czwartek, 10 czerwca 2021

O sprowadzaniu rzeczy do Goebbelsa

 

      Proponuję byśmy dziś może zaczęli od Wikipedii:

„Reductio ad Hitlerum, czasami Argumentum ad Hitlerum, także: ad Nazium – pozamerytoryczny sposób argumentowania, w którym następuje próba unieważnienia czyjegoś stanowiska na podstawie tego, że ten sam pogląd miał Adolf Hitler lub NSDAP.

Zauważony przez Leo Straussa w 1953 roku reductio ad Hitlerum zapożyczył swoją nazwę od terminu używanego w logice, reductio ad absurdum. Według Straussa reductio ad Hitlerum jest formą ad hominem, ad misericordiam, czyli błędem nieistotności. Sugerowanym uzasadnieniem jest poczucie winy przez skojarzenie. Jest to taktyka stosowana w celu wyeliminowania argumentów interlokutora, ponieważ takie porównania mają tendencję do rozpraszania uwagi i powodowania złości adwersarza”.

       Przyznamy chyba wszyscy, że zwłaszcza w ostatnich czasach, gdy opisane wyżej zjawisko, czyli dramatyczne nadużywanie owego przedziwnego sposobu walki z przeciwnikiem, rozpanoszyło nam się niemiłosiernie, fakt że, jak się okazuje, sposób ten jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku został nazwany i pokazany palcem, musimy przyjąć z satysfakcją. Ja dziś może jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś, co mnie przy tej okazji bardzo zainteresowało, tyle że w tej konkretnie sytuacji nie do końca jako owo Reductio at Hitlerum, ale coś co możemy opisać jako Reductio ad Goebbelsum, co zresztą, zgodzimy się chyba wszyscy, nie robi większej różnicy.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, znany nam niefortunnie uniwersytecki profesor Jan Hartman wypowiedział się na temat krakowskiego arcybiskupa Jędraszewskiego, a uczynił to w następujący sposób:

„Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody, dla których nie mówi się o napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan.

Nie można mówić, że Jędraszewski jest ‘tylko faszystą’. To nie jest ‘tylko’ – to po pierwsze. Po drugie, jest kimś gorszym. Nie mówi językiem włoskich biskupów i papieży łaszących się do Mussoliniego, lecz językiem samego Hitlera. Jędraszewski przekroczył granicę między faszyzmem a nazizmem – nie wolno udawać, że się tego nie widzi”.

      Ktoś powie, że Hartman zwariował i to jest oczywiście bardzo możliwe, podobnie jak możliwe jest to, że on zwariował jeszcze w czasach, gdy liberalne media w Polsce nie wiedziały o jego istnieniu i potrzebowały trochę czasu, by mu założyć na łeb postronek. Nie o to jednak chodzi. To bowiem co mnie bardzo interesuje – a Hartman jest tu zaledwie dość ciekawym przykładem – to dlaczego akurat Hitler, Goebbels, czy ogólnie nazizm. Ten nasz świat trwa niezliczone już wieki, mniej więcej od czasu gdy wąż uwiódł Ewę, Kain zabił Abla, a potem wszystko już poszło z górki, i – przepraszam wszystkich bardzo – ale, jeśli przyjrzymy się losom wspomnianego świata, to cóż nam po Hitlerze? I proszę mi uwierzyć, że nie mam tu na myśli ani króla Heroda, cesarza Kaliguli, króla Henryka VIII, Stalina, czy reprezentującego już nowsze czasy Pol Pota. Przecież, jak to się niekiedy mawia, „tego kwiatu jest pół światu”. A zatem, pozwolę sobie powtórzyć: co nam może taki Hitler?

       Czemu zatem stało się tak, że to właśnie owi wybitni przedstawiciele narodu niemieckiego zasłużyli na to wyróżnienie, by ich stawiać jako wzór manipulacji? Ktoś powie, że to dlatego, że II Wojna Światowa miała miejsce stosunkowo niedawno, jej skutki objęły znaczną część tak zwanej „cywilizowanej” części globu, no a poza tym, gdy chodzi o zasługi owych Niemców, to co do ich oceny zgadzają się akurat wszyscy. Tu akurat, pomijając samych Niemców, istnieje pełna zgoda co do tego, że Hitler to, krótko mówiąc „bad guy”, i to, idąc dalej wspomnianym tropem, „bad guy” do tego stopnia, że trudno znaleźć coś lepszego, gdy celem jest poniżenie, a przynajmniej doprowadzenie do wściekłości przeciwnika. I znów, te wszystkie wyjaśnienia brzmią dobrze, zwłaszcza gdy, jak wiemy, dla wielu nie było w historii świata większego zła, jak Holokaust, a odpowiedzialnoscią za niego mozna obarczyć Polaków, ewentualnie Kościół Katolicki. To wciąż nie jest wystarczający powód, by – tak jak to ma miejsce w przypadku wybryku Hatrmana – akurat Goebbelsa, stawiać jako jedyny wzór wcielonego zła.

      Otóż, moim zdaniem, to wszystko bierze się stąd, że taki Hartman, profesor uniwersytetu, w gruncie rzeczy przedstawia intelektualny poziom zwykle zarezerwowany dla tak zwanego „prostego chłopa”, który jedyne co wie, to to, że dobry był Gierek, a zły Hitler, ewentualnie Kaczyński, i wszystko co dalej, czy głębiej pozostaje dla niego niedostępne. I znów ktoś powie, że może Hartman jest na tyle sprytny, że on zdaje sobie sprawę z tego, że ludek do którego on się zwraca nie będzie wiedział kim był Kaligula, Neron, czy Pol Pot, a z kolei Stalin jest mu duchowo zbyt bliski, by szargać jego pamięć. No ale tu też mamy kłopot, bo ci co są jako tako otwarci na słowa Hartmana, nie dość że nie mają pojęcia, czym jest faszyzm, a czym nazizm, to im nazwisko Goebbels mówi mniej więcej tyle samo co nazwisko jego sekretarki, Pomsel. Hitler – owszem, ale Goebbels – mowy nie ma. To już, przepraszam bardzo, ale o wiele lepiej byłoby gdyby on, próbując obrazić abp. Jędraszewskiego, wspomniał Hitlera. Że to by mogło Hartmana wpędzić w prawne kłopoty? No więc dobrze, w takim razie trzeba było po prostu napisać: „Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody...” itd.

     Jestem pewien, że tu by wszystko zagrało, zarówno pod wzgledem zarówno procesowego bezpieczeństwa, jak i skuteczności propagandy. Wprawdzie i tu, ci co śledzą publiczną aktywność prof. Hartmana, nie bardzo byliby w stanie przyjąć zdania przekraczającego klasyczne 15 słów, ale Kaczyńskiego z księdzem by połączyli, a Hitler też by się im we łbach z automatu pojawił.  No ale wygląda na to, że Hartman to jednak nie tylko wariat, ale zwykły bałwan.




 

 

 

 

wtorek, 8 czerwca 2021

Kto się boi słoika z nutellą?

 

Od pewnego czasu jestem wplątany w uczenie czegoś co od lat śni mi się po nocach jako tak zwany „business English”. Szczerze powiedziawszy co do tego, że to coś to nic innego jak wyjątkowo głupi mit, mam przekonanie niemal od samego początku swojej zawodowej kariery, i z prawdziwą satysfakcją wspominam ten dzień kiedy po raz pierwszy któregoś z chętnych do nauki wspomnianego „business English”zapytałem, czy on wie, jak powiedzieć po angielsku „Przykro mi, ale nie jestem zainteresowany państwa ofertą”, a on mi odpowiedział: „I sorry but I not interesting by your offert”. W czym rzecz? Otóż problem polega na tym, że podczas gdy większość z osób, które na propozycję nauki po prostu języka angielskiego, reagują zapewnieniem, że angielski to oni znają, ale tego czego im brakuje to słownictwa biznesowego, oni tak naprawdę owo słownictwo znają nie najgorzej, natomiast nie mają pojęcia co z nim zrobić, żeby było dobrze.

