niedziela, 18 czerwca 2017

O pewnej okrągłej rocznicy w blasku pochodni


Nie rozmawialiśmy tu dotychczas o pożarze, jaki niedawno wybuchł w Londynie i doprowadził do śmierci do dziś nie wiadomo jak wielu osób, bo raz że mieliśmy do omówienia sprawy nas bardziej zajmujące, a po drugie, o przyczynach owego pożaru i jego niewyobrażalnej wręcz skali nie wiemy nic. Wczoraj, jak się dowiadujemy, oprócz tego, że wedle oficjalnych danych liczba osób zmarłych w tym nieszczęściu znacznie wzrosła, pojawił się nowy element, a więc seria poważnych protestów organizowanych w Londynie pod hasłem „żądamy sprawiedliwości”.
Przyznać muszę, że z mojego punktu widzenia dziwne to hasło. Z jakiegoś powodu w budynku wybucha pożar, na miejscu pojawiają się strażacy, mimo ich z pewnością bardzo uczciwej pracy umierają ludzie, odpowiednie służby prowadzą śledztwo mające na celu wyjaśnienie wszelkich związanych z pożarem zagadek, a tymczasem miasto ogrania wileki protest wzywający do wyegzekwowania sprawiedliwości wobec winnych. Kogo? Tego, kto zaprószył ogień, czy może strażaków, którzy przyjechali zbyt późno? A może jeszcze kogoś?
To co na mnie jednak zrobiło wrażenie największe to wypowiedź burmistrza Londynu, owego muzułmanina, który miał już wcześniej okazję odpowiednio się popisać tuż po niedawnym ataku przeprowadzonym na zarządzane przez niego miasto kilka dni wcześniej. Otóż ów dziwny człowiek oświadczył, że podobnie jak prostestujący, on również liczy na pełne wyjaśnienie przyczyn owej tragedii i apeluje do premier May o to by się wzięła solidniej do roboty. Oto burmistrz Londynu i jego słowa. Ciekawe, prawda?
Jak mówię, nie mam pojęcia, co tam się stało takiego, że ten budynek zachował się jak prawdziwa pochodnia, no i czemu to się stało niemal w jednej sekundzie. Mam jednak koleżankę, która mieszka na miejscu, próbuje tam, najczęściej za niewyobrażalną wręcz cenę, związac koniec z końcem i oto, co mi napisała. Proszę posłuchać:
„Wczoraj czy przedwczoraj spalił się wieżowiec. Taki jest właśnie Londyn, ma wiele możliwości i może zaoferować piekło na ziemi również. Nie do pomyślenia, żeby w Polsce tak budynek spłonął. Ja widziałam podbny budynek w środku, mieliśmy wycieczkę w mojej firmie jak byłam caretakerem. SHP zajmuje się również renowacją takich wieżowców. Te mieszkanka w środku są jak klatki, mieszkasz tam jak w wielkiej puszce do konserw.
W 2016 ten budynek był poddany renowacji, może ta nowa konstrukcja była łatwopalna, albo coś w środku, oni wszędzie mają wykładziny, jeśli te wykładziny są z łatwopalnego materiału, to szybko się rozprzestrzeniało. I może jakieś korytarze powietrzne, to ogień hulał.
Te wszystkie domy w Anglii dla mnie to jakaś prowizorka. Widziałam naprawdę ładny, porządny dom tylko raz chyba, ostatnio jak robiłam sprzątanie pod Londynem.
Dla mnie taki wieżowiec - pochodnia wygląda jak ofiara rytuału satanistycznego. Mamy 2017 r. - okrągła rocznica zaołżenia/ujawnienia loży londyńskiej”.
I w ten sposób zakończę tę niedzielną notkę. Tu naprawdę nie ma słów. A w końcu kto z nas chce iść śladem tego satanisty Sadiqa Khana? Jak to ładnie określił mistrz Ronaldo, lepiej siedzieć cicho.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Tym wszystkim, którzy lubia sobie wędrować po blogach i nie mogą się doczekać aż trafią na odpowiedni poziom, polecam portal www.szkolanawigatorow.pl. Dalej nie trzeba szukać.

sobota, 17 czerwca 2017

Czy pan włodek, będzie musiał przeżyć słodkie deja vu?

     Nadszedł kolejny weekend, a więc pora na mój felieton z „Warszawskiej Gazety”. Dziś o waldku… przepraszam, włodku…. A może o władku? Obojętne.     

