piątek, 4 marca 2022

Czekając na pierwszy wiosenny deszcz

 

      Im dłużej trwa ukraiński opór przeciwko Rosji i im bardziej powszechne i bezwzględne stają się sankcje nakładane z dnia na dzień na Kreml, tym większą mam pewność, że przed światem są już tylko dwie możliwości: albo w Moskwie dojdzie do przewrotu i Putin i jego ludzie zostaną odsunięci od władzy, albo Rosja zetrze z powierzchni Ziemi ostatnie ukraińskie miasto, miasteczko i wieś, co i tak będzie musiało się skończyć upadkiem obecnej sowieckiej – tak, tak! – władzy. Dlaczego tak myślę? Otóż przede wszystkim dlatego, że, jak wiele na to wskazuje, Ukraińcy faktycznie nie zamierzają ustąpić, nawet jeśli ich tam już zostanie zaledwie garstka, a po drugie, ja sobie nie wyobrażam jak mogłaby wyglądać Moskwa, a przy okazji i świat, gdyby to pewnego dnia się skończyło, a Putin miał się utrzymać u władzy. Jaką rolę w tym świecie mieliby pełnić on i jego Rosja?

       Ktoś być może spyta, dlaczego nie biorę pod uwagę tego, że Putin użyje broni nuklearnej, wybuchnie III Wojna Światowa i świat wróći do swoich początków, jak po upadku ogromnego meteorytu. Otóż nie biorę tego pod uwagę, bo jestem przekonany, że ani prezydent Stanów Zjednoczonych, ani prezydent Rosji, ani nawet sam Bill Gates we współpracy z Georgem Sorosem i Jeffem Bezosem, nie są samotną wyspą i w każdym miejscu w którym oni się pojawią jest zawsze ktoś, kto w sytuacjach krytycznych weźmie ich wszystkich za pysk, każe się im uspokoić, a jeśli się będa stawiać, to ich zwyczajnie pozabija. A zatem, nie mam wątpliwości, że jest wystarczająco dużo osób i organizacji na tyle potężnych, które się nigdy nie zgodzą, by jeden z drugim wariat miał ich owej potęgi, a przy okazji radości życia, pozbawić. A zatem, jak widzę przyszłość? Ukraina się nie podda, a już bardzo niedługo dowiemy się, albo że Władimir Putin zmarł na skutek komplikacji pocovidowych, albo że na Kremlu doszło do przewrotu, a osoby odpowiedzialne za zbrodnie wojenne staną przed sądem, czy to w Moskwie, czy w Hadze – obojętnie.

      I jeszcze coś w prezencie dla tych z nas, którzy lubią rozmyślać na temat ewentualnych spisków. Nie zdziwiłbym się mianowicie, gdyby tak naprawdę taki właśnie był od samego początku plan: skoro nie da się Rosji normalnie ucywlizować, to jedynym wyjściem jest jakaś większa masakra. Obserwowana przez nas gwałtowna reakcja tak zwanej „społeczności międzynarodowej” mogłaby wskazywać na to, że tak to własnie było.

      Jak już pisałem parę dni temu, relację na temat wojny oglądam zarówno w naszej telewizji, jak i na BBC, w Sky News i CNN i nie mogłem nie zauważyć, że tam z naprawdę dużą częstotliwością są transmitowane na żywo i w całości konferencje prasowe, wyższych urzędników Kremla, a nawet parę z wystąpień samego Putina. Każdy z nich oczywiście kłamie jak bura suka, powtarzając w kółko, jak to Rosja jedynie próbuje zdemilitaryzować nazistowskie państwo w celu wyzwolenia miłującego pokój i Rosję narodu ukraińskiego, co ciekawe natomiast tam nikt nawet nie próbuje z nimi dyskutować, ale za to wszystkie te wystąpienia są pokazwywane na tle najbardziej poruszających ujęć cierpiących ukraińskich miast i ich mieszkańców, najchętnie w postaci kobiet, dzieci, a nawet piesków. I to, moim zdaniem, świadczy o tym, że tu cel jest jak najbardziej jasny: przygotować grunt pod to co, jak już wspomniałem, musi nastąpić.

       A zatem, czekam na koniec wojny i koniec Putina i na to, co tak zwany Rząd Światowy nam szykuje na dzień po. A jednocześnie czytam wywiad jaki w najnowszym numerze tygodnika „Sieci” z rosyjskim ambasadorem w Warszawie przeprowadzili bracia Karnowscy i widzę świat kompletnie równoległy. Ciekawy jest już sam wstęp do tego co oni nam, wspólnie z tym Siergiejem, wyszykowali. Proszę posłuchać:

„Kiedy dotarła do nas – złożona przez pośrednika – propozycja przeprowadzenia wywiadu z ambasadorem Rosji w Polsce, zawahaliśmy się”.

      Oczywiście nie mam pojęcia, kim mógł być ten pośrednik, natomiast domyślam się, czemu on przyszedł do Karnowskich i czemu akurat do nich. No i oczywiście wiem, czemu oni, mimo owych rzekomych wahań, zdecydowali się ów wywiad przeprowadzić i to w anturażu dotychczas zarezerwowanym nawet nie dla Jarosława Kaczyńskiego, nawet nie dla prezydenta Trumpa, ale właśnie dla ambasadora Rosji w Warszawie. I nie muszę o to pytać nawet owego pośrednika. Wystarczy mi, że obejrzę jedną czy drugą wypowiedź Michała Karnowskiego w TVP, gdzie on nie jest w stanie z siebie wydusić jednego słowa, jeśli kamera go nie pokaże na tle coraz to innego świętego obrazka, czy, z drugiej beczki, Tomasza Sakiewicza, gdzie ten z kolei się nie odezwie, jeśli wcześniej w tle nie umieści wielkiego napisu „Gazeta Polska”. Jedyne czego nie rozumiem, to czemu wspomniany wcześniej pośrednik wybrał „Sieci” zamiast Sakiewicza. Czyżby chodziło o to, że „Gazeta Polska” ma mniejszy zasięg, a rzecz w tym, by słowa Siergieja dotarły do jak największej liczby prawicowych odbiorców we wrogim kraju?

      No i niewykluczone iż powodem było to, że u Sakiewicza nie ma aż tyle miejsca, by tak ważnym wypowiedziom rosyjskiego ambasadora poświęcić aż 11 stron (sic!).

