poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Otwarty dialog zamknięty do odwołania


       Stali czytelnicy tego bloga, z pewnością pamiętają postać mojego kiedyś bardzo bliskiego kumpla Michała, który ponad dwadziścia lat temu, jako autentyczny polski patriota, przeniósł się z całą rodziną z Londynu do Warszawy i tu zdecydował się zostać już na zawsze. Pisałem o nim stosunkowo często, zawsze z najwyższą sympatią, a temat ten się ostatecznie urwał, kiedy się okazało, że Michał związał się politycznie i duchowo z KOD-em i osiągnął taki poziom zaangażania, że mi zwyczajnie nie wypadało go tu dręczyć. Rozmawialiśmy jednak wciąż, głównie na Twitterze, zachowując przy tym podstawy tego co się nazywa kulturą, nawet jeśli Michał notorycznie zarzucał mi, że ja, popierając Prawo i Sprawiedliwość, de facto popieram Putina, na rzecz którego w sposób oczywisty PiS działa. Nie obrażałem się na niego, bo wiedziałem, że on jest tak naprawdę pełen dobrej woli, a jego stanowisko wynika bardziej z tego, że znalazł się w złym miejscu i w złym czasie, i w pewnym sensie to oznaczało dla niego wyrok.
      Wszystko się zmieniło, kiedy media poinformowały o działalności niejakiego Bartosza Kramka i jego ukraińskiej żony Ludmiły Kozłowskiej, których fundacja pod nazwą „Otwarty Dialog”, za pieniądze pochodzące między innymi z Rosji, bardzo agresywnie wspiera działania antyrządowej opozycji. Poczytałem sobie owe informacje, obejrzałem te liczby, wysłuchałem też telewizyjnej rozmowy z owym dziwnym małzeństwem, a w końcu zapoznałem się ze sporządzonym przez Kramka tak zwanym Manifestem, w którym ten przedstawił w punktach plan siłowego obalenia władzy w Polsce i podczas jednej z wielu internetowych dyskusji z Michałem, nawiązując do sprawy owej fundacji, napisałem do niego: „A więc tu masz tego swojego Putina”. Nastąpiła reakcja, od której chyba prędzej spodziewał bym się porażenia przez piorun spadający na mnie z błękitnego nieba. Otóż Michał, jak najbardziej po angielsku, napisał: „Fuck you!” i usunął mnie ze wszystkich swoich kontaktów, zarówno w Internecie jak i telefonie, a prawdopodobnie również wytarł mnie ze swojej świadomości i od tego czasu się już do mnie nie odezwał. Nasza ponad dwudziestoletnia przyjaźń została zniszczona przez Putina i Kaczyńskiego.
      Pozostał natomiast Kramek, jego żona Kozłowska, no i ów Manifest, jak już zostało powiedziane wyprodukowany za ciężkie miliony otrzymane przez nich z Rosji. Gdyby ktoś nie wiedział, co to za zwierz ten Manifest, spójrzmy na kilka jego zapisów:
- Same protesty i apele nie wystarczą, dlatego konieczne jest natychmiastowe powzięcie nadzwyczajnych i stanowczych działań opartych na idei obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nikt nie chce Majdanu i rozlewu krwi w Polsce, ale eskalacja napięcia każe brać niemal każdy, dotąd niewyobrażalny scenariusz pod uwagę - i być na niego gotowym.
- Strajk generalny nauczycieli, czy też - w przypadku formalnie nie mogących strajkować sędziów sądów powszechnych i administracyjnych - szeroko zakrojony protest w formie przerw w pracy i powstrzymania się od wykonywania czynności służbowych. Powinno to wywołać poważne i szerokie zaniepokojenie społeczne, którego władze nie będą mogły ignorować; to już nie będzie walka o sądy, to będzie walka o Polskę. Warto rozważyć otwartą i zakrojoną szeroko akcję czasowego powstrzymania się od płacenia podatków i innych należności na rzecz skarbu państwa pod hasłem np. „Nie płacę na PiS”.
- Presja społeczna w postaci protestów i manifestacji musi być ciągła i wysoka. Miasteczka namiotowe, czy też głośne i częste protesty mogą powstać i być prowadzone nie tylko pod Sejmem i Pałacem Namiestnikowskim, ale również Kancelarią Premiera i siedzibą PiS-u na Nowogrodzkiej oraz domem Jarosława Kaczyńskiego. Być może te obiekty i instytucje uda się z czasem całkowicie zablokować paraliżując ich pracę?
- Należy bezwzględnie dbać o dobre relacje z policją i innymi siłami porządkowymi. Policjantom należy dziękować za ciężką pracę i ochronę, przypominać i akcentować pokojowy charakter protestów, oferować im wodę i ciepłe napoje, zwracając jednocześnie uwagę na nakaz lojalności wobec konstytucji i prawa oraz konieczności odmowy wykonywania poleceń służbowych sprzecznych z nimi.
- Służby miejskie powinny zabezpieczać miejsca protestów, wspierać nocujących w okolicy Sejmu (i ew. innych gmachów państwowych) w zapewnieniu odpowiedniego zaplecza higienicznego, wody i żywności itp. Miasta i gminy wspierające protest powinny rozważyć przyłączenie się do ewentualnych akcji strajkowych agend samorządowych. Jeśli szeroki protest społeczny może wyłączyć państwo, to czy miasto nie może wyłączyć Sejmu i Senatu, Ministerstwa Sprawiedliwości, Kancelarii Premiera i Prezydenta? Czy pod pretekstem remontu w siedzibie PiS-u nie może zgasnąć światło?
       Oczywiście każdy z nas wie, że ten cały plan to skrajny idiotyzm i to nie tylko w warstwie merytorycznej, ale przede wszystkim na poziomie ewentualnej realizacji. Wydawałoby się bowiem, że już nawet ci socjaliści, którzy pozwalali sobie na tego typu fantazje, dawno wymarli. W związku z tym zatem, zakładając, że ów Kramek nawet jeśli jest idiotą, to głupi nie jest, dochodzę do przekonania, że faktycznym jego i tej Ukrainki celem wcale nie było doprowadzenie do rzeczywistej rewolty, ale przez apelowanie do emocji zwykłych świrów, wyłącznie podtrzymywanie owej antyrządowej aktywności na tyle skutecznie, by zagwarantować w ten sposób pewien stały poziom owego społecznego napięcia. A to, nawet jeśli wynika z prostego cwaniactwa, jest też oczywistą zbrodnią i choćby za to im się od dawna należało coś znacznie więcej niż finansowa kontrola w ich fundacji.
      I oto właśnie dowiedzieliśmy się, że kiedy Ludmiła Kozłowska wyjechała na chwilę do Brukseli, gdzie, jak się okazuje ma swoje biuro, żeby tam pozałatwiać interesy z miejscowymi, po czym chciała wrócić do Warszawy, została poinformowana, że jest w Polsce uważana za osobę niemile widzianą i ma wracać na Ukrainę. Natychmiast więc popędziła z powrotem do Bruskeli, jednak tam ją poinformowano, że skutkiem decyzji polskich władz, ma ona zakaz pobytu na terenie całej Unii, zapakowano w samolot do Kijowa i tam odstawiono.
      Skąd ta decyzja? Polskie władze, do których ja za ten ich gest znów zapałałem niczym niezakłóconą miłością, o jej przyczynach nie informują, zasłaniając się procedurami i tylko bardzo oględnie wspominają coś na temat bezpieczeństwa państwa, natomiast Kramek twierdzi, że to jest zemsta za ten jego głupkowaty manifest, z którego redakcją jego żona oczywiście „nie miała w ogóle nic wspólnego”, bo jak rozumiem, kiedy on go pisał, ona akurat była na randce z Georgem Sorosem. Oglądam jeszcze raz wywiad jakiego ta parka udzieliła publicznej telewizji, patrzę na Kozłowską, jak ta z tym swoim zabawnym ruskim akcenem krzyczy do dziennikarza: „Czy pan nie zna języka polskiego?” i myślę sobie, że może jednak oni są głupi? Może ów Bartosz Kramek faktycznie uwierzył w to, że jeśli on na jednym z marszów KOD-u rozda obecnym tam wariatom te kartki, to cała Polska natychmiast popędzi pod dom Prezesa i będzie mu tam urządzała kocie wrzaski i w zwiazku z tym Gronkiewicz „pod pretekstem remontu” każe mu zdjąć licznik? W końcu ma w tym pewne doświadczenie.
      No ale jeśli tak, to ja bym poczekał aż minie odpowiednio długi czas jak jego żona nie będzie mogła przekroczyć granic Unii i w końcu Kramek sam się w proteście uda na Żoliborz, tam dokona spektakularnego samospalenia i wtedy będzie go można dać wypchać i wstawić jako eksponat do nowopowstającego Muzeum Historii Polski.