A więc tę prawdę znam od bardzo dawna, natomiast przy okazji lekcji na których prowadzenie dałem się namówić i nie bardzo mam możliwość traktować je przy pomocy swoich pomysłów, miałem okazję zapoznać się z najbardziej chyba kultowym podręcznikiem wykładajacym ów „business English”, zatytułowanym Market Leader i ręce mi opadły. Przepraszam bowiem bardzo, ale kto w bliższej czy dalszej okolicy, uczący się języka angielskiego potrzebuje do czegokolwiek czegoś takiego:

„Discuss an example you know of a company which communicates well with its customers or a company which communicates badly. What advice would you give to the bad communicator?”

A więc, jak się domyślamy, sytuacja nie jest prosta, ale do czego służy wieloletnie doświadczenie, jeśli nie do tego by sobie radzić w trudnych sytuacjach? Przed nami prawdziwy „business English”, w dodatku jakże inspirujący do poszukiwania tego co naprawdę ważne. Oto pierwszy rozdział z mojej ksiązki o ludziach dobrego i złego sukcesu. Gdyby ktoś miał ochotę, zachęcam. Mam jeszcze parę ostatnich egzemplarzy. Można do mnie pisać na adres k.osiejuk@gmail.com

 

 

      Kiedy 14 lutego 2015 roku w Monte Carlo, w wieku 89 lat, po wielomiesięcznej chorobie zmarł Michele Ferrero, zdecydowana większość miłośników czy to Nutelli, czy czekoladek Ferrero Rocher, czy może tak zwanego „jajka z niespodzianką”, czy choćby wreszcie skromnych Tic-Taców na całym świecie nawet, tego zdarzenia nie zarejestrowała. Większość z nich, tak jak dotychczas, kupowała te słodkości i delektowała się ich smakiem, nie mając nawet pojęcia, że oto zmarł człowiek, który to wszystko dla nich stworzył i im to dał. Taki jednak jest ten świat – a już zwłaszcza świat, w którym przyszło nam żyć dziś –  skonstruowany, że wszystko, co można znaleźć w sklepie i na co możemy pozwolić sobie, by to w każdej chwili mieć, traktujemy, jak coś, co się nam zwyczajnie należy, coś, na co sobie zapracowaliśmy, i co jest czymś niemal tak oczywistym, jak jajecznica na śniadanie, czy bułka z serem do pracy. A więc odejście Michele Ferrero nie spowodowało ani tego, by świat się zatrzymał, ani tego nawet by choćby westchnął. Może tylko część z nas, która mniej więcej się interesuje i orientuje w tym, kto dziś rządzi światem, pokiwała w zamyśleniu głową, bo zmarł najbogatszy na Ziemi producent słodyczy i w ogóle jedna z najbogatszych na świecie osób, z rodzinnym majątkiem wartym ponad 25 miliardów dolarów. A to już jest wiadomość.

      A wszystko zaczęło się tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, kiedy to we wszystkich krajach, gdzie toczyły się walki, miały miejsce potężne braki w zaopatrzeniu w jedzenie, w tym oczywiście w postaci takich luksusowych produktów, jak czekolada. Jednak tu historia firmy Ferrero SpA, nie zaczyna się od Michele, lecz od jego ojca Pietro, który znakomicie oceniając sytuację, postanowił odtworzyć coś, co już raz w historii miało miejsce, a mianowicie tuż po wojnach napoleońskich, kiedy to powszechna bieda zainspirowała lokalnych producentów do opracowania mieszanki orzechów laskowych i czekolady. Tym razem jednak Pietro Ferrero zdecydował się nie na cukierki, jak to miało miejsce w poprzednim jeszcze wieku, lecz na słodką pastę o nazwie Pasta Gianduja, którą można by było smarować chleb w taki sposób, by sześcioosobowej rodzinie słoik owej pasty starczył na miesiąc.

      Syn Michele Ferrero, a wnuk Pietro, Giovanni, w wywiadzie dla BBC, jeszcze w zeszłym roku opowiadał: „To dziadek wymyślił tę formułę. Był człowiekiem, który na jej punkcie miał kompletną obsesję. Opowiadała mi babcia, jak którejś nocy dziadek obudził ją w środku nocy, podsunął jej do ust łyżeczkę z Nutellą, kazał jej spróbować i zapytał: ‘I jak? Co powiesz na to?’”.

      Pasta, wówczas jeszcze produkowana i sprzedawana pod nazwą Supercrema Gianduja, zdobywa w jednej niemal chwili stosunkowo dużą popularność, i to do tego stopnia, że już w roku 1946 Pietro i jego brat Giovanni sprzedają ją w ilości 300 kg miesięcznie, by w ciągu dwóch następnych lat spopularyzować produkt w całych Włoszech i osiągnąć sprzedaż wielkości 50 ton kremu miesięcznie. I wtedy to właśnie, w roku 1949 Pietro nagle umiera i firmę przejmuje brat Giovanni, po śmierci którego z kolei, w roku 1957 wszystko już trafia do rąk Michele. Do dziś wciąż cytuje się fragment listu, jaki przejmując wówczas obowiązki szefa, Michele skierował do pracowników firmy: „Deklaruję się poświęcać całą swoją energię i wysiłek dla dobra firmy i przyrzekam wam, że nie zaznam pełnej satysfakcji z kierowania firmą, jeśli nie będę miał pewności, że wy i wasze dzieci możecie liczyć na bezpieczną i spokojną przyszłość”. 

       Sposób, w jaki Michele zarządza firmą jest na tyle dynamiczny, że tak naprawdę to ani jego ojciec, ani stryj, są dziś uważani za twórców zarówno firmy, jak i produktu, ale właśnie on od samego początku ekspanduje poza teren Włoch, starając się, by owa niezwykła pasta dotarła do jak najszerszego odbiorcy. Jednak jego rzeczywisty geniusz poznajemy, kiedy w roku 1964 wpada na pomysł, by przede wszystkim zmienić nieco formułę owej pasty i strzec jej już do końca, jak oka w głowie, tak samo ściśle, jak znany z przepięknej hoistorii Roalda Dahla, Willy Wonka chronił swoje produkty. Przede wszystkim jednak oryginalną włoską nazwę Supercrema Gianduia, zastępuje bardziej uniwersalną, łatwiejszą do wymówienia nazwą, Nutella i w ten sposób tworzy najsłynniejszy tego typu produkt na świecie.

       Michele Ferrero bardzo agresywnie zdobywa kolejny rynek za rynkiem, a następnie, nie dając konkurencji zasnąć, w roku 1969 opracowuje produkcję i wprowadza na rynek drażetki Tic-Tac, by zaledwie 5 lat później uderzyć przy pomocy kolejnego „słodkiego cudu”, tak zwanej Kinder Niespodzianki, czyli czekoladowego jaja z zabawką do składania w środku, a więc tak popularnego wśród polskich dzieci „jajka z niespodzianką”. W roku 1982 powstają słynne i wręcz uwielbiane przez wielu, zawijane w złote papierki, kulki o nazwie Ferrero Rocher. Ale to przecież nie wszystko. To zasługą Ferrero jest wprowadzenie na rynek jeszcze w latach świeżo po wojnie czekoladek z wisienką w środku, pod nazwą Mon Chéri, czy tak zwanej Pocket Coffee, czyli malutkiej czekoladowej kostki z odrobiną prawdziwego espresso w środku. I to jest już czas, kiedy na świecie nie ma praktycznie miejsca, gdzie Ferrero Group nie jest obecna.

