wtorek, 16 czerwca 2020

Czy Komisja Europejska zakaże Polsce produkcji margaryny Palmy?


Zanim przedstawię kolejną notkę zmuszony jestem ogłosić coś, co nie może czekać. Otóż otrzymałem właśnie z ZUS-u informację o zadłużeniu sięgającym jeszcze roku 2014, co powoduje, że w ciągu 7 dni muszę skądś wyszarpać ponad 5 patyków, a przyznaję bez bicia, że tyle to ja nie mam nawet na życie. W związku z tym bardzo proszę wszystkich starych, ale też i nowych czytelników, którzy znaleźli na tym blogu jakąś swoją przystań, by po raz nie wiem już który zechcieli jednorazowo mnie wesprzeć. A ja ich wszystkich zachowam w serdecznej wdzięczności i będę tu nadal, dla naszego wspólnego dobra, w miarę możliwości codziennie, publikował swoje kolejne bardziej lub mniej doraźne refleksje. Dla wszystkich zainteresowanych wklejam numer konta: Krzysztof Osiejuk  50 1050 1214 1000 0092 2516 8591.

      Dziś tymczasem chciałbym nieco pociągnąć temat powszechnego usuwania z powszechnej pamięci wszelkich śladów niewłaściwego traktowania przez rasę białych panów czarnych mieszkańców naszej planety. Byliśmy już świadkiem niszczenia pomników, ostatnio pisałem o tym, jak ktoś nagle sobie uświadomił, że słynnego rondo w Liverpoolu swoją nazwę Penny Lane zawdzięcza jakiemuś handlarzowi niewolników i tabliczkę i ową nazwę zamalował czarną farbą, a teraz właśnie słyszę, że BBC zdecydowało się jednak przywrócić ocenzurowany na krótką chwilę epizod słynnego serialu komediowego „Fawlty Towers” o Niemcach. Kto widział ten wie, a ja może tylko przypomnę, o co tam chodziło. Otóż ani o Niemców, ani o kobiety, ani o inne niekoniecznie poprawnie politycznie kwestie, ale o jak najbardziej „czarnuchów”. Jest zatem tak, że Fawlty rozmawia z Majorem, ledwie już przytomnym staruszkiem, pamiętającym jeszcze czasy, gdy Imperium było jak najbardziej Imperium i rozmowa wygląda tak:
-  Zawsze ma pan do pomocy Elsie.
-  Kogo?
-  Elsie.
-  Ona wyjechała kilka lat temu, Majorze.
-  To dziwne. Wydawało mi się, że widziałem ją ledwo co wczoraj.
-  Nie sądzę. Mieszka w Kanadzie.
-  Dziwne stworzenia te kobiety.
-  Przepraszam, ale mam rzeczy do zrobienia…
-  Znałem kiedyś jedną. Bardzo ładna, wysoka, ojciec był bankierem.
-  Naprawdę?
-  Nie pamiętam nazwy banku.
-  Nic nie szkodzi.
-  Musiałem na nią mocno lecieć, bo zabrałem ją by zobaczyła Indie.
-  Indie?
-  Na Oval. Fantastyczny mecz. Cudowna końcówka. Surrey musiało zdobyć 33 punkty w pół godziny. A ona nagle wyszła, żeby przypudrować sobie... ręce, czy coś tam... Kobiety. Nigdy nie wracają.
-  Bardzo mi przykro.
-  Ciekawe, że ona przez przez całe przedpołudnie mówiła na Hindusów „czarnuchy”. Ależ nie, powiedziałem. Czarnuchy to Karaiby. Ci tutaj to brudasy. Nieprawda, odpowiedziała. Krykiet to wyłącznie czarnuchy.
-  Im się wszystko miesza. Ja to widzę codziennie u swojej żony. W ogóle nie potrafią myśleć.
-  Ale jak ona miała na imię? Wciąż ma mój portfel.
-  Jak już mówiłem. Żadnego pojęcia o logicznym myśleniu.
-  Kto?
-  Kobiety.
-  Myślałem, że mówi pan o Hindusach.
-  Nie. Czyż to nie Oscar Wild powiedział, że one mają mózgi jak ser szwajcarski?
-  Że takie twarde?
-  Nie. Że pełne dziur.
-  Naprawdę? Hindusi?
-  Nie. Kobiety.

      Proszę spojrzeć, co tu się dzieje. Każdy kto zna ten serial, ale też choćby prześledzi przetłumaczoną przeze mnie rozmowę, wie że Major – a wraz z nim całe to nie tylko postkolonialne myślenie – jest tu straszliwie wyszydzony. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może uznać, że tu w jakikolwiek sposób obraża się Czarnych. Zresztą każdy kto zna poglądy Johna Cleese’a i w ogóle jego kolegów z Monty Pythona wie, że oni są ostatnimi ludźmi na Ziemi, których można by było zakwalifikować jako rasistów. A mimo to, na fali owego zidiocenia, BBC decyduje się w pierwszym odruchu zdjąć ten odcinek z agendy. I my się teraz dziwimy, że ktokolwiek, a w tym niechby i nawet ktoś tak głupi jak Kolenda-Zaleska, mógł pomyśleć, że kiedy ktoś powie, że LGBT to ideologia a nie ludzie, sugeruje, że ludzie homoseksualni nie są ludźmi lecz zwierzętami?
       Jest jednak coś, o co tym razem boję się naprawdę. Pewnie niektórzy z nas pamiętają moją notkę sprzed lat o czarnym bohaterze afrykańskich wspomnień Roalda Dahla, Mdisho z plemienia Mwanumwezi. Cała książeczka, z której zaczerpnąłem ów przykład, jest wręcz wypełniona kolonialnym myśleniem, gdzie Kolorowi – niezależnie czy zamieszkują tereny Indii, Karaibów, czy Afryki, są w sposób oczywisty przedstawicielami rasy niższej i sam Roald Dahl, choć mocno naznaczony duchem głębokiego humanizmu, by nie powiedzieć chrześcijaństwa, nie jest w stanie oderwać się od cywilizacji, która go wychowała. Oto fragment z rozdziału o Mdisho. Jest więc wrzesień roku 1939, ówczesna Tanganika, właśnie Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom i plan jest taki, by wszystkich okolicznych Niemców internować w świeżo zorganizowanych obozach. Ponieważ z punktu widzenia Mdisho oszczędzanie jeńców nie ma najmniejszego sensu, bierze ów ostry muzułmański miecz, pędzi przed siebie i obcina głowę miejscowemu plantatorowi sizalu.  Dahl jednak nie potępia Mdisho, lecz stara się go usprawiedliwić w taki oto szczególny sposób:
„Spojrzałem na niego i się uśmiechnąłem. Nie mogłem mieć do niego pretensji za to co zrobił. On był zaledwie dzikim tubylcem z plemienia Mwanumwezi, ulepiony przez nas Europejczyków na kształt oswojonego służącego, a teraz jedyne co zrobił, to rozbił skorupę, w której był zamknięty”.
      Przepraszam wszystkich bardzo, ale ja naprawdę, nomen omen, czarno widzę przyszłość Roalda Dahla i jego książek. Jeśli tylko któryś z nich sobie przypomni ten fragment, a po nim wyszuka jeszcze kilka podobnych, jak choćby ten, gdzie panna Trefusis informuje, że jej czarny służący obcina jej paznokcie u nóg, bo ona się tej roboty brzydzi, a na jej plantacji każdy Czarny musi chodzić w butach, bo ona nie może patrzeć na ich bose stopy, to będziemy mieli wszystkie te cudowne książki, całą tę wielką literaturę na zawsze z głowy.
     Ja na szczęście wszystko co mogłem jego mieć, to już mam, i nie oddam tego nawet kiedy każda z tych książek stanie się prawdziwym białym krukiem. A gdy chodzi o powszechny obłęd, którego w tej czy jakiejś innej postaci chyba jednak nie unikniemy, to staję jasny i gotowy.




poniedziałek, 15 czerwca 2020

Jak powiedzieć po angielsku "tęskno mi Panie"?

