wtorek, 9 kwietnia 2019

Listonoszem w skroń, czyli o szkodliwości niepalenia



       Mimo że, prawdę powiedziawszy, nie ma za bardzo o czym gadać, wypada mi choć parę słów powiedzieć na temat Targów Wydawców Katolickich, które jak co roku przeleciały przez Arkady Kubickiego w Warszawie. Tak naprawdę, one akurat – pomijając doskonałe wręcz do tego celu miejsce – nigdy nie były moimi ulubionymi, jednak przyznać muszę, że tegoroczne akurat należały do najgorszych w ogóle i były niemal tak fatalne, jak pamiętne targi na Stadionie Narodowym, po których ostatecznie postanowiłem do Warszawy w maju już nie przyjeżdżać. A wydawało się, że gorzej już było. Otóż w roku 2016, kiedy to organizacja owych katolickich targów zbiegła się z pierwszymi prawdziwie wolnymi obchodami rocznicy Katastrofy Smoleńskiej i wszyscy ci, na których czekaliśmy z naszymi książkami poszli świętować wolność, doszliśmy do wniosku, że to już koniec, że kiedy wreszcie udało nam się przepędzić tę bandę zdrajców i wszystko zaczyna powoli normalnieć, nic tu już po nas. No ale okazało się, że to tylko złudzenie. Rok 2017 był znów dobry, potem były targi jesienne, dobre zawsze i niezmiennie, no i oto w miniony weekend po raz pierwszy zobaczyłem, jak wyglądają Arkady Kubickiego bez czytelników.
      Owszem, nie jest tak, że tam było zupełnie pusto, albo że my sami nie mieliśmy co robić z czasem. Aż tak źle nie było i raczej nie będzie, niemniej jednak było słabo. Żeby zobrazować sytuację, powiem tylko, że przez te dwa dni zarobiłem tyle samo co jesienią na Targach Historycznych, tyle że wtedy jeszcze moją ostatnią książką były listy od Zyty i to wtedy dopiero Gabriel zaproponował mi, bym przygotował coś na wiosnę. Obawiam się więc, że gdyby nie moja nowa książka, nie zwróciłaby mi się nawet podróż do Warszawy.
      Czemu tak? Nie mam pojęcia. Z tego zresztą, co czytam u Gabriela, on też nie bardzo wie, w czym rzecz. Mógłbym pomyśleć, że to jest coś nie tak z nami, jednak to nie to. Księgarnia pracuje pełną parą i wygląda na to, że, jak zwykle, cena wydania książki zwróci się już na dniach. A trzeba wszystkim wiedzieć, że my nie dostajemy dotacji. Koszta druku pokrywamy solidarnie i ja i Gabriel. A więc musi być jakiś problem z samymi Targami i ich organizatorami. Jaki? Znowu muszę powiedzieć, że nie wiem. Ja wiem, co mi się tam nie podoba, ale czy to samo myślą ludzie, którzy w tym roku się nie pojawili? Może tak, a może chodzi o coś innego. Na miejscu organizatorów jednak puknąłbym się w czoło, zaryzykował podejrzenie, że może nie zaszkodziłoby przeformułować definicję „książki katolickiej”, zbadać jeszcze raz rynek i stworzyć system nie tylko sprzedaży, ale również promocji. Właśnie tak: promocji. Nie jestem bowiem pewien, czy oni długo pociągną albo na jakichś niewydarzonych niby-religijnych sensacjach, lub na handlu opasłymi albumami, które, jeśli ktoś kupuje, to tylko z myślą o prezencie, który będzie duży i kolorowy, a na który trudno nawet znaleźć miejsce na półce. Jeśli już ma istnieć coś takiego jak „książka katolicka”, to za nią musi stać coś, co przynajmniej ma pozory misji.