      Michele Ferrero, choć kierował firmą przez niemal 50 lat, w roku 2008 stał się najbogatszym człowiekiem we Włoszech, zostawiając za sobą samego Silvio Berlusconiego, a w maju 2014 tak zwany Bloomberg Billionaires Index umieścił go na 20 miejscu najbogatszych ludzi na świecie, do końca życia pozostał człowiekiem bardzo skromnym. Rzadko pokazywał się w mediach, nigdy nie udzielił jednego wywiadu dla prasy, nie pojawiał się na popularnych galach, mówiono o nim, że jest typowym człowiekiem rodzinnym, no a poza tym, co jest podkreślane wszędzie i z wyjątkowym naciskiem, był osobą niezwykle religijną. Przynajmniej raz do roku pielgrzymował do Lourdes, zażyczył sobie, by w każdej fabryce Ferrero na świecie widniała figurka Matki Boskiej i, co jest faktem przez wielu z nas nieuświadomionym, a z cała pewnością wyjątkowo istotnym, jak się twierdzi, inspirację dla swoich czekoladek Ferrero Rocher zaczerpnął z Rocher de Massabielle, czyli skalnej groty w Lourdes, przed którą Maryja ukazała się cudownie w roku 1858.

      Nutella jest dziś produkowana w 11 fabrykach na całym świecie i sprzedawana w 160 krajach. Grupa zatrudnia 30 tysięcy osób w 14 miejscach na świecie. Rocznie sprzedaż Ferrero wynosi niemal 10 mld dol., na co składa się m.in. 365 tys. ton Nutelli. Wprawdzie już od roku 1997 Michele Ferrero oficjalnie nie prowadził swojej firmy, przekazując wówczas zarząd nad nią swoim dwóm synom Giovanniemu i Pietro, a z kolei od roku 2011, kiedy podczas pobytu z misją humanitarną w Południowej Afryce, Pietro zmarł nagle na atak serca, najważniejszą osobą w firmie stał się Giovanni, to Michele właśnie zdecydował o ostatecznym i, jak wszystko na to wskazuje, niezmiennym wizerunku firmy. W swoim rodzinnym 30 tysięcznym mieście Alba, gdzie znajduje się siedziba firmy, tak zorganizował pracę, by pracownicy dojeżdżający do pracy z okolicznych wiosek byli odwożeni do domu i przywożeni do pracy firmowymi autobusami. Wszyscy zatrudnieni w firmie mają zapewnioną bezpłatną opiekę medyczną i wszelkie inne usługi socjalne. Firma opiekuje się dziećmi pracowników, zapewnia im sportowe i kulturalne atrakcje, każdemu natomiast pracownikowi z co najmniej 25-letnim stażem zapewnia ubezpieczenie na życie.  W całej historii firmy jej pracownicy nie przeprowadzili ani jednego strajku. Alba rejestruje najwyższą średnią płacę w całym kraju.

        To co wydaje się jednak wyróżniać Michele Ferrero na tle większości z wielkich przedsiębiorców i ludzi biznesu, to fakt, że jeśli przyjrzeć się temu, w jaki sposób on prowadził swoją działalność i jakim był przy tym człowiekiem, należy stwierdzić, że nawet jeśli nie powiemy, że był on socjalistą, to z całą pewnością miał więcej wspólnego z socjalistami, niż z tak zwanymi liberałami. To prawda, że był prawdziwym pracoholikiem, często nie wychodząc z pracy przez cała noc, czy zjawiając się w pracy w niedzielę, by wraz ze swoimi najbliższymi pracownikami testować nowe formuły i produkty; prawdą jest też to, że, jak już wspomnieliśmy, nigdy nie udzielił jednego wywiadu dla prasy i że fakt iż z powodu choroby oczu zwykle nosił ciemne okulary, sprawiał, że robił wrażenie jeszcze bardziej obcego i samotnego. Jednak do końca życia demonstrował wielkie przywiązanie do tego, by to człowiek stał zawsze w centrum jego biznesowej działalności. Sam nie posiadał wyższego wykształcenia, do uniwersytetów i do tak zwanych intelektualistów odnosił się z najwyższą podejrzliwością, mówił z ciężkim regionalnym dialektem i do końca życia demonstrował typową dla ludzi prostodusznych wiarę, że rodzinny biznes, szczególnie jeśli stanowi tak wielki sukces, zawsze ma pozostawać w rękach rodziny. To w tym przekonaniu nigdy nawet nie brał pod uwagę, by między jego przedsięwzięciem, a innymi, mogło dojść do jakichkolwiek przejęć i to stanowiło jeden z jego podstawowych priorytetów, obowiązujących zresztą oczywiście w obie strony. Kiedy w 2009 roku pojawiły się plotki, że Pietro Ferrero planuje podjąć kroki na rzecz przejęcia brytyjskiego Cadbury PLC – ostatecznie zresztą i tak przejętego przez amerykańskie Kraft Foods, a dziś też pożarte przez Mondelēz International – Michele postawił weto i oświadczył, że Ferrero Group pozostaje samodzielna, poza całym tym przekalkulowanym rynkiem, do końca. Sam Giovanni zresztą, już po śmierci brata, w reakcji na medialne spekulacje, że Ferrero będzie przejmowane przez Nestle, również zapewnił, że Ferrero nigdy nie było, nie jest i nigdy nie będzie na sprzedaż. Wygląda więc na to, że i dziś, kiedy Michele Ferrero już niestety nie żyje, a ów fantastyczny interes prowadzi po nim Giovanni, sam najpewniej człowiek bardzo mocnego charakteru i zasad, można się z dużym prawdopodobieństwem spodziewać, że firma nadal, tak jak dotychczas od samego początku, osobom postronnym nie będzie pozwalała wchodzić do wnętrza pomieszczeń produkcyjnych, produkcja słodyczy nadal będzie się odbywać wyłącznie przy użyciu firmowych maszyn zaprojektowanych i zbudowanych przez związanych z organizacją inżynierów, w dalszym ciągu właściciele Ferrero SpA nie będą organizować jakichkolwiek konferencji prasowych, no i oczywiście sama firma ani nie zostanie sprzedana, ani nie będzie miała ambicji rozmywać swojej produkcji w produkcji obcej. No i wygląda też na to, że przyjaźń i szacunek, jakim Włosi darzą rodzinę Ferrero pozostanie nienaruszony.

      To jest zresztą zjawisko, które samo w sobie stanowi osobny temat. W kraju, który podobnie jak wiele innych krajów w Europie przeżywa ciężkie problemy związane z kryzysem gospodarczym, gdzie ludzie bogaci, ze swoim wystawnym stylem życia i irytującą tak często ekstrawagancją, zanurzoną w niekończących się skandalach korupcyjnych, są traktowani z ciężką nieufnością ze strony społeczeństwa, ów niezwykły żal, jaki włoskie społeczeństwo odczuło i szczerze bardzo zademonstrowało na wieść o śmierci Michele Ferrero, może się wydawać nie na miejscu. W tym jednak wypadku, jak wiele na to wskazuje, mamy do czynienia z kimś niezwykle wyjątkowym. Czy to dlatego, że będąc jednym z najbogatszych ludzi na świecie, Ferrero nie widział żadnego problemu, by pewnego dnia oświadczyć otwarcie i publicznie: „owszem, jestem socjalistą”, czy też może dlatego, że w wywiadzie opublikowanym już po jego śmierci przez włoski dziennika „La Stampa”, zapytany o najbardziej wzruszający moment w życiu, opowiedział o tym, co czuł, zanim po raz pierwszy wprowadził na rynek niemiecki swoje czekoladki Mon Chéri: „Kiedy tam przyjechaliśmy, było już po wojnie, kraj był wciąż w ruinach i czuło się, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Niemcy na Włochów patrzyli z jednoznaczną wrogością. A ja pomyślałem sobie, że może dałoby się jakość osłodzić im ten czas… za cenę, która byłaby dostępna dla każdego”.