      Nie będę tu się skupiał na samym wywiadzie, czyli pytaniach jakie owi „niezłomni dziennikarze” zadawali równie „niezłomnemu” ambasadowowi i odpowiedziach, bo tego typu debaty są mocno do przewidzenia. Natomiast chętnie wyjaśnię, czemu w ogóle nagle mnie naszło, by w dzisiejszym tekście wspomnieć również i o tych dwóch cwaniaczkach. Otóż, jak już zostało powiedziane, czekam na to co się stanie już, mam nadzieję, za kilka dni, ale też i na to, co nastąpi po tym. I mam tu swoje nadzieje. Mam przy tym jednak nadzieję, że to co nastąpi potem, pomoże oczyścić i Polskę z tego samego, lub bardzo podobnego barachła, a nie więc nie tylko z tych wszystkich mędrków, co mówią, że żadnej wojny, podobnie jak wcześniej pandemii, nie ma, ale również z ludzi takich jak bracia Karnowscy.



wtorek, 1 marca 2022

Death Wish no.19

 

      Temat rosyjskiej napaści na Ukrainę, jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa, obok kwestii podstawowych i niezmiennie bieżących, utrzymuje naturalnie pewien margines, który przez konieczność zachowania koniecznej powagi pozostaje wciąż tylko i niezmiennie marginesem. Ja dziś jednak chciałbym poświęcić mu parę, moim zdaniem interesujących refleksji. A więc nie mogłem nie zauważyć, że wśród obecnych w publicznej przestrzeni reakcji na owo nieszczęście pojawiło się kilka takich które zdecydowanie dają do myślenia, gdy chodzi o kondycję, jakby się przed tym określeniem bronić, jednak elit. Na pierwszy strzał zdecydowanie wysuwa się odpowiednio pierwsza gwiazda stacji TVN24, mianowicie Monika Olejnik, która w sztandarowym programie stacji zapytała zaproszonych do programu ekspertów, dlaczego Ukraina, dla uniknięcia tak tragicznych dla państwa i jego mieszkańców nalotów rosyjskiego lotnictwa, po prostu nie zamknie swojej powierzchni powietrznej. Świat nie zdążył dojść do siebie po tym wyskoku, który, jak się zdaje, przebił nawet  niegdysieszą uwagę marszałek Kidawy Błońskiej o naturze, która gdyby chciała to by sama przekopała Mierzeję Wiślaną, gdy ta sama Olejnik zaproszonego przez siebie jakiegoś ukraińskiego poetę zapytała, dlaczego Rosji tak bardzo zależy na tym, żeby zająć akurat Kijów, a nie jakieś inne ukraińskie miasto, a w tym samym czasie bracia Karnowscy zadali mniej więcej to samo pytanie rosyjskiemu ambasadorowi w Warszawie, jak mówią, po to. uzyskać "materiał o wadze historycznej". I to jest oczywiście temat, ja jednak nie zamierzam się nim dalej zajmować, bo w kolejce czeka coś jeszcze lepszego. Otóż, jak się okazuje, w obliczu wojny na Ukrainie znaczna część niesławnego frontu antyszczepionkowego zdecydowała zaprezentować nam jak to ich oczytanie, mądrość i głębokość myślenia potrafi sięgać poza kwestie tak proste jak COVID i rozbuchać internetową akcję pod hasłem „Nie ma żadnej wojny”. By się niepotrzebnie nie rozdrabniać i skupić na samym problemie, wystarczy że wspomnę jak to Piotr Wielgucki, niektórym z nas znany jako Matka Kurka, który w internetowej przestrzeni utrzymuje cały legion, przedstawił na Twitterze serię zdjęć z których wynika, że na Ukrainie nie toczy się żadna wojna, a to wszystko co się nam pokazuje, to taka sama manipulacja jak ów COVID.

       A zatem, jak wspomniałem na końcu, dzieją się wokół owej tragedii rzeczy, o których najtęższym umysłom się nie śniło i ja bym bardzo chciał tym właśnie szaleństwom poświęcić dalszą część tej notki, ale niestety nie potrafię, bo tą Zieloną Ukrainą żyję przez każdy dzień mojego życia i żyję bardzo na serio. A skoro tak, to nie mam ochoty na żarty. A zatem zupełnie poważnie wspominam kilka nazwisk z całkiem niedawnej przeszłości. Zachęcam do refleksji:

- 24 marca 2016 Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii uznał Radovana Karadžicia winnym zbrodni przeciwko ludzkości (w tym ludobójstwa w Srebrenicy) i skazał go na 40 lat pozbawienia wolności. 20 marca 2019 Izba Odwoławcza tego sądu odrzuciła apelację i zmieniła poprzedni wyrok na karę dożywotniego pozbawienia wolności.

- 22 listopada 2017 trybunał haski skazał Ratka Mladicia na dożywotnią karę pozbawienia wolności. 8 czerwca 2021 wyrok został podtrzymany przez Mechanizm Narodów Zjednoczonych dla Międzynarodowych Trybunałów Karnych w Hadze (izba apelacyjna odrzuciła apelację złożoną zarówno przez Mladicia jak i prokuraturę).

- 31 marca 2001 roku aresztowano Slobodana Miloševicia, pod zarzutem nadużycia władzy i korupcji. 29 czerwca 2001 roku został przekazany Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu dla byłej Jugosławii. Miloševicia oskarżono m.in. o zbrodnie przeciwko ludzkości, zbrodnie ludobójstwa i nieprzestrzeganie konwencji wojennych podczas konfliktów zbrojnych w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie oraz Kosowie. Łącznie postawiono mu 66 zarzutów.

11 marca 2006 zmarł w haskim więzieniu. Oficjalną przyczyną jego śmierci podaną przez lekarzy był atak serca.

- W 2013 roku Praljak znalazł się wśród sześciu bośniackich Chorwatów skazanych przez Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii (ICTY) za zbrodnie wojenne podczas wojny chorwacko-bośniackiej. Został skazany na 20 lat więzienia. W 2017 roku złożył apelację od wyroku. 29 listopada 2017 Praljak, po wysłuchaniu wyroku w sprawie winy, wypił roztwór cyjanku potasu i wkrótce potem zmarł.

        A skoro już doszliśmy aż tak daleko, skoro przestaliśmy się zajmować głupstwami i weszliśmy na poziom zbrodni i kary, to chciałbym zakomunikować, że ten cyjanek podoba mi się najbardziej. I z tą myślą życzę nam wszystkim jak najszybszego powrotu do normalnego życia braciom Ukraińcom.

 


 

sobota, 26 lutego 2022

Czy pop zabije Putina?

 

      Tak jak pewnie większość z nas, staram się obserwować wydarzenia na ukraińskim froncie, i tak też jak i każdy z nas, życzę Ukrainie powodzenia w jej walce o niepodległość. Jak to jednak mam w zwyczaju, poza oczywiście państwową telewizją, konfrontuję swój stan wiedzy z tym co przedstawią telewizje CNN, BBC, czy Sky News, a nawet nie omieszkam nastawić ucha, gdy coś tam na temat owej wojny powiedzą Donald Tusk, Borys Budka, czy nawet Franek Starczewski. I wsłuchując się w te wszystkie głosy, i obserwując bardzo uważnie sposób w jaki owe głosy są wzmacniane obrazem, nie mogę nie zauważyć, że całość przekazu z którym mamy dziś do czynienia została zdominowana przez tak zwany pop. I uważam, że tak jest dla nas bardzo dobrze.

