czwartek, 16 listopada 2017

Pomidor

       Jak już wspomniałem wczoraj, zmarł mój teść i owo odejście wiąże się z tyloma refleksjami, że przyjdzie czas, kiedy je tu po kolei wszystkie przedstawię. Dziś jednak nie bardzo mam siłę, ani też ochotę, do tego, by komentować bieżące wydarzenia.Natomiast z prawdziwą przyjemnością chciałbym zacytować podaną przez portal tvn24.pl informację o następującej treści:
       „Po dwóch latach rządów PiS 37 procent badanych w sondażu Kantar Public uważa, że nastąpiła zmiana na gorsze, a 36 procent - że na lepsze. 27 procent badanych nie ma zdania na ten temat. 47 procent ankietowanych jest zdania, że od objęcia władzy przez PiS, w Polsce zaszły duże zmiany, 6 procent uznało, że żadnych zmian nie ma. Z sondażu przygotowanego na dwulecie rządów PiS wynika, że 28 procent Polaków ocenia, iż Platforma Obywatelska rządziłaby gorzej od PiS, 27 procent jest zdania, że tak samo, a 18 procent, że lepiej. 27 procent badanych nie umie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Zmiany, które zaszły w kraju od przejęcia władzy przez PiS, jako duże ocenia 47 procent badanych, 31 procent uważa, że są one małe, a 6 procent wskazało w sondażu odpowiedź ‘żadne’. 16 procent nie wybrało jakiejkolwiek z odpowiedzi. Zdaniem 37 procent ankietowanych nastąpiła zmiana na gorsze; według 36 procent - na lepsze, 27 procent badanych nie ma zdania na ten temat”.
        Przepraszam, ale na to wszystko, ja mam tylko jeden komentarz: „Pomidor”.
        A jeśli ktoś potrzebuje wyjaśnienia, to wyjaśnienia z wczesniej przedstawionych powodów nie będzie, natomiast zachęcam do refleksji.


Nasze książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam gorąco.

środa, 15 listopada 2017

Tym razem bez tytułu

       Wczoraj, po paru miesiącach walki, zmarł mój teść. Odszedł nie cierpiąc, świadomy, że to już koniec, radosny na spotkanie po latach swojej ukochanej żony.
       A ja chciałbym dziś podziękować wspaniałym lekarzom z Oddziałów Neurochirurgii oraz Rehabilitacji Neurologicznej Szpitala Klinicznego w Katowicach – Ligocie za profesjonalną opiekę, za ich wysiłek, za dobrą cierpliwosć i stałą uprzejmość. Dziękuję paniom pielegniarkom i pielęgniarzom zarówno w Klinice, jak i w ośrodku Beta-Med w Chorzowie, wszystkim niezwykle sympatycznym, grzecznym i ofiarnym, za wszystko co zrobili, by te ostatnie dni były dla naszego taty i dziadka naprawdę dobre. Dziękuję też fantastycznym rehabiltantom zarówno z Oddziału Rehabilitacji Neurologicznej, jak i w Beta-Medzie. Na koniec też chciałbym podziękować ratownikom medycznym, z którymi w tym czasie miałem okazję się spotkać parokrotnie i którzy zawsze byli dla nas uprzejmi, profesjonalni i bardzo pomocni.

      Do zobaczenia, Tato. Mam nadzieję, że pozwolą Ci tam oglądać mecze Twojego Górnika Zabrze, no a przede wszystkim  Premier League.

