wtorek, 31 maja 2022

Wojciech Fibak czyli o nie wychodzeniu przed szereg

 

      Kiedy parę dni temu dotarłl do mnie informacja, że na ostatniej konwencji Platformy Obywatelskiej, jako gwiazda eventu wystąpił niesławny poseł Franek Sterczewski, pomyśłałem sobie że oto został przebity kolejny sufit żenady. Chwilę potem jednak usłyszeliśmy wszyscy, że ów Sterczewski został wprowadzony przez Donalda Tuska w taki oto sposób i nastąpił szok:

„Franek, pamiętasz nasze pierwsze, dłuższe spotkanie po moim powrocie. Poznaliśmy się wtedy i ja trochę wyłysiałem i posiwiałem, bo nie spodziewałem się, że będą aż tak zadziorne postaci i o takim politycznym temperamencie, ale też nauczyłem się, przepraszam za to sformułowanie, nauczyłem się Ciebie i tego typu postaw”.

      I oto te słowa sprawiły, że w moim najszczerszym przekonaniu doszliśmy do ostatniej już ściany, czy, jeśli kto woli, przebiliśmy ostatni już sufit, i w tym momencie owa przedziwna historia ludzkiego skretynienia ostatecznie dobiegła końca.

     Nie zdążył jednak opaść ten czarny kurz, gdy na portalu sport.pl przeczytałem bardzo obszerny wywiad z Wojciechem Fibakiem i autentycznie osłupiałem. Myślę że większość ze starszych wielkiem czytelników tego bloga, pamięta kim jest, a raczej kim kiedyś był, Wojciech Fibak, ale na wszelki wypadek przypomnę, zwłaszcza że tu pewności mieć wcale nie mogę. Otóż w czarnych czasach PRL-u, w samej końcówce lat 70., Fibak był jedynym polskim tenisistą występującym w turniejach ATP, przez co stał się tu w kraju gwiazdą najwyższej jasności. Oczywiście, w tamtym czasie osiągane przez niego sukcesy były traktowane u nas jako coś bardzo specjalnego, co jednak nie zmienia faktu, że obiektywnie rzecz biorąc były one takie sobie. Najwyższą pozycją jaką Fibak zajął w rankingu zawodowego tenisa było miejsce 10 z roku 1977, największym sukcesem był awans do finału Masters w roku 1976, a poza tym mógł sobie Fibak na koncie zapisać 15 wygranych turniejów w całej karierze, osiągając maksymalnie ćwierćfinały w którymkolwiek z Wielkich Szlemów. Gdy zorientował się, że z tej kariery nic już nie będzie, machnął Wojciech Fibak ręką na ten cały sport i postanowił zaangażować się w handel sztuką.

       Z czasów, kiedy Fibak odgrywał jako taką rolę w światowym tenisie w jego historii pozostało wiele nazwisk, takich jak McEnroe, Borg, Villas, Becker, Lendl, Sampras, Connors, Agassi... można wymieniać. Fibak pozostał w historii dyscypliny gdzieś na poziomie Okkera, Orantesa, czy Jana Kodesa.

        Przez wiele lat o Fibaku nic nie było słychać aż bodajże do roku 2013, kiedy to tygodnik „Wprost” zarzucił mu, że przez pewien czas trudnił się stręczycielstwem, sprzedając jakimś bogatym starcom, swoim znajomym z branży handlu sztuką młodziutkie dziewczyny. Fibakowi nigdy nic nie udowodniono, natomiast on sam na wszelki wypadek wyjechał z kraju i, jak się nagle okazuje, wrócił i promuje swoją książkę o sobie i swoich rzekomych sportowych i towarzyskich sukcesach. Wywiad dla portalu sport.pl jest, jak wspomniałem, bardzo obszerny, a ja tu tylko zacytuję parę fragmentów doskonale obrazujących z czym mamy do czynienia.

O planach na książkę: „Mnie namawiały nawet największe wydawnictwa z USA. Nie miałem czasu, zawsze pędziłem”;

O Djokovicu: „Jesteśmy na US Open 2013. Jestem praktycznie głównym trenerem Novaka Djokovicia, bo Marian Vajda wezwał mnie na pomoc i dał mi pełną swobodę”; 

„Mogłaby to zdradzić tylko Serena Williams, bo z Novakiem rozmawiałem w jej obecności. Serena gimnastykowała się obok nas i przybierała coraz dziwniejsze pozy. W końcu całkiem przestała ćwiczyć i coraz uważniej przysłuchiwała się naszej rozmowie”;

„Później zadzwonił jeszcze menedżer Novaka, zaproponował mi klasę biznes w Air France, bo moje ukochane concordy już nie latały. Wie pan, że ja nimi leciałem ponad 100 razy w życiu? W czasie tych lotów ucinałem sobie pogawędki m.in. z prezydentem Richardem Nixonem i z Luciano Pavarottim. Ale obóz Djokovicia przygotował mi świetną ofertę - najlepsze loty, najlepsze hotele i bonusy od nagród wywalczonych przez Novaka na korcie. Proszę uwierzyć, że to były potężne bonusy”;

„Około roku 2008, zaprosiłem Novaka na lunch na plaży w Monte Carlo i wytłumaczyłem, że musi grać tenis bardziej ofensywny, że musi prowadzić grę, a nie stosować stylu zachowawczego i nie czekać tylko na błędy przeciwnika. Wtedy nastąpił przełom w jego grze. Narodził się nowy Djoković”; 

O Johnie McEnroe: „Ja i John oczywiście jesteśmy kolegami. Wprowadziłem go w świat sztuki, dzięki mnie został kolekcjonerem. Inwestycje w obrazy, choćby Jean-Michela Basquiata, przyniosły mu potężne miliony”;

O swojej pozycji gwiazdy polskiego sportu: „Gdyby w 1976 roku nie było igrzysk olimpijskich w Montrealu ze wspaniałymi wynikami Polaków, to pewnie bym plebiscyt wygrał. Jacek Wszoła przebił mnie naprawdę minimalną liczbą punktów. I pytany o sportowego idola powiedział, że jest nim Wojtek Fibak, co mnie bardzo wzruszyło. Proszę zauważyć, że za mną znaleźli się złoci medaliści Ślusarski, Pyciak-Peciak, siatkarze. Gdy wracałem do Polski, to celnicy na lotniskach, taksówkarze czy recepcjoniści w hotelach powtarzali: ‘panie Wojtku, dziękuję, że pan pokazał, że Polak potrafi’. Wielkie wrażenie na ludziach wywierało to, że zostałem jednym z najlepszych w świecie zawodowców”.

