czwartek, 12 sierpnia 2021

O durnych aktorach i jeszcze durniejszych dziennikarzach

Jak pewnie wszyscy już wiemy, wczorajszy dzień dostarczył nam wrażeń, które nam wystarczą na kolejne miesiące, ja jednak, zamiast komentować niewątpliwą polityczną przenikliwość Jarosława Kaczyńskiego, który ku naszemu zdziwieniu, niemal z dnia na dzień, postanowił zaprzyjaźnić się z Pawłem Kukizem, czy w ogóle sam przebieg wypadków, który doprowadził w końcu do zaatakowania posła Dobromiera Sośnierza przez jakąś bandę wariatów, chciałbym poświęcić dzisiejszą notkę dziennikarzom, z obu stron politycznej – no bo przecież nie medialnej – sceny. Stało się bowiem tak, że w pewnym momencie, gdy po raz pierwszy raz od grubo ponad roku, nieopatrznie postanowiłem przełączyć się na TVN24, zorientowałem się, że tam jest znacznie gorzej i przypomniał mi się mój dawny tekst sprzed lat, w którym wysunąłem sugestię, że to nie aktorzy stanowią najgłupsze środowisko na tej planecie, ale dziennikarze właśnie. To jest bowiem coś co wczoraj właśnie, kiedy wsłuchiwałem się w relacje TVP Info i TVN24 na zmianę, mnie tak bardzo uderzyło: Dziennikarze są głupsi. Ktoś powie, że łatwo mi to mówić, bo nie było Andrzeja Seweryna. No ale czy to moja wina? Zapraszam. Jesteśmy w roku 2013.

 

 

       Trudno mi powiedzieć, czy mamy do czynienia z jakąś starszą już wypowiedzią Roberta Mazurka, czy może to jest co, czym on postanowił się z nami podzielić dopiero na fali ostatnich wydarzeń, ale owa opinia dotarła do mnie dopiero parę dni temu. Chodzi mianowicie o to, że wspomniany Mazurek określił aktorów, jako grupę zawodową jeszcze głupszą od dziennikarzy, co na pierwszy rzut oka robi wrażenie wyjątkowej ekstrawagancji, ale wszystko wskazuje na to, że Mazurek nie żartował, Zatrzymajmy się jednak na nim, dziennikarzu z całą pewnością nie najmądrzejszym, ale też jednak nie takim, do którego intelektualnie mógłby się choćby zbliżyć taki Maciej Knapika, by już nie wspominać o Knapika redakcyjnej koleżance Katarzynie Kolendzie Zaleskiej. A mimo to wystarczy spojrzeć na jego zdjęcie, które on z całą pewnością musiał osobiście zaakceptować i zatwierdzić, jakie w każdy poniedziałek publikuje tygodnik „W Sieci”, żeby widzieć, że jego opinie na temat aktorów są, nawet jeśli słuszne, to odrobinę bezczelne. Mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga wiedzą, o co mi chodzi, bo nie bardzo wiem, jak inaczej mogę to, co chcę powiedzieć, wyjaśnić.

       A przecież, jak mówię, Mazurek to typowy w tej branży przeciętniak, a kto wie, czy nawet nie ktoś mieszczący się wyżej przeciętnej. Skoro jednak jesteśmy przy zdjęciach i tygodniku „W Sieci”, rzućmy okiem na jego wydanie z mijającego tygodnia, gdzie w pewnym momencie widzimy kolorowe, całostronicowe zdjęcie, nie, nie Jerzego Urbana, który ostatnio „autorom niepokornym” służy jako pierwsze źródło inspiracji, ale jak najbardziej „naszego” Krzysztofa Feusette. Stoi ten Feusette z wbitym prosto w obiektyw aparatu super-groźnym spojrzeniem, w pozie jakby za chwilę miał wysączyć przez zęby ów kultowy już w niektórych środowiskach tekst: „Na ziemię, psy! I morda w piach!”, a ja już się tylko zastanawiam, co go powstrzymało, by jeszcze sobie wsadzić między wargi zapałkę i spróbować wyglądać jak Brudny Harry. Czemu on tak się komicznie ustylizował? Otóż poszło o to, że inny dziennikarz, Tomasz Lis napisał, zdaje się, że na Twitterze, tekst w którym wspomniał nazwisko Feusette, no i ów Feusette postanowił go wykończyć, a po to, by go w tej akcji jakoś wesprzeć, redakcja „W Sieci” uznała, że tak będzie dobrze. A więc oprócz Mazurka, mam tego Feusette, a przecież to też nie jest koniec.

        Wielu z nas zapewne potwierdzi, że Mazurek ma rację, i że aktorzy od dziennikarzy są faktycznie głupsi, a ja sobie myślę, że sprawa wymaga zdecydowanie więcej uwagi, a przez to i miejsca, no i stąd te refleksje. No bo popatrzmy na tych dwóch: Mazurka i Feusette, dziennikarzy oczywiście trzymających dość jednoznaczny standard, jednak raczej wyższy niż niższy. Kogo moglibyśmy im przeciwstawić spośród aktorów. Tak by nikt nam nie zarzucił, że nie jesteśmy niesprawiedliwi? Powiedzmy, że weźmiemy tu Cezarego Pazurę, lub nawet tego Holendra, którego nazwisko akurat wyleciało mi z głowy, ale który jest przez wielu z nas odpowiednio szanowany. Czy zatem Pazura i ten drugi są od Mazurka i Feusette głupsi? No, może od Mazurka tak, ale jak idzie o Feusette, wcale już takiej pewności nie mam, mimo że Mazurek mnie przekonuje, że od niego też.