Zainspirowany wydarzeniami związanym z zabójstwem George’a Floyda, oraz nawiązując do występków Brytyjczyków popełnionych przez nich przez wszystkie lata ich istnienia, postanowiłem przypomnieć tekst sprzed lat, zamieszczony w mojej książce o Brytyjskim Imperium i zupełnie niespodziewanie owa notka sprawiła, że zgłosiło się do mnie kilka osób pragnących ową książkę kupić, a ja im ją z prawdziwą przyjemnością wysłałem. W tej sytuacji nie potrafię się powstrzymać przed opublikowaniem tu kolejnego fragmentu, z nadzieją, że w ten sposób uda mi się jeszcze kogoś zachęcić do zakupu. A to powinno każdemu dać autentyczną satysfakcję. Inna sprawa, że chyba jednak bardziej tym, co się interesują językiem.

         Być może niektórzy z nas pamiętają znaną książkę Josepha Hellera „Catch 22”, mistrzowsko wręcz przetłumaczoną na język polski  przez Lecha Jęczmyka, oraz ten jej fragment, z którym ani on sobie nie poradził, ani też nie poradziliby sobie nawet więksi od niego mistrzowie. Najpierw może kontekst. Otóż podczas apelu generał prosi żołnierzy, by jeśli mają jakieś uwagi krytyczne, zgłaszali je bez obaw, na co Clevinger mówi do Yossariana, że on w takim razie pójdzie i im powie, co mu się nie podoba. Yossarian ostrzega swojego kumpla, by tego nie robił, bo zostanie ciężko ukarany, dochodzi do sprzeczki, no i w pewnym momencie Clevinger rzuca zdanie, że jeśli wszystko ma się odbywać zgodnie z zasadami sprawiedliwości, to wojsko nie może uznać go winnym, no i oczywiście ktoś donosi na Clevingera i ten staje przed sądem wojskowym. Może od razu zajrzyjmy do oryginału:
'I didn't say you couldn't punish me, sir.'
'When?' asked the colonel.
'When what, sir?'
'Now you're asking me questions again.'
'I'm sorry, sir. I'm afraid I don't understand your question.'
'When didn't you say we couldn't punish you? Don't you understand my question?'
'No, sir. I don't understand.'
'You've just told us that. Now suppose you answer my question.'
'But how can I answer it?'
'That's another question you're asking me.'
'I'm sorry, sir. But I don't know how to answer it. I never said you couldn't punish me.'
'Now you're telling us when you did say it. I'm asking you to tell us when you didn't say it.'
Clevinger took a deep breath. 'I always didn't say you couldn't punish me, sir.'
'That's much better, Mr. Clevinger, even though it is a barefaced lie. Last night in the latrine. Didn't you whisper that we couldn't punish you to that other dirty son of a bitch we don't like? What's his name? Cadet Clevinger, will you please repeat what the hell it was you did or didn't whisper to Yossarian late last night in the latrine?'
'Yes, sir. I said that you couldn't find me guilty…'
'We'll take it from there. Precisely what did you mean, Cadet Clevinger, when you said we couldn't find you guilty?'
'I didn't say you couldn't find me guilty, sir.'
'When?'
'When what, sir?'
'Goddammit, are you going to start pumping me again?'
'No, sir. I'm sorry, sir.'
'Then answer the question. When didn't you say we couldn't find you guilty?'
'Late last night in the latrine, sir.'
'Is that the only time you didn't say it?'
'No, sir. I always didn't say you couldn't find me guilty, sir.
      I tu, jak widzimy, mamy do czynienia z przypadkiem idiomu językowego, który jest tak unikalny, że tłumacz ma do wyboru już tylko albo zmienić całą scenę na własną, albo z niej zrezygnować, co zresztą Jęczmyk uczynił. Jednak tym razem nie chcę rozmawiać o różnicach językowych, lecz kulturowych i aby temat wprowadzić, opowiem może anegdotę, którą opowiedział mi niedawno zaprzyjaźniony ksiądz. Otóż na początku lat 90 minionego wieku mieszkał w diecezji poznańskiej ksiądz, który przybył tam prosto z Białorusi, posługiwał się przepięknym kresowym akcentem i jeździł samochodem marki Syrena. Były to pierwsze lata naszego polskiego kapitalizmu, a zatem Syren już raczej na ulicach się nie widywało, ów ksiądz jednak się tym nie przejmował i w dalszym ciągu eksploatował swoje auto. Ponieważ jednak ono się nieustannie psuło, ów ksiądz na wszelki wypadek, gdziekolwiek się nim udawał, zakładał na siebie niebieski roboczy kombinezon. Jechał sobie więc któregoś dnia tą swoją Syrenką, kiedy przy drodze zauważył innego księdza czekającego na okazję. Zatrzymał się, ksiądz wsiadł i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że spotkany ksiądz udaje się na rekolekcje dla księży, gdzie ma wygłosić kazanie, no i w którymś momencie ów zabrany z drogi ksiądz zapytał kierowcę, czy jest osobą wierzącą.
- O tak, odpowiedział, ksiądz-kierowca. Jestem bardzo wierzący.
Rekolekcjonista się ucieszył i zapytał, kierowcę czy chodzi do kościoła.
- O tak! - ten mu odpowiedział. - Czasem nawet parę razy dziennie.
Rekolekcjonista  ucieszył się jeszcze bardziej i zapytał:
- A czy przyjmuje pan Komunię Świętą?
- O tak! - odpowiedział ksiądz-kierowca. - Ile razy jestem na mszy, przyjmuję Komunię Świętą.
      I tak sobie panowie rozmawiali, w końcu się pożegnali, rekolekcjonista udał się na spotkanie z księżmi, nasz ksiądz wrócił do swoich, no i opowiedział im swoją przygodę. Ci się go oczywiście zapytali, czemu nie powiedział swojemu pasażerowi, że też jest księdzem. Czemu pozwolił mu tkwić w błędzie. Na to ten odpowiedział:
- No wieeeci, ja mu nawet chciał to powiedzić, ale pomyślał soobi, że szkoda by było zmarnować tak piękny przykład duszpasterski.
      Myślę sobie o tej historii i ciekawy jestem, przed jakim to zadaniem stanąłby tłumacz, któremu by przyszło do głowy przetłumaczyć to wszystko na język angielski. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby on się głupio za to wziął i gdyby nawet wykonał tę robotę w sposób super profesjonalny pod względem językowym, ów tekst i tak pozostałby dla angielskiego czytelnika kompletnie niezrozumiały. Kulturowa przepaść bowiem, jaka się rozciąga między Polską, a Anglią jest tak wielka, że tak naprawdę, gdyby ktoś się faktycznie uparł, by tę historię tamtemu czytelnikowi opowiedzieć, to wszystko musiałoby się przede wszystkim dziać w Indiach w latach 30 poprzedniego wieku, bohaterami byłby Anglik i któryś z miejscowych, no i w ogóle rozmowa dotyczyłaby czegoś kompletnie innego.
     Co ja zresztą mówię, Polska i Anglia? Weźmy taką Warszawę i dajmy na to Katowice. Jest taki kawał. Jedzie sobie autobus, na przystanku do autobusu wsiada siostra zakonna i w tym momencie ktoś mówi „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Na to kierowca zatrzymuje pojazd, wstaje, odwraca się w stronę pasażerów i pyta: „Kto to powiedział?” Wszyscy przerażeni milczą, udając że coś piszą na telefonie. Ponieważ jednak kierowca nie zamierza ustąpić, jakaś kobieta wstaje i nieśmiało mówi: „To ja, panie kierowco”. Na to kierowca: „Żeby mi to było ostatni raz, bo wyrzucę z pojazdu, a wy, szanowni państwo, pamiętajcie, że jeśli się spóźnimy to tylko przez tego Kaczora”.
      A teraz spróbujmy opowiedzieć ten kawał komuś z Warszawy, czy Poznania.  Okaże się, że on w ogóle nie zrozumiał już samego początku, włącznie przede wszystkim z tym jakimś tam Jezusem.
      No ale skoro już z zamierzchłych czasów Imperium Brytyjskiego, przeszliśmy tak gładko do współczesnej Polski, zajrzyjmy może do innego imperium i do wbrew pozorom jeszcze bardziej zamierzchłych czasów, niektórym z nas paradoksalnie znanych aż nazbyt dobrze. Oto fragment niefortunnie zapomnianej już dziś kompletnie książeczki Jacka Fedorowicza  zatytułowanej „W zasadzie tak”. Oto jej fragment:
      „W restauracji  n i e  w o l n o  p i ć  a l k o h o l u.
        Wiem, ze namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie lub na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma co prawda ogólna sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, że jest  w y j ę t y  s p o d  p r a w a.
       Niech no tylko spróbuje zaprotestować przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, że kelner, portier, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka klozetowa, listonosz, bileter) są  w  e w e n t u a l n y m  s p o r z e  s t r o n ą  r e p r e z e n t u j ą- c ą  p l a c ó w k ę  p a ń s t w o w ą,  a  p i j a n y  j e s t  p i j a- n y,  choćby wypił tylko pół kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę”.
      I ten tekst również można bardzo łatwo przetłumaczyć na język angielski, jednak chyba sami już widzimy, że to by było pewnie jeszcze bardziej bezcelowe, niż miałoby to miejsce w przypadku wcześniejszym.
      Jak zatem wygląda sytuacja odwrotna, gdy to my chcemy sobie poczytać o tym, co tam się dzieje, czy działo w Imperium Brytyjskim. Oczywiście pewnych problemów uniknąć się nie da, jednak różnica jest taka, że z jakiegoś powodu myśmy zawsze byli bardziej zainteresowani tamtym światem, a zatem konsekwentnie, nawet jeśli czytamy o czymś co pozostaje dla nas kompletną egzotyką, jesteśmy w stanie nie dość, że wiele z tego zrozumieć, to wręcz się tym autentycznie zainteresować. Popatrzmy więc może na Anglików żyjących w czasie gdy Imperium stanowiło wciąż jeszcze Imperium, tak jak to opisał wybitny autor Roald Dahl, opisując swój rejs statkiem z Londynu do ówczesnej Tanganiki. Pomijam tu akurat fakt, że Dahl to nie do końca Brytyjczyk, więc przynajmniej miał w sobie tyle otwartości, by nam te kwestie nieco przybliżyć, ale mimo to refleksje się pojawiają.
„I had never before encountered that peculiar Empire-building breed of Englishman who spends his entire life working in distant corners of British territory. Please do not forget that in 1930s the British Empire was still very much the British Empire, and the men and women who kept it going were a race of people that most of you have never encountered and now you never will. I consider myself very lucky to have caught a glimpse of this rare species while it still roamed the forests and foot-hills of the earth, for today it is totally extinct
More English than the English, more Scottish than the Scots, they were the craziest bunch of humans I shall ever meet.”
      Dalej jest już o samym języku, ale do tego dopiero dojdziemy.