O Kirku Douglasie: „Manolo chciał zejść z kortu, praktycznie się poddał. Wielki tenisista, zwycięzca US Open 1975, już nie miał ochoty na grę, bo młokos z Polski dawał mu lekcję. Niestety, organizatorzy wpadli na pomysł urozmaicenia sytuacji. W przerwie przy wyniku 4:1 w tej największej na świecie hali wypełnionej kibicami odnaleziony został Kirk Douglas i z aktorską sławą przeprowadzono wywiad transmitowany na wielkich ekranach. Problem w tym, że ja i Orantes to widzieliśmy i słyszeliśmy. ‘The Times’ pisał, że to była największa kontrowersja w historii tenisa. Douglas i jego żona już mi pogratulowali zwycięstwa, a do Orantesa zwrócili się ze słowami pocieszenia. Mówili, że tym razem nie wygrał, ale i tak jest świetny, że pięknie gra w tenisa, a w końcu, że może jednak jeszcze powalczy, bo nigdy się nie poddaje. Manolo na nich spojrzał, uśmiechnął się i zupełnie innym, energicznym krokiem wszedł na kort. Zaczął nieprawdopodobnie walczyć. Z 4:1 szybko zrobiło się 5:5. Przy 5:3 i 30:15 pechowo pękły mi struny w rakiecie. Przegrałem tego seta w tie-breaku. W piątym secie już nie miałem siły walczyć z tak pobudzonym przeciwnikiem. Przegrałem 1:6. Czułem zmęczenie z całego roku”;

O swojej drodze do sławy: „Jeszcze wtedy nie znałem się ani z Kirkiem Douglasem, ani z Robertem De Niro, z którym się później bardzo zaprzyjaźniłem, ani z Erikiem Claptonem, ani z nikim bardzo znanym z tego artystycznego świata. Wtedy byłem bardzo dumny z przyjaźni z artystami i zarazem moimi kibicami Danielem Olbrychskim, Aliną Janowską, Janem Englertem, Wojtkiem Gąsowskim czy Gustawem Holoubkiem. I z Ulą Dudziak, Michałem Urbaniakiem, Januszem Głowackim, Ryszardem Horowitzem, czyli przyjaciółmi z Nowego Jorku. Wielkie światowe gwiazdy odkryły mnie trochę później”;

O Hugh Grancie: „Ze swoją ówczesną partnerką, znaną aktorką Liz Hurley, często bywali moimi gośćmi, a nawet się zdarzało, że do mojego XVIII-wiecznego pałacyku w Lasku Bulońskim [sic!] przyjeżdżali, kiedy byłem w Nowym Jorku. Hugh na moim rowerze jeździł na targ po najlepsze sery, szynki i owoce. Ojciec Liz lubił po cichutku zakradać się na dół po skrzypiących, drewnianych schodach. Stawał przy otwartej lodówce i podjadał”;

O Janie Pawle II: „W rozmowie od razu okazało się, że papież bardzo się interesuje tenisem, że zna wszystkich moich rywali. Nagle zaproponował, żebyśmy poszli zobaczyć kort trawiasty na terenie Watykanu. Okazało się, że jest trochę zaniedbany. Ojciec święty powiedział, że wszystko zostanie doprowadzone do porządku i następnym razem, gdy będę w Rzymie, zagramy. Z typowym dla siebie poczuciem humoru żartował, że chce się sprawdzić z najlepszym Polakiem. Kiedy po powrocie na korty Foro Italico o tym opowiedziałem mediom, to rwetes się zrobił na cały świat. Ta wiadomość była ważniejsza niż regularne doniesienia o wynikach”.

        I tak to opowiada o sobie Wojciech Fibak, zachęcając nas oczywiście do tego, byśmy sobie kupili jego najnowsza książkę, bo tam takich historii, jak zapewnia, będzie dużo, dużo więcej. A jeśli ktoś się zastanawia, po ciężką cholerę, jak się tym dziwnym człowiekiem zjmuję, już tłumaczę. Otóż, jak juz wspomniałem, Wojciech Fibak w historii tenisa to gwiazda na poziomie Czecha Kodesza, czy Holendra Okkera, ale jestem pewien, że żaden z nich w życiu by nie zrobił z siebie idioty opowiadając Czechom czy Holendrom tego typu banialuki. Dlaczego? Bo oni wszyscy mieli szczęście obracać się w towarzystwie, gdzie nikt im nie wmawiał, że są częścią narodu, któremu los przypisał rolę „brzydkiej panny na wydaniu”. Nie wyobrażam sobie, by którykolwiek z nich, czy to Hiszpan Orantes, czy Rumun Nastase, czy Szwed Bjork krztusili się z emocji na wspomnienie tego,  że jakiś aktor odwiedzali ich w jego XVII-wiecznym pałacyku. No ale też nie wydaje mi się by którykolwiek z nich miał też okazję, by rzucić publicznie coś takiego:

„Nigdy nie czytam komentarzy na mój temat. I wiem, że nie czytają również moi znajomi, którzy też coś w życiu osiągnęli. Nie czytamy ze względu na krzywdzący, obrzydliwy hejt, który pokazuje się między rzeczowymi opiniami. Powiem tylko tyle, że nawet tygodnik ‘Nie’ Jerzego Urbana odrzucił propozycję opublikowania tego nielegalnego, oczerniającego mnie nagrania ‘Wprostu’. Jedyną motywacją prowokatorek była chęć zysku i sławy. Dziś najbardziej żałuję, że nie oddałem sprawy do sądu”.

      No i jest jeszcze jeden powód. Otóż kiedy w roku 2010, tuż po Katastrofie Smoleńskiej, wokół Bronisława Komorowskiego budowano komitet poparcia, Fibak pojawił się tam jako jedno z głównych nazwisk. Dziś, gdy portal sport.pl pyta go o opinie w sprawie propozycji bojkotu rosyjskich i białoruskich tenisistów podczas zbliżającego sie Wimbledonu, odpowiada tak:

„Uważam, że decyzja organizatorów Wimbledonu jest niesprawiedliwa, niepotrzebna i przedwczesna. Nie można tych ludzi wykluczać tylko dlatego, że są Rosjanami. To jest przeciwko pryncypiom ATP. Nie jest to też decyzja w brytyjskim stylu, wyważonym, a wyjście przed szereg. Ofiarą rosyjskiego reżimu są przede wszystkim Ukraińcy, ale na drugim miejscu Rosjanie. I nie mam na myśli oligarchów, tylko zwykłych obywateli Rosji, których tracą pracę lub mają ograniczane prawa obywatelskie”.