wtorek, 14 listopada 2017

Arena idei, czyli wrestling dla lepszego sortu

       Przyznam, że niemal owo wydarzenie przegapiłem, ale, owszem, udało mi się kątem oka dojrzeć, że doszło do zapowiadanej od paru dni wielkiej debaty TVN-u , zatytułowanej z charakterystycznym dla tych ludzi wdziękiem, „Arena Idei”, podczas której na wyeksplowatowany już niemal do porzygania temat nienawiści, która rzekomo rozdarła Polskę na pół, przed zgromadzoną publicznością, oraz pod czujnym okiem red. Kolendy-Zaleskiej, dyskutowali ksiądz Boniecki, oraz profesorowie Łętowska, Bralczyk i Zybertowicz. Jak mówię, choć odpowiednio wcześniej wiedziałem o szykowaniu owego przekrętu, z czasem o nim zapomniałem i tylko zupełnym przypadkiem udało mi się obejrzeć niewielki jego fragment. Może zanim przejdę do rzeczy, wyjaśnię może, czemu wspominając o owej „rozdzierającej Polskę na pół nienawiści” użyłem słowa „rzekoma”. Otóż rzecz w tym, że, choć oczywiście ów podział istnieje i w pewnych swoich formach, jak choćby zabójstwo Marka Rosiaka, czy samobójstwo Piotra Szczęsnego, przybiera postać prawdziwie upiorną, ma znaczenie, tylko dla nas, natomiast dla ogromnej większości społeczeństwa stanowi coś tak egzotycznego, że gdyby im kazać sprawę komentować, oni nie wiedzieliby nawet, o co dokładnie chodzi. I dotyczy to nawet tych osób, które w codziennych plotkach lubią rzucić to tu to tam, że „Kaczyński to stary pedał”, albo że „Tusk to rudy złodziej”, jednak nawet im w głowie przeżywać jakąkolwiek nienawiść do kogokolwiek, poza oczywiście nielubianym sąsiadem, czy szefem w pracy. A zatem, jeśli dziś TVN organizuje wspomnianą debatę, podczas której wszyscy jej uczestnicy udają, jak to oni strasznie przeżywają fakt, że społeczeństwo jest tak okropnie podzielone, to robi to wyłącznie po to, by przedłużyć obu stronom, a sobie przede wszystkim,  alibi na dalsze lata wykorzystywania tego, jako argumentu w walce o władze i pieniądze.
     A zatem mieliśmy wczoraj ową niby debatę zorganizowaną wokół tego niby problemu, gdzie każdy znakomicie znał swoją rolę i robił wszystko, by nie doszło do niekontrolowanego wybuchu. I pewnie wszystko to nie byłoby warte komentarza, gdyby nie obecni na publiczności tak zwani „ludzie kultury”, z których rozpoznałem pisarzy Stasiuka i Chwina, a wysłuchałem Chwina. Otóż w pewnym momencie Chwin zwrócił się do Zybertowicza z pytaniem, czy on akceptuje pojęcie „gorszego sortu” jako część swojego słownika. I proszę sobie wyobrazić, że uzyskawszy tak doskonałą pozycję do tego, by zarówno Chwina, jak i całe to towarzystwo, zwyczajnie rozpędzić na cztery wiatry, mówiąc, że ależ tak, podobnie jak wy od dziesięcioleci traktujecie mnie, jako gorszy sort, tak samo i ja was uważam za sort jednoznacznie gorszy, Zybertowicz najpierw zaczął się zarzekać, że on osobiście korzystaniu w debacie z takich określeń się sprzeciwia i sam ich unika, a następnie zaczął temu durniowi tłumaczyć, że kiedy  Jarosław Kaczyński mówił o „gorszym sorcie” jemu tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego, czym oczywiście natychmiast sprowokował wrzaski pozostałych uczestników spotkania, oraz szydercze buczenie i śmiech ze strony publiczności i już po chwili musiał się grzecznie zamknąć.
