wtorek, 5 października 2021

Zapraszamy na chwilę rozpaczy

 

       Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale wśród osób przez posiadaczy telewizorów powszechnie rozpoznawalnych znajduje się człowiek nazwiskiem Michał Pieróg. Kim zatem jest ów Pieróg? Powiem szczerze że do końca nie wiem, ale z tego co zdążyłem zauważyć przez te wszystkie lata gdy staram się jakoś tam zorientować w tym co się wokół nas dzieje, jest to nadzwyczaj ekscentrycznie prezentujący się homoseksualista – co nie zaszkodzi nam wiedzieć – żydowskiego jak należy pochodzenia, którego, mimo że kiedyś podobno chciał być tancerzem, dziś jego głównym zajęciem jest występowanie w modowych programach telewizyjnych i macanie po pośladkach i brzuchach aspirujące modelki. Taki fach, taka robota i taki zarobek.

        Wczoraj jednak gruchnęła wieść, że wspomniany Pieróg postanowiwszy dołączyć do anielskiego chóru pożytecznych idiotów prezydenta Łukaszenki, założył na łeb plastikową imitację korony cierniowej, by w ten sposób wesprzeć muzułmańskich imigrantów, od grubych tygodni próbujących się przedrzeć z Białorusi do Polski i w związku z tym koczujących gdzieś w błocie i zimnie po podlaskich lasach.

        Nie wiem jak inni, ale symboliki owej demonstracji, gdzie Pieróg występuje w cierniowej koronie, osobiście nie rozumiem, natomiast, owszem, widzę że po raz nie wiem już który zostaje zaatakowane, i to w sposób który w niektórych innych religiach - w tym jak najbardziej żydowskiej - zwyczajnie pozbawiłoby Pieróga życia, chrześcijaństwo, jednak poza tym tak naprawdę nie stało się nic. Nawet sam Pieróg jakoś szczególnie estradowo nie awansował, a wręcz przeciwnie.

        Mimo swojej dramatycznej wręcz trywialności, zdarzenie spotkało się z bardzo żywą reakcją, gdzie niemal każdy w miarę przytomny komentator uznał, że Pieróg to skończony bałwan, a na dodatek bałwan kompletnie zdemoralizowany, ja natomiast myślę o czymś innym: skąd mianowicie on wziął tę koronę? Osobiście nie słyszałem by na nadmorskich stoiskach z pamiątkami można było kupić sobie cierniową koronę z plastiku i, powiem szczerze, że nie sądzę by gdzieś coś takiego u nas w Polsce było możliwe. Nie wydaje mi się też by Pieróg ów gadżet kazał sobie tu wyprodukować, no bo gdzie i za ile? Mam natomiast bardzo poważne podejrzenie, że on to coś we Francji, Hiszpanii, w Niemczech, czy w Danii gdzieś na targu sobie kupił, tak by się w tym przy odpowiedniej okazji pokazać, by w ten sposób przymilić się do swoich sponsorów ze stacji TVN.  A to by świadczyło, że tam jest jeszcze gorzej niż się mogliśmy dotychczas spodziewać.

       A ja, trochę tę kwestię przeżywając, przypomniałem sobie swój pewien bardzo już dawny, bo jeszcze z roku 2008, tekst, który jak sądzę znakomicie podsumowuje i wspomnianego Pieróga, jak i wszystko to na czym on się wyhodował. Bardzo więc proszę.

 

 

Przyszedł do mnie mój syn, oburzony jak nie wiem co, z informacją z Rzepy, że w Kanadzie mieszka jakiś młodzieniaszek, który od pewnego czasu umieszcza na youtubie filmy, na których osobiście bezcześci hostię. On najpierw tę hostię bierze na rękę w kościele, potem przynosi ją do domu, włącza kamerę i robi z nią najróżniejsze dziwne rzeczy. Albo ją przybija do kawałka deski, albo ją kroi skalpelem, albo na nią rzyga - wszystko jedno. Cel jest jeden. Żeby pokazać całemu światu, co on sądzi o Chrześcijaństwie.

Jednak nie to, co wyczynia ten człowiek, było dla mojego syna najbardziej oburzające. W końcu wariaci są wszędzie i na to sposobu nie ma. Gorszą rzeczą okazało się to, że - jak podaje Rzeczpospolita - youtube, mimo szerokiej akcji protestacyjnej, nie chce usuwać tych filmików z sieci, a pewien naukowiec z pewnego amerykańskiego uniwersytetu, stwierdził nawet, że to, co robi młody Kanadyjczyk jest okay, bo to całe Chrześcijaństwo, ze swoją agresywną naturą na nic lepszego nie zasługuje. Poza tym, wreszcie, żyjemy w wolnym świecie i każdy robi to, co chce.

Oczywiście, sprawa jest poważna i zdecydowanie poruszająca. Raz, że tego rodzaju bluźnierstwo jest ciężkie do akceptowania, a przy okazji ta niezwykła głupota - głupota agresywna i bardzo nonszalancka - zawsze irytuje. Na dodatek, jeśli się słyszy człowieka wykształconego, o jakimś tam, pozornym choćby, potencjale, tłumaczącego, że Chrześcijaństwo jest agresywne, a jednocześnie twierdzącego to z pełnym - i słusznym jak najbardziej - poczuciem bezkarności, to faktycznie można poczuć lekki zawrót głowy.

Ja jednak myślę sobie, że to właściwie nie jest do końca taka zła rzecz, te filmy z chłopaczkiem niszczącym hostię. Popatrzmy na to, co się dzieje wokół na świecie. Popatrzmy na przykład, jak się uczy w szkołach nasze dzieci historii. Jest tyle interpretacji tego, co za nami, że właściwie nie sposób ustalić, co jest prawdą, a co jest fikcją. Taki Wałęsa. Dla jednych kapuś, dla innych bohater. Sama Solidarność - dla jednych wielki ruch obywatelski, a dla innych z kolei związek, od początku całkowicie infiltrowany przez służby.

Ale również zdarzenia starsze, wydawałoby się, dawno już opisane i zdiagnozowane, takie jak Powstanie Warszawskie. Od czasu, gdy Gazeta Wyborcza napisała, że powstańcy mordowali Żydów, właściwie nie mieliśmy do czynienia z jakimiś drastycznymi wybrykami, a tu nagle Leszek Miller na swoim blogu informuje, że Żołnierze Powstania to tchórze i dupki. I co ma z tego wiedzieć młody człowiek?

To historia. Ale spójrzmy na teraźniejszość zupełnie nie-historyczną. Oglądamy film w telewizji i nie wiemy, czy te dinozaury są naprawdę, czy to tylko tak zwana wirtualna rzeczywistość. Do licha z dinozaurami! Nie wiemy nawet, czy aktorzy są naprawdę, czy to już tylko obrazek wytworzony przez utalentowanych speców od grafiki komputerowej. Czy gitara, którą słyszymy to jeszcze instrument strunowy i muzyk, który te struny porusza, czy może to jest tylko syntetyczny dźwięk, stworzony w studio.