       Chętnie bym w tym momencie coś dodał, ale nie wiem, czy to nie byłoby zbyt ryzykowne. W końcu są branże z którymi lepiej nie zadzierać.


 


 

 

 

 

piątek, 27 maja 2022

O tym jak Niemcy budowali przyszłość wolnego i demokratycznego świata (część ostatnia)

 Dziś już ostatni fragment artykułu z niemieckiego „Der Spiegela" na temat niesławnej Ostpolitik.

      W roku 1991 Kohl brał zupełnie serio pod uwagę możliwość, że ów straszny nacjonalizm, który wystąpił we Wschodniej Europie po I Wojnie Światowej, może pojawić się ponownie. Wierzył też zatem, że gdyby tak się stało że kraje bałtyckie uzyskają niepodległość „znów dojdzie do starcia z Polską”, tak jak to miało miejsce między Polską a Litwą w roku 1920. W tej sytuacji, jedyną konkluzją jaką z owego przekonania mógł Kanclerz wysnuć była ta, że „rozpad Związku Sowieckiego absolutnie nie może być w interesie Niemiec”.

      Ostatecznie jednak, kraje bałtyckie niepodległość uzyskały i dziś najprawdopodobniej nie da się już ustalić z całą pewnością, czy to owo rozumowanie Kohla było błędne, czy też po prostu Łotysze i Litwini mieli to szczęście, że ich droga do niepodległości przeszła tak spokojnie.

      Tak czy inaczej, wiele państw Zachodu, analizując sytuację na własną rękę, raczej wspierało w tej kwestii Niemcy. Francuski prezydent Mitterrand osobiście narzekał na Bałtów, tłumacząc im, że „nie mogą ryzykować wszystkiego co udało im się osiągnąć dzięki Moskwie, tylko po to by pomagać krajom, które tak naprawdę nie cieszyły się samodzielnym bytem od 400 lat”. Nawet prezydent George Bush, skądinąd chłodny realista, nie omieszkał wygłosić parę cierpkich słów pod adresem polityków z krajów bałtyckich i ich dążeniu do niezależności.  

        Gdy chodzi natomiast o Kohla, jego przyjazne realacje z Moskwą pozwoliły mu posunąć się do tego, by przy pewnej okazji udawać że nie zauważył swoieckich działań ściśle przestępczych. 13 stycznia 1991 roku stacjonujące w Wilnie sowieckie siły specjalne zaatakowały obywatelski ruch niepodległościowy, szturmując miejską stację telewizyjną i inne budynki. Śmierć poniosło 14 nieuzbrojonych cywilów, a setki innych odniosło rany. Reakcja Bonn była, i to w najlepszym wypadku, letnia. Kilka dni po owej agresji Kohl odbył telefoniczną rozmowę z Gorbaczowem. Będący jej świadkiem niemiecki dyplomata zapisał w swojej notatce, że obaj panowie „wymienili między sobą serdeczności”. Gorbaczow narzekał, że nie ma możliwości, by posuwać się do przodu „nie podejmując niekiedy bardziej surowych kroków”, co zostało odczytane jako aluzja do tego co się stało w Wilnie. Reakcja Kohla była szokująca: „W polityce, wszyscy musimy być otwarci na to, że są momenty, gdy trzeba wybrać drogę okrężną. Liczy się natomiast przede wszystkim to, by nie stracić z oczu celu podstawowego”.

       Gorbaczow zakończył wymianę uprzejmości zapewnieniem, że „bardzo sobie ceni” przyjętą przez Kanclerza pozycję. Wedle tego co znalazło się w notatce, słowo „Litwa” podczas owej rozmowy nie padło ani razu.

      Rola, jaką w owej zbrodni odegrał osobiście Gorbaczow, do dziś nie została wyjaśniona. 


 

 

 

czwartek, 26 maja 2022

O tym jak Niemcy budowali przyszłość wolnego i demokratycznego świata (część 3)

 

Dziś kontynuujemy relację niemieckiego „Der Spiegla”  na temat polityki prowadzonej przez Niemcy w stosunku do Związku Sowieckiego i tego co po nim zostało.      


      I w tej oto sytuacji Genscher postanowił niejako „przekierować” marzenia krajów Europy Wschodniej i Środkowej o przystąpieniu do NATO i poszukać rozwiązań alternatywnych, które mogły by być „akceptowalne” dla Związku Sowieckiego. Wtedy też wpadł na pomysł utworzenia Rady Partnerstwa Euro-Atlantyckiego, a więc ciała w ramach którego kraje Europy Wschodniej i Środkowej uzyskałyby prawo do zabrania głosu. 

      „Choć początkowo, dawne kraje Paktu Warszawskiego liczyły na możliwość uzyskania członkowstwa w NATO”,mówił Genscher, „to w trakcie poufnych dyskusji zostały one skutecznie do tego zniechęcone”.

       Przez pewien czas, Niemcy dążyły do tego, by NATO wyszło z oficjalną deklaracją, że nie rozszerzy się na wschód. Jednak po tym jak Genscher w maju 1991 roku złożył wizytę w Waszyngtonie i usłyszał od Amerykanów, że „w przyszłości rozszerzenia wykluczyć nie można”, szybko zmienił front i ogłosił, że nigdy nie był za tym by składać „ostateczne deklaracje”. Faktycznie jednak, wydaje się że w dalszym ciągu bardzo chciał uniknąć rozszerzenia.

      Tymczasem w Bonn, pierwszej stolicy świeżo powstałego nowego państwa niemieckiego, trwał nastrój bardzo pewnego siebie optymizmu. Zimna wojna się skończyła, Niemcy były zjednoczone, a Kohl wraz z Genscherem naciskali na konsolidację w stronę Unii Europejskiej. Sam kanclerz jednocześnie również nie potrafił przestać szukać historycznych okazji do rozwiązań na rzecz wzmocnienia relacji ze Związkiem Sowieckim. „Być może teraz uda nam się naprawić to co w bieżącym stuleciu poszło źle”, mówił. Po II Wojnie Światowej, z milionami jej ofiar i tragicznym podziałem Niemiec, który nastąił w jej wyniku, miał Kohl nadzieję na otwarcie nowego rozdziału w relacjach z Moskwą.