     Być może Państwo jeszcze pamiętają, jak pewnego poranka na warszawskiej Pradze, dwóch nastolatków rzucało koszami na śmieci w przejeżdząjące tramwaje, na owe popisy chuligaństwa zareagował pewien policjant,  w odpowiedzi został kilkakrotnie pchnięty nożem i zmarł. Nie wiem, co dziś słychać u tamtych gówniarzy, czy trafili do poprawczaka, czy może do więzienia, a tym bardziej nie mam pojęcia, czy wciąż siedzą, czy może wrócili do swoich domów i korzystają z uroków życia na emigracji w Londynie, podejrzewam jednak, że jeśli śledzą  z uwagą wydarzenia w kraju, to muszą czuć dużą satysfakcję, widząc, jak kiedyś ich sztandarowe hasło CHWDP wyszlachetniało i zamieniło się już tylko w inteligencki rechot.
      Niedawno portal tvn24.pl pokazał nam film, na którym policjanci próbują wylegitymować pewnego dwumetrowego dryblasa, który został przez nich przyłapany, jak przechodzi przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, a ten, zamiast się podporządkować poleceniom, z policjantów szydzi, a jego żona owe żarty nagradza kpiącym śmiechem, tym samym zachęcając „swojego miśka” do dalszych szyderstw. Ponieważ ostatecznie szyderstwa zmieniły się w agresję, policjanci owego byczka powalili na ziemię i założyli mu kajdanki, sprawą zainteresowała się telewizja TVN i nakręciła reportarz o brutalności „pisowskiej policji”.
      W tych dniach mieliśmy wszyscy okazję obejrzeć film z próby wylegitymowania przez policję Władysława Frasyniuka, który chwilę przedtem podczas antyrządowej demonstracji zaatakował policjanta. Tu Frasyniuk, podobnie jak tamten człowiek, również nie chce się wylegitymować, pytany o nazwisko, poklepuje policjanta po ramieniu i dowcipnie odpowiada, że się nazywa Jan Wincenty Grzyb i że jest kumplem Lecha Kaczyńskiego. My oczywiście wiemy, że gdyby w Stanach Zjednoczonych Frasyniuk, nawet nie poklepał policjanta po ramieniu, ale wyciągnął w jego kierunku rękę, zostałby w najlepszym dla siebie wypadku w jednej chwili obalony na ziemię, skuty i wsadzony prosto do aresztu, niestety jesteśmy w Polsce, a nie w Stanach i społeczna atmosfera jest taka, że policja i wojsko, za to, że odrzucając propozycję przyłączenia się do antyrzadowego puczu, tym samym stanęli po stronie „faszystowskiego reżimu” i zostali przez główny nurt, potraktowani jako element wrogi.
      Na wspomnianym filmie widzimy, jak Władysław Frasyniuk kpi z dwóch młodych policjantów, że oni nie wiedzą z kim mają do czynienia. Otóż mam dla Frasyniuka wiadomość, która mu się z pewnością nie spodoba. Oni, podobnie zresztą jak 90% Polaków w ich wieku, nie wie ani jak wygląda, ani tym bardziej kim był nie tylko Frasyniuk, ale nawet Wałęsa. Oni wiedzą, kto to taki Andrzej Duda, Beata Szydło, no i oczywiście Jarosław Kaczyński i lepiej już nie będzie. A skoro tak, to dojdzie i do tego, że kiedy tylko władza poczuje, że napięcie nieco spadło, to zarówno Frasyniuk, ale nawet aktorka Janda za klepanie policjanta po ramieniu dostaną prostą fangę w nos. Normalnie, w ramach antyterrorsytycznej samoobrony. I świat ani drgnie.

