poniedziałek, 8 listopada 2021

O religijnych freelanserach i wiecznym potępieniu

      Wczoraj, późnym wieczorem, zanim jeszcze położyłem się spać, z powodów których dziś już nie pamiętam, zajrzałem do Onetu, a tam trafiłem na wielki tytuł: „Prof. Obirek: Upadek Kościoła katolickiego nie będzie tragedią dla naszego społeczeństwa”. Ponieważ nazwisko Obirek nie jest mi obce, z ciekawości zajrzałem czy pojawią się dalej jakieś objaśnienia co do tytułowej zapowiedzi i owszem, już po chwili okazało się, że wspomniany prof. Obirek w swoich sądach kieruje się przekonaniem, że „od 1989 r. to właśnie polski katolicyzm jest wielkim hamulcowym przemian cywilizacyjnych”.

      Ja zdaję sobie sprawę  że dla większości Czytelników, którym nazwisko Obirka, podobnie ja dla mnie, nie jest obce, komentowanie wypowiedzi tego potępieńca nie ma najmniejszego sensu, ja jednak znalazłem pewien powód, by podzielić się tu pewną refleksją.  Refleksja będzie krótka, poprzedzona jednak dłuższym cytatem z, jakże by inaczej, Wikipedii:

„Pochodzi z Narola. Po maturze w 1975 został studentem teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, rok później, w 1976, pod wpływem jezuity Stanisława Musiała i Andrzeja Jamróza wstąpił do zakonu jezuitów. Nowicjat odbywał w Starej Wsi. Wyświęcony na księdza w Neapolu w 1983, profesję zakonną złożył w 1991.

W latach 1978–1980 studiował filozofię na Wydziale Filozoficznym Księży Jezuitów w Krakowie, następnie do 1983 teologię na Papieskim Wydziale Teologicznym w Neapolu, potem zaś, w latach 1983–1985 teologię na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie oraz w latach 1985–1989 polonistykę na UJ.

W 1994 uzyskał stopień doktora teologii na PAT. Od 1998 jest doktorem habilitowanym nauk humanistycznych w zakresie historii nowożytnej. 19 września 2011 otrzymał nominację profesorską. Od 2013 jest wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego w Ośrodku Studiów Amerykańskich. Jest stałym współpracownikiem portalu Studio Opinii od chwili jego powstania w 2008. Dla Fundacji Edukacja Przyszłości przygotował w 2017 cykl 15 odcinków programu edukacyjnego ‘Teologia dla młodzieży’ poświęconych religii, dostępnych na YouTube, w 2018 cykl 5 odcinków na temat jezuitów i 4 odcinków na temat Judasza, oraz 5 odcinków o herezji i heretykach. W tym samym cyklu również w 2018 opracował serię 6 pogadanek na temat Radość tworzenia mitów, w których zaproponował nowe podejście do mitu stworzenia.

W latach 1994–1998 rektor Kolegium Księży Jezuitów w Krakowie. Wykładowca jezuickiego uniwersytetu College of the Holy Cross w Worcester (historia Europy Środkowej i Wschodniej w 1999) oraz od 2006 profesor na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Od 1998 kierownik Katedry Historii i Filozofii Kultury oraz dyrektor Centrum Kultury i Dialogu przy Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej ‘Ignatianum’.

Stanisław Obirek jest zaangażowany w dialog z innymi religiami (m.in. z judaizmem) i z niewierzącymi, m.in. jako twórca Centrum Kultury i Dialogu przy Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej ‘Ignatianum’. Jest rzecznikiem dialogu między religiami Wschodu i Zachodu (jako źródło inspiracji wymienia zwłaszcza Anthony’ego de Mello).

W swych publikacjach i wypowiedziach krytykuje Kościół rzymskokatolicki. Kilkakrotnie z racji takich wypowiedzi był dyscyplinowany przez przełożonych zakonnych. Od 1994 był redaktorem kwartalnika ‘Życie Duchowe’. Na łamach pisma zainicjował dialog na temat wiary i duchowości ze środowiskiem agnostyckim. W 2002, po wywiadzie dla ‘Przekroju’, w którym mówił o bałwochwalczym stosunku wiernych do Jana Pawła II, jego zwierzchnik wydał polecenie przedstawiania do kontroli dalszych publikacji. Obirek przestał wtedy także pełnić funkcję prorektora ‘Ignatianum’. Nadal prowadził wykłady z antropologii kulturowej. W październiku 2003, jako jedyny duchowny, podpisał List Otwarty do Europejskiej Opinii Publicznej. W 2005 za krytykę pontyfikatu papieża Jana Pawła II w wywiadzie dla ‘Le Soir’ (wkrótce po jego śmierci) został ukarany przez prowincjała zakonu Krzysztofa Dyrka rocznym zakazem kontaktów z mediami i prowadzenia wykładów w ‘Ignatianum’. W konsekwencji tej decyzji opuścił zakon i stan duchowny.

Prywatnie mąż Shoshany Ronen”.

        Ktoś pomyśli że ja tu teraz zacznę badać historię owej Shoshany. Otóż nie. Ja ową Shoshanę i jej erotyczne relacje z którymś z byłych jezuitów mam głęboko w nosie. Rzecz w tym, że gdyby prof. Obirek zrzucił sutannę dla jakiejś Maryny, czy Helenki, ja byłbym pod tym samym dokładnie wrażeniem, jak jestem w przypadku owej Shoshany. To co mnie bowiem interesuje to są dwie rzczy. Pierwsza to ta, że Obirek niemal w jednym momencie jak wystąpił z Kościoła, się ożenił. Normalny mężczyzna, choćby i ksiądz, idzie taką drogą małżeńskiej kariery, że najpierw się rozgląda, co słychać w okolicy, potem podejmuje pewne w tej sprawie ruchy, no a następnie albo wchodzi w fazę tak zwanego „chodzenia”, albo, nie czekając na nic, się żeni. Obirek rzucił w cholerę Kościół i cyk! – ożenił się z Shoshaną, a dziś jako były ksiądz się wymądrza w Onecie.

       I to jest pierwsza rzecz. Druga to ów Onet, czy cholera jasna wie co jeszcze. Jak znam życie, tam nikt – ani jedna dusza – nie chodzi do kościoła i nie ma się też zresztą czemu dziwić, skoro w miejscu pod nazwą „Dzień dobry TVN” trafiamy na następujące relacje o byłym księdzu Obirku:

„Obecnie Pan Stanisław chodzi do kościoła, ponieważ lubi tego typu architekturę, natomiast nie uczestniczy w mszach świętych. Jak tłumaczy, praktyki religijne nie są już mu potrzebne.

‘W tym wcieleniu ja już moje praktyki religijne z obu stron ołtarza wypełniłem i uważam się za zwolnionego, więc mogę teraz być takim freelanserem religijnym. Chodzę do różnych świątyń, w których czuję obecność innego, transcendencji, natomiast bardzo mi przeszkadzają urzędnicy Pana Boga’".