      Mamy za sobą już niemal 30 lat owego mordobicia, gdzie wszyscy o wszystkich powiedzieli już niemal wszystko, zaczynając od pamiętnego „ciemnogrodu”, przez „moherowe berety”, czy „Januszów z Rzeszowa”, po wreszcie obsrywające za pieniądze z 500+ nadmorskie plaże rodziny z 500+ z jednej strony, czy „komuchów”, „zdrajców Ojczyzny”, „Żydów” i „sługusów Sorosa” z drugiej i nagle się okazuje, że pisarz Chwin ma problem z „gorszym sortem”? Czemu to zatem nagle dla Zybertowicza, wybitnego socjologa, okazało się takie trudne, by wytłumaczyć tej durnej pale, że gdy dochodzi miedzy ludźmi do poważnych sporów, jest rzeczą zupełnie naturalną, że w pewnym momencie jedni zaczynają uważać tych drugich, w tym, czy innym punkcie, za gorszych, głupszych, a niekiedy nawet podlejszych i że wówczas zaczynają nimi gardzić?
      A tu Zybertowicz miał zadanie szczególnie łatwe, ze względu właśnie na osobę Chwina. To bowiem nie kto inny jak Chwin przecież, o czym miałem okazję pisać przed wielu laty tu na tym blogu, wziął udział w zorganizowanej przez media zabawie pod tytułem, „Czy Polska jest sexy?” i przedstawił następujący opis Polaków: „Naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści”. Przepraszam bardzo, ale on chyba ludzi, o których nam z takim talentem opisuje, nie uważał za równy sobie sort. A, proszę zwrocić uwagę, Chwin nie gardzi nami za to nawet, że jesteśmy faszystami i chcemy zniszczyć demokrację, ani nawet za to, że kochamy Polskę w nieładny sposób, lecz wyłącznie za nasz „buracki” wygląd i charakter i niechęć do aferzystów. Za to więc, co on nazwywa „polskością”. Ile więc kosztowało to Zybertowicza, żeby zamiast się przed Chwinem bez sensu usprawiedliwiać, rzucić mu prosto w twarz: „Jasne, że uważam pana za gorszy sort. Człowiek, który z taką wyższością wypowiada się o ludziach, wśród których żyje, tylko za to, że ubierają się w lumpeksach i instynktownie nie lubią złodziei, nie zasługuje na nic lepszego”. A potem może jeszcze zwróciłbym się do Letowskiej z prośbą, by może doprecyzowała kwestię owych „peryferii”, o których wspomniała w wywiadzie dla „Wyborczej”, mówiąc: „I musimy zdecydować, czy chcemy być wschodnimi peryferiami Zachodu, czy zachodnimi Wschodu”.
      Ktoś powie, że może Zybertowicz akurat tamtej wypowiedzi Chwina nie znał, tyle że to nie ma najmniejszego znaczenia. Nawet gdyby on nie miał bladego pojęcia, kto to taki ten Chwin, powinien przede wszystkim mieć rozeznanie w zasługach, jaką choćby ci, którzy zaprosili go do udziału w tej debacie, mają gdy chodzi o zbudowanie wokół znacznej części Bogu ducha winnej części społeczeństwa atmosfery getta i morderczej wręcz pogardy, no a przede wszystkim miał znaleźć w sobie tę uczciwość, by Chwinowi powiedzieć, co myśli o nim i o takich jak on. A przewidując, że może być trudno, miał ze sobą wziąć do studia ów słynny tekst „Newsweeka” o głupich, brzydkich i zdziczałych Polakach z 500 +, rozwalających się jak robactwo na plaży we Władysławowie i poczytać im fragmenty.
      No ale nie wziął i nie przeczytał, a ja myślę, że to może i dobrze, bo jeszcze by się okazało, że ksiądz Adam Boniecki ze sobą z kolei zabrał kilka ulubionych egzemplarzy „Gazety Polskiej”, czy „W Sieci” i Zybertowicza trzeba by było stamtąd wynieść, jak wierzga i przeprasza, ze to przecież nie on, tylko Sakiewicz z Pawlickim.

