Wczoraj w
pewnym momecie żona moja znalazła gdzieś w Sieci informację, że papież
Franciszek, podczas spotkania z czymś co nosi nazwę Forum Włoskich Rodzin,
powiedział co następuje:
„W
zeszłym stuleciu cały świat był zgorszony tym, co robili naziści, by
doprowadzić do czystości rasy. Dzisiaj robimy to samo, ale w białych
rękawiczkach”.
Całości
wystąpienia Papieża nie znamy, natomiast z powiajających się tu i ówdzie
informacji, dowiadujemy się, że w swoim wystąpieniu użył on takich słów, jak
„moda”, „zwyczaj”, „dzieciobójstwo”, „zabijanie niewinnego”, czy wreszcie
„spokojne życie”.
Niektórym
z nas mogłoby się wydawać, że największe wrażenie robi tu owo porównanie owej
„mody” do nazistowskiej koncepcji czystej rasy, ale moim zdaniem jest tu jeszcze
coś, na co warto nam zwrócić uwagę w sposób szczególny. Otóż, jeśli spróbujemy
poszukać w Internecie informacji na temat owego wystapienia, znajdziemy
zaledwie parę miejsc, gdzie słowa Franciszka są w ogóle wspomniane. Co równie
ciekawe, owej informacji nie towarzyszy jakikolwiek komentarz, tak, jakby nie
dość, że słowa Franciszka uznano za zbyt niebezpieczne, ale też za zbyt
ryzykowne uznano opisanie ich choćby krótkim komentarzem.
A
przecież nie jest tak, że to co powiedział Franciszek było jakoś szczególnie
szokujące. Owszem, aborcji do Holocaustu nie przyrównał chyba żaden z
poprzednich papieży, natomiast to że aborcja to nazizm w stanie czystym
słyszymy choćby na tak zwanych „Marszach za Życiem”, czy w wypowiedziach
bardziej radykalnych antyaborcyjnych działaczy. Za każdym razem zresztą
spotykają się owe oceny z natychmiastową, i najczęściej nadzwyczaj gwałtowną
reakcją środowisk lewicowych. Tu z jakiegoś przedziwnego powodu, papież
Franciszek został oszczędzony.
I niech
nam się tylko nie wydaje, że liberalne media nie są zainteresowane nauczaniem
Franciszka. Jest wręcz odwrotnie: one owym nauczanie są zainteresowane tak, jak
nie były zainteresowane nauczaniem któregokolwiek z jego poprzedników. Jednak
one są bardzo uważne nie wtedy gdy Papież potępia współczesny świat, ale wtedy,
gdy głosi zbawienie tym wszystkim, którzy owo zabawienie proszą. Kiedy
wszystkim skruszonym i proszącym o Boże miłosierdzie grzesznikom Papież o owym
miłosierdziu opowiada, media nie przepuszczą żadnej okazji, by o tym wspomnieć…
no dobrze, może zapomną o modlitwie, czy żalu za grzechy, czy wreszcie o
podstawowym pragnieniu Boga, ale o tolerancji i zrozumieniu wspomną z całą
pewnością. Tym razem, podobnie zresztą jak jeszcze przed laty, kiedy to Franciszek
bardzo dobitnie nas poinformował, że „kto się nie modli do Boga ten się modli
do Szatana”, nagle się okazało, że jednak nie wszystkie słowa Papieża
kwalifikują się do popularnego rozpowszechniania.
Franciszek
to papież, który głosi przede wszystkim Boże miłosierdzie dla każdego, kto
owego miłosierdzia pragnie. Tylko tyle, ale i aż tyle. Wydawałoby się, że
sytuacja jest tak czysta, jak owe papieskie szaty. Tymczasem popularna kultura
liberalna postanowiła po pierwsze wtłaczać nam do głów wiadomość o
bezwarunkowym przebaczeniu, głównie zresztą dla jej najbardziej radykalnych
przedstawicieli, a po drugie, możliwie jak najstaranniej zamilczać wszystko to,
co Papież przedstawia nam jako nasz absolutny obowiązek, czyli pragnienie Boga.
I, jak wiele na to wskazuje, owa metoda sprawdza się znakomicie. Wystarczy
chocby wpaść na blogi.
Jestem
pewien, że ci z nas, którzy obserwują dyskusję, jaka ostatnio przetoczyła się
przez portal szkolanawigatorow.pl, domyślają się, skąd się dziś wziął ten
temat. Chodzi mianowicie o tekst, który – być może wbrew zamierzeniom swojego
autora, naszego kolegi Rotmeistera – sprowokował bardzo mocny atak na Kościół
papieża Franciszka. Nieco być może zaniepokojony reakcją czytelników,
Rotmeister napisał kolejny tekst, w którym zadał pytanie, czy wolno krytykować
papieża, czy może jego już nie. W trakcie kolejnej dyskusji pojawiło się nawet
pojęcie, którego osobiście wcześniej nie znałem, a mianowicie niejakiej
„papolatrii”. Ja osobiście oczywiście chętnie bym na owo pytanie, czy wolno
krytykować papieża, odpowiedział pod wspomnianą notką, ponieważ jednak Rotmeister,
zapewne w głębokim przekonaniu, że jego racje są tak słuszne, że on poważnej
dyskusji nie potrzebuje, zablokował mi możliwość komentowania, pozwolę sobie tu
u siebie na coś, o czym wcześniej właściwie wspominać nie zamierzałem. Otóż
mamy tu na Śląsku naszego ordynariusza, arcybiskupa Wiktora Skowrca, o którym,
choć go osobiście bardzo nie lubię, chyba tu dotychczas nie wspominałem.
Dlaczego byłem tak dyskretny? Z dwóch mianowicie powodów. Otóż przede wszystkim
moje podstawowe do niego pretensje nie są aż tak moim zdaniem ważne, by się tu
z nimi wychylać. Nie sądzę bowiem, że publiczne występowanie z tym, co ja sądzę
o Skworcu może w jakikolwiek sposób poprawić kondycję Kościoła, a na Kościele
zależy mi znacznie bardziej, niż na Skworcu. Jest jednak jeszcze coś, co ja
znam, a o czym nie napiszę, bo gdybym o tym napisał, to moje refleksję nie
dość, że by Kościołowi nie pomogły, to jeszczcze by mu zaszkodziły. I niech
wszyscy, szalenie jak rozumiem, pobożni czytelnicy nie myślą, że tu chodzi o
jakieś pikantne historie związane z życiem czy posługą abp. Skworca. O, nie! O
tym akurat ani nie mam żadnych pewnych informacji, ani owe informacje nie
wydają mi się szczególnie interesujące. Chodzi wyłącznie o pewne jego
wystąpienie, a dokładnie o jedno z owego wystąpienia zdanie. Tylko tyle.
No i teraz
mam uwagę końcową. Czy chodzi może o to, że mi nie wolno zacytować tego
jednego, krótkiego zdania, bo w ten sposób zgrzeszę? Nie. Nic tego typu nie
stoi na przeszkodzie, bym się tu teraz odpowiednio rozpisał. Problem natomiast jest
w tym, że ja nie widzę żadnego powodu, by karmić tych, którzy nie marzą o
niczym innym jak o tym, by kiedy oni będą wchodzić do Nieba, obok nich nie
znalazł się nikt, kogo oni z jakiegokolwiek powodu nie lubią. A aby owo
marzenie się zrealizowało, oni wiedzą, że najpierw trzeba zburzyć tę Skałę, a
na niej postawić nową, lepszą. I to jest moja odpowiedź na pytanie – i tu
pozwolę sobie na maksymalne obniżenie poziomu – czy wolno publicznie krytykować
ministranta. Nie. Bo TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji tylko na to czeka.
Jak już wspomniałem wczoraj, w tym tygodniu, a kto wie,
czy nie jeszcze dłużej, sprzedajemy moją książkę o muzyce i tak naprawdę wcale
nie o muzyce. Chęć zakupu proszę zgłaszać pod adresem k.osiejuk@gmail.com, a ja
obiecuję, że dedykacja będzie w cenie.
Dziś, z
prawdziwą przyjemnością, zapraszam wszystkich do czytania mojego najnowszego felietonu
z „Warszawskiej Gazety”. Nie uwierzycie, ale tym razem o prezesie Kaczyńskim. I
myszach.
