sobota, 15 stycznia 2022

Gdy wypuścili na nas niepijących alkoholików

 

      Choć przyznaję bez bicia, że od paru tygodni nie opuszcza mnie obawa – a ów wątek rozszerzę wkrótce – że ten blog w ostatecznym rozrachunku przyniósł więcej złego niż dobrego, jednego jestem pewien: to że mogę tu pisać to co mi ślina na język przyniesie i nikomu nic do tego, to wartość nie do przecenienia. Zastanówmy się bowiem, jak by to było, gdybym ja nagle postanowił ujawnić tu fakt, że Anna Godzwon, wicedyrektor Centrum Informacyjnego Senatu RP, oskarżona o stosowanie ciężkiego mobbingu wobec osób jej podległych, to ciężka alkoholiczka, a ktoś by mi nagle powiedział, że przepraszam bardzo, ale jeszcze nie teraz, i lepiej będzie jeśli jeszcze poczekamy na rozwój wypadków. Szczęśliwie bardzo, ja tu sobie mogę pozwalać na prawie wszystko, a zatem też i na to, by napisać o tym, jak to kolejne instytucje Rzeczpospolitej tolerowały w swoich szeregach osobę chorą w sposób oczywisty, i to chorą na tyle poważnie i nieodwracalnie, że w efekcie niebezpieczną dla otoczenia, a przez to nie nadającą się do pełnienia jakichkolwiek funkcji publicznych.

       Zacznijmy jednak od początku, a więc zaledwie od wrażeń. Otóż kiedy ja po raz pierwszy u boku marszałka Grodzkiego ujrzałem to coś, byłem zszokowany na tyle, że nawet  nie chciało mi się tego komentować. Chwilę później jednak dowiedziałem się, że to jest wspomniana Anna Godzwon, dziś Grodzkiego prawa ręka, a wcześniej dziennikarka Polskiego Radia, pracownik Biura Prasowego Sejmu, następnie jeden z najbliższych urzędników kancelarii prezydenta Komorowskiego, a dziś, jak już wspomnieliśmy, wicedyrektor Centrum Informacyjnego Senatu. Dziś natomiast dowiaduję się, że ta szczególna bardzo kobieta, nie dość że jest oskarżona o dręczenie podległych jej służbowo osób, to pozostając na najwyższych stanowiskach państwowych, legitymuje się wieloletnim uzależnieniem od alkoholu, i to nie takim jak nam się zdarza od okazji, ale uzależnieniem które nie pozwala normalnie funkcjonować  przez choćby kilka minut kolejnego dnia.

       Skąd ja mam informację o alkoholizmie Anny Godzwon? Odpowiedz jest prosta. Godzwon, podobnie jak wielu alkoholików przed nią, w ramach standardowej terapii, z najwyższą swego czasu dumą, to co ma za paznokciami ujawniła ogólnopolskim mediom, a jej odważna opowieść pozostaje wszędzie cytowana do dziś. Co z niej wynika? No przede wszystkim to, że Anna Godzwon, przez wiele lat, będąc bardzo eksponowaną dziennikarką Polskiego Radia, pozostawała w stanie tak strasznego uzależnienia od alkoholu, że przez cały ów czas pozostawała na granicy śmierci. Z wyznań jakie ona nam przedstawia dziś, kiedy to już jest tak zwaną „niepijącą alkoholiczką”, wynika że gdyby nie pomoc kolegów, ona dziś by gniła gdzieś w rynsztoku, albo w ogóle nie było jej wśród nas, a tymczasem  pozostaje bardzo ważną częścią tak zwanego establishmentu.

         We wspomnianym wywiadzie pojawia się pytanie, czy poza najblizszymi przyjaciółmi, którzy, kiedy ona leżała zażygana w swojej łazience, próbowali ją utrzymać przy tak zwanym korycie, ktokolwiek – w tym prezydent Komorowski –  wiedział, z kim ma do czynienia. Otóż okazuje się, że niektórzy wiedzieli, niektórzy nie, natomiast sam Komorowski – nie bardzo. A ja się zastanawiam już tylko, czy – i jak to się w ogóle mogło stać – kiedy Godzwon dostawała swoją fuchę u Grodzkiego, otoczenie wiedziało, że ma do czynienia z osobą w najwyższym stopniu podejrzaną, której nie wolno wyznaczać jakichkolwiek innych zadań poza, powiedzmy, sprzątaniem biur, i to w dodatku w takich miejscach i w takim czasie, gdy w okolicy nie będzie nikogo poza nią.

       Po raz któryś z kolei, tak by nie uronić ani kawałka, czytam wywiad jakiego swego czasu na temat swojego alkoholizmu Anna Godzwon udzieliła „Gazecie Prawnej” i z tego co ona bardzo fachowo i nadzwyczaj dokładnie nam przedstawia, wynika że ona do końca życia już będzie alkoholiczką w zawieszeniu, w dodatku w zawieszeniu na najcieńszej możliwie strunie. Opowiada nam Godzwon, jak to ona za każdym razem gdy kupuje cukierki, musi sprawdzić, czy tam przypadkiem nie ma alkoholu, jak to u siebie w mieszkaniu nie toleruje jakichkolwiek butelek, bo one się jej źle kojarzą, jak wreszcie, że ona zdaje sobie sprawę z tego, że „alkoholizm to jej immamentna cecha”, a ja się zastanawiam jak to jest, kiedy ową osobą z flaszką w duszy, sercu i mózgu, jest nawet ktoś pełniący wysokie funkcje państwowe, ale choćby zaledwie nasz szef, a jednocześnie ktoś, o kim – wedle autoryzowanych przez samą Godzwon słów – prezydent Obama powiedział, że „she’s great” Nie zmyślam.

       Dziś, jak słyszę, Godzwon wraz z jej zachowaniem wobec podległych sobie urzędników, pozostaje od dwóch tygodni niedostępna. Oficjalne źródła Senatu informują, że ona, normalnie, pracuje z domu. Ja jednak obawiam się, że w reakcji na stres, który musiał stać się w tych dniach jej udziałem, a wywołany swiadomością, że oto już za chwilę cały ten świat, który tak ukochala, świat „tych ważnnych polityków, prezydentów, premierów, któych numery mam w swoijej komórce”, runie, zagapiła się w kwestii tego jednego cukierka i poszła w tak zwaną „długą”, i dziś jest już po Godzwon. Jedyne co mnie teraz więc interesuje, to to, jak sobie z tym czego się za chwilę dowiemy, poradzą sobie marszałek Grodzki, ale też wielu innych, nie wykluczając z tego grona prezydenta Komorowskiego. O ile nie jest tak że oni wszyscy równo chleją i moje uwagi mają głęboko w nosie.







 

piątek, 14 stycznia 2022

Jaka szkoda, że to kurwy.

Wspominałem tu już wielokrotnie, a ostatnio chyba po kolejnej mojej przygodzie z tak zwanym „Sylwestrem Marzeń”, że w moim najgłębszym przekonaniu, przy tej nędzy jakiej nam dostarcza nasza kultura popularna, poczynając od piosenki, przez film, a kończąc na literaturze, jedynymi w miarę profesjonalnymi i autentycznie zaangażowanymi w ów proces twórczy artystami są przedstawiciele kultury disco-polo. Ktoś powie, że nie ma w tym nic dziwnego, bo prawdopodobnie dziś to wyłącznie ludzie tacy jak bracia Golcowie, Zenon Martyniuk, Marcin Miller, Sławomir Świerzyński, czy wreszcie Kajra i Sławomir to jedyni artyści zależni wyłącznie od publiczności, a nie podporządkowani jakimś cwaniakom, którzy im płacą za realizowanie wydumanych przez nich projektów. A skoro zależni od publiczności, to oni ile im sił starczy będa stawali na głowie, by owej publiczności nie zawieść. Może i tak, nie zmienia to jednak faktu, że póki co takie De Mono, Perfect, Lady Pank, czy Budka Suflera, Sławomirowi i jego żonie, nie są w stanie nawet akompaniować na scenie, bo on do tej robota ma muzyków znacznie lepiej wykształconych i warsztatowo sprawnych.