        Ja wiem, że on tego bloga nie czyta, ale gdyby jednak jakimś cudem to robił, to zapewne by zaprotestował, krzycząc, że on wcale nie miał na myśli Pazury, tylko Olbrychskiego. A więc świetnie. Proszę uprzejmie. Weźmy Olbrychskiego. Weźmy choćby i Kondrata. No ale każdy chyba przyzna, że cokolwiek byśmy myśleli o Mazurku, czy nawet o Feusette, Olbrychski to zupełnie inna kategoria wagowa. Jeśli decydujemy się na Olbrychskiego, czy z aktorek Krystynę Jandę, to ja byłbym za tym, by w tej konkurencji dziennikarze nie wystawiali Mazurka, ale, powiedzmy, Tomasza Wołka, czy Kolendę-Zaleską. A jeśli już mówimy o Wołku, to czy nie znajdzie się ktoś, kto powie, że Łukasz Warzecha wcale nie jest gorszy? Albo, skoro pojawiła się postać Kolendy, to czy nie powie nam nikt, że jesteśmy niesprawiedliwi wobec Dominiki Wielowiejskiej? Zresztą, wszyscy pewnie zdajemy sobie sprawę z tego, że tu akurat możliwości jest znacznie więcej.

       No dobra. Zapomnieliśmy o aktorach. Do ścisłej czołówki największych bałwanów w branży wybraliśmy – to znaczy ja wybrałem, ale myślę, że nikt się na mnie za to nie pogniewa – Daniela Olbrychskiego i Krystynę Jandę. Ustaliliśmy już, że Wołek i Kolenda mają bardzo mocną konkurencję; czy ma ją też tych dwoje? No dobra. Powiedzmy Maja Komorowska i Wojciech Pszoniak. O tak! Pszoniak zwłaszcza. No a dalej? Kto poza Pszoniakiem? Andrzej Chyra? Czy ja wiem? Jeśli nie brać pod uwagę tego, że on nie wie, jak ma na imię Prezydent RP, a to w końcu nie jest rzecz aż tak bardzo kompromitująca, to o nim wiele nie wiem. Zamachowski? Może. Jerzy Stuhr? Jan Nowicki? No dobra, oni by się z całą pewnością nadawali.

       Muszą jednak Państwo przyznać, że nie jest aż tak łatwo. Aktorów znamy całą masę, ale nie jest tak prosto zacząć od Frączewskiego, przez Gajosa, by skończyć na Annie Seniuk i powiedzieć, że oni są głupsi od Macieja Knapika, Andrzeja Morozowskiego, Jarosława Kuźniara, Justyny Pochanke, czy Jacka Pałasińskiego, że wspomnę tylko przedstawicieli jednej jedynej stacji telewizyjnej. A gdzie Polsat? Gdzie TVP? Gdzie wreszcie Superstacja z jej czołową gwiazdą Janiną Paradowską?

       Otóż moim zdaniem, Robert Mazurek, twierdząc, że aktorzy są głupsi od dziennikarzy, jest w bardzo dużym błędzie. Te wszystkie lata spędzone w zawodzie, który polega wyłącznie na tym, by się ćwiczyć w sztuce kłamstwa doskonałego, musiały uczynić w mózgach aktorów szkody niewyobrażalne. Nie da się zachować człowieczeństwa, jeśli owo człowieczeństwo zostaje niejako zakwestionowane już na samym początku tej kariery. Mam jednak wrażenie, że wielu aktorów, szczególnie tych zaczynających dopiero karierę, zdając sobie sprawę z zagrożeń, bardzo dba o to, by skoro już mają upaść, to żeby przynajmniej się przy tym za bardzo nie potłuc. Czemu tak jest? Nie wiem? Może dlatego, że jak by na nich nie patrzeć, oni mają pewien talent, który sprawia, że są jednak artystami. Oczywiście, gdy idzie o ludzi takich jak Olbrychski, Pszoniak, czy Nowicki, dla nich nie ma już żadnego ratunku, ale kiedy czytam, czy oglądam występy któregoś z tych mniej zaawansowanych, odnoszę wrażenie, że z nimi można by było przynajmniej spróbować porozmawiać. Mam tu na myśli choćby Krzysztofa Majchrzaka, czy nawet tego bałwana Lindę.

      Jeśli idzie o dziennikarzy, nie jestem w stanie wskazać jednego, z którym miałbym ochotę zamienić choćby jedno słowo. Tam już mamy czyste nieszczęście. Czy to jest Tomasz Terlikowski, czy Bronisław Wildstein, czy oczywiście Żakowski ze swoim bratem bliźniakiem Najsztubem, ja bym się im nawet bał podać rękę. A popatrzmy na tych wszystkim młodych, dopiero startujących w tym zawodzie, jak jakaś Arletta Zalewska, czy ta cizia z Polsatu. Przepraszam bardzo, ale to ja już chyba wolę towarzystwo Moniki Olejnik.

       O tak! Robert Mazurek pewnie bardzo by chciał wierzyć w to, że on i jego koledzy są w jakikolwiek sposób lepsi od Janusza Gajosa, Piotra Fronczewskiego, czy Anny Seniuk, ale nic z tego. Tu nawet nie ma porównania. Jak już bardzo chcą, niech się próbują potykać z jakimiś politykami, choć też im nie wróżę wielkiego powodzenia. No, najwyżej, jak trafią na tego dziwnego człowieka w sukience i doczepionym biustem, bo już Palikot może się okazać zbyt twardy.

       Chciałbym jakoś ładnie i możliwie spektakularnie zakończyć tę, samą w sobie spektakularną, bo aż ociekającą celebrytami, notkę, i nie przychodzi mi do głowy nic poza tym, by wstawić tu pewne zdjęcie. Już może bez komentarza. Bo ono komentuje się samo zupełnie dobrze. Proszę się mocno złapać krzeseł, nabrać głęboko powietrza, i do dzieła.