Ledwo prezes Jarosław Kaczyński
opuścił szpital, na trybunach zajmowanych przez obie polityczne frakcje doszło
do ciekawej konfrontacji. Otóż z jednej strony, usłyszeliśmy jęk zawodu, że oto
zostały ostatecznie ucięte rozpowszechniane przez część mediów plotki, że
Prezes cierpi na raka trzustki, z drugiej natomiast strony – pomijając
naturalną radość z tego powodu, że może wreszcie ktoś to całe, chyba ostatnio
za bardzo rozpuszczone, towarzystwo weźmie za twarz i zrobi z nim porządek – do
sympatyków Dobrej Zmiany dotarła informacja ciekawa i budząca nadzieję, że owa
zmiana ma szansę stać się zmianą jeszcze lepszą. A wszystko dzięki temu, że
prezes Kaczyński miał wreszcie okazję, by spokojnie i w miarę dogłębnie
przestudiować sobie ofertę nadzorowanej przez Jacka Kurskiego telewizji, ze
szczególnym uwzględnieniem stacji TVP Info.
Oczywiście, wszystko co na ten
temat słyszymy, to zaledwie pogłoski, w dodatku rozpowszechniane przez te same
media, które tak niedawno ekscytowały swoich odbiorców wspomnianym wcześniej
rakiem trzustki, więc należałoby nam tutaj zachować pewną wstrzemięźliwość.
Jednocześnie jednak owa plotka brzmi tak sensownie, a przez to wiarygodnie, że
nie widzę powodu, by jej nie brać bardzo poważnie pod uwagę. Rzecz w tym, że
skutkiem pewnych dość niefortunnych zdarzeń, miałem ostatnio okazję obserwować
z bliska życie szpitalne, a przy tej okazji rolę, jaką w owym życiu odgrywa
umieszczony w sali telewizor. Oczywiście jest bardzo możliwe, że specjalnie z
myślą o specjalnym gościu, dyrekcja szpitala zainstalowała Prezesowi pełną
satelitarną obsługę, włącznie z takimi stacjami jak TVN24, czy Polsat News,
jednak równie chętnie zakładam, że tam, podobnie jak ma to miejsce we
wszystkich w Polsce szpitalach, jest zachowany standard, a więc podstawową
ofertę stanowi TVP oraz jakaś drobnica, co w wypadku pana prezesa musiałoby
głównie oznaczać TVP Info właśnie. A skoro tak, to on faktycznie mógł doznać
bardzo cieżkiego wstrząsu poznawczego.
Proszę sobie wyobrazić
sytuację kogoś takiego jak Jarosław Kaczyński, a więc człowieka nie dość że
inteligentnego, wrażliwego, no a przede wszystkim jednak bardzo, ale to bardzo
konkretnego, który zamiast swojego ulubionego rodeo, dzień w dzień musi oglądać
występy Michała Rachonia, Cezarego Gmyza, Wojciecha Cejrowskiego, z Basią Piela
i jej „nowoczesnym socrealizmem”. Leży biedny Prezes w szpitalnym łóźku, kolano
boli go jak jasna cholera, spoza szpitala słyszy odgłosy harcujących myszy, a w
telewizorze zabawa wre na całego. A jakby tego było mało, co chwilę na ekranie
pojawia się sam prezes Kurski i pieprzy coś na temat szczęścia, jakiego polskie
społeczeństwo własnie doświadcza dzięki piosenkom Maryli Rodowicz i boskiej
stopie Roberta Lewandowskiego, a wszystko w najnowoczesniejszym telewizyjnym
przekazie w systemie 4K.
No dobra. Przepraszam. Może
być tak akurat, że Jarosław Kaczyński ma słabość do Maryli Rodowicz, nawet w
jej współczesnej odsłonie, i tu mógł się nawet figlarnie uśmiechnąć. Tak czy
inaczej, myślę, że możemy spokojnie czekać na wykopki. Czas najwyższy.
Wczoraj byłem we
Wrocławiu posłuchać Coryllusa, jak opowiada o rzeczach, na których się nie
znam, i które mnie kompletnie nie interesują i wróciłem zachwycony. Przy okazji
przewiozłem paręnaście egzemplarzy swojej książki o muzyce. W związku z tym,
zachęcam każdego – szczególnie tych, którzy muzyką się nie interesują i na
muzyce się nie znają – do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. To jest
zaledwie 25 zł plus 10 zł za przesyłkę, a satysfakcja plus dedykacja gwarantowane.
Pamiętam, jak kiedyś ktoś mi
opowiedział taką oto historię o tym, jak to podczas uroczystego nabożeństwa
wielkanocnego pewien ksiądz, gdzieś, zapewnie w jakiejś dziurze na peryferiach
Polski, wszedł na ambonę i wygłosił kazanie o następującej treści: „Chrystus
zmartwychwstał, ale wy w to i tak nie wierzycie”. I zszedł. Koniec. Tyle. W tej
sytuacji, oraz w obliczu tego, co, jak widzę, dzieje się wokół mnie, nie
pozostaje mi nic innego jak zamknąć ten trzydniowy cyklwspomnień jeszcze jednym tekstem z mojej książki o
paleniu diabła. Zachęcam serdecznie.
Jeśli przyjmiemy, że 5 lat to szmat
czasu, mogę chyba powiedzieć, że dość niedawno, dzieląc się refleksjami na
temat jednego z moich ulubionych filmów, a mianowicie „Trzech dni Kondora”,
wspomniałem jego finałową scenę, kiedy to biedny Robert Redford wygraża się,
jak to on o wszystkim poinformuje „New York Timesa”, „New York Times” wszystko
opisze, świat się dowiei źli ludzie
zostaną ukarani, na co jego rozmówca odpowiada mu: „A co, jeśli nie napiszą?”
I, jak mówię, biedny, Robert Redford kamienieje, i tak film ów się kończy.
O co chodzi? Otóż chodzi o to, co zawsze. Że w obliczu potęgi Systemu, jego
ukrytej natury i nieznanego nam choćby kształtu, musimy zawsze zakładać, że w
pewnych szczególnych sytuacjach nie mamy zwyczajnie szans. I tego stanu nie
zmieni ani twarde prawo, ani wolne media, ani nawet tak zwana pięść ludu. Gdy
stawka jest naprawdę wysoka, System robi, co chce.
Jeszcze bardziej niedawno mieliśmy okazję zaobserwować, w jaki sposób owa
kontrola Systemu działa w wersji turbo, na przykładzie wielkiej katastrofy
budowlanej, jaka miała miejsce w Bangladeszu, i w wyniku której śmierć poniosło
ponad 1000 osób. Niektórzy z nas pewnie jeszcze wszystko dobrze pamiętają,
część z całą pewnością – zgodnie zresztą z oryginalnym planem – o niczym
zwyczajnie nie słyszała, część, nawet jeśli coś tam kiedyś usłyszała, nie
zwróciła na to uwagi i dziś nawet nie pamięta, że cokolwiek się wydarzyło, ale
to się naprawdę zdarzyło. W Bangladeszu runął ośmiopiętrowy budynek, w którym
na zamówienie największych światowych sieci odzieżowych szyto ubrania dla mnie
i dla Ciebie i, jak mówię, w wyniku owego nieszczęścia zginęło ponad tysiąc
osób. Rzecz jednak nie tyle w samej tragedii i w żniwie, jakie zebrała, ale w
tym, że przez kilkanaście następnych dni, światowe media zastosowały wobec
tego, co się stało, niemal pełną blokadę informacyjną. O ile się nie mylę, u
nas w Polsce, zaczęto o tym pisać dopiero po tym, jak ja zamieściłem na swoim
blogu odpowiedni tekst i w ślad po nim o sprawie poinformowała „Gazeta Polska
Codziennie”. Mniej więcej tydzień po zdarzeniu.
Dlaczego w sytuacji, gdy światowe media potrafią zrobić sensację z najbardziej
trywialnych wypadków, polegających na tym, że gdzieś ktoś został zasypany kupą
piasku, wpadł do studni, czy został zastrzelony przez jakiegoś wariata, o tym,
że ponad 1000 osób zginęło podczas niewolniczej pracy na rzecz wielkiego
międzynarodowego przemysłu, myśmy mieli się nie dowiedzieć nigdy, lub
dowiedzieć się maksymalnie bezrefleksyjnie? Otóż poszło o to, że wspomniana
katastrofa była czymś tak strasznym, tak głęboko porażającym, tak wreszcie
pełnym znaczeń, że gdyby w tej sprawie została sprowokowana powszechna debata,
System poniósłby bardzo poważne szkody. Pisałem o tym w odpowiednim momencie,
dziś powtarzać się już nie mam nawet siły, ale tak to właśnie wygląda. Gdyby
sposób, w jaki doszło do śmierci tych ludzi, został poddany gruntownej debacie,
System by się mógł z tego zwyczajnie nie pozbierać.