Serdecznie zachęcam do kupowania moich książek, zwłaszcza tej o muzyce, o której sam mistrz Redpill napisał, że stanowi kompletną porażkę. Mam ich trochę u siebie, więc wystarczy kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja w cenie.


niedziela, 19 sierpnia 2018

O tym jak zostałem faszystą


Niespodziewanie plany znów się zmieniły i jednak dziś już mogę wrzucić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, co sprawi, że jutro będzie o skutecznych deportacjach. A zatem, voila!     


      Zakończyły się lekkoatletyczne mistrzostwa Europy w Berlinie i niemal do końca Polska zajmowała pierwsze miejsce z siedmioma złotymi, czterema srebrnymi i jednym brązowym medalem w ogólnej klasyfikacji mistrzostw. W końcowej konkurencji, czyli sztafecie mężczyzn 4x100 metrów, wygrali Brytyjczycy i z pięcioma medalami srebrnymi Polskę wyprzedzili. Natychmiast na tę sytuację zareagował Internet zwracając uwagę na fakt, że owi Anglicy to Chijindu Ujah, Adam Gemili, Zharnel Hughes i Harry Aikines-Aryeetey, co choć oczywiście oddaje sprawiedliwość wielkości Imperium, w zaledwie minimalnym stopniu przynosi chwałę samej Wielkiej Brytanii. Podobnie zresztą wygląda sytuacja w kwestii medali srebrnych i brązowych. Turcja, ze swoim srebrem, to  Emre Zafer Barnes, Jak Ali Harvey, Yiğitcan Hekimoğlu and Ramil Gulijev, z czego dwóch pierwszych to Jamajczycy, natomiast Gulijew jest Azerem. Jedyny przedstawicel narodu tureckiego to ów Hekimoğlu. Trzecie miejsce zajęli Holendrzy w składzie – to nie żart – Christopher Garia, niejacy Martina i Paulina, oraz Taymir Burnet, wszyscy czarni jak noc. Niestety, mimo pewnych ambicji, medalu nie udało się zdobyć Francuzom w składzie Mickael-Méba Zeze, Marvin Rene, Stuart Dutamby i , last but not least, Mouhamadou Fall, a ja już z dobroci swego serca, nie będę się nad nimi znęcał i wyciągał im to, czego oni by z całą sobie nie życzyli.
       W tej sytuacji pozwolę sobie zająć uwagę Czytelników odrobiną swojego patriotyzmu i przedstawię sportowców, którzy medale w Berlinie zdobyli dla Polski. Po kolei: Wojciech Nowicki, Michał Haratyk, Paulina Guba, Justyna Święty plus jej trzy koleżanki ze sztafety, Iga Baumgard, Małgorzata Kowalik, oraz Patrycja Wyciuszkiewicz, Adam Kszczot, Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek, Konrad Bukowiecki, Sofia Ennauoi, Marcin Lewandowski i w końcu Joanna Fiodorow, z czego nawet owa Marokanka Ennaoui mówi po polsku lepiej ode mnie, jej buzia nie różni się od koleżanek z reprezentacji bardziej niż one od siebie, a w dodatku publicznie fukcjonuje jako po prostu Zosia. 
      No i jest tak, że ja najpierw patrzę na zdjęcia wszystkich naszych reprezentantów w tych pięknych biało-czerwonych barwach na tle tych biało-czerwonych flag, a potem oglądam zdjęcia z samych zawodów i widzę tych wszystkich „Brytyjczyków”, „Niemców”, „Francuzów”, „Holendrów”, „Włochów”, czy nawet tych nieszczęsnych „Turków”, i nie mogę uwolnić się od myśli, że tu w żadnym stopniu problemem nie jest ani ta nasza rzekoma ksenofobia, szowinizm, czy wreszcie rasizm, lub tym bardziej faszyzm, lecz wszystko sprowadza się do tego, że skoro wciąż jeszcze tego typu sportowe, i nie tylko sportowe, imprezy, jak mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy, puchary narodów, czy jakieś uniwersjady, to, owszem, rywalizacja pojedynczych talentów, ale przy tym jednak reprezentacji narodowych, to nie mamy najmniejszego powodu, by stawiać pewne pytania, wyrażać wątpliwości, no i ostatecznie wyciągać z tych refleksji wnioski.
        I jeden z nich wyraźmy słowami popularnej kiedyś piosenki: „Niech żyje Polska i ty co rodzisz się żyj”.

Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, oraz – częściowo – tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Bardzo polecam.  

sobota, 18 sierpnia 2018

Czy Nonso Amadi to guano?


         Ja zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że na dziś zapowiedziałem najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” jednak bieg wydarzeń sprawił, że muszę wprowadzić pewną korektę i „Warszawską” sobie poczytamy dopiero w poniedziałek, po tym jak wrócę z Warszawy, a dziś podzielę się paroma refleksjami na temat tego, co nam przyniosło moje postanowienie, że ten blog będę powoli przekształcał w blog muzyczny. Otóż wyobrażałem sobie ów projekt w taki sposób, że ja tu na przykład napiszę coś – co zresztą, jak wiemy, zrobiłem – na temat swojego ulubionego zespołu Portishead, na co przyjdzie ktoś, kto mi napisze, że on nie lubi ani Portishead, ani całego tego ponurego nurtu, tylko wesołe country i wrzuci nam tu Johnny’ego Casha. Na to z kolei przyjdzie ktoś inny, kto zamiast Casha zaproponuje Dylana i posłuchamy Dylana. Kto inny przyjdzie i powie, że owszem Dylan jest świetny, choć jego zdaniem dopiero ostatnio, natomiast on zawsze czuł się blisko takich artystów jak Frank Zappa i puści nam Zappę. Wówczas przyjdzie ktoś kto Zappy nie zna, ale zna polską Republikę i posłuchamy Republiki. Wreszcie też okaże się, że tak naprawdę jedyną wartościową muzyką jest dawna muzyka barokowa i będziemy wzruszać sercem, względnie ramionami na Bacha. Jednocześnie przy tym wszystkim pogadamy sobie o naszych gustach, powspominamy stare czasy, poopowiadamy ciekawe anegdoty i w końcu wypowiemy nasze nadzieje co do przyszłości muzyki.
      I będziemy słuchać piosenek.
      I tu okazało się, że nic z tego. Najpierw przyszedł Valser i ogłosił, że Portishead to, jak on to lubi formułować, guano i przy pomocy paru nieśmiało wtrącających się do rozmowy komentatorów postanowił udowodnić, że ma rację. Kiedy okazało się, że czegoś wciąż brakuje, w kolejny dzień napisał Valser osobną notkę na temat tego, że Portishead to rzeczywiście syf i na to już zlecieli się wszyscy, których ja na swoim blogu zbanowałem, i ci oczywiście uderzyli w wyznaczony ton, krzycząc, że Portishead to rzeczywiście coś najgorszego i że trzeba być skończoną pałą, by tego guana słuchać. W następny dzień Valser napisał kolejną notkę, pozornie na tematy sportowe, ale wyszło na to, że Portishead jest wciąż pierwszym tematem i walenie w muzykę, którą ja, jeśli mi jeszcze wolno, lubię, jeszcze się wzmogło. I jeśli gdzieś się pojawił ktoś, kto Portishead lubi, to, jak się domyślam, nawet nie próbował się odzywać, w obawie, że zostanie natychmiast wdeptany w ziemię przez Klub Nieprzyjaciół Zespołu Portishead.
      Niby nie powinno mnie to dziwić. Tu na tym portalu, ale też w ogóle w Internecie, panuje taka moda, by najchętniej się w ogóle nie odzywać, o ile nie ma powodu, by się zapluć z szyderstwa i wściekłości. Pamiętam jak wystarczyło, że napisałem maleńki komentarz na temat tego, że lubię filmy Kubricka – a może to tylko Coryllus wspomniał, że ja mu przez telefon poleciłem jego filmy – a natychmiast rozpętała się gadka, w której zarówno Kubrick, jak i wszyscy, którzy lubią te filmy zostali zrównani z ziemią, a o samym reżyserze paru komentatorów zaczęło pisać używając imienia „Stefan”. Czy może ktoś przyszedł i powiedział, że Kubrick jest do wspomnianej doopy, natomiast bardzo dobre są filmy rosyjskie, bądź to co nakręcił Jim Jarmush? Albo że nie ma nic lepszego ponad komedie Saramonowicza? Oczywiście że nie. Przez kilka dni odbywało się tu wyłącznie walenie w „Lśnienie” i „Full Metal Jacket”, tylko dlatego, że ja powiedziałem, że one mi się podobają.
      Przepraszam bardzo, ale to jest moim zdaniem słabe, czy, jak to mawia moje najmłodsze dziecko, lipa. Proszę Was wszystkich, nie bawcie się w ten sposób. Jeśli ja w przyszłym tygodniu napiszę tu coś na temat Jimiego Hendrixa, którego lubię słuchać, a ktoś uważa, że Hendrix to oszust wypuszczony przez Brytyjskie Imperium, by mieszać w głowach jego poddanym, niech napisze, co lubi. Po prostu, niech napisze, co lubi i poda link do jakiejś fajnej piosenki. A na to niech przyjdzie ktoś inny i powie co on lubi i też nam coś zaproponuje. A jeśli się zdarzy, że ktoś tu wrzuci, jak to zrobił komentator Redpill z tym jakimś Nonso Amadi, link do czegoś, czego nikt z nas dotychczas nie znał, a co się części z nas spodoba, inni wzruszą na to ramionami, a reszta uzna że to jest nic nie warte, niech ci co pozostaną nie rozpoczynają dyskusji na temat, jakie to guana ten Amadi, a za to zaproponują choćby i Mozarta. Wszystkim nam wtedy będzie o wiele łatwiej i przy okazji nikt nie zrobi z siebie durnia.