Czytałem kiedyś, że w Niemczech, dubbing w filmach został doprowadzony do takiej perfekcji, że wielu młodych Niemców jest przekonanych, że w Ameryce się mówi po niemiecku. Poza tym, w związku z tym, że branża ‘dubbingowa' jest tak silna, że panuje tam pełny monopol, to i jest na przykład tak, że Marilin Monroe jest obsługiwana przez jedną, i tylko jedną niemiecką aktorkę. W efekcie, wielu Niemców, nie dość, że jest przekonanych, że Marilin Monroe mówiła po niemiecku, to na dodatek sądzi, że w jej głosie nie było nic nadzwyczajnego.

Żyjemy więc w świecie, gdzie człowiek absolutnie nie może mieć pewności, czy to co widzi, to rzeczywiście jest naprawdę, czy to tylko złudzenie. Czy to, co mu mówią to prawda, czy już tylko propaganda? Czy te piosenki wymyślił człowiek, czy maszyna?

A do tego dochodzi jeszcze świat informacji. Świat mediów. I tu jest dokładnie to samo. Czy to, co nam mówi pan w telewizorze, to prawda, czy może ktoś nas tylko chce nabrać? Czy rzeczywiście mamy kryzys finansowy, czy może to tylko jakieś interesy, o których nie mamy pojęcia?

Można naprawdę oszaleć. Świat bez stałych punktów, na których jakoś się można oprzeć, jest absolutnie nie do wytrzymania. Można oczywiście iść do Kościoła. Ale i tam może się niespodziewanie okazać, że zamiast normalnego księdza, pojawi się jakiś kaznodzieja z towarzystwa, który będzie nam tłumaczył, że Jezus to jest prawdziwie 'wypasiony kolo'. I co młody człowiek ma z tym zrobić? Przejść na Islam?

A tu proszę. Nagle przed nami coś, co stanowi stuprocentową prawdę. Widzimy opętanego dwudziestolatka, który przypala hostię papierosem i wiemy, że tu nie ma żadnych efektów specjalnych. To jest naprawdę,. To się dzieje! Nikt nam nie powie, że to specjaliści od postprodukcji stworzyli takie złudzenie. TO IDZIE LIVE! Dzień w dzień, mamy do czynienia z historią. Historią nie opowiedziana przez zakłamanych polityków i głupich nauczycieli. Historią autentyczną. I to jest wartość. Wartość, bo prawda.

Na tej samej stronie, w Rzeczpospolitej, czytam artykuł o jakimś telewizyjnym show, w Wielkiej Brytanii, gdzie się torturuje się ludzi, publiczność może to oglądać i mieć frajdę. I tu, sytuacja jest bardzo podobna. To, co widzimy, to nie fikcja. To najprawdziwsza prawda. Ci ludzie wrzeszczą naprawdę i naprawdę robią pod siebie ze strachu. Co byśmy powiedzieli, gdyby się okazało, że oni są wszyscy podstawieni? Przecież ja osobiście bym protestował. Jak można mnie traktować tak niepoważnie? Ja, podobnie jak inni, jestem szczerze spragniony prawdy.

Oglądałem kiedyś film zatytułowany 8 mm, z Nicolasem Cagem. Ogólnie chodzi o to, że Nicolas Cage jest detektywem wynajętym przez pewną wdowę, która po śmierci męża, odkrywa w jego sejfie film pornograficzny z zarejestrowanym brutalnym morderstwem. Ponieważ nie wie, czy dziewczyna na filmie została zamordowana naprawde, czy to tylko taka zabawa, prosi Cage'a, żeby to zbadał. Wchodzi więc nasz detektyw w branżę pornograficzną i spotyka się ze światem czystego zła, na którego krańcach - jak się okazuje - jest oczywiście oferta w postaci prawdziwego morderstwa. Oczywiście nie za drobne pieniądze. Chcesz mieć prawdę, musisz za nią zapłacić. Zapłacić słono.

A my, tu - zupełnie za darmo - dostajemy tego artystę z Kanady, wymyślającego w ramach swojego projektu, kilkadziesiąt sposobów na to, co można zrobić z Ciałem Chrystusa. I mamy youtube, który nam zagwarantuje, że wszystko co on robi, otrzymamy w dobrej jakości, o dowolnej porze dnia i nocy. I mamy naukowca, który w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej mówi „Zachęcam wszystkich, żeby brali z niego przykład."

Miałem ochotę jeszcze Wam coś powiedzieć na temat prawdy, która wyzwala, ale już nie mogę tu dłużej sterczeć. Nagrałem sobie z telewizji fajny program i muszę sobie go obejrzeć. Chodzi o to, że jest czterech kolesi, którzy robią najbardziej    ohydne rzeczy i robiąc je, nie mogą ani się śmiać, ani gadać, ani przestać robić to, co robią. Mogą tylko rzygać. Inaczej tracą punkty. Więc jeden pije sok ze śmierdzących, obsranych skarpetek, ma to robić z kamienną twarzą, a reszta może się śmiać, ale bezgłośnie. I jest fun. To wprawdzie nie idzie live, ale wiem, że tu nie ma picu. To jest fakt. Tu się dzieje historia.

A więc, na razie. Miłego dnia.



 

poniedziałek, 4 października 2021

O ukrytych przed ludźmi skutkach epidemii koronawirusa

        Nie planowałem dziś nic tu nowego wrzucać, ale oto moje dziecko przyniosło mi coś, co uznałem za tak ważne, a jednocześnie nie wymagające niemal żadnego komentarza, że zdecydowałem się zaryzykować. Film trwa ponad półtorej godziny, ale zachęcam do cierpliwego obejrzenia ostatnich dwudziestu minut. Nie wiem kim jest ten człowiek, nie mam pojęcia jaką on ma pozycję w Sieci, natomiast czytam komentarze pod tym czymś i jestem porażony. Jako maleńki bardzo komentarz, mam uwagę do części z nas: gdybym ja choć przez ułamek sekundy poczuł, że mogę być kojarzony z tym kimś, udałbym się w jednej chwili na miesięczną, a najlepiej dwumiesięczną kwarantannę, aż do całkowitego otrzeźwienia.



niedziela, 3 października 2021

Rafał Ziemkiewicz, czyli moje polactwo



Wczorajsze doniesienia, z mojego przynajmniej punktu widzenia, zostały zdominowane przez dwa wydarzenia. Pierwsze to takie, że w Warszawie odbyła się impreza pod nazwą „Męski Różaniec”. Od razu muszę się tu zastrzec , że nie mam nic przeciwko temu, byśmy wszyscy – w tym oczywiście i ja sam, gdy wreszcie uda mi się przemóc swoją gnuśność – odmawiali różaniec jak najczęściej. Jednak gdy czytam o różańcu jako akcji społecznej, która ma przede wszystkim coś – choćby nie wiadomo jak pozytywnego – zademonstrować, to wiem że owo wydarzenie zostanie w jednej chwili wykorzystane przez ludzi, którym różaniec w ręku zdarza się trzymać dopiero od paru lat, natomiast dziś uznali, że właściwie, czemu nie, skoro można coś na tym ugrać.