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

      

piątek, 16 czerwca 2017

Ziko i Koko, czyli o życiu na haczyku

             Kto miał okazję czytać książkę z listami od Zyty, zapewne pamięta, że pewna ich część dotyczyła poruszanych na tym blogu wcześniej kwestii związanych z tak zwanym „przemysłem farmaceutycznym” i że przesłanie owej wymiany świadczyło jednoznacznie i bezwzględnie przeciwko owemu przekrętowi. Powiedziałbym nawet, że Pani Profesor w tym temacie utrzymywała się na pozycji znacznie bardziej radykalnej niż ja, a która, co należy podkreslić, zawsze była wysoce krytyczna.
     Każdy kto zna treść książki „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, czy choćby miał wcześniej okazję czytać ten blog, ten wie, że od wielu już lat, ze względu i na wiek, ale też na różne życiowe zaniedbania, zmuszony jestem dożywać swoich dni, zażywając szereg tabletek, które w ten czy inny sposób podtrzymują mnie przy życiu.  Czy to mi przeszkadza? Nie. W końcu nie do takich rzeczy musimy się stale przyzwyczajać. Stało się jednak ostatnio tak, że mój lekarz, z czystej dbałości o zdrowie swojego pacjenta, zapisał mi kolejny lek, który mam brać codziennie rano, a który nosi dość zabawną nazwą Amlozek. Biorę więc ów Amlozek od kilku miesięcy, a ponieważ od pewnego czasu zaobserwowałem, że niebezpiecznie zaczęły mi puchnąć kostki, pomyślałem sobie, że nie byłoby źle sprawdzić, czy przypadkiem owo puchnięcie kostek nie jest jednym z tak zwanych „niepożądanych działań” stosowania owego leku. Sprawdziłem i proszę sobie wyobrazić, że w obliczu listy, która się przed nami otwiera, owe kostki stają się nagle równie trywialne jak na przykład chroniczne ziewanie. A więc po kolei:
- obrzęk powiek, twarzy, lub warg
- obrzęk języka oraz gardła powodujący znaczne trudności w oddychaniu
- zawał serca (tu producent, trzeba przyznać, stanowczo zaleca wizytę u lekarza)
- zapalenie trzustki
- lęk, depresja, bezsenność
- drżenie, zaburzenia smaku,omdlenie, osłabienie
- zaburzenia widzenia, podwójne widzenie
- wymioty
- utrata włosów
- zaburzenia oddawania moczu
- powiększenie piersi u mężczyzn
      A jeśli ktoś spyta, co o z tymi spuchniętymi kostkami, już odpowiadam: też są, jak najbardziej, wśród wielu innych, niewymienionych tu zdarzeń. Kostki mi spuchły z powodu dbałości o ciśnienie. A więc to już wiemy na sto procent: zażywamy lek pod nazwą Amlozek i musimy być przygotowani na to, że spuchną nam kostki. W tej sytuacji jednak, módlmy się zatem już tylko o to, byśmy z dbałości o nasze serce nie dostali przy okazji owego serca zawału, ani choćby głupiego zapalenia trzustki, bo jak wiemy, z trzustką nie ma żartów jeszcze bardziej, niż z sercem.
      Ponieważ, jak się domyślam, zrobiła nam się tu atmosfera lekko zabawowa, chciałbym ją nieco zepsuć. Rzecz bowiem w tym, że zostaliśmy złapani w sieć i nie wydaje mi się, byśmy dali radę się z niej wyplątać, a to w żaden sposób nie jest powód do śmiechu. Cierpimy na nadciśnienie, idziemy do lekarza, lekarz przepisuje nam lekarstwo o nazwie Amlozek, my je zaczynamy grzecznie zażywać i nagle się okazuje, że umieramy na zawał serca, lub raka trzustki, ewentualnie przeżywamy, tyle że z nieco powiększonymi piersiami. Bo taki mamy klimat.
     Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga mają swój rozum i nie potrzebują ani jednego słowa więcej, ja jednak nie mogę się powstrzymać przed odpowiednim zamknięciem tematu. Proszę się zastanowić, co byśmy powiedzieli, gdybyśmy zaszli nie do sieci aptek „Ziko”, by kupić lek na nadciśnienie, ale do sklepu sieci „Media Markt” w celu zakupienia telewizora, i podczas zakupu otrzymalibyśmy informację, że wybrany przez nas telewizor jest wprawdzie naprawdę bardzo dobry, tyle że może się zdarzyć, że podczas oglądania programu „Jaka to melodia” on wybuchnie i nas zabije, albo wcześniej jeszcze spowoduje u nas raka trzustki. Chyba byśmy się zadumali na figlami, jakie nam płata Nowy Wspaniały Świat, czyż nie? Ciekawe, prawda?