Nie są to nigdy wesołe refleksje, bo Bóg mi świadkiem, że bardzo bym chciał żeby Polska była w stanie stworzyć coś nawet nie na poziomie „Sylwestra Marzeń”, ale znacznie znacznie wyższym. Niestety każdy kolejny rok potwierdza, że na to nie ma szans i pewnie juz nigdy nie będzie. Oto właśnie dowiedziałem się, że nasz najpopularniejszy chyba dziś aktor Maciej Stuhr wystąpił w nowej polskiej wersji historii znanej na całym świecie jako „Charlie i Fabryka Czekolady”. Naszym twórcom kultury nie wystarczyła klasyczna powieść Roalda Dahla, nie wystarczył oryginalny film z Genem Wilderem, czy jego słynny remake z Johnnym Deppem – oni potrzebowali jeszcze pokazać, że też potrafią i nikt ich przed tym nie powstrzyma, zwłaszcza że jak słyszę, my z tego zroboiliśmy musical, co nas przybliża już pod sam Broadway. Obejrzałem zwiastu tego filmu i zrobiło mi sie jeszcze smutniej. Chciałem to jakoś skomentować, ale ponieważ brak mi sił, pomyślałem że może przypomnę pewien stary tekst, jak mi się zdaje dostępny tylko na moim dawnym blogu w Salonie24. Bardzo proszę.

 

 

 

 

      Myślę że nie będzie źle zacząć od pewnej anegdoty. Otóż studiując tę swoją filologię angielską, przez kilka chyba lat regularnie uczestniczyłem w wykładach doc. dr hab. Marii Łobzowskiej, mocno starszej już, wiecznie ubranej na czarno pani, która – sądząc po sposobie w jakimś się posługiwała językiem angielskim – językowe umiejętności posiadła w znacznej części teoretycznie. Nie chcę w ten sposób broń Boże powiedzieć, że ona była do niczego, bo przede wszystkim ja byłem wówczas za głupi, by to ocenić, a po drugie myślę, że ona jednak była dobra. Dlaczego? Nie wiem, ale myślę, że była dobra. Natomiast faktem jest, że ona po angielsku mówiła bardzo zabawnie, a więc tak jak mówią ludzie, którzy nigdy języka nie studiowali, lecz poznali go, przez znaczną część życia mieszkając w środowisku tubylczym.

      Poza tym, jak mówię, ona zawsze była bardzo stara, a przez sposób w jaki się nosiła i zachowywała, robiła wrażenie osoby jeszcze bardziej wiekowej, niż była w rzeczywistości. I oto któregoś dnia wypadło nam omawiać dramat XVII-wiecznego angielskiego autora nazwiskiem John Ford po tytułem „’Tis Pity She’s A Whore”, co tłumaczy się ni mniej ni więcej jako „Szkoda, że to kurwa”. Dziś już nie wiem, jak do tego doszło, bo wykład to jednak tylko wykład, ale w pewnym momencie doszło do tego, że pewna nasza koleżanka zmuszona została do zacytowania tego tytułu… no i, mając przed sobą nie jakiegoś naszpanowanego typowym akademickim luzem magistra, lecz samą dr Łobzowską, zaczęła się wić i stękać, próbując sprytnie wyjść z ciężkiej dla siebie sytuacji. No i w tym momencie nasza fantastyczna zupełnie pani od literatury, z tym swoim niepowtarzalnym akcentem, wygłosiła mowę, której do dziś nie zapomniałem, i potrafię ją powtórzyć niemal słowo w słowo: „Dear children, please do not be afraid of using dirty words. You can simply say: a woman of easy virtue”.

      Myślę, że większość z nas, czytających te słowa, wie dobrze w czym rzecz, jednak na wszelki wypadek, biorąc pod uwagę, że mogą wśród nas być jakieś niedobitki, którym będzie ciężko to zrozumieć, ów fragment przetłumaczę. Otóż dr Łobzowska powiedziała coś takiego; „Drogie dzieci, proszę was bardzo, nie bójcie się używać brzydkich słów. Zawsze przecież możecie powiedzieć po prostu: kobieta lekkich obyczajów”.

     Czemu mi się nagle przypomniała tamta fantastyczna wręcz przygoda? Otóż rzecz w tym, że w miniony czwartek poszliśmy z żoną do teatru, a ja przyznaję z dumnie podniesionym czołem, że ja osobiście do teatru wręcz nałogowo nie chadzam. Czemu tak? Nie wiem. Nigdy mnie ten rodzaj sztuki nie pociągał, a dodatkowo świadomość, że mam przed sobą nie ekran, na którym przesuwają się jakieś obrazy, ale prawdziwych, popisujących się przed pełną salą rozbawionej publiczności, ludzi, ona okropnie mnie zawsze peszyła. No i sam już koniec, kiedy oni wszyscy wychodzą na scenę, by się trzymać za ręce i po raz dziesiąty kłaniać, zawsze wedle tego samego fałszywego jak jasna cholera schematu, niezmiennie jest dla mnie nie do wytrzymania, i ja się zwyczajnie czerwienię.

     O ile sobie przypominam, z własnego wyboru w teatrze byłem zaledwie dwa razy. Kiedyś, już bardzo bardzo dawno temu, na przedstawieniu Jana Kreczmara „Hyde Park” na Scenie Kameralnej Teatru Śląskiego w Katowicach, gdzie miałem okazję oglądać, chyba wówczas ledwo co debiutujących, Krzysztofa Kolbergera i Ewę Dałkowską, no i zupełnie niedawno, też w Teatrze Śląskim, tyle że na Dużej Scenie, na „Końcówce” Becketta z Andrzejem Sewerynem i Zdzisławem Wardejnem. Czemu tam polazłem? Zwyczajnie, bo w jednym i drugim przypadku była to okazja, by zobaczyć coś naprawdę ekstra. Dobrze pamiętam ostatnie przedstawienie. Byłem naprawdę poruszony. Seweryn był fantastyczny, zupełnie bez zarzutu, spektakl zrealizowany był tak, że jeśli ziewałem, to wyłącznie dlatego, że ja w ogóle wciąż ziewam, no i ostatecznie wróciłem do domu pod dużym wrażeniem.

      Czemu poszliśmy tym razem? Poszliśmy mianowicie z dwóch aż powodów. Pierwszy to taki, że był to występ teatralnego zespołu o nazwie „Cheek by Jowl” z samego Londynu, a ja zawsze byłem ciekawy zobaczyć, jak się prezentuje przeciętny angielski zespół teatralny, i jak na jego tle może wyglądać to co zdarza mi się o czasu do czasu widzieć tu w Polsce, a po drugie – oni przyjechali do Katowic ze sztuką Johna Forda pod tytułem „Szkoda że to kurwa”, przetłumaczonym prawie zgodnie z zaleceniem dr Łobzowskiej jako „Szkoda, że jest nierządnicą”. No a tego przegapić nie mogłem pod żadnym pozorem, prawda?

No i muszę powiedzieć, że już w momencie kiedy weszliśmy na salę, a do rozpoczęcia spektaklu było jeszcze 10 minut i ludzie wciąż się zbierali, i zobaczyłem scenę, na niej łóżko, a na tym łóżku tę dziewczynę, jak ona, nie zaważając na to, że nikt nawet na nią nie patrzy, najzwyczajniej na świecie gra, a gra tak, że mój akurat świat czegoś takiego nie widział, już byłem pod wrażeniem. Wreszcie zamknięto drzwi, zgasło światło, na scenę zaczęli wchodzić pozostali aktorzy, i w ciągu paru sekund stworzyli taki spektakl, że zacząłem się powoli bać, że za chwilę ze wzruszenia – kto mnie zna, ten wie, że dla mnie to jest tyle co splunąć – się popłaczę. Już pierwsze minuty tego przedstawienia były tak porażające, zarówno pod względem reżyserii, jak i gry aktorów, że ja się autentycznie poczułem jak na… ja wiem? Koncercie Portishead w zeszłym roku Poznaniu?

