sobota, 16 grudnia 2017

O trzech tysiącach, których nikt nie chciał internować

Szczerze powiedziawszy, wspomnienie 13 grudnia 1981, nigdy w moich myślach nie wiązało się z  jakimś szczególnie ponurym przełomem. Pamiętam oczywiście tamten dzień dość dobrze, ale przede wszystkim jednak przez to, że to właśnie wtedy zrozumiałem się, że swoje plany, tak już bliskie ostatecznej realizacji, a związane z opuszczeniem Polski być może na zawsze, mogę odłożyć na półkę, a potem, wraz z upływem lat, nabierałem tylko coraz większego przekonania, że pradoksalnie ten dzień stanowił dla mnie wybawienie, no a dziś to już mogę tylko dziękować Jaruzelskiemu, że mnie tamtej nocy złapał za gardło, przydusił do ziemi i trzymał tak długo aż się opamiętałem. Tak zatem, to nie 13 grudnia jest dla mnie dniem żałoby, lecz ów czas, który nastąpił trzy dni później, a konkretnie to co się wydarzyło tu niedaleko, zaledwie o rzut beretem, a więc rozstrzelanie górników z Kopalni Wujek. Co ciekawe – a daję słowo, że dotychczas nawet nie miałem tego świadomości –  nawet w swoim „Elementarzu” nie znalazłem miejsca dla hasła „Stan Wojenny”. Owszem, są Górnicy z Wujka, jest sama Kopalnia, jest też oczywiście Grzegorz Przemyk, są Jaruzelski i Kiszczak – Stanu Wojennego jako takiego nie ma. Także tu na blogu, jeśli w ogóle wspominałem o Stanie Wojennym, to w kontekście 16 grudnia właśnie. Bardzo zatem proszę, skoro obchodzimy dziś kolejną rocznicę tamtej masakry, przypomnijmy sobie ów tekst, zamieszczony tu przed laty, o trzech tysiącach, których nkt nie zechciał internować.



       Minęła kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego, a chwilę po niej kolejna – rozstrzelania dziewięciu górników z Kopalni „Wujek”. Nie wiem jak inni, ale mam wrażenie, że ile razy powraca pamięć o tamtych dniach, wraz z nią pojawiają się ludzie, którzy w zdecydowanej większości, przez swoją tępą bezmyślność – lub, kto wie, czy niekiedy też nie przez wyrachowanie – do tego, co się wówczas stało doprowadzili, a dziś bardzo pragną krążyć wśród nas w glorii naszych bohaterów, a może i wręcz naszych zbawicieli. Ludzie, którzy kiedy to wszystko się działo, i kiedy tak naprawdę się dopiero zaczynało, siedzieli gdzieś w tych swoich ośrodkach internowania, grali w karty, czytali książki i wzywali tych co na zewnątrz do działania. Ludzi wreszcie, którzy dziś się spotykają w telewizyjnych studiach i jeden z drugim wspinają jak to oni się tam musieli za nas z tymi strażnikami męczyć. A ileż to jeszcze pozostało tych anegdot nieopowiedzianych?
      W tej sytuacji ja opowiem historię o Kopalni „Wujek”, a raczej o pewnym górniku, z którego dziś prezydent Komorowski może się spokojnie pośmiać, że go nie internowano. Ale najpierw Kopalnia. Z Kopalnią „Wujek” jest tak, że tam właściwie nie ma nic ciekawego. Są te dwa kominy, jest ten podwójny krzyż, ten pomnik z dziewięcioma krzyżami, jest ten mur i na tym murze pamiątkowe tablice, za murem główny budynek Kopalni i ten napis „Kopalnia Wujek”, a przed murem te dziwne pudełkowate domy, w których wciąż jeszcze mieszkają ludzie, pamiętający tamten grudzień sprzed 30 lat. To jest naprawdę bardzo mało ciekawe miejsce.
      A zatem, kiedy się tam idzie po raz drugi i trzeci, to właściwie nie ma na co patrzeć i czym się wzruszać, w związku z czym tam się głównie przychodzi i odchodzi. Jak ktoś ma ochotę, robi jeszcze zdjęcie. Ale można też zatrzymać się, postać i tak się zwyczajnie pogapić na ten budynek z czerwonej cegły i ewentualnie popatrzeć na jakichś zawsze się tam po coś kręcących robotników, czy górników. Więc można tak sobie gdzieś tam z boku przysiąść i popatrzeć na ten budynek i tych ludzi, przynajmniej na tyle długo, żeby nabrać odpowiedniego nastroju. A daje słowo, że tam można uzyskać nastrój nie byle jaki.
      No i wreszcie nadejdzie czas, by się ruszyć, zrobić może jeszcze jedno zdjęcie, pokiwać głową i zajść do znajdującego się obok muzeum. Prawdę powiedziawszy, nie jest to muzeum w sensie powszechnie nam znanym. Raczej taka skromna izba pamięci z kilkoma zdjęciami, makietą terenu kopalni z dnia szturmu, jednym przestrzelonym kaskiem, figurą zomowca w pełnym rynsztunku i tą salą projekcyjną, gdzie się wyświetla dokument o tym, jak to swego czasu polskie państwo zabiło dziewięciu górników. Można więc wejść do tego muzeum i, normalnie, tak jak to zawsze bywa, obejrzeć najpierw tę makietę, popatrzyć na zomowca, następnie przyjrzeć się uważnie dziurce w tym biednym górniczym kasku, i wtedy okaże się, że się zepsuł projektor i filmu w żaden sposób nie da się puścić. Można oczywiście spróbować jakoś pomóc, ale wszystko stanęło, i w końcu wyjdzie na to, że nic z tego nie będzie. A potem, tak męcząc się z tym projektorem, raczej z grzeczności, niż z faktycznej potrzeby, można zapytać człowieka, który nas próbuje obsłużyć, i który tam się po tym muzeum kręci, jako ktoś w rodzaju ciecia, czy on był w kopalni, kiedy to wszystko się działo i on nam – nawet nie mrugnąwszy okiem, nawet nie próbując wydąć warg, czy unieść czoła w dumnym geście informowania świata o swoim bohaterstwie, mniej więcej tak, jakby potwierdzał fakt, że owszem, mamy ładną jesień – odpowie, że to on właśnie dowodził tym strajkiem. I że się nazywa Stanisław Płatek.
      I oto, nadszedł właściwie idealny moment, żeby zamknąć ten dzisiejszy tekst zdaniem: „I to by było na tyle”, i pozwolić wszystkim go czytającym zanurzyć się w swoich własnych refleksjach, no ale tak się niestety zrobić nie da, bo trzeba powiedzieć jeszcze parę rzeczy. Koniecznie. Najpierw jednak zajrzyjmy wspólnie do wikipedii:
      „Stanisław Płatek, ur. 5 II 1951 w Katowicach. Ukończył Technikum Górnicze dla Pracujących w Katowicach (1979). 1969-1973 pracownik Zakładów Aparatury Doświadczalnej Biprokwas w Katowicach. Od 1973 górnik KWK Wujek. IX 1978 – III 1981 członek PZPR. 1-3 IX 1981 uczestnik strajku w KWK Wujek, od IX 1980 w „S”. XII 1980 – 1981 sekretarz Komisji Rewizyjnej „S” KWK Wujek. 13-16 XII 1981 przewodniczący KS w KWK Wujek; 16 XII 1981 ranny podczas pacyfikacji, internowany, przewieziony do szpitala MSW; 31 XII 1981 aresztowany, przewieziony do Okręgowego Szpitala Więziennego w Bytomiu, gdzie przebywał do VI 1982. 9 II 1982 wyrokiem Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji wyjazdowej w Katowicach skazany na 4 lata więzienia i 3 lata pozbawienia praw publicznych, w VI 1982 przeniesiony do AŚ w Zabrzu, VIII 1982 – II 1983 w ZK we Wrocławiu. W II 1983 zwolniony ze względu na stan zdrowia, VII 1983 objęty amnestią. 1983-1986 pracownik Klubu Sportowego Gwarek Tarnowskie Góry, 1986-1993 AZ Sp. z o.o. w Tarnowskich Górach. 1983-1989 (we współpracy z Ludwikiem Dziwisem) kolporter pism podziemnych (m.in. „Głos Śląsko-Dąbrowski”, „Górnik Polski”, „Wujek”) na terenie Katowic. W II 1989 współzałożyciel, przewodniczący Tymczasowej KZ, następnie do 1991 przewodniczący KZ „S” AZ Sp. z o.o. 1993-2006 zatrudniony w KWK Wujek. 1995-1998 wiceprzewodniczący, 1998-2002 przewodniczący KZ „S” KWK Wujek, 1998-2002 delegat na WZD. 1998-2002 wiceprzewodniczący Regionalnej Komisji Rewizyjnej „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. 1989-1991 członek Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ku Czci Górników KWK Wujek w Katowicach Poległych 16 XII 1981, 1991-1998 przewodniczący (od 16 XII 1994 przekształconego w Społeczny Komitet Pamięci Górników KWK Wujek Poległych 16 XII 1981). W 1994 jeden z założycieli, od 2000 przewodniczący Zarządu Krajowego Związku Więźniów Politycznych Okresu Stanu Wojennego. Organizator Międzynarodowego Memoriału Szachowego Dziewięciu z Wujka (1997-2001). Od 2006 na emeryturze. Współtwórca albumu i przewodnikaKrzyż Górników. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2007)”.
      Zostajemy więc z tym zepsutym projektorem i Stanisławem Płatkiem jeszcze dłuższy czas i, czując, jakie to nas szczęście spotkało, że ten projektor się nagle zepsuł, możemy naciągnąć Płatka na wspomnienia. No i opowie nam Płatek, że jak był strajk, to on miał trzydzieści lat, żonę i syna, że, kiedy się pochylał nad rannym kolegą, został trafiony w ramię zomowską kulą – ciekawe, że mówiąc o innych górnikach, używa wyłącznie formy „kolega” – i to pewnie uratowało mu życie, bo inaczej dostałby z boku w okolice brzucha, że w sumie w tych starciach brało udział 3 tysiące górników, że z tych dziewięciu, pięciu dostało w głowę, a dwóch w serce, i że jak go wieźli karetką pogotowia, to milicja karetkę zatrzymała, wyciągnęli go stamtąd i on pamięta, jak przed nim stanął wysoki bardzo milicjant i chciał mu wlać, ale między milicjanta a niego wszedł wojskowy lekarz i go przed tym ciosem zasłonił.
      Opowie nam też Stanisław Płatek, że jeszcze dziś w okolicy kopalni pojawia się niekiedy pewien kolega – tak, właśnie kolega – który nie brał udziału w strajku, bo w tym czasie akurat siedział u siebie w domu, ale zomowcy wrzucili mu przez okno do mieszkania jakiś ciężko trujący gaz i on od tego się pochorował tak, że dziś jest raczej ludzkim wrakiem. No ale, jak mówię – kolega.
      Jak już wspomniałem wyżej, z tym by Stanisława Płatka naciągnąć na wspomnienia nie powinno być problemu, bo to jest miły i grzeczny człowiek. Taki on właśnie jest. Jednak nie możemy się spodziewać, że on nam powie zbyt wiele. My będziemy pytać, on grzecznie i bardzo spokojnie nam będzie odpowiadał, ale trochę tak jakby już dawno znalazł się w świecie, do którego dostępu nie ma nikt z nas. I wtedy też zrozumiemy, dlaczego Stanisław Płatek, emerytowany górnik, ani w jednym momencie naszej rozmowy ani jednym słowem nie wspomniał o bieżącej polityce. Ani nie pluł na Tuska, ani na Kaczyńskiego, ani nic nie mówił o wyborach, ani nawet nie narzekał na ogólną sytuację. Ten temat jakby w jego świadomości w ogóle nie istniał.
      Już, kiedy już zajmiemy się wszyscy sobą, znajdziemy w Sieci informację, że Płatek gardzi PiS-em. Co sądzi o Platformie, nie wiadomo. I nagle może też przyjdzie nam do głowy, że te 3 tys. ludzi, to nie byle co. To musiała być walka, jakiej współczesny świat nie widział. 3 tys. ludzi – takiego starcia nie było nawet w Powstaniu Warszawskim. I ten obraz Stanisława Płatka, jak go wyciągają z karetki, z tym rozpieprzonym w drobny mak ramieniem, i z tym wysokim dowódcą, który zamierza się na niego pałką i tym wojskowym lekarzem, odgradzającym tych dwóch od siebie.
      I co powiedzieć? Co powiedzieć? Wajda z tego filmu nie zrobi. A jak idzie o młodych – oni niech się lepiej za to nawet nie biorą, bo jeszcze im wyjdzie komedia. Może niech kręcą filmy o tym, jak to było w jakimś cholera Jaworzu czy gdzie to Wałęsa siedział? W Arłamowie?
      I to właśnie jest ten moment, kiedy musimy kończyć, bo czuję, że jeszcze jedno słowo, a zacznę wzywać do tego, by zacząć strzelać. A to mi na sucho nie ujdzie. 