Tych rozdziałów jest całe mnóstwo, a ten jest wyłącznie na zachętę. Polecam serdecznie i namawiam do kupowania tej książki bezpośrednio u mnie. Egzemplarze, którymi dziś handluje Klinika Języka już od dawna nie są w żadnej mierze moją sprawą. Kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


niedziela, 14 czerwca 2020

Gdzie się urodziła Katarzyna Kolenda-Zaleska?


      Kiedy Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka stacji TVN24, wyrzuciła ze studia posła Jacka Żalka za to, że ten miał czelnosć powiedzieć, że LGBT, to ideologia, a nie ludzie, rozgorzała powszechna dyskusja, czy Kolenda to idiotka, czy prowokator. Otóż ja mam na ten dylemat odpowiedź i ona jest bardzo jednoznaczna. Pani redaktor Kolenda-Zaleska jest osobą całkowicie szczerą i wszelkie podejrzenia, że ona posła Żelka wywaliła z wizji, realizując jakiś misterny polityczny plan, są nieuzasadnione. Ona go potraktowała w ten sposób z tego prostego powodu, że on jej zdaniem, twierdząc, że ruch LGBT to nie ludzie, lecz ideologia, tym samym zasugerował, że jej przyjaciele geje to nie ludzie, a szarańcza.
       Czemu takie jest moje zdanie? Otóż ja na Katarzynę Kolendę-Zaleską mam oko od wielu już lat i miałem już też wielokrotnie okazję się przekonać, że to jest porządna, szczera dziewczyna, która jeśli nawet od czasu do czasu wywinie jakiś korporacyjny numer, to się z niego wyspowiada u zaprzyjaźnionego dominikanina i będzie miała święty spokój. Oto jeszcze w roku 2009 zamieściłem tu tekst, w którym przeanalizowałem nie tylko stan umysłu owej nieszczęsnej kobiety, ale również jej talenty dziennikarskie i oto co mi z moich badań wyszło. Fragmenty:
     