Moje książki, jak zawsze są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedziwedz.pl. Zapraszam gorąco.

     

poniedziałek, 13 listopada 2017

O sumieniu księży i nie tylko

Oczywiście chciałbym, żeby to już było naprawdę po raz ostatni, ale Diabeł jeden wie, jak, jeśli w ogóle, sprawa będzie dalej rozwijała, więc obiecywać niczego nie będę. Przed nami więc jeszcze parę refleksji w temacie niedawnej śmierci pod Pałacem Kultury, jakie zamieściłem w minionym tygodniu w „Warszawskiej Gazecie”. Mam nadzieję, że, mimo wszystko, każdy z nas znajdzie tam coś nowego do tego, by się zadumać.    


      Nieoczekiwanie, tematem debaty stała się sprawa pewnego Piotra Szczęsnego, który 19 października (co ciekawe, dokładnie w rocznicę zamordowania działacza Prawa i Sprawiedliwości, Marka Rosiaka) podpalił się pod Pałacem Kultury, by zaprotestować przeciwko rządom Pis-u, i zwyczajnie zmarł. O tym, że sprawa ma szerszy zakres świadczy fakt, że o ile na samym początku ów biedny człowiek był przedstawiany w mediach jako Piotr S., dziś, dzięki zaangażowaniu takich ośrodków antyrządowej propagandy, jak „Newsweek”, jego nazwisko jest już własnością publiczną, i pojawiają się nawet głosy, by w dzień, w którym Szczęsny dokonał aktu samospalenia, oraganizować kontrmiesięcznice na wzór tych znanych nam od roku 2010.
     Mieliśmy w Polsce już wcześniej tego typu dramatyczne gesty, z których najbardziej wprawdzie znanym jest sprzeciw Ryszarda Siwca wobec inwazji Związku Sowieckiego na Czechosłowację, ale oprócz tego też samospalenie się Walentego Badylaka w proteście przeciwko ukrywaniu przez komunistyczne władze prawdy o Katyniu, no i wreszcie ów straszny gest z roku 2011, kiedy to przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów podpalił się pracownik Urzędu Skarbowego wyrzucony z pracy za próbę ujawnienia korupcji w swojej firmie. Wydaje się, że perspektywa, jaka została nam dziś podarowana, pozwala nam spojrzeć na te wszystkie przypadki z pewnym dystansem. Oto mamy ludzi, osiągających poziom desperacji, który prowadzi ich do śmierci faktycznie męczeńskiej, w pierwszym wypadku za wolność Czechosłowacji, w drugim za prawdę o Katyniu, w trzecim – tu akurat ów biedny człowiek szczęśliwie przeżył – za życie rodziny, no i zwykłą sprawiedliwość. Tym razem na scenie pojawia się ów Piotr Szczęsny i oddaje życie za demokrację, Europę i, last but not least, Puszczę Białowieską, a cała Polska zrywa się na równe nogi i ogłasza nową erę.
      I gdy wydawałoby się, że sprawa jest absolutnie czysta i każde dodatkowe słowo zbędne, do dyskusji włącza się Kościół i ustami biskupa Pieronka ogłasza, że oto doszło do aktu mądrości, ujawnionej przez bohaterstwo wręcz wyjątkowe. A zatem mamy dyskusję i tu pojawia się myśl sprzed wielu już laty znanego nam księdza Tischnera o nastepującej treści: „Mnich buddyjski dokonując aktu samospalenia, decydował się na ofiarę pełną bólu. Chciał w ten sposób krzykiem swoim ogłosić, że ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Nic na świecie nie boli tak jak oparzenie. Sumienie jest ostateczną instancją, która rozstrzyga, co człowiek powinien, a czego nie powinien zrobić. I gdybym zaobaczył, że taki jest głos jego sumienia, musiałbym to uznać”.
      Pojawia się owa myśl i nieoczekiwanie zaczyna stanowić argument w walce o Prawdę. Oto, jak się okazuje, każdy postępuje zgodnie z własnym sumieniem i ci będą zbawieni. Reszta, odwołująca się do jakichś przesądów i kombinująca bez sensu, balansuje na linie. I tak jak to ma miejsce już od lat, wygrywa ksiądz Tischner, ów słynny specjalista od „gówno prawdy” i jego kolejni uczniowie.