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wprawdzie wspomniany „Elementarz” jest już wyczerpany, natomiast, owszem, są inne, równie warte uwagi. Tu.


piątek, 15 grudnia 2017

O tych co wierzą i drżą

Żeby przynajmniej na ten rok zamknąć kwestię zmian w rządzie, chciałbym przedstawić swój najświeższy felieton napisany dla „Warszawskiej Gazety”. I, o ile oczywiście nie dojdzie do jakiegoś trzesienia ziemi, to w tym roku o rządzie, premierze Morawieckim, Andrzeju Dudzie i Antonim Macierewiczu, a nawet Jarosławie kaczyńskim nie będzie ani słowa. Bardzo proszę.

      Minione tygodnie upłynęły nam na pochłanianiu kolejnych informacji odnośnie zapowiadanej rekonstrukcji rządu i kiedy okazało się, że możliwe jest dosłownie wszystko, włącznie z przejściem Jarosława Kaczyńskiego do totalnej opozycji, nastąpił dzień sądu, premier Szydło została przesunięta, premierem został Mateusz Morawiecki, a gdy chodzi o rząd, nie ucierpiał nawet skazany już na ścięcie Witold Waszczykowski, a Morawiecki przejmujął rząd po premier Szydło z całym dobrodziejstwem inwentarza, włącznie z Beatą Kempą, która, jak wiemy, jest mu jak psu na budę.
     I pewnie do zbliżających się Świąt przygotowywalibyśmy się w nastrojach dość ponurych, gdyby nie dwa wystąpienia. Ale po kolei. Otóż najpierw pokazał się Jarosław Kaczyński i ze swoim słynnym spojrzeniem Sfinksa ogłosił, że Mateusz Morawiecki jest najwybitniejszym polskim politykiem po roku 1990, a w kwestii rekonstrukcji, wszystkie zmiany nastąpią w styczniu. A to jest informacja, która pozwala nam znów wysoko trzymać głowę.
     A teraz trzymajmy się krzeseł, bo nadchodzi tak zwana „gazownia” w osobie red. Grzegorza Sroczyńskiego. Już sam początek robi wrażenie:
    „Odwołanie Szydło i zastąpienie jej Morawieckim to nie jest zmiana ‘pani nikt’ na ‘pana nikt’. To nie jest kosmetyka. Jesteśmy świadkami zasadniczej zmiany w obozie władzy.  
      Kaczyński rozpoczął proces oddawania partii, odsuwania się w cień. ‘Chciałbym być emerytowanym zbawcą narodu, - powiedział w 1994 r. Teresie Torańskiej. I właśnie ten plan realizuje”.
     Dalej temperatura wyłącznie rośnie.
     „Liberalni publicyści natychmiast ogłosili: ‘To nic nieznacząca zmiana’. ‘Kaczyński nadal będzie wszystkim sterował’. ‘Chce mieć kolejnego wykonawcę poleceń’. Nic bardziej mylnego. Gdyby chodziło o nic nieznaczącą zmianę, Kaczyński nie ryzykowałby wściekłości partii, buntu pisowskich koterii i dezorientacji własnego elektoratu. To ryzyko podjął właśnie dlatego, że premierostwo Morawieckiego uważa za przełom. [...]
      Komunikat Kaczyńskiego brzmi tak: ‘Bierz władzę, przekonaj do siebie elektorat, dogadaj się z pisowskimi koteriami i sam zdecyduj, kogo chcesz wymienić. Wymyśl, jak pozbyć się Macierewicza tak, żeby później nie fiknął. Jak pozbyć się Szyszko, żeby Rydzyk się nie wściekał’. Jeśli Morawiecki sprawnie obsłuży pisowskie koterie, przekona do siebie partię, Kaczyński będzie mu przekazywał kolejne kawałki swojej władzy [...]
     Na dokonanie tej wolty Kaczyński wybrał najlepszy moment. Dba o sukcesję w partii nie w momencie kryzysu, spadku sondaży, nie wtedy, kiedy imperium się chwieje. Robi to właśnie teraz, kiedy wszystko idzie świetnie. Unika tym samym najczęstszego błędu wielkich firm, które upojone sukcesami przesypiają moment, gdy trzeba dokonać zmiany przywództwa.
     Kaczyński znów jest trzy kroki przed wszystkimi. Chce oddać partię czterdziestolatkowi, czyli robi to, na co nie stać polityków opozycji. Ciężko mi podziwiać człowieka, z którym tak fundamentalnie się nie zgadzam, którego wiele działań uważam za szkodliwe dla państwa. Ale oddanie premierostwa Morawieckiemu to ruch na granicy geniuszu. Kaczyński to dziś jedyny polski polityk, który potrafi schować własne ego w imię długoterminowych celów”.
     Nawet oni wierzą i drżą.

Gorąco zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania kolejnych prezentów.


czwartek, 14 grudnia 2017

Czy poseł Dominik Tarczyński potrafi growlować?