      Na wpływ kultury popularnej na nasze życie – i to życie w każdym możliwym wmiarze – zwracałem uwagę jeszcze w czasie gdy ten blog zaledwie raczkował, a potem do owego popu powracałem wręcz obsesyjnie przy każdej nadarzającej się okazji; i zawsze w jednym celu: by zwrócić uwagę na fakt, że świat się dziś tak przepoczwarzył, że jeśli chcemy odnieść zwycięstwo na dowolnym froncie, to wyłącznie przez pop właśnie. I odwrotnie: jeśli od czasu do czasu przegrywamy, to wyłącznie przez to, że jakże głupio uznaliśmy, że ów pop jest nam zbędny, bo my, oczywiście i z godnością, od zawsze stoimy znacznie wyżej.

        Obserwuję więc wydarzenia na Ukrainie, ale może przede wszystkim przyglądam się sposobowi, w jaki one są relacjonowane przez światowe media i nabieram coraz większego przekonania, że moje wczorajsze prognozy są niemal na progu spełnienia. Przykładów jest wiele, poczynając od płonących domów i płaczących ludzi, przez te te biedne kobiety ze swoimi jeszcze bardziej biednymi dziećmi na dworcu w Przemyślu, po wreszcie rozstrzelanych obrońców Wyspy Węży na Morzu Czarnym, ale deziś chciałbym zwrócić uwagę na krótki filmik z tą dziewczynką, która błaga Putina, by zostawił ją w spokoju. Dziś owo nagranie jest już znane na całym świecie, a ja sobie myślę, że nie ma żadnego sposobu, by to właśnie on, czy tego rodzaju emocje nie zawojowały tego świata z, jak to mówią, palcem w nosie. A jeśli tak się stanie, to Putin nie ma w tej konfrontacji żadnych szans, bo zostanie wręcz pożarty przez siłę najpotężniejszą, nie ów śmieszny SWIFT, ale przez wspomniany pop, a więc coś przy czym te jego zdjęcia z czarnym pasem judo, z gołym torsem na koniu, czy walczącego z tygrysem stają się żywą komedią.

       Ale jest jeszcze coś. Otóż ta jakże nam dobrze znana banda durniów, jeszcze niedawno protestująca przeciwko terrorowi na polsko-białoruskiej granicy, restrykcyjnemu prawu aborcyjnemu, czy pedofilii wśród kleru, nagle straciła zainteresowanie dla całej tej agendy i przerzuciła się na wspieranie wolnej Ukrainy. Wyrzucili do kosza swoje czerwone błyskawice, portrety Jarosława Kaczyńskiego upozowanego na Hitlera, tęczowe flagi i zamiast nich dziś machają flagami niebiesko-żółtymi, a hitlerowski wąsik, zamiast Kaczyńskiemu, doczepiają teraz Putinowi. I to jest ów pop, który – przez to, że w taki czy inny sposób opanował nie tylko Polskę, ale, jak widać, cały dziś świat – musi odnieść zwycięstwo.

        Pisałem wczoraj, że moim zdaniem wojna na Ukrainie, jako pierwszy i tak naprawdę jedyny, cel stawia sobie zmianę przywództwa na Kremlu, ale oczywiście byłem pełen obaw co do tego, czy mam rację. Dziś nabieram coraz większej pewności, że to z czym mamy do czynienia dzisiaj nie ma żadnego odniesienia to tego rodzaju kryzysów pojawiających się tu i ówdzie od lat. Nigdy bowiem wcześniej tak silnym głosem w tego typu wydarzeniach nie zabierał głosu pop. Czy to Smoleńsk, czy rzeź Tutu w Afryce, agresja na gruzję, czy choćby zajęcie Krymu, nie spowodowało w popularnej kulturze choćby lekkiego uniesienia brwi. Dziś widać wyrażnie, że na żarty się nie zanosi.

       Na Ukrainę właśnie przyjechał, tym razem jako reżyser, wybitny aktor Sean Penn i zapowiedział, że będzie kręcił dokument o putinowskiej agresji na ów wspaniały naród. Przepraszam bardzo, ale cóż ja więcej mam do dodania?

 



piątek, 25 lutego 2022

Jak nie zrozumieć rosyjskiej duszy

 

      Jak pewnie stali czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, od samego jego początku starannie unikałem pisania w jakikolwiek sposób o Rosji, a jeśli już to bardzo, bardzo niechętnie. Czemu tak? Powód jest bardzo prosty: otóż ja Rosji ani nie pojmuję, ani pojmować nie mam ochoty, ani też, w konsekwencji, nie wiem o niej nic. Nie rozumiem, czym to coś jest, czym było przez całe wieki, a tym bardziej nie wiem, czym to coś jest dziś. Interesuję się natomiast bardzo tym co się dzieje na świecie, tym swoim zainteresowaniom daje tu upust, i to pewnie dlatego dziś, gdy cały świat zachodzi w głowę, co Putin i jego szajka kombinują z tą biedną Ukrainą, co chwilę prosi mnie ktoś, bym wyraził swoje zdanie w owej kwestii. Chcąc więc nie chcąc, zdecydowałem się przedstawić w tym temacie parę – dosłownie parę – myśli.

        Otóż muszę dziś, gdy na Ukrainie mamy do czynienia z realną wojną, przyznać, że przez te wszystkie dni ją poprzedzające, byłem szczerze przekonany, że z tego nic nie będzie, a to z tej prostej przyczyny, że, myśląc logicznie, Putin nie ma żadnego interesu, by występować przeciwko całemu światu. Ktoś powie, że interes jest prosty: odbudowanie sowieckiego imperium. No świetnie, tyle że ja wciąż nie rozumiem, po jasną cholerę? Jaki praktyczny interes ma Putin i jego ferajna, by mieć na Ukrainie, Litwie, Estonii, Łotwie, czy nawet w Polsce, sprzyjający sobie rząd, w czasie gdy świat został już odpowiednio i jak najbardziej skutecznie podzielony, i w wyniku tego podziału również Rosja, a już zwłaszcza każdy z jej kolejnych prezydentów, dostał wszystko czego mu potrzeba.

       Muszę się w tym momencie podzielić pewną bardzo osobistą refleksją. Otóż mam uczennicę, której mąż jest jednym z osobistych ochroniarzy najbogatszego – jak wszyscy rozumiemy, poza Putinem – człowieka w Rosji, niejakiego Aliszera Usmanowa. Ów Usmanow, jak już wiemy, jest najbogatszym człowiekiem w Rosji, a przy okazji, według danych Forbesa, z majątkiem 17 miliardów dolarów, jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Dziś sytuacja jest taka, że, jak mi mówi moja uczennica, ów Usmanow w ciągu tygodnia najprawdopodobniej będzie miał zablokowane wszystkie swoje aktywa na Zachodzie, zostanie zmuszony wrócić do Rosji, a moja uczennica wreszcie będzie miała przyjemność mieć swojego ukochanego męża na miejscu. I teraz zastanówmy się, ilu jest więcej takich? I jeszcze coś: ilu jest jeszcze takich, z punktu widzenia których Usmanow jest zaledwie symbolem, a dla których taki Putin ze swoimi szaleństwami jest wyłącznie przysłowiowym wrzodem na dupie?