          A teraz prawdziwy hit:

„Więcej o tym, dlaczego notujemy coraz większy spadek powołań w studiu Dzień Dobry TVN rozmawialiśmy z ks. Kazimierzem Sową”.

          I to jest wcześniej wspomniany drugi powód, dla którego postanowiłem, że dzisiejsza notka będzie taka a nie inna. To wszystko bowiem stanowi znakomity przykład tego, jak oni się o nas zamartwiają. Profesor Obirek, ksiądz Sowa, Grzegorz Kajdanowicz, Bartosz Węglarczyk, no a za nimi, jak najbardziej cała reszta, aktualnie tak bardzo zatroskana o los kobiet rodzących w lasach na granicy polsko-białoruskiej, no i tych też, którym kazano umierać w szpitalu w Pszczynie.

 


 

niedziela, 7 listopada 2021

O nędznych plagiatorach i polskich obowiązkach

       Muszę się tu pochwalić, że zanim Tucker Carlson przeprowadził głośną rozmowę z naszym prezydentem Andrzejem Dudą i odpowiednie media poinformowały, że Carlson to awangarda konserwatywnego amerykańskiego dziennikarstwa, ja akurat miałem owego Carlsona na oku od paru dobrych lat. Wiedziałem kim jest Carlson, oglądałem jego audycję na youtubie, podziwiałem jego talenty i wreszcie doszło nawet i do tego, że kupiłem sobie jego książkę zatytułowaną „Ship of Fools”, którą dziś z najwyższą radością wykorzystuję podczas swoich lekcji.

       I oto, proszę sobie wyobrazić, w rozdziale poświęconym właścicielowi Facebooka, Markowi Zuckerbergowi, znalazłem coś takiego:

„Kiedy elity kierują swoją uwagę w stronę Facebooka, robią to wyłącznie po to, by żądać od portalu objęcia coraz większą kontrolą coraz większej liczby użytkowników. Po wyborach w roku 2016, zaczęły być podnoszone coraz częstsze żądania kontrolowania informacji udostępnianych publicznie na stronach Facebooka. Jak ujawnił ‘Washington Post’, podczas spotkania światowych liderów w Peru, prezydent Obama wziął Zuckerberga na stronę i wręcz błagał go, by na swoim portalu wprowadził większą cenzurę.

Demokratyczna senator z Kalifornii Dianne Feinstein przedstawiła to samo żądanie: ‘Zbudował pan tę platformę, a dziś ona jest używana nie tak jak tego oczekiwaliśmy,’ powiedziała. ‘I albo to pan coś z tym zrobi, albo zrobimy to my.’

A co by się stało, gdyby Obama i Feinstein zechcieli się równie mocno przejąć nieustannym gwałceniem prywatności użytkowników Facebooka. Albo milionami umysłów regularnie wyniszczanych przez uzależnienie od Facebooka. Lub wreszcie ową straszliwą dogradacją społeczeństw jako takich.

I to po to prawdopodobnie by się zaszczepić przeciwko owej krytyce ze strony elit, Zuckerberg postanowił poświęcić się walce o najbardziej modne polityczne cele. W roku 2013, uruchomił on fundację o nazwie FWD.us, w celu stworzenia odpowiedniej platformy do wsparcia masowej emigracji. Utworzona przez Zuckerberga grupa uruchomiła bezprecednensową akcję propagandową skierowaną przeciwko służbom emigracyjnym oraz bezpośrednio żołnierzom strzegącym granic Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie sformułowała stanowcze żądania amnestii wobec 11 milionów nielegalnych imigrantów przebywającym aktualnie na terenie Stanów Zjednoczonych, wzmacniając swój apel żądaniem przyznania emigrantom obywatelstwa oraz praw wyborczych”.

       Ponieważ nazwa fwd.us wręcz śmierdziała mi adresem internetowym, zajrzałem tam i, proszę sobie wyobrazić, wszystko się zgadza. To jest Zuckerberg bez jakiejkolwiek próby kamuflażu, no i najbardziej bezczelna propaganda na rzecz otwarcia granic dla emigracji z południa. Naczelne hasło owego projektu, powtarzane tam zarówno w serii memów, ale też w bardzo jasno sformułowanej przez samego Zuckerberga deklaracji brzmi: „Nie wolno ludziom odbierać prawa do szczęścia”. Popatrzmy może najpierw na jeden z tych obrazków, a następnie na słowa Pierwszego Sekretarza.

       Oto widzimy fotografię jakiejś „okołomeksykańskiej” rodziny, a nad nią tytuł: „Zezwolenie na swobodną emigrację przyniesie amerykańskiej gospodarce miliardowe zyski”, A tuż obok cytat z Zuckerberga: „Dajmy każdemu z nas prawo do podążania za marzeniami – nie tylko dlatego, że tak jest słusznie, ale też przez to że w ten sposób większa liczba ludzi będzie mogła zamienić swoje marzenia w coś wspaniałego, a przez to budować dobro wspólne”.

        Myślę że w tym momencie większość Czytelników przynajmniej się domyśla, jakie intencje stoją za tą dzisiejszą notką. Otóż tak. Chodzi o to, że ja nagle sobie uprzytomniłem sobie, że ta banda idiotów, którzy nas tu w Polsce zadręczają swoją aktywnością od rana do wieczora, nie jest w stanie wymyśleć nic originalnego. Jeśli oni któregoś dnia wyjdą na ulice przebrani za Indian, lub Eskimosów, to znaczy, że parę lat wcześniej tego typu zdarzenie miało miejsce w Stanach Zjednoczonych, Francji, Australii, czy Wielkiej Brytanii. Tak samo dziś, gdy mamy ów kryzys na granicy polsko-białoruskiej, a ze wszystkich stron pojawiają się zarzuty o to, że polskie wojsko to naziści bez serc i dusz, to możemy mieć pewność, że ktoś tam, diabli wiedzą kto, ale ktoś doskonale zorientowany w tak zwanych „trendach” uznał za stosowne rzucić hasło, i w efekcie, przez to że głupich nigdy zbyt mało, mamy to co mamy.

         A zatem, nie przejmujmy się tym całym szaleństwem zanadto. Jak to pięknie swego czasu powiedział prezydent Lincoln: „Można oszukiwać wszystkich przez jakiś czas, a niektórych nawet przez cały czas. Ale nie można przez cały czas oszukiwać wszystkich”.