      Póki co jednak, jak mówię, jest słabo i choć mam nadzieję, że ktoś się tam jednak obudzi, to boję się, że szansę na to są niewielkie. Zwłaszcza gdy scena naprawdę niewielka i zrobiona wyjątkowo „niemistrzowsko”.
     W tej sytuacji poplotkuję troszeczkę, ale najpierw wprowadzenie. Otóż, jak wiemy, ostatnio troszkę dyskutujemy na temat moralnego wymiaru palenia złych książek. Osobiście uważam, że palenie czegokolwiek, poza ogniskiem na grilla, oraz niekiedy śmieci, jest bez sensu, natomiast nie widzę najmniejszego powodu, by z wszystkich śmieci, jakie się wokół nas nazbierają, złe książki miały podlegać jakiejś szczególnej ochronie. Gdy chodzi o mnie, to gdybym tylko lubił się bawić ogniem, to takiego Harrego Pottera, czy którą bądź powieść Kuczoka, czy Mroza, spaliłbym bez mrugnięcia okiem. A niby, czemu nie? Starą gazetę wolno, a Kuczoka nie? Bądźmy poważni.
      Książek jednak nie palę i o ile sobie przypominam, nigdy nie paliłem. Jeśli wpadnę w nastrój to, owszem, wyrzucam do kosza i to tyle. Tu przypominam sobie bardzo zabawną historię jeszcze z PRL-u, kiedy to spędzałem czas u mojego drogiego kumpla Piotra Prońki, który wówczas jeszcze mieszkał wysoko w bloku tu w Katowicach i nagle zauważyłem, że na półce z książkami stoi książka Kosidowskiego „Opowieści biblijne”. Zapytałem go więc: „Piotr. A co u was robi Kosidowski?”. Piotr spojrzał na Kosidowskiego surowo, potem jeszcze surowiej na swoją śliczną żonę Maję i zapytał: „Majeczko, czy ty wiesz, że u nas w domu nie ma miejsca dla Kosidowskiego?” i jednym zdecydowanym ruchem wyrzucił go z 10, a może 12 piętra przez okno.
      Przypomniałem sobie tę historię w niedzielę w Arkadach, kiedy to nagle na naszym stoisku pojawiła się sama i we własnej osobie pani Macierewiczowa, jak gdyby nigdy nic wzięła do ręki moją książkę o angielskim listonoszu i zaczęła ją przeglądać. Następnie mnie zagadnęła o język angielski i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmowa była dość długa, bardzo wnikliwa i oczywiście nadzwyczaj uprzejma. Ani ona nie powiedziała kim jest, ani ja nie zasugerowałem jednym choćby słowem, że, owszem, wiem, no i w końcu ona książkę kupiła, pozdrowiła nas grzecznie, my pozdrowiliśmy ją, i sobie poszła.
       A ja sobie myślę, że to dopiero będzie figiel, jak ona przyniesie tę książkę do domu, pokaże panu Antoniemu, a on, jakimś cudem, okaże się mieć świadomość, cóż to takiego ona na ich dom sprowadziła. I wtedy weźmie tę moją książkę do ręki, zapyta: „Haniu! Czy ty wiesz, co to jest?”, a następnie wyrzuci Listonosza przez otwarte okno. A ja już tylko się modlę, żeby on kogoś nie trafił nim w skroń, bo będzie afera na całą Polskę. Ja ciągle oczywiście zaledwie skromnie teoretyzuję, jednak na wszelki wypadek zachęcam do palenia. Może być w kominku.


