Na targach w Bytomiu, w pewnym momencie podeszła
do stoiska pewna pani, wzięła do ręki jeden z ostatnich już egzemplarzy mojego „Elementarza”
i zaczęła go przeglądać. Po chwili odłożyła książkę z obrzydzeniem na miejsce i
poinformowała mnie, ze za to, co napisałem o blogerze Seawolfie, ona nksiązki
nie kupi, a że mną nie chce mieć nic wspólnego. Jej zdaniem bowiem świętej
pamięci Seawolf był najwybitniejszym polskim blogerem, a moja ocena jego
pisarstwa jest „niesprawiedliwa”, a przede wszystkim „nieobiektywna”.
Tłumaczyłem tej pani, że ja z Seawolfem na poziomie towarzyskim żyłem bardzo
dobrze, jako koledzy lubilismy się i takie tam, natomiast faktycznie to jak
pisał mi się nie podobało, on to wiedział i przyjmował uporzejmie do
wiadomości. Na nic. Pani była obrażona i ostatecznie rozstalismy się w
niezgodzie.
Rozmawialiśmy trochę o tym zdarzeniu z
Coryllusem i doszliśmy do wniosku, że to jest naprawde okropne, że zarówno on,
jak i ja, od samego niemal początku naszej publicznej działalności jesteśmy
wystawieni na najbardziej okrutne szyderstwa, a gdy chodzi o ocenę naszych
umiejętności, to nikt nie ma dla nas żadnej litości. Czy to komukolwiek przeszkadza?
Czy ktoś może się oburza sposobem w jaki się traktuje „najwybitniejszych
polskich blogerów”. Nie zauważyłem. Czy mnie to oburza? Ani trochę. Dlaczego? A
to dlatego mianowicie, że moim zdaniem każdy może sobie o każdym myśleć to co
chce. I nikomu nic do tego.
Jest jednak tak, że jest grupa nazwisk,
które z każdej możliwej strony są ścisłą objęte ochroną i, choć oczywiście mamy
demokrację, wolność słowa i swobodę dyskusji, ich akurat można albo cenić, albo
się zamknąć. Znamy te osoby i ich nazwiska, znamy poziom owej ochrony, więc nie
ma tu już dłużej o czym gadać. Natomiast chciałbym powiedzieć, dlaczego nagle
przypomniała mi się owa pani z naszym kolegą Seawolfem. Otóż cały internet
świętuje dziś 30 rocznicę śmierci reżysera Barei, a ja sobie myślę, że to
między innymi on należy do wspomnianego klanu „nietykalnych” i niech Bóg broni
każdego, kto zechce ogłosić, że filmów Barei nie lubi i nigdy nie lubił. A już
zwłaszcza w 30 rocznicę jego śmierci.
Pisałem o Barei jeszcze w roku 2011 i
choć zdaję sobie sprawę, że 30 lat to może zbyt krótki okres na tego typu
wspomnienie (w końcu z tego co mi wiadomo, nawet o Szekspirze, również zmarłym,
można pisać, co człowiekowi przyjdzie do głowy), niemniej chciałbym tamten
tekst dziś własnie przypomnieć i liczyć na to, że przynajmnie część z nas,
uzna, że choć z niego był z pewnością „równy gość”, to te filmy są już nie za
bardzo.
Nie umiem powiedzieć, jak to
się stało, że ktoś zupełnie niedawno na naszym blogu wspomniał o filmach
Stanisława Barei i to w kontekście, który mi osobiście jak najbardziej
odpowiada, a więc jako o wzorowym przykładzie polskiej komedii dla
wykształciuchów. Stało się tak jednak, a ja mogę tylko podejrzewać, że kiedyś –
oczywiście nie mam pojęcia kiedy i po co – o tym niezwykłym zjawisku musiałem
wspomnieć, ktoś tę moją wypowiedź zapamiętał , i z jakiejś okazji do niej
nawiązał. Tak czy inaczej, ten Bareja się pojawił, ja na to pojawienie się
zareagowałem tak jak reaguję na niego zawsze, a więc nieprzyjaznym ziewaniem, i
obiecałem, że będę musiał w końcu tu na blogu i za niego i ten jego szczególny
kult się wziąć. Oczywiście, jak tylko obejrzę w całości jeśli już nie „Misia”,
to przynajmniej jakikolwiek jego film w całości. W końcu głupio jakoś pisać o
czymś, co się zna wyłącznie pobieżnie.