       Otóż w czasach, kiedy jeszcze czytałem dziennik „Dziennik”, miałem niekiedy okazję przeżywać dziennikarski kunszt red. Kolendy-Zaleskiej, która od czasu do czasu była proszona przez redakcję o parę słów i wówczas chętnie tam zamieszczała krótkie komentarze na tematy bieżące. Teksty te, pod względem formalnym, były zawsze na tak nieprawdopodobnie niskim poziomie, że ja się nigdy nie potrafiłem nadziwić, że tego typu techniczna bezradność w niektórych środowiskach nie stanowi problemu. Rzuciłem się więc i dziś na Kolendę, bo chciałem bardzo popatrzeć, jak ona sobie poradzi z problemem Kaczyńskich. Nie merytorycznie. Merytorycznie sprawa jest już oficjalnie wyjaśniona. To są szkodnicy i idioci. Tu miałem na sercu wyłącznie formę. Język. Styl. Zgrabność. A w tej sytuacji zerknąłem do „Wyborczej”.
       I nie zawiodłem się. Pani redaktor Kolenda-Zaleska zaczyna swój tekst o ostatecznym końcu Kaczorów tak: „PiS robi wszystko, a jednak niewiele z tego wychodzi. Dlaczego? Po prostu - nie wiadomo o co PiS-owi chodzi”. Mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli. Gdyby Kolenda była uczennicą gimnazjum przed końcowym egzaminem i w ten sposób napisałaby swoją pracę próbną, egzaminator podkreśliłby ten fragment, a na marginesie napisałby coś w stylu „Robi wszystko???? Czyli co?” A po przeczytaniu reszty, dałby jej dwójkę, zakładając, że praca jest przynajmniej na temat. Reszty zresztą już nie czytałem. Wystarczyła mi informacja, że Kolenda trzyma stały poziom i że napięcie wokół Kaczyńskich nie ustaje.
       Pomyślałem jednak sobie, że o Kolendzie można by było napisać osobny tekst. W końcu, wśród naszych dziennikarzy jest bardzo dużo wybitnych nieudaczników, ale ona robi wrażenie naprawdę wyjątkowe. Pierwszy raz miałem z nią do czynienia parę lat temu, kiedy – właśnie we wspomnianym „Dzienniku” – przeczytałem jej tekst o Lepperze i Samoobronie. To było coś takiego:
„Może jestem naiwna, ale uważam, że w rządzie powinny zasiadać autorytety intelektualne i moralne. Andrzej Lepper, z całym szacunkiem do niego jako do człowieka, nie jest ani jednym, ani drugim. Jego kilkunastoletnia obecność w polskiej polityce miała tylko negatywne konsekwencje dla jakości samej polityki, a przede wszystkim dla społeczeństwa. Wzięcie go do rządu przez Prawo i Sprawiedliwość było po prostu sprzeniewierzeniem się wszelkim standardom. Doszło do relatywizacji zasad kierujących życiem publicznym. Jeśli godzimy się na to, żeby człowiek, który ma na koncie wyroki, pełnił zaszczytną funkcję wicepremiera, to znaczy, że się godzimy na wiele. I w takim razie dużo rzeczy jest już dozwolonych. Za sprawą Samoobrony polska polityka obniża loty, zamiast dążyć do tego, aby w kraju rządziły autorytety i ludzie kompetentni. Najgorsze, że całe społeczeństwo to dostrzega i też obniża swój poziom, bo przykład idzie z góry. Jak wiadomo, to elity kształtują standardy obowiązujące w społeczeństwie. Nie tylko polityczne, ale też kulturowe. A jaki wpływ na społeczeństwo mogą mieć takie ‘elity’ jak Andrzej Lepper i inni działacze Samoobrony? Jaki wpływ na morale Polaków miały np. afery seksualne w Samoobronie? Z własnego doświadczenia wiem, że ludzie Samoobrony naprawdę potrafią wprawić w zażenowanie. Z racji wykonywanego zawodu czasami z nimi rozmawiam i widzę, że niektóre posłanki, czy posłowie Samoobrony mają problem nawet z poprawnym formułowaniem zdań po polsku. W takich momentach przypominam sobie, że parlamentarzystami były takie osoby, jak Tadeusz Mazowiecki, czy Władysław Bartoszewski. Do rangi symbolu urasta to, że na miejscu Wiesława Chrzanowskiego zasiada teraz Genowefa Wiśniowska.”
      Przeczytałem ten tekst i pomyślałem sobie, że sytuacja, z jaką mamy do czynienia, jest naprawdę niezwykła. Jak można być zawodowym dziennikarzem i pisać tak, jakby każde zdanie było jednocześnie pierwszym i ostatnim? Postanowiłem więc, że napiszę osobno o Kolendzie, choćby po to, żeby pokazać wszystkim, jak marnych przeciwników mamy my – bojownicy IV RP. Zajrzałem więc do Internetu i rozejrzałem się za innymi tekstami, które mogłyby nas tu zainteresować. I wszystko się potwierdziło w całej rozciągłości. Na dodatek, Kolenda okazała się mistrzem wstępu. Oto parę przykładów owych zdań otwierających:
„Nie ma osoby, która nie śledziłaby w napięciu procesu Josefa Fritzla. Ja też się do nich zaliczam.”
„Biorąc pod uwagę doświadczenie w różnych dziedzinach, na stanowisku prezesa TVP najchętniej widziałbym Wiesława Walendziaka”.
„W orędziu Lecha Kaczyńskiego zabrakło mi potwierdzenia, że prezydent ma wizję tego, jak Polska może wyjść z kryzysu. Oceniam to wystąpienie jako element doraźnej polityki – nagle euro stało się punktem, wokół którego koncentruje się dyskusja. A przecież nie tylko o to chodzi!”
„Być może moje poglądy w tej kwestii są nieco staroświeckie, ale wydawało mi się zawsze, że ludzie – a politycy w szczególności – powinni samodzielnie określać swój stosunek do rzeczywistości”.
„Żeby z młodego człowieka wyrósł inteligent w dosłownym tego słowa znaczeniu, trzeba włożyć w to wiele pracy. Ogromne znaczenie ma rodzina, atmosfera w domu – czy są w nim książki, czy rodzice je czytają, czy chodzi się do teatru? Ale na kształtowanie młodego człowieka ogromny wpływ ma także szkoła. I jeżeli miałoby to być miejsce, którego celem jest ukształtowanie przyszłego inteligenta, bardzo taki pomysł popieram”.
       
      Oryginalny tekst był oczywiście znacznie dłuższy i szerszy, myślę jednak że nam tu dziś wystarczy tylko tych parę cytatów. Chodzi w końcu tylko o to – jak już zresztą to wcześniej zauważyłem – by wyjaśnić jedną i tylko jedną kwestię: czy oni są głupi, czy za ich czynami stoi jakiś plan. No i może jeszcze jedno: czy Kolenda to pomyłka, z którą oni wszyscy muszą sobie z jakiś niezbadanych dla nas przyczyn zmagać, czy tak naprawdę, gdybyśmy poczytali co mają do powiedzenia na różne tematy tacy Grzegorz Kajdanowicz, czy Anita Werner, to byśmy się musieli przeprosić z samym Krzysztofem Feusette? Co ja mówię z Feusette. Nawet z Dorotą Łosiewicz.



sobota, 13 czerwca 2020

Gdy piekło nie zna gniewu wzgardzonego wyborcy


      Nie wiem, czy czytelnicy tego bloga w jakiejkolwiek części lubią słuchać Beatlesów, a tym bardziej – jeśli tak rzeczywiście jest – czy znają piosenkę pod tytułem „Penny Lane”, jeśli jednak tu akurat przestrzeliłem, to zachęcam. To jest arcydzieło.