Bangladesz jest trzecim największym eksporterem taniej odzieży dla światowego
przemysłu. Nie wiem, kto jest pierwszym i drugim. Może Indie, może Chiny, może
jeszcze ktoś, ale Bangladesz jest trzeci. Dzięki praktycznie niewolniczej pracy
tamtejszych kobiet i mężczyzn, cały świat chodzi odziany i wystrojony wedle
uznania, wedle potrzeby i wedle swoich finansowych możliwości. I to jest
podstawa Systemu. I jej zmieniać nie wolno. Tak ma być i tak będzie. A jeśli
kiedyś przyjdzie nam o tym porozmawiać, to z całą pewnością powodem do tej
rozmowy nie będzie to, że gdzieś zginęło 1000 osób. Uważam, że katastrofa w
Bangladeszu pokazała nam tę prawdę w sposób wręcz modelowy.
I oto wczoraj trafiłem na informację, że w roku 2004, a więc zaledwie 11 lat
temu w miejscowości Granby w stanie Colorado pewien drobny przedsiębiorca
nazwiskiem Marvin Heemeyer, właściciel zakładu produkującego i instalującego
tłumiki do samochodów, w reakcji na plany władz swojego miasta wybudowania
cementowni, której lokalizacja odcięłaby jego zakład od świata, a tym samym
doprowadziła go do ruiny, a przede wszystkim ze względu na odmowę jakichkolwiek
negocjacji, połączoną z systemową wręcz przeciwko niemu agresją, przy pomocy
specjalnie zaprojektowanego i odpowiednio wyposażonego buldożera, zrównał z
ziemią pół miasta, a następnie popełnił samobójstwo.
Kto chce, może oczywiście sobie zajrzeć do Wikipedii i tam o wszystkim
poczytać, ale trochę na wszelki wypadek, gdyby się komuś może nie chciało
szukać, a trochę z potrzeby serca – właśnie tak! – przytaczam istotne
fragmenty:
„Kiedy kolejne petycje do władz, mediów i lokalnej społeczności nie dały
żadnych rezultatów, Heemeyer poddał się, dzierżawiąc grunt firmie wywożącej
śmieci. Umowa zakładała, że miałby on sześć miesięcy na wyprowadzenie się z
posesji. Jak się później okazało, okres ten wykorzystał na ulepszenie swojego
buldożera, osłaniając go miejscami ponad 30 centymetrami stali i betonu,
instalując kamery zapewniające widoczność otoczenia w każdym kierunku, a w
końcu konstruując klimatyzację i inne systemy pozwalające na komfortowe
przebywanie wewnątrz przez wiele godzin.
4 czerwca 2004, konstruktor zasiadł za sterami buldożera, wyjeżdżając przez
ścianę swego dawnego warsztatu, a następnie zrównując z ziemią fabrykę cementu
i wyruszając w miasto. W ciągu kilkugodzinnej wyprawy Heemeyer zniszczył
doszczętnie budynek ratusza, siedzibę lokalnej gazety, dom burmistrza, i wiele
innych budynków publicznych powiązanych z osobami, które były zaangażowane w
spór. Łącznie w gruzach legło 13 budynków. To, że nikt nie został ranny,
niektórzy świadkowie przypisywali precyzyjnej kalkulacji działań Heemeyera.
Podczas powolnego i nieubłaganego pochodu pojazdu, policja i oddziały SWAT próbowały
powstrzymać maszynę, ale zarówno ogień z broni długiej, jak i granaty nie miały
żadnego wpływu na pojazd, i ostatecznie, po oddaniu ponad 200 strzałów (w tym
amunicji przeciwpancernej), siły porządkowe musiały po prostu bezsilnie
obserwować wydarzenia.
Buldożer był uzbrojony w karabin Barrett M82, karabin Ruger AC556, pistolet Kel-Tec P11 i
rewolwer magnum, ale Heemeyer użył ich tylko do celów obronnych. Gdy policjanci
zorientowali się, że strzela ponad ich głowami, na początku sądzili, że po
prostu słabo strzela, kiedy jednak później weszli do buldożera i zobaczyli
uzbrojenie i kamery, uświadomili sobie, że gdyby Heemeyer chciał, mógłby
pozabijać wszystkich z łatwością. Wszystko wskazuje więc na to, że jedynym celem
Heemeyera była destrukcja budynków, a nie krzywdzenie ludzi.
Heemeyer dwukrotnie zmierzył się z innymi maszynami. Gdy zaatakował
cementownię, Code Docheff – właściciel zakładu – wsiadł do ładowarki i próbował trafić w
silnik buldożera, a następnie zerwać gąsienicę. Marvin oddał najpierw kilka
strzałów ostrzegawczych w powietrze, potem w łyżkę ładowarki, a potem zepchnął
ją na bok. Docheff uciekł, słysząc strzały. Później, gdy buldożer znajdował się
na terenie Independent Gas Co., władze wysłały w jego kierunku dwie zgarniarki.
Jedna z nich zablokowała mu wyjazd, tak aby policja mogła oddać strzał z
ciężkiej broni. Heemeyer zawrócił i próbował wyjechać z zakładu inną drogą, a
potem po stoku znajdującym się wzdłuż drogi. Kiedy mu się to nie udało, ruszył
w stronę zgarniarki. Pomimo, że kierowca z całych sił próbował go zatrzymać,
Marvin zepchnął go na bok i odjechał. Kilka minut później zgarniarka
zablokowała Heemeyerowi drogę wstecz podczas burzenia sklepu Gambles. Heemeyer
ruszył przed siebie, niszcząc kompletnie ścianę budynku. Ostatecznie do akcji
wkroczył inny buldożer, Caterpillar D9,
ale wówczas było już po wszystkim.
Gdy po pewnym czasie w pojeździe zawiodła chłodnica,
a jedna z gąsienic zapadła się w piwnicy sklepu Gambles, pilot buldożera
sięgnął po pistolet i popełnił samobójstwo. Zarówno pozostawione przez niego
nagrania, jak i sposób budowy włazu, wskazują, że nigdy nie zamierzał opuścić
buldożera – właz został skonstruowany tak, by jego ponowne otwarcie graniczyło
z niemożliwością. Według niektórych źródeł Heemeyer zaspawał się w środku, choć
wcale nie musiał tego robić – sama pokrywa ważyła 910 kilogramów i była dobrze
wpasowana w pancerz, poza tym Heemeyer zalał ją olejem, by trudniej było ją
chwycić, co odkryli policjanci próbujący dostać się do kabiny.
Ponieważ obawiano się (bezpodstawnie, jak się okazało), że buldożer może być
zaminowany, przewieziono go z dala od miasta i dopiero tam przystąpiono do prób
otwarcia kabiny. Dopiero około 2 w nocy policjanci z pomocą palnika wycięli
dziurę w miejscu, gdzie zainstalowana była kamera i weszli do środka. Wówczas z
pomocą dźwigu wydobyto ciało Heemeyera.
[…]
Straty
spowodowane przez Heemeyera oszacowano na ponad 7 milionów dolarów. Mimo
potępienia ze strony lokalnych władz i mediów, dla wielu osób, stał się ludowym
bohaterem i symbolem sprzeciwu wobec władzy. Powstało wiele witryn
gloryfikujących jego działania. […]
Urzędnicy
miejscy ogłosili 19 kwietnia 2005,
że [buldożer] zostanie rozebrany i zezłomowany. Części zostaną
rozwiezione po wielu złomowiskach by zniechęcić zwolenników Heemeyera do
zbierania pamiątek”.
Oczywiście ja biorę pod uwagę taką możliwość, że ktoś w tym momencie
zakrzyknie: „To ty o tym Heemeyerze nie słyszałeś??? Nie słyszałeś o jego
wypasionym Killdozerze?” Biorę to pod uwagę, ale jeszcze bardziej
jestem pewien, że nic się takiego nie stanie. Gdyby bowiem ta sprawa była w
owym 2004 roku choć minimalnie nagłośniona, ja akurat bym o tym usłyszał, i
raczej bym tak łatwo tego nie zapomniał. Ale jest jeszcze coś. Gdyby bowiem o
tym, co się stało w miejscowości Granby w Stanach Zjednoczonych w roku 2004
wolno nam było wiedzieć i szeroko dyskutować, autor notki w Wikipedii zamiast
pisać o „witrynach” upamiętniających ów akt szaleństwa człowieka zaatakowanego
przez System, z całą pewnością podałby nam całą listę tytułów książek i filmów
opowiadających o tamtym i strasznym i tak fantastycznie pięknym piątku, a
nazwisko Heemeyer byłoby znane na całym świecie, tak jak jakiś nie
przymierzając, Rambo, czy choćby i Guy Fawkes, a więc postaci, które nie
przestraszą nawet lokalnego chuligana, a co dopiero jakiegoś urzędnika.