       W owym czasie przywódcą Związku Sowieckiego był Michaił Gorbaczow, ideowy, choć mówiący o reformach, komunista. Gorbaczowa, z wdzięczoności za to, że zgodził się na likwidację NRD, Niemcy uwielbiali. „Jeśli Niemcy są dziś gotowe wspierać Związek Sowiecki,  to głównie z wdzięczności za rolę jaką odegrał Gorbaczow w kwestii zjednoczenia Niemiec”, tak opisywał sytuację Kohl. To natomiast że Gorbaczow całym sercem był przeciwko rozszerzaniu NATO, gdy chodziło o szacunek jakim się cieszył w Niemczech, nie miało najmniejszego znaczenia.   

      Później zresztą sam kanclerz mówił publicznie, że z radością wziął na siebie rolę „pierwszego adwokata” Gorbaczowa. Obaj liderzy pozostawali cały czas w kontaktach ściśle osobistych, przesyłali swoim małżonkom okolicznościowe pozdrowienia i bardzo często gawędzili przez telefon.

      Kohl używał wszystkich swoich wpływów, jakimi się cieszył na świecie, by organizować poparcie dla „Miszy” i jego polityki. Osobiście sprawił, że sowiecki przywódca otrzymał zaproszenie na szczyt G-7, a Moskwa nigdy od nikogo nie uzyskała zagranicznej pomocy takiej jak ta od Niemiec pod przywództwem Kohla.

      Wielką troską Kohla było przy tym to, że przeciwnicy Gorbaczowa w sowieckiej armii, tajnych służbach, oraz w aparacie państwowym  mogą spiskować na rzecz odsunięcia go od władzy. Zaledwie chwilę wcześniej, w sierpniu 1991 roku udało się odeprzeć tzw. pucz Janajewa, ówczesnego wiceprezydenta. Janajew wraz z grupą swoich zwolenników umieścił Gorbaczowa w areszcie domowym, jednak masowe demonstracje oraz powszechna odmowa wykonywania rozkazów przez  wojsko, ale również bardzo aktywna postawa óczesnego prezydenta Republiki Rosyjskiej, Jelcyna sprawiły że Gorbaczow władzę zachował.  

       Dziś możemy sobie oczywiście wyobrażać, co by się mogło stać, gdyby pucz odniósł sukces, a armia sowiecka trafiła pod rozkazy Janajewa, w czasie gdy setki tysięcy wojsk sowieckich wciąż jeszcze stacjonowało na wschodnich terenach Niemiec, a dodatkowe jednostki czekały w gotowości w Polsce i w Czechosłowacji. Dokumenty niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych wskazują jednoznacznie, że wycofanie wojsk stanowiło priorytet niemieckiej polityki, a jednocześnie nie można było choć przez chwilę zapomnieć o około 30 tysiącach głowic nuklearnych, stanowiących oczywiste i bardzo znaczące zagrożenie. „Nuklearne bezpieczeństwo terytorium Związku Sowieckiego powinno stanowić absolutny priorytet dla reszty świata”, głosił komunikat płynący z Bonn

      Z tej perspektywy, dopuszczenie do jakiegokolwiek osłabienia Gorbaczowa było poza dyskusją, i to samo dotyczyło Związku Sowieckiego jako całości, który Gorbaczow próbował utrzymać za wszelką cenę.

      Kohl z Genscherem wyznawali tu swoistą teorię domina, która kazała im wierzyć że jeśli państwa bałtyckie uniezależnią się od Związku Sowieckiego, Ukraina zrobi to samo, po czym Związek Sowiecki upadnie, a wraz z nim upadnie też Gorbaczow. I tak to mniej więcej się debatowało przez cały rok 1991. Kohl jednak przy tym miał swoje wątpliwości, czy przede wszystkim tego typu rozpad będzie miał szanse na pokojowy koniec. Wierzył głeboko, że w efekcie tego co się stanie, może dojść do „wojny domowej”, podobnej do tej, która już niedługo miała wybuchnąć w Jugosławi. Wieloletni minster spraw zagranicznych Gorbaczowa, Edward Szewardnadze, pozwolił sobie nawet na to, by skierować pod adresem Niemiec swoiste ostrzeżenie. W trakcie wizyty Genschera w Moskwie w październiku 1991 roku, który w tym czasie swoją drogą już był zaledwie byłym ministrem, ostrzegał, że jeśli Związek Sowiecki się rozpadnie, przywództwo w Moskwie przejmie „faszysta”, który pierwsze co zrobi to zażąda zwrotu Krymu. Jak wiemy, dwadzieścia lat później aneksji Krymu dokonał Putin.



środa, 25 maja 2022

O tym jak Niemcy budowali przyszłość wolnego i demokratycznego świata (część druga)

 Przed nami kolejna część refleksji na temat polityki Niemiec wobec krajów Europy Wschodniej i Środkowej, zamieszczonych w kwietniowym wydaniu magazynu „Der Spiegel”.

      Polityka Niemiec wobec Europy Wschodniej i Środkowej  prowokuje jednak też pytania. W roku 1991 przestał istnieć Pakt Warszawski, co sprawiło że Genscher zaczął szukać coraz to zręczniejszych sposobów, by krajom takim jak Polska, Węgry i Rumunia uniemożliwić wstąpienie do NATO. Powód owych akcji był wciąż ten sam – troska o samopoczucie Związku Sowieckiego. Jak informował jeszcze w lutym 1991 roku niemiecki ambasador w Moskwie, wyraźne przyspieszenie działań krajów Wschodniej i Środkowej Europy w kwestii wesjścia do NATO, budowało w Moskwie „atmosferę z jednej strony lęku przed zagrożeniem militarnym, z drugiej obawy przed izolacją, ale też frustracji z powodu niewdzięczności ze strony jeszcze do niedawna zaprzyjaźnionych przecież krajów”. Genscher był wyraźnie zaniepokojony sposobem w jaki sytuacja się rozwijała. Członkowstwo krajów Wschodniej i Środkowej Europy „nie leży w niemieckim interesie”, mówił. Kraje te, dodawał, mają oczywiście prawo by przystąpić do sojuszu państw Zachodu, my powinniśmy się jednak skupiać na tym, by „korzystanie z owego prawa im uniemożliwić”.

        Czy stanowisko to było wynikiem szczególnie pojętej roztropności i pragnienia utrzymania pokoju w Europie? A może czymś co całkiem niedawno poseł SPD Michael Roth określił jako potrzebę zachowania dobrych stosunków z Moskwą „kosztem innych krajów Wschodniej Europy”? Roth, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych w Bundestagu, poparł niedawno pomysł powołania specjalnej komisji śledczej do zbadania błędów jakie w swojej polityce wschodniej popełniła jego własna partia. Twierdzi on, że Niemcy „de facto zakwestionowały suwerenność sąsiednich krajów”. Roth ma tu akurat na myśli zachowanie Niemiec w ostatnich latach, ale czy nie warto by było sięgnąć refleksjami głębiej w historię? Konkretnie do czasów Kohla i Genschera?