PS Przy okazji przepraszam wszystkich przyjaciół mojego bloga toyah.pl, gdzie praktycznie dyskusji nie ma, natomiast ludzie przychodzą i spędzają miło tę drobną część dnia, że nie mam do nich żadnych uwag poza nieustającym podziękowaniem.



Moje książki są tam gdzie zawsze.


piątek, 17 sierpnia 2018

Gdy zgasła ostatnia gwiazda

Plan był taki, by dziś, dla odmiany, wyrazić szacunek dla Dobrej Zmiany i napisać parę słów o deportacji na Ukrainę Ludmiły Kozłowskiej. Zmarła jednak, jak wiemy, Aretha Franklin i ponieważ jest to dla nas wszystkich – nawet tych, którzy jej śpiewu nigdy nie słuchali – strata nie do opisania, więc nawet tak potężne osoby jak ruscy szpiedzy będą musieli poczekać, i to aż do poniedziałku. Rzecz bowiem w tym, że względów rodzinnych w sobotę wyjeżdżamy na dwa dni do Warszawy, a to sprawia, że w tym tygodniu niedziela wypada. No a ponieważ z felietonem dla „Warszawskiej” czekać nie mogę, on się pojawi jutro, a Ruscy będą dopiero w poniedziałek. Dziś natomiast żegnamy Arethę.
       Przez cały dzień jesteśmy atakowani informacją, że oto zmarła „królowa muzyki soulowej” i to jest oczywiście prawda. Aretha Franklin faktycznie zawsze była i nigdy nie przestała być królową soulu, no i dziś od nas odeszła. Rzecz jednak w tym, że razem z nią odeszła też w ogóle ostatnia wielka gwiazda soul, a co więcej odeszł też ostatni wielki głos jazzu, bluesa, soulu i wszelkich innych muzycznych gatunków. Więcej. Wraz z Arethą Franklin skończyła się tak naprawdę epoka wielkich wokalistów, czy to mężczyzn, czy kobiet. Kiedy zabrakło Arethy Franklin, prawdziwego śpiewu będziemy już tylko mogli słuchać z płyt. Nie ma już Niny Simone, Johnny’ego Casha, nie ma Billy Holiday i Elli Fitzgerald, nie ma Jamesa Browna i Sary Vaughan, nie ma Raya Charlesa i  Luthera Vandrossa, Sama Cooka i Franka Sinatry, Marvina Gaya, Otisa Reddinga i Wilsona Picketta… nie ma już nikogo. I tego nie zmieni nawet fakt, że wciąż jeszcze świecą gwiazdy jak Barbra Streisand, Diana Ross, czy Dionne Warwick, bo to jednak jest inny wymiar. To co się stało to jest koniec pewnego bardzo ważnego rozdziału. I nie oszukujmy się: ich już nikt nie zastąpi nie dlatego, że nie ma utalentowanych muzyków i wspaniałych głosów, ale dlatego, że świat muzyki już nigdy nie będzie taki jak był wtedy, kiedy zaczynała swoją karierę Aretha Franklin i inni. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby tak się złożyło, że ona by się urodziła 50 lat później i właśnie zaczynała karierę, i szczęśliwie nie skończyła jak Amy Winehouse, to nie różniłaby się niczym od całej masy piosenkarek w rodzaju Diany Krall, czy Nory Jones.
      A zatem to jest koniec. Od dziś będzie już tylko gorzej. Posłuchajmy więc na koniec jednej z tych piosenek. Jednak ani nie „Natural Woman”, ani „I Say A Little Prayer”, ani „Respect”, ale jakoś mniej ostatnio słyszanej, a przecież też nie byle jakiej.



