piątek, 17 kwietnia 2020

Projekt "Zaraza", czyli na jak długo można wstrzymać oddech?


      Przyznaję, że za pomysłem na dzisiejszą notkę stoją względy obrzydliwie partyklularne, a związane z tym, że wczoraj po raz drugi w życiu – pierwszy raz to było wtedy, gdy rodziła sie moja młodsza córka i obsługa porodu mnie do tego zmusiła – założyłem sobie na twarz tak zwaną „maseczkę”. Założyłem, to mało zresztą powiedziane; ja nie dość że ją założyłem, to przez okres dwa razy po godzinie usiłowałem w niej paradować po okolicy. I oto, proszę sobie wyobrazić, po raz pierwszy od wielu, wielu lat dostałem cholery na władzę, którą w taki czy inny sposób popieram od roku 1990. Rzecz w tym, że mnie ta maseczka przede wszystkim odbiera oddech, następnie kompletnie nie do zniesienia grzeje w twarz, a jak by tego było mało, sprawia że okulary mam nieustannie zaparowane. Krótko mówiąc, ja w tej maseczce z jednej strony nie jestem sobie w stanie wyobrazić, bym potrafił realizować na co dzień zalecenia podstawione przede mną przez mój rząd, a z drugiej mam wręcz desperacką nadzieję, że z tym swoimi fanaberiami należę do na tyle drobnej mniejszości, by nasza władza to co się może już niedługo stać wytrzymała.
       Szykuję się więc do kolejnego wyjścia na ulicę w zaciągniętej na usta i nos maseczce, a jednocześnie widzę i słucham ministra Szumowskiego, jak do mnie mówi, że mam się przygotować na to, że przez może i najbliższe dwa lata nie będę mógł jej z twarzy zdjąć, a za to poświęcenie on mi gwarantuje, że prawdopodobnie już nigdy nie będzie tak jak było przed epidemią. A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale ja mam naprawdę wielką trudność, by zachować dotychczasową lojalność i nie wracać do moich refleksji sprzed tygodnia, kiedy to nieustannie zadręczała mnie myśl, że ta cała pandemia, to prawdopodobnie jakiś projekt, którego żródła i celu nie znamy.
       Mam nadzieję, że się dobrze rozumiemy. Ja jestem jak najbardziej otwarty na to by popierać ten rząd z całych swoich sił, ale naprawdę byłoby mi znacznie łatwiej, gdyby minister Szumowski – zwłaszcza w sytuacji gdy faktycznie wspomnianych wątpliwości z biegiem czasu wcale nie ubywa – na pytanie, kiedy będziemy mogli żyć normalnie, znalazł sposób by nam powiedzieć parę miłych słów, zamiast ograniczać się do informacji, że mamy przestać marzyć i się pogodzić z tym, że lepiej już było. Bo z tymi zaparowanymi okularami i szmatą, która uniemożliwia oddychanie nie bardzo jestem w stanie zachowywać lojalność.
      A teraz pozwolę sobie przedstawić tekst, przyznaję, że dość długi, który znalazłem na Facebooku, tekst, przyznaję, że budzący pewne wątpliwości, niemniej uważam, że byłoby bardzo dobrze, gdyby nie tylko minister Szumowski, ale i może sam Premier, czy Prezydent mieli świadomość dyskusji, jaka się tu i ówdzie toczy i jej nie lekceważyli, nawet jeśli jest fałszywa i głupia. Bo ona tak czy inaczej trwa, i jeśli cała ta gadka o tym, jak to będziemy się musieli nauczyć nowego życia, jest na poważnie, to owa dyskusja ją bardzo skutecznie przykryje a następnie równie skutecznie zadusi. Proszę zatem o uwagę:


       Każdego dnia w Polsce na raka umiera 270 osób. Każdego roku 100 tys. Polaków zapada na choroby onkologiczne. Na świecie to 10 milionów ludzi. To jest realna epidemia, o której media i politycy nie mówią tak głośno. Co więcej, każdego roku grypa zabija na świecie 600 tys. osób. W samej Polsce w tym roku odnotowaliśmy 150 ofiar i 3 miliony chorych. Gruźlica zabija rocznie na świecie prawie 2 miliony ludzi, malaria 1,2 mln, AIDS ponad 1 mln, cholera ponad 100 tysięcy. Obecne „straszydło w koronie” nie mieści się nawet w pierwszej setce największych zagrożeń dla zdrowia i życia człowieka.
      Tak naprawdę nie wiemy, czy w Polsce ktokolwiek umarł w związku z zakażeniem koronawirusem. Brak brak publikacji medycznych na ten temat. W mediach podano, że osoby, które zmarły, chorowały na poważne schorzenia, a do szpitala trafiały w ciężkim stanie. Media w Wielkiej Brytanii poinformowały, że wśród ofiar śmiertelnych w kraju nie było osób nieobciążonych innymi chorobami. We Włoszech opublikowano analizę, z której wynika, że jedynie w przypadku 1,2% zmarłych nie wiadomo, by chorowali na inne choroby.
      [Gdy chodzi o Włochy] ogólna liczba zgonów w 2020 roku, do 21 marca włącznie, wynosi 135 589. Jeśli podzielimy liczbę zgonów przez 81 dni, które upłynęły od 1 stycznia, daje nam to 1 674 zgony dziennie, 50 218 miesięcznie. W 2018 roku w miesiącu umierało średnio 52 tys. osób. Średnia miesięczna w 2020 roku to tylko 50 tys. (i to w trakcie pandemii).
      Zastanawia brak informacji w mediach o liczbie zgonów na inne choroby i z przyczyn naturalnych. Można więc odnieść wrażenie, że Włosi przestali umierać na inne choroby i z przyczyn naturalnych. Umierają już tylko na koronawirusa. W liczbie zgonów nie widać żadnej wartości dodanej (tych 4,5 tys., które mamy teraz). Spójrzmy na inne źródło. Jak się okazuje, we Włoszech średnia wieku ofiar to 79 lat. Prawie wszystkie ofiary, czyli 98%, miały poważne choroby współistniejące. A przecież ludzie ciężko chorzy i bardzo starzy zawsze umierali – głównie na jakieś infekcje. Ten wirus jest potencjalnie groźny, tak jak każda inna infekcja, dla osób z deficytem immunologicznym.
      Według szacunków ICL nawet 80% wszystkich zakażonych nie ma żadnych objawów COVID-19. Największa liczba zainfekowanych zakaża się właśnie od osób bezobjawowych. Nie ma szans na powstrzymanie transmisji wirusa obecnie stosowanymi metodami. Podsycająca panikę powszechna izolacja doprowadzi do destrukcji państwa i ogromnych szkód gospodarczych. Ten wirus nie jest groźny dla osób ze zdrową immunologią.
      Dlatego bardziej niż wirusa, powinniśmy bać się paniki i załamania gospodarki. Powszechna izolacja nie tylko sprzyja panice, ale jest błędem. Nie ma szans na osiągnięcie zakładanych celów. Za to gwarantuje rozmontowanie państwa oraz spowodowanie ogromnych szkód w gospodarce, a tym samym tragedie wielu ludzi. Kolejne decyzje rządu nakręcają panikę. Fatalną rolę wypełnia tu GIS.
      Należy zatem natychmiast zamienić dotychczasową strategię na izolację selektywną, skierowaną do osób zagrożonych. Osoby te należy wyselekcjonować na podstawie kryteriów opisowych: wiek powyżej 80 lat, pacjenci po przeszczepie, po leczeniu onkologicznym w ciągu ostatniego roku itp. Dodatkowo należy wykorzystać metody oceny odporności komórkowej u tych osób, takie jak wskaźnik CD4/CD8. Wobec tych osób należy wdrożyć etapowo kolejne stopnie izolacji, aż do pełnej izolacji. W szczególności osoby mające jakikolwiek kontakt z tymi osobami powinny być badane testem na obecność koronawirusa. Takie działanie będzie znacznie bardziej efektywne.
      W całej tej retoryce wokół wirusa mamy dwa główne cele. Pierwszy, by chronić ludzi, dla których ta infekcja (jak również inne) może być groźna, przez zmianę strategii na izolację selektywną oraz zintensyfikowanie działań Systemu Opieki Zdrowotnej w stosunku do tych osób.
      Drugi to minimalizowanie szkód gospodarczych. Niewiele pomogą dotacje i źle zaadresowane ulgi. Jedyna szansa na skuteczną obronę przed katastrofą gospodarczą to natychmiastowy powrót zdrowych ludzi do pracy i normalnego życia. Pomoc państwa powinna im to ułatwiać. Jednak aby cele te zostały zrealizowane, niezwykle ważne jest zwalczanie dezinformacji i paniki.

      A ja już tylko, łapiąc się tej myśli jak pijany płotu, mam tylko życzenie, by już jak najszybciej było po majowych wyborach, bo wierzę, że już na drugi dzień po ogłoszeniu wyników wszyscy cudownie ozdrowiejemy. Przynajmniej tu. Ameryka będzie musiała jeszcze kilka miesięcy poczekać.






czwartek, 16 kwietnia 2020

Sześć wesołych kawałków na czas pandemii


Ze względu na Święta no i przeciągający się czas zarazy, redakcja "Polski Niepodległej" zażyczyła sobie, by kolejną tablicę wysłać z dużo większym niż zwykle wyprzedzeniem, co spowodowało, że to czym będziemy się dziś bawić, w kioskach pojawi się dopiero za dwa tygodnie. To z kolei powoduje, że to wszystko będzie wówczas zaledwie szarym wspomnieniem. Na szczęście my mamy ten blog, a więc bardzo proszę.


Dzięki zarazie, jaka nami ostatnio zawładnęła, stało się rzeczą znacznie trudniejszą niż kiedykolwiek wcześniej przewidywać, w jakim stopniu to co nam się dziś wydaje i o czym próbujemy rozmawiać, będzie miało jakiekolwiek znaczenie już w paru kolejnych dniach, a zatem tym bardziej Tablica, jaką od pewnego czasu przedstawiam tu czytelnikom „Polski Niepodległej”, skażona jest chorobą ciężkiej doraźności.  Tekst ten piszę w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, a zatem do jego publikacji zostało nam dobrych parę tygodni, myślę sobie jednak, że nawet jeśli nic z tego co już za chwilę nastąpi nie wytrzyma próby czasu, zawsze będzie można się smutno uśmiechnąć i powiedzieć sobie, że było warto. Weźmy choćby takiego Bartosza Jóźwiaka, a więc kogoś kto dla większości z nas pozostaje kimś kompletnie anonimowym, a tu tymczasem okazuje się, że mamy do czynienia z aktualnym prezesem Unii Polityki Realnej, a więc człowiekiem, który święty ogień realności przejął po takich jej bohaterach jak Janusz Korwin Mike, Stanisław Michalkiewicz, by nie zapominać o znanym nam aż nazbyt dobrze Rafale Ziemkiewiczu. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ów dzielny człowiek zabrał głos na Twitterze i oświadczył co następuje:
„Minister Szumowski odważył się na największe świństwo. Ukradł nam Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Nawet stalinowcy nie podnieśli ręki na takie świętości. Mam skrajny wstręt do takich osób. Im szybciej pozbędziemy się tego człowieka z rządu tym lepiej”.
Ups!

***

Komentarz Jóźwiaka spotkał się z dość jednoznacznymi recenzjami ze strony internautów, mnie jednak najbardziej spodobała się ta, gdzie ktoś zwrócił uwagę na fakt, że skoro przeciwnicy tego rządu uważają, że wystarczy zaledwie jeden z jego ministrów, by postawić na nogi cały Kościół Rzymsko-Katolicki na świecie, na Watykanie zaczynając, a Krasiczynie pod Przemyślem kończąc, to znaczy, że oni się znaleźli w stanie, z którego jedynym wyjściem jest się albo zwyczajnie powiesić, albo przy odrobinie wiary w przyszłość, poszukać dla siebie szansy w uprawie pietruszki z nadzieją, że koronawirus spowoduje ciężki kryzys i jej cena skoczy do 20 zł za kilogram.