No ale my o Heemeyerze nie wiemy nic, a ja chętnie – jeśli wciąż komuś trzeba
to wyjaśniać – opowiem dlaczego. Otóż o nim nam wiedzieć nie wolno. O nim nam
nie wolno wiedzieć, nie wolno nam o nim dyskutować, a co najważniejsze, nie
wolno nam próbować czynić z niego wzoru do jakichkolwiek rozmyślań. O
Heemeyerze nam nie wolno mieć jakiejkolwiek głębszej wiedzy, która mogłaby być
dla nas źródłem jakichkolwiek refleksji i nastrojów, podobnie jak nie wolno nam
było usłyszeć o wspomnianym wcześniej nieszczęściu w Bangladeszu. To jest coś
tak oczywistego, że aż głupio o tym mówić.
Wspomniałem Guya Fawkesa. Dziś już mało kto wie, kim był Guy Fawkes, jednak my,
ludzie jeszcze z tamtych lat, to wiemy, bo nas o nim uczono w liceum, więc
opowiem. Guy Fawkes był katolikiem, a jednocześnie człowiekiem tradycyjnie
uważanym za przywódcę grupy spiskowców, którzy wymyślili sobie, że w noc z 4 na
5 listopada 1605 roku wysadzą w powietrze budynek londyńskiego parlamentu,
kiedy król i wszyscy ministrowie będą obradować. Do ostatecznego rozwiązania
jednak nie doszło. Guy Fawkes i jego przyjaciele zostali pojmani, natomiast sam
Fawkes uniknął najbardziej okrutnej śmierci tylko dlatego, że wcześniej
sprytnie zeskoczył z szafotu i skręcił sobie kark, natomiast to co nas dziś
interesuje, to to, co z tego dla nas zostało? Otóż rok w rok, każdego 5
listopada, cała Anglia świętuje tak zwany „Guy Fawkes Day”, gdzie Anglicy się
bawią, śpiewają piosenki i strzelają petardami. Co ciekawe, doroczne obchody
nie mają upamiętnić momentu, gdy to biedny Fawkes rzucił się z szafotu na łeb
na szyję, ale tę właśnie noc, kiedy to ów brytyjski parlament miał wylecieć w
powietrze, a nie wyleciał. Tak to właśnie System pokazał, jak można sobie
poradzić z kłopotliwą historią. Można ją albo zlekceważyć, albo zamienić w
zabawę.
I ja sobie myślę, że jednak ci Anglicy mają w sobie coś wyjątkowego, czego nie
mamy ani my, ani nawet tacy Amerykanie. Gdyby ci Amerykanie byli tak sprytni,
to by dzień 11 września uczynili świętem narodowym, a my, ich śladem,
organizowalibyśmy festyny dajmy na to każdego 10 kwietnia.
No i jeszcze jedna, już na sam koniec, refleksja. Podczas niedawnych dyskusji
tu na blogach, pojawił się nagle wielki, klasyczny dziś już zespół Sex Pistols
i cały kontekst jego debiutu i kariery. Otóż jest tak, że dziś wciąż bardzo
aktywnie działa wokalista zespołu John Lydon, i to działa tak, że w pewnym
sensie nie ma konkurencji. Proszę sobie wyobrazić, że ile razy zespół gra swój
utwór „Warrior”, John Lydon wygłasza odpowiednią laudację na cześć Guya Fawkesa
właśnie. I o to właśnie chodzi. O Fawkesie on może gadać, co mu ślina na język
przyniesie. Niechby jednak tylko zaczął coś pleść o Marvinie Heemeyerze, to by
zobaczył, jak to wszystko działa.
Ktoś się być może zapyta, co ta
historia ma wspólnego ze zmartwychwstaniem. Otóż nie ma nic bardziej żałosnego,
niż tłumaczenie dowcipów. Książki jak zawsze są do nabycia w księgarni pod
adresem www.basnjakniedziwedz.pl. A jeśli ktoś ma ochotę na specjalne
potraktowanie, zapraszam do kontaktu pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com, a ja natychmiast wyślę mu wybrany tytuł
z osobistą dedykacją.
Wczoraj i przedwczoraj, na naszym, jak by
nie było, portalu www.szkolanawigatorow.pl przetoczyła się nadzwyczaj emocjonalna debata na
temat, jakże inaczej, adhortacji papieża Franciszka „Amoris Laetitia”, którą to
debatę zdominowało, jak się należało spodziewać, coś co osobiście lubię
określać mianem „pysznej pobożności”. Debata była długa, brało w niej udział
stosunkowo wielu komentatorów, kto wie, czy nie z dziesięciu, a jej główny
przekaz był jeden: wieczne potępienie rozwodnikom. Nawet nie papieżowi
Franciszkowi, ale tym krwiopijcom – rozwodnikom.
Nie będę oczywiście wymieniał konkretnych
nazwisk, czy choćby i nicków, ale tu przez ten blog, przewinęło się przez
minione 10 lat więcej ludzi, którym zdarzyło się po rozwodzie założyć nowe
rodziny, a którzy po tej kolejnej próbie prowadzą szczęśliwie życie, o jakim
wielu z nas nawet nie jest w stanie marzyć, niż miałem okazję spotkać przez te
wszystkie lata, które mam za sobą. Znam ich osobiście, bardzo ich szanuję,
mocno ubolewam, że przez ten jeden błąd, jaki zdarzyło im się w życiu popełnić,
dziś są oni w pewnym sensie poza Kościołem i bardzo im kibicuję, by zanim umrą,
mogli jeszcze choć raz, wspólnie ze swoimi dziećmi przyjąć Komunię Świętą. Póki
co, jak wiemy, wbrew proroctwom rozsiewanym przez wspomnianych „pysznych
pobożnych”, to jest zwyczajnie niemożliwe. Nawet „ten Żyd i mason Franciszek”,
póki co, nic w tej kwestii nie zmienił.
Tak naprawdę jednak, wbrew złym plotkom,
debata się toczy w sprawie jak najdalej niezwiązanej, czy to z rozwodami, czy
też z cierpliwym znoszeniem towarzystwa „tej idiotki”, czy „tego gamonia”, a
mianowicie Bożego Miłosierdzia, na które wielu z nas, kiedy tylko ono zaczyna
dominować na Bożą Sprawiedliwością, zaczyna kręcić nosem. To jest coś
absolutnie nie do uwierzenia, ale daję słowo, że prześledziłem niemal całą
dyskusję na temat wspomnianej adhortacji i mam wrażenie, że minionej nocy wielu
z nas zwyczajnie nie zasnęło w spokoju, jeśli tylko nie usłyszało zapewnienia,
że kiedy przyjdzie Czas, rozwodnicy będą odpowiednio potępieni.
W tej sytuacji zachęcam do kupowania
mojej książki pod tytułem „Palimy licho, czyli o TymKtóryNieOpuszczaŻadnej
Okazji” i na zachętę przedstawiam kolejny z jej rozdziałów.
Oto minął nam dzień
beatyfikacji Ojca Świętego, a jednocześnie Święto Bożego Miłosierdzia i kiedy
wielu z nas było w nastroju i podniosłym i pełnym gotowości do wybaczania,
miłowania i broń Boże rzucania kamieniami, jak grom z jasnego nieba spadła na
nas wiadomość, że oto amerykańscy żołnierze zabili Osamę Bin Ladena. Ja
oczywiście rozumiem sytuację z każdej strony. Przede wszystkim, wcale nie
wykluczam, że jego można było już zabić dawno temu, tyle że dopiero dziś Obama
uznał, że ten ruch go może jakoś uratuje przed ostatecznym upadkiem, no i
decyzja została podjęta. Ale już niezależnie od tych politycznych zawiłości,
mamy wojnę z terroryzmem, Bin Laden to terrorysta główny, postać wręcz
symboliczna, człowiek uważany powszechnie za tego, który zorganizował atak na
World Trade Center, a zatem ta śmierć nad nim wisiała już od dziesięciu lat.
Jak to mówią niektórzy, dostał co chciał. Ja natomiast nastawiam uszu, otwieram
szeroko oczy i wszystko, co słyszę i widzę, to wręcz histeryczna radość z tego,
że sprawiedliwości stało się zadość, że słodki jest smak zemsty… no i że
zdechł. Że wreszcie zdechł!