       Jak już wspomniałem, mimo że w sposób przemyślany nie zajmuję się tematem tak zwanej „ruskiej duszy”, Rosję mam wciąż na oku i wiem, że – mam nadzieję że tu nic nie pomyliłem – od czasu Breżniewa nie było tam choćby jednego przywódcy, który by zmarł niepokonany. Wszyscy inni poza nim, czy to Gorbaczow, czy Jelcyn, czy Andropow, w ten czy inny sposób zostali usunięci. Nie w drodze wyborów, bo tam – jak ostatnio często słyszymy, podobnie jak w Polsce – nie ma demokracji, i nawet nie ma sposobu, by się zorientować, jaka partia tam aktualnie rządzi, a która walczy o władzę, ale w drodze tak zwanego „puczu”, mniej lub bardziej przejrzystego. Był wprawdzie czas gdy Rosjanie zdecydowali, że tam premierem i prezydentem będą na zmianę Putin i Miedwiediew, ale ten pomysł szybko upadł i dziś jest już tylko Putin i, diabli wiedzą kto – kogo zresztą to obchodzi – jako premier.

      Jest więc jak jest, i w tej oto sytuacji wspomniany Putin decyduje się wypowiedzieć wojnę całemu światu, a ja się zastanawiam, po ciężką cholerę? Żeby napić się wódki z Usmanowem? No, nie żartujmy.

      Otóż myślę dziś sobie, że jedynym sensownym wytłumaczeniem tego co się stało i tego co się póki co dzieje, jest to że z jakiegoś powodu Putin popadł w stan ciężkiej desperacji i wojna z Ukrainą, z punktu widzenia jego interesów, była dla niego jedynym ratunkiem. On, widząc co się wokół niego dzieje, uznał że nadszedł czas by pokazać kolegom, kto tu jest szefem, tyle że moim zdaniem, koledzy już dawno uznali że szefem może być każdy z nich byle nie on. A kto wie, czy to wręcz nie któryś z nich mu podpowiedział, że jeśli odbuduje Imperium, to zostanie samym Panem Bogiem.

      Jak mówię, wszystko co mi przychodzi do głowy, gdy chodzi o to co się dziś dzieje na ukraińskim froncie, to kompletna sieczka. Z jednej strony są Ruscy, którzy najczęściej wyglądają jak tych dwóch, co Ukraińcy ich wciąż z satysfakcją pokazują, a z drugiej owi Ukraińcy, którzy, jak słyszę, są właśnie indywidualnie uzbrajani w wojskowy sprzęt, a jak się domyślam, również w ich narodową broń, czyli widły, i wiem, że to nieszczęście się nie skończy ani dziś ani jutro. No może jeszcze pojutrze, gdy się dowiemy, że oto właśnie Putin dostał koronawirusa i mu się zeszło.



wtorek, 22 lutego 2022

Nasza klasa rulez!

 

Przeczytałem dziś z rana kawałek tekstu któregoś z bliźniaków Karnowskich, w którym ten, przedstawiając sie jako ojciec dzieci, wzywa prezydenta Dudę by nie dał się zmanipulować antyrodzinnej propagandzie i podpisał zmianę prawa oświatowego zaproponowanego przez ministra Czarnka. Przeczytałem tę parę zdań i przede wszystkim zdziwiłem się, że ta ustawa jest już gotowa i czeka na podpis Prezydenta, w następnej jednak chwili pomyślałem sobie, że to moje gapstwo, świadczyć musi o tym że ze swoim wieloletnim, i nadzwyczaj złym doświadczeniem, wiem że tak naprawdę nie ma na co czekać. Cokolwiek Czarnek, czy ktokolwiek inny, wymyśli, najprawdopodobniej nic w tym piekielnym kotle nie zmieni i zarówno dyrekotorzy, kuratorzy, związkowcy, czy jacykolwiek inni pracownicy oświatowi staną na głowie, by to co najważniejsze, pozostało takie jak jest praktycznie od 1945 roku. Że nie będą mogli wchodzić do szkół ci zboczeńcy z tęczowymi flagami? Miejmy nadzieję że to akurat zrobić się da, ale i tak się obawiam, że znajdzie się sposób, by i z tym sobie poradzić.

Kibicuję mimo tego wszystkiego i Czarnkowi i Prezydentowi i wszystkim, którzy coś tam próbują zrobić z tym nieszczęściem, a już dla czystej rozrywki chciałem przypomnieć swój stary bardzo, bo jeszcze sprzed 13 lat tekst o szkole jak najbardziej.

 

 

      Wbrew temu, co myślą sobie niektórzy z czytelników mojego bloga – a zwłaszcza ci bardziej nastroszeni – nie pracuję w szkole i jedyny kontakt, jaki mam z dziećmi młodszymi i starszymi, to w czasie tzw. korków. A zatem wszelkie głosy, wyrażające współczucie dla szkolnej młodzieży, która jest narażona na kontakty z obskuranctwem i ciemnotą, jaką prezentuję, są nietrafione. Polska szkoła – przynajmniej z perspektywy tych najbardziej gorliwych jej obrońców – pozostaje bezpieczna i w bezpiecznym rękach.

     Oczywiście, cały czas uczę. Tyle że robię to pod wyłączną kontrolą moich uczniów, którzy w pierwszym momencie kiedy uznają, że ich oszukuję, to dadzą mi odpowiedniego kopniaka. Do tego czasu, to co się dzieje między mną a nimi, pozostaje moją i ich sprawą. A jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy komuś z nich powiedziec, że ja się będzie źle prowadził, to się niczego nie nauczy, to wiem, ze nie rzucą się natychmiast na mnie urzędnicy, którzy skontrolują, czy przypadkiem nie korzystam z nieodpowiednich programów, pedagodzy, którzy sprawdzą, czy kogoś zbytnio nie prześladuję i w końcu rodzice samych uczniów, którzy wyrażą pretensje co do niezrozumienia duszy ich dzieci. Dlaczego pracowałem w szkole i dlaczego w niej pracować przestałem. Otóż pracowałem, bo bardzo chciałem tam pracować, chciałem bardzo uczyć i bardzo mi się ta praca podobała. Pracowałem w szkole z przyjemnością, ponieważ, przez wiele lat, każdy kolejny dzień w szkole był dla mnie miłym doświadczeniem, wielką satysfakcją, i ani przez moment nie miałem poczucia, że moi uczniowie mają mnie dość. Właśnie dlatego, te kilkanaście lat spędzone w klasie wspominam dobrze i nie żałuję ani chwili. Dlaczego więc przestałem pracować w szkole? Przede wszystkim dlatego, że od pewnego momentu, nie potrafiłem się pozbyć bardzo niepokojącego wrażenia. Mam tu na myśli uczucie, że naprawdę bezpiecznie jest dopiero wtedy, gdy zadzwoni dzwonek na lekcję, a ja już bezpiecznie znajdę się zamknięty w klasie, z moimi uczniami. Dzwonił dzwonek, ja pędziłem do klasy, zamykałem za sobą drzwi, siadałem za biurkiem i przez kilka sekund siedziałem, oddychając z ulgą, jak po udanej ucieczce. Siedziałem za tym biurkiem, patrzyłem po klasie, oni się patrzyli na mnie i myślałem sobie, że oni też czują, że przez najbliższe 45 minut – o ile tylko tzw. system pracy szkoły nie zakłóci naszego spokoju – da się żyć.