       
      O czym jest ta piosenka? Otóż o niczym szczególnym. To jest zaledwie opis pewnego miejsca w Liverpoolu, właśnie o nazwie Penny Lane, które Paul McCartney ukochał i postanowił je uwiecznić w swojej piosence tak jak je zapamiętał. Bez żadnych zbędnych aluzji, czy ukrytych znaczeń. Przede wszystkim więc piękna piosenka.
      Czemu zatem o niej dziś wspominam? Powodów jest parę, pierwszym z nich jednak jest to, że, jak się dowiaduję z mediów, na fali znanych nam wydarzeń, ktoś zdecydował się zajść tam w to miejsce w Liverpoolu i tablicę z nazwą Penny Lane czarną farbą zamazać. Kiedy pierwszy raz o tym usłyszałem, bardzo się zdziwiłem, ale natychmiast też zacząłem się zastanawiać, cóż tam w tekście wspomnianej piosenki było takiego, co mogłoby aż tak rozjuszyć żałobników po śmierci George’a Floyda, a kiedy nie znalazłem dosłownie nic, zrobiłem coś, co – tak na marginesie – polecam wszystkim, a więc wpisałem w Google’a hasło „Penny Lane controversy” i znalazłem jak najbardziej poważne objaśnienie, że problem leży w tym, że owa nazwa Penny Lane pochodzi od nazwiska niejakiego Jamesa Penny, handlarza niewolnikami i zapiekłego antyabolicjonisty i według wielu powinna była już dawno zniknąć z mapy świata, a dziś owa konieczność jest szczególnie paląca.
       Pisałem tu parę dni temu o tym, jak Brytyjczycy ni stąd ni zowąd zdecydowali się wymazać ze swojej osobistej, ale również historycznej pamięci wszelkie ślady swojej niewyobrażalnej podłości, natomiast widok tego kogoś, kto ciemną zapewne nocą zakrada się na Penny Lane by zniszczyć tablicę z ową nazwą w mojej wyobraźni stanowi nie komedię, ale realną bardzo katastrofę. W czym rzecz? Otóż nie mogę nie zauważyć, że wspomniany idiota, czy idiotka, nie jest w żadnym wypadku wyjątkiem, ale sam konkretny kontekst owego zdarzenia nie jest też czymś nadzwyczaj wyjątkowym. Nie trzeba bowiem być szczególnie bacznym obserwatorem, by zauważyć, że przykładów co najmniej równie ciężkiego zgłupienia poznajemy każdego wręcz dnia dziesiątki, również tu na naszym podwórku. I to wcale nie koniecznie związanego z zabójstwem George’a Floyda. Oto, również wczoraj, na Facebooku zamieścił ktoś zdjęcie strony z magazynu „Wysokie Obcasy”, a tam artykuł zatytułowany: „Koniec spontanicznego seksu z nieznajomym poznanym w internecie? Jak zmieni się nasze życie seksualne po pandemii”.
       Kilka dni, na tym samym Facebooku pokazał się komentarz grupy o nazwie „Dziewuchy dziewuchom”, zachęcający do aborcji i ozdobiony obrazkiem prężącej się z dumą kobiety w t-shircie z napisem „Miałam 25 aborcji”.
      Ta sama grupa nieco wcześniej w tym samym miejscu zamieściła obrazek, na którym widzimy napis „Dzień Matki”, a poniżej kobietę z klasycznym dziecięcym wózkiem, w którym siedzi sobie słodki piesek.
      Ktoś powie, że to co ja tu opowiadam, to patologia, natomiast realny świat tak naprawdę wygląda zupełnie inaczej. Na to ja mam oczywiście gotową odpowiedź, że moim zdaniem, jeśli patologię rozumiemy jako margines, to w żadnym wypadku z patologią nie mamy do czynienia, no a poza tym, tym razem mnie wcale nie chodzi o nich, lecz jak najbardziej o nas. Otóż ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak to się dzieje, że ludzie w znacznym stopniu dokładnie tacy sami jak my, dokonując swoich politycznych wyborów nie są w stanie dostrzec, że tak naprawdę postępują w tym momencie kompletnie wbrew sobie. Pewien mój znajomy, człowiek starszy, bardzo religijny, grzeczny i nadzwyczaj uprzejmy, w żadnym wypadku niezrównoważony, tego całego LGBT fizycznie nie znosi. Dlaczego? Bo on ma przekonania do tego stopnia konserwatywne, że nie toleruje jakichkolwiek nowinek. Powiem więcej. On nie może patrzeć na Jerzego Owsiaka i na cały ów harmider związany z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, a jakby tego było mało, wciąż mi mówi, że dorosły człowiek, który chodzi w czerwonych spodniach i kolorowych okularach, jest zwyczajnym pajacem, a nie poważnym człowiekiem. O George’u Floydzie mówi, że to podobno jakiś narkoman i przestępca, więc on nie widzi powodu, by się nim przejmować. Jednocześnie, mój znajomy nienawidzi PiSu i wszystkiego co mu się z nim kojarzy, do tego stopnia, że nie jest w stanie w swojej głowie uporządkować tych wszystkich relacji i zrozumieć, że tak naprawdę on występuje przeciw sobie. Ktoś powie, że w pojęciu niektórych, PiS to jest taka sama zaraza jak ta cała hołota, która dziś pali amerykańskie miasta i drze mordę próbując zagłuszyć szelst banknotów, tyle że jeszcze się nie do końca ujawnili. Może i tak, to co mnie jednak wciąż bardzo zajmuje, to zaangażowanie zarówno mojego znajomego, jak i wielu, naprawdę wielu jemu podobnych w to, by popierać kogoś takiego jak Rafał Trzaskowski, a więc reprezentanta tego wszystkiego, czym oni z całego serca gardzą.
       Czemu więc oni życzą szybkiej i możliwie bolesnej śmierci temu komuś, kto wszystkim tym, czym oni gardzą, gardzi solidarnie wraz z nimi, a jednocześnie ludzi, którzy przedmiot owej pogardy pielegnują z najwyższym zaangażowaniem i pilnują, by mu się broń Boże nie stała jakakolwiek krzywda, postanowili uznać za gwaranta tego, że w końcu ich podły nastrój się poprawi? Zagadka ta stanowi dziś dla mnie prawdziwą zagadkę i mimo wielu starań, nie potrafię jej rozwiązać.
        Widzę tu jednak światło w tunelu. Otóż wczoraj też chyba Konfederacja ustami jednego ze swoich ważnych przedstawiciela, ogłosiła, że oni w ewentualnej drugiej turze wyborów swoich wyborców będą wzywać do głosowania na Rafała Trzaskowskiego. Podobnie dziś, kiedy pisze ten tekst, była szefowa kampanii Andrzeja Dudy, Turczynowicz-Kieryłło udzieliła wywiadu stacji TVN24, gdzie zadeklarowała, że ona również woli Trzaskowskiego. A ja najpierw sobie pomyślałem, że ona idealnie wręcz ilustruje słynny bon mot Williama Congrave’a, że „piekło nie zna gniewu kobiety wzgardzonej”, a następnie przyszło mi do głowy, że może ta prawda nie dotyczy tylko kobiet. Może tak naprawdę zarówno mój znajomy, jak i wiele innych osób – zarówno zwykłych ludzi, jak i polityków – z taką zawziętością pragnie ostatecznego zniszczenia Jarosława Kaczyńskiego i wszystkiego tego, co się z nim kojarzy właśnie przez to, że oni uznali, że on właśnie w pewnym momencie ich życia nimi wzgardził. Jak, gdzie, kiedy – tego nie wiemy i niewykluczone, że nawet oni sami już tego przypomnieć sobie nie potrafią, ale to poczucie odrzucenia w nich tkwi i nie spoczną dopóki nie otrzymają tej jedynej satysfakcji na którą tyle juz lat czekają. Ktoś się zapyta: No dobrze, ale co potem? Jak oni sobie poradzą z tymi gruzami, nad którymi będzie się już tylko unosił ów wielki tęczowy transparent z owym pieskiem w dziecięcym wózeczku? Otóż tu też mam swoje podejrzenia. Moim zdaniem, oni są głęboko przekonani, że potem wszystko już pójdzie z górki. Powstanie jakiś nowy prawicowy projekt, z jakimś pobożnym, przystojnym i kulturalnym przywódcą, który obieca tę całą tęczową zarazę, razem z Owsiakiem i całą tą antycywilizacyjna hałastrą rozgonić, i nigdy nie da im po sobie poznać, że nimi tak naprawdę głęboko gardzi. A oni go całym sercem poprą i będzie jak w niebie. 



   

piątek, 12 czerwca 2020

Za co starsze panie z towarzystwa kochają Rafała Trzaskowskiego?


Jak w każdy piątek, również i dziś do kiosków trafia kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim oczywiście i mój felieton. Ponieważ nie wszyscy czytają ów tygodnik, a ci co czytają, też nie zawsze mają okazję na niego trafić, przedstawiam ów tekst i tutaj. Powinno byc dobrze.


     Wśród niezliczonych kpin kierowanych pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, oraz ludzi, którzy pokładają w nim nadzieję na to, że Polsce nie stanie się krzywda nie do naprawienia, jest i ta, że zarówno on, jak i jego zwolennicy, stworzyli wokół hasła „Jarosław” swoisty kult jednostki. Stąd też on sam jest powszechnie porównywany do kolejnych przywódców Korei Północnej, Stalina, czy wreszcie Hitlera, a ci, którzy wymyślają coraz to nowsze sposoby wyrażenia poparcia, jak choćby słynne „Ja-ro-sław Polskę zbaw”, są wyszydzani, jako osoby tragicznie zaczadzone miłością do Wodza.
      Osobiście owe szyderstwa mam w dużej pogardzie z dwóch względów. Przede wszystkim, choć oczywiście nie mogę zaprzeczyć, że dla wielu z nas Jarosław Kaczyński rzeczywiście jest przedmiotem swoistego kultu, pragnę zwrócić uwagę, że nie jest to – i nigdy nie był – w żaden sposób kult osoby, lecz jedynie bardzo patriotycznej idei, w jaką wierzymy, a on jest zaledwie ilustracją owej wiary. Nigdy nie spotkałem się z tym, by którakolwiek z owych rzekomo zakochanych w Prezesie osób swoją miłość wyrażała głosząc publicznie, że Jarosław Kaczyński jest nadzwyczaj przystojny, że melodia jego głosu zniewala, czy wreszcie, że kiedy przemawia, to w brzmieniu wypowiadanych przez niego słów, można wyczuć „jazzującą frazę”. Choćby nie wiadomo jak bardzo tłumy jego zwolenników dawały się ponieść, to i tak na początku i końcu owych uniesień będzie wyłącznie Polska. Nie on.
      I to jest jeden powód, dla którego wspomniane szyderstwa z pełnym zdecydowaniem odrzucam. Drugi z nich, to wspomniana „jazzująca fraza” i niedawna wypowiedź pisarki Manueli Gretkowskiej poświęconej Rafałowi Trzaskowskiemu. Proszę posłuchać:  
„Od 1989 nie mieliśmy tak fotogenicznego prezydenta Warszawy, ani uwodzicielskiego kandydata na prezydenta Polski. Trzaskowski to zwycięzca sondaży typujących ideał Polaków w kategorii rządzący: mężczyzna w średnim wieku, odpowiedzialny, żonaty, dzieciaty. Na Tinderze też to mu by nie przeszkadzało, gdyby kandydował do kadencji trwałego związku. Polska chce wreszcie miłości, a nie tylko pierdolenia.
Przeglądając prezydencką ofertę ostatniego 30-lecia widać, że zaletą Trzaskowskiego jest: brak okularów, wykształcenie, trzeźwość, również polityczna, brak brata bliźniaka, wąsów i nie bycie kretynem. Jak na ten kraj to wyjątek i sukces. W dodatku Trzaskowski nie strzela z propagandowych armat, nie wije się do disco polo i suwerena tylko jazzuje. Może po ojcu muzyku ma tę jazzującą frazę. Przemawiając czasem improwizuje ale precyzyjnie”.
      Ktoś powie, że to co ja tu sugeruję nie ma najmniejszego sensu, choćby dlatego, że Jarosław Kaczyński nie jest ani fotogeniczny, ani uwodzicielski, ani wreszcie w jego głosie nie słychać jakiejkolwiek, a tym bardziej jazzującej, frazy. No ale skoro ludzie idą za Kaczyńskim mimo tego, że jemu brakuje tego wszystkiego, to znaczy, że oni tak naprawdę nie idą za nim, ale za czymś znacznie ważniejszym, czego ani Trzaskowski, ani tym bardziej starsze panie z towarzystwa z ciężką nimfomanią, nigdy nie zrozumieją.