***

Mało tego jednak. Otóż wydaje się, że prezes Unii Polityki Realnej uważa – i to uważa publicznie – że w momencie gdy Mateusz Morawiecki wyrzuci z rządu ministra Szumowskiego, będziemy wszyscy mogli już od najbliższej niedzieli pójść normalnie do kościoła i się pobożnie tam udzielać, jak gdyby nigdy nic. A skoro tak, to znaczy, że z nimi – a mówiąc „z nimi” mam na myśli całą znaną nam gromadkę reprezentowaną dziś w wielkiej polityce przez Konfederację i jej kandydata na urząd Prezydenta III RP – jest naprawdę już bardzo słabo. Niemal tak słabo jak z może z aż nazbyt intensywnie eksploatowaną ostatnio kandydatką Małgorzatą Kidawą-Błońską.

Powiem szczerze, że nie mam wiedzy na temat powodów dla których ta nieszczęsna kobieta postanowiła ostatnio włączyć do swoich kampanijnych narracji Bitwę pod Grunwaldem, stało się jednak tak, że ona to uczyniła i przy okazji wywiadu udzielonego „Gazecie Wyborczej” podzieliła się z nami następująca refleksją:
„Przecież to też było piękne, że moi pradziadkowie, socjalista Wojciechowski i endek Grabski, przyjaźnili się, a ich dzieci się pobrały. Moja babcia, Zofia Wojciechowska nauczyła mnie, że jeśli ma się spokój i stanowczość, to można wiele zrobić, a przy okazji przejść przez życie tak, żeby nikogo nie zranić. Mojego ojca zawsze śmieszyło, że nasi krewni walczyli po jednej i po drugiej stronie bitwy pod Grunwaldem. Tata to odkrył. A do mnie mówił: ‘Ty jesteś bardziej Wojciechowska niż Grabska’. Czyli bardziej prospołeczna. Odpowiadałam: ‘Dobrze, bo po babci’”.

***

Niedawno trafiłem na czyjś komentarz, którego autor wyznał, że jest mu już nadzwyczaj niezręcznie wyszydzać kolejne postępki Kidawy-Błońskiej, bo to się staje zwyczajnie nieludzkie. I ja to oczywiście rozumiem, natomiast autentycznie nie jestem w stanie pojąć, z jakiej to przyczyny przeprowadzający rozmowę redaktor było nie było, gdzieniegdzie przynajmniej, szanowanego dziennika, w momencie gdy ich kandydatka się aż tak odsłoniła, nie krzyknął: „Pani Małgosiu, to wycinamy”. Czy jest możliwe, że stan o jakim wspomniałem chwilę wcześniej, przy okazji komentowania wystąpienia prezesa Jóźwiaka, rozpanoszył się wśród tego towarzystwa jak sam koronawirus?

***

A przecież są jeszcze artyści. Otóż znani nam aż nazbyt dobrze aktorzy Jerzy oraz syn jego Maciej Stuhrowie, udzielili wypowiedzi dla telewizji TVN24 i pochwalili się następującymi przemyśleniami. Najpierw Stuhr senior:
„W związku z rozprzestrzenianiem się pandemii nie potrafię myśleć o wyborach prezydenckich ani zainteresować jakimkolwiek programem jakiegokolwiek kandydata. To jest ode mnie strasznie daleko. Uważam, że większość obywateli tak myśli. Tylko dlaczego przedstawiciele władzy nas w tym mamią, okłamują, mówią, że to ważne i potrzebne dla stabilizacji politycznej kraju? Przecież jak nic się nie zmieni, to dalej będzie jakaś stabilizacja. Te same władze będą u władzy. W stanie wojennym to przynajmniej wiedziałem, że wzięli nas wszystkich za gardło. A tutaj jeszcze się udaje, że to dla naszego dobra. A to nie jest dla naszego dobra”.
Po seniorze zabrał głos junior i było wprawdzie krócej, ale za to jeszcze zabawniej:
„Naszła mnie taka groteskowa, humorystyczna myśl, to taki śmiech rezygnacji. Pomyślałem sobie: a niechże oni sobie zrobią te wybory, niech sobie wybiorą tego swojego Andrzeja. Niech nam dadzą święty spokój. Nie pójdę na wybory, jeżeli odbędą się w maju, bo życie mi miłe. Nie pozwolę mojej rodzinie iść. A oni niech sobie go wybiorą”.
I ja oczywiście szalenie kibicuję panu Maćkowi i jego bliskim, by pod żadnym pozorem nie ulegli temu kłamstwu i nie daj Boże do wyborów poszli, natomiast zastanawiam się mocno, dlaczego jeszcze prezydent Duda razem z premierem Morawieckim nie przyczepili sobie do nosa czerwonych kulek, na głowy nie założyli czapek Świętego Mikołaja i nie wystąpili w telewizji, ostrzegając wszystkich wyborców przed pójściem do wyborów ze względu na groźbę utraty życia. Tak zwany antypis uznałby to za kolejny argument za bojkotem, zwolennicy obecnego prezydenta natomiast wiedzieliby że to jest bardzo śmieszny żart i tym bardziej zrobiliby to co do nich należy. W efekcie, Andrzej Duda wygrałby kolejną kadencję z wynikiem 90 procent, a my moglibyśmy wreszcie przestać się zajmować tym ciągnącym się już aż nazbyt długo nieszczęściem.