środa, 11 sierpnia 2021

Jarosław Gowin, czyli wykopki

 

No i wreszcie nasze modlitwy zostały wysłuchane i Prezes podjął odważną decyzję, by na zbity pysk ze swojego rządu wywalić Jarosława Gowina. Chętnie bym owo wydarzenie jakoś oryginalnie skomentował, jednak – jak to niestety ostatnio coraz częściej bywa – mam wrażenie, że niemal wszystko co mogłoby zostać potraktowane jako oryginalne, wykorzystałem już z naddatkiem, i dziś jedyne co mi pozostaje to przypominanie swoich dawnych słów. Oto więc mój tekst jeszcze sprzed ośmiu lat, napisany dla „Warszawskiej Gazety”, a następnie powtórzony tu na blogu, gdzie swoją radość z aktualnych wykopek prezentuję w sposób niemal doskonały. Bardzo proszę.

 

      Gdybym miał opisać swój stosunek do Jarosława Gowina, musiałbym sięgnąć pamięcią do zdarzenia sprzed lat, kiedy to z moim synem pojechaliśmy do Krakowa na koncert Morrisseya, i wychodząc z dworca, natrafiliśmy na wspomnianego Gowina. Szedł ów Gowin z naprzeciwka, a więc najprawdopodobniej na pociąg do Warszawy, ciągnął za sobą walizkę na kółkach, a ja myślałem tylko o jednym: że gdyby mu tak podstawić nogę, albo zwyczajnie kopnąć w tyłek, i zobaczyć, jak on i ta jego walizka wspólnie się wywalają, można by autentycznie zakosztować smaku życia.

      Toniemy niestety jednak wszyscy w cywilizacji, w dodatku ograniczeni przepisami prawa, gdzie nawet jeśli się da w pysk zdrajcy i zaprzańcowi, można trafić do pudła, a w najlepszym wypadku stracić ciężko i uczciwie zarobione pieniądze, splunęliśmy więc tylko przez ramię, i poszliśmy coś zjeść.

       Tak się więc oto przedstawia stan moich emocji i sumienia, gdy idzie o osobę Jarosława Gowina.

       Ktoś spyta, czemu akurat dziś postanowiłem się nim zajmować. Otóż doszły mnie słuchy, że prominentny i zasłużony poseł Platformy Obywatelskiej Jarosław Gowin został przyjęty przez Jarosława Kaczyńskiego i panowie o czymś sobie pogadali. Cześć z komentatorów spekuluje, że Gowin przyszedł do Kaczyńskiego, aby sprawdzić warunki swojego ewentualnego przejścia do PiS-u, kiedy to już Donald Tusk nie będzie miał innego wyjścia, jak go – wraz oczywiście z wszystkimi jego sojusznikami – z partii wyrzucić. No i w związku z tymi spekulacjami pojawiają się różnego rodzaju niepokoje.

       W tej sytuacji, mam dla wszystkich zaniepokojonych dwie informacje. Jedną dobrą, a drugą niestety nie najlepszą. Otóż jestem mocno przekonany, że nie ma takiej możliwości, by Gowin, Godson, i kto tam jeszcze pozuje na platformerskiego konserwatystę, zostali przyjęci do PiS-u. Tak źle i głupio na szczęście jeszcze nie jest. Jeśli idzie o przyjmowanie kogo bądź, PiS akurat dotychczas zachowuje dość czyste konto. Natomiast – i to już jest wiadomość niewesoła – odnoszę bardzo przykre wrażenie, że Jarosław Kaczyński szykuje się na przyszłe rządzenie w taki oto sposób, by partia, jaką Gowin założy po wyrzuceniu go z Platformy, i z którą najprawdopodobniej jednak jakoś tam wejdzie do Sejmu, była przyszłym koalicjantem Prawa i Sprawiedliwości. Ot tak, na wszelki wypadek.

       W tej sytuacji mam do powiedzenia tylko jedno. Wchodzenie w koalicję z kimś takim jak Gowin i cała ta reszta bałwanów, która z siedzenia okrakiem na płocie uczyniła cnotę, jest czymś znacznie gorszym, niż robienie politycznych interesów nawet z Leszkiem Millerem. To jest coś jeszcze gorszego, niż codzienne znoszenie obecności Romana Giertycha.

       Przepraszam bardzo, ale jeśli tak ma wyglądać przyszły rząd, gdzie przyszłość Polski będzie się rozstrzygała w politycznych przepychankach pomiędzy Jarosławem Gowinem a Jarosławem Kaczyńskim, to ja się wycofuję. Końcówka mojego życia jest dla mnie zbyt cenna, by marnować ją na codzienne użeranie się z własną bezradnością.



 

niedziela, 8 sierpnia 2021

Radek Sikorski, człowiek który zamieszkał na dziewiątym kręgu

Dziś proponuję Państwu swój ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety", z istotnym uzupełnienieniem. Z przyczyn oczywistych zachowanie Radka Sikorskiego musiałem lepiej czy gorzej opisać, tu natomiast dołączam odpowiedni filmik, a Państwo mogą ocenić, czy mój opis był celny.