      Ja oczywiście od razu pragnę uprzedzić wszelkich idealistów. To wcale nie było tak, że kiedy wchodziłem do klasy, to natychmiast podnosiła się kurtyna i oczom zachwyconej publiczności ukazywał się Robin Williams i zakochani w nim uczniowie. O nie. Najczęściej było tak, że między nimi a mną toczyła się nieustanna wojna, z krótkimi momentami obojętności na zaczerpnięcie oddechu, niemniej fakt pozostaje faktem. To wszystko miało swój sens tylko do czasu, jak byliśmy w tej klasie zamknięci, a tzw. System pozostawał na zewnątrz.

      Czy w czasie tej wojny, zdarzyło mi się, żeby któryś z uczniów założył mi kosz na łeb, albo mnie opluł, albo chociaż mnie sklął? No, nie. Tak się szczęśliwie złożyło, że tu mam konto czyste. I to wcale nie dlatego, że miałem tak niezwykłe szczęście, ze szkoły w których zdarzyło mi się pracować, były uwolnione od obecności tego typu dzieci. Wręcz przeciwnie. Wśród moich uczniów byli tacy, którzy – gdyby tylko znaleźli odpowiedni powód – mogliby mi ten kosz założyć na głowę z czystym sumieniem, a później nawet, z równie czystym sumieniem, wyrzucić mnie przez okno. Szczęśliwie, nigdy nie dałem im do tego powodu, a nawet jeśli dałem, to żaden z nich nie uznał, ze ten powód jest wystarczający.

       I znów, muszę tu zrobić pewne zastrzeżenie. Tego że udało mi się szczęśliwie przejść przez ten czas, nie zawdzięczam jakimś szczególnym talentom. Nie uważam, żebym był szczególnie zdolnym pedagogiem, psychologiem, czy kim tam trzeba jeszcze być, żeby sobie dobrze radzić z młodzieżą. Wręcz przeciwnie. Mam głębokie i bardzo szczere przekonanie, że nie znam nawet ułamka tych wszystkich sztuczek, które należy znać, żeby bezpiecznie utrzymać się w zawodzie nauczyciela. Powiem więcej. Jestem przekonany, że ostatecznie rzuciłem pracę w szkole, właśnie dlatego, że brakowało mi tego czegoś. Że, jedyne co miałem to coś, co sprawiało, że nawet najgorsi bandyci mnie tolerowali. Podkreślam – przynajmniej mnie tolerowali.

       Rzuciłem jednak szkołę, ponieważ wspomniana sytuacja, która polegała na traktowaniu klasy jak azylu, dręczyła moje sumienie, a ostatecznie System wdarł się do tej klasy i już się po prostu dalej nie dało. Co mam na myśli, mówiąc „System”? Po prostu System – dyrekcję, kuratorium, konferencje, zebrania, rozporządzenia, programy… i ostatecznie to wszystko, co się powszechnie określa, jako fikcję na każdym dokładnie poziomie, z wyjątkiem jednego. Fikcję, jeśli idzie o uczenie, jeśli idzie o wychowywanie, jeśli idzie o tak zwane tworzenie dobrej i przyjaznej atmosfery, jeśli idzie o osiąganie wyników. Na każdym poziomie z wyjątkiem jednego. Bo tam gdzie chodzi o to, żeby wziąć nauczyciela za przysłowiowy pysk, fikcji nie było i nie ma. Tam mamy do czynienia z jedynym poziomem, gdzie System działa bardzo starannie i bardzo skutecznie.

      Chociaż w nieco innym kontekście, pisałem tu już kiedyś o szkole. Po co więc robię to raz jeszcze? Z tych samych powodów, co poprzednio. Po to, żeby się wstawić za nauczycielami, którzy jeszcze na tyle nie zbzikowali, żeby tego wsparcia już nie potrzebować. I po to też, żeby się wstawić za uczniami, którzy akurat ani ode mnie, ani od żadnego innego nauczyciela nigdy nic nie potrzebowali, ale którym – jestem tego pewien – to wsparcie na pewno nie zaszkodzi. No i jeszcze z jednego powodu. Otóż, tym razem w Rykach, znów jakaś banda idiotów postanowiła rozwalić kolejnego nauczyciela, dokonała tego jak najbardziej skutecznie, a dziś – bardzo zdziwieni – drapią się po swoich łysych, ukrytych pod kapturkami pałach, i dziwą się, że tak to jakoś wyszło. Więc dla nich i dla ich kolegów również jest ten tekst.

      Wspomniałem o fikcji. Na tym własnie polega obecny system oświatowy. Na kompletnej fikcji. Proszę, patrząc na sytuację w szkole w tych Rykach, zwrócić uwagę na reakcję wszystkich zainteresowanych sprawą dorosłych, poczynając od mamy jednego z tych durniów, przez panią dyrektor, a skończywszy na politykach i dziennikarzach, komentujących zdarzenie. Czy w tym całym zamieszaniu, jakie na parę bieżących tygodni zajęło uwagę opinii publicznej, pojawił się choć jeden głos, który odniósł by się do sedna problemu? Czyli do Systemu, który od tylu już lat trzyma naszą szkołę w kompletnie paraliżującym uścisku. Jedni mówią, ze trzeba wzmocnić opiekę pedagogiczną, inni, że władze oświatowe powinny ściślej kontrolować to co się w tych nieszczęsnych szkołach dzieje, ktoś tam proponuje, żeby nauczyciele byli lepiej wykształceni i lepiej opłacani, jeszcze ktoś inny, że należy w szkole zaprowadzić dyscyplinę, a – żeby nikt nie myślał, że tych zabrakło – to wreszcie przychodzą i ci, którzy proponują dodatkowe pogadanki, a może dodatkową godzinę wychowania seksualnego. Pewnie po to, żeby chłopaki się odprężyły.

       I oczywiście nikomu nie przyjdzie do głowy, że te wszystkie pomysły są funta kłaków warte dopóki uczniowie będą chodzili do szkoły w głębokim – i z każdym rokiem głębszym – przekonaniem, że oni tam nie chodzą po to, żeby się czegoś nauczyć, a przez to uczynić swoje przyszłe życie wygodniejszym i przyjemniejszym, ale dlatego, ze tak ma być. Wszystkie kolejne władze oświatowe – od ministra Samsonowicza, przez całą tę komunistyczną drobnicę, do obecnej minister Hall – prowadzą polską szkołę w taki sposób, jakby tam nie chodziło o nic innego jak o stworzenie w miarę skutecznej przechowalni dla tej części młodzieży, która przez kilkanaście lat swojego życia nie ma co ze sobą zrobić między ósmą rano, a trzecią po południu. I jakby jedynym sposobem na realizacje tej skuteczności, było stworzenie odpowiednio wielu, odpowiednio grubych tomów przepisów i regulacji, odnoszących się do każdej minuty życia uczniów i kręcących się wśród nich bez celu nauczycieli.