Gdyby ktoś był zainteresowany, moje książki są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Szczerze zachęcam. 

czwartek, 15 czerwca 2017

Trzydzieści lat minęło, czyli czy prezes Ochódzki jest Polakiem

     Na targach w Bytomiu, w pewnym momencie podeszła do stoiska pewna pani, wzięła do ręki jeden z ostatnich już egzemplarzy mojego „Elementarza” i zaczęła go przeglądać. Po chwili odłożyła książkę z obrzydzeniem na miejsce i poinformowała mnie, ze za to, co napisałem o blogerze Seawolfie, ona nksiązki nie kupi, a że mną nie chce mieć nic wspólnego. Jej zdaniem bowiem świętej pamięci Seawolf był najwybitniejszym polskim blogerem, a moja ocena jego pisarstwa jest „niesprawiedliwa”, a przede wszystkim „nieobiektywna”. Tłumaczyłem tej pani, że ja z Seawolfem na poziomie towarzyskim żyłem bardzo dobrze, jako koledzy lubilismy się i takie tam, natomiast faktycznie to jak pisał mi się nie podobało, on to wiedział i przyjmował uporzejmie do wiadomości. Na nic. Pani była obrażona i ostatecznie rozstalismy się w niezgodzie.
     Rozmawialiśmy trochę o tym zdarzeniu z Coryllusem i doszliśmy do wniosku, że to jest naprawde okropne, że zarówno on, jak i ja, od samego niemal początku naszej publicznej działalności jesteśmy wystawieni na najbardziej okrutne szyderstwa, a gdy chodzi o ocenę naszych umiejętności, to nikt nie ma dla nas żadnej litości. Czy to komukolwiek przeszkadza? Czy ktoś może się oburza sposobem w jaki się traktuje „najwybitniejszych polskich blogerów”. Nie zauważyłem. Czy mnie to oburza? Ani trochę. Dlaczego? A to dlatego mianowicie, że moim zdaniem każdy może sobie o każdym myśleć to co chce. I nikomu nic do tego.
      Jest jednak tak, że jest grupa nazwisk, które z każdej możliwej strony są ścisłą objęte ochroną i, choć oczywiście mamy demokrację, wolność słowa i swobodę dyskusji, ich akurat można albo cenić, albo się zamknąć. Znamy te osoby i ich nazwiska, znamy poziom owej ochrony, więc nie ma tu już dłużej o czym gadać. Natomiast chciałbym powiedzieć, dlaczego nagle przypomniała mi się owa pani z naszym kolegą Seawolfem. Otóż cały internet świętuje dziś 30 rocznicę śmierci reżysera Barei, a ja sobie myślę, że to między innymi on należy do wspomnianego klanu „nietykalnych” i niech Bóg broni każdego, kto zechce ogłosić, że filmów Barei nie lubi i nigdy nie lubił. A już zwłaszcza w 30 rocznicę jego śmierci.
      Pisałem o Barei jeszcze w roku 2011 i choć zdaję sobie sprawę, że 30 lat to może zbyt krótki okres na tego typu wspomnienie (w końcu z tego co mi wiadomo, nawet o Szekspirze, również zmarłym, można pisać, co człowiekowi przyjdzie do głowy), niemniej chciałbym tamten tekst dziś własnie przypomnieć i liczyć na to, że przynajmnie część z nas, uzna, że choć z niego był z pewnością „równy gość”, to te filmy są już nie za bardzo.

      Nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że ktoś zupełnie niedawno na naszym blogu wspomniał o filmach Stanisława Barei i to w kontekście, który mi osobiście jak najbardziej odpowiada, a więc jako o wzorowym przykładzie polskiej komedii dla wykształciuchów. Stało się tak jednak, a ja mogę tylko podejrzewać, że kiedyś – oczywiście nie mam pojęcia kiedy i po co – o tym niezwykłym zjawisku musiałem wspomnieć, ktoś tę moją wypowiedź zapamiętał , i z jakiejś okazji do niej nawiązał. Tak czy inaczej, ten Bareja się pojawił, ja na to pojawienie się zareagowałem tak jak reaguję na niego zawsze, a więc nieprzyjaznym ziewaniem, i obiecałem, że będę musiał w końcu tu na blogu i za niego i ten jego szczególny kult się wziąć. Oczywiście, jak tylko obejrzę w całości jeśli już nie „Misia”, to przynajmniej jakikolwiek jego film w całości. W końcu głupio jakoś pisać o czymś, co się zna wyłącznie pobieżnie.
      Uparłem się na tego „Misia” i powiem szczerze, że starałem się bardzo. Do tego stopnia bardzo, że zacząłem od rozwiązania najbardziej dla Barei i jego sztuki filmowej korzystnego, a mianowicie czegoś, co na youtubie wisi, jako „Miś – the best of”, czy jakoś tak. Wiadomo bowiem, że wybór najlepszych scen, najlepszych piosenek, najlepszych melodii, czy wreszcie najlepszych dowcipów, to jest coś co działa zawsze. Jestem uczciwie przekonany, że nawet gdyby mi ktoś zaproponował dziesięć najlepszych scen z filmu „Czas Apokalipsy” , to ja bym też to obejrzał z przyjemnością. Ba! Wierzę głęboko, że ja bym nawet był w stanie wysłuchać w całości płytę z najlepszymi piosenkami zespołu U-2 – zakładając oczywiście, że nie byłoby ich więcej jak osiem.    A więc, wbrew swojemu bardzo tu jednoznacznemu doświadczeniu, miałem wielką nadzieję, że owe najlepsze sceny z „Misia” – w odróżnieniu od samego „Misia” – obejrzę jednak od początku do końca. Otóż nic z tego. Stało się dokładnie tak, jak to się wielokrotnie – naprawdę wielokrotnie – działo przy okazji najróżniejszych filmow Stanisława Barei. Jeszcze na dobre nie zacząłem, a już skończyłem.
      A zatem, jak wszystko na to wskazuje, mamy kłopot. Bo skoro nie udało mi się wycierpieć owej kompilacji najbardziej śmiesznych scen z tego filmu, to o tym bym obejrzał cały film, mowy być już nie może. A skoro nie zobaczę „Misia”, to nie bardzo jak mam o nim pisać. I co gorsza, wygląda na to, że nie mam jak o nim pisać już do końca mojego życia. I pewnie bym na to machnął ręką, gdyby nie fakt, że – jak mnie poinformował dziś mój kolega Coryllus – problem Barei pojawił się na blogach i wzbudził poważną dyskusję. Nie wiem, kto i w jaki sposób zaczął ten temat, nie wiem też jak się ta dyskusja rozwinęła, wiem natomiast, co napisał na ten temat Coryllus, a ponieważ, mimo że całość jego refleksji mi jak najbardziej pasuje, pewne jego uwagi wydały mi się mało precyzyjne, a czasem zdecydowanie obok problemu, postanowiłem, że jednak się złamię i o Barei napiszę coś od siebie.
      Pozostaje kwestia tego „Misia”, którego – jak już przyznałem – nigdy nie miałem okazji, nie dość że w całości, to w ogóle w jakiejś solidnej części obejrzeć. Myślę, że jednak sobie poradzę, a to dlatego, że z tego co wiem, nie ma absolutnie takiej możliwości, żeby ktoś kto widział dziesięć różnych fragmentów filmów Barei, nie mógł tym samym poznać całości jego możliwości. Często tak bywa, że do porządnej oceny pracy artysty trzeba znacznie więcej, jednak jak idzie o Bareję – uważam, że on nie potrzebuje naprawdę o wiele więcej. Skąd takie moje podejrzenie? Stąd mianowicie, że Bareja to w sposób absolutnie zdecydowany człowiek jednego pomysłu, a pomysł ten można opisać przy pomocy takiego obrazu. Przychodzi człowiek do baru mlecznego i zaraz przy wejściu wita go napis „Zdrowe mleko – zdrowa praca”. Siada ów człowiek przy stoliku, który ma jedną nogę krótszą, więc się tak okropnie kołysze, i od razu wiadomo, że przy nim nie da się ani jeść, ani pić. W tym momencie podchodzi do niego nadęta kelnerka i pyta: „Czego?” Kiedy