       


      Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się wymienić w tym miejscu nazwisko Radka Sikorskiego, ale zakładam, że bez tego chyba się jednak obyć nie mogło. Niemniej, jak mówię, nie pamiętam. Dziś jednak to jemu chciałbym poświęcić te kilka słów. Otóż, nie wiem, czy Państwo zwrócili to zauważyli, ale w Internecie pewną karierę w tych dniach robi filmik, na którym widzimy wspomnianego Sikorskiego, jak w jakiejś oficjalnej sytuacji zachowuje się jak... no nie wiem. Znają Państwo ów obraz człowieka, który idzie ulicą i całym swoim zachowaniem pokazuje, że jest pod wpływem tak zwanych „dopalaczy” i każdy ruch, każdy gest, jaki wykonuje, sugeruje, że chce wyrzucić z siebie coś co w nim siedzi i go dręczy wręcz nie do wytrzymania. Ze względów oczywistych nie jestem tu w stanie zaprezentować tego obrazu, ale tak to właśnie wygląda: siedzi ów Sikorski za jakimś stołem, obok innych jemu podobnych, ktoś tam coś mówi, a on się zachowuje jakby chciał wyrzucić z siebie złego ducha. Mam nadzieję, że mogą to sobie Państwo wyobrazić.

       No a gdy chodzi o mnie, to ja ogladam tę scenę i się nie dziwię. Gdy chodzi o mnie, to moim zdaniem ten nieszczęśnik już dawno sprzedał duszę Diabłu i jedyne co dla nas w tym wszystkim może być zagadką, to jak do tego doszło i w którym momencie to się zaczęło. Myślę o tym od dawna i za każdym razem wracam do tego momentu gdy ukończywszy w swojej Bydgoszczy trzecią klasę liceum, nasz Radek – jeden z przywódców szkolnych strajków roku 1981 – otrzymał najpierw paszport, a następnie brytyjską wizę, by udać się na Wyspy w celu podszkolenia się w języku angielskim. Tam, w momencie gdy wypadało wrócić do Polski, by kontynuować edukację i szykować się do matury, ów młodzieniec zostaje w Anglii, prosi o polityczny azyl i niemal od razu zostaje przyjęty na studia w Oxfordzie, które oczywiście kończy z sukcesem.

        Ale już w następnej kolejności myślę o owym nowojorskim Żydzie, Applebaumie, który uznaje za dobry geszeft, by oddać swoją córkę nie dość że jakiemuś Polakowi, to jeszcze zdeklarowanemu patriocie i katolikowi. Myślę o nim i daję słowo, że odpowiedzi na gnębiące mnie pytania nie znajduję.

       No i znów po raz nie wiem który oglądam ów dzisiejszy filmik, na którym Radosław Sikorski w sposób oczywisty nie jest ani pijany, ani chory, ale do tego stopnia opętany, że przyczyną owego opetania może być już tylko omyłkowo wydany towar, względnie sam On, a więc TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnej Okazji. No i wracam myślą do jeszcze wcześniejszego wspomnienia, a więc owego zdjęcia, gdzie Radek Sikorski stoi gdzieś w białym garniturze, a na spodniach, w okolicach kroku, widać paskudną ciemną plamę. Wspominam to zdjęcie i myślę sobie, że to jest naprawdę człowiek-zagadka.



czwartek, 5 sierpnia 2021

Krótka instrukcja napuszczania jednych na drugiego

 

          Mam oczywiście świadomość, że wszyscy mamy mnóstwo powodów, by się interesować i cieszyć życiem, nie zważając na to, co nam wrzucają media i ci wszyscy którzy je utrzymuja w odpowiedniej kondycji, niemniej chciałbym dziś rzucić okiem na kwestia jak najbardziej dziś dyskutowaną we wspomnianych mediach, a mianowicie zapowiedzianą przez miłościwie nam panujące Prawo i Sprawiedlwość podwyżką uposażeń polityków, począwszy od samego dna, czyli Lechu Wałęsy, a kończąc na obecnym prezydencie Andrzeju Dudzie. Oczywiście dla nikogo z nas tu obecnych zapewne nie ulega cienia watpliwości, że owe sześć tysięcy złotych w sprawie którego od pewnego czasu nieustannie jęczy wspomniany Lech Wałęsa, to wstyd i hańba dla dużego, posiadajacego swoje ambicje państwa w centrum Europy. Każdy z nas jednocześnie wie naturalnie, że oni wszyscy mają swoje osobne sposoby, by zadbać o odpowiedni stadard życia, niemniej jednak, jeśli już mamy się trzymać tego co oficjalne, to, owszem, owe podwyżki nie podlegają dyskusji. I tu wypadałby uznać, że mamy koniec rozmowy, ja natomiast chciałbym wspomnieć o czymś znacznie ciekawszym.

          Jak wiemy, w momencie gdy władza zapowiedziała owe podwyżki, natychmiast odezwał się nie kto inny jak Donald Tusk plus jego świeżo kompletowana drużyna i owej propozycji powiedziała twarde „nie”. To jednak, plus wszystko to co ową deklarację otacza, z mojego punktu widzenia można było przewidzieć od samego początku. Wiadomo było od zawsze, że w momencie gdy pojawi sie propozycja podwyższenia wynagrodzeń polityków, Donald Tusk, a za nim całe to „posłuszeństwo”, którego działania obserwujemy niemal każdego dnia, pokażą że oni są przeciwko, bo to się przecież nie godzi, by politycy zarabiali miliardy, podczas gdy przeciętny nauczyciel historii Jan Kowalski nie wie jak związać koniec z końcem.

        Ja tymczasem mam tu pewną teorię, co do której prawdziwości mam swoje wątpliwości, jednak uważam ją za tyle ciekawą, że chciałem się nią tu podzielić. Otóż kiedy obserwuję ruchy na politycznej scenie, głównie opanowanej przez tak zwaną „totalną opozycję”, a wywołane przez ową zapowiedź podwyżek, odnoszę wrażenie, że – pomijając oczywiście samego Donalda Tuska, który ma głęboko w nosie to, ile będą zarabiali jego dawni znajomi – wszyscy dokładnie posłowie, senatorowie, ministrowie, prezydenci i diabli wiedzą kto jeszcze, wyczekują tej podwyżki jak kania dżdżu. Wszyscy oni razem, wiedząc że PiS i tak zrobi dla swoich co chce, w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, ową podwyżkę oficjalnie będą kontestować.