***

A trzeba przyznać, że to się już naprawdę robi męczące. Oto jeden z nich, jedna z głównych twarzy kiedyś stacji Polsat, a dziś Wirtualnej Polski, Marek Kacprzak i jego refleksja zamieszczona na Twitterze, który ostatnio robi wrażenie szafotu, na którym kończą swój publiczny żywot kolejne gwiazdy zarówno mediów jak i polityki:
„181 zgonów na dziś. To prawie tyle co 96”.
My oczywiście moglibyśmy natychmiast poinformować o aktualnej liczbie zmarłych w wyniku koronawirusa Amerykanów i zestawić ją z wynikiem wciąż rok w rok przeżywanego przez cały świat ataku na World Trade Center, nas jednak bardziej interesuje to, co Kacprzak miał do powiedzenia, gdy za swoje zidiocenie został zbesztany przez innych użytkowników Twittera. Oto wyjaśnienie, jakiego nam udzielił:
„Tak. Zestawiłem liczbę ofiar Cividu i tragedii. Nie miałem złych intencji. Widzę, że zbyt dużo osób źle go odebrało. Jako prowokację, czy kpiny z tragedii. Absolutnie nigdy z tragedii nie kupiłem, ani tym bardziej z jej ofiar. Przepraszam jeśli ktoś się poczuł urażony”.
Oczywiście to jest wciąż ten sam rodzaj upadku, ja jednak widzę w tym tunelu pewne światełko. Otóż pamiętam jak wiele lat temu prezydent Lech Kaczyński ogłosił ogólnonarodową żałobę po śmierci 26 pielgrzymów, którzy wracali do Polski z Sanktuarium Matki Boskiej w La Salette, i ich autokar runął z mostu w 15-metrową przepaść doliny rzeki Romanche, a następnie stanął w płomieniach. Wtedy to, niewykluczone że i sam redaktor Kacprzak szydził z Prezydenta, że robi cyrk ze śmierci 26 osób, podczas gdy znacznie więcej ginie w wypadkach na polskich drogach w zwykłych wypadkach samochodowych. Wtedy akurat nikt za nic nie przepraszał. Dziś owszem. A to wskazuje na pewien postęp.
I to jest wiadomość bardzo optymistyczna.





środa, 15 kwietnia 2020

W co grał malarz Duda Jerzy?


       Stało się tak, że kościół do którego chodzę nie tylko ograniczył liczbę wiernych uczestniczących w jednej mszy do pięciu, ale widząc, że te pięć osób to jest jakiś żart, zamknął się na dobre. W tek sytuacji, aby skutecznie realizować swoje potrzeby religijne, zostałem zmuszony do korzystania z posługi duchowej, jakiej nam udziela telewizja. I proszę sobie wyobrazić, że jeszcze w miniony piątek, po obejrzeniu w telewizji Trwam nabożeństwa odprawianego przy Całunie Turyńskim, zostałem jeszcze przez chwilę przed ekranem, a na nim pokazała się bardzo sympatyczna siostra zakonna i zaczęła nam opowiadać o siostrze Faustynie. Ponieważ, jak mówię, robiła bardzo sympatyczne wrażenie i mówiła ciekawie, siedziałem i słuchałem i nagle zwróciłem uwagę na tło owego wystąpienia. Otóż owo tło stanowiły przesuwające się absolutnie koszmarne malowidła przedstawiające Mękę Pańską, tyle że w tego typu artystycznym wyobrażeniu, że Jezus niesie Swój Krzyż, a wokół niego kłębi niezliczony tłum, który stanowi najbardziej tanią współczesną publicystykę, która swoje apogeum osiąga w momencie, gdy widzimy, że człowiekiem pomagającym Jezusowi nieść Krzyż jest nie kto inny jak wypisz wymaluj artysta malarz Jerzy Duda Gracz.
       Przyznaję ze wstydem, że nie miałem dotychczas pojęcia, że zanim – jak twierdzą ci co go znali – zapił na śmierć, ów dziwny artysta – bo, owszem, mówimy o Jerzym Dudzie Graczu – znalazł sposób, by pamięć o swojej twórczości uwiecznić w murach klasztoru na Jasnej Górze. Powiem więcej, kiedy oglądałem w telewizji Trwam ową kuriozalną drogę krzyżową, jeśli pomyślałem o Dudzie Graczu, to tylko przez chwilę i to w ten sposób, że ojciec Rydzyk może znalazł jakiegoś rysownika, który korzystając z metody swojego mistrza, namalował mu te obrazki. I wtedy najpierw ni stąd nie zowąd zobaczyłem wąsatą twarz Gracza we własnej osobie, jak się podstawia w miejsce Szymona z Cyreny, a potem dowiedziałem się, że owszem, Jerzy Duda Gracz faktycznie namalował na zamówienie jasnogórskich ojców owo dzieło, a następnie zatytułował to coś „Golgota Jasnogórska”, tak by dziś robić za powód dla chwały dla naszego Kościoła.
      Twórczość Jerzego Duda Gracza znam niemal od zawsze i powiem uczciwie, że choć owa skrajnie fałszywa publicystyka irytowała mnie dokładnie tak samo jak filmy Stanisława Barei, z początku miałem nawet poczucie, że to jest naprawdę zdolny, a przede wszystkim oryginalny artysta. Później, widząc, jak on się nagle stał pieszczochem komunistycznej władzy – której widocznie bardzo pasowało, by mieć kogoś, kto nam będzie nieustannie uświadamiał jacy to jesteśmy gnuśni, głupi i brzydcy – i w jaki sposób zdobyta pozycja sprawia, że jego obrazy stają się coraz bardziej publicystycznie tanie, coraz bardziej wtórne, a co gorsza technicznie niechlujne, o Graczu artyście zacząłem myśleć już tylko z pogardą. Wreszcie przyszedł Stan Wojenny i – o czym dziś mało kto chce pamiętać – Gracz pierwsze co zrobił to nową władzę poparł, a następnie zaczął budować nowy Związek Artystów Plastyków i to tak agresywnie, że jak opowiada mi dziś znajomy artysta, możliwość zakupu materiałów malarskich mieli tylko ci, którzy do nowego związku zgodzili się wstąpić.
       Od tego czasu, to co się dzieje z Jerzym Dudą Graczem, artystą i człowiekiem, przestało mnie kompletnie interesować, a tu się nagle okazuje, że on w międzyczasie uznał, że się przytuli do Kościoła i tam znajdzie przystań dla swoich artystycznych wyczynów. I, jak widzimy z załączonego opisu, nadzwyczaj skutecznie. Podczas gdy dziś o tych jego robolach z obiema lewymi rękami, tych pijakach, tych kurwach o wielkich dupskach, a wszystkich ze znaczkiem „Polska” na czole i krzyżem na szyi, no i może przede wszystkim o tej Częstochowie, która wówczas dla Dudy Gracza stanowiła tylko symbol polskiego obciachu, a nie Golgoty, pies z kulawą noga nie pamięta, to, owszem, „Golgota Jasnogórska” tryumfuje i nawet Pismo Poświęcone „Fronda” nie pisze o Graczu inaczej jak o „wielkim artyście”.
        Ktoś powie – a mnie też w pewnym momencie taka myśl przyszła do głowy – że może on się naprawdę nawrócił i postanowił cały swój talent oddać Kościołowi. W końcu te jasnogóskie obrazy są naprawdę duże, namalowane bardzo gęsto i musiały kosztować Gracza naprawdę dużo pracy. Zapytałem o to wspomnianego kolegę malarza i on mi powiedział, że w żadnym wypadku. One są namalowane przede wszystkim bardzo szybko i niestarannie, poza tym technicznie oparte są na jednym rysunku i jednej możliwie cienkiej i jak najmniej kolorowej warstwie farby i to wszystko. Zdaniem mojego kolegi, dla Gracza zrobienie rysunku to była chwila, bo on tu akurat przez lata zdążył nabrać wprawy, a reszta to już tylko byle jakie owego rysunku zamalowanie. Co ciekawe, kolega mój twierdzi, że ponieważ warstwa farby, która te twarze pokrywa, jest tak słaba, jest bardzo prawdopodobne, że już wkrótce czas odsłoni te rysunki i tylko one pozostaną, też zresztą na niedługą chwilę. I tak ostatecznie będzie wyglądała za parędziesiąt lat owa dzisiejsza duma Ojców Paulinów.
        Ktoś mnie zapyta, po ciężką cholerę ja nagle potrzebuję się zajmować tym czymś i co mi tak zależy, by tyle lat po jego śmierci męczyć Jerzego Dudę Gracza. Otóż pomijając fakt, że fragmenty tej koszmarnej Drogi Krzyżowej, które obejrzałem w telewizji Trwam, zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie, to że on naprawdę uznał za stosowne wkleić tam w zastępstwie Szymona z Cyreny siebie, uważam za wyjątkową bezczelność, która zasługuje na parę słów prawdy, zwłaszcza gdy za nią stoi przekonanie, że ci Paulini są tak głupi, że tego nie zauważą, a nawet jeśli zauważą, to nie wyciągną z tego żadnych wniosków.
       Próbuję sobie wyobrazić, jak bym ja został oceniony, gdybym swego czasu zamiast imienia „Toyah” przyjął imię „Szymon z Cyreny” i się tu przez te wszystkie lata w ten sposób udzielał. A pamiętajmy, że kiedy za komuny esbek proponował mi, żebym donosił na kolegów, to ja akurat powiedziałem „nie”. No a przede wszystkim nigdy nie mówiłem, że Polska i Kościół to syf.