      A może za tym szacunkiem stoi jeszcze coś innego? Może to jednak ta nazwa – Ferrero Rocher. Ona zdecydowanie ma w sobie tę magię. I jeśli to ona Włochów uwiodła, to należałoby się tylko cieszyć.




poniedziałek, 7 czerwca 2021

Czy Leszek Balcerowicz uderzył się w głowę?

 

Wprawdzie zapowiadałem powrót po długim weekendzie dopiero we wtorek, no ale nic nie stoi na przeszkodzie bym już dziś przedstawił swój ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że jak na początek tygodnia odpowiednio rozwesalający.

 

        Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej” czasem zadają sobie pytanie, co słychać u Leszka Balcerowicza, podejrzewam jednak że nawet jeśli, to nadzwyczaj rzadko i to też tylko w sytuacji gdy któryś z nich zajrzy nieopatrznie do stacji TVN24, a ów człowiek będzie się produkował obok Ryszarda Kalisza, czy ewentualnie Marka Migalskiego. No i nie ma się czemu dziwić, bo choć Balcerowicz, obok Janusza Lewandowskiego, już pewnie do końca świata zostaną zapamiętani we współczesnej polskiej historii, jako główni sprawcy niewyobrażalnej wręcz ekonomicznej agresji, jakiej nasz kraj i znaczna część jego mieszkańców została poddana pod koniec minionego stulecia, to czasy są takie, że nawet Lech Wałęsa dla młodszych pokoleń stał się osobą kompletnie obcą. Ponieważ jednak ja, trochę z nieprzymuszonej pasji, ale też w ramach pewnych obowiązków, staram się zaglądać nawet na tak zwane peryferia, pragnę wszystkich ciekawych poinformować, że ów Balcerowicz żyje i kopie, tyle że praktycznie wyłącznie na Twitterze. Ma on tam swój profil i dzień w dzień, od rana do wieczora, prowadzi swoją krucjatę przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, co by może nie było samo w sobie szczególnie ciekawe, gdyby nie fakt, że owa krucjata to niemal wyłącznie krótkie bardzo, niekiedy wręcz jednowyrazowe, komentarze adresowane do innych, podobnych do niego antypisowskich wariatów, a których, co jeszcze ciekawsze, treść świadczy o tym, że Balcerowicz najpewniej znajduje się dziś w ciężkim kryzysie ściśle psychicznym.

        Zaledwie parę dni temu na jego twitterowym profilu ukazał się następujacy tekst: „Kto US make The dictators terrified”, a tuż po nim „Schab -zapamiętać i rozliczyć!” i ktoś by w tym momencie pomyślał, że mi o tego typu wybryki chodzi, jednak nie. Ja akurat mam w głowie co innego. Otóż gdzieś tak między jednym a drugim, w odpowiedzi na rzuconą przez kogoś uwagę, że widząc to co się dziś dzieje w TVP, zapewne sam Joseph Goebbels poczułby się zawstydzony, Leszek Balcerowicz zamieścił następujący komentarz:

„Goebbels był potworem, ale nie fuszerem”

        Czytam te słowa po raz kolejny już, przypomina mi się niedawna wypowiedź pisarza Stasiuka na temat Polski, w której ze wstydem stwierdził, że nasza polska, słynna na cały świat, nieudaczność sprawiła że nawet Auschwitz musieli za nas wybudować Niemcy, i zaczynam podejrzewać, że owa nienawiść do PiS-u, połączona ze straszliwą wręcz histerią, zmusza tych ludzi do tego, by oni szukali, póki co zaledwie psychicznego, wsparcia w marzeniach o jakiejś Godzilli – choćby w osobie współczesnego Goebbelsa, czy Himmlera – która by wreszcie w owej opozycyjnej nędzy potrafiłaby zaprowadzić porządek.

        Ktoś zapyta, po co ja w ogóle wspominam tego nieszcześnika. Czy chodzi mi o to, by mu dokuczyć i poczuć satysfakcję? Otóż nie. Ja chciałem tylko pokazać, gdzie dziś się znajdują tamtejsi bohaterowie. Donald Tusk, też głównie na Twitterze, jest tego upadku zaledwie bardziej popularnym symbolem.



środa, 2 czerwca 2021

Czy Diabeł jest liberałem?

 

Wczoraj na Twitterze w pewnym momencie wystąpił człowiek przedstawiający się hasłem „Najpierw Polska” i wyraził opinię, że prezydent Duda to komunista, a współczesna Polska to kraj komunistyczny. Mimo że obiecywałem sobie wielokrotnie, że nie będę wchodził w dyskusje z wariatami, zagrały we mnie jak zwykle nauczycielskie kompleksy i napisałem owemu dziwnemu człowiekowi, że nazywanie Dudy komunistą, a Polski komuną, dewaluuje zarówno pojęcie, jak i tym bardziej samo zjawisko, podobnie zresztą jak to ma miejsce w przypadku lewackiego feminizmu, gdy ten zwykłą natarczywość nieopanowanego partnera określa mianem gwałtu. Oczywiście, nie dość że owa nauka nic nie dała, to jeszcze sprowokowała pojawienie się całego szeregu podobnej owemu patriocie dzieciarni, która, podobnie jak on, słowo „komunizm” postanowiła odmieniać przez wszystkie przypadki. Pomyślałem więc, że swój cykl o polskiej biedzie lat minionych zakończę pewną tez znów dość starą refleksją na temat liberalizmu. Proszę posłuchać:

 

 

 

        W swojej książce zatytułowanej „Twój pierwszy elementarz”, pod hasłem „liberalizm” zamieściłem następujące słowa:

„System, który każe człowiekowi wierzyć, że jego powodzenie jest zasługą systemu właśnie, natomiast jego porażka, jego osobistą winą. Z tego właśnie powodu, jedni liberałowie, kiedy słyszą głos ‘poniżonych i bitych’, zatykają sobie uszy, a inni nachylają się nad tymi co proszą o zmiłowanie z zaciekawieniem i pytają: ‘A dlaczego wy uważacie, że wasze problemy są moimi problemami?’ Oczywiście, liberałowie twierdzą, że to nieprawda, że oni chcą tylko ludziom dać wędkę, i takie tam. Tyle że ja akurat nie widziałem jednego z nich, który by szedł z wędką. Może dlatego, że sami łowią na prąd”.

      Przypomniała mi się ta refleksja dziś, kiedy pod ostatnim tekstem moim tekstem pojawił się komentarz czytelnika, w którym sugeruje on, że nawet jeśli się zgodzimy, że Janusz Korwin Mikke pracuje na zlecenie Systemu, to i tak należy go szanować za to, że jako jeden z nielicznych w Polsce głosi prawdziwe liberalne wartości. Oczywiście najprościej by było na to odpowiedzieć, że skoro System jest gotów Korwina utrzymywać tylko po to, by on owe wartości bezkarnie głosił, to znaczy, że nie z Systemem jest coś nie tak, ale ze wspomnianymi wartościami. Jednak tam gdzie należałoby tak naprawdę zwyczajnie splunąć, okazuje się, że wypada tłumaczyć, a zatem tłumaczmy.

       Jak już próbowałem zdefiniować go w wyżej zacytowanym fragmencie z książki, liberalizm to system, który ludziom każe korzystać z rzekomo dostarczanych przez siebie wędek, podczas gdy sam łowi na prąd. O czym to może świadczyć? Otóż, moim zdaniem, o tym zaledwie, że liberałowie to są zwykli gangsterzy, którzy dając nam ten lewy sprzęt, wiedzą, że w wodzie, w której będziemy łowić wszystkie ryby są już wyłapane, albo że dostęp do niej i tak jest skutecznie ograniczony przez te kable i druty, które oni sami już dawno tam rozłożyli, a jeśli którykolwiek z nas się tam zechce zbliżyć, to już tylko na własne ryzyko.