Moje książki można niezmiennie kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam goraco. 

niedziela, 12 listopada 2017

O prawie i sprawiedliwości w cieniu Krzyża

Doszło ostatecznie do procesu Murzyna, który parę miesięcy temu we włoskiej miejscowości Rimini, wspólnie z paroma innymi swoimi kolegami, brutalnie zgwałcił i poturbował pewną polską parę, i po zaledwie paru dniach rozprawy włoski sąd skazał Murzyna na 16 lat więzienia, czyli o dwa lata więcej, niż życzyła sobie prokuratura. 16 lat to czas oczywiście na tyle długi, byśmy nie mogli za bardzo przewidywać, jak się potoczy los tego szczególnego człowieka, jednak, jak podają media, plan jest taki, by po odsiedzeniu wyroku Murzyn wrócił do Konga, czyli do miejsca, skąd pewnego dnia przybył do Europy, by używać życia, i tam już pozostał.
Mimo że wbrew życzeniom Patryka Jakiego i jego wyborców, Murzyn nie został przekazany Polsce i skazany na rozczłonkowanie i powieszenie, niemniej większość z nas oczywiście odczuwa wielką satysfakcję, związaną w pierwszej kolejności z tym, że włoska policja odpowiednio szybko wytropiła owych gwałcicieli, no ale też z powodu błyskawicznie i bez zbędnych ceregieli wydanego, ale również stosunkowo surowego wyroku, patrzymy na pokazywane przez wszystkie niemal media zdjęcie sali sądowej, szukamy wzrokiem tego czarnego łba, wielu jednak z nas umyka coś, co moim zdaniem stanowi tu prawdziwy znak i symbol. Oto na ścianie, wysoko nad stołem sędziowskim, wisi wielki krzyż z Jezusem i wiemy, że choćby nie wiadomo jak bardzo Murzyn próbowałby uciekać wzrokiem, to wie, że już nie uniknie tego spojrzenia. Przez te trzy, czy cztery dni rozprawy, on będzie tam siedział i widział doskonale, przeciwko komu tak naprawdę wystąpił i w imię czyjego prawa będzie prawdopodobnie musiał zakończyć swoje nędzne życie w biedzie i upodleniu.
Spójrzmy proszę z prawdziwym zrozumieniem na to zdjęcie. To jest moc, której nie są w stanie osłabić choćby najbardziej pokrętne projekty wypluwane przez współczesny świat. Mamy te Włochy, to Rimini, ten sąd, ten Krzyż i już wiemy, o co chodziło z tymi mocami piekielnymi, które Go nie przemogą.




Jak zawsze zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

sobota, 11 listopada 2017

Borubar, człowiek z Ministerstwa Prawdy, odchodzi na zasłużoną emeryturę

     Przyznam, że nie wiem, czemu tak jest, ale mimo iż jest całe mnóstwo okazji do wspominania czegoś, co ostatecznie zapisało się w naszej najnowszej historii, jako „przemysł pogardy” – inna sprawa, że ja tu zdecydowanie bardziej wolę określenie „przemysł nienawiści” – dla mnie na pierwszym miejscu zawsze już będzie stał ów niezwykły projekt pod nazwą „Borubar”. Jak niektórzy z nas pamiętają, przez  ponad cztery lata swojej prezydentury Lech Kaczyński był dręczony na wszelkie możliwe sposoby, poczynając od zwykłych szyderstw, przez najbardziej wymyślne obelgi i kłamstwa, aż wreszcie po ostateczne rozwiązanie w Smoleńsku, ów „Borubar” jednak robi wrażenie czegoś wyjatkowo złego. Przez te wszystkie lata, podobnie zresztą jak w latach poprzednich i tych, które nastąpiły później, nie mieliśmy do czynienia z projektem tak doskonale szatańskim.
      Dzięki owemu projektowi wyatwaiano Lecha Kaczyńskiego na pośmiewisko przez wiele długich lat, a też zapewne i dziś to tu to tam on znakomicie spełnia swoje cele, a ja od samego początku wiedziałem, że jest tak naprawdę tylko jedna osoba, która mogłaby jednym krótkim gestem to zło uciszyć, a mianowicie sam Artur Boruc. Jestem głęboko przekonany, że gdyby on w odpowiednim czasie wystąpił publicznie i ogłosił, że nie ma najmniejszej wątpliwości, że Prezydent doskonale wie, jak on ma na nazwisko, że odcina się od tej nagonki i że sobie nie życzy, by go wciągać w coś tak podłego, to zło dostałoby fangę w ryj, a świat automatycznie stałby się lepszy.
      Niestety, z tego co wiem, Artur Boruc w tej sprawie zabrał głos tylko raz, na samym początku, kiedy poproszony przez któregoś z nich o komentarz odpowiedział: „Jeśli na moje mecze mają przychodzić tacy kibice, wolę grać przy pustych trybunach”. Dlatego też, kiedy wczoraj Telewizja Polska urządziła wielką fetę na cześć Artura Boruca właśnie, z okazji jego ostatniego występu w reprezentacji, a przy tym wręcz stawała na głowie, by pokazać, jaki z niego prawdziwy polski patriota i katolik, to ja przepraszam bardzo, ale mnie proszę do tego nie mieszać. Dla mnie Artur Boruc póki co pozostaje cześcią owego diabelskiego przekrętu i dopóki on nie zabierze w tej sprawie głosu po raz drugi, ja sobie nawet nie życzę słyszeć jego nazwiska.
     Minęło już wiele lat i zdaję sobie sprawę z tego, że są tu osoby, które nie bardzo wiedzą, w czym rzecz. Dla nich więc – ale też i dla nas, bo czemu nie – przypominam swój stary bardzo tekst o Borubarze, człowieku z Ministerstwa Prawdy. Zapraszam.