Więc oto odbyła się owa impreza, a do Sieci trafiło zdjęcie, na których obok całej kupy ludzi, klęczących z pobożnie złożonymi dłońmi na, jak się domyślam, warszawskim Krakowskim Przedmieściu, widzę Jana Pospieszalskiego, który, w odróżnieniu od reszty, wprawdzie klęczy, ale ręce trzyma z tyłu, ewidentnie pozując na bohatera islamskiej egzekucji. Patrzę na to zdjęcie i, znając najświeższą aktywność rzeczonego Pospieszalskiego, wiem w czym rzecz, a owa rzecz napełnia mnie wyłącznie obrzydzeniem i pogardą.

I to jest pierwsza z dwóch informacji dnia. Druga natomiast to ta, że Rafał Ziemkiewicz wraz żoną udali się do Wielkiej Brytanii, by zawieźć tam córkę – która, jak rozumiem, sama by tam sobie nie poradziła – by ta rozpoczęła tam swoje studia na Oxfordzie, i z powodów dotychczas oficjalnie nie ujawnionych ojciec tego dziecka został po wyjściu z samolotu zatrzymany i oddany do dyspozycji brytyjskich służb. Gdy piszę ten tekst, w Sieci dominuje histeria, której głównym przesłaniem jest to, że Ziemkiewicz nie został wpuszczony do Wielkiej Brytanii ze względu na swoje politycznie niepoprawne poglądy i że w związku z tym – tu zacytuję red. Stanisława Janeckiego ze stajni Karnowskich – Polska powinna Brytyjczykom „zrobić z dupy jesień średniowiecza”.

Otóż ja wiem, jakie Rafał Ziemkiewicz ma kłopoty z Wielką Brytanią. Wiem też, że ich początek bierze się stąd, że kilka lat temu grupa polskich lewaków spędzających czas na emigracji zadenuncjowała Ziemkiewicza na policję, informując, że Ziemkiewicz to znany faszysta, a ci, jak to oni, natychmiast oczywiście zareagowali i Ziemkiewicza potraktowali z przysłowiowego buta... no i ów but tam gdzie miał pozostać, to już pozostał. Natomiast, kiedy dziś słucham żali wypowiadanych przez towarzystwo w ten czy inny sposób związane z Ziemkiewiczem i jego dróżkami, przypominam sobie jego niesławną książkę zatytułowaną „Polactwo” i myślę sobie, że może dziś, gdy on jest tak fatalnie sekowany przez rząd Jej Wysokości z powodu rzekomej nieprawomyślności, a tak bardzo mu zależy na tym, by od czasu do czasu pojechać do Wielkiej Brytanii, niech się zwróci do Radosława Sikorskiego – z którym, mam dziwne przekonanie, jest po imieniu – i go poprosi, by się tam za nim wstawił, przedstawiając jako dowód jego dobrych intencji, wspomnianą książkę.

A ja, gdyby trzeba było jakoś pomóc, przypomnę swój tekst jeszcze z roku 2009. Powinien wystarczyć.

 

 

 

      Kiedy dowiedziałem się, że Ziemkiewicz wydał książkę na temat naszych wad narodowych, wiedziałem na sto procent, że to jego „Polactwo” odniesie wielki sukces. Raz, że książki Ziemkiewicza w ogóle cieszą się dużą sympatią czytelników, a dwa – i to dla nas jest akurat dziś najważniejsze – że wśród wielu polskich wad narodowych, jest jednak i ta, którą w pełni gotów jestem potwierdzić i z bólem serca zaakceptować. Otóż znaczna część obywateli – do których w sposób oczywisty należy sam Ziemkiewicz – z niezwykłą przyjemnością lubi opowiadać i słuchać jacy to my Polacy jesteśmy beznadziejni. Z tym naturalnie zastrzeżeniem, że mamy tu zawsze na myśli Polaków z drobnymi wyjątkami. Wiedziałem więc, że książka którą Ziemkiewicz – Polak wyjątkowy – pisze w takiej intencji i do tak stargetowanej grupy wyjątkowych Polaków, musi mu przynieść chwałę. No i przyniosła.

      Dlaczego w stosunku do książki Ziemkiewicza, zatytułowanej „Polactwo”, czuję wyłącznie wstręt? Oczywiście dlatego, że uważam ją za książkę bardzo niedobrą, fatalnie napisaną, intelektualnie niechlujną i nieuczciwą, krotko mówiąc – głupią. Ziemkiewicz wymyślił sobie, że Polacy mają wady narodowe, uznał, że to właściwie jest bardzo ciekawy temat na kolejne parę groszy, a następnie doszedł do wniosku, że jeśli on zapisze swoje na ten temat refleksje na 400 stronach, to akurat będzie w sam raz. I napisał.

      I teraz załóżmy, że Polacy mają dziesięć wielkich narodowych wad. Ziemkiewicz wspomina, jeśli pominąć całą tę jego sofistykę, którą ta jego książka wręcz cuchnie, o zaledwie paru. Ale niech będzie dziesięć. Jak długo można pisać o dziesięciu wadach narodowych? Przez 50 stron? Sto? No… na pewno nie przez 400. Ziemkiewicz napisał książkę na 410 stron, udowadniając wyłącznie jedno: że Polacy zachowują się czasem bardzo nieładnie, a czasem nieładnie mniej. I że wszystkie inne narody również zachowują się bardzo nieładnie, a czasem mniej. Tyle tylko, że kiedy on o tym pisał – na tych 410 stronach – to wszystkie te swoje przykłady objaśniał w jeden sposób. Że kiedy Polacy zachowują się nieładnie, to jest to „polactwo”, a kiedy Niemcy, albo Francuzi, albo Włosi zachowują się podobnie, to też jest to „polactwo”. I to jest oczywiście narodowa tragedia.

       Więc to jest jeden powód, dla którego o Ziemkiewiczu i o jego książce myślę źle. Drugi powód, jeszcze ważniejszy, to ten, że ja uważam stan umysłu, który zaprezentował Ziemkiewicz, za okropnie sztubacki. Pamiętam jak kiedyś, kiedy jeszcze dzieci pisały do siebie listy w systemie Pen Pal i trzeba się było jakoś zaprezentować, to nieodmiennie pojawiał się następujący opis: „Cenię przyjaźń, nienawidzę faszyzmu i głupoty”. Z czasem, gdy stopniowo zniknęły listy papierowe, troszkę zniknął też ów faszyzm, to pozostała przyjaźń i głupota. Tyle że one są już obecne w wypowiedziach ludzi dorosłych. Najczęściej artystów – aktorów i piosenkarzy. Jeśli zapytać Piotra Rubika, albo dziennikarza telewizyjnego Kubę Wojewódzkiego, czy jakąś Małgorzatę Foremniak, co oni lubią, albo czego nie lubią, to najczęściej – o ile któryś z nich nie postanowi zażartować – pojawia się ów stary tekst: „Bardzo cenię przyjaźń, nienawidzę głupoty”. Ziemkiewicz wspiął się nieco wyżej. On dodaje: „Głupoty i polactwa”.