        


piątek, 5 listopada 2021

Squid Games, czyli Korea krzepi

 

        Nie mam oczywiście pewności, do jakiego stopnia czytelnicy tego bloga mają tu jakąś wiedzę, ale przy wielkiej nadziei, że nikt z nas nie ma pojęcia o czym dziś zamierzam rozmawiać, zachowam się jak gdyby nigdy nic i powiem parę słów o tak zwanym K-Popie. Otóż rzecz się ma tak, że od kilku lat Korea Południowa uznała, że te ich samochody, ta elekronika, te statki to, owszem, dużo, ale jeszcze nie tak dużo, by zwojować świat cały, i postanowiła stworzyć coś przy pomocy czego dokona owego cudu i nazwała to K-Pop właśnie. Choć wciąż mam wielką nadzieję, że nikt z nas nie zwrócił na to jeszcze uwagi – i poza przeczytaniem tego tekstu się sprawą nie zainteresuje – obawiam się, że tak łatwo nam nie pójdzie i pewnie przynajmniej część z nas zauważyła na naszych ulicach grupy dzieci, które krótko mówiąc, wyglądają, lub starają się wyglądać, jak współcześni młodzi Japończycy. Jeśli ktoś chce wiedzieć jak dziś wyglądają młodzi Japończycy, oto parę obrazków.

 




A jeśli ktoś nie wie, jak to dziś bywa tu u nas, to również zapraszam.

 


       


       Rzecz w tym, że – nawet jeśli większość z nas wciąż nie pojęcia o czym mówię – co ciekawe, to nie Japonia ale Korea Południowa właśnie dokonała owej kulturowej ekspansji, która nawet jeśli jeszcze nie zdominowała całego świata, to jest na prostej drodze, by sukces osiągnąć. Owa kultura, obejmująca dziś zarówno literaturę, jak i film, a przede wszystkim może muzykę nie dość że bezpośrednio i znacząco zwiększa dochód narodowy Korei, to jeszcze pośrednio wpływa na rozwój całego rynku do tego stopnia, że wedle najnowszych obliczeń, każde 100 dolarów zarobione na K-Popie przynosi Korei kolejne 200 w przemyśle pozarozrywkowym. Owa ekspansja oraz finansowe sukcesy koreańskiej rozrywki w pewnym momencie osiągnęły taki sukces, że nawet część przemysłu nigdy nie mającego nic wspólnego z tą branżą, przekwalifikowała się i to przekwalifikowała się z sukcesem.

         Co to jest ów K-Pop, ktoś zapyta, poza tymi dziećmi z wyżej zaprezentowanych zdjęć? Otóż, z tego co zdążyłem zaobserwować, to jest kompletne nic. Poza tymi obrazkami tam nie ma nic. To jest gówno, przy którym nasze polskie disco-polo to koncerty Witolda Lutosławskiego. Jednocześnie to są, jak wspomniałem, książki, filmy, telewizyjne programy, piosenki, moda, język... dosłownie wszystko co możemy wiązać z kulturą popularną. Wspomniałem o języku. Przez wykonywany zawód mam kontakt z młodzieżą i proszę sobie wyobrazić, że znam młode, inteligentne, dobrze ułożone osoby, które nie dość że oglądają wyłącznie koreańskie filmy, czytają tylko koreańską literaturę, słuchają jedynie koreańskich piosenek, noszą się jak wyżej przedstawione dzieci, to też jak najbardziej uczą się języka koreańskiego, a przy braku możliwości, japońskiego. Rozmawiałem kiedyś z jedną ze swoich uczennic i pytałem ją, co to są za filmy, które ona ogląda w Internecie. Odpowiedziała mi, że to są normalne filmy, takie jak wszystkie, romanse, przygodowe, thrillery, horrory, tyle że koreańskie. Zapytałem ją jakie książki czyta. Pokazała mi parę i to wszystko były japońskie mangi tyle że wydrukowane od tyłu. Wszystko oczywiście w polskim tłumaczeniu. Niedaleko mnie otwarta została specjalna księgarnia z tego typu literaturą i daję najświętsze słowo honoru, że ja tam regularnie widzę kolejki dzieci – takich jak na tych zdjęciach wyżej – czekających – pandemia – na swoją kolej. Kolejki jakich nie widziałem tu od czasów PRL-u.

         Ktoś zapyta, co mnie to obchodzi. Niech się dzieciarnia bawi. Nam nic do tego. Stało się jednak tak, że na Netflixie, a więc kanale, który dziś w znacznym stopniu definiuje stan współczesnej kultury, a w przyszłości może i cywilizacji, pojawił sie koreański serial zatytułowany „Squid Game”. Z tego co słyszę, ale co też mogą potwierdzać różnego rodzaju doniesienia medialne, dotyczące już nie koniecznie samego filmu, dziś ów serial zajmuje bezwzględnie pierwszą pozycję pod względem oglądalności. Według oficjalnych danych, emisja serialu przyniosła na dziś Netflixowi zysk w wysokości niemal miliarda dolarów. „Squid game” stał się kulturowym wydarzeniem porównywalnym być może jedynie z przygodami Harrego Pottera.

         Obejrzałem wprawdzie tylko jeden odcinek tego czegoś, resztę znam z relacji znajomych, ale mówiąc krótko, rzecz polega na tym, że jest jakiś bogacz, który handluje ludzkimi organami, a owe organy zdobywa w ten sposób, że zbiera z ulic osoby w trudnej sytuacji finansowej i zaprasza ich do udziału w grze, w wyniku której albo wygrają jakieś pieniądze, albo – co znacznie bardziej prawdopodobne – zostaną zabici i w ten sposób dostarczą mu owych organów. Jak mówię, obejrzałem tylko jeden odcinek tego serialu i tam nie było praktycznie nic poza śmiercią. Cała emocja, cała estetyka tego filmu, cały obraz, to była wyłącznie strach, krew, i śmierć. I to jest to co przyniosło Netflixowi ów miliard dolarów.

        Mam znajomego, który ma pewną wiedzę na temat Korei i jej sukcesu. Otóż twierdzi on, że Koreańczycy to jest banda kompletnych idiotów, którzy nie są w stanie ruszyć palcem o ile ktoś – w tym wypadku być może Amerykanie – nie powiedzą im co trzeba zrobić by ów palec uruchomić. Ruszają – to im trzeba przyznać – tak jak trzeba, ale, jak mówię, bez odpowiedniej instrukcji, powtarzanej w dodatku dzień za dniem, ani rusz. Owo amerykańskie doradztwo dotyczyło jednak przede wszystkim tego, co się powszechnie rozumie pod pojęciem przemysłu. Gdy chodzi jednak o kulturę, to ja mam podejrzenie, że oni sobie znaleźli kogoś bardzo, bardzo specjalnego, kogoś kto im pokazał drogę do śmierci, która ich wyzwoli.