      Nie będę opowiadał, co tam się działo, bo to nie jest recenzja teatralnego przedstawienia, lecz zaledwie skromna refleksja na tematy, które zupełnie niedawno tu poruszaliśmy. A więc powiem tylko tyle, że zespół „Cheek by Jowl”, jak się domyślam, jest zaledwie jednym z całej kupy londyńskich teatrów, który jako wybitny i jeden z najważniejszych na świecie funkcjonuje tylko wówczas, gdy przyjedzie do takich Katowic i trzeba go jakoś zapowiedzieć. Gdy idzie natomiast o aktora Andrzeja Seweryna, to jest to jeden z najwybitniejszych polskich – a swego czasu podobno również i francuskich – aktorów, występujący w najwybitniejszych wyłącznie przedstawieniach. Rzecz w tym, że między tym co ja widziałem parę miesięcy temu, kiedy poszedłem na tę becketowską „Końcówkę”, a tym, co nam pokazali wczoraj ci Anglicy, rozciąga się kosmos. Pod każdym możliwym względem. I – przykro to mówić, bo zawsze lepiej myśleć, że jest lepiej niż gorzej – każdy z tych aktorów – powtarzam – każdy – był bez porównania lepszy od Andrzeja Seweryna, nie wspominając już o Zdzisławie Wardejnie. Ja tego wcześniej ani nie wiedziałem, ani też nie mogłem się domyślać. Teraz już wiem, bo to zwyczajnie ujrzałem i przeżyłem.

      Co za naiwność! Sądzić, że owszem – gdy chodzi o film, czy muzykę, to sprawa jest jasna. Natomiast w teatrze, gdzie ani nie są zaangażowane duże pieniądze, a i temat jest wzięty prosto z powszechnie dostępnej klasyki – wystarczy tylko serce i talent. I nagle po raz nie wiadomo który okazuje się, że to właśnie tylko o to chodzi. O serce i o talent.

      Piękny był ten wieczór. Piękny i smutny. Czemu smutny – to już powiedziałem. Co to za cholera radość dowiedzieć się, że jest jeszcze gorzej, niż się wydawało? No ale było jeszcze coś. Otóż Giovanni w pewnym momencie rozebrał się do rosołu i jeszcze w dodatku stanął przodem do publiczności, natomiast Annabella nawet kiedy (raz!) zdjęła biustonosz, to była odwrócona tyłem. To niesprawiedliwe. Zwłaszcza że, jak zapowiadano, to ona miała być tą jakąś ladacznicą.




wtorek, 11 stycznia 2022

Ecmo srecmo, czyli sekta napada

       Nie byłem na pogrzebie śp. Jacka Drobnego, i Bóg mi świadkiem, że bardzo liczyłem na to, że uda mi się tam jakoś dotrzeć. A muszę powiedzieć, że z początku wydawało mi się, że nie będzie z tym żadnego problemu, bo choć od zawsze jestem niezmotoryzowany, a bez samochodu dojechać z Katowic pod Ślężę praktycznie nie ma sposobu, to wiedziałem, że z całą pewnością któryś z kolegów, czy to z Katowic, czy z Opola, czy Wrocławia, zechce z Drobnym się osobiście pożegnać, i mnie z któregoś z tych miejsc odbierze. I proszę sobie wyobrazić, że z jednym wyjątkiem – z przyczyn obiektywnych, jak się okazało, nie do zrealizowania – żadnemu z nich nawet do głowy nie przyszło, by się tam wybierać. No więc zostałem w domu.

       Nie byłem na pogrzebie Jacka Drobnego, natomiast przeczytałem odpowiednią notatkę na blogu Coryllusa i to ona sprawia, że znów zabieram głos w sprawie tej śmierci i tego czego ona nas mogła nauczyć, tyle że się jej fatalnie nie udało i to nie udało w sposób wręcz wstrząsający. Z tego co czytam, był Coryllus przyjacielem zarówno Jacka, jak i jego najbliższej rodziny, a zatem informacje jakie przekazał na blogu są z pierwszej ręki i należy traktować je jako wiarygodne. Otóż dziś już wiemy, że Jacek Drobny zachorował ciężko na COVID-19 jako osoba niezaszczepiona i kto wie, czy nie traktująca ewentualne zagrożenie z pewną pogardą. Atak jakiego doznał był tak ciężki i brutalny, że, jak relacjonuje Coryllus, do karetki wprawdzie zdążył dojść o własnych siłach, natomiast dalej wszystko potoczyło się już na tyle szybko i nieuchronnie, że poziom saturacji spadł mocno poniżej 40 procent, w związku z czym lekarze nawet nie próbowali Drobnego podłączać do respiratora, tylko od razu postanowiono zastosować niezwykle drogą, unikalną i szalenie ryzykowną, jednak dającą pewne szanse na przeżycie, terapię ECMO. Nie wiadomo, jak to się stało, że w tych ostatnich chwilach życia Jacka Dropnego przyplątała się jeszcze sepsa, ale to ona, jak informuje Coryllus, go ostatecznie zabiła.

     Napisałem tu tekst o chorobie Jacka Drobnego, kiedy przyszła pierwsza informacja o tym, że niestety tę walkę przegrał, głównie jednak poruszony tym, w jaki sposób banda internautów – często osób, które o Drobnym przynajmniej słyszały – komentowała stan, w jakim on się znalazł, a komentarze owe sprowadzały się do albo kontestowania informacji, że mamy do czynienia z COVID-em, a nie zwykłym przeziębieniem, albo do sugestii, że Drobny powinien zostać natychmiast wypisany ze szpitala i skierowany na leczenie amantadyną. Dziś pojawiła się kolejna fala owego obłędu, tyle że już w bezpośrednich komentarzach na blogu Coryllusa i dotyczących wspomnianej sepsy. Proszę posłuchać:

„No tak, sepsa, przecież leczy się dożylnymi wlewami z Vit C, ale ze szpitali usunięto VitC”;

„Jak to ‘ze szpitali usunięto witaminę C’ To czym oni leczą? Lewatywą? W błyskawicznym tempie tzw. polska służba zdrowia przekształciła się w wojskowe izby chorych  jeszcze z czasów  Najjaśniejszego Pana  Franciszka Józefa , w których żołnierzom na wszystkie choroby  ordynowano tabletkę z krzyżykiem albo lewatywę. Chciwość patologiczna tego środowiska  skończy się dla ‘cyrulików nadwiślańskich’ poważnymi kłopotami.  Samoloty na Madagaskar nie wyrabiają  z wożeniem tego towarzystwa na wywczasy a śmiertelność w szpitalach w związku z objawami typu ‘kaszel, temperatura i katar’ rośnie błyskawicznie”;

„Dodam jeszcze tylko, że na problemy z oddychaniem w związku z oskrzelami i płucami pomaga Thiocodin 1 tabletka na dobę. Bez recepty. To tak na wszelki wypadek, w związku z ‘brakiem przebadania amantadyny’ w systemie NFZ i ‘komisji lekarskich’ oraz ‘systemu profesorskiego’”;

„Ostatnio znajoma wyleczyła się - 3 dni -amantadyną, miała w zapasie, a Viregyt-K kupiłem dzień przed zakazem, no cóż już nam zakazują normalnie żyć...”;

„Właśnie... sepsa... i pobyt w 3 szpitalach. Piękne. Tak się leczy obywateli, takie to ‘ełropejskie’ stadardy”;

„Wszystko się zgadza, dlatego irytujące jest, że nie można zaufać lekarzom (NFZ, bo prywatnie to zupełnie inna rzeczywistość), którzy obecnie robią dosłownie za stręczycieli wiadomo czego, co mogłem naocznie stwierdzić.