Gdyby ktoś życzył sobie kupić nabyć moją najnowszą książkę, mój adres k.osiejuk@gmail.com.
Panią, której na zakończenie targów zabrakło pieniędzy i wzięła książkę obiecując, że zapłaci przelewem, proszę o pamięć. 












poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Czy Dariusz Szpakowski to emisariusz dobrej zmiany


Ponieważ wczoraj wróciłem bardzo późno, a dziś mam od rana różne zaległości o warszawskich targach napiszę coś osobno jutro, natomiast teraz zaległy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Jak już wspominałem, ponieważ zbankrutowany „Ruch” od długiego już czasu nie płaci wydawcom, Piotr Bachurski postanowił zakończyć z nimi współpracę, co spowodowało, że zarówno „Warszawska”, jak i inne pokrewne wydawnictwa są do nabycia wszędzie, tylko nie tam. Tu można natomiast regularnie czytać moje felietony i krótkie kawałki do „Polski Niepodległej”. Zachęcam.  


      Dziś może zacznę od pewnej dawnej już bardzo refleksji. Otóż kiedy pojawiły się pierwsze jaskółki nadchodzących zmian – dla młodszych czytelników mam informację, że chodzi o lata 1988-1989 –  miałem różnego rodzaju marzenia, jednak tak naprawdę najbardziej przyjemne w dotyku było to, by dwie osoby – nie Kiszczak, Urban i Jaruzelski, ale Włodzimierz Szaranowicz oraz Dariusz Szpakowski – zostały wyrzucone poza nawias tego, co się nazywa przestrzenią publiczną. Czemu padło na tych dwóch gagatków? Nie wiem, jak bym to mógł w odpowiedni sposób naświetlić, rzecz w tym, że właśnie ci dwaj, dla mnie przynajmniej – być może przez swoją nieustanną obecność w owej przestrzeni – stanowili swego rodzaju symbol całego tego nieszczęścia. Oczywiście, gdy chodzi o Kiszczaka, Jaruzelskiego i Urbana, nie miałem żadnych innych marzeń jak to, by oni – zanim podobnie jak Szpakowski i Szaranowicz zejdą mi z oczu – ucieszyli mnie swoim widokiem, jak dyndają na solidnej przydrożnej gałęzi. Jednak choćby największe emocje, jakie mi towarzyszyły owym marzeniom, nie mają się nijak do tego, co czułem, gdy rzecz dotyczyła Szpakowskiego i Szaranowicza.
      Jak pewnie wszyscy się tu doskonale orientujemy, ostatecznie ani Jaruzelski, a tym bardziej Kiszczak czy Urban nie poszli wisieć, to jednak co robi na mnie wrażenie jeszcze większe, jako pozorny drobiazg, to owi dwaj sportowi komentatorzy, Dariusz Szpakowski oraz Włodzimierz Szaranowicz. Problem w tym, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, owa parka, wręcz kwintesencja tego, co dziś możemy wspominać jako PRL-owska propaganda, PRl-owskie kłamstwo, ale również ta najbardziej ponura PRL-owska nędza, nagle zadają szyku, jako pierwsze gwiazdy publicznej telewizji.
        Skąd to moje dzisiejsze poirytowanie? No właśnie stąd. Problem bowiem polega na tym, że w ostatnich dniach media zarządzane przez Dobrą Zmianę urządziły Włodzimierzowi Szaranowiczowi najbardziej uroczystą fetę w związku z tym, że ten postanowił zakończyć swoją karierę sportowego komentatora – swoją drogą, ciekawe, skąd ta nagła decyzja –  i to z czym mamy do czynienia to stek kłamstw próbujących nam wmówić, jaki to z tego trepa był i jest polski patriota. Mało tego: w zgiełku owych uroczystości niemal kompletnie zniknęła osoba Dariusza Szpakowskiego, który w czasach, gdzie wszystko wisiało na ostrzu noża, pozostawał pod stałą opieką Szaranowicza i dzięki owej opiece, doszedł do miejsca, w którym jest dziś.
      Ktoś się zapyta, w czym problem. Co nas mogą obchodzić Szaranowicz i Szpakowski, dwa smutne relikty czasów, które już nigdy nie wrócą? Otóż rzecz w tym, że tak naprawdę to nie o nich się toczy gra. To czy wygramy, czy przegramy zależy od ludzi, którzy z PRL-em mają tyle wspólnego, że poświęcili życie, by go zniszczyć. Jeśli jednak ni stąd ni z owąd okazuje się, że Dobra Zmiana do tej grupy postanowiła dokooptować dwoje przybłędów z czasów pogardy, to ja nie mogę zareagować inaczej jak pytaniem: Czy ja może czegoś nie wiem?




Pozwalam sobie przypomnieć raz jeszcze, że mam tu u siebie znaczną ilość mojej najnowszej książki o języku imperium jako narzędziu nadzwyczaj agresywnej kulturowej ekspansji. Dedykacja w cenie. Zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com




sobota, 6 kwietnia 2019

Czy nauczyciele mają przyjaciół?