Uparłem się na tego „Misia” i
powiem szczerze, że starałem się bardzo. Do tego stopnia bardzo, że zacząłem od
rozwiązania najbardziej dla Barei i jego sztuki filmowej korzystnego, a
mianowicie czegoś, co na youtubie wisi, jako „Miś – the best of”, czy jakoś
tak. Wiadomo bowiem, że wybór najlepszych scen, najlepszych piosenek,
najlepszych melodii, czy wreszcie najlepszych dowcipów, to jest coś co działa
zawsze. Jestem uczciwie przekonany, że nawet gdyby mi ktoś zaproponował
dziesięć najlepszych scen z filmu „Czas Apokalipsy” , to ja bym też to obejrzał
z przyjemnością. Ba! Wierzę głęboko, że ja bym nawet był w stanie wysłuchać w
całości płytę z najlepszymi piosenkami zespołu U-2 – zakładając oczywiście, że
nie byłoby ich więcej jak osiem. A
więc, wbrew swojemu bardzo tu jednoznacznemu doświadczeniu, miałem wielką
nadzieję, że owe najlepsze sceny z „Misia” – w odróżnieniu od samego „Misia” –
obejrzę jednak od początku do końca. Otóż nic z tego. Stało się dokładnie tak,
jak to się wielokrotnie – naprawdę wielokrotnie – działo przy okazji
najróżniejszych filmow Stanisława Barei. Jeszcze na dobre nie zacząłem, a już
skończyłem.
A zatem, jak wszystko na to
wskazuje, mamy kłopot. Bo skoro nie udało mi się wycierpieć owej kompilacji
najbardziej śmiesznych scen z tego filmu, to o tym bym obejrzał cały film, mowy
być już nie może. A skoro nie zobaczę „Misia”, to nie bardzo jak mam o nim pisać.
I co gorsza, wygląda na to, że nie mam jak o nim pisać już do końca mojego
życia. I pewnie bym na to machnął ręką, gdyby nie fakt, że – jak mnie
poinformował dziś mój kolega Coryllus – problem Barei pojawił się na blogach i
wzbudził poważną dyskusję. Nie wiem, kto i w jaki sposób zaczął ten temat, nie
wiem też jak się ta dyskusja rozwinęła, wiem natomiast, co napisał na ten temat
Coryllus, a ponieważ, mimo że całość jego refleksji mi jak najbardziej pasuje,
pewne jego uwagi wydały mi się mało precyzyjne, a czasem zdecydowanie obok
problemu, postanowiłem, że jednak się złamię i o Barei napiszę coś od siebie.
Pozostaje kwestia tego „Misia”,
którego – jak już przyznałem – nigdy nie miałem okazji, nie dość że w całości,
to w ogóle w jakiejś solidnej części obejrzeć. Myślę, że jednak sobie poradzę,
a to dlatego, że z tego co wiem, nie ma absolutnie takiej możliwości, żeby ktoś
kto widział dziesięć różnych fragmentów filmów Barei, nie mógł tym samym poznać
całości jego możliwości. Często tak bywa, że do porządnej oceny pracy artysty
trzeba znacznie więcej, jednak jak idzie o Bareję – uważam, że on nie
potrzebuje naprawdę o wiele więcej. Skąd takie moje podejrzenie? Stąd
mianowicie, że Bareja to w sposób absolutnie zdecydowany człowiek jednego
pomysłu, a pomysł ten można opisać przy pomocy takiego obrazu. Przychodzi
człowiek do baru mlecznego i zaraz przy wejściu wita go napis „Zdrowe mleko –
zdrowa praca”. Siada ów człowiek przy stoliku, który ma jedną nogę krótszą,
więc się tak okropnie kołysze, i od razu wiadomo, że przy nim nie da się ani
jeść, ani pić. W tym momencie podchodzi do niego nadęta kelnerka i pyta:
„Czego?” Kiedy on prosi o herbatę, dowiaduje się, że jest tylko wódka. Człowiek
na to pyta dlaczego, na co ona mu mówi, żeby uważał, bo ona zaraz zawoła milicję.