wtorek, 14 kwietnia 2020

Cywilizacja, czyli najbardziej zabójczy dowcip świata


Poświąteczny brak odpowiedniej inspiracji, który często zostawia mnie z wyrzutami sumienia, tym razem ma szczęśliwe zakończenie, ponieważ trafiłem na swój tekst jeszcze z grudnia 2012, który, jak dziś widzę, powinien był się  jak najbardziej znaleźć w mojej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, a mi jakimś cudem umknął. Przypominam go więc dziś i jestem pewien, że zdecydowanie słusznie.

     W pierwszej chwili, tuż po tym jak dotarła do mnie ta wiadomość, sądziłem że to co się stało jest zdarzeniem na tyle dramatycznym i w pewnym sensie bezprecedensowym, że przynajmniej Internet, a więc miejsce choćby pozornie jeszcze nie skażone ową okropną rutyną i obojętnością, zareaguje na to wystarczająco mocno, by moje słowa okazały się niepotrzebne. Tymczasem, o ile dobrze zaobserwowałem sytuację, wokół panuje wręcz idealna cisza. Tak jakby większość z nas, którzy przecież jakoś się interesujemy światem, uznała że są sprawy ważne i ważniejsze, i tak jak zawsze skupiła się na tym, co tak naprawdę pozostaje – dziś przynajmniej – bez najmniejszego znaczenia. A więc standard.
     Jak być może części przynajmniej z nas wiadomo, żona księcia Williama zaszła w ciążę, w związku z tym prawdopodobnie, poczuła się źle, no i została zabrana do szpitala. Kiedy sobie tam spokojnie zdrowiała, gdzieś w Australii dwoje radiowych dziennikarzy – pan i pani – uprawiających rodzaj sztuki zbliżony do tego co znamy z występów Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego, postanowiło wykonać żart sprowadzający się do tego, że oni zadzwonią do owego londyńskiego szpitala, i mówiąc piskliwym głosem, przedstawią się jako Królowa i spytają o zdrowie Księżnej. Trafili na jakąś pielęgniarkę, która, nie podejrzewając niczego, przełączyła ich na odpowiedni oddział, no i tyle wszystkiego. Okazało się, że Księżna czuje się lepiej i w ogóle jest strasznie śmiesznie. Zwłaszcza że podczas gdy pani radiowiec udawała Królową, pan radiowiec udawał jednego z psów Królowej, i zabawnie szczekał.
      I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że kiedy już prowokacja wyszła na jaw, pielęgniarce zrobiło się tak wstyd, że z tego wstydu popełniła samobójstwo… Ups!
      Ktoś – a ja, znając się trochę na ludziach, podejrzewam, że takich głosów będzie wcale niemało – powie, że ona musiała być jakaś głupia. Zwłaszcza że, jak wynika z relacji, władze szpitala nie miały do niej za tę jej naiwność jakichkolwiek pretensji, no i w ogóle problemem od początku było tylko tych dwoje cymbałów. A jednak stało się tak – trzeba to powtórzyć – że prawdopodobnie jej się zrobiło tak wstyd, że nie wytrzymała, no i uznała, że dalej z tym już nie może żyć. Czemu ona tak to sobie wymyśliła? Oczywiście mogło pójść o to, że ona zdała sobie sprawę z tego, że tą swoją naiwnością sprawiła kłopot nie komuś tam przypadkowemu, ale rodzinie królewskiej. Mogło też być tak, że ponieważ ona pochodziła z Indii, i to jak się zdaje z bardzo świeżego zaciągu, a więc nie miała zbyt dużo czasu, by nauczyć się nowej cywilizacji i zapomnieć co to wstyd, ten żart przeżyła znacznie gorzej niż zdarzyłoby się to nam. Mogło też pójść jeszcze o coś innego, o czym my akurat nigdy nie będziemy mieli pojęcia, ale cokolwiek ją pchnęło do tego fatalnego kroku, dla nas dziś nie ona jest problemem. Problemem nawet nie są ci durnie gdzieś z Australii. Problemem jest świat, gdzie nawet nie przez czyjąś złą wolę, czy jakąś bardzo porażająca głupotę, ale przez jego ni stąd ni zowąd naturalny jak się okazuje zupełnie charakter, wszystko co łagodne i wrażliwe zostaje wystawione już nie tylko na pośmiewisko, ale zwyczajnie na bezpośredni i śmiertelny atak.
      A ja się już tylko obawiam, że jeśli ten kierunek rozwoju społeczeństw zostanie zachowany, przeżyją tylko ci, którzy będą się potrafili przystosować choćby w takim stopniu, który im pozwoli zachować odpowiednio grubą skórę. Reszta zostanie powoli wyeliminowana. Zabita śmiechem. Zwyczajnie śmiechem.