            Jak informują mnie moi inspiratorzy w terenie, lokalne media poinformowały, że sędzia Sądu Najwyższego w mieście Spokane w amerykańskim stanie Washington, Julie McKay, postanowiła wyznaczyć dla siedzących tam za gwałt muzyków polskiego zespołu Decapitated kaucję w wysokości 100 tysięcy dolarów i tym samym nasi utalentowani sataniści, Wacław Kiełtyka, Rafał Piotrowski, oraz Hubert Więcek są już na wolności. Gdyby komuś umknęła cała historia, krótko przypomnę, że Kiełtyka, Piotrowski i Więcek po koncercie, jaki akurat przyszło im grać w owym Spokane, zwabili do swojego autokarku którąś z fanek zespołu i tam ją seksualnie poturbowali. Czy ona ich o to, by ją zechcieli zwabić, bardzo prosiła, a potem postanowiła, że teraz to z kolei ona ich wykorzysta, czy może to była jakieś kompletnie oczadziałe tą czarną muzyką nieszczęście, które chciało tylko sobie z artystami zrobić zdjęcie, a ci zrobili to, co już wcześniej, kompletnie bezkarnie, zdarzało im się dziesiątki, a może i setki razy – tego oczywiście nie wiemy i wiedzieć nie będziemy. Faktem jest, że ona prosto z tego autokaru pobiegła na policję, no i w związku z tym, ci biedacy siedzą tam na tej amerykańskiej prowincji i czekają na to co im zgotuje przyszłość.
      I pewnie nie byłoby się czym ekscytować –  w końcu, jak wiemy, to Rolling Stonesi zostali jako pierwsi ukarani za publiczne oddawanie moczu, a Led Zeppelin nie musieli się wozić cuchnącymi autokarami, tylko do zabawy służył im własny samolot, w dodatku z pięknie wykaligrafowanym podpisem – gdyby nie fragment owej wiadomości, który z naszego punktu widzenia jest naprawdę poruszający. Oto bowiem, jak donoszą wspomniane media, wnioskując o wypuszczenie wspomnianej trójki za kaucją, obrona przedstawiła w sądzie list – i jak dziś twierdzi, to ów list został przez sędzię McKay potraktowany najpoważniej – od znanego nam aż nazbyt dobrze Dominika Tarczyńskiego, w którym ten  pisze co następuje: „Piszę ten list w interesie swoich rodaków, apelując o zwolnienie ich z aresztu za kaucją, tak by do czasu aż ich sprawa się wyjaśni, mogli oni przebywać na wolności. Zapewniam, że wszyscy traktują stawiane im zarzuty bardzo poważnie, a ja osobiście jestem bardzo zainteresowany tym, by byli oni dobrze traktowani i liczę na to, że warunki, w jakich przebywają będą dobre”.
      Jak się okazuje, obok Tarczyńskiego, w obronie naszych rodaków również stanął członek muzycznej grupy o podobnie co Decapitated adekwatnej nazwie Thy Art Is Murder i przedstawił osobiste świadectwo, w którym zeznał, że zgwałcona przez Polaków kobieta jeszcze podczas konceru zachowywała się jak szalona, czym Diabłu ducha winnych artystów sprowokowała.
      Niektórzy z nas pamiętają być może jeszcze przypadek pewnego Tomczaka, który przez sąd w Exeter został skazany na podwójne dożywocie za brutalny gwałt i w konsekwencji zabójstwo miejscowej kobiety. Kiedy brytyjski sąd wydał zgodę na to, by Tomczak odsiadywał wyrok w Polsce, polski sąd natychmiast zmniejszył mu wyrok do 22 lat więzienia, a media uruchomiły bardzo szeroko zakrojoną akcję, mająca na celu doprowadzenie do ułaskawienia Tomczaka, jako osoby rzekomo niewinnie oskarżonej. Zapytano wówczas wtedy jeszcze prezydenta, Lecha Kaczyńskiego, czy  rozważa zastosowanie wobec Tomaczaka prawa łaski. Odpowiedź była prosta: „Gwałcicieli nie ułaskawiam”.
      Od tego czasu minęło wiele lat i w ogóle wiele też się w Polsce zmieniło. Tomczak wprawdzie wciąż siedzi, natomiast prezydent Kaczyński nie żyje, a na politycznej scenie pojawili się ludzie pokroju Dominika Tarczyńskiego. No i jest jeszcze coś. Prawo i Sprawiedlwiość zanotowały sondażowy sukces, jakiego Polska nie zaznała chyba od czasu złotych dni tandemu Miller – Kwasniewski.
       My jednak zachowujemy pełen skromności spokój. Jak to, również wczoraj, w stacji TVP Info, powiedział kolega Tarczyńskiego, poseł  Prawa i Sprawiedliwości, Łukasz Schreiber, „My nie uważamy, że postradalismy wszystkie rozumy”. W tej sytuacji, ja jednak nie mogę się powstrzymać i nie złożyć gratulacji dla wszystkich państwa. Forza Polonia!

(http://www.spokesman.com/stories/2017/dec/12/polish-death-metal-bandmembers-released-from-jail-/)


W gorącym okresie przedświątecznym zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i wybierania kolejnych fantastycznych prezentów.

środa, 13 grudnia 2017

What we have to, we must... and we need to

     Ponieważ ostatnie dni kompletnie mnie zniechęciły, gdy chodzi o politykę, a jeden jak najbardziej polityczny tekst i tak musiałem już dziś napisać z myślą o „Warszawskiej Gazecie”, pomyślałem sobie, że dam i sobie i Czytelnikom odpocząć przy czymś bardziej relaksującym.
      Oto, jak niektórzy wiedza, mój syn pracuje w korporacji, gdzie warunkiem przyjęcia jest znajomość języka. I oto parę dni temu otrzymałem od niego następującą wiadomość:
      „Moi koledzy z pracy właśnie rozmawiali o angielskim i wszyscy się zgodzili że „musisz” to po angielsku „have to”, ale można też powiedzieć "MUST TO" i to na jedno wychodzi, chociaż, z drugiej strony, „must” to „musisz”, a „have to” to tak bardziej „możesz”, a nie „musisz”. I wszyscy kiwali głowami”.
      Oczywiście, powiedziałem mojemu dziecku, że najlepiej by zrobiło, gdyby swoich kolegów poinformowało, że tatuś napisał książkę o języku i jeśli chcą wiedzieć, jaka jest różnica między „have to”, a „must” (nie „must to”!), niech sobie ją kupią, choćby i z autografem, no ale, jak znam życie, bardziej sensowne będzie przedstawienie jednego z rozdziałów owej książki tu i zachęcenie wszystkich tych, co interesują się językiem, by ją przeczytali. Proszę uprzejmie.