Ale to też rozumiem. Wiem
świetnie, że wśród nas jest wielu takich, którzy żyją tylko nienawiścią. Dla
których słowa „prawo” i „sprawiedliwość” stanowią jedynie najbardziej wulgarne
usprawiedliwienie dla ich nieumiejętności kochania i przebaczania. Dla ich
pogardy odnośnie pierwszego przykazania Jezusa o miłości bliźniego. Wiem to,
znam tych ludzi i wiem też, że sam nie jestem tu bez winy. Tyle że w momencie,
gdy dręczony wyrzutami sumienia, pod wpływem napomnień ze strony tych, co
kochać potrafią, i wzruszony widokiem rozmodlonych tłumów na Placu Świętego
Piotra, zrozumiałem swą podłość i w geście dobrej woli nawet biskupa Pieronka
potraktowałem jak bliźniego swego i siebie samego, nagle widzę, że tak zwane
„życzenie śmierci” tryumfuje, i to w dodatku tam, gdzie tego tryumfu dotychczas
próżno było szukać.
Zaglądam do Onetu, a tam od
razu tytuł: „Obudziliśmy się w bezpiecznym świecie”. I kto to tak dziwnie mówi?
Przewodniczący Buzek! Czy to możliwe? Oczom nie wierzę. A dalej „Sikorski: YES
THEY DID!” No nie! To nie może być. Czy to naprawdę ten Sikorski? Nie
uwierzyłbym, gdyby nie ta jego szczególna angielszczyzna. „Yes they did”? To
mógł być tylko Sikorski. I dalej Sikorski: „Bin Laden to największy zbir
stulecia”. Ja rozumiem, że od Stalina i Hitlera większy. No ale i od
Kaczyńskiego? Skąd ta nienawiść? Doprawdy, tego już nie pojmuję. Po ministrze
Sikorskim przychodzi jakiś Tyszkiewicz – jak się okazuje, nie z PiS-u, tylko z
Platformy Obywatelskiej – i ogłasza, że on „zwyczajnie i po ludzku z tego co
się stało się cieszy”. Cieszy się, że umarł człowiek? No naprawdę! Brakuje
słów.
Wchodzę na Wirtualną Polskę, a
tu mnie od razu ustawia wielki tytuł: „Wyszli na ulicę świętować jego śmierć”.
I to, jak się okazuje, wyszli nie w Krakowie, Warszawie i Poznaniu, ale w samej
Ameryce. Są nawet zdjęcia. Prawdziwy entuzjazm. I któż to tak się cieszy? Czy
to możliwe, że akurat w Ameryce przebywa poseł Macierewicz z minister Fotygą i
to oni urządzają te demonstracje tryumfującej nienawiści? Chyba jednak nie. To
prawdziwi Amerykanie się tak cieszą. To oni demonstrują owo „death wish”. Ja
rozumiem, że Amerykanie są głupi i podli. Mają to swoje Hollywood, obżerają się
hamburgerami i nawet nie wiedzą, co to znaczy „bigosować”. No ale już bez
przesady. Jak można się cieszyć, że umarł człowiek? Aż mnie dreszcz przechodzi
po plecach, kiedy pomyślę, że oni mogli się o tę śmierć modlić.
Ktoś mi powie, żebym przestał głupio
ironizować, bo to co piszę, to czysta demagogia. Że Bin Laden stanowił
zagrożenie dla świata, przez jego aktywność codziennie ginęli niewinni ludzie,
że on był jak odbezpieczony granat i że jego trzeba było zabić. Po to, by świat
stał się bezpieczniejszy. I to właśnie to ma na myśli przewodniczący Buzek,
kiedy z takim rozrzewnieniem wspomina swój dzisiejszy ranek, kiedy się budził i
do pierwszej kawy dostał tę dobrą nowinę. A ja sobie myślę, że wcale nie. Przez
to, że Osama Bin Laden został zabity, świat w żaden sposób nie jest
bezpieczniejszy. Niewykluczone, że jest wręcz przeciwnie. Jest bardzo możliwe,
że dopiero teraz całe setki najbardziej zaczadzonych nienawiścią Arabów pokażą,
na co ich stać. Przez ostatnie lata zresztą, to chyba jednak nie Bin Laden, ale
właśnie oni – całe tabuny drobnych terrorystów, uzbrojonych w noże, karabiny i
bomby, pustoszyły nasz świat. Nie ma takiej możliwości, żeby ci wszyscy
Amerykanie szalejący z radości na wieść o tej śmierci, ale też i minister
Sikorski i przewodniczący Buzek i ten jakiś Tyszkiewicz się tak cieszyli, bo
poczuli się bezpieczniejsi. Powodów tej radości może być wiele, ale z całą
pewnością nie należy do nich to, że oni wszyscy poczuli się bezpieczniej. I
oczywiście też nie to, że, jak dziś majaczy Radek Sikorski, Bin Laden był
najgorszy. Bo to jest oczywista brednia. I akurat ten bałwan musi to wiedzieć
bardzo dobrze.
Czemu więc się cieszą? Jeśli
idzie o tych naszych pajacyków, nie mam do końca pewności, i szczerze powiem,
że nie bardzo też mnie ich czarne dusze obchodzą. Może być oczywiście tak, że
za tą ich reakcją stoi faktycznie ta zwykła ludzka satysfakcja z powodu tego,
że sprawiedliwości stało się zadość. Ale nie sądzę. Akurat oni trzej
sprawiedliwość, prawo i w ogóle człowieczeństwo mają w głębokiej pogardzie.
Myślę, że tu mamy bardziej do czynienia z odruchową reakcją na ogólny trend.
Należy się cieszyć, bo cieszy się świat, a więc i oni się cieszą. Natomiast nas
bardziej interesuje odpowiedź na pytanie, dlaczego należy się cieszyć? Otóż najlepiej
nam to wyjaśniają oczywiście Amerykanie, tak bardzo dziś rozentuzjazmowani. Ta
Amerykanka, cytowana przez Wirtualną Polskę, jak mówi: „To świetnie, że Bin
Laden nie żyje”. Należy się z tego cieszyć, bo Osama zasłużył na śmierć i tę
śmierć dostał. Bo zwyciężyło prawo i sprawiedliwość. Bo tak naprawdę, jeśli
przez te dziesięć lat tylu ludzi czekało na tę śmierć i tak bardzo jej Bin
Ladenowi życzyło, to w żadnym wypadku ze względów praktycznych, lecz z
naturalnego, ludzkiego pragnienia zemsty. Z tego, niekiedy – przyznaję, że
niestety – dla zwykłych, prostych ludzi jedynego dostępnego pragnienia, by
zobaczyć jak zdycha.
Bo tak to już jest, że każdy
normalny człowiek, o ile ma w sobie jeszcze jakieś wyższe pragnienia i emocje,
a więc pragnienie prawdy, prawa i sprawiedliwości, i jakiegoś choćby
podstawowego ładu, a nie żyje już tylko tym, by w odpowiednim momencie trafić
pod opiekuńcze skrzydła „szpiclów, katów i tchórzy”, bo to oni wygrają, cieszy
się gdy widzi, że dobro tryumfuje. Zwyczajnie. Zło dostaje w łeb, a dobro
powstaje i krzyczy z radości. A Jezusowe przykazanie miłości bliźniego nie ma
tu nic do rzeczy. Na tym polega porządek świata i przez to właśnie ten świat
trwa i w tym trwaniu radzi sobie całkiem nienajgorzej. Bo tak to jest, że życzenie
prawa, prawdy, ładu i sprawiedliwości, jest nieuchronnie związane z życzeniem
śmierci dla tych, którzy przeciwko temu prawu, tej prawdzie i tej
sprawiedliwości walczą. By zdechli. Po prostu. By zdechli. Bo czasem jest tak,
że – jak już tu kiedyś wspominaliśmy – niektórych tylko śmierć potrafi
wyprostować.
A więc cieszmy się z tego, że
Osama Bin Laden nie żyje. I że jego szczątki zostały wrzucone gdzieś do oceanu.
Cieszmy się i radujmy. A jak już nam ta radość trochę przejdzie, będziemy mogli
się może i pomodlić za jego duszę. W końcu, jak by nie patrzeć, to akurat jemu
się od nas zawsze należało i należy. Nie tylko jemu. Nie tylko jemu.
I to tyle wspomnień. Na koniec zagadka dla fanów jezyka angielskiego.