Wciąż Polak musi być jak partyzant złota rączka, aby przetrwać powinien wykazywać wiele talentów, zatem być mechanikiem, elektrykiem, budowlańcem, nauczycielem... a obecnie farmaceutą z zacięciem pulmonologicznym”; 

„Gdy nasz Przyjaciel leżał w szpitalu z wiadomym rozpoznaniem, jego żona błagała lekarzy, by zastosowali amantadynę. ‘My tego nie stosujemy’ - uzyskała odpowiedź. Michał zmarł. Niedawno minęła rocznica Jego śmierci. Był człowiekiem wybitnym. Bardzo Go brakuje”;

„To mi przypomina okupację niemiecką i eksperymenty na ludziach w obozach”.

       A więc tak oto wygląda rozmowa pod tekstem Coryllusa, w którym ten opowiada o życiu, pracy i śmierci człowieka, który został zaatakowany przez COVID i który mimo zaangażowania wszelkiej dostępnej pomocy medycznej zmarł, jak rozumiem, w wielkich cierpieniach. Ale to nie wszystko. Przez wspomniane życie i pracę Jacka Drobnego, we Mszy Świętej za jego duszę, oraz w samym pogrzebie wzięli udział przedstawiciele najwyższych władz państwowych, a premier Morawiecki skierował z tej okazji specjalny pożegnalny list. Oto w jaki sposób na blogu Coryllusa komentowany jest ten fakt:

„No ale Zalewska, Braun, inni ‘parlamentarzyści’ i ‘list pożegnalny’ od bankstera, przygotowany przez jakiegoś ‘wiplera’ z dętej agencji PR-owej - to przerosło moje wyobrażenie. No ale jeszcze u nas w Polsce na pogrzeby się ‘nie zaprasza’ i kto ma wolę to może przyjść. W każdym bądź razie obłuda i hipokryzja niebywała. A jutro wszyscy obecni parlamentarzyści zgodnie nas, naród polski zdradzą i sprzedadzą, każdy na swoim ‘odcinku zarządzania’. Tak, tak, a wszystko ku chwale ojczyzny”.

„Nie łudźmy się - oni nie są tacy ‘pamiętliwi’. Gdyby nie teksty Pana Gabriela (które wszyscy czytają), to ‘pies z kulawą nogą’ by się nie pojawił”.

       W swoim wpisie, Coryllus pisze tak:

„Kiedy tam siedziałem podchodzili do mnie wszyscy bliscy Jacka, cała rodzina i znajomi i mówili, że czytają te blogi. Nie wiedziałem co zrobić i co powiedzieć. On wszystkim kazał tu zaglądać i czytać teksty i komentarze. Czytała i czyta to jego żona, mama, siostra, jego teściowa i teść, szwagier, dzieci i w ogóle całe otoczenie. Ludzie ci rozsyłali jeszcze te teksty znajomym z rekomendacjami Jacka”.

        Jak rozumiem i się też domyślam, jeśli taka jest prawda, to i dziś tekst który musiałem dziś skomentować, przeczytali też „jego żona, mama, siostra, jego teściowa i teść, szwagier, dzieci i w ogóle całe otoczenie”. I jak rozumiem, ale też się domyślam, byli jak zawsze bardzo usatysfakcjonowani. Jak rozumiem, usatysfakcjonowany owymi komentarzami był też sam Coryllus, raz przez to, że wbrew swojemu stałemu zwyczajowi właściciela strony i jej administratora, nikomu z komentujących nie zwrócił uwagę na niestosowność ich zachowania – co zwykle czyni w sposób bardzo brutalny i nieznoszący sprzeciwu – w obliczu, jak by nie było, majestatu śmierci, i to śmierci bardzo szczególnej, wręcz wyjątkowej, a dwa przez pewną szczególną deklarację. Otóż mam bardzo poważną obawę, że odpowiedzi na to pytanie udziela już drugie zdanie omawianej notki:

„W całym kościele były tylko trzy osoby bez masek: ja, moja żona i poseł Braun”.

Zdanie kompletnie niepotrzebne, bez jakiejkolwiek przyczyny, bez śladowej choć kontynuacji, w sposób oczywisty wrzucone tylko po to, by się móc pochwalić... no nie wiem, czym? Odwagą? Niezłomnością charakteru? A może po to, by zasugerować, że śp. Jacek Drobny byłby w tym momencie z Coryllusa nadzwyczaj dumny? Tego, powtórzę, nie wiem. Natomiast, jak mówię, tu widzę odpowiedź na pytanie, dlaczego Coryllus pozwolił, by na jego blogu, pod notką poświęconą pamięci zmarłego, wcale nie na sepsę, ale jak najbardziej na COVID-19, Jacka Drobnego, doszło do tego rodzaju bezprzytomnego barbarzyństwa. Tu też może leżeć odpowiedź na pytanie – pytanie dziś na szczęście zaledwie potencjalne – dlaczego „jego żona, mama, siostra, jego teściowa i teść, szwagier, dzieci i w ogóle całe otoczenie” wpadają w takie wzruszenie, gdy czytają o tym, jak to polska służba zdrowia, z podpuszczenia zdrajców Ojczyzny, małych mengele, zabiła ich brata, bo zamiast zwrócić sie o pomoc do dr. Bodnara, albo przynajmniej kupić w aptece witaminę C, namówili go na jakieś gówno o egzotycznej nazwie ECMO.



 

 

     

 

 

niedziela, 9 stycznia 2022

Ibuprom, czyli Mars napada

Zainspirowany przewalającą się przez internet, a w konsekwencji też i  przez nasze domy, dyskusją na temat niebiezpieczeństw związanych z przyjmowaniem szczepionek przeciwko COVID-19, postanowiłem przeprowadzić odpowiedniąkwerendę, gdy chodzi o inne lekarstwa, często takie, które stosujemy znacznie częściej od szczepionek, a które, jak widać z poniższych oinformacji, potrafią człowieka niekiedy nawet zabić. Zachęcam do refleksji. Oto popularny Ibuprom:

 

 

Kiedy nie stosować tego leku

Mimo dużej dostępności i szerokiego zastosowania, lek ten nie może być stosowany u wszystkich pacjentów. W ulotce zaznaczono, że przeciwwskazania do stosowania tabletek Ibuprom stanowią poniższe czynniki:

  • nadwrażliwość lub alergia na jakikolwiek składnik preparatu;
  • nadwrażliwość na inne leki z grupy NLPZ;
  • występowanie w przeszłości reakcji alergicznej po podaniu kwasu acetylosalicylowego lub innych NLPZ – objawy mogły obejmować katar, pokrzywkę, atak astmy oskrzelowej lub obrzęk naczynioruchowy;
  • ciąża w III trymestrze;
  • ciężka niewydolność serca – klasa IV wg klasyfikacji NYHA;
  • skaza krwotoczna;
  • ciężka niewydolność wątroby lub nerek;
  • czynne lub nawracające: choroba wrzodowa żołądka, choroba wrzodowa dwunastnicy, krwawienie lub perforacje z układu pokarmowego;
  • występowanie w przeszłości krwawienia lub perforacji z układu pokarmowego na skutek przyjmowania NLPZ;
  • równoczesne przyjmowanie innych NLPZ, także inhibitorów COX-2 – wzrasta wówczas ryzyko pojawienia się skutków ubocznych.

 

[...]

 

Skutki uboczne Ibuprom 200 mg pojawiają się rzadko, jeśli lek jest stosowany doraźnie. Aby ograniczyć ryzyko ich wystąpienia oraz intensywność zaleca się, by pacjent przyjmował lek jak najkrócej i w możliwie najmniejszej dawce. Podwyższone ryzyko działań niepożądanych ibuprofenu dotyczy osób w podeszłym wieku.

Jeśli dojdzie do krwawienia z przewodu pokarmowego lub powstania wrzodów, konieczne jest natychmiastowe przerwanie stosowania leku. Osoby cierpiące na choroby przewodu pokarmowego muszą zwrócić uwagę na występowanie jakichkolwiek nietypowych dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Wszelkie objawy powinny zostać skonsultowane z lekarzem. Perforacje i owrzodzenia mogą jednak wystąpić także u pacjentów, którzy wcześniej nie mieli dolegliwości ostrzegawczych. Ryzyko powikłań tego typu jest podwyższone szczególnie na początku leczenia oraz u osób starszych.