       Ktoś mi powie, że ja jestem nieuczciwy, bo najpierw formułuję atrakcyjnie brzmiącą, choć kompletnie nieprawdziwą tezę o tych wędkach, a potem na jej podstawie formułuję oskarżenia. W tej sytuacji, spróbuję dowieść, że liberałowie to są autentyczni gangsterzy z tego prostego powodu, że każde inne objaśnienia tego dziwactwa, w tym jako prostego obłędu, jest zbyt absurdalne, by je w ogóle rozważać. Oto mamy ludzi, którzy twierdzą, że państwo z samej swojej istoty jest tworem do tego stopnia korupcjogennym, że aby zapewnić społeczeństwom dobry rozwój i jak najlepsze powodzenie, funkcje państwa należy ograniczyć do minimum, a więc w praktyce do egzekutora równego dla wszystkich niskiego podatku, który zostanie przeznaczony na utrzymanie państwowej armii i wymiaru sprawiedliwości, w drastycznych teoriach nawet bez państwowej policji, której funkcje skutecznie przejmą prywatne agencje ochroniarskie. Nie bardzo wiem, jak zdaniem prawdziwych i szczerych liberałów ma wyglądać organizacja władzy państwowej, ale wydaje mi się, że z wszystkich ministerstw, oni by byli skłonni pozostawić tylko ministerstwo wojny, sprawiedliwości i finansów. Oczywiście, mogę się mylić, ale to akurat jest bez znaczenia. Rzecz w tym, że państwo to ich zdaniem czyste zło.

      Kiedy byłem młodszy, był taki czas, że bardzo interesowałem się masonerią, dużo na jej temat czytałem, jeszcze więcej rozmawiałem i myślałem, i z tego czasu zapamiętałem tak naprawdę jedno: masoneria jest zła, ponieważ stanowi byt nie należący ani do państwa, ani do Kościoła, a tym samym znajduje się poza tym, co dostaliśmy od Boga. Oni są źli, ponieważ przyjęli pozycję, gdzie słowa Jezusa skierowane do Piłata, że „nie miałbyś tej władzy, gdyby ona nie była ci dana przez mojego Ojca” ich już nie dotyczą. Oni stanowią zło, bo się ukryli w cieniu Szatana, a nie w świetle Kościoła lub Państwa. A więc to jest nauka, którą zapamiętałem jeszcze z tamtych lat: wszystko co jest niezależne od Państwa lub Kościoła pochodzi od Złego.

      Wtedy jednak miałem na myśli tę nieszczęsną masonerię. Dziś ten rozdział, z przyczyn czysto intelektualnych, uważam dla siebie za zamknięty, natomiast wciąż mam w głowie ów liberalizm, z jego nienawiścią w stosunku do Państwa i bardzo pryncypialną neutralnością w stosunku do Kościoła. Co to jest za twór, chciałbym bardzo wiedzieć. No i już widzę, jak w tym momencie przychodzi kolejny obrońca idei liberalnych i mi powie, że ależ on się całkowicie zgadza z tym, co ja piszę, tyle, że z jego punktu widzenia, on się ma modlić i być dobrym obywatelem, a bycie dobrym obywatelem sprowadza się do przestrzegania prawa, płacenia podatków i obrony kraju w wypadku wojny, a do tego mu nie jest potrzebna jakakolwiek biurokracja. No więc w tej sytuacji, ja otworzę kolejny akapit, już bez Boga, bez masonerii i bez jakichkolwiek ukrytych idei. Akapit dotyczący ziemi, która mamy pod stopami.

       Rozpocząłem ten tekst od cytatu ze swojej książki i sugestii, że poza Państwem i Kościołem mamy tylko gangi. Oczywiście nie twierdzę, że zarówno w Państwie jak i w Kościele owe gangi nie istnieją, a jeśli istnieją, to że sobie wcale świetnie nie radzą. Sprawa jest już dawno rozpoznana i wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja. Natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zarówno na poziomie Państwa jak i Kościoła gangi stanowią patologię, natomiast w przestrzeni między jednym a drugim czystą, nieskażoną esencję. Tam gdzie nie ma ani Państwa ani Kościoła są już tylko gangi i to gangi wyjęte spod jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli. Tam gdzie nie ma Kościoła i gdzie nie ma Państwa, jest tylko zorganizowana przestępczość, chroniona przez zdegenerowane elementy jednego i drugiego. I nie ma absolutnie żadnej możliwości, by jakikolwiek pojedynczy człowiek był w stanie się owym gangom przeciwstawić. Nie pomoże mu ani Kościół, który ma inne cele, niż walkę z gangami, ani Państwo, którego albo nie ma, albo jest skorumpowane. I niech mi nikt nie mówi o tym, że uniwersalne zasady wolnego rynku wszystko unormują. Niech mi nikt nie mówi, że społeczeństwo oddane na łaskę wolnego rynku i natchnione swoją przyrodzoną mądrością, będzie w stanie się samo bronić przed patologiami, bo społeczeństwo to są ludzie jak my, którzy tak naprawdę marzą tylko o tym, by mieć co do garnka włożyć i nie umrzeć zbyt wcześnie. Społeczeństwo to nie jest banda sprytnych brydżystów, którzy mają wszystko od początku do końca wyliczone, i nikt im nie jest w stanie zakłócić planu, który sobie sami przygotowali. A więc podobnie, jak nie ma takiej siły, która by pozwoliła społeczeństwu wygrać z Państwem czy Kościołem, tym bardziej nie ma też takiej siły, która by pozwoliła się społeczeństwu uchronić przed gangami. Dlaczego? Bo gangi z samej swojej zasady stoją poza społeczeństwem.

      A więc, czemu, skoro to wszystko jest tak oczywiste, wciąż z jednej strony słyszymy zachęty do tego, by wybierać tak zwane rozwiązania liberalne, a z drugiej System wprowadzenia owego liberalizmu unika jak ognia? Otóż powód jest bardzo prosty i oczywisty. Z punktu widzenia Systemu, nie ma nic bardziej wydajnego, jak sytuacja, kiedy ów liberalizm pozostaje jedynie marzeniem. Uważam, że tu mamy do czynienia z czymś bardzo podobnym do tego, co starsi z nas przeżyli z komunizmem. Myśmy żyli w tej niby komunie, a jednocześnie wciąż słyszeliśmy, że prawdziwe szczęście jeszcze przed nami, tylko musimy jeszcze wybrać dobrych przywódców. I tu jest dokładnie tak samo. Mamy to co mamy, a więc z jednej strony skorumpowany Kościół i skorumpowane Państwo, ale wciąż słyszymy, że jeśli w nadchodzących wyborach postawimy na liberałów, którzy nam obniżą podatki i ułatwią procedury w urzędach, a najlepiej w ogóle zlikwidują tę całą biurokrację, to i sam Kościół jakimś cudem też się naprawi. Później my głosujemy zgodnie z tym, co nam propaganda skutecznie zaleciła, i nagle się okazuje, że mowy nie ma ani o niższych podatkach, ani o zmniejszonej biurokracji, ani już z całą pewnością o tym, że nagle w Kościele będzie mniej pedofili. Dlaczego? Jak to dlaczego? Powód jest jeden: tak zwany liberalizm, podobnie jak wcześniej komunizm jest szatańskim wymysłem, który jest zwyczajnie nierealizowalny, i oni to świetnie wiedzą. Dlatego trzymają się tego co jest, z jednej strony kradnąc na potęgę, a z drugiej tłumacząc, że to czy oni nadal będą kraść, czy może przestaną zależy już tylko od nas. I my to oczywiście chętnie przyjmujemy, natomiast na tych szczególnie zawziętych wysyła się Korwina Mikke i ten dopiero jest jak sam Przewodniczący Mao.

 

Zbliża się święto Bożego Ciała, a z nim długi tydzień. Ponieważ wyjeżdżamy z tej okazji do Przemyśla, mogą Państwo na jakiś czas ode mnie odetchnąć. Do zobaczenia zatem chyba dopiero we wtorek.