      Wśród 12 czasowników modalnych w języku angielskim, mam wrażenie, że dwa są całkowicie, i bardzo niesłusznie, zlekceważone. Mam tu na myśli czasowniki „must” i „need”. W większości wypadków, czy to ucząc języka, czy samemu się owego języka ucząc, zajmujemy się głównie zdaniami z czasownikiem „can”, ewentualnie  „could”, „may”, względnie „should”, oczywiście „will” i „would”, a nawet niekiedy, z uwagi na pewną jego egzotykę, czasownikiem „dare”, jeśli jednak idzie o „must” i „need”, zachowujemy się, jakby one nie były w ogóle warte naszej uwagi.
      Wydaje mi się, że wiem, jaka jest tego przyczyna. Gdy mowa o „must”, ono jest tak bardzo popularne, a jego użycie tak – podobnie zresztą, jak każdego innego czasownika modalnego – proste, że większość z nas uważa, że tu nie ma się w ogóle na czym skupiać. „Must” oznacza „musieć” i kropka. Modalne „need”, z drugiej strony, jest tak przytłoczone przez zwykły bezokolicznik „to need”, iż wielu z nas bez zbędnego zastanowienia zakłada, że to jest to samo, i owego „need” używa tylko w znaczeniu ,,potrzebować” i na tym koniec.
      Tymczasem sprawa jest nie dość że wcale nie tak prosta, to jeszcze, moim zdaniem, pod pewnym względem wręcz fascynująca. Otóż, jak pewnie bardziej zaawansowani uczniowie wiedzą, czasownik modalny „must”, w sytuacjach kiedy – przez to, że on nie posiada formy bezokolicznikowej – gramatyka nie pozwala na jego użycie, zastępowany jest on przez „have to”. A zatem, jeśli chcemy powiedzieć, że ktoś na przykład będzie musiał poczekać, czy że ktoś poczekać musiał, mówimy, że ten ktoś „will have to wait” lub „had to wait”; w tych sytuacjach, „must” nie może być zastosowane.
     Niewielu z nas natomiast wie, że must” i „have to”,
to nie to samo. Jedno i drugie wprawdzie tłumaczą się na język polski, jako ,,musieć”, jednak w rzeczy samej oznaczają coś bardzo różnego. Otóż „must” oznacza rozkaz, natomiast „have to” stanowi opis sytuacji. Łatwo jest mi oczywiście łatwo dziś to mówić, i się tą swoją wiedzą chwalić, faktem jest jednak to, że mnie tego nikt nie nauczył, ale dowiedziałem się tego w bezpośredniej konfrontacji. Oto któregoś dnia, jeszcze na uniwersytecie, poszedłem odwiedzić pewną Amerykankę, która jako tak zwany native speaker uczyła nas języka, i kiedy po pewnym czasie powiedziałem: ,,I must go”, wstałem i zacząłem się zbierać do wyjścia, ona się obraziła, i powiedziała: ,,Go if you must”. Dopiero potem dowiedziałem się, że żegnając się z nią, powinienem był powiedzieć: ,,I have to go”, bo tylko w ten sposób opisałbym swoją sytuację, która mnie zmusza do wyjścia, a nie moje silne pragnienie, by wreszcie pójść stamtąd w cholerę. Dopiero potem, czy to ona, czy ktoś inny – nieważne – poinformował mnie, że jeśli ja coś „must”, to świadczy to wyłącznie o mnie; to co jest obiektywne konieczne, mam wyrażać wyłącznie przez „have to”.
      I tu dochodzimy do czegoś, co stanowi –  jak się okazuje zupełnie niepotrzebnie – problem wielu ambitnych studentów, a mianowicie przeczącej formy „mustn't”. Otóż ponieważ „must” oznacza rozkaz, a nie opisuje jakiejkolwiek konieczności, na tej samej zasadzie, „mustn't” wyraża zakaz, a nie brak owej konieczności. A zatem, jeśli ja mówię swojemu synowi, że on „must remember something”, tak naprawdę ja go bardzo stanowczo proszę, żeby on czegoś na czym mi zależy nie zapomniał. A skoro tak, to równie dobrze – i równie stanowczo –  mogę go napomnieć, że on tego czegoś „mustn't forget”. „Have to” w tej sytuacji musiałoby oznaczać coś kompletnie innego. A braku owej konieczności z całą pewnością nie wyrażalibyśmy przy pomocy wyrażenia „mustn't” lecz „not have to”. Ewentualnie „not need to”.
      I tu dochodzimy do kolejnej przygody. Otóż, co już wcześniej zostało wspomniane, oprócz modalnego „need”, mamy też pospolity czasownik „to need”, czyli potrzebować. Modalne „need”, używane jest przede wszystkim w formie przeczącej dla wyrażenia braku nakazu, podczas gdy „to need” w formie przeczącej oznacza brak potrzeby. A zatem, jeśli ja powiem, że ja „don't need money”, mój przekaz sprowadza się do tego, że ja nie potrzebuje pieniędzy. Jeśli jednak oświadczę, że „I needn't work” – czy może bardziej sensownie, że ktoś tam „needn't help me” – ów przekaz będzie opisywał tylko to, że ja mam w nosie pracę, lub, że mam w nosie czyjąś pomoc. Modalne „needn't” bowiem oznacza zawsze subiektywny brak konieczności.
    Mamy też jednak, jak już wspomniałem, zwykłe „to need”. Czy ono też tu ma swoją rolę do odegrania? Jak najbardziej. Otóż ono opisuje, poza potrzebą, czy jej brakiem, również fizyczną konieczność, lub jej brak. Zbyt skomplikowane? Ależ gdzie tam! Mam na myśli tak powszechnie na przykład rozpoznawalną sytuację, jak tę kiedy mówię: „I need to go to the toilet”, czy „We don't need to teach the dog to bark”. I tu wchodzimy na wyższe piętro omawianego zagadnienia. Jeśli muszę pójść do toalety, nie powiem, że „I must go to the toilet”, bo to by oznaczało, że sami sobie to zadanie zadaliśmy; nie powiem też, że „I have to go to the toilet”, bo to by z kolei oznaczało, że ktoś mi do tej toalety kazał pójść (żebym na przykład sprawdził, czy młodzież tam nie pali papierosów, czy czegoś jeszcze gorszego). Jeśli zachciało się mi siusiu, mówię, że „I need to go to the toilet”, bo ta konieczność wynika z fizycznie autoryzowanej potrzeby, a nie mojej czy kogoś innego fanaberii.
      W książce popularnie nazywanej książką o biustonoszu wspomniałem o swojej klasie w liceum społecznym tu w moim mieście, w którym miałem okazję przez kilka lat uczyć, i o pewnym moim uczniu, którego koledzy przezywali ,,Ciastek”. Otóż ja chciałem bardzo wiedzieć, czemu oni go tak przezywają, jednak oni zachowywali pełną koleżeńską solidarność, a przy tym odpowiednią też dyskrecję, i mi tego wyzdradzić nie chcieli. Któregoś dnia jednak, w atmosferze szkolnej wycieczki, któryś z nich podszedł do mnie i powiedział: ,,To ja panu powiem, czemu on jest Ciastek”. Rzecz jednak polegała na tym, że ja już to wiedziałem, więc powiedziałem temu miłemu mi uczniowi, że on mi tej informacji przekazywać już nie musi. Bo ja wszystko wiem. Otóż, gdybyśmy rozmawiali po angielsku, jestem pewien, że ja bym mu powiedział: ,,You don't need to tell me”. Właśnie tak, a nie “You needn't tell me”, ,,You don't have to tell me”, czy, nie daj Boże ,,You mustn't tell me”. Pierwsze z nich bowiem oznaczałoby, że ja osobiście zwalniam go z jego uczniowskich wobec mnie obowiązków lub po prostu mi nie zależy, a drugie, że ja nie mam prawa niczego od niego wymagać, podczas gdy tu chodziło o to, że ja już wszystko wiem, i jego informacje są mi na nic. Trzecie natomiast, to już by było coś kompletnie od rzeczy, bo by oznaczało zwykły zakaz.
      I to tyle na ten temat. Ktoś jednak może mnie w tym momencie zapytać, po co ja czemuś tak nieistotnemu poświęcam tyle miejsca. Odpowiedź na to mogę sformułować w różny sposób, jednak wydaje mi się, że najlepiej będzie się uciec do rozwiązań czysto praktycznych i przedstawić kilka zdań do tłumaczenia. Powiedzmy pięć. Zachęcam do skupienia:
Możliwe, że będziemy musieli zostać dłużej.
Muszę dziś zostać dłużej.
Skoro tak, to musisz mi pożyczyć ołówek.
Musisz słuchać mamusi.
Przekraczając granicę, musisz mieć ze sobą paszport.
      Skoro to już mamy za sobą, możemy –  choć oczywiście nie musimy – przejść do czegoś, co podobno jest strasznie proste.


      … I tu aby się dowiedzieć, co to takiego, trzeba będzie kupić tę książkę. Serdecznie polecam. Tu. 

wtorek, 12 grudnia 2017

Czy Ojciec Dyrektor odbierze Antoniemu Macierewiczowi złoty kluczyk?