       Ja się natomiast zastanawiam, co będzie, gdy po tym jak Donald Tusk tych wszystkich swoich rycerzy postawił już do pionu i kazał im wystąpić przeciwko interesom swoim i swoich rodzin, a oni posłusznie pochylili przed nim swoje łby, władza zakomunikuje, że no właściwie to co ogłasza przewodniczący Tusk to święta racja, nie wypada by polscy politycy zarabiali choć grosz więcej niż dotychczas,  i oni wszyscy w tym momencie pozostaną z przysłowiową ręką w nocniku. Kto wówczas zostanie tym głównym przegranym? No i kto zostanie przy tym tym pierwszym wrogiem? No kto?

       Ale myślę sobie jeszcze coś więcej. Otóż gdybym ja był na miejscu Jarosława Kaczyńskiego i został niespodziewanie skonfrontowany z powrotem do kraju Donalda Tuska, z taką perspektywą że on już za chwilę przejmie cały rząd dusz i poprowadzi Polskę do Nowego Wspaniałego Świata, to ja bym właśnie zrobił właśnie to: ogłosiłbym podwyżkę uposażeń dla polityków, a potem już tylko spokojnie czekał aż ten dureń połknie ów haczyk i zrobi to co wszyscy właśnie widzimy, że zrobił. Potem oczywiście bym wystąpił w państwowej telewizji, przeprosił za swój niefortunny i nieprzemyślany pomysł i w ramach zadośćuczynienia za ów błąd od nowego roku w ramach swoistej bonikfikaty pensje politykom obniżył. Ludzie związani z obozem władzy jakoś by sobie oczywiście poradzili, natomiast co z resztą, to już nie moja sprawa. Ogłosiłbym więc akcję „Reset”, a potem bym wrócił do domu, włączył telewizor i spokojnie czekał na informacje na temat tego jak się miewa przywódcza pozycja Donalda Tuska.

       Tak bym zrobił ja i mam bardzo mocne wrażenie, że taki to właśnie był plan. Piszę o nim dziś bez jakiejkolwiek pewności, że mam słuszność i moje koncepcje mają rację bytu, niemniej jestem spokojny. Nawet jeśli się okaże, że wykazałem się odpowiednią przenikliwością, i tak to właśnie się rozwija, to i tak oni o tym nie usłyszą, a nawet gdyby, to i tak już za późno.



 

środa, 4 sierpnia 2021

Andy Gill czyli paradoks rzeczy

 

       Opisując owo wydarzenie, bardzo krótko powiem tylko, że po śmierci Mao Tse Tunga, dla kontynuowania rozpoczętej przez niego tak zwanej rewolucji kulturalnej, a jednocześnie powstrzymania ewentualnych zmian, polityczną władzę w Chinach miała zamiar przejąć jego czwarta żona oraz troje jej partyjnych kolegów, jednak ich starania zostały w jednej chwili zneutralizowane, wszyscy zostali aresztowani, a następnie skazani albo na karę śmierci, albo na długoletnie więzienie, a pamięć o nich została zapisana w popularnej nazwie „Banda Czworga”. A mnie ani owa grupka, ani tym bardziej samo wydarzenie nie zainteresowałoby ani na moment, gdyby nie muzyczna grupa, reprezentująca scenę brytyjskiego punk rocka wczesnych lat 80-tych, o nazwie Gang of Four. Ja oczywiście wiedziałem o co chodzi z tą Bandą Czworga i co mieli w głowie członkowie owego zespołu, gdy postanowili w ten akurat sposób się zatytułować, niemniej bez śladu wstydu przyznaję, że zarówno wtedy, jak i w dalszym ciągu dziś, kiedy jestem już starszym panem, uważam ich za jeden z najwybitniejszych rockowych projektów minionego wieku, a gitarzystę Andy Gilla – wieść niesie że bez niego gitarzysta Edge z popularnego zespołu U-2 mógłby najwyżej grać ballady Donovana w brytyjskich pubach – mogę słuchać bez końca.

        A zatem, jak powszechnie wiadomo, legenda brytyjskiego punk rocka Gang of Four to komuniści i to komunisci nie byle jacy. Trochę tak jak jeden z największych jazzowych kontrabasistów w historii gatunku, śp. Charlie Haden, który swego czasu zadeklarował, że każdy dżwięk jaki dotychczas zagrał i jeszcze zagra „zostanie poświęcony Wielkiej Czerwonej Rewolucji”. Ja jednak, mimo ciężaru jaki przyszło nieść tym dwóm, słucham ich regularnie i z nadzwyczajną radością, dokładnie tak samo jak oglądam obrazki Marka Raczkowskiego, słucham piosenek rappera Łona, czy zachwycam się grą aktorską Daniela Olbrychskiego. Tak to już bowiem jest, że są ludzie którzy dostali od Pana Boga ten jeden jedyny talent, ale jakimś cudem go nie zakopali i będąc kompletnymi idiotami, potrafią jakoś tam ubarwić nasze życie.

       No ale mówiliśmy o zespole Gang of Four i to o nich dziś jest ten tekst. Otóż, jak się właśnie dowiedziałem, gitrzysta zespołu Andy Gill, jedyny oryginalny jego członek, który, nie zważając na upływ czasu, zdecydował się ciągnąć ten projekt w tej samej co wówczas formule, zmarł 1 lutego zeszłego roku z powodu zapalenia płuc i związanych z nim dolegliwości, a oficjalnie przyjęta opinia jest taka, że jest on jedną z pierwszych osób, które zmarły w wyniku zakażenia COVID-19. Czemu tak? Otóż przyczyna jest, nomen omen, zabójczo prosta. Otóż jesienią roku 2019 zespól udał się na występy do swoich ukochanych Chin i to tam go właśnie ów wirus dopadł.