       Pisałem tu kiedyś o tak zwanej „Krainie Grzybów”, a więc jednoznacznie satanistycznym projekcie, który zdobył pewne uznanie zarówno w Internecie, jak i niestety częściowo w intelektualnie bardziej rozbudzonych częściach Warszawy. Owa „Kraina Grzybów” to była wyłącznie śmierć i jej afirmacja. Kiedy myślę o całym tym K-Popie, a zwłaszcza nadzwyczaj przebojowym serialu „Squid Games” mam wrażenie, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji nie ma naprawdę nic innego do zaoferowania poza tą pustką, ze szczyptą – co oczywiście należy mocno podkreślić – pedofilii. I idzie mu wcale nie najgorzej.

wtorek, 2 listopada 2021

O pewnym świętym księdzu i złu wcielonym

 

       Pozostając pod wrażeniem z dawna wyczekiwanej, i szczęśliwie dokonanej, beatyfikacji prymasa Wyszyńskiego, jestem pewien, że większość z nas, jeśli nie wszyscy, nie zwróciliśmy uwagę na fakt, że oto 20 listopada tego roku w katowickiej katedrze pod wezwaniem Chrystusa Króla odbędzie się beatyfikacja kolejnego z naszych świętych, a mianowicie Sługi Bożego ks. Jana Machy, śląskiego kapłana i męczennika. Skoro, jak już wspomniałem, owo wydarzenie prawdopodobnie przejdzie niezauważone, chciałbym choć bardzo pobieżnie przypomnieć, o czym dziś rozmawiamy. Zajrzyjmy więc tam gdzie nam najbliżej, a więc do Wikipedii, a ja tu sobie pozwolę tylko na drobną edycję:

„W wyniku denuncjacji niektórych osób, kolaborujących z Niemcami, od początku 1941 był on śledzony przez policję, a dwa razy był nawet wzywany przez Gestapo na przesłuchanie. 5 września 1941 został aresztowany na dworcu w Katowicach i tymczasowo osadzony w więzieniu policyjnym w Mysłowicach. W czasie licznych przesłuchań poddawany był torturom. Następnie 13 listopada 1941 został przewieziony do więzienia w Mysłowicach, gdzie wobec współwięźniów pełnił posługę spowiednika. W marcu 1942 dostarczono mu akt oskarżenia.

W czerwcu 1942 został on przewieziony do więzienia w Katowicach przy ul. Mikołowskiej, a 17 lipca tegoż roku odbyła się rozprawa w gmachu sądu przy ul. Andrzeja w Katowicach. Po kilkugodzinnej rozprawie, przesłuchaniu świadków – gestapowców Baucza i Gawlika oraz mowie obronnej oskarżonego sędziowie skazali go na karę śmierci przez ścięcie za zdradę stanu. Ksiądz Macha przyjął wyrok ze spokojem, natomiast konsekwencją jego wydania były liczne interwencje podjęte w jego obronie przez różne osoby. Ówczesny wikariusz generalny diecezji katowickiej, ks. Franz Wosnitza wystosował niezwłocznie pismo do Prokuratora Generalnego w Katowicach, a także poinformował o wyroku nuncjusza apostolskiego w Berlinie abp. Cesare Orsenigo i bp. Heinricha Wienkena, prosząc o interwencję u ministra sprawiedliwości III Rzeszy.

Od dnia aresztowania jego rodzina podejmowała liczne starania zmierzające do jego uwolnienia, a po ogłoszonym wyroku jego matka Anna udała się nawet z adwokatami do Berlina, by u kanclerza Adolfa Hitlera prosić o ułaskawienie. Starania te okazały się jednak bezskuteczne.

2 grudnia 1942 o godz. 20:00 do jego celi przyszedł kapelan więzienny ks. Joachim Besler. Ze wspomnień ks. Beslera jakie pozostały po tej wizycie, pozostał następujący obraz skazanego:

‘Ks. Jan Macha przystąpił do spowiedzi św., napisał list pożegnalny do rodziny i przekazał kapelanowi dyspozycje dotyczące jego rzeczy osobistych. Do końca zachował spokój. W liście dziękował bliskim za wszystko, prosił o przebaczenie i polecał się Miłosierdziu Bożemu. Przed śmiercią odmówił brewiarz i włożył do niego kartkę z napisaną własnoręcznie tym razem po polsku notatką: „Ks. Jan Macha stracony 2 XII 1942”. Brewiarz wraz z kielichem, który otrzymał na prymicje polecił przekazać przyjacielowi, ks. Antoniemu Gaszowi. Prosił rodziców, by pozdrowili ks. proboszcza i przyjaciół oraz by nie zapomnieli o modlitwie za niego’.

Egzekucja odbyła się krótko po północy, 3 grudnia 1942 przez ścięcie gilotyną w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu więzienia w Katowicach przy ul. Mikołowskiej. Była to duża sala przegrodzona kurtyną, wykładana białymi kafelkami, za którą ustawiono gilotynę. Obok niej znajdowała się ławeczka, po lewej kran i wąż do zmywania krwi, a po prawej stawiano drewniane skrzynie, wypełnione trocinami. Ścięta głowa spadała do koszyka przyczepionego do gilotyny. Jego ciało zostało wywiezione prawdopodobnie do obozu koncentracyjnego Auschwitz i spalone w obozowym krematorium. Tuż przed śmiercią ks. Macha napisał pożegnalny list do rodziny o następującej treści, będący swoistym testamentem:

„Kochani Rodzice i Rodzeństwo! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. To jest mój ostatni list. Za cztery godziny wyrok będzie wykonany. Kiedy więc ten list będziecie czytać mnie nie będzie już między żyjącymi. Zostańcie z Bogiem! Przebaczcie mi wszystko! Idę do Wszechmogącego Sędziego, który mnie teraz osądzi. Mam nadzieję, że mnie przyjmie. Moim życzeniem było pracować dla niego, ale nie było mi to dane. Dziękuję za wszystko! Do widzenia tam w górze u Wszechmogącego. (...) Pozdrówcie wszystkich moich kolegów i znajomych. Niechaj w modlitwach swoich pamiętają o mnie. Dziękuję za dotychczasowe modlitwy i proszę też nie zapominać o mnie w przyszłości. Pogrzebu mieć nie mogę, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie ‘Ojcze nasz’. Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko, lecz uważam, że swój cel osiągnąłem. Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze. Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Bez jednej jaskółki wiosna też zawita, a bez jednego człowieka świat się nie zawali (...) Pozostało mi bardzo mało czasu. Może jeszcze jakie trzy godziny a więc do widzenia! Pozostańcie z Bogiem. Módlcie się za waszego Hanika”.

       Ktoś być może zapyta, skąd mi to przyszło dziś do głowy, żeby pisać o owym księdzu. Otóż, pomijając to co oczywiste, chciałbym wszystkich poinformować, że owo więzienie, w którym Niemcy tego świętego człowieka zamordowali, znajduje się tuż obok i ja je muszę oglądać niemal codziennie od wielu, wielu lat. Na murze otaczającym owo miejsce od jakiegoś czasu widnieje tablica z odpowiednią informacją dotyczącą wprawdzie innej ofiary tych barbarzyńców, harcmistrza Pukowca, ale ja, ile razy choćby idę na spacer z moim psem, mam ją na oku. Patrzę więc na ową tablicę i przy okazji wspominam też owego niezwykłego księdza i myślę o Niemcach. I o Niemczech.