Należy niezwłocznie odstawić ibuprom również, jeśli pojawią się objawy reakcji alergicznych takie jak:

  • uszkodzenia błony śluzowej,
  • wysypka skórna,
  • inne objawy nadwrażliwości.

Bardzo rzadko, przeważnie w pierwszym miesiącu terapii NLPZ zgłaszano bowiem ciężkie reakcje skórne, a wśród nich złuszczające zapalenie skóry, zespół Stevensa-Johnsona i toksyczne martwicze oddzielanie się naskórka.

Poza wyżej wymienionymi dolegliwościami pacjenci często zgłaszali następujące objawy: bóle głowy, bóle brzucha, niestrawność, nudności, świąd, pokrzywkę.

Rzadko pojawiały się: wymioty, zaparcia, wzdęcia, biegunka, zapalenie błony śluzowej żołądka, zawroty głowy, pobudzenie, bezsenność, drażliwość i uczucie zmęczenia, zaburzenia nerek i dróg moczowych powodujące obrzęki.

Bardzo rzadko odnotowano: ciężkie reakcje nadwrażliwości obejmujące duszności, skurcz oskrzeli, nasilenie astmy, obrzęk twarzy, krtani i języka, hipotensję, wstrząs, tachykardię; toksyczne martwicze oddzielanie się naskórka; rumień wielopostaciowy; zespół Stevensa-Johnsona; wrzodziejące zapalenie błony śluzowej jamy ustnej; krwawe wymioty; smoliste stolce; nasilenie zapalenia okrężnicy i choroby Leśniowskiego-Crohna; chorobę wrzodową żołądka i/lub dwunastnicy; krwawienie i/lub perforacje przewodu pokarmowego, czasem ze skutkiem śmiertelnym (przeważnie u pacjentów w podeszłym wieku); spadek ilości wydalanego moczu; wzrost stężenia sodu we krwi; obrzęki; ostrą niewydolność nerek; martwicę brodawek nerkowych; zaburzenia czynności wątroby (zwłaszcza gdy lek był stosowany długotrwale); nieprawidłowe wyniki morfologii krwi - niedokrwistość, leukopenię, trombocytopenię, pancytopenię, agranulocytozę – ich możliwe symptomy to: objawy grypopodobne,  ból gardła, gorączka, powierzchowne owrzodzenia błony śluzowej jamy ustnej, zmęczenie, skaza krwotoczna.

Ponadto zgłaszano pojedyncze przypadki reakcji psychotycznych, depresji, jałowego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych i szumów usznych.

U niewielkiej liczby osób (pojedyncze przypadki) cierpiących na choroby autoimmunologiczne, jak mieszana choroba tkanki łącznej i toczeń rumieniowaty układowy zauważono, że ibuprofen powodował objawy aseptycznego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, np.: bóle głowy, sztywność karku, nudności, wymioty, gorączkę, dezorientację.
Podczas stosowania niesteroidowych leków przeciwzapalnych zgłaszane były objawy zwiększające ryzyko zawału mięśnia sercowego lub udaru - nadciśnienie, obrzęki i niewydolność serca. Tabletki Ibuprom 200 mg w niewielkim stopniu również niosą takie zagrożenie, zwłaszcza jeśli lek jest stosowany w wysokich dawkach.

Prawdopodobieństwo wystąpienia zaburzeń czynności nerek jest wyższe, jeśli preparat jest podawany pacjentom niepełnoletnim w stanie odwodnienia.

[...]

 

Szczególna ostrożność podczas przyjmowania Ibuprom jest zalecana u pacjentów, którzy cierpią na poniższe stany lub choroby:

  • występowanie reakcji alergicznych po zastosowaniu kwasu acetylosalicylowego,
  • objawy innych reakcji alergicznych w przeszłości,
  • astma oskrzelowa,
  • nadciśnienie tętnicze krwi i/lub zaburzenia czynności serca,
  • zaburzenia krzepnięcia krwi,
  • nieprawidłowości w funkcjonowaniu nerek,
  • nieprawidłowości w funkcjonowaniu wątroby,
  • toczeń rumieniowaty układowy lub mieszana choroba tkanki łącznej,
  • choroby układu pokarmowego,
  • przewlekłe choroby jelit o charakterze zapalnym, jak choroba Leśniowskiego-Crohna lub wrzodziejące zapalenie jelita grubego,
  • przyjmowanie równocześnie innych leków, zwłaszcza przeciwzakrzepowych, nasercowych, moczopędnych oraz kortykosteroidów.

Nie powinno się stosować Ibuprom 200 mg u dzieci poniżej 6 roku życia.

Należy przestrzegać zalecanych dawek leku oraz czasu stosowania. Jeśli po 3 dniach przyjmowania leku dolegliwości chorobowe nie ustępują lub wręcz nasilają się, a także gdy pojawią się jakiekolwiek inne objawy, zaleca się konsultację z lekarzem.

Pacjentki, które mają problem z zajściem w ciąże lub miały takie problemy w przeszłości, powinny zasięgnąć opinii lekarza przed zastosowaniem ibuprofenu. Niesteroidowe leki przeciwzapalne (NLPZ) mogą wpływać niekorzystnie na kobiecą płodność. Takie działanie ma jednak charakter przejściowy i mija po zaprzestaniu stosowania leku.

W składzie tabletek znajdują się cukry. W razie problemów z nietolerancją niektórych cukrów przed zażyciem preparatu należy skonsultować to z lekarzem.

Jak dotąd nie są dostępne dane pozwalające odpowiedzieć, czy stosowany zgodnie z zaleceniami Ibuprom wpływa na prowadzenie pojazdów oraz obsługę urządzeń mechanicznych będących w ruchu.

 

      Na koniec chciałbym już tylko zauważyć, że, to że  „jak dotąd nie są dostępne dane”, na mój jak najbardziej chłopski rozum, nie oznacza, że problemu nie ma. A ja ze swojej strony, od dziś, ile razy poczuję ból głowy, kości, czy mięśni, wsiądę w pociąg, udam się do Przemyśła i zapytam dr. Bodnara, czy ma coś bezpiecznego – no i skutecznego – co mógłby mi polecić na ból głowy.

 

 


 


sobota, 8 stycznia 2022

Gdy wiadomość jest legitna, jednak link do mintu jest podstawiony

 

      Zdaję sobie sprawę z tego, że fakt iż spędzam część swego czasu na Twitterze, u niektórych z czytelników tego bloga wywołuje co najmniej uniesienie brwi. I ja, mimo że mam tu znacznie więcej do powiedzenia, nie zamierzam z tego typu reakcją dyskutować. Zdarzyło się jednak wczoraj coś, co pozwoliło mi uznać, że ów Twitter dostarcza przeżyć – a jednocześnie refleksji – jakich nie znajdziemy nigdzie indziej. Oto w serii wpisów na swoim profilu, człowiek którego pierwszy raz widziałem na oczy, opowiedział przygodę jaką niedawno przeżył, a ja dziś dzięki niej czuję, że jestem znacznie mądrzejszy niż byłem jeszcze wczoraj. I nie muszę chyba nikogo zapewniać, że nie chodzi mi o to, że przestanę się zajmować handlem kryptowalutami. Jeszcze parę słów będzie później, a na razie wsłuchajmy się w słowa pewnego Kuby:

Wczoraj straciłem kryptowaluty wartości ~10.000$ zostając ofiarą Scamu i Phishingu. Nie jestem początkujący w internecie, a mimo to dałem się nabrać. Oto moja lekcja ku przstrodze, by Was to nie spotkało. Chciałem kupić Fancy Bears meta, ale aby to zrobić należało dostać się na whitelistę. Aby dostać się na whitelistę trzeba było wypełnić formularze i być aktywnym na oficjalnym Discordzie. Byłem, dostałem się. Gdy ktoś się dostał to jego nick na Discordzie zmieniał kolor i automatycznie był targetowany przez oszustów. I po dostaniu się na whitelistę dostałem wiadomość, która wyglądała 1:1 jak oficjalna. Bardzo legitna, ale... link do mintu był podstawiony. Strona wyglądała 1:1 właściwej. Tylko że w podstawionym linku był też inny numer smart-kontaktu. I wtedy po podłączeniu swojego Metamaska by zmintować 4 sztuki Misiów przypadające na osobę, moje pieniądze wyszły do innego portfela – oszustów. W sumie jakieś 3000$ z gas fee. Ale ja naprawdę chciałem kupić te NFT, ale skończył mi się Ether. Udałem się do swojego konta na Binance, gdzie miałem 2.500$ wolnych, słabo performujących tokenów THETA, więc postanowiłem postanowiłem wymienić na ETH by spróbować jeszcze raz kupić Misia. Wysyłając te środki na Ledgera wybrałem zły blockchain, niż obsługowany przez Ledger Nano X, więc środki wyszły z Binace, ale nie doszły do Ledgera. Napisałem do supportu Ledgera, Binace, THETA i na Reddicie. Z braku odpowiedzi zacząłem kombinować. Z Reddita odezwał się do mnie koleś udający pracownika THETA Network. Zdjęcie, stopka, pozycja, wszystko mi się zgadzało. Powiedział, że nie potrzebuje ode mnie żadnych danych. Wzbudził zaufanie. Wysłał mi instrukcję i stronę jak odzyskać zamrożone pieniądze. Long story short musiałem podłączyć się do THETA Wallet aby odebrać wysłane środki, zeswappować i przesłać je dalej innym blockchainem na Ledgera. Mogłem to zrobić różnymi metodami, ale wybrałem najgorszą, ale najszybszą – podłączyć swojego Ledgera do strony. Bo mi się spieszyło. I tak zrobiłem oczekując automatycznego procesu. Podłączyłem Ledgera przez przesłaną stronę, która była identyczną kopią THETA Network Wallet i jak tylko to zrobiłem to moje prywatne key’e zostały upublicznione, a portfel wyzerowany. Na szczęście nie miałem więcej jak 4.500$. Tak jestem ignorantem i idiotą robiąc to wszystko jak posłuszna owca, nie weryfukując źródeł i osób. Nie o to chodzi. W świecie Krypto każdy zły ruch może Cię wiele kosztować. Środowisko jest pełne bardzo wysublimowanych oszustów korzystających z profesjonalnych narzędzi. Aby zwinnie poruszać się po świecie NFT, Blockchain, DeFi, portfelach sprzętowych trzeba być technicznie średnio-zaawansowaną jednostką. I inteligentniejszą niż ja. Uważajcie. Weryfikujcie, sprawdzajcie, nie ufajcie nikomu w internecie. Wasz Recovery Phrase portfela Kryptowalut to jest KURWA ŚWIĘTY GRAL. Nikomu, ABSOLUTNIE NIKOMU I NIGDZIE NIGDY tego nie podawajcie. Nie trzymajcie w telefonie, galerii zdjęć, nawet w managerze haseł. Stracicie to, a Wasz portfel wyzeruje się w minuty. Trzymanie pieniędzy na Giełdach też nie jest rozwiązaniem godnym pochwały, ani bezpieczniejszym. Tak samo jesteście narażeni na ich utratę, 22FA to nie jest metoda, która uchroni przed hackiem. Wystarczy niedopatrzenie i np. trzymanie QR kodu loginu w nieodpowiednim miejscu. Bycie własnym bankiem w świecie zdecentralizowanych finansów ciągnie za sobą odpowiedzialność i ryzyko. Wolność, ale brak kontroli. Nawet nie ma sensu iść na Policję, bo tak wytransferowane środki są nienamierzalne i bezzwrotne. Nie cofniecie tego. Przepadło. Nie piszę tego autoterapeutycznie czy by mi współczuć. Wyszedłem na idiotę dając się zrobić jak babcia na i słusznie poniosłem karę. Mogę czuć winę tylko do siebie i próbować nadrobić swój brak zachowawczości. Piszę to by przestrzec, że świat internetu i krypto to świat oszustów. Tam gdzie są większe pieniądze nie ma bezinteresownej pomocy. Liczcie tylko na siebie i edukujcie się. To świat raczkujący w swoich założeniach i tak jak szybko można się wzbogacić, tak bezpowrotnie też stracić.

      Wszyscy tu pewnie mamy świadomość, jak wygląda dziś to coś w czym przyszło nam żyć, gdy jesteśmy rozdzierani między siłami nowego porządku, a tym co już, jak się zdaje, mija bezpowrotnie. Mamy tę świadomość i pozostajemy w naszej codziennej rozpaczy. I oto nagle pojawia się, niczym światło w tunelu, relacja owego zwiastuna katastrofy, który nagle uznał za stosowne opowiedzieć nam o całkiem innej katastrofie. Nie mam potrzeby choćby jednym słowem komentować wystąpienia, które pojawiło się na Twitterze w całej serii osobnych tweetów, a ja je tu tylko poukładałem w całość. Raz że uważam, że owo wystąpienie komentuje się samo, a poza tym, bądźmy poważni, ja co najmniej połowy z tego co ów nieszczęśnik opowiada i tak nie rozumiem. To co ma dla mnie pewne, i to bardzo istotne, znaczenie, to fakt że pod ową serią tweetów najpierw pojawiła się cała seria słusznie szyderczych komentarzy, a wśród nich, jak manna z nieba, głos zrozumienia dla zwykłego pragnienia zdobywania światła. Polecam szczególnie oprawę interesującego nas profilu. Wygląda na to, że wczorajsze nosy wciąż się bardzo dobrze wywąchują.



 

 

piątek, 7 stycznia 2022

Gdy "Gazeta Wyborcza" ujrzała pięknego dzięcioła

 

    Jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności trafiłem w Sieci na wydaną w Wielkiej Brytanii książkę zatytułowaną „I Saw a Beautiful Woodpecker”, której autorem jest polskie dziecko nazwiskiem Michał Skibiński, które latem 1939, mieszkając ze swoimi rodzicami w Warszawie, prowadziło swoisty dzienniczek. Swoistość owego dzienniczka polegała na tym, że był on wynikiem szkolnego zadania domowego, w ramach którego ówczesny Michał miał komentować jednym jedynym zdaniem każdy kolejny dzień wspomnianego lata roku 1939, co też czynił od lipca do września, a więc do czasu gdy Niemcy zdążyli się tu poczuć jak u siebie.

    Piękna jest ta książka i to może nie koniecznie ze względu na jakieś szczególne mądrości w wykonaniu tego dziecka, ani nawet szczególny urok owych zdań. Jeśli się zastanowić, to tam tak naprawdę pozostaje tylko to owo wakacyjne zadanie domowe, takie jak setki innych w tamtym i każdym innym czasie. To jednak co robi wrażenie, to sam pomysł na tę książkę, absolutnie cudowne ilustracje, które tak naprawdę stanowią 90 procent całości, no i to co w książkach z reguły jest najważniejsze, a więc to jak on leży nam w dłoni. A to jest książka tak ładna, że można by ją było ze sobą nosić.