       

czwartek, 11 czerwca 2020

Czy pod pokładem SS Mantola przewożono ludzinę


      Na fali antytrumpowego obłędu, który w pewnym momencie doprowadził do kolejnej po wydarzeniach roku 1992 próby podpalenia Ameryki, a dziś odbija się żałosną czkawką również w w Europie, chciałbym zwrócić uwagę na news, który wprawdzie znalazł swoje miejsce we wczorajszych doniesieniach, niemniej w moim pojęciu, został dramatycznie niedoceniony. Otóż jak się dowiadujemy, w Wielkiej Brytanii podjęto, póki co dość skuteczną, próbę niszczenia pomników upamiętniających dawnych brytyjskich kolonizatorów. Czemu owa wiadomość aż tak mnie zainteresowała? Otóż rzecz w tym, że z tego co zdążyłem przez lata zaobserwować, Wielka Brytania jest wręcz zbudowana na pamiątkach po swoich bohaterach, i to niezależnie od tego, czy mamy na myśli pamiątkowe tablice, pomniki, czy wręcz muzea, czy pałace. A ciekawostka z tym związana jest taka, że niemal każda z owych pamiątek dotyczy osób, które w ten czy inny sposób organizując i realizując rzeź, o jakiej ani stary Adolf, ani jeszcze starszy Józef nawet nie mogli marzyć, zapisali się też w historii Imperium, jako jego budowniczy. Słucham więc dochodzących do nas z Wysp informacji, że kolejny pomnik któregoś z owych brytyjskich bohaterów został utopiony w Tamizie i myślę sobie, że jeśli to tak dalej pójdzie, to oni z całą pewnością w końcu zostaną pozbawieni swojej historii na zawsze.
       W tej sytuacji, by może nieco przybliżyć ów problem, pozwolę sobie zaprezentować fragment rozdziału z mojej ostatniej – i chyba faktycznie już ostatniej – książki o Brytyjskim Imperium właśnie, zachęcając oczywiście do jej kupowania. Do tego jeszcze wrócę pod koniec tej notki, na razie jednak, proszę o uwagę:
      Rozmawiamy więc dziś o czymś, co jest powszechnie znane pod nazwą workhouse, która oczywiście w języku polskim nie występuje, a którą by można chyba najbardziej sensownie przetłumaczyć, jako dom pracy. Otóż początki owych workhouses sięgają jeszcze roku 1388 , kiedy to na Wyspach wprowadzono ustawę pod nazwą Statute of Cambridge, a której oryginalnym celem było zapewnienie Koronie rąk do pracy, tak bardzo potrzebnych od czasu, gdy wielka zaraza znana powszechnie jako „Czarna Śmierć” wybiła niemal połowę mieszkańców kraju. Myśl była taka, by tych którzy wyrwali się z rąk śmierci i z różnych przyczyn, zamiast siedzieć na miejscu, porzucali swój dom, swoją wieś, czy w ogóle swoją okolicę i snuli się po świecie, zatrzymać na miejscu i zmusić do pracy. Niektórzy Brytyjczycy dziś nawet jeszcze uważają, że to właśnie tamta ustawa pomogła zdefiniować coś, co mimo że w owych latach mogło jeszcze takiego akurat wrażenia nie robić, setki lat później przybrało kształt państwa opiekuńczego, a więc państwa, któremu, jak to się powszechnie określa, los człowieka nie jest obojętny.
      Pierwsze jednak workhouses pojawiły się dopiero za czasów Elżbiety I. W średniowieczu brytyjska biedota otrzymywała naturalną pomoc ze strony Kościoła, który ową pomoc traktował jako część swojego naturalnego chrześcijańskiego obowiązku. Jednak po tym, jak w latach 30-tych XVI wieku Henryk VIII kazał zburzyć i spalić wszystkie klasztory, a mnichów wymordować, biedni i bezradni zostali wydani na łaskę losu. W odpowiedzi na nową i nie do końca dla rządzących wygodną sytuację, królowa Elżbieta, przy pomocy ustawy o pełnej nazwie Act for the Relief of the Poor, a w skrócie znanej jako Poor Law Act, w roku 1601 zleciła, by każda parafia otworzyła na swoim terenie dom, w którym ludzie starzy i chorzy będą mogli znaleźć schronienie i opiekę. Czemu tak postąpiła? Nie wiadomo. Niektórzy twierdzą, że to wyłącznie z dobrego serca.
        Dopiero jednak gwałtowny wzrost ludności Wysp, jaki nastąpił w XIX wieku, kiedy to liczba mieszkańców Anglii, Walii i Szkocji podskoczyła z 10 do 45 milionów, przy jednoczesnym rozwoju nowych technologii, które przede wszystkim zaczęły zastępować tradycyjne rolnictwo, ale może w głównej mierze dzięki serii tragicznych lat nieurodzaju, doszło do sytuacji, że już w latach 30-tych okazało się, że dotychczasowe formy pomocy ludziom biednym stają się zwyczajnie nieefektywne.
      W odpowiedzi na nowe potrzeby, w roku 1834 wprowadzono nową ustawę, a raczej poprawkę do ustawy wcześniejszej, która zafunkcjonowała pod nazwą New Poor Law, a której podstawowy pomysł sprowadzał się do tego, by każdego, kto nie zgodzi się zamieszkać w workhousie, pozbawić wszelkiej publicznej pomocy.  Pojawił się też pomysł, by owe, jak je tu nazwaliśmy, „domy pracy”, a więc z praktycznego punktu widzenia, jak najbardziej klasyczne obozy koncentracyjne, były prowadzone z bardziej biznesową perspektywą, co oczywiście musiało się sprowadzać do tego, by – użyjmy tego słowa – osadzeni świadczyli pracę jedynie za jedną miskę chudego mleka z minimalną ilością płatków owsianych. Większość z osadzonych zresztą była zatrudniona przy pracach nie wymagających żadnych umiejętności, poza odpornością na śmierć z wyczerpania, a więc takich jak rozbijanie kamieni, ekstrakcja pakułów, czy wreszcie kruszenie kości do produkcji nawozu. Ta ostatnia praca została zresztą ostatecznie mieszkańcom workhousów odebrana, kiedy władze dowiedziały się, że podczas kruszenia gnijących kości dochodzi między robotnikami do ciężkich walk o zdobycie choćby szczypty szpiku. Jednak, teoretycznie przynajmniej, założenie było takie, że XIX-wieczny workhouse miał stworzyć ludziom takie warunki pracy, by stała się ona najcięższą z możliwych, a to z kolei po to, by wszyscy ci, którzy są wprawdzie biedni, ale wciąż jeszcze na tyle sprawni, by wykonywać bardziej wymagające prace, jednak się nie zgłaszali, ponieważ jednak w brytyjskich miastach bieda była wówczas tak dojmująca, że ludzie najzwyczajniej w świecie umierali na ulicach, dla części z nich ów workhouse stanowił być może już ostatnią szansę, by żyć.
        Wraz z nadejściem XX wieku workhouses gromadziły już niemal wyłącznie  ludzi starych, słabych i chorych, natomiast ludzie biedni, ale jakoś tam jednak jeszcze sprawni, wciąż przysłowiowymi zębami i pazurami czepiali się zwykłego życia poza jego murami, co w roku 1929 doprowadziło do uchwalenia kolejnej ustawy, umożliwiającej miastu przejąć lokalny workhouse i uczynić go częścią państwowego systemu opieki zdrowotnej. 