Zachęcam do kupowania moich książek. Z ośmiu zostały już tylko cztery i też jest ich już coraz mniej, więc trzeba się spieszyć. www.basnjakniedzwiedz.pl oraz u mnie osobiście, przez kontakt mailowy k.osiejuk@gmail.com.


czwartek, 16 sierpnia 2018

Defilada ze wsi Warszawa

     Oglądałem sobie wczoraj w telewizorze transmisję z defilady, z coraz większym zachwytem podziwiałem te czołgi, wozy opancerzone, tych żołnierzy i  żołnierki, czy wreszcie samoloty i helikoptery, i kiedy już byłem naprawdę bliski wycofania się ze wszystkich brzydkich słów, jakie ostatnio wypowiedziałem pod adresem Dobrej Zmiany przypomniałem sobie muzyczny projekt, o którym tu kiedyś przez chwilę rozmawialiśmy, a mianowicie tak zwaną „Kapelę ze wsi Warszawa”. Skąd to pozornie kompletnie bezsensowne skojarzenie? Czyżby to był mój nowy plan, by wszystko kojarzyć z muzyką? Otóż nie. Dziś o muzyce ani słowa. Już zatem wyjaśniam, choć jednak może na początek przypomnę, co to jest takiego owa Kapela. Jest to mianowicie, jak już wspomniałem, projekt muzyczny, ale nie tylko, a jeśli brać pod uwagę poziom czysto muzyczny, również nie przede wszystkim muzyczny. Oczywiście są tam i muzycy i piosenkarze, instrumenty i piosenki, i to niekiedy bardzo zwyczajne, jednak po bliższym przyjrzeniu się, okazuje się, że mamy do czynienia głównie z bardzo silnie akcentowanym przekazem agresywnie pogańskim, by – cytując tu słowa papieża Franciszka „Kto się nie modli do Boga, modli się do Szatana” – nie powiedzieć – satanistycznym właśnie. To co sprawia, że owa Kapela ze wsi Warszawa robi szczególne wrażenie, to fakt, że proponowana przez nich muzyka to nie jest ani black metal, ani death metal, ani w ogóle jakikolwiek metal, czy choćby przez niektórych uważany za Zło rock’n’roll. Muzyka Kapeli ze wsi Warszawa to najbardziej radosny folk, w dodatku uprawiany przez ludzi, wedle najbardziej powszechnych standardów, zwyczajnie miłych. I dopiero gdy wsłuchamy się w śpiewane przez nich teksty, czy, jeszcze bardziej, poczytamy sobie wywiady z muzykami, ujrzymy całą naturę owego przedsięwzięcia, która sprowadza się do przypomnianego niedawno hasła: „Nie ma innej prawdy jak przedchrześcijański świat drzew, wiatru i kwiatów”.
         I niech się nam nie wydaje, że Kapela ze wsi Warszawa to zaledwie gdzieś tam troszeczkę skażony odprysk z tego, co tworzy naszą cywilizację. Otóż nie. Kapela ze wsi Warszawa to część coraz bardziej popularnego pogańskiego nurtu, obecnego nie tylko w muzyce, ale w ogóle w naszej kulturze i obyczajowości. A to jak ów nurt potrafi być agresywny możemy zauważyć również w szeregu przeróżnych wydarzeń, wcale nie przede wszystkim muzycznych, mających miejsce niemal codziennie w różnych miejscach Polski pod patronatem stowarzyszenia o nazwie Centrum Słowian i Wikingów, z główną zabawą organizowaną regularnie w sierpniu na wyspie Wolin pod nazwą „Festiwal Słowian i Wikingów”. Przypatrzmy się programowi owego wydarzenia:
- Uroczyste rozpoczęcie festiwalu. Korowód spod Kolegiaty św. Mikołaja Biskupa w Wolinie.
- Obrzęd przekazania władzy jarlowi Jomsborga – kapłani wraz z burmistrzem przekazują insignium jarlowi.
- Otwarcie świątyni – wniesienie stanic, obrzęd niecenia ognia, modlitwa do ognia i ofiarowanie, skandynawski obrzęd ofiarowania blot.
- Obrzęd uznania i przyjęcia dziecka do wspólnoty – inscenizacja.
- Wróżenie ze szczap wróżebnych (tzw. źrebi) dla mężczyzn oraz z linii w popiele dla kobiet.
- O tarczy Jarowita, która uratowała chrześcijańskiego mnicha – inscenizacja według relacji Herborda i Ebbona.
- Woda i ogień w obrzędowości dawnych Słowian – prelekcja Natalii Zacharek.
- Wróżba z koniem według obrządku arkońskiego utrwalonego przez kronikarza Saksona Gramatyka – inscenizacja.
- Skandynawskie braterstwo krwi, tzw. wejście pod darń – inscenizacja.
- Słowiański obrzęd ciałopalenia poprzedzony obrzędami wyprowadzenia duszy – inscenizacja.
- Weles, chtoniczny bóg Słowian – prelekcja dr. Michała Łuczyńskiego.
- Otwarcie świątyni – wniesienie stanic, rozniecenie ognia, ofiarowanie.
- Słowiańska obrzędowość i magia ochronna – ofiara zakładzinowa i ofiara dla Domowika.
- Hávamál – Pieśń Najwyższego – prelekcja dr. Łukasza Malinowskiego.
- Skandynawski obrzęd ofiarowania blodörn (tzw. krwawy orzeł) – ofiara z człowieka – inscenizacja.
- O skandynawizacji słowiańskich wątków wierzeniowych – prelekcja dr. Kamila Kajkowskiego.
- Słowiański obrzęd ofiarowania – ofiara z człowieka na podstawie źródeł pisanych i archeologicznych – inscenizacja.
- 9 światów Yggdrasila – spotkanie dla dzieci i młodzieży z mitologią skandynawską – prelekcja dr. Remigiusza Gogosza.
- Skandynawski obrzęd wystawienia słupa pogardy – nithstang.
- Wyrocznie i wróżby w pogańskiej Skandynawii – prelekcja prof. Leszka P. Słupeckiego.
- Słowiańska magia pogodowa w zależności od warunków atmosferycznych: przywołanie deszczu na podstawie relacji Burharda z Wormacji, odpędzanie chmur deszczowych na podstawie tradycji ludowych.
- Targ niewolnic. Kroniki mówią o Słowianach jako o ludziach handlujących osobami wziętymi w niewolę. Będzie na co popatrzeć, a i niewolnicę zdatną do pracy zakupić.
- Perun, uraniczne bóstwo Słowian – prelekcja dr. Michała Łuczyńskiego.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, podczas wczorajszej defilady, w rocznicę Cudu nad Wisłą oraz w Święto Wniebowzięcia, kiedy już przelacieały te samoloty, a żołnierze odmaszerowali w dal, na scenie pojawiły się tak zwane grupy rekonstrukcyjne, w tym, jak nas poinformowała TVP – tak, tak – nasi znajomi Słowianie i Wikingowie ze wspomnianego Centrum. I ja wcale nie chcę sugerować, że tam popłynęły słowa znanej tu i ówdzie piosenki:
„Rozgniewała się żona
Wzięła pieniążki i poszła do księdza
Mój dobrodzieju, dorodź mi temu
Co ja uczynić mam mężowi swemu