       Niektórzy na to mówią „karma”, ja jednak będę nadal słuchał piosenek zespołu Gang of Four, teksty które oni wyśpiewują zachowam w głębokiej dupie, no a przede wszystkim będę się modlił za duszę Andy Gilla i wszystkich tych, którzy jeszcze planują póść jego śladem.



wtorek, 3 sierpnia 2021

Wołają na niego Donald Tusk


Gdy po raz pierwszy pojawiły się zapowiedzi, że Donald Tusk może wrócić do Polski i ponownie stanąć na czele Platformy Obywatelskiej, by spróbować wyrwać nas z podwójnego nelsona jaki nam założyło Prawo i Sprawiedliwość, miałem do tego planu stosunek ambiwalentny. Oczywiście bardzo liczyłem na to, że on tu wróci i po niedługim czasie zostanie aresztowany, a następnie wyrokiem sądu wtrącony do oszklonej celi, gdzie do końca świata będą mogły oglądać szkolne wycieczki, z drugiej jednak strony bardzo bałem się tych dni, kiedy on zacznie się udzielać w mediach i nas zwyczajnie – przepraszam za język, ale nic lepszego mi do głowy nie przychodzi – wkurwiać. Ostatecznie więc uznałem, że lepiej będzie dla mojego zdrowia jeśli on tam w tej Brukseli zostanie i spokojnie tam zdycha, a ja przynajmniej będę miał spokój.

Jak dziś już wszyscy wiemy, wrócił, a moje obawy okazały sie słuszne w stopniu, którego pewnie nikt się nie spodziewał. Gdybyśmy zachowanie Donalda Tuska zechcieli nazwać dziś wspomnianym wcześniej „wkurwianiem”, stanowiłoby to skandaliczne niedopowiedzenie. Gdy słucham codzienhych relacji na temat tego, co ten kosmita wyrabia, odnoszę wrażenie, że jego dziś już prawdopodobnie nienawidzą wszyscy działacze Platoformy Obywatelskiej, a jeśli któryś z nich wciąż jeszcze nie strzelił go w ten tępy pysk, to chyba tylko dlatego, że nie ma do końca pewności, jak ów gest zostanie przyjęty przez resztę.

Mogę się, jak zawsze oczywiście, mylić, niemniej jednak wciąż mam bardzo mocne przekonanie, że jeszcze chwila, a ktoś faktycznie nie wytrzyma i wsród powszechnego entuzjazmu odeśle go do wszystkich diabłów. A przecież nie zawsze tak było. Pamiętam czas, gdy Donald Tusk był zaledwie jeszcze jednym bałwanem, który się zaplątał w gąszczu polityki. Poświęciłem mu nawet, jako było nie było premierowi rządu RP, paręnaście tekstów. Oto jeden z ciekawszych. Mamy rok 2013.

   

 

 

 

 

      Zdaję sobie sprawę z tego, że zajmowanie się po tych wszystkich latach kimś takim, jak Donald Tusk jest zajęciem z pewnego punktu widzenia mocno kompromitującym, zdarzyły się jednak ostatnio, jedna po drugiej, dwie rzeczy, związane właśnie z tym dziwnym człowiekiem, które mnie zainspirowały do tego stopnia, że zwyczajnie nie potrafię się opanować. Zanim przejdę do sedna, powiem może od razu, o co chodzi. Otóż pierwsza z nich, to książka firmowana przez żonę Premiera, Małgorzatę Tusk, gdzie, jak słyszę, w pewnym momencie przyznaje ona, że był taki moment w ich wspólnym życiu, kiedy ona uznała, że „ten Donald to jednak jest głupi”. Tam akurat jest trochę więcej tego typu uwag, jak choćby ta, że on był „mendowaty i lubił wypić”, jednak to „głupi” ze względów, które przedstawię niżej, zrobiło na mnie wrażenie największe.

      Druga przygoda, która ostatecznie sprowokowała mnie do napisania tego tekstu, związana jest z wizytą Tuska u jakiejś rodziny, gdzie w pewnym momencie widzimy, jak on włazi do pokoju ich synka, siada na jego łóżku w pozycji „na Putina” (swoją drogą, ciekawe, czy on się tego nauczył właśnie od niego) wyciąga z reklamówki prezent dla dziecka, coś tam mruczy pod nosem, jakby nie za bardzo wiedział, co mu tam dali, a następnie rzuca „Król Lew!”. Ja wiem, że to trzeba zobaczyć i że żadne słowa nie zastąpią obrazu, ale się postaram. Otóż w tym momencie Tusk robi wrażenie kogoś, kto jest tak nieprawdopodobnie „głupi” właśnie, że nie jest w stanie nawet wykonać czynności tak prostej, jak wyjęcie prezentu, przekazanie go dziecku i wypowiedzenie tego jednego, czy dwóch zdań: „A tu prezent ode mnie, film o ‘Królu Lwie”. Mam nadzieję, że jeszcze nie widziałeś”.

      Gdy chodzi o Donalda Tuska, ja właściwie od pierwszego dnia miałem bardzo czysty jego obraz, to znaczy, wiedziałem, że to jest skończony bałwan, a kto wie, czy nie ktoś jeszcze gorszy. Natomiast wciąż się pojawiała pewna kwestia, która mnie napełniała wątpliwościami. Otóż raz na jakiś czas pojawiał się ktoś, kto go znał bardzo dobrze, i kto mnie informował, że Tusk to człowiek niesłychanie przebiegły, o szczególnej inteligencji, polityk, który ma w sobie coś takiego, że ani Palikot, ani Gowin, ani choćby i Schetyna nie są w stanie go przechytrzyć. I w takich chwilach myślałem sobie, że ten dysonans jest dla mnie nie do przejścia. Ja najzwyczajniej w świecie nie rozumiem, jak ktoś w tak oczywisty sposób „głupi”, może jednocześnie odnosić takie sukcesy w zarządzanej przez siebie branży.