      Widzimy dziś wszyscy jak niemiecka Ostpolitik – zarówno w okresie tuż przed zjednoczeniem, jak i w latach późniejszych – stała się dziś celem krytyki niemal ze wszystkich stron. Co ciekawe jednak, nawet i Rosja kieruje pod adresem Niemiec swoje osobiste pretensje, oskarżając Niemcy o złamanie danego słowa w kwestii ekspansji NATO na wschód. Niektóre z owych niedawno ujawnionych dokumentów mogą wkrótce wręcz zostać wykorzystane przez Putina i jego otoczenie jako ciężka broń w toczącej się wojnie propagandowej, a to z tego powodu, że w kilku przypadkach Genscher i jego czołowi dyplomaci wspominają wyraźnie o wyraźnej obietnicy, że NATO nie będzie się rozszerzać się na wschód, którą Niemcy złożyły w trakcie znanych pod nazwą Dwa Plus Cztery negocjacji, a dotyczących zjednoczenia obu niemieckich państw. W dodatku, rosyjscy politycy zapewniają, że owo zapewnienie nie było jednorazowe, ale obowiązywało niezmiennie od dzisięcioleci. Sam Putin przecież bardzo chętnie używał tego argumentu próbując usprawiedliwić swoją inwazję na Ukrainę, nawet jeśli w Akcie Założycielskim NATO-Rosja z roku 1997, choćby i bardzo niechętnie, Moskwa ów kierunek jednak zaakceptowała.

     Wiele z ujawnionych dokumentów zdaje się jednak wspierać rosyjski punkt widzenia:

      . 1 marca 1999 roku Genscher poinformował Stany Zjednoczone, że Niemcy sprzeciwiają się rozszerzeniu NATO w kierunku wschodnim, z takim właśnie wyjaśnieniem, że „podczas negocjacji Dwa Plus Cztery obiecano Sowietom, że nie ma mowy o ekspansji na wschód”.

     . Sześć dni później, wysoki urzędnik w niemieckim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Jürgen Chrobog, podczas spotkania z dyplomatami z Wielkiej Brytanii, Francji i Stanów Zjednoczonych wspomniał o tym, że podczas negocjacji Dwa Plus Cztery „istniało pełne zrozumienie co do tego, że wycofanie wojsk sowieckich nie będzie wykorzystywane dla osiągnięcia przez nas jakichkolwiek korzyści”.

      . 18 kwietnia Genscher w rozmowie ze swoim greckim odpowiednikiem przyznał, że poinformował Rosjan, że „Niemcy pozostaną członkiem NATO nawet po zjednoczeniu, ale w zamian za zgodę Rosji, nie dojdzie do ekspansji na wschód...”.

      . 11 października Genscher spotkał się z odpowiednimi ministrami z Francji i Hiszpanii, Rolandem Dumasem i Francisco Fernándezem Ordóñezem. Notatka z owego spotkania wskazuje, że odnośnie przyszłości krajów Wschodniej i Środkowej Europy zostało stwierdzone: „Nie możemy zaakceptować członkowstwa [owych krajów] w NATO (zarówno ze względu na możliwą sowiecką reakcję, oraz fakt obietnicy złożonej podczas negocjacji 2+4, że NATO nie będzie rozszerzało się na wschód). Każdy krok na rzecz zachowania stabilizacji między Krajami Europy Wschodniej i Środkowej i Związkiem Sowieckim jest nadzwyczaj istotny”.


CDN

wtorek, 24 maja 2022

O tym jak Niemcy budowali przyszłość wolnego i demokratycznego świata (część 1)

 

Oto, proszę sobie wyobrazić, dotarła do mnie informacja, że w kwietniowym wydaniu niemieckiego „Der Spiegela” ukazał się artykuł o tak porażającej treści, że najpierw z pomocą przyjaciół na internetowej stronie „Spiegel International”, trafiłem na jego angielską wersję a następnie postanowiłem go dla dobra wspólnego przetłumaczyć i zamieścić tu na naszym blogu w kilku odcinkach.

Już wyjaśniam w czym rzecz. Otóż już na samym wstępie, autor wspomnianego tekstu pisze tak:

      „Zwykle jest tak, że jedynie eksperci podnoszą głowę na wiadomość, że oto Niemiecki Instytut Historii Współczesnej Liebnitza opublikował kolejny tom tzw. ‘Dokumentów na temat polityki zagranicznej Federalnej Republiki Niemiec’. Powodem tego braku emocji jest fakt, że zazwyczaj mamy tam do czynienia z nieznośnie opasłą kolekcją dokumentów Ministerstwa Spraw Zagranicznych Niemiec i niemal nie zdarza się, by można tam było znaleźć coś szczególnie ciekawego dla czytelnika.

       Tym razem jednak, wydaje się że stanęliśmy wobec czegoś zupełnie wyjątkowego. Oto najnowszy tom ujawnionych dokumentów jeszcze z roku 1991 i lat kolejnych, zawiera zapiski, notatki i listy z wcześniej nieznanymi szczegółami na temat wschodniej ekspansji NATO, upadku Związku Sowieckiego, oraz niepodległości Ukrainy. I już od samego początku możemy przewidzieć, że ujawnione dokumenty mogą nadać przyspieszenia debacie dotyczącej polityki Niemiec wobec Związku Sowieckiego i Rosji przez te wszystkie lata aż do dnia dzisiejszego”.

Tak to „Der Spiegel” zapowiada swój niezwykły artykuł, by już chwilę później przejść do szczegółów. Proszę uważać, bo będzie się paliło:

        „W samym sercu niemieckiej polityki wobec Europy Wschodniej oraz Związku Sowieckiego – powszechnie znanej jako ‘Ostpolitik’ – znajdowało się dwóch gigantów powojennej historii Niemiec: przez 16 lat pełniący urząd kanclerza Niemiec, Helmut Kohl, oraz Hans-Dietrich Genscher,  z politycznie zaprzyjaźnionej Partii Wolnych Demokratów (FDP), Minister Spraw Zagranicznych i wicekanclerz w rządzie Kohla. Zarówno jeden jak i drugi mieli zaledwie nieco ponad 60 lat, a przy okazji tak zwanego „nosa” do władzy. A po zjednoczeniu Niemiec międzynarodowa pozycja obu osiągnęła szczyty.