        Czytam też sobie ostatni po kawałku książkę amerykańskiej autorki Moniki Black zatytułowanej „Niemcy opętane”, a tam znajduję następujący fragment:

        „Państwo to nie przetrwało wojny nienaruszone, jeśli przez państwo rozumiemy niezawisłą jednostkę z własnym rządem, administracją, wojskiem, gospodarką narodową, traktatami i porozumieniami handlowymi. Niemcom odebrano nawet prawo emitowania własnej waluty i stawiania znaków drogowych. Wiele tradycyjnych instytucji, jak armia, prasa, uniwersytety, placówki medyczne, albo dogłębnie się skompromitowały, albo zlikwidowali je alianci okupujący kraj. Brytyjczycy, Amerykanie, Francuzi i Sowieci podzielili byłe Niemcy na cztery wojskowe sfery okupacyjne. Pierwsi i drudzy połączyli swoje w tak zwaną Bizonię, która oficjalnie zaistniała w roku 1947. W roku 1949, gdy dołączyli do nich Francuzi, zrodziła się Trizonia, która doczekała się nawet nieoficjalnego hymnu Jesteśmy rodowitymi Trizonijczykami. Stał on się wielkim przebojem karnawałowym, ponieważ niemiecki hymn narodowy, podobnie jak rząd i armia, został zakazany. Alianci toczyli intensywne rozmowy na temat całkowitego rozmontowania infrastruktury przemysłowej kraju, zamknięcia kopalń i wyłączenia przemysłu ciężkiego – czyli wszystkiego co stało za możliwościami aż nadto rozbudowanej armii. Powszechne odczucie było takie, że Niemcy śmiało mogą się zajmować produkcją zegarków, zabawek i piwa, ale już nie broni”.

       I kiedy wszystko układało się tak wspaniale, okazało się że interesy przeważyły i wszystko jasny szlag trafił. Pisałem już o tym tu na blogu, ale powtórzę bardzo chętnie, że tu w Polsce tuż po wojnie panowało bardzo mocne przekonanie, że niemieckie państwo już za moment przestanie raz na zawsze istnieć, a na terenie dotychczas przez nie zajmowanym zasadzi się ziemniaki. Jak widzimy dziś, a wszystko się rozstrzygnęło dawno, dawno temu, z owych planów nic nie wyszło i dziś mamy to co mamy, a więc tę samą bezczelność co wcześniej.

        A ja nie potrafię przestać myśleć o tym, że ci sami co dziś udają Europejczyków, to banda zawodowych morderców i to nie morderców od przypadku, ale morderców, którzy to zło, tę bezwzględność i to okrucieństwo mają wpisane w swoje DNA. W tej sytuacji zatem, w poczuciu żałości owego apelu, apeluję jednak, by to coś co dziś  funkcjonuje jako państwo i naród niemiecki zetrzeć w pył, tak by po tym czymś nie pozostało nawet wspomnienie.

        A żeby nie kończyć w tak ponurym nastroju, chciałbym na zakończenie wspomnieć fragment z niedługo już nam szczęśliwie błogosławionego ks. Jana Machy:

„Bóg ma prawo do człowieka, do każdej myśli jego umysłu, do bicia pulsu jego serca, do każdego drgnięcia jego dłoni. Bycie zależnym od Boga nie jest dla człowieka czymś poniżającym, lecz uszlachetniającym. Służyć Bogu to znaczy panować. Kto ugina kolana przed Bogiem, ten króluje w świecie. Kto jednak nie chce ukłonić się Bogu, ten [w istocie] liże stopy tysiącom bożków”.



piątek, 29 października 2021

Jak będzie po holendersku "Siad!"

 

Na fali bardzo ostatnio emocjonującej dyskusji na temat pozycji Polski w szerokim świecie, a zwłaszcza europejskiej jego części, coraz częściej zaczęły się pojawiać głosy apelujące do naszego rozsądku już nie tylko o to, byśmy uznali nędzną pozycję, jaką w owym towarzystwie przyszło nam zajmować, ale byśmy zademonstrowali wdzięczność wobec naszych dobrodziejów, że nas raczyli dostrzec, a co więcej, znaleźli dla nas tam jakiś marny bo marny, ale kącik. To jest trochę tak, jak to swego czasu raczył opisać śp. Władysław Bartoszewski, porównując Polskę do brzydkiej panny na wydaniu, która powinna przestać się dąsać, ale brać co dają, bo kawaler się jeszcze zechce rozmyślić, z tą różnicą, że, jak podejrzewam, gdyby Bartoszewski żył i się odzywał dziś, to by jeszcze dodał do tego coś o całowaniu po rękach. Szczęśliwie nie pamiętam już, który z nich to powiedział, ale wśród całej serii owych wstrząsających wręcz wypowiedzi, pojawiła się też uwaga, że gdyby nie bogate państwa Unii Europejskiej, to my Polacy nie dostąpiliśmy owego zaszczytu, by w jednym z tych państw zbierać szparagi za pieniądze. Naprawdę tak było, nie zmyślam. Jak mówię, nie pamiętam, który z nich to był, ale domyślam się, że – skoro go już zacytowano – to musiał być nie byle kto. Pamiętam natomiast bardzo dobrze autora wypowiedzi ledwie co z wczoraj, a mianowicie Sławomira Nitrasa, gdzie ów stwierdził, że za rządów Platformy Obywatelskiej Unia Europejska dawała Polsce pieniądze, a dziś to Polska musi dawać Unii. I to, powiem szczerze był już taki hit, że uznałem za stosowne go w bardziej szczególny sposób skomentować, i w tym momencie trafiłem na swój tekst jeszcze sprzed czterech lat, zamieszczony akurat nie tu, ale na portalu Salon24, a więc pewnie przez część z nas przegapiony. Przypominam go więc dziś, z nadzieją że potraktujemy go jako swego rodzaju ponure proroctwo.

 

 

      Dziś chciałbym opowiedzieć o pewnej młodej kobiecie, córce przyjaciół, której prawdopodobnie akurat kiedy piszę ten tekst nie ma w domu, bo jest w pracy, a jest to informacja o tyle ciekawa, że jest właśnie godzina 1.15 w nocy.

      Jest to dziewczyna wykształcona, inteligentna, znająca języki, która znalazła pracę w zagranicznej korporacji, która z kolei postanowiła prowadzić ten swój outsourcing w Polsce z tego prostego powodu, że tam na miejscu nikt by się nie zgodził za jakieś głupie centy siedzieć w pracy trzy noce pod rząd po 12 godzin, następnie przed dwa dni wypoczywać, potem iść do pracy na cztery dni po 12 godzin, a następnie wypoczywać przez pięć dni, po to tylko, by po owych pięciu dniach znów wrócić do pracy na dwie kolejne noce, lub dwa kolejne dni.