Człowiek chce wyjść z baru i okazuje się, że się wyjść nie da, bo się zacięły
drzwi. Męczy się z tymi drzwiami, męczy, i wreszcie, kiedy już ma wychodzić,
dopada go kelnerka i każe mu za to, że używał bez potrzeby stolika, wpłacić sto
złotych na odbudowę miejscowego placu im. Bohaterskich Traktorzystów. I tak to
się plecie przez kolejne sceny, a wszystko to jest naturalnie okropnie
inteligentne, śmieszne, a przede wszystkim bardzo odważne, bo wszyscy przecież
wiemy, jak to za PRL-u było ciężko z cenzurą.
Uważam więc, że do tego, by
spróbować opisać zjawisko pod nazwą „Stanisław Bareja”, to co o jego filmach
wiem, wystarczy mi w zupełności. A jeśli nawet miałem tu jeszcze pewne
wątpliwości, to po próbie obejrzenia zestawu „Najlepsze z…” wiem, że tak jak
jest, jest z całą pewnością dobrze. Bo to akurat, że filmy Stanisława Barei,
jeśli idzie o pomysł i metodę, oparte były wyłącznie na sekwencji takich, jak
je sobie wyżej wymyśliłem, grepsów, to fakt nie do dyskusji. Pod tym względem,
one przypominają to, co – z zupełnie innej beczki – mamy okazję obserwować w
przygodach Harrego Pottera, czy – jeszcze prościej – w klasycznej telewizyjnej
telenoweli, gdzie trzy razy w tygodniu scenarzyści muszą dopisywać kolejne
przygody, a robią to siłą rzeczy tak, że jeśli scena dziesiąta nie ma
jakiegokolwiek logicznego powiązania ze sceną drugą, to zupełnie nic nie
szkodzi, bo sens w tym, żeby związek był wyłącznie między sceną drugą a trzecią
i między dziesiątą, a dziewiątą.
Tak właśnie się rozwijają
scenariusze wszystkich znanych mi filmow Stanisława Barei. Tam nie chodzi o nic
innego jako to, by w ciągu tych dziewięćdziesięciu czy stu minut, opowiedzieć
maksymalnie dużo dowcipów o autobusie, który ma napisane, że jedzie na Obrońców
Moskwy, a tymczasem jedzie na Plac Trzeciego Czynu Społecznego, czy o kranie,
gdzie zarówno z zimnego jak i ciepłego kurka leje się wrzątek, no i żeby
wszędzie było jak najwięcej ponurych wieśniaków w beretach i z petem w ustach,
czekających w kolejce na bilet z zakładu pracy do teatru na „Hamleta”. No i
oczywiście, żeby autorami tych wszystkich gagów byli najwybitniejsi polscy
aktorzy komediowi, a więc Bronisław Pawlik, Stanisław Tym, Wojciech Pokora,
Krzysztof Kowalewski, Jerzy Turek, Jerzy Dobrowolski, Jacek Fedorowicz… można
by wymieniać.
Nazwiska tych aktorów – stałych
aktorów Barei – wspominam nie bez przyczyny. Chodzi o to, że ja nie za bardzo
chcę się koncentrować na jakości tych filmów, z tej prostej przyczyny, że, jak
podejrzewam, to że one są jako filmy do niczego, w chwilach podstawowej
równowagi, wiedzą nawet ci, którzy normalnie traktują je jako obiekt kultu. Z
filmów Barei, jeśli na moment przestaniemy patrzeć na nie jak na maszynkę do
opowiadania kawałów, nie zostanie nam nic, poza być może grą niektórych z
aktorów. Ale jeśli wspominam o aktorach, to też wcale nie po to, żeby się
zachwycać nad ich grą. Tu akurat chodzi mi o to, byśmy zwrócili uwagę na fakt,
że Stanisław Bareja, reżyser, który jest przez niektórych dziś traktowany jak
samotna wyspa na oceanie komunistycznego kłamstwa, przez cały czas tkwił po
uszy w najbardziej oczywistym mainstreamie. To nie był ktoś, kto stworzył
niezależne antypeerelowskie kino, zgromadził wokół siebie grupę swoich aktorów,
i w organizowanych po salkach parafialnych pokazach, podtrzymywał ducha narodu.