      Efekt jest taki, że zarówno uczniowie jak i nauczyciele spędzają dzień w dzień te swoje długie godziny, kompletnie niezależnie od siebie, zajęci wyłącznie sobą i walką o przeżycie kolejnej godziny lekcyjnej, a nad nimi pochylają się – również pilnujący wyłącznie swoich interesów – dyrektorzy, kuratorzy, psycholodzy, metodycy, ministrowie, związkowcy i udają, udają, udają. A niech no tylko ktoś z nich podniesie głowę i spróbuje wprowadzić choć odrobinę sensu, czy choćby tylko życia, do tego nieszczęścia o nazwie „szkoła”. Od razu przybiegną do niego rodzice, urzędnicy z kuratorium, pedagodzy szkolni, dyrekcja i mu natychmiast wytłumaczą, że wszystko jest pod kontrola, i że jeśli trzeba będzie coś zrobić, to się zrobi tak żeby było jak jest – tyle że bardziej.

      Przyjrzyjmy się filmowi, który nagrali ci debile i wsadzili do netu. Mamy przed sobą grupę kompletnie ogłupiałych byczków, stających na głowie (dosłownie), żeby jakoś zabić tę nudę, a za biurkiem tego nieszczęsnego nauczyciela, który doskonale wie, ze nie może nawet mrugnąć okiem, bo każdy ruch z jego strony zostanie natychmiast ukarany przez najszerzej rozumiany System. I wcale nie chodzi mi o to, że mógłby on na przykład wstać i nakłaść po pysku temu, który akurat stoi najbliżej. Wprawdzie, jestem pewien, że oni wszyscy w tym momencie by wrócili do ławek i przez następny kwadrans, dochodziliby do siebie, ale skutki uboczne okazałyby się z pewnością nie warte tego wysiłku. Przede wszystkim na pewno któryś z nich by tę ciekawostkę wyniósł na zewnątrz i System by się już tym nauczycielem zajął równie skutecznie jak on tym dzieckiem. Więc niechby on nawet go nie lał. Niech by po prostu sięgnął po komórkę i zadzwonił po policję, że go jakaś banda chuliganów właśnie napadła i on się czuje zagrożony. Ale tego mu też robić nie wolno. Przepisy zabraniają.

      Więc siedział cicho i się nie ruszał. Bo wiedział, ze tak jak jest, ma być i wszystko jest pod kontrolą. ZNP zadba o jego pensum, dyrekcja zadba o to, żeby pieniądze – włącznie z trzynastką – były na czas, uczniowie z kolei – jak trzeba będzie – będą mogli skorzystać z pomocy pedagoga, psychologa i (raz na tydzień) z pomocy szkolnego lekarza, a on ma tylko zatroszczyć się o to, żeby dziennik był na koniec semestru w miarę starannie wypełniony. A dlaczego – jak wspomniała mama jednego z tych byczków – on był tak ciamajda, że nie potrafił sobie poradzić? Bo taki był. Bo, kiedy się przygotowywał do bycia nauczycielem, nikt mu nie powiedział, że będzie miał pracę przypominającą pracę klawisza w więzieniu, tyle że bez jakichkolwiek uprawnień. No i znów, bo taki był. Nie miał umiejętności radzenia sobie z bandytami, ale tez nie miał tego czegoś – co szczęśliwie ja miałem – a co bandytom z jakichś niezrozumiałych względów akurat się często podoba.

       A może miał. Może tylko miał tego pecha, że w odpowiednim momencie nie machnął na to ręką. Może przez wszystkie te lata, kiedy tam pracował, jakoś szło. A któregoś dnia coś się załamało albo w nich, albo w nim; albo może po prostu dzień nie sprzyjał. Tego nie wiemy. Jedno jest pewne. Miał albo zachować kamienny spokój, albo poszukać dla siebie i dla swojej rodziny innego źródła utrzymania. Jakiegoś miejsca, gdzie mógłby robić to co umie, ale bez tego ryzyka, że albo stanie się sławny na całą Polskę, albo skończy z informacją od dyrekcji zaczynającą się od słów: Na podstawie kontroli dokumentacji szkolnej, oraz monitoringu prowadzonych przez Pana lekcji, Dyrekcja stwierdza co następuje:- proces nauczania odbywa się niezgodnie z przyjętym programem nauczania, co narusza zasady prawa oświatowego…

      I tak dalej. Bez najmniejszego znaczenia. Bo tak, czy inaczej, to jest wciąż ta sama historia.

 


sobota, 19 lutego 2022

O niebotycznym wzwodzie Janusza Korwina Mikke

 

      Ani nie planowałem dziś tu wrzucać nic nowego, ani tym bardziej nawet do głowy mi nie przyszło, by to było coś w jakikolwiek sposób powiązanego z Januszem Korwinem Mikke, o którym jeśli przez te wszystkie lata wspomniałem tu choćby 10 razy, to dobrze. Tymczasem, gdy wydawało się, że on się już całkowicie wypruł z nowych pomysłów, ni stąd ni z owąd stał się bohaterem dnia i to naprawdę na nie byle jakim poziomie. Oto, proszę sobie wyobrazić, że w jednej z internetowych – bo jakżeby innych – wypowiedzi, rzeczony Janusz Korwin Mikke oznajmił, że kobiety powinny uzyskiwać prawa wyborcze po ukończeniu 55 roku życia, bo to wtedy dopiero zanikają u nich tak zwane estrogeny, czyli hormony odpowiedzialne, mówiąc krótko, za rozrodczość. Do tego czasu, zdaniem Janusza Korwina Mikke, będąc w sposób naturalny skoncentrowanie wyłącznie na rodzeniu i opiece nad dziećmi, kobiety nie są w stanie myśleć, a zatem konsekwentnie nie są też w stanie podejmować tak poważnych decyzji jak wybieranie władz państwowych w demokratycznych procedurach.