      Powiedziałem „centy”, ale to nie jest do końca prawda. Ona bowiem za tę swoją pracę dostaje wprawdzie poniżej tak zwanej „średniej krajowej”, niemniej jednak biorąc pod uwagę fakt, że owa średnia została sztucznie wywindowana do poziomu dla zdecydowanej większości pracowników abstrakcyjnego, ona jest z tego co dostaje zadowolona. Oczywiście wie też, jak bardzo jej sytuacja jest niestandardowa i zdaje sobie sprawę z systemu, jaki za nią stoi, ale, jak mówię, nie narzeka.

      Narzekają natomiast jej rodzice, kiedy widzą, jak ten system woła o pomstę do nieba. Otóż przez to, że życie ich córki jest w tak dramatyczny sposób pogrążone w chaosie, ona, jak mi opowiadają jej rodzice, albo pracuje, albo śpi, albo się bawi tabletem, czekając aż będzie znów szła do pracy. To prawda, że bywa i tak, że ona ma kilka dni wolnego, ale przez owe straszne sekwencje czterech nocy pod rząd po 12 godzin, dawno już zapomniała, co to znaczy dzień, noc, ranek, czy popołudnie. Jej życie to dziś albo odsypianie, albo przygotowywanie się do kolejnego maratonu. Za to, do czego została zmuszona, by mieć relatywnie dobrą, nie tak bardzo ciężką, ale też i dobrze, jak na jej aktualne potrzeby, opłacaną pracę, musiała jednak zapłacić cenę, której obywatele kraju który jej zlecił tę robotę nie przyjęliby nigdy. A pamiętajmy, że ona nie jest jedyna. Takich jak ona w całej Polsce są grube dziesiątki tysięcy. Nawet ja sam, jak wiemy, mógłbym coś w tym temacie dorzucić.

       I to jest jeden aspekt sprawy, o której chciałem dziś opowiedzieć, i wcale, wbrew pozorom, nie najważniejszy. W końcu każdy niesie swój krzyż i niech Bóg nam pozwoli nie musieć zamienić tego obecnego na coś znacznie gorszego. Ja dziś chciałem porozmawiać o czymś zupełnie innym. Otóż znajomi rodzice opowiedzieli mi tę historię nie tyle po to, bym usłyszał, jak ich dziecko się męczy, ale by wspomnieć o czymś znacznie ciekawszym. Otóż kilka dni temu jej ojciec był na tak zwanym zjeździe koleżeńskim, no i kiedy przyszło do wymieniania się informacjami, co tam u kogo słychać i jak się ułożyło ich życie, jeden z kolegów, kiedy dowiedział się, że córka znajomego pracuje dla poważnej zagranicznej korporacji, gdzie wszyscy rozmawiają w obcym języku i gdzie na co dzień człowiek ociera się o osoby pochodzące z krajów o znacznie lepszej pozycji w Unii Europejskiej, niż Polska, powiedział mu, że ona powinna „całować po rękach” tych, którzy ją zatrudnili, bo równie dobrze mogłaby wylądować w kasie w Tesco, czy w galerii przy dworcu, gdzie by była zaledwie jedną z wielu, a tak, to jest już kimś.

       No więc jest czas, bym i ja powiedział coś od siebie. Otóż ja znam polityczne poglądy wielu z nas, znam też poziom emocjonalnego zaangażowania, jakie u niektórych wywołała ostatnia polityczna zmiana w naszym kraju, wiem też, co oni w większości sądzą o Polsce i jej pozycji przetargowej wobec takich krajów jak Francja, czy Niemcy. Ta jednak myśl, że my powinniśmy „całować po rękach” owych panów, którzy zgodzili się nas zatrudnić, jako swoich służących, zrobiła na mnie autentyczne wrażenie z tego względu, że moim zdaniem, wbrew temu czego byśmy sobie życzyli, ten sposób myślenia wśród wielu z nas, nie jest wcale tak bardzo wyjątkowy. Owa mentalność bitego batem Murzyna, nagle szczęśliwego, bo oto minął dzień, kiedy za dobrą pracę dostał dodatkową porcję zupy, to nie wyjątek, ale często reguła.

       Oto ledwo co wczoraj, w odpowiedzi na mój tekst o Beneluxie, nieznany mi komentator na Salonie24 wpadł w odpowiednio szyderczy ton i napisał następujące słowa: „A więc Benelux to dla pana polaczka z 'kulturowego zadupia Europy' [S. Lem] jednostka za mało poważna”. I tu znów, nie chodzi nawet o owego internautę, który, jak widzimy, sam na ten poziom się nie wspiął, ale został intelektualnie wyedukowany przez samego Stanisława Lema, ale o pewne bardzo smutne zjawisko, które korzysta z naprawdę przeróżnych inspiracji, a których wspólnym celem jest doprowadzenie nas wszystkich do stanu takiego zbydlęcenia, że naprawdę pełne szczęście poczujemy dopiero wtedy, gdy nasz pan pozwoli się nam napić ze swojego kubeczka.

       Dziś, jak wiemy, nie jest nagorzej. W ostatnich latach pokazaliśmy, jako Polacy, że z nami nie pójdzie im tak łatwo, i w związku z tym mamy naprawdę wiele powodów do dumy. Nie wolno nam jednak stracić czujności. Wśród nas wciąż jest bardzo dużo niezwykle entuzjastycznie zorientowanych i szczerych niewolników, i niech nas Bóg broni, by któregoś dnia oni się za nas nie wzięli, gdy przyjdzie nam do głowy coś tam szumieć na temat godności. Był czas, że próbowali i im nie wyszło. Ale nie łudźmy się. Oni tak łatwo nie odpuszczą.



 

czwartek, 28 października 2021

O tym co wypływa z pięści Donalda Tuska

 

         Wspominałem już tu o tym jak to na pierwsze, wówczas jeszcze zaledwie plotki o tym, że Donald Tusk planuje wrócić do Polski i wziąć za twarz całą opozycję, a kto wie, czy nie przygotowywać się do wyborów prezydenckich w roku 2025, pomarkotniałem. I nie chodziło mi broń Boże o to, że jemu jedno, lub drugie, a kto wie, czy nie oba zamierzenia z sukcesem wypalą, ale miałem na myśli to, że sama jego obecność tak zepsuje nasze powszechne nastroje, że zwyczajnie stracimy ochotę do życia. Bałem się, że te jego nieustanne telewizyjne występy, te konferencje prasowe, te jego słynne do porzygania gadki, sama ta, tak dobrze nam znana, kłamiliwa twarz i te oczy klasycznego złodzieja tak zdominują naszą polityczną scenę i staną się tak nie do wytrzymania, że cała Polska będzie go wręcz błagała by zniknął raz na zawsze... a on ani nie drgnie. Tego się bałem.