       Mimo tego jednak, znaczna ich część wciąż funkcjonowała jako osobne jednostki. Dopiero ustawa z roku 1948, wprowadzona pod nazwą National Assistance Act, zastąpiła wcześniejsze Poor Law, i owe przedziwne obozy pracy zostały ostatecznie pozamykane.
       Wciąż pojawia się tu i ówdzie opinia, że faktycznie na klasyczny workhouse należy patrzeć jak na swego rodzaju przytułek, gdzie wszyscy ci, którzy inaczej niechybnie by zmarli z głodu, mogli znaleźć schronienie, a zatem wypada nam je też traktować, jako jednak bardziej wybawienie, niż przekleństwo. Są jednak co najmniej dwa powody, by tę opinie odrzucić, jak najgorszą zarazę. Przede wszystkim, jeśli przyjrzymy się całej historii Brytyjczyków, ostatnią rzeczą, jakiej się po nich można spodziewać, będzie współczucie dla ludzi biednych i bezradnych. Wręcz przeciwnie, oni akurat dali wielokrotnie dowody na to, że dla nich człowiek biedny i bezradny nadaje się wyłącznie do tego, by go wykorzystać do końca, a następnie pozwolić mu zdechnąć pod byle płotem.
      I to jest pierwszy powód, dla którego sugestię, że projekt pod nazwą workhouse powinniśmy traktować, jako sposób na walkę z biedą, zdecydowanie odrzucić. Drugi powód wydaje się być jeszcze bardziej przekonujący, a stoi za nim czysta praktyka w postaci samej metody, zgodnie z którą przeciętny workhouse był zorganizowany. W relacjach historyków powtarza się wielokrotnie uwaga, że życie jakie oferował workhouse było tak ciężkie, aby ci, co żyli jeszcze na ulicy, doskonale wiedzieli, co ich czeka, jeśli się za siebie nie wezmą. Z drugiej jednak strony istnieją wciąż spisane wspomnienia ludzi, żyjących w tamtych czasach i z tego co oni opowiadają, wynika, że było wielu, którzy woleli umrzeć, niż trafić w to straszne miejsce, a jednak trafiali, wyciągani z domów, zbierani z ulic, często w ramach klasycznych łapanek.
       I wcale nie trzeba było być biednym, by się tam znaleźć. Niekiedy wystarczyło, że ktoś stracił pracę, czy się rozchorował i przez to trafił na tę czarną listę. W ten sposób dochodzimy do punktu, w którym wypada nam się zastanowić, w jakim celu – nawet zakładając, że intencje samej Elżbiety były czyste, w co należy oczywiście wątpić – Imperium uznało za stosowne wprowadzić ów system i to w takiej, a nie innej formie. Do tego jednak potrzebujemy przyjrzeć się bliżej, jak on wyglądał. Otóż o tym, co się tam działo można opowiadać bardzo długo, jednak dziś dla nas najważniejsze są dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że w tych czystych i zadbanych celach, czy to z głodu czy z przepracowania, czy wreszcie od ran zadanych przez „opiekunów”, umierało się niemal równie często, jak w kupie ludzkich odchodów na ulicy. Po drugie, każdy workhouse zaprojektowany był w taki sposób, by od samego początku zwożone tam rodziny były rozdzielane i to rozdzielane tak, że mężczyźni, kobiety i dzieci, choćby i niemowlęta, mieszkali w osobnych częściach kompleksu, i nierzadko owo rozdzielnie było tak skuteczne, że wiele z tych rodzin już do śmierci nie miało okazji się spotkać ponownie. No i może przede wszystkim – i to jest również fakt potwierdzony wielokrotnie – należy pamiętać, że wiele z dzieci tam umieszczanych, było następnie wysyłanych za granicę do kolonii, by tam już na służbie Imperium budować jego potęgę, choćby przez pracę na rzecz zwiększenia brytyjskiego eksportu. Choćby tylko dwie instytucje, działające pod nazwami Home Children i Philanthropic Farm School, w latach 1850-1871 wysłały do kolonii ponad 1000 chłopców. Natomiast w roku 1869 dwie bardzo ambitne panny, Maria Rye i Annie Macpherson, podjęły działalność sprowadzającą się do wyciągania z obozów całych grup, czy to zgarniętych z ulic sierot, czy też odebranych rodzicom dzieci, i wysyłania ich do Kanady.  Kanadyjskie władze za każde dostarczone dziecko płaciły owym dobrym kobietom drobne honorarium, jednak większość kosztów była pokrywana z funduszów dobroczynnych lub z puli wyznaczanej regularnie przez Poor Law. Ile w sumie było tych dzieci, nie wiadomo, natomiast biorąc pod uwagę fakt, że wedle danych jak najbardziej oficjalnych przez owe obozy przewinęło się w sumie 60 milionów (tak, tak – mówimy o milionach!) ludzi, ich liczba musiałaby z pewnością robić wrażenie.
       I wydaje się, że nie trzeba specjalnej inteligencji, by w tym momencie połączyć trzy zupełnie osobne, lecz znajdujące wspólny punkt, świadectwa, których sami Brytyjczycy wcale nie ukrywają. Pierwsze z nich to szeroko dostępne informacje na temat przyjętego przez Imperium systemu edukacji, który zawsze i przede wszystkim miał służyć Imperium, a to przez zbudowanie bezwzględnego, bezlitosnego i pozbawionego jakichkolwiek skrupułów brytyjskiego pana. Drugie, to choćby intelektualne dzieło wielkiego brytyjskiego myśliciela i twórcy, George’a Bernarda Shaw, którego niezliczone wypowiedzi na temat teoretycznych podstaw owej wielkiej idei, jaką jest Imperium, mogłyby śmiało konkurować z niesławnym „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. No i wreszcie owe częściowo już zapomniane, ale wciąż istniejące świadectwa ludzi, którzy widzieli, w jaki to sposób Imperium zbierało z ulic owe śmieci, z których na i tak przeludnionych Wyspach nie było najmniejszego pożytku, a mogli się jak najbardziej przydać na Karaibach, w Indiach, w Afryce, czy gdziekolwiek indziej na świecie. Wszak, jak to wyraźnie swego czasu napisał znany nam skądinąd królewski czarownik John Dee, Imperium nie ma granic. I to nawet jeśli część tego świata nazwę England będzie wymawiać jako  [i:nklant], a czasownik remove [ri:mu:f], co tak pięknie nam zaprezentował jak najbardziej brytyjski autor Roald Dahl, w swojej wspaniałej powieści o Diable pod tytułem „The Witches”.
       A zatem to jest ów tekst, ze wspomnianej przeze mnie książki. Jeszcze raz zachęcam wszystkich do jej nabywania, tyle że może już bezpośrednio ode mnie, ponieważ moja współpraca z Kliniką Języka się ostatecznie zakończyła i ja już tam nie mam nic do szukania. Kontakt wszyscy znają. Na wszelki wypadek przypominam: k.osiejuk@gmail.com




środa, 10 czerwca 2020

Czy bohaterką kolejnego odcinka filmu Tomasza Sekielskiego o pedofilii w Kościele zostanie Justyna Klimasara?