      W ciągu paru ostatnich dni, wśród osób komentujących na moim blogu, pojawił się kilka razy, podpisujący się różnie osobnik, którego komentarze niezmiennie zawierały absolutnie niemerytoryczne bluzgi pod adresem prezydenta Kaczyńskiego. Komentator ten nie komentował, nie polemizował, nawet nie krytykował w sposób szczególnie złośliwy. Jego komentarze stanowiły czyste obrażanie Prezydenta, przy użyciu najbardziej wulgarnego i chamskiego języka, dla samej satysfakcji obrażania. Mimo że z zasady nie usuwam jakichkolwiek komentarzy pojawiających się na moim blogu, w przypadku tego kogoś zrobiłem wyjątek. Z tego jednak co on pisał, zostało mi w pamięci jedno. O prezydencie – choć same epitety zmieniały się nieustannie –  niezmiennie mówił „Borubar”. Domyślam się, że w pewnym momencie uznał on, że to, iż Lech Kaczyński wymyślił, że piłkarz Boruc nie nazywa się Boruc, ale Borubar, jest wystarczającym powodem, żeby tępić Prezydenta na najwyższych rejestrach.
       Kiedy czytałem wpisy tego dziwnego człowieka, kasowałem je, czytałem kolejne, znów je kasowałem i znów czytałem następne, zastanawiałem się nad destrukcyjną –  destrukcyjną w naprawdę szatańskim stylu – potęgą mediów. Bo nie jest tak, że ten komentator narodził się sam z siebie. Nie jest tak, że on sobie chodził po świecie, czytał książki, wracał z pracy, oglądał telewizję i w tym czasie osiągnął opisany przez mnie stan. On został stworzony przez medialną propagandę i manipulację, która przez ponad dwa lata sączyła w jego serce i w jego duszę odpowiednio dobraną truciznę i ostatecznie zrobiła z niego idealnego robota, by, jako jeden z wielu podobnych sobie, mógł – razem ze swoim stwórcą – budować nowe czasy.
      Chciałbym dziś skupić się tylko na tym jedynym, zapamiętanym przeze mnie, elemencie zjawiska, o którym mówię, mianowicie na owym „Borubarze”. Ponieważ chcę wiedzieć, o co chodzi, zaglądam na youtube i tam znajduję jednominutowy filmik zatytułowany „Pan Prezydent o meczu z Austrią ... ‘Roker Perejro’ i Artur ‘Borubar’” http://pl.youtube.com/watch?v=gtg7Otj14rE.   
      Sprawa polega na tym, że po zremisowanym przez Polskę meczu z Austrią, dziennikarz Polsatu zwrócił się do Prezydenta z prośbą o ogólną ocenę tego, co się właśnie stało. Prezydent przez minutę opowiada o swoich wrażeniach, jego wypowiedź jest spokojna, stonowana, płynna – zwyczajna wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego na temat meczu. Pod sam koniec swojej wypowiedzi, Prezydent mówi następujące słowa: "ALE DOBRY TEŻ BYŁ NASZ BRAKMKARZ, ARTUR BORUC, BARDZO". Ponieważ, jak mówię, jest to już koniec całej kwestii, Lech Kaczyński mówi z naturalnie opadającą intonacją, co sprawia, że końcówka zdania jest niewyraźna, a biorąc pod uwagę fakt, że dykcja Prezydenta, jak zwykle, pozostawia wiele do życzenia, z tego „bardzo” pozostaje tylko zaakcentowana pierwsza sylaba „bar...”.
       W opowiadaniu J.D.Salingera „Just Before The War With Eskimos”, brat Seleny zwraca się do Ginnie z pytaniem: "Jeet yet?" Ginnie oczywiście nie rozumie, więc brat Seleny powtarza pytanie: "Jeet lunch yet?" Ponieważ pojawił się ów lunch, Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą, tylko chce ją poczęstować kanapką z kurczaka, tyle że mówi niestarannie. Skąd Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą? Stąd, że to jest oczywiste. Gdyby był idiotą to by się zachowywał jak idiota i można by było mu ten idiotyzm udowodnić na tysiąc innych sposobów, niż czepiając się jego wymowy.
      Każdy normalnie myślący człowiek wie, że w świecie, w którym żyjemy, to co słyszymy jest przetwarzane na dziesiątki różnych sposobów. Nasz głos może być niewyraźny, ponieważ odbija się echem, albo jest zagłuszany przez hałas, albo ginie wśród innych szmerów, czy wreszcie może być niewyraźny, bo mówimy niewyraźnie. Mówimy natomiast niewyraźnie też z różnych powodów. Albo mamy wadę wymowy, albo mamy marną dykcję, albo nam się mówić wyraźnie nie chce, albo jesteśmy zmęczeni, albo akurat z jakiegoś powodu coś nam się powiedziało niewyraźnie. Jedni z nas więc mówią, inni słuchają i choć oczywiście lepiej by było, gdyby jedni mówili wyraźnie, a drudzy słuchali uważnie, to tak się często dzieje, że coś się w tej transmisji psuje.
      W tej sytuacji jednak, mamy swój rozum i doświadczenie i oczytanie i wyobraźnię, więc często potrafimy się domyślić, kto co do nas mówi, mimo, że słowa są nieczytelne. Wiemy to i tylko niektóre przesadnie ambitne dzieci, kiedy słyszą coś, co brzmi im absurdalnie, zamiast uznać, że albo źle usłyszały, albo, że ktoś coś powiedział niewyraźnie, albo wręcz się przejęzyczył, wybuchają szyderczym śmiechem i zaczynają się głupio popisywać. Ojciec mówi na przykład: „Idź juśsie myć!”, a piekielnie inteligentny pięciolatek pyta: „Juśsie? Co to znaczy juśsie? Kto to jest Juśsie? Nie znam nikogo takiego”.
      W przypadku Borubara, nie sugeruję, że doszło do kontaktu Prezydenta z jakimś głupim jeszcze, choć, jak mówię, ambitnym dzieckiem. Nie było tak, że jakiś dziesięciolatek-prymus, po meczu Polski z Austrią, obejrzał rozmowę z Prezydentem, uznał, że Prezydent zamiast Boruc, powiedział Borubar i że warto by tę wypowiedź wbić na youtube’a i pokazać całemu światu, jaki to z Lecha Kaczyńskiego palant. Takich głuptasów nie ma nawet wśród dziesięcioletnich prymusów.