       I teraz jest tak, że za Ziemkiewiczem idzie cała kolejka jego fanów, którzy strasznie są z siebie dumni jeśli mogą powiedzieć odważnie i dobitnie: „Nienawidzę tego naszego polactwa!” A mnie okropnie boli fakt, że wśród nich jest mnóstwo ludzi bardzo wrażliwych, bardzo patriotycznych, bardzo w gruncie rzeczy dumnych z tego, że urodzili się właśnie tutaj, a może nawet i właśnie teraz, tyle że z jakiegoś dla mnie niepojętego powodu nie są w stanie dojrzeć, jakie to jest okropne dojść do tego punktu, kiedy z poczuciem pełnego intelektualnego sukcesu będzie się dumnie wypowiadało to właśnie słowo: ‘polactwo’. I już nawet nie chodzi o to, że ci wszyscy, którzy nienawidzą głupoty, sami są często głupi jak para starych butów, ani o to, że ci wszyscy, którzy wyciągają swoje polskie paluchy na Polskę i krzyczą „polactwo!” sami w sposób najbardziej dobitny owo „polactwo” uosabiają. Dla mnie akurat myślą absolutnie nie do zniesienia jest to, że wielu z moich kolegów używa tego określenia „polactwo”, nie czując jak fatalnie się tym samym znaleźli.

      Ale jest jeszcze jedna, bardzo niezwykła, kwestia. Wspomniane „polactwo” pojawiło się przy okazji robotniczych protestów. Ja oczywiście wiem, że związek zawodowy Sierpień 80, to jest bardzo podejrzana ekipa. Ja bardzo poważnie biorę pod uwagę, że oni są najzwyczajniej w świecie podstawieni. Że te ich okupacje to zwykły humbug, który ma na celu wyłącznie zneutralizowanie prawdziwego gniewu i prawdziwej ludzkiej rozpaczy. No ale to jest jedynie teoria. Oficjalnie sprawa wygląda tak, że jest kryzys, rząd jest absolutnie, ewidentnie i skandalicznie niekompetentny, Polska upada, ludzie tracą pracę, banki wysyłają na rodziny egzekutorów należności, wielu Polaków nie wie jak będą żyć następnego dnia. I generalnie jest spokój. „Polactwo” chodzi pokornie do pracy, kiedy zadzwoni pan ankieter z OBOP-u, grzecznie powie mu, że popiera Platformę Obywatelską, na ulicy nie dość że nie widać rozruchów, to ludzie na ogół są dla siebie uprzejmi i w miarę grzeczni. Tyle że związkowcy z Sierpnia 80 okupują biura poselskie przedstawicieli rządu, a reżimowa policja ich stamtąd usuwa. A to na tle okrzyku ludzi mądrych: „POLACTWO!!!!!”

      Wczoraj Jarosław Kaczyński miał konferencję prasową w Łapach, gdzie Polska ludziom dała tak w łeb, że aż dziw, że nie było słychać w całym kraju. Czy coś się dzieje? Czy „polactwo” odstawiło jakiś kompromitujący cyrk? Jakoś nie słyszałem. Natomiast wciąż słyszę wrzask: „POLACTWO!!!!!!” No i chichot, że Kaczyński się przejęzyczył i zamiast „Prawo i Sprawiedliwość” powiedział „Platforma Obywatelska”.

      Ludzie tracą pracę. Ja tak dokładnie nie wiem, co to znaczy stracić pracę. Przyznaję, że miałem dwa momenty w swoim życiu, że przez chwilę poczułem zapach tej chwili i mimo że to była tylko chwila, domyślam się jak to jest kiedy to nie jest chwila, ale coś dłuższego. Jak się zachowuje człowiek, który się dowiaduje, że właśnie przyszła pora na niego. Niedawno dwa razy słyszałem o ludziach, którzy zastrzelili siebie i swoje rodziny w Ameryce. Czasem słyszę o najróżniejszych demonstracjach w Paryżu, może nie bezpośrednio spowodowanych utratą pracy, ale jakoś tam kłopotami z egzekwowaniem od państwa należności. Płoną wówczas samochody, niszczone są sklepy, a przez całe miasta przelatuje jeden wrzask: „ANARCHIA!!!”. Przepraszam bardzo, czy to jest „polactwo?” A jeżeli to nie jest „polactwo”, to mam rozumieć że „polactwem” jest to, że „polactwo” nie bierze spluwy i nie morduje swojej żony i dzieci z rozpaczy, albo nie wychodzi na ulicę i nie rozpieprza wszystkiego w drobny mak?

      Dziś w „Rzeczpospolitej” znajduję znakomity tekst prof. Krasnodębskiego zatytułowany „Cudownie odzyskana reputacja”, gdzie Krasnodębski pisze tak: „Jedynie stoczniowcy nie dostroili się do świątecznych nastrojów. Nie są w stanie zrozumieć, że jeśli nikt nie chce kupować budowanych przez nich statków, to nikt nie będzie do nich dopłacać z podatków, kosztem nas wszystkich. Wtedy nie stać by nas było ani na SUV, ani na grilla, nie mówiąc już o wieszakach z drewna wiśniowego, sprowadzanych prosto z Londynu. Zupełnie inaczej jest z przedsiębiorstwami europejskimi, które mają znaczenie systemowe. Te mogą i powinny być wspierane przez rządy, zwłaszcza ważnych krajów. W Niemczech przez pewien czas zastanawiano się intensywnie, czy Opel jest takim przedsiębiorstwem, ale ponieważ należy do GM, wynik namysłu był negatywny. Co innego bank Hypo-RealEstate, który być może zostanie znacjonalizowany. Volkswagena na szczęście już od 1937 roku nacjonalizować nie trzeba. W Polsce nie ma żadnych firm ‘systemowych’. I to nie dlatego, że należą do zagranicznych właścicieli. Po prostu, gdy w Polsce upadnie jakaś firma, to ma to takie znaczenie dla systemu światowego kapitalizmu, jak upadek cukrowni czy zakładów naprawczych taboru kolejowego w Łapach. Cukru od tego nie zabraknie, pociągów też. Miejmy nadzieję, że LOT, PKP i inne przedsiębiorstwa po swoim koniecznym upadku przejdą w bardziej sprawne ręce. Pocieszające jest to, że odżyły dziedziny, w których Polacy nadal się sprawdzają. Wrócili na przykład na szparagowe plantacje w Niemczech. W pracy u bauera Polacy są bezkonkurencyjni i tak tradycyjnie w nią wdrożeni, że nawet firma senatora Tomasza Misiaka nie musi robić im szkoleń”.