sobota, 11 kwietnia 2020

Ten Years After, czyli co nam pokazuje Bóg


Powiem szczerze, że nie umiem sobie przypomnieć, kiedy dokładnie poniższy tekst się na moim blogu ukazał, ale wiem, że był to jeszcze Salon24 oraz wiosna 2010 roku, chwilę po Smoleńskiej Katastrofie, a ja do dziś traktuję go jako coś niemal najmocniejszego, a jednocześnie najważniejszego, co się kiedykolwiek tu ukazało. Ponieważ te 10 lat minęło jak z bata strzelił, a my wbrew pozorom jesteśmy już tylko mądrzejsi, dobrze jest sobie przypomnieć tamte słowa naszego dobrego księdza Rafała, jakże głębokie, przenikliwe oraz przede wszystkim prawdziwe.       


     Najpierw dorzucę swój kamyczek do metafizycznych interpretacji Katastrofy. Jest odwiecznym zwyczajem, że od 5 niedzieli Wielkiego Postu, w naszych świątyniach zakrywa się krzyże, albo wręcz wynosi się je z kościoła. Istnieje wiele interpretacji tego zwyczaju (zasłona jako znak tajemnicy, którą jest Boża miłość do człowieka; „post dla oczu”; znak uniżenia się Syna Bożego), ale mnie osobiście zawsze odpowiadała ta, której sensem było pytanie: „Wyobraź sobie, co by się stało ze światem, z ludźmi, z Tobą, gdyby nie było tego wszystkiego, co krzyż sobą wyraża?”
      Ta myśl o braku obecności krzyża i wynikających z tego konsekwencjach, przyszła mi do głowy w sobotę, 10 kwietnia, gdy w telewizyjnych relacjach opisujących mordercze cechy smoleńskiej mgły, pokazywano katyński krzyż, jego cień i te puste krzesła, na których nikt już nie usiadł… Przyszła mi ta myśl do głowy, bo ktoś powiedział, że w prezydenckim samolocie była cała Polska. Była tam cała Polska (taka, jaką Ona w swej różnorodności jest, w wymarzonych przez śp. Prezydenta ideowych proporcjach, oraz z tym, co z owych proporcji może wynikać), ponieważ Lechowi Kaczyńskiemu – i pewnie Bożej Opatrzności – zależało, by cała Polska (właśnie taka!) pokłoniła się Ofiarom Katynia i by cały świat to zobaczył. No i zobaczył…
      I ta Polska została zasłonięta, zabrana. Pozostała pusta przestrzeń (albo jak chce Lech Wałęsa: Polska z obciętą głową i wyrwanym sercem, tzn. trup), w którą żałobnie się wpatrujemy, mając okazję by zastanowić się, co się stanie ze światem, z Polakami, jeśli Polski (z wiadomymi ideowymi proporcjami i różnorodnością) nie będzie i nie będzie tego wszystkiego, co taka Polska sobą stanowi.
      I Pan Bóg w dobroci swojej pokazuje nam co się stanie.
      Pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest wreszcie państwem, które tak dobry człowiek jak premier Putin, traktuje z należytą atencją. Może to już czynić, ponieważ – jak to wczoraj ocenił moskiewski dziennik „Kommiersant” – po tragedii w Smoleńsku powstała sytuacja, w której możliwy jest prawdziwy przełom w stosunkach między Rosją i Polską, a – cytuję: „ci politycy w Polsce, którzy opowiadają się za pojednaniem z Rosją, otrzymali taką swobodę manewru, o jakiej tydzień temu mogli tylko marzyć”.
      Prawda, że to jest piękne?
      Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup) może być zarządzana bez głowy i serca, co unaocznia nam wszystkim biedny i jakoś taki zdziwiony premier Tusk (dlaczego zdziwiony? Przecież jako dobry chrześcijanin, głęboko przeżywający w niedawnym Wielkim Tygodniu tajemnice Męki Pańskiej, powinien był wiedzieć, że gdy dzieje się jakieś zło, to działa wtedy ręka szatana, posługująca się niekiedy ręką całkowicie materialną, oraz Ręka Bożej Opatrzności, która – z szacunku dla ludzkiej wolności – zło dopuszczając, z tego zła dobro wyprowadza. Czyżby Pan Premier poczuł się zaskoczony obecnością ręki, pisanej z małej litery?). Oczywiście, premier Tusk osobiście bardzo się stara i na pewno bardzo dba o zachowanie Majestatu Rzeczypospolitej. Stąd też tylko i wyłącznie głupocie jego niefrasobliwych, pozbawionych wyobraźni doradców można przypisać fakt, że wszystkie asy dzierży w swych dobrych dłoniach premier Putin.
      Skoro jednak ambasador Polski w Moskwie, razem ze wszystkimi swoimi ludźmi nie rozpoczął „okupacji” smoleńskiego lotniska, skoro nie podjęto próby (być może naiwnej), by jak najszybciej polskimi siłami to lotnisko zabezpieczyć, skoro nikt z rządu Pana Tuska nie zwrócił się z prośbą o powołanie międzynarodowej komisji (choćby NATO-wskiej) d.s. zbadania okoliczności śmierci Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP i najwyższych polskich dowódców wojskowych, no to co tak prostolinijny i szczery człowiek jak premier Putin miał zrobić? Pozwolić, by we wraku zderzonego ze smoleńską mgłą prezydenckiego samolotu, grasowały jakieś cmentarne hieny? Oczywiście, że nie mógł na coś takiego pozwolić. A to, że przy okazji wpadła mu w ręce możliwość by sprawić (np. sugestią, iż w smoleńskiej katastrofie, miały swój „ręczny” udział polskie służby specjalne), aby premier polskiego rządu przytulał się do niego skwapliwie, ufnie i na zawołanie, świadczy tylko o tym, że Premier Rosji wie doskonale, iż polityka to m.in. sztuka wykorzystywania możliwości.
      Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest już gotowa na to, by usłyszeć rosyjskie „przepraszamy za Katyń”. Co prawda, do niedawna oficjalne stanowisko Kremla (równoległe do klękania premiera Putina w Katyniu) wyrażone przed sądem w Strasburgu było następujące: „Nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono, ani też tego, czy Polaków w ogóle rozstrzelano” – ale cóż, sytuacja rozwija się w sposób dynamiczny.
      Gdy w minioną sobotę, o godz. 8:56 pojawiła się owa wspominana już, a wymarzona swoboda manewru, nic nie stoi na przeszkodzie (nawet zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji, ze strony bezczelnych i chciwych potomków katyńskich ofiar, chcących swymi roszczeniami oskubać biedne rosyjskie państwo na sumę przynajmniej 22 miliardów dolarów), by prezydent Miedwiediew mógł powiedzieć, że katyński mord został dokonany z polecenia najwyższych władz radzieckich, w tym Józefa Stalina. Możemy tylko domniemywać, dlaczego sobotnia katastrofa w sposób tak nagły zwiększyła bezpieczeństwo naszych rosyjskich przyjaciół, ale tak czy inaczej czują się bezpieczniejsi i już.
      Bóg pokazuje także i to, że Polska bez głowy i serca, jest znakomitym, pragmatycznym i elastycznym partnerem gospodarczym. Wymarzona swoboda manewru, która jakże niespodzianie (żeby nie powiedzieć: szczęśliwie) pojawiła się w minioną sobotę, daje możliwość chociażby sfinalizowania polsko-rosyjskiej umowy o dostawy gazu ziemnego do Polski. Dzięki temu obecny i następne polskie rządy, nie będą sobie musiały zaprzątać głowy dywersyfikacją dostaw (te wszystkie kosztowne, nie mające ekonomicznego uzasadnienia gazoporty, azerbejdżańskie rury, czy mityczne łupkowe gazy), bo i faktycznie, sama myśl o innych źródłach paliw niż rosyjskie, jest nadużyciem zaufania i wielką krzywdą wobec tych, którzy okazują nam tak wielkie zrozumienie i solidarność.
      Na tę nową, ekonomiczną jakość Polski, rynki finansowe zareagowały pozytywnie, czego znakiem było to, iż w miniony poniedziałek, na warszawskiej giełdzie „WIG20 po spokojnej sesji wzrósł o prawie 1 proc., czym ustanowił nowy rekord zwyżki i pokazał swoją siłę”. I trzeba się z tego cieszyć, bo jak mówi jeden z finansowych analityków (Piotr Kuczyński), po sobotnich wydarzeniach „rządząca koalicja (przez rynki odbierana jako dla nich korzystna) umocniła się. Pamiętać też trzeba, że wybór nowego szefa NBP zapewni jednolitość opinii na linii RPP – NBP – rząd. Znikną swary. Dlatego też, brutalnie mówiąc, inwestorzy zagraniczni mogą niedługo jeszcze lepiej oceniać sytuację w Polsce”.
      Coś pięknego!
      No i na koniec, a propos – jak to taxer nieco wyżej ładnie ujął: „obrzydliwej w treści, a ślicznej w formie” notki Toyaha, Bóg pokazuje nam, że Polska bez głowy i serca, będzie Polską ruskich buców (powodowany ostrożnością procesową wyjaśniam, że określenie „ruski buc”, jest na blogu toyaha terminem technicznym, opisującym coś co jest bardzo osobiste, intymne, wręcz ontologiczne - a skutkujące mentalnością charakteryzującą się wewnętrzną pustką, kulturowym wykorzenieniem, pobłażliwym stosunkiem do fałszu i lekceważeniem dla prawdy, swego rodzaju bezwzględnością i innymi tym podobnymi przymiotami).
      Oczywiście, biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej, należy zauważyć, że te nasze swojskie, ruskie buce, to jednak druga liga, w porównaniu ze wschodnimi mistrzami. Tym niemniej pomysł, propagowany przez tak wiele znakomitych autorytetów, by nienawiść i szaleństwo w imię jedności społeczeństwa podnieść do rangi normy powszechnej, ze wszech miar zasługuje na uznanie.
      Czy to już wszystko, co dobry Bóg nam pokazuje? Oczywiście, że nie. Bóg pokazuje także i to, że nadszedł czas, by się na coś zdecydować: albo na żywą (w wiadomych ideowych proporcjach i różnorodności) Polskę Kaczyńskiego, (i tu trzeba się liczyć chociażby: z zimnym wiatrem i mgłą z Rosji, niezadowoleniem inwestorów zagranicznych, rechotem i fuckami ruskich buców), albo na święty spokój Polski martwej, nie mającej wpływu na bieg spraw politycznych, gospodarczych czy społecznych.
      Nie wiem dlaczego właśnie teraz nadszedł czas wyboru. Ale wiem, że Bóg pokazując nam to wszystko pragnie, byśmy wybrali dobrze. Już wkrótce zasłona będzie zdjęta. Czas namysłu minie. Polska nie jest jeszcze trupem. Na razie śmierć dotknęła Jej symbole. To jest bolesne, ale Polska jest, żyje. Patrząc na tłumy chcące pokłonić się Prezydenckiej Parze, jestem optymistą. Tych ludzi żadne wulkaniczne pyły nie przykryją.
      No i jest Pan Jarosław, który owych ludzi – daj Boże! – poprowadzi.