   Szczerze powiedziawszy, ze względu na wyjazd do Warszawy, nie planowałem na ten weekend żadnego tekstu, ponieważ jednak siedzę sobie właśnie spokojnie w pociągu, a od wczoraj dostaje kolejnej już z rzędu cholery na naszą kochaną najlepszą zmianę, pomyślałem, że w sumie nic nie zaszkodzi jeśli skorzystam z technicznych możliwości, jakie daje współczesny świat i napiszę coś na telefonie. Otóż wczoraj właśnie, pani premier Szydło, wydelegowana przez rząd do prowadzenia negocjacji z Broniarzem i jego kliką, ogłosiła że nauczycielom narzekającym na zbyt niskie pensje zaproponowano absolutnie najlepsze rozwiązanie, sprowadzające się do tego, że rząd sfinansuje podwyżki zwiększając nauczycielom liczbę obowiązkowych godzin. A zatem, oni będą więcej pracować, i w ten też sposób będą więcej zarabiać. Znając najnowsze metody traktowania nauczycieli przez rząd, powinienem się właściwie cieszyć. W końcu oni mogli zupełnie spokojnie zaproponować rozwiązanie przeciwne: nauczyciele, owszem, będą pracować dłużej, ale za to im się pensje obniży. "I co? Ciągle niezadowoleni? Dziwne".
      Mimo to się nie cieszę. Dlaczego? Bo z tego co słyszę, wiem już z całą pewnością, że oni doskonale wiedzą co robią. Oni w tych rozmowach zdecydowanie traktują nauczycieli w taki sam sposób, w jaki sami nauczyciele traktują krnąbrnych uczniów, których pragną skutecznie zniszczyć. Metoda jest prymitywnie prosta. Trzeba kłamać w żywe oczy, a na twarzy utrzymywać jeden przekaz: jutro będzie jeszcze gorzej. Chodzi o to, by ucznia - a tu nauczyciela - doprowadzić do takiego stanu, że on najpierw z wściekłości zacznie płakać, a potem już będzie się tylko grzecznie patrzył w książkę.
     Opowiadała mi wczoraj uczennica, jak w piątej klasie podstawówki jej pani od historii któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie i bez żadnego widocznego powodu, przy całej klasie, przybliżyła twarz do jej twarzy, spojrzała jej prosto w oczy i zapytała: "Zuzia, czy ty masz jakiś przyjaciół?" Zaszokowana i przestraszona dziewczynka - swoją drogą nadzwyczaj porządne i grzeczne dziecko - odpowiedziała: "No tak". Na co nauczycielka, jeszcze mocniej wlepiając wzrok w jej oczy, powoli podkręciła głową i powiedziała: "Nie. Nie masz".
      Ona do dziś nie ma pojęcia, skąd ta czerń, natomiast ja odnoszę wrażenie, że to w jaki sposób rząd traktuje reprezentowanych przez ZNP nauczycieli, to kropka w kropkę ta sama bezczelna i bezkarna agresja, o jakiej opowiadała mi moja Zuzia. Oni zbliżają swoją szyderczą twarz do twarzy nauczyciela, którego - często zresztą bardzo słusznie - uważają za wroga i pytają publicznie: "Czy ty w ogóle masz przyjaciela?"
      W tej sytuacji uważam że już nic nie stoi na przeszkodzie, by z owym strasznym wręcz uporem najpierw w kółko powtarzać to same kłamstwo o sredniej pensji brutto nauczyciela dyplomowanego w rzekomej wysokości 5,5 tys. zł, a następnie ogłaszać podwyżkę do 8 tys.
     "Czy ty masz w ogóle jakiegoś przyjaciela?"
      Jak wiemy, to co mnie dotychczas irytowało w zachowaniu rządu najbardziej, to właśnie owe 5,5 tys. Ponieważ w żaden sposób nie potrafiłem pojąć, skąd oni te cyferki wzięli, uznałem że ot tak, poszukali jakiejś odpowiednio szokującej wielkości i przypierniczyli nią w ten głupi, nauczycielski leb. I oto okazuje się że nic podobnego. To jest suma jak najbardziej realna, w którą się wlicza pensje dyrektorów oraz różnego rodzaju roczne nagrody dla "wyróżniających się" nauczycieli: nagroda dyrektora, nagroda ministra, nagroda kuratora, nagroda prezydenta miasta. I to stąd właśnie owe 5,5 tys. I to stąd też, jak już zaproponowała minister Zalewska, owe dodatkowe pięć stów miesięcznie dla każdego z nich.
      Czemu oni to robią? To już sobie wyjaśniliśmy. Chodzi o to by wdepnąć to zgnuśniałe środowisko w ziemię i przykryć brudną szmatą. No ale czemu im tak bardzo na tym zależy? No więc to też sobie wyjaśniliśmy. To jest prawdziwa wojna, gdzie się nie bierze jeńców. Rząd prawdopodobnie się już zorientował, że jeśli się tego całego ZNP nie weźmie za twarz, oni będą wracać regularnie, za każdym razem z coraz wyżej podniesioną głową.
     No i dobrze. Niech tak będzie. Ja się jednak obawiam, że obok tego wystąpi inne zjawisko. Uczniowie i ich rodzice jeszcze bardziej będą traktować nauczyciela jak taniego lenia i złodzieja, a ten, gdziekolwiek się pojawi i zostanie zapytany co robi, ostatnią rzeczą jaką zrobi, będzie przyznanie się, że uczy w szkole. To już bezpieczniej będzie powiedzieć: "Normalnie, pracuję w burdelu".

Jeszcze raz zapraszam dziś i jutro na Targi Wydawców Katolickich w Warszawie w Arkadach Kubickiego. Jak już tam będę, napiszę jaki numer ma nasze stoisko, bo póki co, sam nie wiem.
   

piątek, 5 kwietnia 2019

O czym się rozmawia na SS Mantola?


W związku z podejmowaną raz na kilka lat dyskusją o stanie oświaty i sposobach jej uleczenia, planowałem na dziś wrzucić stary już tekst mojej żony o gimnazjach. To jednak będzie musiało poczekać albo na dzień początku strajku, albo na jego odwołanie, z radosną deklaracją, że wreszcie wszystko gra. Powód tego jest taki, że otrzymałem właśnie trochę egzemplarzy mojej najnowszej książki i chciałbym poinformować, że jeśli ktoś ma ochotę na osobistą dedykację, proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.  
Wspomniana książka, mimo że stanowi swego rodzaju kontynuację wcześniejszej, o angielskim listonoszu, jest bardzo inna. Przede wszystkim, mniej tam jest samej nauki, natomiast znacznie więcej zwykłych refleksji na temat Brytyjskiego Imperium. A więc mniej podręcznika, a więcej zwykłego czytania.
Na zachętę przedstawiam fragment jednego z rozdziałów.