        Wizyta Donalda Tuska u tej rodziny – co zresztą już pewnie wszyscy mieliśmy okazję przeżyć – jest od początku do końca czymś bardzo szczególnym. Mamy bowiem człowieka, który funkcjonuje w samym centrum życia publicznego od ponad dziesięciu już lat, który, wydawałoby się, co jak co, ale zachowania opisanego wyżej typu, ma opracowane od początku do końca. Tymczasem to, co widzimy, to jest popis tak niesłychanej niezgrabności, że, przy całej swojej skromności, oświadczam publicznie, że ja bym potrafił się zachować lepiej.

       Ktoś powie, że Tusk pewnie tak naprawdę jest człowiekiem bardzo nieśmiałym, albo kimś, dla kogoś udawanie jest rzeczą zbyt trudną, by je skutecznie eksploatować, no ale mam nadzieję, że nikt z nas w to nie uwierzy. Jego można podejrzewać o wszystko, ale z całą pewnością nie o nieśmiałość i naturalność. Donald Tusk to człowiek, który jest cały skonstruowany z plastiku, nieśmiałość natomiast jest dla niego uczuciem równie obcym, jak… ja wiem? Strach, smutek, czy radość. Donald Tusk, to, na moje oko, jest kimś, kto w momencie, gdy mu się wyjmie baterię, może równie dobrze przestać istnieć. Tymczasem on wchodzi do tego mieszkania i zachowuje się, jakby ci, co go zaprogramowali, zapomnieli zainstalować któryś z elementów, i on nagle stanął oko w oko ze swoim… no właśnie, czym? Małgorzata Tusk twierdzi, że on jest „głupi”.

        I to, moim zdaniem, jest czymś niezwykle ciekawym. Jak sięgam pamięcią, wśród najbardziej standardowych obelg, słowo „głupi” raczej nie funkcjonowało. Jeśli chcieliśmy komuś dokuczyć, mówiliśmy, że to „idiota”, „kretyn”, czy choćby – że pozostaniemy przy poetyce proponowanej przez Małgorzatę Tusk – „menda”, czy „tuman”. Określenie „głupi”, jeśli się nie mylę, nigdy nie pełniło funkcji retorycznej, lecz czysto opisową. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że Małgorzata Tusk sama tej książki nie pisała, i że w ogóle sam pomysł na to, by ona powstała, nie należał do niej. Mam jednak pewność, że to zdanie „Ten Donald jest jednak głupi”, to jest jej osobista zasługa. A jeśli tak, to ona go określiła w ten sposób nie tak, jak się czasem mówi, że ktoś jest „gangsterem”, „złodziejem”, czy właśnie „idiotą”. Słowo „głupi” opisuje ludzi – cokolwiek by to miało znaczyć – po prostu głupich.

      Oglądam więc jeszcze raz tę szczególną wizytę w tym nieszczęsnym domu, patrzę na tego tak zwanego premiera i myślę, że wiem doskonale, co ona miała na myśli mówiąc, że „Ten Donald to jednak jest głupi”. Jak wiemy, jestem żonaty od niemal 30 już lat, i myślę, że nie ma takiego epitetu, którym moja żona, a wcześniej narzeczona, mnie nie zaszczyciła. Ona nawet – czego nie wykluczam – mogła mi powiedzieć, że jestem chamem i idiotą, czy nawet chujem. Natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że jej nawet do głowy by nie przyszło, by kiedykolwiek o mnie powiedzieć, że jestem „głupi”. A później jeszcze się tym chwalić

       No właśnie: chwalić się. Małgorzata Tusk, przyjmijmy nawet, że sama pisze tę książkę, i przyznaje w niej, że jej mąż jest, czy choćby tylko był, „głupi”. Rzecz w tym, że, z tego, co zdążyłem zauważyć, ona – w odróżnieniu choćby od mojej żony – nie jest kimś szczególnie… lotnym. Poza tym, przepraszam bardzo, ale żeby wyjść za mąż za kogoś takiego jak Donald Tusk, trzeba mieć w sobie coś szczególnego. Staje więc ona przed nami, wywleka jakieś osobiste sprawy sprzed lat, opowiada o tym, jak to zdradziła swojego męża, jak to drugie ich dziecko zostało poczęte wyłącznie na zasadzie consensusu, jak to ich wspólne życie było dla niej nieustannym użeraniem się z jej własnym przekonaniem o tym, że wyszła za człowieka „głupiego”, a ja sobie myślę, że jeśli to jest świadectwo kogoś takiego, jak ona, to ono ma wartość szczególną. Wystarczy przecież spojrzeć na te ich dzieci: przecież nie ma takiej możliwości, by to była tylko wina jego genów.

      No więc w końcu zostajemy tylko z tą jedną informacją. On jest głupi. Po prostu, głupi. Zyta Gilowska kiedyś powiedziała, że on jest też człowiekiem okrutnym. I jest rzeczą oczywistą, że to określenie, również nie ma waloru retorycznego. Jeśli ktoś jest okrutny, to jest okrutny. Jeśli jest głupi, jest głupi. Jeśli natomiast jest głupi i okrutny, to znaczy, że powinniśmy wszyscy zachować pełną gotowość. Bo diabli wiedzą, co się może wydarzyć. To już chyba lepiej trafić na zwykłego rzezimieszka.