       Uważam, że było inaczej. Któryś z dorosłych uczestników tego, co się powszechnie nazywa walką polityczną, bądź, być może, ktoś zatrudniony na etacie przez odpowiednią sekcję w Urzędzie Rady Ministrów, albo odpowiednią komórkę wewnątrz współpracujących z obozem rządzącym mediów, słuchając wypowiedzi Prezydenta, zwrócił uwagę na tę, słynną już dziś, sekwencję i postanowił, że to może się okazać jeszcze większym hitem, niż Irasiad, czy wieśmaki. No i tego Borubara wylansował.
       Proszę zwrócić uwagę. Prezydent w tej samej wypowiedzi faktycznie powiedział „Perreiro” zamiast „Guerreiro”. Pomylił się. Pomylił się, bo może myślał, że Roger Guerreiro nazywa się Perreiro, albo po prostu Perreiro – co akurat mnie nie dziwi – zabrzmiało mu bardziej naturalnie i się zagapił. Ale proszę, zwróćcie też uwagę, że z tego „Perreiro”, media nie zrobiły takiego cyrku, jak z Borubara. Dlaczego? Dlatego, bo Kaczyński faktycznie się pomylił, a jego pomyłka – właśnie przez to, że się zdarzyła – była naturalna. A skoro naturalna, to mało użyteczna dla akcji zniesławiającej Prezydenta. Borubar, to co innego. Borubar gwarantował sukces.
      Oczywiście, w normalnie funkcjonującym społeczeństwie, ten numer by nie przeszedł. Z tej prostej przyczyny, że normalni członkowie normalnie funkcjonującego społeczeństwa, przede wszystkim nie uwierzyliby, że ktoś, i to niekoniecznie nielubiany przez nich prezydent, ale ktokolwiek, mógłby wykazać się aż taką wyobraźnią, żeby nazwisko Boruc przekręcić na Borubar. Boruc mógłby się zmienić w Boruta, albo Goruta, ewentualnie nawet w Borysa, ale – na Boga – nie w Borubara. I nieważne też by było, czy dla przeciętnego obserwatora miałby ten ktoś przekręcić to nazwisko w tak fantazyjny sposób z tego powodu, że zawsze myślał, że to nie Boruc, tylko Borubar, czy przez to, że się przejęzyczył, czy nawet przez to, że nagle pomieszało mu się w głowie i zapomniał, a jak już sobie przypomniał, to właśnie tak jakoś bez sensu. Standardowo myślący człowiek tego „Borubara” by nawet nie usłyszał. Normalny człowiek albo nie zrozumiałby końcówki wypowiedzi Prezydenta, albo by zgadł, że Prezydent wypowiedział na końcu słowo „bardzo", tyle że niewyraźnie. A najprawdopodobniej w ogóle by się nad tym nie zastanawiał, bo i trudno analizować każdy akcent w każdej wypowiedzi każdego człowieka, który mówi albo do nas, albo obok nas to tu to tam, od rana do wieczora. No, ale kiedy się kogoś naprawdę nienawidzi i kiedy nie jest się w stanie poradzić sobie z tą nienawiścią w sposób rozumny, to wówczas dochodzi do sytuacji najbardziej kosmicznych. Wtedy, albo z wyrachowania, albo z czystego zaślepienia, człowiek – niekiedy zupełnie z pozoru zwyczajny i w innych sytuacjach bardzo rozsądny – zaczyna się zachowywać, jak kompletny wariat.
      Sam niedawno przeżyłem podobną sytuację. Tu na blogu, w którejś z moich odpowiedzi na komentarz popełniłem prosty literowy błąd, polegający na tym, że, starając się bardzo szybko reagować na napływające wciąż komentarze, zamiast „mądrość”, napisałem „mądroś” i popędziłem dalej, nie patrząc na to, co wysłałem. Na to otrzymałem od pewnego językoznawcy potwornie długi elaborat, tłumaczący mi i innym, na poziomie najbardziej zaawansowanej inteligenckiej paplaniny, w jaki sposób to, że zapomniałem wbić do słowa „mądrość” ostatniej literki świadczy o moich intelektualnych i kulturowych niedostatkach. Na to, zabrała głos pewna pani psycholog, która, w równie mądrych słowach, dorzuciła swoje trzy grosze na temat tego, jak mój stan psychiczny może wchodzić w interakcję z moją kulturowością.
      I to jest dla mnie idealny przykład na to, jak osobista niechęć może człowieka doprowadzić do zaburzeń na poziomie zupełnie podstawowego rozsądku. A to, co tu przed chwileczką opowiedziałem, byłoby pewnie nieistotne – w końcu ani ten pan od języka, ani ta pani od dusz, nie pełnią na tyle ważnych społecznie funkcji, żeby swoimi głupstwami szkodzić na szerszą skalę – gdyby nie symbolizowało czegoś o wiele bardziej niebezpiecznego. Bo otóż stało się tak, że ktoś, bardzo przejęty rolą rządowego propagandzisty, postanowił, że taki Borubar może długo i skutecznie się przydawać, jako kluczyk otwierający kolejne drzwi z napisem:                       „NIENAWIŚĆ”. I w pewnym momencie okazało się, że dzięki temu zagraniu, udało się skutecznie wyhodować całe tabuny takich nasączonych tą czarną miazgą umysłów, jak ten, od którego wątku zacząłem dzisiejszy mój tekst.
    A ich się już nie da tak łatwo wyłączyć. Oni będą się żywić swoją nienawiścią – nienawiścią autentyczną, nie taką tam nienawiścią, o której ostatnio słyszeliśmy aż nazbyt często – i będą tę swoją nienawiść kultywować, doglądać jej, dbać o nią, jak o swój ogródek, a w niej sadzić bardzo czarne kwiatki, z których kiedyś wyrośnie coś, co przestraszy wszystkich.
       Ich samych też nie oszczędzi.