      Rozmawialiśmy tu chwilę temu o angielskim humorze i wydaje mi się, że temat został praktycznie wyczerpany, w dodatku z bardzo niebezpiecznym przytupem na końcu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, co w gruncie rzeczy stanowi drobnostkę, a w dodatku nie jestem wcale pewien, czy to co ja traktuję jako pewną stałą, nie jest jednak wynikiem przypadku. A mam tu na myśli pojawiający się od czasu do czasu w angielskiej narracji element szyderstwa z obcych akcentów, a zwłaszcza akcentu niemieckiego i francuskiego.
      Gdy chodzi o Francję, dość oczywiste powody wydają się być dwa. Przede wszystkim, ze względu na owo odwieczne sąsiedztwo oni są w stosunku do siebie wyjątkowo nastroszeni, co po stronie francuskiej objawia w tym, że z uporem lepszej sprawy udają, że coś takiego jak język angielski - szczególnie w wymiarze imperialnym - nie istnieje, a jeśli gdzieś nawet istnieje, to oni nie mają z nim nic wspólnego. Stanowi to oczywiście  zmartwienie dla wszystkich tych, którzy wybiorą się do Francji na wakacje, a języka nie znają choćby w stopniu podstawowym. Otóż turysta z owym deficytem skazany jest na najbardziej okrutny bojkot i wręcz dojmującą samotność. Tam nawet recepcjonista w hotelu będzie udawał, że gdy chodzi o język angielski, on nie jest w stanie zrozumieć choćby sekwencji „Three two five, please”.
      Po stronie angielskiej w rewanżu następuje już czyste szyderstwo, a więc nadzwyczaj zabawne przedrzeźnianie Francuzów, którzy się przełamią i spróbują jednak mówić po angielsku. A tu problem potrafi autentycznie eksplodować. Mieliśmy tu u nas kiedyś wizytę pewnej nauczycielki języka angielskiego z Francji właśnie, wizyta trwała pełny tydzień i powiem uczciwie, że to w pewnym sensie był dla mnie tydzień najstraszniejszy. Ona oczywiście rozmawiała z nami w języku angielskim i muszę przyznać, że była wyjątkowo towarzyska, a ja praktycznie nie rozumiałem, co ona do mnie mówi. I to wcale nie dlatego, że ona języka nie znała. Problem sprowadzał się wyłącznie do owego upiornego wręcz akcentu, który blokował transmisję niemal w stu procentach.
     No i faktem jest, że Anglicy z najwyższą radością parodiują ten akcent gdzie tylko mogą, czy to w znanym serialu „’Allo, ‘allo”, czy w przepięknej scenie przed francuskim zamkiem w filmie „Monty Python and the Holy Grail”. Nie mamy tu niestety dźwięku, no ale w końcu po coś nam Pan Bóg dał wyobraźnię, więc korzystajmy z niej:
Arthur: Well, what are you then?
Guard: I'm French! Why do think I have this outrageous accent, you silly king!
Galahad: What are you doing in England?
Guard: Mind your own business!
Arthur: If you will not show us the Grail, we shall take your castle by force!
Guard: You don't frighten us, English pig-dogs! ---Go and boil your bottoms, sons of a silly person. I blow my nose at you, so-called Arthur-king, you and all your silly English knnnniggets. Thppppt!
Galahad: What a strange person.
Arthur: Now look here, my good man!
Guard: I don't want to talk to you no more, you empty headed animal food trough wiper!...... I fart in your general direction! . Your mother was a hamster and your father smelt of elderberries!
Galahad: Is there someone else up there we could talk to?
Guard: No, now go away or I shall taunt you a second time-a!
Arthur: Now, this is your last chance. I've been more than reasonable.
Guard: Fetch la vashe!
 Guard: Quoi?
Guard: Fetch la vashe!
       Ciekawsza moim zdaniem sytuacja ma się na linii Anglia - Niemcy. Oczywiście, faktem jest, że Niemcy narobili sobie kłopotu przez te wszystkie kwestie wojenne, jednak trzeba im przyznać, że oni angielskiego się uczą chętnie, ten ich akcent aż tak irytujący jak w przypadku Francuzów nie jest, no a poza tym, w ogóle oni są do Imperium nastawieni dość przyjaźnie. Tymczasem okazuje się, że właściwie tylko te dwa elementy, czyli trudność z wymawianiem dźwięku „ł”, oraz owo niemal gardłowe „r”, wystarczają, by cały Londyn pokładał się ze śmiechu.
       Proszę rzucić okiem na fantastyczną wręcz książkę Roalda Dahla dla dzieci o czarownicach. Proszę popatrzeć na scenę, gdzie po raz pierwszy spotykamy tak zwaną Grand High Witch, a więc stworzenie wręcz modelowo najgorsze i ona się odzywa:
„You may rrree-moof your shoes”, a po chwili: “Vitches of Inklant! Miserrrable vitches, useless lazy vitches! Feeble frrribbling vitches! You are a heap of idle good for nothing vurms!”, a dalej: “I am having my breakfast this morning, and I am looking out of the vindov at the beach, and vot am I seeng? I am asking you, vot am I seeing? I am seeing a rrreevoltning sight! I am seeing hundreds, I am seeing thousands of rrrotten, rrre-pulsive little children playing on the sand! It is putting me rrright off my food! Vye have you not got rid of them? Why have you not rrrubbed them all out, these filthy smelly children?”
       Jakby tego było jeszcze mało, tę dziwną mowę komentuje główny bohater tej książeczki, Lukas:
      „She had a peculiar way of speaking. There was some sort of foreign accent there, something harsh and guttural, and she seemed to have trouble pronouncing the letter w. As well as that, she did something funny with the letter r. She would roll it round and round her mouth like a piece of hot pork-crackling before spitting it out”.
      To dziecko się niewinnie zastanawia, co z nią jest nie tak, a my, podobnie zresztą jak sam autor, doskonale wiemy, że rzecz polega na tym, że ta czarownica - powtarzam, osoba wręcz symboliczna dla wszelkiego zła tego świata - jest Niemką i tak naprawdę ma na imię Greta, Hilda, Gabrielle i bardzo chętnie chodzi w mundurze SS. No i oczywiście, jak każdy Niemiec, nie wie, że słowa why i vye, what i vot, to nie to samo, no i że oczywiście England to nie Inklant.