       Premier Morawiecki przedstawił skład nowego rządu, jak najbardziej z Antonim Macierewiczem na pierwszym planie, a ja, ile razy mnie ktoś pyta, jak mi się podobają moje talenty profetyczne, odpowiadam niezmiennie, że choć rzeczywiście bardzo liczyłem na to, że Macierewicz da nam od siebie choć na pewien czas odsapnąć, a tu się okazuje, że przynajmniej jeszcze nie teraz, to wcale nie czuje się ze sobą tak całkiem najgorzej. Przede wszystkim może dlatego, że, jak się okazuje, nie ja jeden kompletnie nie przewidziałem tego, co nam przyniesie ta niby „rekonstrukcja”, ale też zachowuję ów pełny spokój dzieki świadomości, że to co się wczoraj stało, może jeszcze bardziej niż się mogłem spodziewać, wskazuje na to, że dziś głównym problemem Jarosława Kaczyńskiego jest właśnie nie rzekoma potrzeba przyśpieszenia ekonomicznego, lub konieczność poprawienia naszej pozycji w Brukseli, czy wreszcie przygotowanie Mateusza Morawieckiego na swego następcę, lecz właśnie Antoni Macierewicz i pozycja, jaką on w ostatnich latach uzyskał, a która dała mu taką siłę, że zdecydował się wypowiedzieć wojnę już nie tylko samemu prezydentowi, ale i prezesowi Kaczyńskiemu. Jak mówię, Macierewicz pozostał na swoim stanowisku i moim zdaniem nie jest to wiadomość dobra. Z jednej strony, to co się stało tylko niepotrzebnie przedłuża kryzys, a z drugiej, przez fakt, że tym samym niemożliwe okazały się jakiekolwiek zmiany w rządzie, poza wyrzuceniem Beaty Szydło, powoduje, że Prawo i Sprawiedliwość znalazło się w sytuacji jednoznacznie dla partii kompromitującej.
      Wszyscy mieliśmy okazję przez wiele dni, a tak naprawdę może i miesięcy, odbierać mniej lub bardziej sensacyjne wiadomości na temat zbliżającej się rekonstrukcji rządu, następnie słuchać pożegnalnego przemówienia w Sejmie premier Szydło, potem oglądać kolejne uroczystości w Pałacu Prezydenckim, a wszystko to przy akompaniamencie najczęściej kompletnie sprzecznych ze sobą opinii ze strony zarówno politycznych komentatorów, jak i samych polityków, na temat tego, co to się tak naprawdę w Polsce dzieje, w jakim celu i z jaką perspektywą, a wszystko po to, by na samym końcu przeżyć to straszne upokorzenie pod tytułem „Prezydent odbiera ślubowanie od nowych ministrów”. A mówiąc o upokorzeniu, nie mam na myśli ani premier Szydło, ani nowego premiera Morawieckiego, ani Prezydenta, ani starych-nowych ministrów, ani w ogóle całego tego towarzystwa. Oni, nawet jeśli przyszło się im nieco zarumienic, to jak zawsze, świetnie sobie poradzą. A najlepiej o tym świadczyć może choćby fakt, że nawet Mariusz Kamiński, składając ślubowanie, bez mrugnięcia okiem powiedział: „Tak mi dopomóż Bóg”. Upokorzeni zostaliśmy natomiast my wszyscy, najpierw w takim napięciu czekający na to co się ma wydarzyć, a następnie przeżywający każdą kolejną minutę owej szopki, w poczuciu, że jesteśmy traktowani jak ostatnie szmaty, a nie jak, było nie było, wyborcy.
      Doszło ostatecznie do zapowiadanego to tu to tam „trzęsienia ziemi”… a na samym końcu okazało się, że wszystko się ograniczyło do tego, że wyleciała ze stanowiska niezwykle popularna, zasłużona i doprawdy Bogu ducha winna pani premier. I nikt z nich nie uznał za stosowne spojrzeć nam w oczy i odpowiedzieć, dlaczego tak, w związku z czym i za co. Jakiś mądrala z Platformy Obywatelskiej, czy może z Nowoczesnej gdzieś tam powiedział, że cała owa zmiana premiera jest skierowana przeciwko prezydentowi Dudzie, a widać to było rzekomo po jego twarzy, kiedy żegnał odchodzącą Szydło. A ja, owszem, widziałem jak bardzo Prezydent był strapiony – swoją drogą, ciekawe, że tam wszyscy robili wrażenie strapionych – tyle że ani przez chwilę nie ulegało dla mnie wątpliwości, że owo strapienie jest spowodowane świadomością, że to on tak naprawdę stoi za tym odwołaniem. On oczywiście nie chciał odwołania Szydło. Jedynie miał dość Macierewicza, no ale kiedy się okazało, że się nie udało, zrobiło mu się zwyczajnie głupio. No ale mamy tego naszego prezydenta i jest właśnie bardzo dobry moment, by powiedzieć o nim parę dobrych słów. Otóż podczas tej ponurej maskarady w Pałacu na Krakowskim Przedmieściu odniosłem wrażenie, że to właśnie Prezydent jako jedyny zachował się tak jak trzeba. To on jako jedyny uznał, że i nam należy się parę słów wyjasnienia. Jeśli ktoś ma okazję, zachęcam do tego, by uważnie wysłuchał, lub przeczytał raz jeszcze jego wczorajsze wystąpienie. Proszę zwrócić uwagę, że on tam właściwie całkiem jednoznacznie oświadcza, że to co się dzieje jest wprawdzie wydarzeniem niezwykle ważnym w historii Polski, niemniej stanowi jedynie początek czegoś znacznie ważniejszego, a ja rozumiem to tak, że on ma na myśli ostateczne odsunięcie od wszelkich wpływów prawdziwego złego ducha obecnej władzy. I tu przepraszam bardzo wszystkich czytelników, na czele z moim drogim kolegą Coryllusem, że wcale nie mam na myśli Mateusza Morawieckiego, ale jak najbardziej Antoniego Macierewicza. Ta żenada, z którą mieliśmy do czynienia wczoraj, ten wstyd i prawdopodobnie nieunikniony, i bardzo poważny, kryzys zaufania dla Prawa i Sprawiedliwości, ale też idealnie suche stopy z jakimi z tego zamieszania póki co wychodzi Macierewicz, pokazują bardzo wyraźnie, że ja tu mam jeszcze bardziej rację niż jeszcze parę dni temu. Żeby w pozornie idealniej politycznie sytuacji wpędzić swój życiowy wręcz projekt w tak ciężkie kłopoty, trzeba być albo idiotą, albo być do tego zmuszonym. Mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki, z solidnym wsparciem ze strony Prezesa, sobie z tym poradzi. Najwidoczniej Beata Szydło nie miała wystarczającej siły. Ci może jednak dadzą radę.
      I już na sam koniec mam dla wszystkich moim zdaniem interesującą propozycję. Jak wiemy, tuż po tym, jak Prezes nominował go na stanowisko premiera, Morawiecki pierwsze swoje kroki skierował do nie do "Rzeczpospolitej", nie do Karnowskich, nie do wreszcie Kurskiego z Rachoniem, ale do Telewizji Trwam, by wziąć udział w „Rozmowach Niedokończonych”. Przyglądajmy się uważnie, w jaki sposób w najbliższym czasie będzie traktował Antoniego Macierewicza ojciec Rydzyk.


Zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie niezmiennie są do kupienia moje książki.  

poniedziałek, 11 grudnia 2017

O Polsce mleka i miodu przed żydowską inwazją

Chodziły mi ostatnio po głowie przeróżne tematy, które mogłyby spokojnie wypełnić dzisiejszą notkę, jednak, o czymkolwiek bym sobie nie pomyślał, wszystko natychmiast jest wypierane przez kolejne rewelacje na temat Mateusza Morawieckiego, jako owej żydowskiej piątej kolumny, mającej na celu ostateczne pogrążenie Polski w nędzy i moralnym upadku, i zmuszenie naszych dzieci do ostatecznego wyjazdu, możliwie najdalej stąd. W tej sytuacji nie mam innego wyjścia, jak wzywać do opamiętania, choćby przy pomocy moich dawnych tekstów, pisanych jeszcze w czasach, gdy Polskę niszczyli Polacy, a jedynym wpływowym Żydem była Zyta Gilowska, przez swoją chorobę już wtedy szczęśliwie odsunięta na boczny tor. Oto pamiętny rok 2012. Zapraszam do refleksji.  