      Polacy. Spokojne, na ogół bardzo przyjaźnie usposobione społeczeństwo w środku Europy. Mądre jak większość, głupie jak większość. Pracowite jak większość, leniwe jak większość. Trochę naiwne. Dopiero wchodzące w świat talentów i sukcesów. Przez całe dziesiątki lat pod ruskim, albo niemieckim butem. Bez swojego państwa przez ponad sto lat. Z tej niewoli odrodzone ze swoim językiem, swoją wiarą i z tą swoją łagodnością. Niektórzy mówią, że jeszcze ze szczególną gościnnością. I teraz za to wszystko, muszą Polacy znosić ten oskarżycielsko wyciągnięty w ich stronę paluch Rafała A. Ziemkiewicza i to czarne słowo: „POLACTWO”. A obok tego palucha, ten niespokojny szmerek…

       I dalej mi się już nie chce pisać. Bo się poczułem naprawdę fatalnie.

 

A teraz, by całą dzisiejszą kwestię zamknąć, chciałbym zapewnić, że ja doskonale wiem, w jakim stanie znajduje się aktualnie Wielka Brytania, gdy chodzi o problem, z jakim mamy dziś do czynienia. Mam znajomych, którzy tam mieszkają i oni mi mówią, że tam panuje nieustanna atmosfera strachu przed tym, że sąsiad, znajomy, czy osoba zupełnie obca, zadenuncjują nas na policję pod byle pretekstem, w tym akurat wypadku związanym z tzw. polityczną poprawnością, a policja natychmiast, bez pytania o wyjaśnienie, weźmie nas za pysk i jesteśmy praktycznie skończeni. Mówię o atmosferze, którą można nazwać kulturą permanentnego donosicielstwa, jako obywatelskim i prawnym obowiązku. Taka jest od wieków Wielka Brytania, ale rzecz w tym, że w moim głębokim przekonaniu, Rafał Ziemkiewicz, wybierając się tam po tam jak został stamtą już raz wyrzucony, doskonale wiedział na co się naraża i tak naprawdę tego co się stało całym sercem wyczekiwał. Po co? Diabli go wiedzą, ale nie wykluczam, że po to, by podbić sprzedaż swoich książek, a może też stworzyć odpowiedni grunt pod kolejną. W końcu, on ledwie co wyznał, że jest przede wszystkim pisarzem, a nie politykiem.



 



 

piątek, 1 października 2021

Donald Tusk, czyli pijarowa zagrywka prezydenta Putina

 

Bóg mi świadkiem, że staram się jak mogę, by unikać wszystkiego co cuchnie trywialnością, ale co chwilę staję wobec sytuacji gdy owa trywialność się tak rozpycha, że nie widzę sposobu, by udawać, że jej nie widzę, a co gorsza, że nie potrzebuję jej jakoś skomentować. Mamy więc znów Donalda Tuska i mój kolejny tekst ukazujący się dziś w „Warszawskiej Gazecie” , a ja mam tylko nadzieję, że nawet jeśli nie wywoła on jakiś głębszych refleksji, to przynajmniej dostarczy nam tu odrobinę wesela.

 

      Kiedy po raz pierwszy zaczęły pojawiać się informacje o powrocie Donalda Tuska do Polski, muszę przyznać ze wstydem, że taką możliwość bez żadnej dyskusji wykluczyłem. Czemu? A to z tego powodu, że w moim pojęciu, dla niego tego typu decyzja byłaby oczywistym samobójstwem, a w najlepszym wypadku wyjątkowo nietrafioną inwestycją. Po co mianowicie człowiek naprawdę majętny, z zapewne dość solidną pozycją w europejskich elitach i, co najważniejsze, z perspektywą nadzwyczaj wygodnego życia do śmierci, ewentualnie ciężkiej choroby, której przecież nikt z nas nigdy nie może wykluczyć, miałby to wszystko z dnia na dzień rzucać i skakać w coś kompletnie nieznanego, albo, co jeszcze gorsze, znanego aż za bardzo?

        Teoretycznie jednak próbowałem zabawiać się możliwością jego powrotu i uznałem, że z punktu widzenia osobistego komfortu, ja sobie go tu nie życzę, dokładnie tak samo jak nie życzę sobie oglądać tych jego tak straszliwie zakłamanych oczu i wysłuchiwać dzień w dzień jego śliskiej mowy. Ostatecznie jednak, jak wiemy,  fatalnie się pomyliłem, a on tu z nami jest już od paru miesięcy i nie ma praktycznie dnia, byśmy mogli o nim choć na chwilę zapomnieć. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, której nie przewidziałem, ta mianowicie, że kiedy on się nam ukaże, to zobaczymy, że z dawnego Tuska został jedynie cień, a co ciekawsze, że ów cień będzie niczym innym jak żałosną parodią tego wszystkiego, co w nim zawsze było najbardziej odrażające, czyli owa głupota przesłaniana tak bezczelnie demonstrowanym zadowoleniem z siebie.

       Ale i to jeszcze nie wszystko. Otóż ja, pamiętając Tuska jako, co by o nim nie mówić, dość cwanego – w taki szczególny wprawdzie, charakterystyczny dla drobnych kieszonkowców sposób, ale jednak cwanego – polityka, byłem pewien, że on tu jednak wprowadzi nową polityczną jakość, która pozwoli niektórym przynajmniej uwierzyć, że tacy ludzie jak Kierwiński, Szczerba, czy Budka, to jednak wciąż jeszcze nie szczyt możliwości. I oto, proszę sobie wyobrazić, zamiast jakichś świeżych propozycji, dostaliśmy coś co dotychczas znaliśmy z zachowań takich polityków jak Putin, Łukaszenka, czy jacyś afrykańscy kacykowie. Co mam na myśli? Otóż dziś już nie pamiętam, czy to rzeczywiście była Angela Merkel, czy może ktoś inny, jednak ktoś o kim Putin wiedział, że boi się psów, ale na oficjalne spotkaniu z tym kimś pojawił się ze swoim psem wyłącznie po to, by gościa zestresować i upokorzyć. Pamiętam też, jak w tym samym celu, na inne spotkanie prezydent Łukaszenka przyszedł w papciach.

      Tego typu szczeniackich zagrywek znamy z historii współczesnej polityki mnóstwo, a tymczasem dziś przed nami stoi Donald Tusk i wyciąga tę ewidentnie fejkową teściową, rzekomo wstawiającą się za posłami Budką i Siemoniakiem, bo to „pozytywne chłopaki”.