Jutro i pojutrze jestem w Warszawie na Targach Wydawców Katolickich, a więc jeśli ktoś nie ma zbyt daleko, serdecznie zachęcam do przyjścia. Powinno być wesoło.





środa, 3 kwietnia 2019

O przekonujących i ładnie podanych kłamstwach


    8 kwietnia, czyli dzień zapowiedzianego początku strajku nauczycieli, a wraz z nim terminy pierwszych egzaminów naszych dzieci, zbliżają się nieubłagalnie, a jednocześnie trwają rozmowy między Komunistycznym Związkiem Nauczycielstwa Polskiego i rządem i choć, szczerze powiedziawszy, od początku nie wierzę w to, że do strajku – przynajmniej w zapowiedzianej formie – w ogóle dojdzie, to, owszem, mam oko na to, co się po obu stronach tej żałosnej awantury dzieje. Dlaczego twierdzę, że mamy do czynienia nie dość że z awanturą, to jeszcze z awanturą śmiechu wartą? Otóż rzecz w tym, że tak jak sam rozumiem problem, a uważam, że go rozumiem dość dobrze, jedna i druga strona urządziła nam tu zwykłą komedię, gdzie każdy z tych śmieszków  doskonale nauczył się swojej roli i odgrywa ją najlepiej jak tylko potrafi w jednym tylko celu: by ci, do których te żarty są kierowane, pod koniec całego przedstawienia nagrodzili ich rzęsistymi brawami, wznosząc znane hasło Cezarego Krysztopy: „Żądamy przekonujących i ładnie podanych kłamstw”.  Nie mam najmniejszych bowiem wątpliwości, że zarówno rząd, jak i ci tak zwani związkowcy – o nauczycielach już nie mówię, bo ich akurat w znacznej większości uważam za wyjątkowo kiepskie towarzystwo, które ani nic z tego co się dzieje nie rozumie, ani zrozumieć nigdy nawet nie chciało – robią to co robią, by tę akurat grupę społeczną mieć bezpiecznie gnuśniejącą pod swoim butem.
To zresztą owa gnuśność, w jakiej jest zanurzony po uszy przeciętny polski – swoją drogą, wcale nie jestem pewien, czy tylko i czy przede wszystkim polski – nauczyciel, jest moim zdaniem pierwszą przyczyną tego, że wspomniany teatr może być od lat odgrywany na tak niskim poziomie, a przy tym z tak niezwykłą skutecznością. Jestem bowiem szczerze przekonany, że gdyby jeden z drugim poczuli choćby minimalną potrzebę objęcia rozumem sytuacji, w jaką zostali wplątani zarówno przez Związek, jak i przez kolejne rządy, potrafiliby sami, bez zasmarkanej uprzejmości tych cwaniaków, zadbać o to, by zarówno warunki w jakich pracują, pensje, no a przede wszystkim społeczny szacunek były dziś znacznie, znacznie wyższe. Niestety, jest tak, że praca nauczyciela, ale też realizacja tak zwanego obowiązku szkolnego, to w znacznej mierze kompletna fikcja, gdzie każdy nauczyciel oraz uczeń jest jednocześnie i katem i ofiarą, a prawdziwe życie toczy się albo na korkach, gdzie można przynajmniej liczyć na jakąś naukę, albo w domu, kiedy już mąż przyniesie do domu pensję i będzie można będzie pójść na zakupy.
A zatem, jak już wspomniałem, stan rozmów między stronami tego przedstawienia pasjonuje mnie bardzo średnio, muszę jednak przyznać, że wczoraj pojawiła się na chwilę informacja, która, owszem, zwróciła moją uwagę i pozwoliła mi przynajmniej przez chwilę wierzyć, że ktoś tu jednak przynajmniej na chwilę ma ludzkie odruchy. Otóż, jak może część z nas wie, wśród sformułowanych jakiś czas temu przez Ministerstwo Edukacji ofert dla nauczycieli pojawiło się wyjątkowo bezczelne kuriozum w postaci obietnicy pięciu stów miesięcznie dla tak zwanego „dobrego nauczyciela”. Ja oczywiście wiem, że szczególnie w kręgach zaprzyjaźnionych z dyrekcją, owa propozycja wywołała entuzjazm, poza tym jednak nic więcej, ponad