        W roku 1991, wciąż jeszcze, mimo że wiele państw wchodzących w skład Związku Sowieckiego zaczęło wstawać z kolan przed Moskwą, państwo komunistyczne trzymało się bardzo mocno. W tym czasie Kohl, jak wskazują ujawnione dokumenty, uważał, że upadek państwa sowieckiego będzie oznaczać „katastrofę”, a każdy kto tego pragnie, jest „durniem”. W konsekwencji, nieustannie naciskał na kraje Zachodu by sprzeciwiały się ogłoszeniu przez Ukrainę oraz kraje bałtyckie niepodległości.

      Estonia, Łotwa i Litwa zostały anektowane przez Stalina w roku 1940, i Niemcy od tego czasu oficjalnie aneksji nie uznały. Teraz jednak, gdy Kohl stanął wobec dążenia owych krajów do uwolnienia się spod wpływów Moskwy i wyjście ze Związku Sowieckiego, podczas wizyty w Paryżu na początku roku 1991, w rozmowie z francuskim prezydentem Mitterrandem, wyraził opinię, że to „bardzo zła droga”. W kwestii zjednoczenia Niemiec, Kohl działał nadzwyczaj szybko, co do Łotwy, Estonii i Litwy jednak, mocno zachęcał by wszystkie trzy państwa zachowały „cierpliwość” odnośnie ewentualnej niezależności. Stwierdzał ponadto, że do owej zmiany nie powinno dojść wcześniej niż za 10 lat, a nawet wtedy, twierdził Kohl, wspomniane kraje „wzorem Finlandii” powinny zachować nautralność i w żadnej mierze nie dążyć do członkowstwa ani w NATO ani w Unii Europejskiej.

      Co do Ukrainy, uważał Kohl że powinna ona pozostać częścią Związku Sowieckiego, tak by nie narażać na niebezpieczeństwo istnienia sowieckiego państwa. Kiedy jednak stało się już jasne, że Związek Sowiecki upadnie, Niemcy nalegały by Kijów wraz z pozostałymi republikami utworzyły z Moskwą coś na kształt konfederacji. Jak wynika z notatki z rozmowy jaką Kohl prowadził z Jelcynem podczas podróży Jelcyna do Bonn w listopadzie 1991 roku, obiecał Kohl  sowieckiemu prezydentowi, że będzie „naciskał na ukraińskich przywódców”, by zgodzili się na powołanie tego rodzaju wspólnoty. Niemiecka dyplomacja była wówczas przekonana, że Kijów „wykazuje tendencję w kierunku stworzenia państwa autorytarno-nacjonalistycznego”.

        Dopiero gdy ponad 90% obywateli Ukrainy w powszechnym referendum wypowiedziało się za pełną niepodległością, Kohl z Genscherem zmienili kurs i Niemcy jako pierwszy kraj Unii Europejskiej uznały niepodległość Ukrainy.

        Mimo to, ujawnione materiały, w sytuacji dzisiejszej agresji Rosji na Ukrainę, mogą powodować w Kijowie przynajmniej uniesienie brwi”.



cdn

 

sobota, 21 maja 2022

O neofitach spod znaku sztucznej szczęki i niedźwiedzia Miszy

 

        Jestem pewien że mało kto z nas nie zauważył –  zwłaszcza mam tu na myśli tych co mniej więcej orientują się w rozkładzie sił na takich internetowych profilach jak Facebook czy Twitter – że pojawiło się ostatnio całe mnóstwo komentatorów, którzy przez długie lata głosili trudną przyjaźń polsko-rosyjską, o Putinie pisali z niewzruszonym podziwem, jako o despocie wprawdzie, ale jednocześnie człowieku inteligentnym, o niezwykłych politycznych talentach, i co nie najmniej istotne, wysportowanym i przystojnym, Rosję i Rosjan traktowali jako zarówno gospodarczą i wojskową, ale też na swój szczególny sposób kulturową i cywilizacyjną potęgę, a dziś się zachowują jakby sami osobiście nie marzyli o niczym innym jak o tym, by z najwyższą radością ową Rosję i wszystko co się z nią kojarzy zetrzeć z powierzchni ziemi.  I nie mam tu oczywiście na myśli polityków, czy dziennikarzy – ci w swojej gromadzie nigdy nie mieli jakichkolwiek własnych poglądów i po świecie poruszali się wyłącznie psim swędem patrząc przede wszystkim na to, gdzie i ile płacą. Chodzi mi o zwykłych komentatorów, często ludzi nam znajomych, a nawet bliskich. Ludzi, którzy na każde nasze wspomnienie o tym, że Rosja i wszystko co się do niej przez wieki przylepiało, to antyludzka dzicz, pogardliwie odwracali się do nas plecami, a dziś o Putinie mówią że to okrutny morderca, a swoje okna, samochody i marynarki dekorują ukraińskimi flagami.

         No właśnie – Ukraina. Mam tu też na myśli ludzi, którzy jeszcze niedawno o Ukrainie myśleli jako o sklepie z tanimi dziwkami, kobietami do sprzątania i tępymi żylastymi wieśniakami, którzy co najwyżej mogą nam położyć kafelki w łazience. Mało tego – mówię o ludziach, dla których Ukraina to był niezmiennie kraj, do którego wielka Rosja ma jak najbardziej słuszne pretensje, które to pretensje szczęśliwie dla nas gwarantują nam względne bezpieczeństwo wobec owej nacjonalistycznej dziczy spod znaku wideł i siekier. O ludziach, którzy dziś, przeklinając Rosję i wszystko co się z nia kojarzy, gotowi są Ukrainie oddać swoje serca, dusze i nadzieję na szcześliwą przyszłość Europy.

         Oto zatem rozciąga się przed nami ów neoficki antyrosyjski i proukraiński front i mimo że wewnętrznie często bardzo podzielony, to w jednym niezmiennie solidarny i zjednoczony, a mianowicie w nienawiści do Polski i wszystkiego co mu się z Polską kojarzy, a więc przede wszystkim do rządu Prawa i Sprawiedliwości oraz Kościoła. Jak tu powszechnie wiadomo, na Twitterze czy Facebooku spędzam zdecydowanie więcej czasu niż by wypadało, niemniej przy tej okazji za każdym razem gdy zdarza mi się tam zajrzeć trafiam na ludzi owładniętych nieniawiścią do PiS-u na takim poziomie agresji, że nie jestem jej w stanie tu opisać. I niezmiennie też wówczas widzę, jak każdy z nich, w opisie swojego profilu eksponuje flagę Ukrainy. O dziwo, nigdy Rosji.