 

wtorek, 1 czerwca 2021

Otchłań no.4

Żona moja zażyczyła sobie już jakiś czas temu, by wprowadzić do naszej kuchni jeszcze jedną szafkę, która sprawi, że powstały tu i ówdzie ścisk uda się nieco spacyfikować. Pamiętajac dawne czasy, kiedy to praktycznie na każdym rogu mozna było znaleźć fachowca, który zrobi wszystko na dziś, a kto wie, czy nie na wczoraj, nawet z tak zwanym odroczonym terminem płatności, najpierw wyszukała szereg punktów stolarskich oferujących odpowiednie usługi, a następnie wykonała szereg telefonów, niestety bez śladu efektu. Jedni od razu informowali, że są zarobieni i żeby się do nich zgłosić gdy PiS przegra wybory, inni prosili by żona wszystko odpowiednio pomierzyła, narysowała dokładny projekt szafki i z gotowym rysunkiem przyjechała na miejsce, a wtedy mistrz stolarski się zastanowi, co z tym zrobić, no i dopiero jeden z nich w końcu zgodził się tu do nas przyjechać i fachowym okiem zbadać zapotrzebowanie. Ostatecznie przysłał jakąś panią, pani wyjęła miarkę, wszystko pomierzyła, poinformowała że oni by woleli od razy zrobić całą kichnię od nowa, ale że da znać no i nie dała. Obecnie usiłujemy się przełamać i kompletnie wbrew sobie skorzystać z usług Ikei, bo jak na dziś, wygląda na to, że tak zwane „block busting” zmieniło kompletnie kierunek i już za chwilę to małe firmy  plus indywidualni fachowcy wszelkich branż przejmą rynek, a takiej Ikei, oraz oczywiście uniwersytetom, zostaną wyłącznie ochłapy. 

Stoimy więc w tej kuchni, gapimy się tępo w owo puste wciąż miejsce obok okna, a mnie się przypominają oczywiście czasy gdy Polska była w budowie, a owa budowa wręcz skwierczała od pracy rąk ludzkich, zakładając oczywiście, że ludźmi nazwiemy takiego Leszka Balcerowicza, czy Janusza Lewandowskiego. Z tej okazji, w kolejnym odcinku naszych podróży na dziewiąty krąg, przypominam swój dawny, bo jeszcze z roku 2012, tekst o pewnym – dziś już niestety na tamtym, lepszym świecie – Józku.

 

 

 

 

      Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.

       Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a gdy chodzi o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił solidnością, urodą i elegancją.

       Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest własnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To co jednak może zaskakiwać, to to, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w starszym wieku, z bardzo typową żoną i typowymi, już dorosłymi, dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.

       Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkęśmy pogadali. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.

       Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja własnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.

       No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora, i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.

      Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować drogi się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast gdy idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze, i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część powiedziała, że pewnie, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.

      A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.

 


niedziela, 30 maja 2021

Otchłań no.3

 

Kiedy wczoraj przedstawiałem tu kolejny odcinek refleksji na temat biedy, z którą najwyraźniej już się skutecznie żegnamy, a która nas jeszcze tak niedawno tak strasznie dojmująco oplatywała, napisałem że nie jestem w stanie odnaleźć tekstu, w którym wspomniałem o dwóch jajkach i kilogramie ziemniaków za dwa czterdzieści i oto udało się. Mamy go, z tym zastrzeżeniem że, jak się okazuje, aż tak źle nie było. To dziecko ściskało w swojej dłoni całe 2,60. Zapraszam więc do kolejnego odcinka owego strasznego powrotu do przeszłości. Mamy rok 2010 i wciąż pierwsza kadencja rządu Donalda Tuska.

 

 

 

       Symboliczna moc tego co się wczoraj wydarzyło pod Nowym Miastem i co się wokół tej katastrofy wciąż dzieje, poraża w stopniu trudnym do opisania. Dla przypomnienia. Właśnie wczoraj, kiedy dla wielu z nas dzień jeszcze nie zdążył się na dobre zacząć, samochód wiozący okolicznych mieszkańców do sezonowej pracy przy zbieraniu jabłek zderzył się z ciężarówką i wszyscy pasażerowie samochodu zginęli. W sumie 18 osób. 18 biednych ludzi, którzy z samego rana zapakowali się do tego ni to busa, ni to samochodu osobowego, stłoczyli się w środku, przysiadając gdzie się dało, na swoich pustych skrzynkach, i w porannej mgle zginęło zgniecionych w tym smutnym wnętrzu. Ci którzy zbierają tego typu informacje twierdzą, że była to największa drogowa katastrofa w najnowszej historii Polski.

      Wbrew temu co można wczoraj i dziś usłyszeć w mediach, bardzo łatwo jest się tu – właśnie ze względu na wspomnianą symbolikę zdarzenia – pokusić o zbyt łatwe refleksje i wyjątkowo oczywiste wnioski. Piszę „wbrew” dlatego, że gdybyśmy mieli podejść do medialnego przekazu w sposób zupełnie świeży, możnaby było sądzić, że stało się zaledwie coś co jest tylko jeszcze jednym smutnym przypadkiem z całej serii niefortunnych katastrof drogowych. Tu gdzieś nie zmieści się w zakręcie autokar, tu gdzieś zaśnie zmęczony kierowca, gdzie indziej znowu jakiś zaćpany mądrala wjedzie z przystanek pełen ludzi. Tak samo też było i w tym Nowym Mieście. Nie do końca wprawdzie wiadomo, czy to zawinił kierowca samochodu, czy może kierowca ciężarówki, czy może tylko mgła, a może całe nieszczęście spowodował fakt, że ci ludzie byli nie przypięci pasami, lub że ich było tam dużo za dużo. Fakt jest taki, że znów dostaliśmy kolejną lekcję tak zwanej kultury jazdy i miejmy dziś tylko nadzieję, że następnym razem wszyscy będziemy mądrzejsi. Tak choćby jak Szwedzi, gdzie za nadmierną prędkość można pójść do pudła.

      Od wczoraj cały niemal publiczny przekaz dokonuje najbardziej chorych piruetów, żeby coś co jest śmiertelnie proste i właściwie może być albo relacjonowane bez żadnego komentarza na okrągło od rana do nocy, albo pokazywane jako przerażająco surrealistyczny portret Polski i Polaków w dobie rozpasanego postępu, pokazać jako kolejną nauczkę adresowaną do tych, którzy wciąż się nie potrafią przystosować. Ja oczywiście rozumiem, że zupełnie przypadkowa czasowa zbieżność wydarzenia tak medialnie nośnego jak wydobycie uwięzionych w Chile górników z tym co się stało na tamtej drodze, stanowi dla współczesnych mediów nie lada kłopot, jednak to co mnie w tym wszystkim zadziwia i poraża – mimo wszystko – to to, jak łatwo one sobie z tym kłopotem poradziły. Oglądałem wczoraj wieczorem telewizję i z prawdziwym przerażeniem zobaczyłem, jak ten świat sparszywiał. Pytanie pozostaje tylko – dlaczego?

      Wczoraj, w komentarzach pod poprzednim wpisem na tym blogu, pojawiło się wspomnienie refleksji jakimi dość niedawno podzielił się ze mną i jeszcze paroma osobami pewien nasz kolega. Opowiadał on, jak to jechał samochodem z Warszawy do Katowic i na całej swojej drodze widział nieustannie albo grzybiarzy, albo prostytutki. I mówił też nam, jak to ten obraz przypomniał mu Afrykę, którą jako człowiek szczęśliwie zamożny, miał okazję jakiś czas temu zwiedzać. Opowiadał nam nasz kolega jak dla niego, kiedy on od czasu do czasu przejeżdża swoim samochodem przez nasza Polskę, nie może się oprzeć wrażeniu, że widzi kraj ludzi biednych, żyjących z tego co im da słońce i deszcz, niekiedy niewolników, często kompletnych nędzarzy – opuszczonych przez państwo i zapomnianych przez świat. Pamiętam jak opowiadał mi jeszcze wcześniej, jak w czasie urlopu gdzieś w Polsce podjechał swoim samochodem pod miejscowy sklep, zaparkował go pośród innych, równie szykownych samochodów, wszedł do środka i akurat trafił na dwoje dzieci, które miały ze sobą 2, 60 zł i kupowały kilogram kartofli i dwa jajka.