Radek Sikorski, jak mieliśmy okazję zauważyć nieco wyżej, na swoim Twitterze skomentował egzekucję
Bin Ladena słowami „Yes, we did”. W tej krótkiej sekwencji znajdują się dwa gramatyczne
błędy. Kto je wskaże jako pierwszy, dostanie ode mnie w prezencie książkę, z której
pochodzi powyższy tekst. Kto nie zgadnie, może sobie ją zawsze zamówić, albo w
księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl,
albo bezpośrednio u mnie: k.osiejuk@gmail.com.
Parę
dni temu napisał do mnie Czytelnik i poprosił bym mu wysłał dwa egzemplarze
mojego drugiego zbioru felietonów „Palimy licho, czyli o
TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Przyznam szczerze, że trochę mnie to
zaskoczyło. Ja wprawdzie sobie tę akurat z moich książek bardzo i pod każdym
względem cenię, jednak jakoś ostatnio nawet sam o niej zapomniałem. Sprzedają
się listy od Zyty, sprzedaje się 39 wypraw, sprzedaje się oczywiście listonosz,
nawet rock and roll ostatnio się zaktywizował, natomiast te felietony, jak
mówię, gdzieś się rozpłynęły. I oto pisze do mnie nieznany mi czytelnik i prosi
o TegoKtóry…
Pomyślałem
więc, ze rzucę na tę książkę okiem po latach i zobaczę, jak ona się dziś miewa.
No i powiem nieskromnie, że ona się miewa znakomicie. Powiem więcej, ona się
chyba nigdy wcześniej tak dobrze nie miała. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę,
że ten blog, poza funkcją rozrywkową, pełni również funkcję sprzedażową, pomyślałem
sobie, że przypomnę z niej parę niedługich tekstów, licząc, że może w ten
sposób kogoś, kto tu jest od niedawna, zachęcę do jej kupienia. Bardzo polecam.
Dziś tekst o Japoni i o nas. I o nas.
Okropny
jest ten widok ogarniętej klęską żywiołu Japonii. Tak bardzo z jednej strony –
dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej techniki i komunikacji – spektakularny, a
jednocześnie, przez obraz tych oszalałych z rozpaczy, bezradnych do końca
świata ludzi, tak okropnie przytłaczający. No i oczywiście ten rozmiar
zniszczeń, gdzie samochody, statki, pociągi, ciężarówki, domy i ludzie, gdzie
to wszystko robi wrażenie makiety, dziecięcej budowli z klocków, a przez to
czegoś kompletnie nierzeczywistego. I wtedy, w momencie gdy sobie uświadomimy,
że to są jednak prawdziwe pociągi, prawdziwe domy, prawdziwe samochody, a w
nich prawdziwi ludzie, i że ich jest tak strasznie dużo – można poczuć szacunek
dla… no właśnie… szacunek dla czego? A może dla kogo? I wtedy dopiero można
zrozumieć, że nie ma co podskakiwać. Nie ma co podskakiwać.
Wcześniej oglądaliśmy tragedię Haiti. Oczywiście, widok był straszny. Te
zasypane nieszczęściem, śmiercią i bólem slumsy. Te kobiety w kolorowych
sukienkach i ci wychudzeni, z wytrzeszczonymi oczami chłopcy, snujący się bez
sensu po tych ruinach. Wciąż widzę te kobiety w kolorowych sukienkach. A
później te wiadomości o chorobach, o kolejnych zgonach, o grabieżach i o
powszechnym zdziczeniu. I o tej pomocy międzynarodowej, tak bzdurnej i pustej i
beznadziejnej. I o tych niby-dobroczynnych koncertach, służących wyłącznie
temu, żeby parę schodzących gwiazd mogło się jeszcze raz pokazać. No i żeby Bob
Geldof i Bono mieli swoją kolejną sesję. Jednak patrzę na to Haiti i po pewnym
czasie już jestem spokojny. I myślę, że tu właściwie zawsze mniej więcej tak
właśnie było. Właśnie tak. Te biedne dziewczyny w kolorowych sukienkach i ci
wychudzeni chłopcy o czarnych oczach. Z jakiegoś powodu, ta Japonia, mimo wszystko
robi większe wrażenie. Ciekawe przez co? W końcu to jest klęska, która swoim
rozmiarem nawet nie dorównuje Haiti. Czy to te samochody? Czy może te statki?
To lotnisko niknące pod czarną, brudną wodą? Czy tak wygląda Apokalipsa?
Przecież mieliśmy Pakistan. Ale Pakistan – wiadomo. Nawet za bardzo nie
ma na co patrzeć. Pola. Rozlegle, niekończące się pola, zatopione po horyzont.
Nic. Nawet nie ma jak się na tym obrazie skupić. Żeby choć jeden mały samolocik
wbity w kolorowy budynek. Jedna ciężarówka wyrzucona na drzewo. Jeden jacht
wypłukany przez fale na brzeg, i dalej na jakąś autostradę. A tu tylko woda, i
gdzie niegdzie jakieś ciało.
Ta
Japonia zdecydowanie robi wrażenie. I jeszcze do tego widzimy wciąż te
elektrownie, jak nam mówią, bardzo poważnie uszkodzone, i unoszący się nad nimi
dym… cholera wie, co to za dym. Na tym horyzoncie – one muszą być na
horyzoncie, bo bliżej się podejść nie da – widzimy te elektrownie, wznoszące
się i rozciągające się tak monumentalnie w tej mgle. A pod spodem żółty, lub
czerwony pasek, z kolejną informacją, która i tak nie mówi nam nic z tego, co
byśmy tak naprawdę rozumieli.
My
ludzie wierzący, czy może tylko przesądni – a już zwłaszcza ci z nas, którzy
mają w sobie to dziwne, nieznośne pragnienie z jednej strony sprawiedliwości, a
z drugiej wyjaśnienia, czemu jej tak wciąż brakuje – mamy w sobie taką
skłonność, by tego typu nieszczęścia tłumaczyć w relacji do owego pragnienia
sprawiedliwości. A więc mówimy, że to wreszcie Dobry Bóg się zniecierpliwił i
postanowił walnąć pięścią. No ale czemu akurat w Japonię? Czyżby z powodu tego
jednego obłąkańca, który wziął oficjalny ślub ze swoim telefonem komórkowym?
Czy może przez te dziewczynki, które stworzyły słynną na cały świat fotkę
dziecka w podkolanówkach i w krótkich spódniczkach z kolorowym lizakiem w
dłoni? A może przez te sztuczne, elektroniczne zwierzęta? Diabli wiedzą, o co
mogło pójść?
No, ale
biedne Haiti? Czyżby poszło o te czary. To voodoo? A to może w takim razie to
wszystko dzieło Szatana, podczas Bóg Miłosierny tylko patrzy i smutny milczy? A
ten Pakistan? A Australia?
Ktoś
gdzieś niedawno napisał, że to wielkie szczęście, że mieszkamy w środkowej
Europie, tu nad Wisłą, gdzie ani trzęsienia ziemi, ani powodzie, ani tajfuny, ani
nawet skromny pożar lasów. Podtopienia. No tak, podtopienia mamy, ale rząd
sobie z nimi sprawnie radzi; a jak nie rząd, bo jest akurat w Brukseli, gdzie
jest jeszcze spokojniej, to lokalni burmistrzowie. No tak. Tu jest bezpiecznie.
Wprawdzie ostatnio spadł jeden samolot z 96 ludźmi na pokładzie, i spadł tak,
że został z niego wyłącznie krwawy, ubłocony strzęp, i mały kawałek
białoczerwonej szachownicy. Ale poza tym – zakupy i kopulacja. W sumie, jak by
nie patrzeć, to nie jest wcale taki najgorszy bilans. A może my po prostu
jesteśmy Bogu mili, a Szatanowi obojętni? W dodatku wiosna taka piękna.
Jest w
tym tylko jedna rzecz, która nie daje spokoju. To tu to tam, wciąż słychać,
jakby ktoś się śmiał. Co to za, cholera jasna, śmiech? Kto to tak się śmieje?
Co to za rechot? Czyżby to tylko śmiech Szatana? Dochodzący do nas oczywiście z
dalekiej Japonii – tam może i bardzo głośny i świszczący, ale tu ledwo
słyszalny. No tak. To pewnie stamtąd. To ich diabeł, nie nasz. A że słychać?
Czemu nie? W końcu to prawda, że z Japonii do Warszawy całe tysiące mil, ale na
przykład już takim samolotem, to trzask, prask i już.