Wstań no rano
A choć o północy zagotuj wody
I wyparz mu oczy
Wyparz mu oczy, połamie mu nogi
I przepędź jego hej prze z cztery progi

Tak za lasem
Za leszczyną
Tańcował ksiądz z gospodynią
Kurek zapiał
Pies zaszczekał
Ksiądz ci pierdnął jak uciekał
”.
      O nie! Tam nikomu nie przyszło do głowy się wyłamywać z obowiązującego kanonu. Tam się odbyła wyłącznie rekonstrukcja z udziałem wczesnośredniowiecznych wojów, a prezydent Duda z Małzonką, premier Morawiecki i minister Błaszczak mogli już tylko z podziwem kiwać głowami.
      A ja już się tylko zastanawiam, czy dziś, kiedy oni się dowiedzili o tych słowianach i wikingach, nie pomyśleli sobie, że właściwie czemuż by przyszłorocznego urlopu nie spędzić na wyspie Wolin. Tyle ciekawych eventów, a i dzieci znalazłyby coś dla siebie.




Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl oraz tu na miejscu u mnie, przez kontak mailowy k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam gorąco.

środa, 15 sierpnia 2018

Jak to jest być głupim jak but


        Wspominałem tu przez te wszystkie lata parę razy amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, którego czytam namiętnie i od którego czerpię zarówno ściśle określoną wiedzę, jak i umiejętność przelewania tej wiedzy na zdania. Otóż kiedy Greene był jeszcze początkującym dziennikarzem, miał rubrykę w „Chicago Tribune”, gdzie relacjonował wielkie rockowe koncerty, w których uczestniczył jako zaproszony reporter. Pewnego dnia jeszcze w roku 1972 miał okazję uczestniczyć w słynnym koncercie zespołu Jethro Tull w nowojorskiej hali Madison Square Garden. Oto jego relacja:
     „Wokalista zespołu Ian Anderson bisował, a rozentuzjazmowana publiczność napierała na scenę. Części z nich udało się dotrzeć do dolnej części ściany, prowadzącej już do samej sceny, skąd, stając na ramionach znajomych, próbowali wyskoczyć w górę i znaleźć się tuż obok swoich bohaterów. Stałem na scenie obok wzmacniacza i obserwowałem całą sytuację. Ian Anderson śpiewał, a młodzi fani zespołu podchodzili coraz bliżej. Nie było widać twarzy, natomiast na krawędzi sceny pojawiały się palce, gotowe by się podciągnąć i wejść na scenę. Terry Ellis, manager zespołu, również się przyglądał. Z całkowitym spokojem, wziął w rękę młotek i ruszył w kierunku Andersona i jego mikrofonu. Przyklęknął i wciąż bardzo spokojnie, ile razy zobaczył palce, walił w nie młotkiem. Któreś z tych dzieci ślepo sięgało brzegu sceny, a Ellis rozbijał te palce swoim młotkiem. Efekt był natychmiastowy. Młotek spadał na palce, a ich właściciel wpadał z powrotem w publiczność. Nigdy nie widzieliśmy całej osoby. Raz za razem palce wynurzały się z ciemności, Ellis rozwalał je młotkiem, no i w ten sposób wreszcie koncert dobiegł końca”.
       Nie byłem nigdy na koncercie zespołu Jethro Tull. Kiedy ich kochałem, byłem przede wszystkim zbyt mały, żeby znosić walenie młotkiem po palcach, a poza tym to był czas, kiedy oni do Polski nie przyjeżdżali. Owszem, pamiętam jakby to było wczoraj, jak mój starszy brat pożyczył od jednego ze swoich kolegów magnetofon Tonette, a z nim taśmę firmy Agfa, gdzie na jednej stronie była pierwsza płyta Led Zeppelin, a na drugiej „Stand Up” Jethro Tull właśnie. Miałem wówczas pewnie jakieś 15 lat, ta taśma była z nami pewnie z tydzień i przez ten czas nauczyłem się każdej z tych piosenek na pamięć. Do dziś zresztą to własnie drugi album Jethro Tull jest moją ulubioną ich płytą, tuż po „Thick As A Brick”.
         Ciekawy jest bardzo ów album, a jednocześnie cała kompozycja. Dowcip – bo to był trochę dowcip – polegał na tym, że okładka, zrobiona w formie gazety, informowała, że autorem tekstu tej piosenki jest genialny ośmioletni poeta nazwiskiem Gerald Bostock, którego nawet widzimy na okładce i możemy tam też przeczytać pełną i  bogatą relację na temat owego niezwykłego talentu. News jest taki, że ów ośmiolatek ze swoim poematem wygrał któryś z lokalnych konkursów poetyckich, jednak po protestach ze strony publiczności został oskarżony o psychiczną chorobę zdyskwalifikowany. Na pierwszej stronie owej gazety jest również tekst, w którym sugeruje się, że Bostock jest również ojcem swojej 14-letniej koleżanki imieniem Julia. Tak więc odpowiednio zachęceni, nastawiamy płytę i od razu słyszymy początek owego niby poematu:
      „Mam nadzieję, że jakoś to przemęczycie
        Moje słowa są niczym szept, a głuchota aż wrzeszczy
        Mogę sprawić, że coś poczujecie, do myślenia was nie zmuszę
        Wasza sperma spływa ściekiem, a miłość ginie w zlewie
        No i walicie konia gdzieś w kącie
        Załatwiając te wasze zwierzęce interesy
        A ci wszyscy mądrale nawet nie mają pojęcia, jak to jest
        Być głupim jak but”.
       Nie będziemy tu dziś słuchać całości tego dzieła w wykonaniu Jethro Tul. Na początek proponuję jedynie samo otwarcie. Potem ten sam fragment w wykonaniu fantastycznej, choć kompletnie nieznanej, piosenkarki, no a na koniec, owszem, całość, ale też w wykonaniu tak zwanych amatorów. Tak byśmy wszyscy mieli okazję zobaczyć, jak talenty mogą się rodzić choćby na kamieniu.