        Co gorsza, nie widziałem przy tym żadnego sposobu, by ten jego ewentuualny powrót w jakiś sposób zneutralizować, by uruchomić choćby jakąś potężną polityczną kampanię, która sprawi, że on straci przynajmniej część tego strasznego rezonu i przez to stanie się choćby trochę bardziej znośny. Odwrotnie, wiedziałem na sto procent, że cokolwiek zrobimy, Donald Tusk pozostanie sobą w tym podstawowym, i w gruncie rzeczy jedynym, wydaniu, z tego prostego względu, że, jak wszyscy wiemy, on od dobrych dziesięciu lat, a kto wie czy nie więcej, nie jest człowiekiem w powszechnie przyjętym rozumieniu tego słowa. Donald Tusk to coś z czym nie może się równać ani Borys Budka, ani Kidawa-Błońska, ani Rafał Trzaskowski, ani Michał Szczerba, ani nawet Lech Wałęsa, który chyba najbardziej z nich robi wrażenie kosmity. Donald Tusk to plazma, do której nie wiadomo nawet z której strony podejść.

        I oto w końcu wrócił i wszystko potoczyło się zgodnie z naszymi obawami. Ale stało się coś jeszcze. Oto ktoś zatrudniony w publicznej telewizji, a nie wykluczam że był to sam Jacek Kurski, wpadł na pomysł, by cokolwiek Donald Tusk powie, zrobi, czy choćby nic nie powie i niec nie zrobi, ale pokaże te swoje oczy, ów gest komentować w jeden jedyny sposób, a więc przez możliwie jak najczęstsze odtwarzanie słynnego już dziś „für Deutschland” oraz pokazywanie jego nerwowo zaciśniętej pięści. I tylko tyle. „Für Deutschland” i te nerwy. Od rana do wieczora. Co godzinę. Ile razy nadarzy się okazja. Zauważyłem że w tym szaleństwie jest bardzo wyraźna metoda i się zachwyciłem. Może nie od razu, ale w pewnym momencie, gdy zobaczyłem, że to się już nigdy nie skończy, że ktoś podjął decyzję, by to trwało wiecznie, zdałem sobie sprawę z tego, jak mistrzowskie to było posunięcie. Żadnej dyskusji z plazmą, żadnych argumentów, żadnych prób wyjaśniania Bogu ducha winnym telewidzom wszelkiego rodzaju niuansów: „Für Deutschland” i ta pięść. W pewnym momencie doszo do tego, że siedzieliśmy tu przed telewizorem, oglądaliśmy codzienne Wiadomości i tak już zupełnie dla żartu zabwialiśmy się w prognozowanie, czy owo „für Deutschland” pojawi się za minutę,  czy dopiero za dziesięć. A potem niezmienie następowało gromkie „Jest!”

       W czym rzecz. Otóż ja od samego początku wiedziałem również, że Donald Tusk, nawet jeśli nie ogłąda Wiadomości TVP, to doskonale wie, jak tam został sportretowany. Prawdopodobnie też się zorientował, albo ktoś mu powiedział, że nie ma co liczyć na merytoryczną dyskusję, w której sam miałby jakieś – niewielkie wprawdzie, ale jakieś – szanse. Będzie wyłącznie owo „für Deutschland” i zbliżenie na tę zaciśniętą, drżącą ze zdenerwowania pięść. On to wiedział, a ja z kolei wiedziałem, że przyjdzie moment kiedy on tego nie wytrzyma i zrobi coś, czego już mu nikt nie wybaczy.

         No i stało się. Nie wytrzymał. Zamiast siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i udawać, że o niczym nie wie, odezwał się i wyszydził czterech polityków Prawa i Sprawiedliwości za to tylko, że mają niemieckie nazwiska. Ja oczywiście nie sugeruję, że nie ma takich, którzy mu w tym momencie przyklasnęli i uznali że ten Tusk to jednak pierwsza liga. Ci będą zawsze, nawet wtedy gdy o Donaldzie Tusku wszelkie wspomnienie zaginie. Chodzi mi o to, że decydując się na komentarz pod adresem owej złośliwości rządowej propagandy, okazał on słabość. Pokazał że nie do końca jest plazmą, ale gdzieś tam w nim tkwią jakieś resztki człowieka.

       A ja teraz mam już tylko nadzieję, że państwowa propaganda nie wda się z Donaldem Tuskiem w dyskusję, kto tu jest większym chamem, czy w jaki sposób zarzucanie komuś zdrady narodowych interesów jest bardziej sensowne od wyśmiewania się z czyjegoś nazwiska. Mam naprawdę wielką nadzieję, że nie będzie dnia, gdy w Wiadomościach TVP nie zobaczymy Donalda Tuska gdy ten najpierw mówi „für Deutschland”, a potem wyciska to gówno z dłoni. Mam nadzieję, że oni to będą pokazywać tak długo aż on albo w cholerę wyjedzie stąd gdzie pieprz rośnie, albo napisze na Twitterze coś jeszcze bardziej niedorzecznego, albo – i to by było najlepsze – zwyczajnie rozbierze się do majtek na samym środku tak zwanego Monciaka, zacznie drzeć mordę, i zostanie zabrany przez wezwane przez wiecznie tam obecnych wczasowiczów pogotowie. Jakiś biedaczek zadał sobie trud i obliczył, że od czasu gdy Donald Tusk wygłosił swoje orędzie für Deutschland, Wiadomości TVP dały mu po łbie 97 razy. Mam nadzieję, że jeszcze zanim nadejdą Święta, on z tych nerwów wreszcie oszaleje i ten licznik się zatrzyma. W końcu, jak długo można?



       

 

wtorek, 26 października 2021

Kolagen

 

Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale wydarzenia ostatnich tygodni, czy może już miesięcy, tak nas wszystkich przytłaczają, że tak zwany „normalny człowiek”, choćby dotychczas nie wiadomo jak bardzo oddawał się owych wydarzeń śledzeniu, nie marzy już o niczym innym jak o tym by machnąć na całą tę politykę ręką i puścić sobie na Netfliksie jakiś stary film z Brucem Willisem, czy skoro już o tym mowa, Brucem Lee. To jeśli idzie o wspomnianych ludzi zwykłych. Proszę jednak sobie wyobrazić, w jakiej sytuacji są zawodowi komentatorzy, którzy jeśli nie skomentują którejś z tych oczywistości, to zwyczajnie nie zarobią. Przecież to jest prawdziwy dramat. W końcu co nowego można powiedzieć o Donaldzie Tusku, o Unii Europejskiej, o sytuacji na granicy z Białorusią, o czwartej fali pandemii, o wyborach w Platformie Obywatelskiej, o kolejnych wybrykach kolejnych sędziów, o „Gazecie Wyborczej”, o zachowaniu opozycji wobec wyzwań jakie stoją przed Polską, gdy wszystko zostało już powiedziane i od każdego kolejnego słowa człowiek ma już tylko ochotę zasnąć i obudzić się w nowym świecie?