      Właśnie dotarła do nas wiadomość, że internetowe domeny polska.pl, poland.pl, ale też literatura.polska.pl zostały przejęte przez spółkę Agora. Kompletnie nie mam pojęcia, jak to się odbyło. Czy może dotychczasowy właściciel tych domen, a więc NASK nagle pomyślał, że właściwie można by było je sprzedać Agorze i je sprzedał, czy może to Agora bardzo się starała, by je sobie kupić i w końcu udało jej się te domeny od NASK-u wydębić? Nie wiadomo tu akurat nic, ponieważ, jak słyszę, wszystko odbyło się w najwyższej tajemnicy, bez jakiegokolwiek przetargu, a zatem nawet nie wiadomo za jaką cenę, no i mamy co mamy.
      Jedno wiadomo z całą pewnością. Polskie Państwo, a więc wszędzie na świecie absolutnie naturalny właściciel tego typu nazw, albo nie wykazało w stosunku do tych domen jakiegokolwiek zainteresowania, albo – wręcz przeciwnie – wykazało zainteresowanie na tyle duże, by uznać, że tylko Agora będzie potrafiła godnie wejść w rolę ich szafarza i otworzyło temu geszeftowi drzwi na oścież. Więc to wiadomo. Ale, jak sądzę, wiadomo jeszcze coś. W gruncie rzeczy doszło do przejęcia na poziomie tak dotychczas nieznanym, i tak symbolicznie znaczącym, że każde kolejne słowo, jakie tu padnie, nawet w jednym ułamku nie odda sprawiedliwości temu, co należałoby powiedzieć. No bo co pozostaje? Zażartować, że w tej sytuacji Polsce, jeśli zajdzie taka potrzeba, pozostanie już tylko używać domen polen.pl, lub polsza.pl?
     Sytuacja jest więc dramatyczna, i to, jak się zdaje, dramatyczna w kształcie całkowicie nowym, a jedyne co nam pozostaje, to dokładnie to samo co wczoraj, przedwczoraj i miesiąc temu. A więc cierpliwe czekanie i wskazywanie palcem na to, czemu ani na moment nie wolno pozwolić się ukryć. A jak kto ma ambicje nieco wyższe od podstawowych, niech spróbuje zgadnąć, co ma jedno z drugim wspólnego.
      Wydaje się więc, że wszystko się zaczęło od Lejba Fogelmana, nowojorskiego Żyda, który, jak wszystko na to wskazuje, straciwszy odpowiedni szpan w owym Nowym Jorku, postanowił wrócić do Polski i spróbować swoich sił na gruncie gwiazdorzenia prowincjonalnego. Swoją drogą, ten przykład upadku jest tak spektakularny, że warto by mu poświęcić całkowicie osobny tekst, lub kto wie, czy nie nakręcić jakiegoś interesującego filmu, czy napisać książki. No bo ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że zdolność do autopromocji akurat wśród przedstawicieli narodu wybranego jest szczególna, ale jak idzie o tego Fogelmana, wydaje się, że on tam jednak coś kiedyś miał. W końcu był – czy może wciąż jest – zatrudniony w firmie Dewey & LeBoeuf, która wprawdzie pozostaje zaledwie jedną z wielu, ale za to jedną z wielu w dość istotnym miejscu. A zatem, jak mówię, coś tam mieć musiał. To jest oczywiste. No i nagle okazuje się, że ten wybitny człowiek z dnia na dzień staje się „króliczkiem Vivy” i bryluje już wyłącznie na trzeciorzędnych bankietach gdzieś tak między Justyną Steczkowską a Kazimierzem Marcinkiewiczem. A więc, jak mówię – ciekawe.
      Zaczęło się więc od tego Fogelmana i od razu poszło w stronę Kulczyka i jego… diabli wiedzą kogo – żony, partnerki, konkubiny – niejakiej Przetakiewicz, no a skoro Przetakiewicz, to i już wszystkich, a więc Moniki Jaruzelskiej, Wojciecha Fibaka, Aleksandry Kwaśniewskiej, jej mamy i chłopaka, i wreszcie całych tuzinów jakiegoś niezidentyfikowanego buractwa spod Piaseczna. No a skoro zaczęliśmy się zajmować tą menażerią, to wyszło na to, że to wcale nie jest tak że oni stanowią jakiś tam nasz lokalny folklor, który od nas chce tylko jednego – żeby się od nich odczepić i dać im żyć tak jak sobie zamarzyli. O nie! Oni nagle, stając się częścią pewnego bardzo perfidnego planu, polegającego na wciągnięciu znacznej bardzo części naszego społeczeństwa w ten ich świat, nie jako uczestników, ale otumanionych tym światłem widzów, stali się też niemal podstawową częścią Systemu.
      Powtarzam. Nie mamy najmniejszego powodu, żeby na te ich ekscesy wzruszać ramionami. To wcale nie jest tak, że oni wszyscy, z których zresztą, tak w pełni świadomie, naprawdę znamy zaledwie paru, tworzą jakiś zamknięty krąg, który ani nie jest naszą sprawą, ani my nie stwarzamy żadnego problemu dla nich. Jestem głęboko przekonany, a ostatnio bardziej niż kiedykolwiek, że nawet jeśli kiedyś w istocie był taki czas, że oni stanowili swego rodzaju rezerwat, dla nas, zwykłych ludzi, co najwyżej zabawny, to dziś ostatnią rzeczą jaką powinniśmy robić, jest ich lekceważyć. Bo oni są dokładnie tak samo dla nas ważni jak TVN Style, MTV Polska, galerie handlowe, Szkło Kontaktowe, czy nawet „Gazeta Wyborcza”. Sytuacja jest taka niestety, że dokładnie każdy ruch, każde słowo wypowiedziane przez jakąś Katarzynę Glinkę znaczy dla nas o wiele więcej, niż choćby ten skromny felieton.
      Dosyć niedawno Robert Mazurek uznał za stosowne przeprowadzić wywiad z pewnym posłem od Palikota, którego nazwiska szczęśliwie nie pamiętam, a który w tej rozmowie wyznał, że on z burdeli korzysta, i zawsze mu się wydawało, że dla każdego normalnego mężczyzny ten rodzaj aktywności jest czymś zwyczajnym. Doszło do tego, że kiedy mu Mazurek powiedział, że on i jego znajomi do burdeli nie chodzą, nieszczęśnik ów uznał, że to mazurkowe towarzystwo musi być jakieś dziwne. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że te słowa to pewnie jakaś prowokacja, której logika pozostaje dla mnie głęboko ukryta, ale nagle zdałem sobie sprawę, że wcale nie. On może faktycznie uważać, że chodzenie na kurwy jest tak samo normalne, jak palenie marihuany, czy upijanie się na Sylwestra. Może tak być, że on na naszej scenie nie znalazł się jako jakieś nieszczęście losu, ale autentyczny emisariusz nowych czasów. I że to tylko my i paru nam podobnych, czytając tę jego wynurzenia na temat tego kurestwa, odczuwamy powiew egzotyki.
      Pomyślałem sobie, co pomyślałem, i nie minęło wiele czasu, jak nasz kolega raven59 przesłał mi link do wywiadu z „Gazety Wyborczej” jeszcze sprzed niemal dziesięciu lat z niejakim Aleksandrem Pociejem – „adwokatem, felietonistą, graczem w polo” – na temat czegoś, co popularnie nazywa się „warszawką”, a czego częścią jest, jak sam się o dziwo do tego przyznaje, ów Pociej. Ciekawy dla nas jest cały ten wywiad, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy kwestii ogólnej. Otóż ten Pociej bez mrugnięcia okiem przyznaje się do czegoś, co z punktu widzenia kogoś takiego jak ja, jest absolutnym i jednoznacznym obciachem, a więc do tego, że wśród jego bliskich znajomych znajduje się na przykład Monika Jaruzelska, że on bywa tam gdzie bywa nie dlatego, że tam jest jakoś przyjemnie, czy smacznie, lecz dlatego, że tam bywać wypada. A to że tam bywać wypada, wynika nie z jakiś zawodowych, czy finansowych potrzeb, co przecież byłoby jakoś zrozumiałe, lecz z tego, że z ludźmi, którzy tam bywają łączy go status majątkowy i… sport, a więc „przede wszystkim narty, potem tenis, konie, żeglarstwo”.
     Proszę dobrze zrozumieć, o co mi chodzi. Ów Aleksander Pociej, człowiek, który, jak sam przyznaje, należy do „stu, dwustu osób”, które tworzą tak zwaną „warszawkę”, opowiada o swoim życiu tak jak my byśmy opowiadali o tym, że dziś rano, tak jak zwykle wstaliśmy i poszliśmy do pracy. A to jego opowiadanie sprowadza się do tego, by nas poinformować, że ten jego świat, to jest taki dziwny świat, gdzie jeśli ktoś jest odpowiednio zamożny, jeździ na nartach i jest do tego córką komunistycznego mordercy, to w jednej chwili staje się też częścią „grupy ludzi, mimo że zupełnie różnych, jakoś do siebie pasujących, lubiących się na gruncie towarzyskim”.
      A zatem, to jest to, co nazywam ogólnym wymiarem rozbłysku tej czerni. Na poziomie szczegółowym, dzieje się jednak równie ciekawie. Otóż Aleksander Pociej, „adwokat, felietonista, gracz w polo”, w pewnym momencie, pytany, co ciągnie ludzi do owej „warszawki”, odpowiada tak: „Myślę, iż to samo, co wszystkich. Każdy chce wyjść na chwilę poza swoją grupę zawodową. Na gruncie prywatnym pogadać z dziennikarzami, poznać ludzi filmu i telewizji. Co nie jest bez znaczenia, ta grupa przyciąga wiele pięknych kobiet, a w końcu część polityków to też mężczyźni”.
      I to jest dla mnie całkowita rewelacja. Niemal tak jak wyznanie tego posła od Palikota, z którym ostatnio zaprzyjaźnił się Robert Mazurek, co do standardowości uczestnictwa w nierządzie. Otóż okazuje się, że przede wszystkim, nie dość że „każdy” chce wyjść poza swoją grupę zawodową, to skoro już wychodzi, to nie po to, by się rozejrzeć, co słychać w świecie, ale żeby się spotkać i poprzebywać z „dziennikarzami, ludźmi filmu i telewizji”. I to jest dokładnie ten sam wymiar, jak nam został przedstawiony w rozmowie Mazurka. Oto norma – najpierw idziemy do burdelu, a potem, kiedy potrzeby fizyczne zostały już zaspokojone, nadchodzi czas na ucztę intelektualną w towarzystwie „ludzi filmu i telewizji”. No i dziennikarzy. No i oczywiście wciąż są te kurwy. Jasne że przedstawione w sposób znacznie bardziej elegancki niż tu na blogu, no ale nie ma się czemu dziwić: w końcu my tutaj, to zwykłe „łobuzy i bandyci”. Z PiS-u. Wciąż więc są te kurwy. Bo to jest przecież też oczywiste: „ta grupa przyciąga wiele pięknych kobiet”.
      Ta relacja, którą z kolei ja tu relacjonuję, jest tak dramatycznie szokująca, że mam nieustanne wręcz poczucie, że powinienem jak najszybciej kończyć, bo każde moje słowo tylko osłabia końcowy efekt. No ale trudno. Trzeba jeszcze parę rzeczy powiedzieć. Przede wszystkim, a propos tych pięknych kobiet. Nieco wcześniej, w rozmowie z „Wyborczą”, Aleksander Pociej skarży się, ze przez te wszystkie lata nowej Polski wokół biznesu zrobiła się tak nieprzyjemna atmosfera, że z towarzystwa w znacznym stopniu wywiało polityków. Kiedyś bowiem ich tam było co niemiara, ale dziś „tak napiętnowano ich bywanie w tych samych miejscach co przedsiębiorcy, że ewentualnie przysyłają żony i to też nie wszyscy”. A ja już się tylko zastanawiam, czy te żony tam występują w roli tych „pięknych kobiet”, czy może muszą grzecznie czekać w kolejce, aż trafi się ktoś bardzo pijany.
      No i najważniejsze. Ten świat – teraz już możemy mówić o świecie wspólnym i dla tych onanistów od Palikota i dla tych buraków próbujących gdzieś pod Warszawą grać w polo – to świat, który był nam szykowany już wiele lat temu, a dziś wreszcie święci tryumfy. Świat, gdzie coś, co standardowo i historycznie zawsze się określało jako „kurwienie się”, nagle stało się czymś tak całkowicie naturalnym, że jeśli my stajemy dziś wobec tego autentycznie zamurowani, oni na nas patrzą jak na kosmitów. Oczywiście, z tymi posłami, z którymi sobie gawędzi Robert Mazurek nie mamy jakiegokolwiek kontaktu. Podobnie, nawet nie bardzo jesteśmy sobie wyobrazić tych wszystkich ludzi, którzy gdzieś tam się właśnie rozrywają z Aleksandrem Pociejem i jakąś Kiką, Diną czy Lejbem w Barbadosie, Rabarbarze, czy zwyczajnie w Bukszy u Olbrychów. Natomiast z całą pewnością możemy spróbować się do tego świata przymierzyć. Przede wszystkim, oglądając w kolorowych magazynach zdjęcia z różnych gali, na które część z wysłanników owego świata zawsze chętnie zajrzy, i da się specjalnie dla nas sfotografować. Żebyśmy ten ich świat wiedział jaka jest sytuacja na froncie, a my, żebyśmy poczuli, co tak naprawdę się w życiu liczy.
      Te magazyny z zasady są nam sprzedawane po bardzo przystępnych cenach, no ale wiadomo – nikomu nie jest dziś lekko. W tej sytuacji istnieje system promocji, który nagle, w prezencie świątecznym na przykład, sprzeda nam te obrazki za marne 99 groszy. A jeśli dla kogoś i to się okazuje za dużo – na przykład, za 99 groszy gdzieniegdzie można kupić dwa jajka, lub kilo kartofli – może się ładnie wystroić i pójść sobie do lokalnego hipermarketu, i tam, w dobrym świetle, obejrzeć sobie te zdjęcia za darmo w jednym z kiosków z gazetami.
PS. Ponieważ rozmowa z Aleksandrem Pociejem miała miejsce przed wielu już laty, pomyślałem sobie, że ciekawe by było się dowiedzieć, co u niego słychać dzisiaj. W końcu 10 lat to szmat czasu. Nawet człowiek kochający sport może się pochorować, lub skończyć jeszcze marniej. Sprawdziłem więc tego Pocieja. I mam dobrą wiadomość. On żyje słodko. Jak zawsze. Aktualnie w charakterze senatora Platformy Obywatelskiej. I jak tu nie przyznać, że kolorowe magazyny to jednak potęga?