Wydaje mi się, że czytelnicy
tego bloga to na ogół wiedzą, na wszelki jednak wypadek przypomnę, że tak się
złożyło, że ani ja, ani moja żona nie mieliśmy nigdy samochodu. Co ciekawe,
zarówno ona, jak i ja, legitymujemy się prawem jazdy, jednak, jak mówię, nasze
dotychczasowe życie upłynęło nam bez auta i prawdopodobnie to się już nie
zmieni. Samochód mają i nim śmigają zarówno mój brat, moja starsza córka, jak i
syn, mieli samochód moi rodzice i teściowie, ma samochody wiekszość moich
znajomych, my jednak, jak mówię, zachowujemy dawno przyjętą pozycję i jeśli
pojawi się konieczność, to musimy korzystać albo z komunikacji publicznej, albo
ze wsparcia znajomych, lub ewentualnie po prostu z taksówki, co, jak się zdaje,
w skali roku i tak wychodzi znacznie taniej, niż miałoby to miejsce, gdybyśmy w
którymś momencie naszej historii sobie pozwolili na auto.
Skoro ta część została już
odpowiednio wyjaśniona, muszę wspomnieć o czymś jeszcze. Otóż ile razy mam
okazję przemieszczać się po Polsce samochodem, nie mogę pozbyć się świadomości,
że w żadnym innym momencie swojego codziennego bytowania nie jestem tak narażony
na śmierć, jak właśnie wtedy. W ciągu ostatnich paru lat miałem okazję
podróżować samochodem na długim bardzo dystansie, z dużą bardzo prędkością i
przez całą te podróż, za jednym i drugim razem, nie mogłem przestać myśleć o
tym, że nie ma najmniejszej wątpliwości, że wśród tych setek, czy tysięcy
mijanych samochodów, musi się zdarzyć co najmniej kilka, które jeśli nas nie
zabiły, to tylko dlatego, że wciąż nie trafiły na odpowiedni moment. Proszę
zrozumieć, o co mi chodzi. Jedziemy odpowiednio szybką trasą odpowiednio
szybkiego ruchu, przed nami jadą równie szybko inne samochody, z naprzeciwka
jadą samochody zachowując podobną szybkość, a ja cały czas mam świadomość, że
to z czym mamy do czynienia, to coś co przypomina najbardziej klasyczny western,
gdzie każdy jest uzbrojony i Bóg jeden wie, co się wydarzy, jeśli komuś nagle
zalęgnie się w głowie jakiś bardzo niebezpieczny robak. I – pozwolę sobie to
powtórzyć – nie oszukujmy się, wśród tych tysięcy tak zwanych „użytkowników
dróg”, których spotykamy na swojej drodze, musi być co najmniej kilku, którzy
są zwyczajnie uzbrojeni i to w amunicję jak najbardziej śmiertelną.
Skąd to wiem? Otóż przede
wszystkim stąd, że choć, jak wspomniałem, sam nie prowadzę, spędzam znaczną
część swojego czasu poruszając się po różnego rodzaju ścieżkach i widzę, co się
tam wyprawia. Otóż wielokrotnie, jadąc autobusem, czy tramwajem, byłem
świadkiem, jak musieliśmy gwałtownie hamować, bo jakiś idiota postanowił nam
wjechać prosto pod koła. Wielokrotnie – i tu daję słowo, że nie przesadzam –
miałem okazję uniknąć śmierci, kiedy to przechodząc przez przejście dla
pieszych nagle byłem atakowany przez jakiegoś durnia płci dowolnej, który
akurat się zagapił, bo albo właśnie rozmawiał przez telefon, albo się dokądś
spieszył. Zazwyczaj ostanio często odbywa się to tak, że stoję sobie przed
przejściem, czekając na przerwę w ruchu, samochód staje, by mnie przepuścić, ja
ruszam i nagle muszę się gwałtownie cofnąć, bo okazuje się, że pojawił się tu
ktoś, kto zobaczył, że samochód przed nim się bez sensu zatrzymał i postanowił
go sprytnie ominąć. Nie wiem, jak wygląda doświadczenie innych, ale z tego co
zaobserowałem ja, moja żona i córka, ten typ zachowania stał się ostatnio wręcz
plagą i niekiedy autentycznie dziwię się, że my, a już zawłaszcza nasz pies,
który siłą rzeczy zawsze idzie przodem, wciąż żyjemy.
Ja mam świadomość, że
szczególnie w ustach kogoś tak starego jak ja, może to zabrzmieć dość
komicznie, ale ja autentycznie uważam, że nie jest tak, że młodzi dziennikarze,
politycy, nauczyciele, studenci, aktorzy, prawnicy, lekarze, oraz ich żony,
mężowie, czy kochankowie są, owszem, niedouczeni, czy często zwyczajnie głupi,
natomiast w momencie, gdy każdy z nich wsiada do swojego auta i rusza w drogę,
nagle staje się myślącym, nadzwyczaj wrażliwym człowiekiem. No i że
oczywiście żaden z nich ani nie chleje, ani nie zażywa. To jest zwyczajnie niemożliwe.
Ta fala ruszyła parę dobrych lat temu i już się nie zatrzyma.
Niedawno zmieniałem sobie w
Urzędzie Miejskim pewne dane i trafiłem na urzędnika, który standardowo
grzecznie chciał mi pomóc w wypełnieniu formularza. Kiedy doszedł do nazwy
ulicy, przy której mieszkam, powiedział do mnie: „No tu pan wpisuje Kopernicka
oraz numer i to wszystko”. Nie Kopernika, tylko Kopernicka, właśnie, no bo kto widział,
by ulica się nazywała Kopernika? Przepraszam bardzo, ale kiedy myślę o tym, że
on się porusza po okolicy samochodem, a niewykluczone, że przy tym od czasu do czasu
lubi sobie pociągnąć, bardzo się cieszę, że przez większą część swojego życia
byłem biedny, no i że jednak mam swoje drobne obsesje, no i nawet, kiedy jest
ostatnio tyle słońca i oczy się same zamykają, przynajmniej jedno z nich staram
się mieć zawsze otwarte.
Przypominam
uprzejmie, ze moje książki są stale do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl,
ewentualnie tu u mnie, z dedykacją. Zapraszam zawsze.
Dziś może nieco
wcześniej, ale ponieważ trudno szydzić z prezesa Kurskiego i jego kolejnego
sukcesu w postaci Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, zapraszam do czytania
„Polski Niepodległej”, a tam również mojej rubryki „Wezwani do tablicy”.Co ja mogę na to, że to jest po prostu
dobre?
Proponuję byśmy dziś zaczęli w
sposóbnietypowy, a mianowicie od tak
zwanej kroniki wypadków drogowych. Oto, jak donosi nieoceniony portal tvn24.pl,
w Warszawie doszło do potencjalnie najtragiczniejszej drogowej kolizji, gdzie
osobowy samochód, którym podróżowało 10 osób, z całą siłą walnął w latarnię,
ulegając kompletnemu zniszczeniu. Jeśli ktoś się zastanawia, jak doszło do
tego, że tam się zmieściło aż 10 osób, wspomniany portal odpowiedzi udziela
natychmiast. Otóż obok kierowcy siedziały dwie osoby, pięć ścisnęło się na
tylnym siedzeniu, natomiast dwie przytuliły się w bagażniku. Wszyscy
podróżujący, którzy tak na marginesie odnieśli zaledwie lekkie obrażenia, mieli
po 20 lat i byli studentami jednej z warszawskich uczelni.
Zapoznawszy się z powyższą
historią, natychmiast pomyślałem sobie o wypadku sprzed paru dni wcześniej,
kiedy to jadący pod prąd kierowca terenowego Mitsubishi zderzył się czołowo z
osobowym volvo, zabijając na miejscu 49-letnią kobietę. Jak się okazało na
miejscu, kierowca miał we krwi ponad 5 promili alkoholu. To z kolei wydarzenie przypomniało mi wypadek
jeszcze wcześniejszy, z jesieni zeszłego roku, kiedy to rozpędzona ciężarówka prowadzona
przez pijanego kierowcę uderzyła w stojące w korku samochody, zabijając dwie
osoby. No a to wydarzenie oczywiście przywróciło wspomnienie tragedii jeszcze
wcześniejszej, a mianowicie z sylwestrowej nocy roku 2017, kiedy to pijany
kierowca wjechał na chodnik, zabijając na miejscu dwie dziewczynki, jedną
14-letnią, a drugą w wieku lat 16.