Ten blog dziś już wprawdzie nie przynosi niemal żadnych finansowych korzyści, a jeśli wciąż istnieje to wyłącznie w ramach nigdy nie kończącej się wdzięczności dla tej resztki jego czytelników, którzy go przez lata wspierali i którzy wciąż tu są i na niego niezmiennie liczą. Powiem uczciwie, że naprawdę nie jest mi łatwo komentować dziś, czy to bieżące wydarzenia, czy w ogóle świat – a nigdy nie pozwolę sobie na to, by tu cokolwiek się działo na siłę – gdy naprawdę mam wrażenie, że, jak to od czasu do czasu każdy z nas lubi powiedzieć, „nie ma o czym gadać”.

Wciąż zatem licząc, że jakoś uda mi się pociągnąć ten projekt na tyle długo aż to w końcu nie ja się zmęczę, a Czytelnicy, pomyślałem sobie że faktycznie nie będę pisał tylko dlatego że trzeba, ale przypomnę swój bardzo dawny już tekst zatytułowany krótko „Kolagen”, bo mam bardzo nieprzyjemne wrażenie, że chociaż od jego pierwszej publikacji minęło być może nawet już 10 lub więcej lat, to on wciąż obsługuje nam doskonale znaczną część naszych zmartwień. Bardzo proszę.

 

      Moja starsza córka, jak może niektórzy wiedzą, studiuje biotechnologię, a jest to nauka, z mojego punktu widzenia, tak kosmicznie obca i abstrakcyjna, że nie mam sposobu, żeby choć w przybliżeniu nawiązać z nią kontakt na poziomie ściśle zawodowym. Na szczęście, jak wszystkie moje dzieci, jest ona bardzo mądra i wyrozumiała, więc ile razy porusza wobec mnie tematy związane z chemią białek, lub z genetyką molekularną bakterii, stara się przemawiać do mnie jak do dziecka, żebyś, tatusiu, wszystko zrozumiał. W ten sposób, rozmowy z moją córką są dla mnie zawsze bardzo pożywne i wzbogacające. Przychodzi ona do mnie i pyta, na przykład: „Czy ty wiesz, dlaczego oczy…?”, albo „Czy zauważyłeś, że kiedy człowiek…?” i tak dalej w tym kierunku. A ja wiem, że wszystko co ona mi powie, będzie bardzo ciekawe.

      Dziś opowiedziała mi o kolagenie. Mam nadzieję, że większość z nas mniej więcej wie, co to jest ten kolagen i do czego on ma służyć, ale na wszelki wypadek, bardzo ogólna informacja. Kolagen jest to białko, które znajduje się w ludzkiej skórze i sprawia, że ta skóra nie jest pomarszczona, lecz gładka. Niestety, jest też tak, że, najczęściej z wiekiem, tego kolagenu ubywa i starsi ludzie dostają na przykład zmarszczek. Takie życie.

      W tej sytuacji, przemysł kosmetyczny wymyślił, że będzie produkował kremy z dodatkiem kolagenu i sprzedawał je kobietom za ciężkie pieniądze, żeby one sobie owe kremy wcierały i przez to ich skóra stawała się piękna, czyli gładka. Otóż moja córka powiedziała mi, że problem z kolagenem jest taki, że on złożony jest z trzech łańcuchów, a więc przez to jest zbyt duży, żeby przeniknąć w głąb skóry. W tej sytuacji, zdając sobie sprawę z utrudnień, przemysł farmaceutyczny wymyślił, że należy te łańcuchy jakoś pociąć i rozdrobnić, i tym sposobem umożliwić penetrację. Ogłosił też przy tym, że kiedy już ten pocięty kolagen zostanie wchłonięty przez pomarszczoną skórę, już tam w środku ulegnie reaktywacji i zacznie skutecznie działać.

       Córka moja twierdzi, a ja nie mam powodu, żeby jej nie wierzyć, że do tej reaktywacji nie ma prawa dojść. Zniszczony kolagen w tych warunkach nie jest w stanie się odbudować, a więc to całe nacieranie, smarowanie i wklepywanie tej mazi jest absolutnie nieskuteczne. Z kolagenem, czy bez, krem który sobie pomarszczone panie kupują, daje tylko taki efekt, że te ich zmarszczki nawilża i przez to sprawia, że kiedy sobie po nich przejadą równie pomarszczoną dłonią, to poczują ten aksamit, który – już zaglądając do innej beczki – mogą skutecznie skosztować, pijąc któryś z jogurtów, czy smarując chleb masłem. Ot i cała filozofia.

      Któryś z bardziej intelektualnie posuniętych i cynicznych czytelników tego bloga powie mi, że się zajmuję głupstwami, bo każde dziecko wie, że reklamy kłamią. Oczywiście, samo już takie podejście bardzo mi się nie podoba, bo uważam, że nie ma nic bardziej wstrętnego, niż popisywanie się swoją przenikliwością w stosunku do człowieka, który chce sobie zwyczajnie ponarzekać. Ale w tym akurat wypadku, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ja bowiem doskonale wiem, że reklamy kłamią i że to jest fakt aż nudny w swej oczywistości. Wiem jeszcze coś więcej. Że to nieludzkie namawianie ludzi zagrożonych rakiem, lub zawałem serca, do tego, by sobie poszli do apteki i kupili pastylki, lub ewentualnie do spożywczego i nabyli któryś ze wspomniany tu już aksamitnych jogurtów, cuchnie ewidentnym kryminałem. I to, że ten świat, który wielu z nas tak bardzo imponuje, postanowił ten proceder autoryzować, jest strasznym grzechem. I że, prędzej czy później, natura ludziom odpowiedzialnym za to kłamstwo, jeszcze zdąży zademonstrować, jak można się naprawdę bać.

      Ale dziś chodzi mi po głowie tylko ten kolagen. Kiedy widzę te gładkie fryzury i te pięknie skrojone garnitury. Gdy słucham tych słów, tak pięknie sklejonych zwykłym kłamstwem. Kiedy przyglądam się tym twarzom wykrzywionym w tryumfalnym poczuciu przynależności. Kiedy oglądam te rzędy równych, białych zębów, sączących wiadomość o tym, że oto udało się zrobić następny krok. Gdy widzę tych zdrajców, puchnących z dumy, że wyczuli odpowiedni moment, żeby być tam, gdzie podejmowane są decyzje, myślę sobie, że zbliża się coś niezwykle spektakularnego. Parę razy ostatnio zastanawiałem się, jak to się dzieje, że niektórzy z nas podejmują wybory absolutnie wbrew nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale – o zgrozo – naturze. Że akceptują zło i w jednej chwili w nim toną tak głęboko, że nie mają już stamtąd możliwości wyjścia. Jak to jest?

      Dziś już wiem. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który każe niektórym wierzyć, że można zatrzymać czas. Że, jeśli tylko się człowiek postara, to – zapewniając sobie tę odrobinę codziennej satysfakcji – przy okazji i powstrzyma naturę. To jest ten kolagen. I proszę mi wierzyć. Jeśli dziś myślę o przemyśle, to z całą pewnością nie o przemyśle farmaceutycznym.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...