    Jak wspomniałem, autorem tego, co tam jest w ogóle do czytania. jest niejaki Michał Skibiński, a ja, ciekawy tego co z tym dzieckiem działo się przez te wszystkie lata po wojnie, dokonałem odpowiedniej internetowej kwerendy i proszę sobie wyobrazić, że ono, dziś już jako 90-letni staruszek, to emerytowany, mieszkający gdzieś w Polsce, ksiądz, o którym pies z kulawą nogą nie słyszał... no może z małymi wyjątkami. I oto nagle okazuje się, że są rzeczy o wiele ciekawsze niż to, że mały Michał w ogóle prowadził ów dziennik, że po wojnie został księdzem i że dziś tamte zdania z lata 1939 roku robią takie wrażenie na całym świecie. Proszę sobie bowiem wyobrazić, że kiedy próbowałem Michała Skibińskiego wyśledzić, okazało się że wszystkie tropy prowadzą do „Gazety Wyborczej” i afiliowanych z nią tytułów, a poza tym o nim nigdzie nie ma nic. Gdyby nie ludzie z Czerskiej, ów ciekawy ksiądz byłby nikim innym jak tylko ośmioletnim dzieckiem, które kiedyś zobaczyło pięknego dzięcioła i ktoś postanowił o nim napisać.

     Nie mam bladego pojęcia, co ksiądz Michał Skibiński ma do powiedzenia w relacjach „Gazety Wyborczej”, ale też w wywiadzie jakiego udzielił „Wysokim Obcasom”, bo za tę informację oni każą sobie płacić, jednak ponieważ swój antysemityzm wyssałem z mlekiem matki, informacja że Michał Skibiński jest najwyraźniej ich człowiekiem, zrobiła na mnie wrażenie, i przyznam nieśmiało, że trochę mnie zasmuciła. Poszperałem więc jeszcze trochę i trafiłem między innymi na coś takiego:

 

– Arkusz wypłat i świadczeń na rzecz t.w., Tajne spec. znaczenia, Nr ewidencyjny 6214

Wynagrodzenie                       Zwrot kosztów (związanych                Kto i kiedy wpłacił      

                                                     z wykonaniem poleceń)            

Patera i cukiernica wartości                                                                       19 X 1972 r. Kpt. Gawin

608 zł

album „Polska”- 350 zł                                                                              7 XII 72 kpt. Gawin

Kamień- 543.90                                                                                          19 04 73 Kpt. Gawin

Talerz pamiątkowy- 540 zł                                                                          4 X 73 Kpt. Gawin

Koniak- 665 zł                                                                                            18 XII 73 Kpt. Gawin

Koniak- 500 zł                                                                                            10 V 74 kpt. Gawin

Koniak- 500 zł                                                                                            28 03 75 por. Kamiński

Zegar- 683,30                                                                                             21 08 75 por. Kamiński

Etui z narzędziami do samochodu                                                              03 10 75 [znośnik]

wartości 630 zł

Koniak + herbata- 590 zł                                                                           23 12 75 [znośnik]

reflektory „Halogen”                                                                                 12 04 76 [znośnik]

… do koniaku- 1000 zł                                                                               18 10 76 [znośnik]

portfel + szampan- 410 zł                                                                          22 12 76 r. [znośnik]

koniak hiszpański [sic]- 550 zł                                                                  17 03 77 r. [znośnik]

koniak francuski- 840 zł                                                                             3 10 77 r. [znośnik]

koniak francuski- 760 zł                                                                            22 03 78 [znośnik]

whisky- 600 zł                                                                                            21 12 78 [znośnik]

koniak „Stock 84”- 700 zł                                                                         15 10 80 [znośnik]

koniak „Frappier” [?]- 950 zł                                                                  29 01 81 [znośnik]

koniak „Armagnac”- 1100 zł                                                                    15 04 81 [znośnik]

 

        I tu wreszcie dochodzimy do całego sensu dzisiejszego wpisu. Otóż wbrew pozorom, nie chodzi tak naprawdę o samą książkę – swoją drogą, jak już wspomniałem, znakomicie leżącą w ręku. Nie chodzi też, broń Panie Boże, o to, by się tu znęcać nad jakimś upadłym księdzem, bo, jak wiemy, tego kwiatu jest pół światu, i to zapewne też z tego powodu, gdy się pojawią tacy kapłani jak Jerzy Popiełuszko, czy Jan Macha, to Kościół nie ma żadnego problemu by ich wywyższyć ponad większość z nich. Chodzi mi dziś o coś zupełnie pobocznego, a mianowicie o to, jak to środowisko „Gazety Wyborczej”, a kto wie czy również nie brytyjscy wydawcy swoim czujnym okiem wypatrzyli księdza, z którym poczuli tak zwaną więź krwi. Proszę bowiem popatrzeć, jak tu się nagle wszystko doskonale skleiło. To wygląda tak jakby ów słynny nos, ni stąd ni z owąd wyczuł znajomy zapach i zwyczajnie nie potrafił go pozostawić ot tak, bez odpowiedniego potraktowania.

        Wszyscy, z tych czy innych powodów, mamy dziś mnóstwo zmartwień z tymi czy owymi księżmi. A kłopoty te, jak wiemy nadzwyczaj skrzętnie wykorzystują środowiska o rozmaitych powiązaniach, ale między innymi zbliżonymi do „Gazety Wyborczej”. W związku z tym nie ma dnia byśmy się nie dowiedzieli, że gdzieś zdewastowano kościół, gdzie indziej sprofanowano świętą figurę, a gdzie indziej pobito miejscowego księdza. Każdy z tych aktów we wspomnianych środowiskach znajduje stałe i bardzo mocne usprawiedliwienie. I oto nagle pojawia się kompletnie anonimowy ksiądz, staje się gwiazdą owych środowisk, a my się zastanawiamy: Co za czort! I już za chwilę się dowiadujemy, że wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu.

         Nie wiem jak Państwo, ale ja jestem pod wrażeniem.




środa, 5 stycznia 2022

Kto się boi Sylwestra Marzeń?

 

Oto właśnie sam Onet przyznał że „Sylwester Marzeń” Jacka Kurskiego odniósł wręcz spektakularny sukces i myślę, że to jest dobry powód, by przypomnieć parę myśli sprzed lat, które, gdy chodzi o mnie akurat, zawsze pozostaną jak najbardziej aktualne. I niech się nikt nie spodziewa, że ja tu będę szydził z tego, co się w tym roku wydarzyło w Zakopanem, bo mam nastrój wręcz odwrotny: otóż w moim najszczerszym przekonaniu, w całej naszej współczesnej rozrywce, zaczynając od piosenki, a kończąc na filmie czy literaturze, nie udałoby się nam znaleźć czegoś równie profesjonalnego na poziomie zarówno realizatorskim jak i wykonawczym. I nie mam tu na myśli, w sposób oczywisty, wybitnego youtubowego artysty Jasona Derulo, czy tym bardziej owego żartownisia Julio Iglesiasa, ale – że wymienię tylko dwoje – Roksany Węgiel, czy zespołu Playboys. Bez względu bowiem na to co nam się akurat wydaje i marzy, póki co w polskiej rozrywce nie objawiło się nic bardziej znaczącego niż to co nam zorganizował Jacek Kurski. A jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech się zapyta ludzi, którzy zjechali do Zakopanego, żeby się bawić. I nie oszukujmy się: to nie byli mieszkańcy podkarpackkich wsi, którzy nie płacą podatków.

Ktoś powie, że to co ja w tej chwili robię jest głupie i nieuczciwe. Ponieważ, choć uważam go za błędny, rozumiem ów argument, bardzo proszę zajrzeć do tekstu poniżej, jeszcze z roku 2017. Jaśniej tego wyjaśnić nie potrafię. Może tylko, gdyby udało mi się gdzieś na youtubie odszukać inny występ tej niezwykłej kobiety z zamieszczonego na samym końcu filmu.

 

 

 

      Przyznać muszę, że nie mam bladego pojęcia, jak to się stało, że przy okazji moich ostatnich notek tu na tym blogu pojawiła się kwestia tak zwanego disco polo, a szczególnie wybitnego przedstawiciela owego gatunku, Radosława Liszewskiego, oraz muzycznego projektu o nazwie Weekend. No ale stało się i trzeba się ustosunkować. Otóż, jak donieśli mi wierni komentatorzy, zamieszczony na youtubie clip prezentujący piosenkę wspomnianego artysty pod tytułem „Ona tańczy dla mnie”, od czasu, jak został tam zamieszczony, uzyskał ponad 80 milionów odtworzeń, co robi wrażenie rekordu na skalę światową. Dla porównania, absolutny przebój wszechczasów, piosenka duetu Wham „Last Christmas”, ma na swoim koncie odtworzeń zaledwie dwa razy więcej.