zwykłe wzruszenie ramion, no i może z rzadka autentyczne wzburzenie. Któż to bowiem jest „dobry nauczyciel”? Wedle jakich kryteriów – poza oczywiście subiektywną opinią dyrekcji, która zawsze i wszędzie pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą – można ocenić, który nauczyciel jest „dobry”? Jest dobry, bo go lubią uczniowie? A może jest dobry, bo jest lubiany w pokoju nauczycielskim? A może jest dobry, bo jest surowy i uczniowie są grzeczni na jego lekcjach? A może to jest ten nauczyciel, który organizuje w szkole Walentynki oraz Hallowe’en i w tłusty czwartek przynosi pączki? A może to ten, co zajmuje się organizacją Dnia Walki z Faszyzmem? Już wiem! To jest nauczyciel, którego uczniowie mają same piątki? To jest ten, którego zawodostwo wyznacza liczba laureatów olimpiad? To jest nauczyciel z najlepszymi wynikami podczas matur?
A co w takim razie z nauczycielami WF-u, czy muzyki? Co z nauczycielami w podstawówkach, gdzie dzieci są najczęściej same z siebie mądre, albo głupie i od nauczyciela nie zależy praktycznie nic poza dbaniem o dyscyplinę? A co z nauczycielami w prowincjonalnych szkołach, gdzie olimpijczyków nie ma prawie w ogóle? A co z tymi, co uczą w osiedlowych szkołach, gdzie muszą się zmagać głównie z miejscową bandyterką? A co z nauczycielami w szkołach specjalnych, gdzie o wynikach mowy być nie może? A co z nauczycielami w szkołach, które dzięki niekompetencji dyrektora, mają renomę „słabych” i które przyjmują wyłącznie te dzieci, dla których nie było miejsca gdzie indziej? A co ze szkołami, które, jeszcze z powodu zamierzchłych zasług jeszcze PRL-owskiej dyrekcji cieszą się opinią „najlepszej szkoły w mieście” i do których drzwiami i oknami walą najzdolniejsze dzieci w całej okolicy i gdzie nawet najgłupszy, najbardziej leniwy nauczyciel nie jest w stanie wiele popsuć? Co wreszcie z nauczycielami naprawdę znakomitymi, pełnymi poświęcenia i o niezwykłych talentach, do tego stopnia znienawidzonych przez dyrektora, że ten prędzej rzuci tę robotę, niż wyznaczy go do jakiejkolwiek nagrody?
Kiedy dowiedziałem się o propozycji owych pięciu stów dla wyróżniających się nauczycieli, przyznam, że na myśl, że moja Dobra Zmiana mogła wpaść na coś tak beznadziejnie głupiego, dostałem autentycznej cholery. I oto, proszę sobie wyobrazić, właśnie wczoraj pojawiła sie informacja, że premier Szydło zaproponowała Broniarzowi, że ona da nauczycielom jakieś tam podwyżki, pod warunkiem, że Broniarz zrezygnuje z forsy dla „najlepszych nauczycieli”, i to one własnie zostaną przesunięte na zwykłe wynagrodzenia. I oto, proszę sobie wyobrazić, Broniarz odpowiedział, że mowy nie ma. On w żadnym wypadku nie zgodzi się na to, by pozbawić dyrektorów możliwości trzymania nauczycieli za ich tępe pyski. No i na tym rozmowy stanęły.
 To było wczoraj, jeszcze przed południem i powiem szczerze, że nie wiem co dalej z ową jedyną sensowną jak się zdaje w tym całym oszustwie propozycją. Powiem jednak szczerze, że spodziewam się marnego zakończenia. To już prędzej mogę oczekiwać, że oni ustalą coś wręcz przeciwnego. Wszystkie dotychczas zapowiedziane podwyżki zostaną odwołane, podstawowe pensje pozostaną na dotychczasowym poziomie, natomiast „dobry nauczyciel” dostanie miesięczny dodatek w wysokości 5 tys. zł. netto... no niech będzie, że trzech najlepszych nauczycieli w szkole plus dyrekcja. No i wzrośnie składka na ZNP.
A reszta nich od czasu do czasu postrajkuje przeciwko Kaczorowi i pedofilom w Kościele.