Kiedy się patrzy na te filmy dziś, i widzi się rozmach, z jakim one były
robione i tych właśnie aktorów – wszystkich najbardziej akurat wtedy
pierwszorzędnych – to nie można się łudzić, że filmy Barei powstawały poza
samym głównym nurtem.
Ale to przecież też wszyscy
wiemy. Wiemy świetnie, że jeśli Bareja miał kłopoty, to były to ewentualnie
zwykłe towarzyskie rozgrywki, a i to nie sądzę, by one były dla niego jakoś
szczególnie męczące. Nawet jeśli Bareję tępił Kutz ze swoim ubeckim towarzystwem,
to ten bojkot nie mógł być aż tak silny, żeby on się mógł nim przejmować. To
zresztą były takie czasy, że akurat bardziej po linii było trzymać z tak zwaną
opozycją, niż z betonem. Choćby Daniel Olbrychski, Jacek Fedorowicz, czy Maja
Komorowska mogą coś na ten temat powiedzieć. Tyle że ja jestem niemal pewien,
że gdyby Stanisław Bareja dziś żył i był dziarskim staruszkiem, to by
występował co tydzień w TVN-ie i razem z Kutzem pluł na rdzewiejący w Smoleńsku
wrak tupolewa. I niech mi teraz ktoś powie, czemu nie?
Ale i to przecież nie jest tu
najważniejsze. Bo w końcu – jak mówię – to że filmy Barei obiektywnie były w
najlepszym wypadku przeciętne i to, że jeśli on faktycznie był antykomunistą,
to dokładnie tak samo jak każdy z nas, włącznie z przeciętnymi członkami PZPR.
Chodzi mi dziś najbardziej o ten kult. O to, że dla wielu z nas – i to również
tych, którzy wiedzą wszystko bardzo dobrze i do końca – z jakiegoś powodu, ten
„Miś”, te Alternatywy i ta cała reszta jego komedii pozostają wręcz symbolem
walki z komuną. Walki przez śmiech i szyderstwo, ale właśnie walki. I to
właśnie ze względu na tych moich druhów w biedzie, piszę ten tekst. By zwrócić
im uwagę na jeden bardzo, moim zdaniem, interesujący aspekt całej tej
barejowskiej histerii. Chodzi mi mianowicie o to, że z jakiegoś powodu,
szczególnie chyba film „Miś” jest ulubionym filmem całej tej bandy młodej
platformerskiej miejskiej inteligencji. Oczywiście nie tylko „Miś”. Również
„Dzień świra”. „Miś” i „Dzień świra”. Te dwa filmy stanowią przedmiot autentycznego
intelektualnego kultu dla tego właśnie pokolenia. Można by wręcz powiedzieć
wielo-pokolenia. Oni oczywiście lubią też „Testosteron” i „Ladies”, i inne
komedie, ale to tylko dla jaj. Poważne myślenie odbywa się dopiero przy okazji
„Misia” i „Dnia świra”. To wtedy właśnie, przeciętny, nowoczesny wykształciuch
zaczyna intensywnie kontemplować coś, co Rafal Ziemkiewicz kiedyś opisał jako
„polactwo”, a co pop-kulturowo stanowi zjawisko znacznie szersze od tego co
można było znaleźć w oryginale. Bowiem na poziomie „Misia” nie mamy już Polaka
z jego przywarami i kompleksami. Tam nie mamy już Polski jako zacofanego
skansenu. W „Misiu” wtedy, a dziś w „Dniu świra”, mamy już tylko zwykłe
śmierdzące gówno. Oczywiście pokazane tak, by nikt się nie porzygał, lecz się
pośmiał i zadumał, ale jak najbardziej gówno. I stąd, jak sądzę, popularność
Barei wśród nowej polskiej inteligencji.