      I wtedy też przypomina mi się ktoś kto w czasach gdy to swoje blogowanie dopiero zaczynałem, utrzymywał pozyc z którą się nawet nie miałem co porównywać, a mianowicie niejaka Renata Rudecka-Kalinowska, ówczesna gwiazda Salonu24. Otóż owa pani K. w reakcji na wystąpienie prezydenta Kaczyńskiego na wiecu w Tbilisi opublikowała w owym Salonie24, zamieszczony przez administratorów portalu na czołowym miejscu, tekst pod wielce zabawnym tytułem „Gryzienie sztuczną szczęką w dupę rosyjskiego niedźwiedzia”. Do dziś pamiętam, że tekstu pani K. nawet nie przyczytałem, a to z tego względu że przede wszystkim moje wcześniejsze doświadczenia pozwalały mi przewidzieć, co mnie czeka, no a poza tym – sam tytuł mi wystarczył za sto kolejnych refleksji owej dziwnej pani. Pamiętam tamten dzień, pamiętam tamten tytuł, ale też pamiętam panującą wówczas na naszej publicznej scenie atmosferę, która tego typu bon moty z jednej strony w pełni tolerowała, a z drugiej jak najbardziej sama tworzyła. To był bowiem czas – i obawiam się, że gdyby nie dzisiejsza ukraińska tragedia, do dziś niewiele by się w tej mierze zmieniło – gdzie ów „rosyjski niedźwiedź” pozostawał pewnym bardzo szczególnym symbolem, a jednocześnie powszechnie akceptowanym faktem, że Polska to przekleństwo i wieczna nędza. Podobnie jak symbolem i powszechnie uznanym faktem była owa „sztuczna szczęka” prezydenta Kaczyńskiego.

       Ja dziś nie mam bladego pojęcia, co słychać u pani Renaty Rudeckiej-Kalinowskiej – przypominam, że przed 10 laty autentycznej gwiazdy polskiego Internetu, a przy okazji wyraziciela emocji znacznej części naszego społeczeństwa – nie wiem, czy ona nadal pisze swoje teksty dla Salonu24, czy jest może działaczką Komitetu Obrony Demokracji, Obywateli RP, czy może aż krakowską radną Platformy Obywatelskiej, i czy w ogóle jeszcze żyje, ale nie ulega dla mnie najmniejszych wątpliwości, że jeśli tak, to ona jest jednocześnie najbardziej zagorzałym wrogiem Rosji oraz Putina, a z tamtego niedźwiedzia szydzi dokładnie tak samo jak ze sztucznej szczęki, dziś już tylko Jarosława Kaczyńskiego. A wszystko pod sino-żołtym sztandarem.



wtorek, 17 maja 2022

Niezwykła historia o cudownym upodobnieniu się psa do właściciela - repryza

 

      Od dobrych kilku dni możemy zauważyć przyspieszenie, z jakim rządowe media i prawicowa część Internetu z każdej możliwej dziury wygrzebują dowody na to, że od jesieni roku 2007, czyli od czasu gdy Donald Tusk wygłosił swoje słynne expose o miłości, polska polityka została niemal całkowicie pożarta przez Putina i jego ludzi w Warszawie. I ja oczywiście to rozumiem. Pamięć ludzka jest krótka, a gdy w czasie gdy jest bardzo skutecznie kontrolowana przez media, można powiedzieć, że ona w ogóle skarlała i wyschła na wiór, należy przypominać nawet o rzeczach najbardziej oczywistych. Napisałem tu kiedyś tekst, w którym nawiązałem do powieści „Sto lat samotności” Marqueza, gdzie to pewnego dnia Macondo ogarnęła zaraza zapomnienia, tak że ludzie musieli nie dość że nawet najprostsze nazwy najbardziej prostych przedmiotów zapisywać na kartkach, to jeszcze obok pozostawiać instrukcje do czego każdy z nich służy. Kiedy zaraza nagle minęła, tak jak się nagle pojawiła, wszyscy ze wstydem zobaczyli ten swój świat, pełen absurdalnych kartek z jeszcze bardziej absurdalnymi informacjami... i się zawstydzili. Napisałem tamten tekst w nadziei, że i tu u nas, kiedy inna już zaraza minie, wielu z nas również się zorientuje, jak się fatalnie w tym świecie odnaleźli i się zawstydzą. Kiedy patrzę na dzisiejszą Polskę, niestety nie czuję się ani trochę lepiej, bo widzę, że te kartki wciąż są wszędzie zostawiane. W tej sytuacji, chciałbym przypomnieć inny swój tekst, jeszcze z 2008 roku, jak najbardziej w ramach przypomnienia.

 

Najpierw, jak słyszałem, półtoragodzinna telewizyjna transmisja, a późnie już tylko wciąż powtarzane relacje ze spotkania Donalda Tuska z prezesami funduszy, robią oczywiście wrażenie niemal w każdym swoim fragmencie, niemniej mam wrażenie, że wciąż w tym wszystkim umyka nam coś znacznie większego, niż ta niezwykła – to prawda, to prawda – kompromitacja nie tylko przecież samego Tuska. Możliwe nawet, że jeśli wczoraj TVN24 przez cały dzień tak bezlitośnie szydził z tego co nam tam wyszykowano, i to do tego stopnia, że przedstawiono naszego premiera wyłącznie jako naszą skromną odpowiedź na projekt o nazwie ‘Władimir Putin’, to wcale nie po to, by Tuska pogrążyć, ale żeby wyprzedzić atak i nie dopuścić do tego, by opinia publiczna zobaczyła w tym przedstawieniu to coś, co już naprawdę przeraża.

Wszyscy pamiętamy te ruskie obrazki z Putinem przebranym za kowboja na koniu, pędzącego po jakiś wertepach; pamiętamy ów słynny film pokazujący Putina jak zabija groźnego tygrysa; wczoraj nam przypomniano mrożącą krew z żyłach scenę, kiedy to Putin każe jakiejś bandzie lokalnych gangsterów coś podpisywać; również wczoraj mogliśmy zobaczyć tego samego Putina, jak pędzi motorówką po wodach Kamczatki strzelając z kuszy do wielorybów. Dziś widzimy Donalda Tuska, jak grzmi na prezesów OFE, a obok niego Pawła Grasia z miną idioty, który uznał, że poważny urzędnik powinien wyglądać poważnie i groźnie, i tę myśl, ku uciesze publiczności, stara się wcielać w życie, no i samych prezesów jak wiją się przed surową władzą i obiecują poprawę, i czujemy, że oczywiście historia przyspieszyła, ale że jednocześnie, w tym wszystkim jest jeszcze coś. Coś – jak mówię – znacznie większego.