       A więc to jest to co mamy z Donalda Tuska po jego powrocie: pies Putina i papeć Łukaszenki. Amen.



czwartek, 30 września 2021

Zobaczyć oczy Boga

 

      Jak wiedzą bardziej uważni czytelnicy tego bloga, no i osoby, których to co ja mam na co dzień do powiedzenia, owszem, może i interesuje, ale przez brak czasu ograniczają się one wyłącznie do obserwowania moich komentarzy na Twitterze i Facebooku, jestem w posiadaniu czworga wnucząt, z czego troje to dziewczynki między drugim a piątym rokiem życia, a jeden to dzieciątko chłopczyk. Mam wrażenie że już tu o tym pisałem, ale ponieważ jest taka możliwość, że moje słowa nie do wszystkich dotarły, pragnę opowiedzieć pewną historię związaną z faktem, że jestem nauczycielem języka angielskiego i w sposób zupełnie naturalny przyszedł pewnego dnia moment kiedy wypadało mi spróbować nauczyć języka moje własne dzieci. Otóż, nie wgłębiając się w szczegóły, muszę przyznać, że ów plan kompletnie nie wypalił i po zaledwie paru lekcjach okazało się, że jeśli ja się będę upierał, to owa nauka skończy się tak, że albo one mnie znienawidzą, albo znienawidzę je ja, i to wcale nie dlatego, że one były zbyt głupie na coś takiego jak język obcy, ale przez to, że ja do nich nie miałem choćby cienia cierpliwości i każda z tych pewnie trzech, czy czterech lekcji jakie odbyliśmy kończyła się płaczem.

       Dziś moje dzieci są już duże i kompletnie samodzielne, a ja zamiast zajmować się nimi, zajmuję się wspomnianymi wcześniej wnuczętami. A tu, jak wszystko na to wskazuje, nie dość że wszystko wygląda kompletnie inaczej, to jeszcze do tego stopnia inaczej, że ja czegoś podobnego nie wyobrażałem sobie nigdy wcześniej. Też tu chyba opowiadałem historię o tym, jak to moja wnuczka kazała mi przez pół godziny krążyć po pokoju z przeznaczonym dla niej soczkiem i przez owe pół godziny żadne miejsce jej nie pasowało, by ów sok spożytkować, a ja z najwyższą cierpliwością pytałem: „Czyli tu, tak?”, by słyszeć jak ona najpierw odpowiada: „Tu”, by już chwilę później zmieniać zdanie i kazać mi się przemieszczać z tą szklanką, jak kompletnemu idiocie. A ja, oczywiście, jak ów idiota, nie dość że nie dostałem ciężkiej cholery i nie powiedziałem jej żeby mi dała święty spokój, to jeszcze kręciłem się w kółko po pokoju z tą nieszczęsną szklanką i nawet mi oko nie drgnęło.

        Ona wówczas miała, jak sądzę, jakieś dwa i pół roku, dziś natomiast jest już o dwa lata starsza i tak się stało, że zostałem z nią niedawno na dwie godziny zupełnie sam, a ona zażyczyła sobie, bym ją zabawiał. Ponieważ większość propozycji była nie na moje stare kości, uznałem że zaproponuję jej kolorowanki, co spotkało się wręcz z entuzjazmem. Dalej było tak:

- To co drukujemy?

- Motylki.

- Bardzo proszę. Ten może być?

- Nie. Jedź dalej.

- Te tutaj?

- Nie.

- Żaden?

- Jedź dziadzio niżej.

- Te tutaj są ładne.

- Nie. Wróć do góry. Tam był piękny.

- Bardzo proszę.

- Nie. Poszukaj koron.

- Okay. Szukamy koron. Popatrz jakie ładne.

- Nie. Jedź na dół...

       I w ten sposób przez bite dwie godziny: sukienki, korony, motylki, aniołki, koniki ze skrzydłami, kwiatki, serduszka, gwiazdki – a ja przez cały ten czas nie dość że grzecznie siedziałem przed tym durnym laptopem i wpisywałem kolejne hasła, podczas gdy w telewizji akurat leciał mecz Chelsea – Manchester City, i znów, nawet mi nie drgnęła powieka, a wszystko do czasu jak wróciła mama mojej ukochanej wnuczki i powiedziała jej żeby się przestała wygłupiać i dała dziadziowi spokój. No i dała.

       Nie będę tu się dziś popisywał i opowiadał, jak to owa sytuacja mnie zaskoczyła, bo ja od początku wiedziałem, że tak to właśnie będzie, a to z tego prostego powodu, że po tych wszystkich latach doskonale wiem, co to znaczy mieć wnuki. Rozumiem że większość czytelników tego tekstu jeszcze nie doznało owego szczęścia bycia dziadkiem, czy babcią i pełnego zrozumienia, że oto właśnie w oczach dziecka odbija się sam Pan Bóg, a zatem to dla nich przede wszystkim jest ów dzisiejszy tekst, by wiedzieli, że to co najlepsze w ich życiu – jeśli będą mieli to szczęście – jest jeszcze przed nimi.

        Zanim zasiadłem do tego tekstu, przeczytałem na Facebooku wpis Lecha Wałęsy, który, przyznaję, po raz pierwszy, gdy chodzi o niego akurat, mnie autentycznie poraził. Otóż, mówiąc krótko, Lech Wałęsa, przy okazji swoich kolejnych urodzin i chyba po raz pierwszy w życiu, poważył się na taką oto refleksję, że on się boi umierać, bo nie wie, czy nie trafi do piekła. Szczerze powiem, że tak jak, gdy chodzi o niego, nie mam na co dzień absolutnie żadnych dobrych myśli, tym razem wręcz zdrętwiałem. I już chwilę później przyszła mi do głowy myśl, że problem Lecha Wałęsy polega na tym, że on prawdopodobnie nie miał choćby jednej okazji, by spojrzeć w oczy któregoś ze swoich wnucząt, bo to był właśnie ten moment, by dojrzeć w owych oczach obraz samego Boga. Może wtedy byłoby mu dziś znacznie łatwiej. Zwłaszcza że w momencie gdy to zobaczył, zrozumiałby również, że nie ma się czego bać. No i dziś byłoby mu również znacznie lżej.

       I w ten sposób dzisiejszy tekst stał się tekstem typowo politycznym.




     

środa, 29 września 2021

Czy rój meteorytów potrafi zabić Tomasza Siemoniaka?

 

       Być może nie tylko ja zwróciłem uwagę na pewne nadzwyczaj ciekawe zjawisko w naszej polskiej polityce, gdyby jednak był tu ktoś, kto nie to przegapił, wyjaśniam, w czym rzecz. Krótko więc mówiąc, chodzi o to, że gdy poziom zidiocenia polityków opozycji i wspierających ich mediów oraz całej bandy wszelkiej maści celebrytów, sięgnie szczytu, wówczas ni stąd ni z owąd nadchodzi bardzo mocne wsparcie ze strony obozu rządzącego. Jednak i tu, gdy zaczynamy się obawiać, że tym razem przesadziliśmy i już wkrótce zaczniemy obserwować tragiczne efekty owego wybryku, ponownie odzywaja się przedstawciele opozycji i wszystko wraca do znanego nam już wcześniej status quo. Mówiąc o obozie rządowym, bardzo celowo o prawicowych mediach akurat nie wspominam, bo tam akurat niezmiennie urządują redaktorzy Sakiewicz i Karnowski z zespołem, a tak się składa, że na to co oni ogłaszają, pies z kulawą nogą nie raczy już od dawna zwracać uwagi. Jeśli więc po stronie włądzy dochodzi do jakichś bardziej istotnych nieszczęść, to tam z reguły głównym bohaterem jest któryś z posłów, czy ministrów.