      Zanim przejdę do rzeczy, chciałbym prosić szczególnie wrażliwych czytelników, by wstrzymali się z pretensjami, bo tak jak pozory niekiedy mylą, to w tym akurat wypadku mylą bezwzględnie. I nie zmienia tego fakt, że bohaterem dzisiejszej notki będzie niejaka Justyna Klimasara, a więc tak naprawdę kompletny nikt. Mało tego. Owa Klimasara to jest coś jeszcze więcej niż nikt, z tego względu, że bycie nikim tak naprawdę nie jest niczym szczególnie wstydliwym. W sensie w jakim pojawia ona się tu dziś pojawia, większość z nas jest w rzeczy samej nikim, tyle że my jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że owo bycie nikim jest w gruncie rzeczy naszą tarczą. Z Klimasarą problem jest inaczej. Ona bowiem, będąc nikim, dała się poznać szerszej publiczności dzięki dwóm rzeczom: Twitterowi i swojej pupie. A skoro tak, to wspomniana publiczność mogła się jeszcze dowiedzieć, że właścicielką zaprezentowanej na Twitterze pupy jest członkini młodzieżówki SLD, która kocha poezję i powieści kryminalne.
       Czy poszło tylko o pupę? Właściwie tak, bo uważam, że gdyby nie ta pupa, to prezentujący ją tweet z prośbą o modlitwę w święto Bożego Ciała, przeszedłby z całą pewnością kompletnie niezauważony. No ale była pupa, był też tweet, no i od kilku dni hasło #klimasara zarówno w Internecie jak i w ogólnopolskich mediach święci trumfy, a stacja TVP Info nie jest w stanie przeżyć dnia, by o Klimasarze nie wspomnieć i z niej nie poszydzić.
       Czy Justyna Klimasara, poza pupą i wspomnianą prośbą o modlitwę, znana jest jeszcze z czegoś? Wydaje się, że o ile dotychczas była tylko ta pupa i ów tweet, to dziś jeszcze do tego dochodzą inne jej tweety. Ja sam, pragnąc się dowiedzieć, z kim mam do czynienia, zajrzałem na jej profil, a tam są następujące przemyślenia:
„Przeraża mnie, że dziś normalizuje się pogląd, że kobiety zarabiają po prostu mniej od mężczyzn. To kolejna próba zniewolenia kobiet, bo utrwala się przekonanie, że kobiety są słabsze. To wygodne dla zakompleksionych, patriarchalnych mizoginów. Chcą podbudować swoje ego”;
„Platforma na kolanach przed księżmi. Wspominają jeszcze papieża, który bronił pedofilów. Chadecja, zatem nie dziwi”;
„Jadłam sobie obiad w restauracji. Starszy pan zapytał, dlaczego sama płacę, bo to mężczyzna powinien płacić i zaprosić. Niby drobnostka, ale mówiąc, że ktoś musi płacić zakłada się, że kobieta ma mniej pieniędzy. W ten sposób traktuje się jako normę mniejsze wypłaty dla kobiet”;
„Dzisiaj warto także przypomnieć, że nie każdy z nas chce mieć dzieci. Nie ma też czegoś takiego jak instynkt macierzyński. Osobiście o dzieciach pomyślę za 4 lata, będę miała 28, nie za wcześnie i nie za późno. Nie czuję presji posiadania męża i rozmnażania jak królik”;
„Dziś mam dzień obalania mitów! Nie ma czegoś takiego jak dzieci nienarodzone, a samo sformułowanie doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nienarodzone, zatem jeszcze nie są to dzieci! Biologia!”;
„Bardzo lubię Amerykę Południową. Ciekawi mnie zarówno ich historia, jak i kultura. Kwestie polityczne, tańce no i moja słabość, czyli telenowele brazylijskie i kolumbijskie. Tak nawiasem w tych telenowelach bardzo widać nierówności społeczne”...
i tak dalej, i tak dalej.
       No i teraz już z całą pewnością nie uniknę tego, że ktoś zażąda ode mnie, bym się wytłumaczył, po jaką cholerę, zdecydowałem się dzisiejszy felieton poświęcić komuś tak nieistotnemu jak autorka powyższych słów, skoro nie chodzi mi o pupę. Już pędzę. Otóż proszę sobie wyobrazić, że kiedy szukałem informacji, które mogłyby mnie uświadomić co do ewentualnych tajemnic związanych z Justyną Klimasarą, trafiłem na portal onet.pl, a tam znalazłem coś takiego, jeszcze z wiosny zeszłego roku (dowolne dwie minuty wystarczą):


       
      O co chodzi? O to mianowicie, że z jednej strony mamy być może najbardziej dziś wpływowy portal internetowy nadający w języku polskim, medium informacyjne, mające obok „Gazety Wyborczej” i telewizji TVN24 największy prawdopodobnie wpływ na kształtowanie społecznej świadomości liberalnej części sceny publicznej, jeden z jej sztandarowych projektów propagandowych, w postaci tak zwanych „samochodowych rozmów” z największymi autorytetami wspomnianej sceny, a tam dziś również jej zdecydowanie najbardziej wpływowego dziennikarza, Tomasza Sekielskiego, autora kultowej wręcz serii produkcji uderzającej bezpośrednio w Kościół Powszechny i Jego duszpasterzy, który do swojego studia na kółkach zaprasza kogoś takiego jak Justyna Klimasara. A ja – proszę zwrócić uwagę – nie mówię o dzisiejszej Klimasarze, właścicielce wypiętej pupy w stringach, autorki głupkowatych komentarzy na Twitterze, oraz gwiazdy telewizji TVP Info. Ja mówię o nikomu jeszcze wówczas nieznanej cizi, wyrwanej z jakiegoś prowincjonalnego klubu dla prowincjonalnych gangsterów poszukujących towaru, którym będą się mogli pochwalić swoim koleżkom.
       Ale i to nie wszystko. Oni nie dość, że uznali za stosowne posadzić ją przed tą kamerą i mikrofonem, to jeszcze zachęcają ja nie do tego, by się podzieliła z widzami swoją opinią nie na temat choćby szans współczesnej młodzieży z dużych miast na rozwój osobisty, ale proszą o opinie na temat strajku nauczycieli, perspektyw przed jakimi stoi polska szkoła, oraz zagrożeń dla Polski i Europy jakie stwarzają rządy Prawa i Sprawiedliwości.
        Przepraszam bardzo, ale co tu się do jasnego koronawirusa wyprawia? Niedawno redaktor Renata Kim z „Newsweeka” – ale też i wspomnianego Onetu –  sfotografowała się na tle wyborczego billboardu Andrzeja Dudy, gdzie ktoś jego nazwisko przerobił na „Dupa”, a jemu samemu dorysował hitlerowski wąs i tupecik, i owo zdjęcie wrzuciła do Internetu. W odpowiedzi na tę demonstrację, któryś z komentatorów napisał, że od tego momentu nikt już nie ma prawa zgłaszać jakichkolwiek pretensji pod adresem publicznej telewizji. Gdy bowiem chodzi o dziennikarstwo, granica została właśnie przekroczona. Otóż nie zgadzam się. I nie chodzi mi o to, że owa granica była wcześniej przekraczana wielokrotnie, natomiast z całą pewnością gdy rozmawiamy o tym, co Anglicy określają mianem „petty journalism”, sprawę ostatecznie załatwił Onet i jego pierwsza gwiazda, czyli Tomasz Sekielski. Gdy chodzi natomiast o mnie, to w momencie gdy on nakręci kolejny odcinek swojej serii o pedofilii w Kościele, ja będę miał do niego tylko jedną uwagę: efekt byłby znacznie mocniejszy, gdyby on tam wstawił Justynę Klimasarę w stringach w jacuzzi na tle Pałacu Kultury i poprosił ją o wypowiedź na temat jej szkolnych przygód, choćby z klerykami.





Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...