piątek, 10 kwietnia 2020

Rekolekcje Pomocników Matki Kościoła: Męka Pańska

Wydawało mi się, że czwartkowe rozważania księdza Krakowiaka zakończą ów niezwykły cykl, jednak, jak się okazuje, pozostało nam coś jeszcze. W tej chwili pewnie każdy z nas bierze udział w innych uroczystościach, nie zaszkodzi jednak tu przedstawić i to słowo naszego księdza. Bardzo proszę.


O kadencji Prezydenta w oku ludzi złych i gnuśnych


Minęły nam trzy kolejne dni kazań naszego drogiego księdza Rafała Krakowiaka, skądinąd znanego nam tu pod ksywką Don Paddington, i choć weszliśmy właśnie w Wielki Piątek i pewnie wypadałoby się obejść bez mięsa, dziś jak najbardziej mięso, a więc mój felieton z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” – pisany jeszcze w miniony poniedziałek, ale wciąż bardzo na temat – który czekał na swój czas i tak długo za długo.
Przy okazji, chciałbym powiedzieć, że jest to okazja równie dobra jak każda inna, by podziękować naszemu wspaniałemu komentatorowi Orjanowi za inspirację i za to, że zgodził się swój tak naprawdę tekst podpisać imieniem Toyah. A zatem, bardzo proszę.        


        Wydaje się, że pod właśnie nam zakomunikowaną i jakże szczęśliwą nieobecność Jarosława Gowina musimy sobie powiedzieć parę rzeczy, które wydają się być całkowicie zlekceważone. Otóż w całej dyskusji na temat terminu oraz sposobu przeprowadzenia wyborów niebezpiecznie pomija się element podstawowy, a mianowicie kwestię kadencji. Rzecz w tym, że dziś absolutnie podstawową sprawą jest niedopuszczenie do wakatu na funkcji Prezydenta RP, który może automatycznie zaistnieć z chwilą upływu kadencji Andrzeja Dudy, a więc 5 sierpnia o godz. 24:00. Przez utratę ciągłości władzy, Polska stanie się wówczas niezdolna do sprawowania każdej czynności, do której potrzebny jest udział prezydenta, takiej jak choćby przyjmowanie ustaw, co realnie prowadzi do zablokowania prawa. Oznacza to także niezdolność Polski do wykonywania funkcji i jej czynności międzynarodowych, uzupełniania kadr sędziowskich, kadr najwyższego dowództwa wojskowego i tym podobnych. I wreszcie, last but not least, od tej chwili Polska jest pozbawiona konstytucyjnego uprawnienia do organizowania jakichkolwiek nowych wyborów. Tego braku nie da się zalepić platfusią śliną, klejem i dyktą, a w szczególności nie da się awaryjnie podstawić kogoś, kto będzie pełnił funkcję prezydenta, bo wprawdzie Konstytucja przewidziała rozwiązania na wypadek śmierci prezydenta, lecz już nie braku wyboru przed upływem kadencji. Nie pojawi się więc nawet niejaki interrex.
      W tej sytuacji istnieje tylko jedno wyjście awaryjne, choć technicznie dysponuje nim wyłącznie Andrzej Duda jako człowiek, a nie jako Prezydent. Polega ono na tym, że dzień przed końcem kadencji prezydent Andrzej Duda składa rezygnację i w ten sposób, zgodnie z zapisami Konstytucji, funkcję Prezydenta obejmuje lege artis marszałek Witek, po to by w ciągu 14 dni ogłosić wybory w terminie do 60 dni, czyli gdzieś z początkiem października 2020 roku. Pan Andrzej Duda spokojnie sobie do tych wyborów staje jako prywatny obywatel i oczywisty zbawca suwerenności Rzeczypospolitej i jej Konstytucji, zgnojonej i zamienionej w durny cyrk przez platfusiarnię. Innej drogi konstytucyjnej nie będzie, a więc ratunek zależeć będzie od osobistego poświęcenia się tzw. Adriana.
      Jak już wspomniałem, szczęśliwie nie musimy już wysłuchiwać doradczego głosu ministra Gowina, warto jednak skomentować choć w paru słowach jego propozycje. Otóż nie ma możliwości, by obywatel dobrowolnie zrzekł się biernego prawa wyborczego i to na dwa lata naprzód. Nie można też obywatela zmusić środkami prawnymi (poza wyrokiem w pewnych sprawach kryminalnych), żeby przyjął obowiązek dwuletniego przedłużenia kadencji, a w zamian za te dwa lata utracił czynne prawo wyborcze. Wydając mu taki zakaz Polska, stoczy się poniżej podstaw demokracji.
      Z drugiej strony, ponieważ my już mamy konstytucyjne czynne prawo do głosowania korespondencyjnego, to biorąc pod uwagę zasadę równości wyborów, a spuszczając z wodą platfusi jazgot, trudno występować przeciwko obdarzeniu tym prawem wszystkich posiadających czynne prawo wyborcze. A zatem, wbrew apokaliptycznym nastrojom, przed nami cały wachlarz możliwości, z bardzo jasną i radosną perspektywą.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...