 


piątek, 30 lipca 2021

Czy europosłowie Koalicji Obywatelskiej zrzucą się na trumnę dla pułkownika Mazguły?

       Prawdopodobnie wszyscy pamiętamy scenę z któregoś z wielu antyrządowych protestów ostatnich lat, kiedy to były oficer służb peerelowskich, Adam Mazguła, wszedł na mównicę i stojąc obok prominentnych bojowników o wyzwolenie Polski z rąk pisowskich siepaczy, skarżył się jak to on dziś nie jest w stanie wyżyć za głupie 2 tysiące złotych. Pamiętamy też pewnie poparcie jakiego udzieliła Mazgule cała zjednoczona antypisowska opozycja, załamując ręcę nad losem człowieka, który poświęcił życie służbie Polsce, a dziś jest zmuszony żyć na ulicy. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że to jest zwykłe zawracanie głowy, bo kto jak kto, ale taki Mazguła krzywdy sobie zrobić nie da. Z drugiej jednak strony liczyliśmy na to, że w ten czy inny sposób dokonała się jakaś tam sprawiedliwość i owa myśl pozwalała nam mieć tę swoją małą satysfakcję. I tu okazuje się nagle, że ona jest tylko w minimalnym – choć symbolicznie znaczącym – stopniu usprawiedliwiona.

       Oto, jak to zdarza się niekiedy, a ja tu, owszem, nie omieszkam o tym wspomnieć, udałem się tydzień temu na krótki wypoczynek do moich ogrodów dzieciństwa, czyli do Sławatycz nad Bugiem, i właśnie stamtąd wróciłem. Nie wiem jak to się dzieje, ale praktycznie zawsze, ile razy stamtąd wracam, przywożę ze sobą wiadomosci pierwszej absolutnie klasy. I oto,  proszę sobie wyobrazić, nie inaczej jest i dziś. Otóż spotkałem tam w tych moich Sławatyczach człowieka, który zatrudniony jest w MSWiA i tam odpowiedzialny jest za administrowanie mieszkaniami, które przez cały okres powojennej Polski były przydzielane pracownikom służb wojskowych oraz milicyjnych. W ramach swoich obowiązków, musi mój znajomy nawiedzać te mieszkania, tak samo dokładnie jak nasze mieszkania odwiedzają pracownicy administracji, czy innych urzędów, ile razy zachodzi konieczność tej czy innej interwencji. I oto co się okazuje? Otóż, jak relacjonuje mój znajomy – przypominam, urzędnik MSWiA – niemal wszystkie z tych mieszkań są wynajmnowane, a ponieważ nasza historia dotyczy Warszawy, wynajmowane za ciężkie pieniądze, podczas gdy ich faktyczni najemcy pomieszkują w możliwie najbardziej wypasionych willach, których formalnymi właścicielami oczywiście są ich żony, dzieci, wnukowie, bracia, siostry, czy diabli wiedzą kto jeszcze, bo oni sami naturalnie muszę się gnieździć w służbowych klitkach. Znajomy mój się oczywiście z nimi od czasu do czasu spotyka i oni na te spotkania przyjeżdżają samochodami równie wypasionymi jak wspomniane wille, a każdy z nich po około 300 tys. zł.

        I teraz najciekawsze. Otóż w prywatnych pogawędkach każdy z nich się niezmiennie żali, jak to jego życie straciło dotychczasową radość, gdy okazało się że zamiast 11 tys. emerytury oni muszą żyć za owe dwa tysiące. I teraz dochodzimy do punktu gdzie trzeba nam się zastanowić, jak to jest z tymi dwoma tysiącami. Otóż podczas gdy wychodziłoby na to, że owe dwa tysiące nie zmieniają sytuacji ani na jotę, to, jak się okazuje, nie jest tak dobrze, bo dzięki temu że im zabrakło na tak zwane waciki, zmuszeni są oni sięgać do oszczędności, a, jak wiemy, życie z samych oszczędności nie jest do końca przyjemne. I to oni włąśnie, jak twierdzi mój znajomy, dostają największej cholery, gdy widzą jak ich miejsce na nadmorskich wybiegach zajmują beneficjenci programu 500 + i wielu innych wprowadzanych systematycznie przez rząd Prawa i SPrawiedliwości, żrąc te dorsze z frytkami i srając na wydmach. I to te właśnie służby, które tworzą tak naprawdę legiony, przede wszystkim stoją za tą kampanią, którą możemy obserwować w relacjach takiego choćby „Newseeka”, czy Onetu.

       I to jest oczywiście wiadomość dobra, nieco rónoważąca wcześniejszą, że im się akurat wielka krzywda nie stała. Ale jest jeszcze coś, co wyszło zupełnie niespodziewanie z rozmowy jaką prowadziłem na nasz dzisiejszy temat z innym znajomym. Otóż jego zdaniem, większość osób pokrzywdzonych w aferze Amber Gold, czy, w tej najnowszej, Getbacku, to są głównie oni. W końcu zastanówmy się, kim może być ów człowiek, który przed kamerami telewizji skarży się, że przez działanie tych oszustów stracił  500, 800, czy 950 tys. zł. No kim? My wiemy, że gdy chodzi o słynne SKOK-i, tam swoje oszczędności kierowali ludzie pobożni i pełni miłości do Ojczyny. Przepraszam bardzo, ale kto był taki cwany, by  zaufać akurat tym dwóm dobrodziejom z Wrocławia czy z Trójmiasta?

       W sumie, jeśli się zastanowić, a przy tym wrócić do pułkownika Mazguły, to jest dobrze. On wprawdzie póki co ma z czego żyć i gdzie mieszkać, ale jest całkiem spora szansa, że i tak prędzej czy później na trumnę będzie się musiała złożyć rodzina, albo co gorsza, kumple z Europarlamentu.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...