      Głos Janusza Korwina Mikke został we wszystkich możliwych miejscach oczywiście odpowiednio zauważony i skomentowany, ja natomiast nie mam ochoty się dziwić ani temu skąd u niego akurat taka fascynacja rzeczonymi „procesami demokratycznymi”, że do udziału w nich zaprasza tylko jednostki wybitne, ani też wyciągać z przedstawionego rozumowania wniosku, że kobiety, które z niewyjaśnionych powodów nie życzą sobie mieć dzieci, a kiedy już jakieś urodzą, to od czasu do czasu mają potrzebę takie dziecko zwyczajnie udusić, czy zatłuc na śmierć, powinny mieć prawa wyborcze. Bo niby tym samym dowiodły że są jak mężczyźni? Nie chcę więc wchodzić w polemikę z tym dziwnym staruszkiem, który, moim zdaniem, z jednym nieistotnym wyjątkiem, o którym później, stoi o niebo wyżej od prezydenta Bidena jakim go znamy, natomiast bardzo chętnie odwołam się do pewnej biblijnej przypowieści, która całą kwestię pozwala umieścić we właściwych ramach. Nie tracąc więc czasu na niepotrzebny wstęp, proszę o skupienie:

„Król Salomon pokochał też wiele kobiet obcej narodowości, a mianowicie: córkę faraona, Moabitki, Ammonitki, Edomitki, Sydonitki i Chetytki z narodów, co do których Pan nakazał Izraelitom: «Nie łączcie się z nimi, i one niech nie łączą się z wami, bo na pewno zwrócą wasze serce ku swoim bogom». Jednak Salomon z miłości złączył się z nimi, tak że miał siedemset żon-księżniczek i trzysta żon drugorzędnych. Jego żony uwiodły więc jego serce. Kiedy Salomon zestarzał się, żony zwróciły jego serce ku bogom obcym i wskutek tego serce jego nie pozostało tak szczere wobec Pana, Boga jego, jak serce jego ojca, Dawida. Zaczął bowiem czcić Asztartę, boginię Sydończyków, oraz Milkoma, ohydę Ammonitów. Salomon dopuścił się więc tego, co jest złe w oczach Pana, i nie okazał pełnego posłuszeństwa Panu, jak Dawid, jego ojciec. Salomon zbudował również posąg Kemoszowi, bożkowi moabskiemu, na górze na wschód od Jerozolimy, oraz Milkomowi, ohydzie Ammonitów. Tak samo uczynił wszystkim swoim żonom obcej narodowości, palącym kadzidła i składającym ofiary swoim bogom.
Pan rozgniewał się więc na Salomona za to, że jego serce odwróciło się od Pana, Boga izraelskiego. Dwukrotnie mu się ukazał i zabraniał mu czcić obcych bogów, ale on nie zachował tego, co Pan mu nakazał. Wtedy Pan rzekł Salomonowi:
«Wobec tego, że tak postąpiłeś i nie zachowałeś mego przymierza oraz moich praw, które ci dałem, nieodwołalnie wyrwę ci królestwo i dam twojemu słudze. Choć nie uczynię tego za twego życia ze względu na twego ojca, Dawida, to wyrwę je z ręki twojego syna. Jednak nie wyrwę całego królestwa. Dam twojemu synowi jedno pokolenie ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na Jeruzalem, które wybrałem»”.

       I to tyle. Gdyby jednak trzeba było komuś kwestię nieco przybliżyć, to proszę pamiętać, że Krół Salomon, zarówno w samym Piśmie, jak i w tradycji, funkcjonuje jako wzór mądrości, i to mądrości nie byle jakiej, bo danej przez samego Boga. Był więc Król Solomon nadzwyczaj mądry, do czasu gdy się zestarzał i uznał, że właściwie zyskał już wszystko, co mu jest do szczęścia potrzebne, z wyjątkiem... no właśnie, czego? Otóż, gdy miał on już wszystko, z mądrością przede wszystkim, doszedł do przekonania, że nic nie jest tyle warte co podziw kobiet, i w tym momecie, jak dziś możemy wyczytać z przemyśleń Janusza Korwina Mikke, ostatecznie załatwiły go ni mniej ni więcej tylko owe estrogeny.

        Nie będę się tu popisywał wiedzą, której nie posiadam, więc przyznam, że po wysłuchaniu mądrości Janusza Korwina Mikke, sprawdziłem sobie, co to takiego wspomniane estrogeny, które uniemożliwiają kobietom używanie rozumu i głosowania na prawdziwą prawicę i przeczytałem co następuje:

„Główna rola estrogenów u kobiet polega między innymi na wspomaganiu rozwoju cech płciowych (rozwój narządów płciowych i gruczołów piersiowych), regulacji cyklu miesiączkowego i przygotowaniu błony śluzowej macicy do zagnieżdżenia się zarodka, utrzymywaniu ciąży, regulacji gospodarki lipidowej, białkowej i wapniowej”.

      Nie wiem w tym momencie, jaki hormon sprawia że niektórzy mężczyźni, ze szczególnym uwzględnieniem ledwo żywych starców, utrzymują nieustanny wzwód, z którego w dodatku raz na jakiś czas coś wytryska, ale nie wiem też jak to się stało, że u Janusza Korwina Mikke obserwujemy działanie owego hormonu nawet wtedy gdy on już powoli wkracza w 81 rok życia. Chciałbym jednak zachęcić posłów Konfederacji, by kiedy będą mieli okazję porozmawiać ze swoim mistrzem, zwrócili mu uwagę na fakt, że gdy przyjdzie jego czas, a on sobie zażyczy trumny z podwyższonym wiekiem, to w żaden sposób nie sprawi, że oni któregoś dnia obejmą w Polsce władzę, no i też że Pan Bóg zakrzyknie: „Ten Korwin to naprawdę niezły gość!”.



 

piątek, 18 lutego 2022

Gdy kłamstwo w finale wygrało 3-0

 

      Nie umiem dziś powiedzieć który to był dokładnie rok, ale z całą pewnością premierem był wówczas Jerzy Buzek, a jego ministrowie reprezentowali tak zwaną Akcję Wyborczą Solidarność, w koalicji z Unią Wolności. Dla przypomnienia tym, którzy aż tak daleko wspomnieniem nie sięgają, samą AWS również tworzyła koalicja mniejszych ugrupowań, a wśród nich – tak, tak – jak najbardziej Porozumienie Centrum. Tu akurat, co absolutnie niezwykłe i co musimy teraz podkreślić, mamy na myśli Porozumienie Centrum bez jego twórcy i jedynego przywódcy. Czemu tak? Otóż kiedy zbliżały się wybory i tak zwana prawica układała swoje listy wyborcze, Jarosław Kaczyński, w proteście przeciwko wciskaniu do Sejmu  całej kupy najciemniejszych typków i wbrew swoim partyjnym kolegom odmówił kandydowania i kazał usunąć swoje nazwisko z listy. I pewnie przez kolejne cztery lata mógłby się na spokojnie zajmować sobą i swoim kotem, gdyby w geście dobrej woli nie przygarnął go Jan Olszewski, co po paru kolejnych, czasem nadzwyczaj nieoczekiwanych zakrętach, doprowadziło do zmiany w postaci zniknięcia Porozumienia Centrum a wraz z nim całej grupy polityków, którym się wydawało, że bez Kaczyńskiego sobie świetnie poradzą, a poradzić sobie nie byli w stanie. I tak to powstało Prawo i Sprawiedliwość, co ostatecznie stworzyło podstawę tego co mamy dziś. 