Rzecz jest w tym, że Radosław Liszewski śpiewa kolejną piosenkę, a cała intelektualnie motywowana Polska nie jest w stanie przyjąć do wiadomości faktu, że tak oto wygląda rynek polskiej piosenki i na to sposobu, że zacytuję mistrza Niemena, znaleźć nie jesteśmy w stanie. Jak się domyślają pewnie czytelnicy tego bloga, osobiście nie jestem fanem ani zespołu Weekend, ani muzycznego gatunku tam realizowanego, niemniej jednak, nie widzę najmniejszego powodu do tego, bym się miał angażować w ów ruch wyszydzania tej akurat części naszej pop-kultury. Rzecz bowiem, moim zdaniem, polega na tym, że to, czy wybieramy muzykę zespołu Pink Floyd, czy twórczość wspomnianego Liszewskiego, tworzy dylemat wyłącznie na poziomie indywidualnych upodobań. Czy lepsze jest „Atom Heart Mother”, czy „Ona tańczy dla mnie”, to kwestia do dyskusji i tego nie zmienią żadne zaklęcia.

Ja wiem, że to nie ma najmniejszego znaczenia, ale, aby przygotować sobie teren do dalszej rozmowy, sprawdziłem na youtubie ilość odtworzeń, jakie zarejestrowała swego czasu moja bezwzględnie ulubiona kompozycja, mianowicie wspomniane „Atom Heart Mother”, i wyszło mi niespełna 500 tysięcy. Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, jak wygląda nasza pozycja przetargowa, gdy chodzi o Liszewskiego w konfrontacji z zespołem Pink Floyd? Ktoś powie, że ci od zespołu Weekend to banda durniów, którzy o niczym nie mają pojęcia, czas spędzają w galeriach handlowych i głosują na 500+. Osobiście uważam, że jest dokładnie na odwrót, ale nie będę się spierał. Załóżmy, że ta akurat diagnoza jest prawidłowa. Fani twórczości spod znaku disco-polo to głosująca na PiS wieś, która w życiu nie miała kontaktu z prawdziwą sztuką i to dla nich choćby ostatnio prezes Kurski zorganizował noworoczną zabawę w Zakopanem. Tyle że co to zmienia w obliczu owych stu milionów odsłon piosenki „Ona tańczy dla mnie” na youtubie?

Wysłuchałem tej piosenki w całości i w pierwszej kolejności oświadczam, że płyty sobie nie kupię. Natomiast już w chwilę potem mogę równie szczerze zapewnić, że tym bardziej nie kupię sobie najnowszej płyty Moniki Brodki z tego oczywistego powodu, że pod względem tak zwanego profesjonalizmu, Radosław Liszewski nie tylko dla wspomnianej Brodki, ale dla całej klasy wykonawców muzyki popularnej w Polsce, stanowi autentyczny kosmos.

Mamy ten cały hip-hop i wykonujących go artystów, których dziś jest tak strasznie dużo, że ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że oto właśnie kolejną płytę wydał jeden z moich uczniów. Problem jednak sprowadza się do tego, że ich jest tak strasznie dużo, że na samym szczycie pozostaje dwóch, czy trzech, ale za to oni w swoim gatunku prezentują poziom światowy. Podobnie jest, moim zdaniem, z disco-polo. Zapewne w każdej wiosce w Polsce działa jakiś projekt muzyczny, który gra tego rodzaju muzykę i bardzo liczy na to, że i jemu się uda. Byliśmy niedawno w Zakopanem i proszę sobie wyobrazić, że tam, w każdej restauracji, w każdej knajpie, w każdym barze, od rana do późnej nocy, słychać te same dziesięć piosenek na krzyż, a każda z nich to disco-polo w lokalnym klimacie. Co ciekawsze jednak, każda z tych piosenek, jest naprawdę zagrana i zaśpiewana w najwyższym stopniu profesjonalnie. No i oczywiście, żadna z nich nie jest wykonywana przez zespół Weekend. Weekend i jego lider Radosław Liszewski dostali się na sam szczyt i dziś nie mają najmniejszego powodu, by się przejmować naszymi dylematami. I całe szczęście, bo gdyby oni zechcieli wejść z nami w dyskusję, otworzyliby ją i jednocześnie zamknęli pytaniem: przepraszam bardzo, ale gdzie jest w tym momencie wasze „Atom Heart Mother”?

Radosław Liszewski, decydując się w pewnym momencie swojego życia wystartować w tej niezwykle trudnej konkurencji, ów konkurs wygrał. Ktoś powie, że Pink Floyd też wygrali, no ale proszę zwrócić uwagę na to, że ja się Pink Floyd i tego najczęściej strasznego kiczu nie czepiam. Chodzi mi tylko o to, że wobec sukcesu Liszewskiegoi jego zespołu pod nazwą Weekend my naprawdę nie mamy nic do gadania. I nie łudźmy się. Tu wcale nie chodzi o to, że ponieważ ludzie to lubią, nam już nic do tego. W końcu to już ustaliliśmy: Liszewski nie odkrył niczego nowego. On postanowił wystartować w konkurencji naprawdę mocnej i ją wygrał, a tym samym udowodnił że jest dobry, i to dobry naprawdę. Można by było wręcz powiedzieć, że jest najlepszy. W odróżnieniu od takiej, wspomnianej wcześniej, Moniki Brodki, która pochwalić się może tylko tym, że jest koleżanką pewnego niszowego artysty, który bardzo się o nią stara.

Pisząc kolejne rozdziały mojej książki o podwójnym nokaucie pragnąłem przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że to co my uważamy za dobre, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się bowiem nie to, co nam się podoba, ale to, za czym stoi talent i autentyczna praca, a więc prawda. Czy to jest Justin Bieber, czy Metallica, czy dawny polski big beatowy zespół Chochoły, liczyły się wyłącznie praca i talent, no i czasem oczywiście determinacja. I powtarzam raz jeszcze, to co nam się osobiście podoba, a co nie, ma znaczenie wyłącznie dla naszego dobrego samopoczucia i dla niczego więcej. Bo sukces Biebera i Metalliki, to nie jest nasz sukces. My możemy im tylko albo zapłacić, albo powiedzieć, że tego nie kupujemy. Podobnie jest z Liszewskim, którego klip „Ona tańczy dla mnie” został odtworzony na youtubie ponad 80 milionów razy. Bo nie oszukujmy się. Liszewski to nie jest ktoś, kto pewnego dnia się obudził i zaczął kombinować, co by tu zrobić, żeby mieć fajne życie, kiedy całej wódki świata człowiek i tak nie wypije. Za jego sukcesem stoi ciężka i jak najbardziej uczciwa praca.

Wczoraj tu na tym blogu zamieściłem występ nieznanej mi piosenkarki w nieznanym włoskim barze, śpiewającą nieznana mi piosenkę, i powiem szczerze, że, moim zdaniem, ona jest lepsza zarówno od Liszewskiego, jak i od Pink Floyd i Metalliki razem wziętych, że nie wspomnę o Monice Brodce. Ta nieznana piosenkarka w ogóle, jeśli idzie o moją osobistą wrażliwość i moje muzyczne potrzeby, jest lepsza od wszystkich. I myślę sobie, że Bogu dzięki, że ten klip nie ma ponad 80 milionów odtworzeń na youtubie, bo to by zwiastowało nieuchronną katastrofę. No ale tylko z punktu widzenia mojej wrażliwości i moich potrzeb. Tylko tyle i aż tyle.

Myślę sobie teraz, że jak jej jednak podkręcimy trochę ten licznik, tragedii nie będzie.

 



Ani też tu:


                                  
          I błagam, niech mi nikt nie wspomina o Tomaszu Stańce.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...