Myślę, że nie ma wśród nas nikogo, kto by sądził, że na pomysł tego cyrku z prezesami wpadł sam Tusk. Chyba nikt nie wierzy w to, że on któregoś dnia zobaczył, jak Putin bierze za mordę tych swoich oligarchów, lub choćby tego tygrysa, i postanowił, że on też tak chce. Że to jest droga i przyszłość. Że oto nowoczesna, skuteczna polityka na miarę wyzwań, jakie przed nami stoją. Aż taki odważny to on nie jest. Jemu ktoś musiał kazać pójść w tym kierunku. Oczywiście, nie możemy zapominać, że Tusk jest tu idealnym wykonawcą tego typu poleceń. Że kto inny aż tak dobrze by się tu nie nadał. Nie należy też wykluczać, że dla Tuska Putin to autentyczny wzór i autorytet i że on, kiedy nikt nie patrzy, staje przed lustrem i ćwiczy odpowiednie miny, odpowiedni krok, odpowiednie oczy. Że to fizyczne podobieństwo, jakie między nimi dwoma staje się coraz bardziej oczywiste, to nie natura – tak jak to się czasem dzieje między psem, a jego właścicielem – lecz efekt intensywnego treningu. Natomiast trzeba nam wszystkim wiedzieć, że z całą pewnością pomysł z prezesami to część szerszej strategii, którą Tuskowi podpowiedzieli jego krawcy. Ktoś musiał uznać, że numer ‘na Putina’ może się wyborcom podobać.

Wczoraj, któryś z tefauenowskich redaktorów powiedział, że to co podczas tego spotkania odstawił Tusk, może dziwić, ale wyłącznie w świecie Zachodu, do którego Polska tak bardzo aspiruje. Tym samym zasugerował, że gdyby z czymś takim wyskoczył Sarkozy, czy nawet Obama, wzbudziłby wyłącznie zażenowanie, a może i wściekłość opinii publicznej. W świecie Wschodu natomiast rządzący świetnie wiedzą, że tu nikt od nich nie oczekuje standardowego umiaru, wdzięku i elegancji, lecz właśnie maksymalnej tandety, przejawiającej się czy to w kopaniu piłki, czy to skakaniu po drzewach z pistoletem, czy choćby zaledwie robieniu komiksowych min. I to jest to co mnie w tym przestawieniu zaniepokoiło. Bo oto zaczynam się obawiać, że piarowskie otoczenie Donalda Tuska idealnie odczytało przeciętny stan polskich umysłów. Oni musieli uznać, że my jesteśmy tak głupi, tak dzicy, tak bardzo oddaleni od wszystkiego co stanowi współczesną europejską cywilizację, że należy nas traktować nie jak nowoczesne społeczeństwo, lecz jak mieszkańców post-sowieckiego folwarku. Że jeśli Donald Tusk będzie się zachowywał jak zwykły Europejczyk ludzie go pomału odstawią na bok. Że on stanie się nieinteresujący, bo jakiś taki… obcy.

Tym samym, oni właściwie przedstawili swoje spojrzenie na Polskę i na to jak Polska ma wyglądać najbliższych latach, tak by im było najlepiej. Że mianowicie miejsce Polski jest w Europie tylko formalnie, natomiast jeśli idzie o społeczny i kulturowy wymiar tego przedsięwzięcia, nasze miejsce jest jak najbardziej słusznie na Wschodzie. I w tym momencie, z prawdziwym przerażeniem nie możemy nie zauważyć, że ta obłąkana myśl idealnie uzupełnia, a może zwyczajnie podąża, lub kto wie, czy nie wyprzedza wszystkiego tego, co możemy od pewnego czasu obserwować w przestrzeni politycznej. W dzisiejszej Rzeczpospolitej prof. Krasnodębski zwraca uwagę na fakt, że o ile za swojego życia, prezydent Lech Kaczyński nazywany był ‘kartoflem’, czy ‘kurduplem’, obecny prezydent coraz częściej funkcjonuje w publicznej świadomości jako „Komoruski’. Wszyscy wiemy o planowanym uczestnictwie ruskiego ministra w dorocznym spotkaniu naszych ambasadorów, wciąż słyszymy te ruskie dźwięki ruskich piosenek z amfiteatru w Zielonej Górze, wciąż pamiętamy sprawę bolszewickiego pomnika w Ossowie, codziennie otrzymujemy nowe informacje na temat tego, co Rosja, za pełnym przyzwoleniem naszych władz, wyprawia z pamięcią ofiar katastrofy smoleńskiej, nie ma dnia, byśmy coraz skuteczniej nie przekonywali się o tym, że władze Platformy Obywatelskiej błyskawicznie odtwarzają naszą starą polityczną podległość w stosunku do Rosji. I oto nagle mamy dowód na to, że dla ludzi, którzy dorwali się do Polski, to co ni robią, opiera się na jak najbardziej teoretycznie uzasadnionych podstawach. Że oni są szczerze przekonani, że miejsce Polski i Polaków jest w sposób naturalny na Wschodzie. I że tak jest dobrze. Nawet jeśli tylko dla nich i ich kochanek.

Wielokrotnie, w sytuacjach różnych politycznych napięć, padały słowa naprawdę ciężkie, włącznie z tymi, że kiedy przyjdzie czas, niektórzy z nich będą musieli stanąć przed sądem. Czy to za smoleńską katastrofę, czy choćby za zwykłe oszczerstwa, jakie dotknęły ludzi uczciwych i czystych. Kiedy patrzę na Donalda Tuska, jak siedzi przed tymi prezesami i cofa nas w stronę jakichś stepów i pustych zamarzniętych przestrzeni, a gdzieś w tle widzę paru ważnych organizatorów tego strasznego projektu, myślę sobie, że jak przyjdzie czas, nikt się nie będzie poprzejmował żadnymi sądami. Ich wszystkich się zwyczajnie odeśle pod Moskwę. Jak? Wszystko jedno jak. Choćby tak, że zbuduje się im tu takie piekło, że oni sami poproszą, żeby im tylko dać bilet na samolot. O, tak! Na samolot. To by było coś.




 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...