Zachęcam jak zawsze do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.


niedziela, 10 grudnia 2017

Kto się boi czarnego Żyda?

     Jak być może niektórzy z nas zechcieli zauważyć, przedwczoraj zamieściłem tu dość obszerną notkę, w której próbowałem przedstawić swoje refleksje na temat powodów zapowiadanej rekonstrukcji rządu, której pierwszym punktem miała być wymiana premiera. Kiedy pisałem ów tekst, nie miałem jeszcze pojęcia, czy do rekonstrukcji faktycznie dojdzie, a jeśli dojdzie, to kiedy, no i przede wszystkim, jak ona faktycznie będzie wyglądała. A zatem, treścią wspomnianej notki nie było ani omawianie kształtu nowego rządu, ani dyskutowanie walorów nowego premiera, ani tym bardziej zachwycanie się nowymi perspektywami dla Polski, ale zaledwie próba analizy przyczyn, dla których Jarosław Kaczyński, wedle wszelkich danych, zdecydował się na zmianę premiera, podczas gdy jakiejkolwiek potrzeby dla tego ruchu nie było.
      Ja wprawdzie, tak zresztą, jak to zawsze robiłem, starałem się unikać zwrotów „moim zdaniem”, „nie wiem, ale wydaje mi się”, czy „możliwe, że się mylę” i chyba tylko raz napisałem wyraźnie i jednoznacznie, że to co piszę, to zaledwie spekulacje, będące wynikiem wyłącznie moich rozmyślań i przeczuć, ale myślę, że dla każdego z nas, kto tu lubi spędzać wolny czas, było jasne, że ja nie zdradzam żadnych tajnych informacji, lecz najlepiej jak potrafię analizuję sytuację i staram się uczciwie przedstawić swoje argumenty na to, że w moim mysleniu jest pewien sens.
      Napisałem więc ten tekst, a kiedy już wiadmo było, że premierem został Mateusz Morawiecki, zareagował mój kumpel Coryllus i zrobił dokładnie to, co ja wcześniej, czyli przedstawił swoje refleksje, również bez zasłaniania się bezsensownymi zastrzeżeniami, że on tylko wyraża własne zdanie, a jeśli się myli, to bardzo przeprasza, licząc tka jak ja na to, że czytelnicy wiedzą, że za tymi uwagami nie kryje się żadna wiedza, ale bardzo głęboka i uczciwa analiza tego, co przed nami.
      Muszę tu wspomnieć o bardzo ciekawej reakcji naszego kolegi, Lemminga, który najpierw przeczytał mój tekst i napisał mi, że jego zdaniem mam rację, by następnie zapoznać się z tekstem Coryllusa i powiedzieć mi co następuje: „Więc to co Gabriel pisze dziś to mi się bardzo podoba. To znaczy to jest jawnie sprzeczne z Twoją wizją, ale ja myślę że jedna z tych dwóch jest prawdziwa, out-out”.
      I to mnie prowadzi do mojej podstawowej dziś myśli. Otóż jest tak, że my tu piszemy od lat te teksty, każdego dnia dzielimy się swoimi przemyśleniami, starając się, jeśli nawet nie przekonać, to zainspirować czytelnika do własnych już refleksji, ewentualnie do jakiejś inspirującej polemiki i jest w porządku. Niestety, tym razem – być może dlatego, że temat jest naprawdę poważny, a może po prostu trudny – zdecydowana większość komentarzy, przede wszystkim na Szkole Nawigatorów, ograniczyła się do powtarzania jakichś nieznośnych wręcz z mojego punktu widzenia frazesów na temat tego, że Morawiecki to działający na zlecenie londyńskiego City Żyd i że oto rozpoczął się ostateczny etap oddawania Polskie we władanie międzynarodowych gangów, co nas doprowadzi do takiego punktu, gdzie zatęsknimy za premier Kopacz i jej tak dobrze nam znanym urokiem. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że tak się może stać, jednak proszę zwrócić uwagę, że poza Coryllusem, i w pewnym sensie Lemmingiem, dosłownie nikt nie próbował mi wskazać moich błędów w myśleniu, a jedyne co mogłem przeczytać, to kompletnie bezwartościowe deklaracje typu „Polska ginie a Żyd żyje”, no i naturalnie „Chrystus jest naszym Panem”. Przepraszam bardzo, ale jeśli się ktoś zastanawia, czemu ja nie wziąłem udziału w tej niby-debacie, to odpowiadam tak jak już parę razy wcześniej, że nie jestem w stanie brać udziału w dyskusji, gdzie problemy komentatorów się kończą tam, gdzie moje się dopiero zaczynają. Już pokazuję, o co mi chodzi, na jednym zaledwie przykładzie. Otóż w komentarzach pod wspomnianą notką pojawiło się nazwisko Lejba Fogelmana, z taką najwidoczniej intencją, by mi uświadomić zagrożenia przed jakimi Polska stoi po tym, jak premierem został Mateusz Morawiecki. Otóż chciałbym tych, którzy nagle poczuli się jakimiś szczególnymi odkrywcami, poinformować, że ja o Fogelmanie pisałem na tym blogu, kiedy jeszcze większość z tych mądrali nie miało pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje. Również całkiem niedawno, podczas wizyty prezydenta Trumpa w Warszawie, to akurat ja jako jedyny zwróciłem uwagę na to, że przy nim cały czas kręcił się ów Fogelman. A więc, proszę mnie łaskawie nie straszyć, bo choć z całą pewnością może się okazać, że gówno z tego co się dzieje rozumiem, to z pewnością rozumiem więcej, niż większość z tych co przychodzą tu i próbują zrobić na mnie wrażenie.
     Przypomnę może fragment swojego tekstu z roku 2011 zatytułowanego „Lejb Fogelman, człowiek z koszerną busolą”, który tak się spodobał prof. Gilowskiej, że zechciała mi opowiedzieć na temat tego Żyda fantastyczną wręcz anegdotę, którą powtórzyłem w książce „O samotnej wyspie…”, a którą dziś,  niemal jako swoją, bezczelnie i gdzie tylko może kolportuje niejaki Stanisław Krajski.
      O tak. Krajski. Ten też z całą pewnością jest również bardzo rozczarowany tym, że premierem został Morawiecki. Ale wróćmy do roku 2011.


