promować czegoś dobrego (np. obrony zdrowego rozsądku) i że jeśli przeciwko komuś występował, to ów ktoś na pewno musiał być mądry, szlachetny i niewinny. No tak, oczywiście. Ale czy pośród owych mądrych, szlachetnych i niewinnych, mamy też umieszczać „permanentnych rewolucjonistów” (czytaj: Gorgiaszów i Sokratesów podziwiających filozoficzną subtelność Giordana Bruno)? Nie wydaje mi się.


Dlaczego o nich piszę? Czynię to dlatego, ponieważ żyjemy w świecie, w którym „permanentni rewolucjoniści” tryumfują. Ich „długi marsz przez instytucje” – wspierany, a pewnie także inspirowany przez „Fenicjan” – zakończył się (!?) sukcesem. To właśnie o ludziach tej umysłowej formacji, wspomniany Stefan Kisielewski – przytaczając wypowiedź bodajże Pawła Jasienicy – napisał w swoich „Dziennikach”: „Ci dopiero dadzą nam w dupę!” I dają nam w dupę. Popierani przez „Fenicję” trzęsą mediami, katedrami uniwersyteckimi, mają wpływ na wielki biznes, oraz na to, co wydaje nam się być wielką polityką. A że w tym wszystkim obecne jest – jak to przy dekonstrukcji – kłamstwo („Jakie kłamstwo? Wypraszam sobie! A poza tym: Cóż to jest prawda?”), naukowy i publicystyczny brak staranności, nieustanny rechot, że o pyle i smrodzie nie wspomnę – to cóż stąd? Jeśli jest show, to jest fun, a tak naprawdę tylko to w życiu się liczy. Rozum i zdrowy rozsadek są nudne, a w dzisiejszych czasach tak naprawdę tylko poprzez show i fun można sobie zdobyć liczne rzesze zwolenników.


Czy wobec tej smutnej sytuacji da się sformułować jakiś kolejny pożytek wynikający z filozofii? Może tylko ten, że ona pozwala nam dostrzec problemy, ale niekoniecznie daje narzędzia, by owe problemy rozwiązać.


Jerry Lee Lewis… Nie był filozofem, ale na pewno był – nie pierwszy i nie ostatni – częścią soft power, wykorzystywanej do obezwładnienia zdrowego rozsądku. 

Skąd pomysł, by właśnie ten muzyk towarzyszył nam w rozważaniach o filozofii? Może stąd, że wszystko w jego sztuce i życiu nastawione było na budzenie jak największych emocji u publiczności. A nic tak dobrze nie ogranicza zdrowego rozsądku, jak właśnie emocje. Uważajmy na nie. Uważajmy na tych, którzy nasze emocje, nasze życie próbują rozkołysać (że nawiążę do znanego przeboju Lewisa: Rockin' my life away). Oni tak naprawdę próbują nam wyrwać grunt spod nóg. Grają na nas tak, jak Jerry grał na fortepianie: wszystkimi częściami swego ciała, tzn. stosując wszystkie możliwe środki i triki, by zdobyć nad nami „gorgiaszowską” władzę. Zgadzamy się na sprowadzenie nas do poziomu instrumentu, ponieważ wiąże się to z odczuwaniem rozmaitych przyjemności, ale jest to tylko złuda wykorzystywana na naszą niekorzyść przez TegoKtóryNieOpuszczaŻadnychOkazji. Bo tak naprawdę nasz rozum doświadczaną emocją jest usypiany, tak jak kobra jest usypiana przez zręcznego fletnistę. 


Smutne? Nie. Bo poza rozumem wielbionym przez prawdziwą filozofię – rozumem, który jest często bezradny wobec złości i podstępów Złego, jest jeszcze wiara w Boga. A dla Boga nie ma nic niemożliwego! 


KONIEC




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...