      Przypominam, że moje książki są niezmiennie do kupienia w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, lub ewentualnie u mnie osobiście. Kontakt mailowy k.osiejuk@gmail.com


wtorek, 14 sierpnia 2018

Nasze kochane Portishead


        Oczywiście żadna wiążąca decyzja nie została jeszcze podjęta, ale przez te dwa dni, kiedy grałem tu różne piosenki, chodzi mi po głowie myśl, by ten blog powoli się przeistoczył w blog przede wszystkim muzyczny. Czemu? No, przede wszystkim bardzo mi się spodobała sytuacja, zwłaszcza sobotnia, kiedy moja notka nie przekroczyła nawet tysiąca odsłon, a dyskusja jaką wzbudziła, była niemal tak żywa, jakbym ja co najmniej ujawnił nieznane tajemnice powołania tak zwanej komisji reprywatyzacyjnej, a co więcej chyba ani jeden komentarz mnie nie zirytował, jako nieadekwatny, złośliwy, czy zwyczajnie głupi. Po drugie, ostatnio zbyt często zauważam, że na temat bieżących wydarzeń nie mam nic mądrego do powiedzenia, a gdy chodzi o refleksje na tematy bardziej ogólne, przede wszystkich nie chcę się powtarzać, no a poza tym bardzo też się boję, że przez intensywność tego pisania, poziom notki może się okazać niewystarczająco godny tematu, a ten element był dla mnie zawsze czymś wręcz podstawowym; żeby temat nie musiał się za mnie wstydzić.
      Ale jest jeszcze coś, o czym myślę od wczoraj. Otóż Coryllus w swojej ostatniej notce napisał coś takiego: „O ile przyjemniej jest siedzieć przed monitorem i wcielać się w tę czy inną rolę...I dyskutować, dyskutować, dyskutować, o tym kto jest kim i dlaczego robi to, co robi”. A ja sobie pomyślałem, że on mi to wyjął z ust, bo w ostatnim czasie dokładnie ta sama myśl chodziła mi po głowie, zwłaszcza po tym, jak wrzuciłem tu tekst o Hypatii i Marii Dzielskiej, tyle że nie umiałem jej tak ładnie wyrazić. 
      No i jest wreszcie ta muzyka, której słucham od zawsze, na której się znam i o której mogę rozmawiać w nieskończoność. Weźmy choćby ów Portishead, o którym nasz kolega Kuldahrus napisał, że oni nie mieli nigdy choćby jednej złej piosenki, a ja mogę tylko dodać, że oni też nie mieli jednej piosenki gorszej od drugiej, a z drugiej strony Valsera, którego zdaniem Portishead to pospolita nędza. Poświęciłem im rozdział w mojej książce „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” i zachęcając oczywiście do jej kupowania, przypominam go tutaj.      