      Musiało być tak jak on mi mówił. Ziemniaki po dwa złote za kilogram i jajka po 30 gr. za sztukę. Akurat. W sam raz.

      Ale wspominał on też Afrykę, gdzie wszędzie się widzi te busy wożące ludzi tam i z powrotem. Busy wypełnione ludźmi do nieprzyzwoitości, ale tanie, więc dla wielu stanowiące podstawowy środek transportu. Tu zresztą niepotrzebny nam przyjaciel i jego afrykańskie refleksje. Busy, autobusy, pociągi i cholera wie co tam akurat mają, z ludźmi stłoczonymi w środku, lub jeżdżącymi na dachach znamy z pięknych, geograficznych filmów dokumentalnych, które nam serwują lepsze i bardziej ambitne kanały telewizyjne, czy to o Afryce, czy o Indiach, czy może o Ameryce Południowej. Wczoraj, pod Nowym Miastem – tu w samym środku nowoczesnej i niezwykle aspirującej Europy – rozbił się jeden z tych pojazdów. Przez straszny zbieg okoliczności – obok tego szczęśliwego wydobycia górników w Chile – w zupełnie innym wypadku zginęły, mniej więcej w tym samym czasie, dziesiątki osob w zaprzyjaźnionej z nami już na wszelkie możliwe sposoby Ukrainie. Euro 2012 już w przyszłym roku. Będzie pięknie!

      Wczoraj w programie Bogdana Rymanowskiego przez ułamek chwili, zanim przeszliśmy do spraw znacznie poważniejszych, i zanim nadeszła godzina 23 i rozpoczął się czas spraw już poważniejszych najbardziej i przy tym jak najbardziej międzynarodowych, pojawiła się ta katastrofa. Nie mam słów, by opisać wysiłek, jaki zarówno sam Rymanowski jak i zaproszony do udziału w programie Jarosław Gowin włożyli, by nie wspominać, lub wspominać w zakresie minimalnym, ów kulturowy aspekt całej tej tragedii. Gadano coś o drogach, o prędkościach, o busach, o przepisach i ich egzekwowaniu, a kiedy któryś komunistyczny poseł próbował coś wspomnieć o naszej pięknej polskiej nędzy, został natychmiast uspokojony przez prowadzącego redaktora, bo to akurat jest jasne dla wszystkich – że w Polsce jeszcze są miejsca biedniejsze – natomiast dobrze by było się zastanowić, dlaczego u nas nie jest jak w Szwecji. Albo gdzieś.

       Dziś jechałem busem do Mysłowic. Mam tam dwa razy w tygodniu pracę i sobie jeżdżę. Busem, dlatego, że one jeżdżą częściej i są tańsze, no i szybsze. Bus, jak zwykle był zatłoczony, a więc z ludźmi również stojącymi, i naturalnie nikt nie był przypięty pasami, których tam nawet chyba nie ma. Kiedy zbliżaliśmy się już do Mysłowic, zobaczyliśmy jak po przeciwnej stronie drogi patrol policyjny zatrzymuje samochody jadące w stronę Katowic. Nic dziwnego. W końcu jest akcja. Policzyliśmy się z dopalaczami, teraz się weźmiemy za busy. Jak idzie o mnie, być może, kiedy już rząd uzna, że trzeba ten rodzaj transportu zlikwidować, będę tam jeździł dalej, tyle że już publicznymi autobusami. Dalej często na stojąco, a jeśli uda mi się usiąść, to też bez pasów. A jak któregoś dnia zmęczony kierowca, albo mojego autobusu, albo jakiejś nadjeżdżającej ciężarówki zaśnie i dojdzie do katastrofy, to będzie mi już to czy jechałem busem, czy autobusem, czy – tak jak to było w Nowym Mieście – tym nie wiadomo czym, kompletnie obojętne. I to akurat chyba jest jasne nawet dla Jarosława Gowina.

      Bo tu w ogóle chodzi o coś zupełnie innego, niż jakieś idiotyczne bezpieczeństwo jazdy. Akurat w tym wypadku mgła, prędkość, bezmyślność kierowców, zły stan dróg jest na dziesiątym miejscu. Nie chodzi ani o to, ani nawet o ten kapitalizm, do którego Gowin, Rymanowski i ich kumple tak tęsknią. To co się liczy najbardziej, to te 18 osób, ten senny poranek i te skrzynki. I te rodziny czekające na te 2,60, żeby można było kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków. Te rodziny, które dziś już wiedza, że tych pieniędzy przynajmniej na razie nie będzie. I że nie będzie jeszcze czegoś. I, przepraszam bardzo, ale ja nie mówię o autostradach na Euro2012.

      I myślę, ze oni też to wiedzą. Chyba jednak to wiedzą. Że tu chodzi o coś zupełnie innego, niż o bezpieczeństwo jazdy i wolną przedsiębiorczość. W końcu nie codziennie rozbijają się samochody dostawcze, które zamiast kapusty i buraków wożą ludzi, a gdy chodzi o wolną przedsiębiorczość, to właśnie z czymś mniej więcej tego rodzaju mieliśmy wczoraj akurat do czynienia, czyż nie? Więc oni, kiedy zamiast wzruszać nas losem tych biedaków, postanawiają poświęcić czas na akcję ratunkową w San Jose, doskonale wiedzą co robią i po co. Oni muszą na sto procent wiedzieć, że każda kolejna chwila poświęcona temu samochodowi wiozącemu przez sam środek Europy tych nieszczęsnych biedaków w poszukiwaniu kolejnej złotówki na kartofle i dwa jajka, to gwóźdź do ich trumny. Ich trumny. Skoro jednak tak zdecydowali, to mam nadzieję, że wezmą też pod uwagę fakt, że nazwa tej chilijskiej miejscowości oznacza imię pewnego świętego, a wyciągani po kolei górnicy, pierwsze co robią po wyjściu na powierzchnię, padają na kolana i się modlą do Boga Najwyższego. I że jeśli oni od wczorajszego wieczora postanowili być tacy światowi i pokazują tych bogobojnych ludzi, to tez kopią sobie grób. Sobie. Grób. Bo to są naczynia połączone.



 

sobota, 29 maja 2021

Otchłań no.2

 

We wczorajszej notce wspomniałem o zakupach za 2,40 i ktoś mnie poprosił bym wyjaśnił, o co chodzi z tymi jajkami i ziemniakami. A ja bardzo chętnie przypomniałbym pewien stary już tekst, gdzie owa kwestia została wybita wielkimi literami, ale ponieważ wśród tych owych tysięcy dziś już notek, ciężko mi się jest poruszać, nic z tego nie będzie. Wspomnę może tylko, że było tak, że pewien mój znajomy, przemieszczając się owego strasznego czasu samochodem przez Polskę, zatrzymał się w którymś z wiejskich sklepów, by coś tam sobie zażyczyć i tam trafił na dziecko, które za wspomniane 2,40 poprosiło o kilogram ziemniaków i dwa jajka. Taka to historia. Ja natomiast, coraz bardziej wpadam w nastrój, by opowiadać o czasach, które, mam nadzieję, już nigdy do nas nie wrócą w innej formie, jak owo memento i okazja do refleksji, bez której sobie zwyczajnie nie poradzimy. Oto zatem mój tekst jeszcze z roku 2010, zaledwie jeden z wielu, które dziś przed nami.