Co łączy wszystkie te cztery
przypadki? Otóż to mianowicie, że ich negatywnymi bohaterami był wyłącznie
alkohol oraz przebywający w Polsce obywatele Ukrainy, ale jeszcze coś, co dla
nas dziś jest istotne w sposób szczególny. Otóż każda z tych informacji była
podana przez wspomniane medium w taki sposób, by owi „obywatele Ukrainy”
pojawili się na samym końcu i to w taki sposób, by jak najmniej czytelników ów
interesujący przecież bardzo fakt dostrzegło.No a przede wszystkim, żeby nikt broń Boży w tym najnowszym przypadku
nie mruknął, że nie ma jednak na tym świecie sprawiedliwości. I jak tu nie
poczuć wdzięczności, że oni tak bardzo dbają o nasze dobre emocje?
***
A Bóg nam świadkiem, że łatwo wcale nie jest.
Popatrzmy na taką Magdę Gessler, kobietę która prowadząc od ponad już ośmiu
telewizyjny program „Kuchenne rewolucje”kradnie serca milionów przyjaciół stacji TVN. Otóż, jak doniosły
bulwarowe media, wspomniana Gessler została ostatnio wezwana przez kierownictwo
stacji, które ją poinformowało, że widzowie są ostatnio bardzo zawiedzeni poziomem
występów swojej ulubienicy i jeśli ona się nie weźmie w garść, może być ciężko.
O co chodzi konkretnie? Rzecz, proszę sobie wyobrazić, jest w tym, że wedle
odczuć widzów, Gesslerowa ostanio zdecydowanie mniej klnie, mniej
przekonywująco drze mordę na swoich rozmówców i w ogóle stała się zdecydowanie
mniej chamska, a to się ludziom nie podoba. Jak Magda Gessler zareagowała na tę
połajankę, tego niestety nie wiemy, ale domyślać się możemy, że metoda kija i
marchewki jak zawsze okaże się skuteczna i sztandarowy projekt stacji TVN znów
wróci na swój normalny, najwyższy poziom.
***
Pierwsze jaskółki owego wzrostu
poziomu już obserwujemy. Oto ledwie zakończył się sejmowy strajk tak zwanych „osób
niepełnosprawnych i ich opiekunów”, a już nasza kiedyś ulubiona stacja
natychmiast zaprosiła na rozmowę jednego z jej głównych bohaterów, Jakuba Hartwicha,
który już wprawdzie nie błagał o 500 złotych „drobnych przecież pieniążków”,
dzięki którym będzie mógł znaleźć pracę i żyć jak człowiek, ale zaapelował o
coś znacznie większego. Otóż jego największym dziś marzeniem jest „posiadanie
rodziny, tak by miał dla kogo żyć”. Zanim rząd zajmie się szukaniem dla Kuby
żony, zwróćmy uwagę na nadzwyczaj optymistyczny element owej wiadomości. Proszę
tylko popatrzeć. Kiedy Kuba pojawił się w Sejmie, był biedny, bezrobotny,
kompletnie bezradny, zdany na łaskę i niełaskę swojej biednej mamy, a dziś, po
czterdziestu dniach owego protestu, nie dość że ma pracę, gdzie robi za jedną z
pierwszej jasności gwiazd, tojak się
okazuje pracę tę ma już od dobrych dwóch lat, a dziś szuka żony. Mało tego.
Wystarczyło te 40 dni by Kuba Hartwich i jego mama być może zupełnie niechcąco
ujawnili ciężką aferę, w której udział mają zarówno Państwowa Fundacja
Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, jak i wszystkie te drobniejsze jednostki,
rzekomo wspierające Kubę i jego kolegów, a tak naprawdę zajmujące się wspólnie
i w porozumieniu pasożytowaniem na tym co zdrowa część społeczeństwa płaci
każdego dnia w swoich podatkach. I kto teraz powie, że protestującym nie należą
się słowa najwyższego uznania?
***
Ja wiem, że jest rzeczą
niebezpieczną posuwanie się w marzeniach zbyt daleko, no ale w końcu, jak to
mówią tak zwani humaniści, raz się żyje. A zatem marzymy. Otóż, w ramach swojej
jakże pełnej najróżniejszych niespodzianek kampanii przed zbliżającymi się
powoli choć nieubłagalnie wyborami samorządowymi, kandydat Rafał Trzaskowski
wyraził pragnienie, by mógł być pierwszym prezydentem Warszawy, który udzieli
ślubu parze gejów. Powiem zupełnie szczerze, że ja nie mam pojęcia, jak to jest
z Kubą Hartwichem, ale czy to by nie było piękne, gdyby nagle się okazało, że
jakimś cudem i on i jego kolega z protestu, Adrian Glinka, okazali się gejami i
już w przyszłym roku nowowybrany prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski mógł obu
bohaterom owych 40 dni najpięknieszej w historii świata demonstracji
determinacji oraz siły ducha udzielić błogosławieństwa? I niech mi tylko ktoś
powie, że ja w tym momencie przekraczam granice, to ich natychmiast oskarżę o
homfobię, a jak wiemy od homofobii gorszy jest już tylko antysemityzm.
***
No własnie. Antysemityzm. Aby
pokazać, że i w „Polsce Niepodległej” można znaleźć dobre słowa na temat
zasług, jakie mają dla Polski oraz narodowej świadomości Polakównasi starsi bracia w wierze, chciałem zwrócić
uwagę na naprawdę wspaniały gest, jaki uczyniło niedawno muzeum Polin,
wystawiając w okolicach Dworca Gdańskiego w Warszawie portrety
najwybitniejszych synów żydowskiego narodu, w tym znanego nam wszystkim
Zygmunta Baumana. Ponieważ moja wiedza historyczna jest, choć odpowiednio
dogłębna, to bardzo ograniczona, poza bratem redaktora Michnika oraz Heleną
Wolińską nie potrafię wymienić zbyt wielu bohaterów tamtych czasów, którzy w
ramach czystek roku 1968 zmuszeni zostali do opuszczenia tak ukochanej przez
siebie Polski. Uważam jednak, że to bardzo dobrze, że kierownictwo Muzeum
zdecydowało się na tego rodzaju projekt. Są bowiem chwile, kiedy nie ma nic
ważniejszego od budowania historycznej świadomości Narodu.
***
Żeby nie kończyć w nastroju aż
tak podniosłym – w końcu pamiętajmy, że niniejsza rubryka to tak naprawdę ledwie
chwila zabawy i wiosennego oddechu – spójrzmy, co się przydarzyło sławnemu tu i
uwdzie posłowi Platformy Obywatelskiej, niejakiemuBrejzie. Otóż w pobliżu miejsca zamieszkania
wspomnianego posła odbywał się jeden z wielu ostatnio w całym kraju remontów i
w ramach owych działań ustawiono na miejscu budkę o popularnej nazwie toi-toi.
Którejś nocy do budki zawitał znajdujący się w potrzebie anonimowy obywatel i
podczas standardowych czynności zaprószył tam ogień. Zaraz po oddaleniu się
obywatela z miejsca incydentu, budka zajęła się ogniem, a nastepnie spłonęła.
Nie minęły dwa dni, jak poseł Brejza powiadomił prokuraturę o próbie podpalenia
kamienicy, w której ów wybitny obywatel mieszka z żoną i z dziećmi, a Platforma
Obywatelska zwołała konferencję prasową, na której ogłosiła, że rząd Prawa i
Sprawiedliwości, by zachować władzę, ucieka się do tak podłych zachowań, jak
usiłowanie mordu na najbardziej prominentnych przedstawicielach opozycji.
Ktoś powie, że ta rubryka
naprawdę nie mogła upaść niżej, skoro uznała, że odpowiedni poziom rozrywki
zapewni nam poseł Platformy Obywatelskiej Brejza i stojący pod kamienicą, w
której ów mieszka, toi-toi. Ponieważ jestem otwarty na każdy przejaw, choćby i
niesprawiedliwej krytyki, poprawiam się w jednej chwili i zamykam dzisiejsze
refleksje osobą byłego Prezydenta Rzeczypospolitej, laureta Pokojowej Nagrody
Nobla, bohatera naszej walki o niepodległość, zbawcy Narodu, samego Lecha
„Bolka” Wałęsy. Otóż wspomniany Wałęsa, w jednej z ostatnich wypowiedzi dla
mediów ogłosił, że ponieważ jest już starszym panem i jego dni są coraz
bardziej policzone, on powoli szykuje się do ostatniej wyprawy, tam gdzie
będzie mógł „pomóc Panu Bogu w Jego ciężkiej pracy”. Że co? Znowu przesadziłem?
Przepraszam bardzo, ale czasy takie, że każde słowo robi wrażnie przesady.
Proszę nie mieć pretensji do mnie.
Zapraszam
wszystkich do kupowania moich książek, które są dostępne albo na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl,
albo tu u mnie, pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam uczcieiwie i
szczerze.