      Pamiętam tę lekcję – już wiele, wiele lat temu – z dziewczynką, która miała taką fantazję, że chciała, by przez cały czas było włączone radio i żeby grała muzyka. Siedzieliśmy więc sobie u niej w pokoju, coś tam robiliśmy, a z radia leciały piosenki. To wtedy właśnie, po raz pierwszy w życiu, usłyszałem „Sour Times” Portishead.
      Ja oczywiście nie miałem pojęcia, co to takiego; nawet nie wiedziałem, że zespół pod tą nazwą istnieje; ale też nigdy wcześniej nie słyszałem czegoś podobnego. I pamiętam, że myśmy coś tam robili, tu leciała ta piosenka, a ja poczułem tak straszny żal, że już pewnie ani tego więcej nie usłyszę, ani, co najgorsze, nie dowiem się, kto to śpiewa. A to była Beth Gibbons.
      Okazuje się jednak, i całe szczęście, że nawet jeśli cuda się zdarzają, to nie na tym poziomie. Jak idzie o rynek, on niczego wartościowego nie zostawi na pastwę losu. Nie ma takiej możliwości, by gdzieś się pojawiło coś naprawdę wybitnego, i żeby rynek się tym czymś nie zainteresował. W innym miejscu tej książki czytamy o zespole Arctic Monkeys. To jest jedyny znany mi przypadek, kiedy autentyczna kariera powstała całkowicie poza rynkiem oficjalnym; kiedy zanim oficjalny rynek się zdążył zorientować i wyskoczył ze swoimi pieniędzmi, wszystko już było gotowe. I oczywiście to robi wrażenia, natomiast nawet tu nie ma się co jakoś szczególnie emocjonować. Otóż rynek Arctic Monkeys ostatecznie nie przegapił. Początek oczywiście im umknął, ale potem wszystko już poszło tak jak należy.
      A zatem – nie powiem „tym bardziej”, bo to by nie było zbyt eleganckie w stosunku do tych dzieci z Sheffield – piosenka Portishead też nie mogła zniknąć w czeluściach piekła, jakim jest owa branża. A skoro ta piosenka, to również Beth Gibbons i jej koledzy z zespołu, no i ostatecznie cały ten projekt pod nazwą Portishead. Oni wszyscy musieli się znaleźć tu, gdzie są dzisiaj. A ja się bardzo niepotrzebnie wtedy smuciłem.
      Któregoś dnia, parę lat później, siedziałem tu u nas w domu z moim kumplem Michałem Dembińskim, i nagle zobaczyliśmy, że TVP puszcza koncert Portishead z Nowego Yorku. Oczywiście przestaliśmy gadać, obejrzeliśmy go w milczeniu do samego końca, a kiedy już odzyskaliśmy przytomność, ja, trochę po to, żeby jakoś sprawę załagodzić, powiedziałem, że mam wrażenie, że to jednak jest wtórne. Na to Michał się uniósł i zapytał: „Tak? Wobec czego?” Ja zacząłem intensywnie myśleć, i z głupia frant odpowiedziałem: „Billie Holiday”. Na co on machnął ręką i odpowiedział: „Daj spokój”.
       Portishead powstali w roku 1991. Pierwszy album – ten, na którym znalazło się owo rujnujące jedną z moich lekcji „Sour Times” – został wydany w roku 1994. Drugi studyjny dopiero trzy lata później. Na kolejny musieliśmy czekać 11 lat. A zatem, mamy już ponad 20 lat, i 33 piosenki. Każda na najwyższym absolutnie możliwym poziomie. Trzy płyty, 33 piosenki, i nie ma żadnego sposobu, by autorytatywnie powiedzieć, że ta jest gorsza, a tamta lepsza. Oczywiście, każdy ma coś, co lubi najbardziej. Ja też. Natomiast nie widzę możliwości, żebym ja tu chciał wchodzić w polemikę z kimś, kto uważa inaczej.
      Portishead nie nagrywają wciąż to nowych albumów, jak sądzę, z prostej przyczyny: prawdopodobnie nie mają wystarczająco dużo pewności, że to co wydadzą, będzie wystarczająco dobre. Zapewne bardzo się boją sytuacji, kiedy to oni wydają kolejną płytę, a część tych, którzy ich traktują, jak coś najważniejszego w życiu – a zaręczam, że co najmniej kilku takich jest – odwracają się zawiedzeni. I nie widzę możliwości, by było inaczej. Portishead to jest już wystarczająco uznana marka, by mieć pewność, że każda kolejna płyta się sprzeda. Im ani nie grozi to, że gdy oddadzą materiał do produkcji, ktoś im powie, żeby się nie wygłupiali, bo to jest zwyczajnie za słabe, ani tym bardziej to, że ten album trafi do sklepów i się nie sprzeda. To jest rynek, a rynek wchłonie wszystko. Beth Gibbons, Geoff Barrow, Adrian Utley, Clive Deamer i Dave MacDonald to jest taka marka, że oni już do końca życia mogą jechać na samej nazwie. Jak, nie przymierzając, jakieś U-2, czy Metallica. A mimo to, tego nie robią.
      A nie jest też tak, że oni się pokłócili, albo prowadzą rozległe, osobne biznesy i nie mają czasu na sztukę. Zespół Portishead istnieje jak najbardziej i jest w ciągłym ruchu. W tym roku wystąpił i w Glastonbury i w Krakowie i w dziesiątkach innych miejsc na świecie, i – kilka z tych koncertów miałem okazją oglądać – ani na moment nie pokazał, że im nie zależy. Dwa lata temu oni przyjechali do Poznania i proszę sobie wyobrazić, że i ja tam byłem. Ten koncert się zaczął, minął, skończył się i tam też ani przez chwile nie było widać, że jest inaczej, niż było 20 lat temu.
     Portishead swoją trzecią i ostatnią jak dotąd płytę wydali w 2008. Mało kto lepiej wie ode mnie, jak wielu na nią czekało. I się doczekało. Od tego czasu minęło już 5 lat… i cisza. Oni jeżdżą od miasta do miasta, i grają te swoje 33 piosenki przed wiecznie rozentuzjazmowanym tłumem fanów, a my czekamy na płytę czwartą, i nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić, co to będzie takiego. Ale wiemy, że ona się pojawi, i znów albo się okaże czymś absolutnie niezwykłym, albo jej zwyczajnie nie będzie.
     Na trzecim albumie Portishead znajduje się piosenka zatytułowana „Machine Gun”. Każdy w miarę zorientowany słuchać bez najmniejszego ryzyka popełnienia błędu, już od pierwszych jej dźwięków, że to nie jest ani cover hendrixowskiego „Machine Gun”, ani dowód na to, że oni są jednak mało samodzielni. „Machine Gun” Portishead to hołd dla Hendrixa. A ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Jimi Hendrix gdzieś tam to wszystko widzi, i słyszy każdy z tych, tak nowych z jego punktu widzenia, dźwięków, i jest bardzo, ale to bardzo usatysfakcjonowany.

      A zatem, zróbmy teraz to, czego książka nam dać nie mogła, czyli posłuchajmy i popatrzmy. „Machine Gun”.


     


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...