 

 

      Wpadło mi dziś w oko coś, co właściwie nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, a jeśli już zdarzy się to coś uznać za godne pewnego zainteresowania, to ostatnią rzeczą jaką można zrobić, byłoby wyciąganie jakikolwiek wniosków ogólnych. Mimo to, myślę o tym nieustannie, i czym dłużej myślę, tym bardziej jestem poruszony. Może to być spowodowane tym, że w ogóle od pewnego czasu tkwię w nastroju chorobliwie refleksyjnym, i nie zdziwię się, jeśli nagle któregoś dnia wstanę z łóżka, spojrzę na tę poranną mgłę i się rozpłaczę. Ale może też być tak, że za tym coś stoi. Jakieś głębsze znaczenie, które tym bardziej nabiera swojej głębi, im bardziej doświadczamy tego co nas otacza.

       Żeby już dłużej nie utrzymywać tego zawieszenia, powiem, że mam na myśli list, jaki do premiera Tuska napisała jakaś dziewczynka z Łodzi i odpowiedź, jaką otrzymała z Tuskowej kancelarii. Dziś – i jak znam życie tylko dziś – sprawa jest dość szeroko komentowana w mediach, więc pewnie część z osob, które czytają te słowa, wie o czym mówię. Na wszelki wypadek jednak opowiem. Otóż najpierw należy powtórzyć to co zostało powiedziane nieco wyżej: sprawa jest całkowicie prozaiczna. W Łodzi mieszka mama z dziesięcioletnią córką i z mężem, który odszedł. Mama jest matematyczką i nie ma pracy. Próbuje szukać jakiegoś zajęcia, ale nic z tego. Zero. Ponieważ rodzina klepie biedę, dziesięcioletnia córka tej pani, niejaka Natalia – dziecko uzdolnione, ambitne i jak na swój wiek mądre – wymyśliła, że ona napisze list do Donalda Tuska i go poprosi, żeby znalazł pracę jej mamie. Skąd jej taki idiotyzm przyszedł do głowy? Otóż, ponieważ, jak wspomniałem, ona jest dość wyjątkowa, gdzieś się dowiedziała, że ruski premier Putin dostał podobny list od jakiegoś dziecka i w try miga wszystko załatwił. A więc w pewnej chyba desperacji – możliwe, że widząc jak mama płacze – pomyślała, że taka inicjatywa może przynieść skutek, no i napisała ten list.

       My tu na blogu jesteśmy strasznie mądrzy i naturalnie świetnie wiemy, jak tragicznie bezsensowny był ten jej gest, no ale raz, że ona nie wiedziała, a dwa, że na jej list nadeszła odpowiedź i zrobiła się jednodniowa afera. Oto całe sedno tego wpisu, a więc coś, co można by było za Mrożkiem zatytułować „Dwa listy”, ale sobie tego typu żartów oszczędzimy. Proszę bardzo:

„Dzień dobry. Mam na imię Natalia. Mam 10 lat. Moja mama od roku nie może znaleźć pracy. Możecie jej pomóc? Mieszkamy w Łodzi. Moja mama jest nauczycielem matematyki i uczy się, aby być nauczycielem maluchów. Mój tata od 7 lat z nami nie mieszka (...). Moja mamusia się stara szukać pracy, ale jej nie wychodzi. Może Wam coś się uda. Natalia”

„Droga Pani!
My nie pośredniczymy w szukaniu pracy. Proszę poszukać na stronach www.praca.gov.pl.
Kancelaria Premiera
”.

      Jestem w stu procentach przekonany, że powyższa wymiana – mimo całej swojej bezsensownej treści, a przede wszystkim zamiaru – robi wrażenie. Albo inaczej – może robić wrażenie. Ja na przykład zaczynam tracić głos, kiedy widzę to słowo „mamusia”. Komu innemu może zadrżeć warga, kiedy przeczyta, że „mój tata od 7 lat z nami nie mieszka”. Jeszcze ktoś może się autentycznie wzruszyć, kiedy zaledwie przeczyta to „Dzień dobry”, zamiast zwyczajowego „Witam”. Ten list robi wrażenie. I mam też niewzruszoną pewność, że jeszcze większe wrażenie robi odpowiedź, jaka jakiś urzędnik z Kancelarii wklikał w klawiaturę swojego komputera. A może oni korzystali z Poczty Polskiej? Obojętne.

      I znów. Może nie tyle robi wrażenie, ale z pewnością może wrażenie robić. Ja, na przykład, dostaję jasnej cholery, kiedy widzę to „Droga Pani!” Kto inny, być może, zaciśnie dłonie w rządzy mordu, widząc ten internetowy adres www.praca.gov.pl. A jeszcze ktoś inny zwyczajnie przeczyta całość tej niezwykłej odpowiedzi i zaklnie najgrubiej jak tylko można sobie wyobrazić.

      A ja, choć, jak wspomniałem, sam nie jestem tu bez winy, uważam wszelkie tego typu reakcje za kompletnie niesprawiedliwe i pozbawione sensu. W końcu wiemy wszyscy świetnie, że Polska jest postkolonialnym krajem rządzonym przez bandę pozbawionych najbardziej podstawowych ludzkich odruchów zaprzańców. Ale wiemy też, że nawet gdyby dziś rządzili najwybitniejsi, najbardziej charyzmatyczni i najbardziej uczciwi politycy, to też żaden z nich, poza bezpośrednim politycznym interesem, nie jest w stanie w tego typu sprawie zrobić nic. Bo premier rządu – każdego i wszędzie – nie załatwia obcym ludziom pracy. No a urząd to urząd, i trudno się spodziewać, że tam ktoś w ogóle myśli, a tym bardziej czuje. A mimo to, wciąż – czytając tę niezwykły dialog dwóch kompletnie obcych światów – czujemy, że tam jest jeszcze coś. Coś bardzo szczególnego, wręcz egzotycznego, coś kompletnie wyjątkowego, co sprawia, że to biedne dziecko całkowicie zatraciło swój kompas. Bo ono ten list powinno była napisać do mnie, a nie do Tuska. Ono mogło go napisać do mnie, bo ja bym przede wszystkim jej odpisał, adresując swoją odpowiedź „Droga Natalio”, a nie tym skurwysyńsko-burackim „Droga Pani”, a poza tym zaapelował na tym blogu, żeby może do czasu aż jej mama nie znajdzie pracy, pieniądze które łaskawie wpływają na moje konto, wysyłać właśnie dla tych dwóch biednych kobiet.

      Ktoś więc może się spytać, po jasną cholerę ja próbuję atakować ten rząd, uciekając się do czegoś tak niskiego. Czy nie mam innych powodów i innych argumentów? Oczywiście że mam. Argumentów i powodów, żeby gnoić tych kosmitów, mam całe mnóstwo, i nawet gdybym miał pisać dziesięć takich tekstów dziennie od rana do wieczora, nie zabrakłoby mi wyobraźni. To jest jednak znak. Ten list, a szczególnie ta odpowiedź, to znak. Niemal tak samo mocny i dźwięczny, jak niedawna katastrofa dostawczego samochodu z osiemnastoma niewolnikami w środku, czy też całkiem świeża wiadomość o tym, jak to prezydent Komorowski zapytany przez studentów o możliwość rządowej dotacji do mleczno-barowych obiadów, opowiedział wszystkim parę anegdot, jak to on za studenckich czasów nie chodził do żadnych głupich barów, ale normalnie – na piwo.

      No i jeszcze coś. Gdyby taki numer jak z tą Natalią przydarzył się cztery lata temu polskiemu premierowi, lub prezydentowi, nie mam najmniejszej wątpliwości, że obok Irasiada, Borubara i odwróconego szalika, mielibyśmy jeszcze jeden super-greps do opowiadania przy stole w dużych polskich miastach, przez niezwykle starannie wykształconych Europejczyków z aspiracjami. I choćby ze względu na oczywistość tego przeczucia, warto było rzucić tym kamieniem. Z nadzieją, że trafi prosto w skroń. Lub przynajmniej w ryj.




 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...