Pamiętamy wszyscy, jak to w tym
samym czasie, kiedy Bareja kręcił swoje „antypeerelowskie” komedie, karierę
robił Jerzy Gruza ze swoim „Czterdziestolatkiem”. Z jakiegoś powodu,
„Czterdziestolatek” nigdy nie uchodził za przejaw niezależnej walki z komuną.
Wręcz przeciwnie, wielu z nas „Czterdziestolatka” do dziś tępi, jako przykład
najbardziej chamskiej peerelowskiej propagandy. A ja przyznam, że tego nie
rozumiem. To znaczy, rozumiem, że „Czterdziestolatek” to była propaganda,
natomiast nie rozumiem, dlaczego „Czterdziestolatek” był propagandą, a „Miś”
już nie. Czy może dlatego, że w tym całym pezetpeerowsko, ubecko, debilnym
otoczeniu Karwowski i jego rodzina byli zwykłymi, sympatycznymi ludźmi? Czy
może dlatego, że Karwowski był członkiem PZPR? Przepraszam wszystkich bardzo,
ale tego nie rozumiem. Przecież jak idzie o kpiny z ówczesnej Polski i tych co
wtedy Polską rządzili, tam było wszystko co trzeba. Natomiast przyznaję – w
„Czterdziestolatku” nie wszyscy byli polskim bydłem. Tak naprawdę, tam w ogóle
nie było polskiego bydła. I stąd pewnie ów brak szacunku.
Nie oszukujmy się. Barei wcale
nie chodziło ani o PRL, ani o komunizm, ani o niewolę, ani nie o terror. Tu nie
chodziło o to, że przez tyle lat musieliśmy żyć w tym upiornym świecie, gdzie
nic, i to dosłownie nic, nie działało. Tu śmieszne jest to, że to co pokazuje
Bareja to jest Polska i Polacy. Kraj debili, agentów i wieśniaków. Dziwek i
idiotek. Kraju gdzie wszystko śmierdzi syfem i starą szmatą. O nie! Tam w ogóle
nie chodziło o komunizm. I dziś, kiedy tak próbuję oglądać te fragmenty
barejowskich grepsów, myślę sobie, że gruncie rzeczy ówczesnym towarzyszom
tamte filmy się musiały bardzo podobać. Na zasadzie takiej, że no popatrzcie
kolego, i z kim to my się tu musimy męczyć. A dziś, jestem pewien, że film
„Miś” jest również jednym z ukochanych filmów takiego Stefana Chwina, o którym
parę razy też już miałem okazję wspomnieć. On tam z pewnością potrafi znaleźć
dla siebie wieczną inspirację.
Na początku zaznaczyłem, że
mocnym powodem, dla którego wziąłem się jednak ostatecznie za Bareję był tekst
mojego kolegi Coryllusa, i że są akcenty w jego wpisie, które pozostawiają we
mnie poczucie pewnego braku. O co chodzi? Otóż Coryllus sugeruje, że Stanisław
Bareja kręcił te filmy na zamówienie Partii. Może nie całej Partii, może nie
zamówienie bezpośrednie, ale że tak czy inaczej ktoś tam, gdzieś tam, wziął go
na bok i powiedział, ze nie byłoby źle coś w tym tonie kręcić. Nie zgadzam się
z tą opinią. Uważam, że gdyby Bareja był zaledwie wynajętym specem od sączenia
tej trucizny, nie byłoby tak źle. W końcu ich było zawsze bez liku. Problem w
tym, że on prawdopodobnie autentycznie uważał, że to co mamy w Polsce to
fatalny, straszny, nieludzki System, tyle że Polacy są tak do dupy narodem, że
na nic lepszego nie zasługują. I w ten sposób, on był w pewnym sensie
prekursorem tego całego nurtu polskiej współczesnej myśli intelektualnej, który
tak nas niszczy dziś. I to właśnie dlatego, jest on ulubieńcem tych, których na
co dzień uważamy za zdrajców, katów i tchórzy, i tak często też ulubieńcem nas
samych. Uważam, że nie zaszkodziłoby było się troszeczkę nad tym zastanowić.