      Gdy zatem po całej serii wystąpień najpierw posłów Jachiry i Starczewskiego, następnie przedłużającego się pajacowania Donalda Tuska, a wreszcie kolejnych wystąpień byłego ministra Siemioniaka, najpierw na Facebooku, a potem kolejno w telewizji TVN24 oraz „Gazecie Wyborczej”, ze stałą obecnością stowarzyszonych dziennikarzy, na konferencji prasowej ministrów Kamińskiego i Błaszczaka zaprezentowano zdjęcie jakiegoś Afgańczyka gwałcącego domową zwierzynę, by w ten sposób dowieść, że sytuacja na granicy polsko-białoruskiej jest poważna, a poseł Starczewski oraz jezuita Kramer nie mają racji wzywając do otwarcia granicy, pomyśłałem sobie, że owa krowa, czy – jak się potem okazało, koń – to jest gwódźdź do trumny Zjednoczonej Prawicy, okazało się natychmiast, że możemy jednak spać spokojnie.

       Proszę popatrzeć co się dzieje. Oto polskie służby stwierdzając, że wśród właśnie zatrzymanych podczas próby przekraczania granicy muzułmanów nie dość że znajdują się potencjalni terroryści, poczuły się zmuszone dodać – tak jak byśmy tego sami nie wiedzieli – że owi terroryści to dodatkowo jeszcze sodomici oraz pedofile, a żeby owo doniesienie – podkreśłmy, że potrzebne jak psu na budę – brzmiało bardziej wiarygodnie, publikują zdjęcie jakiegoś arabusa uprawiającego seks z krową, która ostatecznie okazała się klaczą. I ja oczywiście rozumiem, że granic trzeba strzec, a gdy na tych granicach pojawiają się potencjalni mordercy, to strzec ich szczególnie mocno. Rozumiem też, że skoro żyjemy tak niefortunnie w czasach bezwzględnie prowadzonej wojny propagandowej, dobrze jest tych terrorystów pokazać na dużym i kolorowym zdjęciu, jednak już numer z jakimś nieszczęśnikiem chędożącym konia, stanowi kompletną porażkę. Co ministrowie Kamiński i Błaszczak sobie wyobrażali, decydując się na to zagranie? Że opinia publiczna dozna szoku, widząc że te dzikusy wyznają zasadę: „Pies figura, byle dziura”? A może że PiS-owi przybędzie parę punktów procentowych, gdy wyborcy zobaczą, co muzułmanie zrobią z naszymi krowami, jeśli ich tu wpuścimy? Przecież to jest coś absolutnie najgłupszego.

       Powiem więc szczerze, że w pierwszej chwili, gdy dowiedziałem się o tej konferencji, a następnie zobaczyłem to głupie zdjęcie, pomyślałem sobie: „No to pięknie! Teraz nas załatwią na czysto”. Już widziałem jak Internet zaleje cała fala memów z ministrem Kamińskim i krową w roli głównej, oraz produkowanymi z godziny na godzinę komentarzami czołowych dziennikarzy Onetu, czy TVN-u, w których oni będą szydzić z Prawa i Sprawiedliwości, jako partii, która postanowiła przypieczętować swój sukces, epatując swój elektorat zwierzęcą pornografią, gdy nagle – po raz nie wiem już który – okazało się, że nie ma po stronie władzy takiego zidiocenia, którego by nie przebiło jeszczed większe bałwaństwo opozycji. Proszę sobie wyobrazić, że  w sytuacji gdy oni, wydawałoby się, mieli wszystko na dłoni, owa retorsja przybrała formę tłumaczenia nam, że to wcale nie jest takie pewne, czy to zdjęcie jest prawdziwe, że jeden zboczeniec nie świadczy o tym, że wszyscy pozostali też są zboczeni, czy że wreszcie że jak można tego typu szokujące sceny pokazywać ludziom w biały dzień. Mało tego. Nagle sam niesławny portal OKO.press głosem zaproszonego eksperta od zwierząt hodowlanych ujawnił, że po bliższym przyjrzeniu się, rzekoma krowa wcale nie jest krową, lecz klaczą, równie niesławna Magdalena Środa zasugerowała, że minister Kamiński owemu Afgańczykowi sprowadził pod nos ową klacz i zapłacił mu ciężkie pieniądze, by on łaskawie zapozował, a na sam już koniec, chyba najbardziej z nich wszystkich, „Tygodnik Powszechny” paluszkiem którejś z pracownic, której nazwiska szukać mi się nie chce, zwrócił nam uwagę na jak najbardziej historyczny fakt, że współżycie seksualne ze zwierzętami to nic takiego, bo na przykład polskie chłopstwo od lat słynie z tego, że gdy tylko zajdzie od tyłu swoje zwierzę, to nie może się powstrzymać. A na dowód tego zacytowała bardzo historyczny dokument, ujawniający że swego czasu ów proceder był tak powszechny, że pojawiła się propozycja by tradycyjnych pasterzy zastąpić pasterkami, które, jak to kobiety, zawsze gwarantowały moralny porządek.

         Nic nie zmyślam. Tak było. Gdy minister Kamiński wraz z ministrem Błaszczakiem uznali, że numer z krową, o której obaj jeszcze nie wiedzieli że jest koniem, to będzie hit, nawet nie spodziewali się, że już za chwilę portal OKO.press wynajmie eksperta, który im zwróci uwagę na fakt, że na zdjęciu widzimy ewidentną klacz. Mało tego – oni się nie spodziewali, że nie minie pół dnia, jak jeszcze ktoś inny powie im, by się od nich odczepić, bo w końcu zoofilia to zjawisko równie popularne jak picie kawy, czy słuchanie muzyki.

       Tymczasem jest tak, że o samym zdjęciu z krową, czy koniem – nie wiem, czy dziennikarze OKO.press wiedzą, ale to jest bez praktycznego znaczenia – nikt już nie mówi, i w ogóle owych pełzających w kierunku naszych granic morderców nikt nie wspomina, natomiast, owszem, wszyscy z nieustajacym rozbawieniem wracają do kwestii teściowej Donalda Tuska i tego, cóż  ta pani swojemu zięciowi, ciekawego powiedziała. A nie zapominajmy, że są jeszcze Monika Olejnik z Tomaszem Siemoniakiem, Zbigniew Hołdys z Manuelą Gretkowską i, last but not least, Michał Szczerba z Dariuszem Jońskim. No i byłbym zapomniał – Agnieszka Holland na przyczepkę. Bardzo przepraszam, ale to jest armia, której nawet rój meteorytów nie pokona.



      

       

      

 

wtorek, 28 września 2021

Czy trockista Daniel Andrews uratuje ruch antyszczepionkowy przed ostateczną kompromitacją?