        I tu chcę wrócić do początku dzisiejszej notki, czyli miejsca gdzie piszę, że nie pamiętam dokładnie roku w którym to się wydarzyło. Otóż Polska była rozkradana przez tych udających prawicę cwaniaków, Jarosław Kaczyński, jako poseł kompletnie niszowego i mikroskopijnego ugrupowania Jana Olszewskiego, jedyne co mógł robić to patrzeć, jak gangi się coraz bardziej rozpychają, a całą jego ideę trafia szlag i któregoś dnia, w jednym z wywaiadów, zapewne w jednej z wielu chwil zwątpienia, powiedział, że w aktualnej sytaucji on nie widzi najmniejszego sensu bycia choćby i skromnym posłem, skoro owo posłowanie sprowadza się wyłącznie do odbierania raz na miesiąc poselskiej pensji. Pamiętam tę wypowiedź, jak sądzę, słowo w słowo, ale też nigdy już nie zapomnę artykułu w „Gazecie Wyborczej”, w którym nadzwyczaj dowcipnie wyszydzono opinię Jarosława Kaczyńskiego, że „jedyny sens bycia posłem to chodzenie raz na miesiąc do kasy, by odebrać poselskie honorarium”.

        Ja oczywiście od czasu do czasu wracam do tego wspomnienia, ale tym razem, przypomniało mi się tamto wydarzenie, gdy prawicowe media, włącznie z państwową telewizją, uruchomiły parodniową – dziś, gdy czas już naprawdę nie czeka na nikogo, innych nie ma – nagonkę na Kingę Dunin (jeśli ktoś nie wie, o kim mowa, niech sobie wygoogla). W czym rzecz? Otóż wygląda na to, że Szatan, uznając, że Dunin – dotychczas znana nam jako osoba zwyczajnie opętana – jest już kompletnie zużyta, spuścił ją ze smyczy, a ona w poczuciu nowej wolności napisała recenzję książki niejakiego Maksa Wolskiego – jak rozumiem, wciąż w drużynie – pod tytułem „Nicuś”, i Wolskiego wdeptała w ziemię. Bardzo przepraszam, ale skoro nikt inny Dunin jej wypowiedzi w pełnym kontekście nie cytuje, zrobię to ja:

„Polska – ogólnie rzecz biorąc – składa się z Polaków. Czy Polacy są tacy okropni, bo mieszkają w Polsce (te ich skrzywione ryje, wieprzowe karki), czy też Polska jest nie do zniesienia, bo ją zamieszkują Polacy? Co było pierwsze: jajko czy kura?

Jeśli chcecie się wyrzygać na Polskę i Polaków, to jest to książka właśnie dla was. Tytułowy Nicuś nienawidzi Polski soczyście, barwnie i obficie. Kraju, ludzi, katolicyzmu, krajobrazu. Mnoży obelgi i powtarza się, bo nigdy mu nie dość męczenia się z Polską. Niemcy są bogatsze, Włochy piękniejsze, Adriatyk bardziej malowniczy niż Bałtyk, który jest ledwie kałużą. Judaizm jest lepszą religią niż katolicyzm. Kompleksy, kompleksy. Polaków nikt nie lubi, lepiej się do tej narodowości na świecie nie przyznawać. Chociaż trochę hassliebe też w tym jest.

Można powiedzieć, że Max Wolski (to pseudonim) cierpi na dysforię narodowościową level max. Doceniając mistrzostwo i wielopiętrowość tych wszystkich bluzgów, szybko poczułam się nimi zmęczona. Widać już nie mam takiej potrzeby, żeby zmagać się z POLSKĄ. Cóż, jesteśmy średnim krajem, gorszym od innych, ale lepszym od wielu. Pod wieloma względami irytującym, aktualnie bardziej niż zazwyczaj. Mam wrażenie, że te wszystkie problemy z polskością już sto razy przerabialiśmy, że to już nie jest ani ważne, ani ciekawe, może co najwyżej zaspokaja jakieś potrzeby emocjonalne – jak hejt na fejsie. I że rzyganie Polską to jakieś takie nasze spécialité de la maison, które mi się przejadło”.

      Jak każdy widzi, fragment w którym Dunin pisze o polskich „skrzywionych ryjach, wieprzowych karkach”, to nie są jej słowa, lecz słowa tego jakiegoś Maksa, słowa które ona najzwyczajniej w świecie nie dość że odrzuca, to podobnie jak ich autora wręcz wyśmiewa. Tymczasem przez kilka kolejnych dni, nie dość że w Internecie, to jeszcze w prawicowych mediach, ale przede wszystkim w Wiadomościach TVP, poświęcono znaczną część jakże cennego miejsca na to by niszczyć Dunin – nie Maksa, ale Dunin – za to, że rzekomo określiła Polaków jako ludzi o „skrzywionych ryjach i wieprzowych karkach”.

        Powiem szczerze że w pierwszej chwili, widząc jak owa czy to zwykłą gnuśność, czy też bezczelna propaganda, sobie po wolności hula, dostałem ciężkiej cholery i miałem ochotę zwyczajnie wrzeszczeć. Nie w obronie Dunin, która przez długie lata bardzo dobrze sobie zasłużyła, by na jakąkolwiek obronę nie zasługiwać, ale w obronie prostej przyzwoitości. I oto nagle sobie przypomniałem najpierw wspomniany wcześniej epizod z wypowiedzią Jarosława Kaczyńskiego i ową straszną manipulacją „Gazety Wyborczej”, a potem cały szereg dziesiątek, czy może setek kłamstw, które, kompletnie bezkarnie, rozpłynęły się gdzieś w kosmosie, pomyśłałem sobie, że może to taka jest właśnie kolej rzeczy? Może dziś inaczej już nie można? A kto uważa inaczej, to kiep?

        Jak może część z nas wie, z powodu szalejących nad Polską niszczycielskich wiatrów lecący z Warszawy do Krakowa samolot nie był w stanie wylądować w Krakowie i zmuszony został do lądowania w Budapeszcie. W reakcji na to wydarzenie – jestem w stu procentach pewien, że całkowicie świadom okoliczności – europoseł, niesławny Marek Belka, zamieścił na Twitterze następujący komentarz:

„Samolot LOT z Krakowa do Warszawy wylądował w... Budapeszcie. Polski Ład na niebie”.

      Kiedy piszę ten tekst, tweet Belki ma już niemal 4 tys. polubień, co jak na Twittera, jest liczbą bardzo dużą. Komentarzy czytać mi się nie chciało – choćby przez fakt, że ja je wszystkie świetnie znam jeszcze zanim je zobaczę – ale nagle jakby cały ten brud ze mnie zszedł i pomyślałem sobie, że mam wielką nadzieję, że każda z kolejnych informacji o tym, że Kinga Dunin określiła Polaków jako ludzi o „skrzywionych ryjach i wieprzowych karkach” spotka się z jeszcze powszechniejszym entuzjazmem. 

     Przepraszam bardzo, ale to nie był mój pomysł.

       


       

 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...