      
      O Fogelmanie po praz pierwszy usłyszałem jeszcze przed laty, kiedy to Robert Mazurek, w ramach swojego cyklu „Rozmowa Mazurka”, wówczas jeszcze w „Dzienniku”, przeprowadził z nim niezwykle interesujący wywiad. To co było dla mnie tam interesujące, to przede wszystkim to, że ów Fogelman przedstawiał się jako dumny kolega z dzieciństwa obu braci Kaczyńskich, że wspominał ich z niezwykłą sympatią i że o Polsce mówił nie jak Żyd, który ma do niej wyłącznie pretensje, lecz jak Polak, który ją kocha i szanuje. Pytany przez Mazurka o Kaczyńskich, opowiadał przede wszystkim, że Kaczyńscy tacy jakich on zna, nie mają nic wspólnego z Kaczyńskimi malowanymi przez oficjalną propagandę. Że on ich pamięta jako świetnych kolegów, dzielnych chłopców, wybitnych erudytów. W pewnym momencie wspomina Fogelman, jak to w roku 1968 razem z Kaczyńskimi był na jakimś studenckim obozie wojskowym i oni tam byli wśród tych „naprawdę nielicznych”, którzy protestowali przeciwko napaści bloku komunistycznego na Czechosłowację i „zachowali się bardzo godnie”.
      I oto po latach zaglądam do magazynu „Wprost”, a tam znajduję coś co się nazywa „Alfabet Lejba Fogelmana”, w którym dokładnie ten sam Fogelman, co przed laty, opowiada o ludziach, których miał okazję – bezpośrednio i już mniej osobiście – poznać w swoim barwnym życiu, a więc i o prezydencie Obamie, o Franku Zappie, Jimim Hendriksie, z jednej strony, a Zbigniewie Zamachowskim, czy Borysie Szycu – z drugiej. No i w pewnym momencie pojawia się też nazwisko prezydenta Kaczyńskiego. I oto nagle okazuje się, że Fogelman, owszem, kolegował się z Lechem Kaczyńskim, kiedy chodzili razem do szkoły, tyle że już z Jarosławem nie bardzo. Ale nawet jeśli idzie o Lecha, to on nagle już nie wspomina go jako dzielnego, inteligentnego chłopaka o niesłychanej wręcz pamięci, choć owszem, bardzo dobrze pamięta ów obóz wojskowy. A było tak, że ponieważ Lech Kaczyński był zawsze kurduplem, jego wojskowy płaszcz był na niego tak bardzo za duży, że się za nim śmiesznie ciągnął. No i Lejb Fogelman miał w zwyczaju zachodzić go od tyłu i mu ten płaszcz przydeptywać. I wtedy najczęściej działo się tak, że Lech Kaczyński wywalał się na mordę i była kupa śmiechu. Takie wspomnienia.
       Lejb Fogelman ze swoim kolegą z dzieciństwa spotykał się również w latach już ostatnich, kiedy Lech Kaczyński jeszcze żył i był prezydentem Polski, i dziś dla „Wprostu” opowiada, jak to zawsze borowcy mieli wielki kłopot, bo on nieustannie robił Kaczyńskiemu tak zwaną „mukę”. Sprawdziłem w Sieci, co to jest ta „muka” i okazuje się, że to jest taki mocny kuksaniec, jaki mają zwyczaj koledzy w szkole od czasu do czasu sobie dawać. A więc to jest dzisiejsze wspomnienie Lejba Fogelmana dotyczące Lecha Kaczyńskiego – ten kurdupelski płaszcz, ten pad na mordę i te kuksańce.
      Ktoś zapewne zapyta, cóż takiego się stało, że wówczas Lejb Fogelman wspominał Lecha Kaczyńskiego z taką sympatią, a dziś uważa za stosowne wyłącznie z niego szydzić, i to najprawdopodobniej przy pomocy wyssanych z palca głupich kłamstw? Czy to możliwe, że jemu zmieniła się ta perspektywa wyłącznie dlatego, że w międzyczasie Lech Kaczyński został zamordowany w Smoleńsku i dla kogoś takiego jak Fogelman, ze szczególnych względów historycznych i kulturowych, tego rodzaju śmierć jest zwyczajnie obrzydliwa? Że tu mogą w grę wchodzić jakieś trudne dla nas do rozpoznania kwestie udręczonego sumienia? Nie sądzę. Moim zdaniem, Lejb Fogelman nie był szczery wtedy, kiedy udzielał wywiadu Mazurkowi, ale też nie jest szczery dziś, kiedy pisze na zamówienie Tomasza Lisa. Dla niego liczy się wyłącznie władza, zaszczyty i pieniądze – faktyczne i ewentualne. Mieszkał sobie ten Fogelman w Nowym Jorku i dowiedział się, że w Polsce prezydentem został Lech Kaczyński, człowiek z którym on kiedyś chodził do klasy. No i pomyślał od razu, że jest to dobry kierunek. W jaki sposób? Nie wiadomo, ale trudno, by tego przynajmniej nie spróbować sprawdzić. Dziś, kiedy Lecha Kaczyńskiego już nie ma, ten adres został z notesu skreślony, natomiast zamiast niego pojawiły się inne: Borysa Szyca i Zbigniewa Zamachowskiego. Teraz to oni są dla Fogelmana władzą.
      I z mojego punktu widzenia, odbieram to jako bardzo dobry znak. Otóż, jak wiemy, Żydzi zawsze – pomijając czasy współczesne, kiedy to oni sami tę władzę najczęściej sprawują – przylepiali się do tych, którzy akurat przy władzy mieli okazję być, i to na absolutnie wszelkich warunkach. Znamy tę prawdę zarówno z przekazów historycznych, jak i z literatury. Całkiem niedawno choćby wspominaliśmy tu „Nadberezyńców” Czarnyszewicza. Otóż była tam taka scena, kiedy z pewnego nieistotnego tu powodu miało dojść do szkolnej bitwy na kulki śnieżne między Rosjanami, a innymi dziećmi. Zanim cokolwiek się miało szansę zacząć, dzieci żydowskie natychmiast pobiegły do Rosjan i poprosiły ich, by ci ich wzięli w niewolę. Że one nie chcą się bić, chcą być niewolnikami, a jak trzeba będzie, to oni pomogą Rosjanom prać Polaków. Oczywiście, dziś czasy mamy takie, że scena opisana przez Czarnyszewicza woła o pomstę do nieba, zarówno jako oczywiście historycznie z gruntu fałszywa, a poza tym wyrażająca nasz typowy polski antysemityzm. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet jeśli jest tak, jak nas naucza dzisiejszy świat, że Żydzi są zaledwie takimi samymi ludźmi, jak my, tyle że może nieco zdolniejszymi, Czarnyszewicz doskonale pokazał to, co nam zaprezentował Lejb Fogelman, a więc na czym polega żydostwo w ujęciu karykaturalnym. On w latach, gdy Lech Kaczyński był polskim prezydentem, gotów był oddać się w niewolę jemu, a kiedy tym prezydentem być przestał, oddaje się w niewolę tym, którzy – zgoda, że być może zaledwie symbolicznie – tej prezydentury go pozbawili.
      Co w tym jest takiego, że jestem skłonny traktować to jednak jako znak dobry? Otóż tak naprawdę nie chodzi nawet o samego Lejba Fogelmana. Z tego co on tam w tym swoim alfabecie pisze, wynika jednoznacznie, że on jest tak naprawdę nikim. Że to całe gadanie o tym, jak to on, czy może jego kancelaria, reprezentowała interesy Michaela Jacksona, to jakieś nic nie znaczące bzdety. Gdyby Fogelman choćby w jednym procencie był tak ważny, jak się przedstawia, przede wszystkim nie pieprzyłby o tym, że miał okazję kiedyś sikać obok Jimiego Hendriksa, lub znał przez chwilę kogoś, kto pieprzył Brigitte Bardot i miał okazję być jednym z mężów Michelle Pfeifer, bo takie historie każdego dnia może mi opowiadać córka pewnego mojego kolegi, która pracuje w pewnej bardzo ważnej londyńskiej firmie postprodukcyjnej i tego rodzaju kontakty stanowią dla niej chleb powszedni, tylko by się z tą Pfeifer sam ożenił. Jeśli natomiast Lejb Fogelman uważa za stosowne chwalić się czytelnikom tygodnika „Wprost” tym, że kiedyś zamienił parę słów z Angelą Jolie, to znaczy, że jest zwykłym dupkiem.
      Dobra wiadomość, jaką uzyskałem z tego popisu tandety natomiast jest taka, że wszystko wskazuje na to, ze Lejb Fogelman, zmieniając swojego pana, przeskoczył z Lecha Kaczyńskiego na polskich celebrytów tak zwanego młodego pokolenia. W tym swoim alfabecie, obok Hendriksa i Franka Zappy, Fogelman wymienia – w kolejności chronologicznej – Andrzeja Chyrę, Szymona Majewskiego, Borysa Szyca, Kubę Wojewódzkiego i Zbigniewa Zamachowskiego, i o każdym z nich mówi, że to jego „kumpel”, lub „przyjaciel”. Natomiast jedynym autentycznie liczącym się politykiem, a więc kimś kto poza długami ma jeszcze jakieś perspektywy, jest jego „dobry znajomy” Janusz Palikot.
      A ja sobie myślę, że jeśli po śmierci Lecha Kaczyńskiego, polskie towarzystwo tak ustosunkowanego Żyda, jakim jest Lejb Fogelman, ztanowi ta nędza, to znaczy, że tu nie ma już nic. Dla niego nie jest nawet odpowiednim rarytasem prezydent Komorowski i premier Tusk. Widać przez to wyraźnie, że doszliśmy do dna czysto kamienistego. Niżej już zejść się nie da. Oto polskie elity. Szyc, Majewski, Chyra i Lejb Fogelman. Dla nas jest to sytuacja, kiedy można brać naprawdę wszystko. I może to zrobić dosłownie każdy, nawet poseł Hofman z europoslem Porębą. I myślę, że ów moment odzyskiwania Polski jest już bardzo bliski. Przed nami dobry rok 2012.

Jak widać, pomyliłem sią aż o trzy lata. Nic takiego. Da się żyć.

Książka z listami od Zyty Gilowskiej jest do kupienia tu: https://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...