No, no! To dopiero były czasy. Dziś jednak jest już zupełnie inaczej. Artur Boruc kończy z reprezentacją, a ja zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Warto. Naprawdę warto.


piątek, 10 listopada 2017

Gdy wariaci podeszli już pod samo okno

      Obiecywałem sobie i Czytelnikom, że z Piotrem Szczęsnym już koniec, wygląda jednak na to, że tak jak Coryllus przez najbliższych kilka notek będzie się zajmował Van Goghiem, tak ja jeszcze przez pewien czas nie daruje temu biedakowi, który uznał, że nie ma lepszego sposobu, by zakończyć swoje życie, jak w bólu nie do zniesienia, złożonym na ołtarzu bieżącej polityki. Mijają kolejne dni, a tu okazuje się, że totalna opozycja uznała, że skoro wszystkie inne metody okazały się nieskuteczne, pozostaje rozwiązanie ostateczne, czyli śmierć, no i mamy tego konającego w najstraszniejszych bólach Szczęsnego,  a nad tym wszystkim to co Anglicy określają nazwą „urgent tingling” w nadziei, że może tym razem się uda.
      Portal tvn24.pl, utrzymując kurs i scieżkę wyznaczone dzień wcześniej przez biskupa Pieronka, zamieścił reportaż którego jedynym celem było przekonanie nas, że wspomniany Piotr Szczęsny, decydując się umrzeć w niewysłowionych cierpieniach w obronie pozycji Polski w Unii Europejskiej, gimnazjów, oraz stanu drzewostanu Puszczy Białowieskiej, zachował do końca całkowitą przytomność umysłu, a każdy kolejny gest, jaki wykonał przez te pół roku, które go doprowadziło do zaplanowanego końca, był w pełni przemyślany i świadomy. W zaprezentowanym przez telewizję TVN24 materiale możemy słuchać świadectw rodziny Piotra Szczęsnego, oraz jego znajomych, z których wynika jednoznacznie, że ten, decydując się na odebranie sobie życia, nawet na moment nie stracił zwykłej dla siebie przytomności umysłu, o której zaświadczają praktycznie wszyscy.
      Pojawia się wprawdzie w pewnym momencie kwestia, autoryzowana zresztą przez samego zainteresowanego, a dotycząca depresji, w związku z którą ten znajdował się pod opieką lekarzy przez minione lata, ale i to nie zmienia jednak faktu, że wedle telewizyjnego przekazu, Piotr Szczęsny w tym akurat wypadku zachował pełną świadomość. Normalnie w życiu, on faktycznie postępował mocno niestandardowo, tu jednak od początku do końca trzymał się środka. No a my otrzymujemy ten przekaz. Mieliśmy Piotra Szczęsnego, człowieka wprawdzie psychicznie niezrównoważonego, niemniej, gdy chodzi o gesty takie jak samospalenie się, w pełni przytomnego, no a dziś stoimy wobec zagadki: O co chodzi?
        Otóż bywa tak, że jest mi czasami bardzo smutno. Powiem zupełnie szczerze – a stan ów znam praktycznie od dzieciństwa – ogarnia mnie tak wielka egzystencjalna panika, że, gdyby nie to, że upijać się nie lubię, chętnie bym się upił do nieprzytomnosci. Mimo to, nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy uznać, że cierpię na depresję i w związku z tym muszę się zmobilizowac i udać się w tej sprawie do lekarza. Ja wręcz nie umiem sobie wyobrazić, co by się musiało ze mną stać, bym uznał, że warto by  było poszukać jakichś tabletek, czy tym bardziej skorzystać z medycznej pomocy. Tymczasem, jak słyszymy, Piotr Szczęsny nie tylko cierpiał na depresję, ale się z jej powodu leczył, no i wreszcie nadszedł ten jeden jedyny moment, kiedy udało mu się osiągnąć całkowity wewnętrzny spokój, oblał się benzyną i się podpalił. 
      I oto ów człowiek, tak psychicznie roztrzęsiony, że musi korzystać z opieki medycznej, podpala się w proteście przeciwko partii, która wygrała ostatnie wybory, a jego rodzina, wszyscy znajomi, a za nimi media, próbują nam wytłumaczyć, że tu, w tym akurat momencie, on był w pełni przytomny i nie ma mowy o jakichkolwiek emocjach. Ja przepraszam bardzo, ale muszę to wciąż powtarzać, bo to jest coś dla mnie kłamstwo tak bezczelne, że aż niewyobrażalne.
      Mało tego. Z tego co słyszę, fakt że Piotr Szczęsny, pozostający pod opieką lekarzy z powodu depresji, przez to, że oblał się jakims łatwopalnym materiał, a nastepnie spłonął, sprawia, że tak wybitni kapłani Kościoła Katolickiego, jak Adam Boniecki, wywołują debatę na temat moralnej niejednoznaczności czynu samobójczego, a sam Szczęsny zostaje uchonorowany przez Sejm minutą ciszy, oraz specjalnym adresem. Przepraszam bardzo, ale to jest coś tak chorego, że jedyne co mogę temu przeciwstawić to najnowszy wybryk tygodnika „Polityka”. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że oni ostatnio zamieścili tekst wyszydzający bardzo ostatnio popularne ruchy skierowane przeciwko obowiązkowym szczepieniom, teorii ewolucji, czy GMO, owe zachowania określili jako efekt katolickiej agresji wobec oświeceniowego racjonalizmu, a całość zilustrowali grafiką przedstawiająca Jarosława Kaczyńskiego  jako wampira. I to nie jest żart. Tam naprawdę jak byk stoi obrazek, gdzie w tle widzimy cmentarz, jakieś nietoperze, pająki, Frankensteina, a na pierwszym planie Jarosława Kaczyńskiego przebranego za Drakulę. Z tego co czytam, w tekście nazwisko Kaczyńskiego w ogóle się nie pojawia, podobnie jak praktycznie nie  ma zadnych odniesień do polityki, natomiast, owszem, tekst jest ilustrowany Kaczyńskim z ociekającymi krwią zębami. Jak donoszą media, w odpowiedzi na zupełnie naturalnie pojawiające się pytania o przyczyny tego rodzaju ekstrawagancji, redakcja „Polityki” odpowiedziała, że to właśnie Jarosław Kaczyński jest pierwszym symbolem owego religijnego zabononu i to stąd właśnie ów artystyczny zamysł autora grafiki.
      Przepraszam bardzo, ale muszę to powtórzyć po raz już nie wiem który. Oczywiście tego, co tak zwani „nasi” mają za uszami nie da się zedrzeć choćby i szczotką drucianą, nie ulega jednak wątpliwości, że powinnismy się zaczac modlic, by tamci, kiedy już przyjdzie ich czas, ograniczyli się wyłącznie do biegania po ulicy z kijami, bo jeśli oni się nakręcą o milimetr bardziej, to będziemy mieli prawdziwy Armagedon.


Serdecznie zapraszam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki.

        

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...