 

        Każdy z nas, kto bierze udział w zabawie pod nazwą Twitter, zdążył już zapewne zauważyć, że w ostatnich tygodniach liczba osób i organizacji stających w walce z czymś co oni sami nazywają „fałszywą pandemią”, lub bardziej bezpośrednio „plandemią” radykalnie wzrosła. Oczywiście można by było na ten ruch machnąć ręką, gdyby nie fakt, że znaczna część z nich nie tylko ogranicza się do tego, by protestować przeciwko faktycznemu zmuszaniu ludzi do szczepień, czy głoszeniu rzekomych kłamstw gdy chodzi o samą pandemię, ale z coraz większą agresją, rozwijajacą się w kierunku tak naprawdę autentycznego terroru, wypowiada polskiemu państwu klasyczną wojnę.

       I wcale nie chodzi mi tu wyłącznie – choć to oczywiście samo w sobie ma swoją moc – o to, że osoby zaangażowane w ów ruch robią wrażenie jakby ich całe życie było skoncentrowane wyłącznie na owej „plandemii”, jakby oni wszyscy wpadli w stan histerii, z którego nie wyprowadziłby nawet wybuch wojny rosyjsko-polskiej, ani nawet o to, że oni w obecnej chwili nie mówią inaczej o polskim rządzie, jak o „kurwach”, „nazistach” i „mordercach”, a ministra Niedzielskiego przedstawiaja jako „nowego Mengele”. To co jest w tym szaleństwie najgorsze, to to że oni faktycznie potraktowali swoją misję jako działania wojenne, gdzie jeńców się nie bierze, i w związku z ową wojną, która ma, jak wiemy, swoje prawa, postanowili zaatakować państwo bezczelną propagandą i równie bezczelnym kłamstwem.

        Obserwuję dość uważnie to co się dzieje na Twitterze – Facebook jest tu odrobinę bardziej zrównoważony – i daje słowo, że sytuacja jest poważna. W obliczu tego, że dziś Polska naprawdę ma wiele znacznie poważniejszych zmartwień niż COVID, a sama pandemia istnieje wyłącznie statystykach i teorytycznej przynajmniej konieczności zakładania od przypadku do przypadku na twarz masek, ów ruch antyszczepionkowy – bo do tego tak naprawdę wszystko się to sprowadza – atakuje całą serią ewidentnych zmyśleń, niezmiennie zaczynających się od słów „podobno”, czy „ponoć”, ewentualnie ilustrowanych jakimś pochodzącym nie wiadomo skąd obrazkiem, z których każde próbuje nam wmówić, że już od przyszłego tygodnia polska policja będzie aresztowała każdego niezaszczepionego, a kto będzie protestował, zostanie potraktowany z pełną brutalnością. Z prawdziwą powagą – a byłem tego świadkiem – głosi się choćby, że „podobno” w polskich szpitalach każdy zaszczepiony, który umrze z powodu wirusa, jest kwalifikowany jako osoba zmarła na zwykłą grypę, a owa wiadomość natychmiast zaczyna żyć własnym życiem.

         Wspomniane szaleństwo zostało ostatnio podkręcone przez wydarzenia w Australii, a konkretnie w Melbourne – na co wspomniani komentatorzy dyskretnie nie zwracają uwagi – gdzie władze od ponad roku realizują politykę drastycznego lockdownu i wszelkie protesty uciszają w starym dobrym stylu znanym nam z czasów komuny, gdzie nie ma mowy o żadnej dyskusji, ale pozostaje wyłącznie coś co mistrz Heller określił bon motem: „kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia, za gardło”.

        Pokazują nam więc owi bojownicy o ludzką wolność, którzy nie wierzą w szczepionki, nadzwyczaj drastyczne obrazki z walki policji z demonstrantami na ulicach Melbourne – gdzie, jak mówię, nie ma litości – i nie dość że wzywają polski rząd do wyrzucenia z Polski na zbity pysk ambasadora nazistowskiej Australii to jeszcze prorokują, że to co się dzieje w Australii już za chwilę będzie miało miejsce w Polsce, o ile natychmiast nie wyciagniemy za kudły z tych ich komuszych gabinetów Morawieckigo, Dudy i Niedzielskiego.

      Tu drobna dygresja: Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że te same osoby, które głoszą aż takie podobieństwo między australijskim i polskim reżimem, stale informują o swoich znajomych, którym, mimo zamkniętych granic, udało się rzekomo uciec do Polski akurat. Nie do Szwecji, czy Rumunii, gdzie, jak słyszymy, panuje pełna covidowa wolność, ale tu do nas, pod mengelowski but ministra Niedzielskiego.

       Ciekawe jednak tak naprawdę jest coś innego. Otóż, jak część z nas wie, ze względu na obowiązujacy w Australi polityczny system, poszczególne stany mają swoją autonomię i własną politykę wewnętrzną, a w Melbourne, podobnie jak w całym stanie Victoria, akurat władzę od niemal 10 lat sprawuje niejaki Daniel Andrews, stary komunista o trockistowskiej proweniencji, z woli mieszkańców, co ciekawe, regularnie wybierany z ogromną przewagą na stanowisko premiera, i co jeszcze ciekawsze, z tej samej woli mieszkańców, uzyskujacy z każdymi kolejnymi wyborami coraz większe poparcie, i co nawet jeszcze ciekawsze przez niemal wszystkich obywateli stanu oceniany, jako absolutny mistrz w walce z pandemią. Czy ktoś się zatem dziwi, że on, widząc nagle na ulicach Melbourne tysiące zdesperowanych ludzi żądających czegoś co oni nazywają wolnością, bierze ich zwyczajnie za twarz i ową twarz wbija w ziemię?

        No i to jest akurat Melbourne i, jak sądzę, tylko Melbourne, bo, jak znam życie dalej na prowincji jedni drugich mają w głębokim poważaniu i każdy zajmuje się sobą. Tymczasem nasi antyszczepionkowcy – których, jak już wspomniałem, z każdą chwilą jest coraz więcej – czy to z głupoty, czy może z wyrafinowania, epatuja nas tym migawkami z ulic Melbourne i zapewniają, że jeśli Polacy się nie zreflektują, to już za chwilę ten nazista Niedzielski będzie ów australijski eksperyment realizował u nas.

       Czemu oni to robią? Ktoś powie, że to przez ich jak najbardziej szczere przekonanie, że pandemii nie ma, a szczepionki zabijają. I ja oczywiscie biorę pod uwagę, że są wśród nich i tacy, niemniej moim zdaniem znaczna większość z nich, z różnych powodów – a głównie z owego starego przekonania, że szczepionki to generalnie zło – postanowiła się nie zaszczepić, a dziś widząc, że bez owego tak zabawnie nazywanego „paszportu covidowego” będą mieli ciężko, zwyczajnie zwariowali i aby jakoś zracjonalizować swoją postawę, siedzą od rana do wieczora w internecie i zbierają kolejne dowody na to, że świat oszalał, a to oni są tymi ostatnimi Mohikanami.

      Nawet jeśli każdy z owych dowodów będzie się zaczynał od słów „ponoć”, czy „podobno”, ewentualnie będzie ilustrowany znalezionym na youtubie filmem z ulic Melbourne.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...