Przypominam uprzejmie, że jest już do kupienia moja nowa książka. Tu: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/imperium-czyli-gdzie-pada-cien-na-ss-mantola/

wtorek, 2 kwietnia 2019

W pokoju zwierzeń Starszego Brata, czyli z łokcia w ryj


       To co dziś chciałem przedstawić, dla nas, którzy mniej lub bardziej chcemy wierzyć, że to co się wokół nas dzieje, dzieje się albo realnie, albo przynajmniej udaje świat, który jeszcze do niedawna istniał, może brzmieć jak fikcja, ewentualnie spóźniony żart primaaprilisowy. Tymczasem fakt jest taki, że to się dzieje, żyje i, co bardzo prawdopodobne, ma się świetnie. Oto wczoraj na portalu internetowym obsługiwanym przez „największą i najpoważniejszą informacyjną stację telewizyjną w kraju”, a mianowicie TVN24, dzień jak co dzień, szereg informacji dnia, a więc kolejna porażka brytyjskiego rządu w kwestii Brexitu, odrzucenie przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej polskiej prośby o odsunięcie o orzekania w naszej sprawie prezesa wspomnianego trybunału, katastrofa rosyjskiego samolotu w Niemczech, odkrycie ludzkich kości na placu budowy w Ścinawie, zakłócenie konferencji prasowej prezydent Gdańska przez działacza Solidarności Guzikiewicza, kryzys przywództwa w Turcji, czy wreszcie nasz strajk nauczycieli i wygłup jakiegoś księdza, który dokonał publicznego spalenia książki o Harrym Potterze. I oto nagle, ni z gruszki ni pietruszki, duże kolorowe zdjęcie i tytuł: „Uczestnik ‘Big Brothera’ wyrzucony z programu”. Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać. To musi pójść w całości:
      „W niedzielę z programu ‘Big Brother’ decyzją widzów odpadła kolejna osoba. W poniedziałek Wielki Brat wyrzucił z domu innego uczestnika za złamanie regulaminu. W zeszłym tygodniu aż trzy osoby zostały nominowane do opuszczenia domu. Zgodnie z przebiegiem programu dwie z nich - Tomasz Urban i Łukasz Darłak - zostały wytypowane przez innych mieszkańców. 
      Dodatkową nominację otrzymała Justyna Żak za złamanie regulaminu. To dlatego, że podczas jednej z rozmów z Marleną zakrywała bezprzewodowy mikrofon. Nie chciała, by widzowie i producenci programu wiedzieli, o czym dyskutują jego uczestnicy. Głosami widzów z programem pożegnał się Tomasz Urban, 34-letni model z Gliwic. - Bardzo się cieszę, że mogę wrócić do swojego życia, do domu, za czym bardzo tęskniłem. Gdybym miał jednak możliwość powrotu do domu Wielkiego Brata, też bym się z tego cieszył - mówił w niedzielę po opuszczeniu programu Tomek. 
      Następnie, mieszkańcy przystąpili do nominowania kolejnych osób. Najwięcej głosów otrzymali Karolina Wnęk (6 nominacji) i Maciej Borowicz (5 nominacji). W poniedziałkowy poranek Wielki Brat postanowił jednak wyrzucić Macieja Borowicza z domu za wielokrotne złamanie regulaminu. Po niedzielnym programie na żywo uczestnik rozmawiał z mieszkańcami o tym, co działo się w pokoju zwierzeń i wygłaszał wulgarne komentarze pod adresem pozostałych domowników. Karolina Wnęk nadal zostaje nominowana do opuszczenia domu Wielkiego Brata. Teraz, wobec wyrzucenia z programu Macieja Borowicza, dołączyły do niej dwie osoby, które w niedzielę dostały po cztery nominacje: Justyna Żak i Łukasz Darłak”. 
       Ktoś zapyta, co z tego? Otóż nic, poza tym, że jeśli ma się okazać – a obawiam się, że TVN24 może tu wiedzieć coś, czego my akurat nie wiemy – że to nie w Turcji, nie w Wielkiej Brytanii, nie nawet w polskich szkołach odbywa się prawdziwe życie, lecz w tak zwanym Pokoju Zwierzeń Wielkiego Brata, to znaczy, że właściwie możemy się już zupełnie na spokojnie zająć sobą.
      A ja, w ramach owego zajmowania się sobą, opowiem pewną historię. Otóż przedstawiony przez Orwella świat był w rzeczy samej rządzony przez wspomnianego Big Brothera, tyle że on sam, podobnie jak cała reszta, był propagandowym oszustwem. A zatem porozwieszane na całym świecie plakaty i billboardy nie pokazywały jakiegoś mitycznego Indianina o imieniu „Wielki Brat”, który mógł człowieka w ułamku sekundy doprowadzić do śmierci z samego strachu, lecz łagodnego intelektualistę, przedstawiającego się jako „Starszy Brat” i pozostającego w stałej gotowości, by owemu człowiekowi pomóc i uchronić od wszelkich niebezpieczeństw. Stąd właśnie znany slogan „Big Brother is watching you”, co się oczywiście tłumaczy na język polski jako „Starszy Brat się o Ciebie troszczy”. Nie „wielki” ale jak najbardziej „starszy” brat. I oczywiście nie „obserwuje”. No, gdzieżby on śmiał?
       I to bym proponował jako refleksję na ten niełatwy w sumie czas.



Jak zawsze w tych dniach, zachęcam Wszystkich do kupowania mojej najnowszej książki o Brytyjskim Imperium. Tu: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/imperium-czyli-gdzie-pada-cien-na-ss-mantola/

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...