on prosi o herbatę, dowiaduje się, że jest tylko wódka. Człowiek na to pyta dlaczego, na co ona mu mówi, żeby uważał, bo ona zaraz zawoła milicję. Człowiek chce wyjść z baru i okazuje się, że się wyjść nie da, bo się zacięły drzwi. Męczy się z tymi drzwiami, męczy, i wreszcie, kiedy już ma wychodzić, dopada go kelnerka i każe mu za to, że używał bez potrzeby stolika, wpłacić sto złotych na odbudowę miejscowego placu im. Bohaterskich Traktorzystów. I tak to się plecie przez kolejne sceny, a wszystko to jest naturalnie okropnie inteligentne, śmieszne, a przede wszystkim bardzo odważne, bo wszyscy przecież wiemy, jak to za PRL-u było ciężko z cenzurą.
      Uważam więc, że do tego, by spróbować opisać zjawisko pod nazwą „Stanisław Bareja”, to co o jego filmach wiem, wystarczy mi w zupełności. A jeśli nawet miałem tu jeszcze pewne wątpliwości, to po próbie obejrzenia zestawu „Najlepsze z…” wiem, że tak jak jest, jest z całą pewnością dobrze. Bo to akurat, że filmy Stanisława Barei, jeśli idzie o pomysł i metodę, oparte były wyłącznie na sekwencji takich, jak je sobie wyżej wymyśliłem, grepsów, to fakt nie do dyskusji. Pod tym względem, one przypominają to, co – z zupełnie innej beczki – mamy okazję obserwować w przygodach Harrego Pottera, czy – jeszcze prościej – w klasycznej telewizyjnej telenoweli, gdzie trzy razy w tygodniu scenarzyści muszą dopisywać kolejne przygody, a robią to siłą rzeczy tak, że jeśli scena dziesiąta nie ma jakiegokolwiek logicznego powiązania ze sceną drugą, to zupełnie nic nie szkodzi, bo sens w tym, żeby związek był wyłącznie między sceną drugą a trzecią i między dziesiątą, a dziewiątą.
      Tak właśnie się rozwijają scenariusze wszystkich znanych mi filmow Stanisława Barei. Tam nie chodzi o nic innego jako to, by w ciągu tych dziewięćdziesięciu czy stu minut, opowiedzieć maksymalnie dużo dowcipów o autobusie, który ma napisane, że jedzie na Obrońców Moskwy, a tymczasem jedzie na Plac Trzeciego Czynu Społecznego, czy o kranie, gdzie zarówno z zimnego jak i ciepłego kurka leje się wrzątek, no i żeby wszędzie było jak najwięcej ponurych wieśniaków w beretach i z petem w ustach, czekających w kolejce na bilet z zakładu pracy do teatru na „Hamleta”. No i oczywiście, żeby autorami tych wszystkich gagów byli najwybitniejsi polscy aktorzy komediowi, a więc Bronisław Pawlik, Stanisław Tym, Wojciech Pokora, Krzysztof Kowalewski, Jerzy Turek, Jerzy Dobrowolski, Jacek Fedorowicz… można by wymieniać.
      Nazwiska tych aktorów – stałych aktorów Barei – wspominam nie bez przyczyny. Chodzi o to, że ja nie za bardzo chcę się koncentrować na jakości tych filmów, z tej prostej przyczyny, że, jak podejrzewam, to że one są jako filmy do niczego, w chwilach podstawowej równowagi, wiedzą nawet ci, którzy normalnie traktują je jako obiekt kultu. Z filmów Barei, jeśli na moment przestaniemy patrzeć na nie jak na maszynkę do opowiadania kawałów, nie zostanie nam nic, poza być może grą niektórych z aktorów. Ale jeśli wspominam o aktorach, to też wcale nie po to, żeby się zachwycać nad ich grą. Tu akurat chodzi mi o to, byśmy zwrócili uwagę na fakt, że Stanisław Bareja, reżyser, który jest przez niektórych dziś traktowany jak samotna wyspa na oceanie komunistycznego kłamstwa, przez cały czas tkwił po uszy w najbardziej oczywistym mainstreamie. To nie był ktoś, kto stworzył niezależne antypeerelowskie kino, zgromadził wokół siebie grupę swoich aktorów, i w organizowanych po salkach parafialnych pokazach, podtrzymywał ducha narodu. Kiedy się patrzy na te filmy dziś, i widzi się rozmach, z jakim one były robione i tych właśnie aktorów – wszystkich najbardziej akurat wtedy pierwszorzędnych – to nie można się łudzić, że filmy Barei powstawały poza samym głównym nurtem.
     Ale to przecież też wszyscy wiemy. Wiemy świetnie, że jeśli Bareja miał kłopoty, to były to ewentualnie zwykłe towarzyskie rozgrywki, a i to nie sądzę, by one były dla niego jakoś szczególnie męczące. Nawet jeśli Bareję tępił Kutz ze swoim ubeckim towarzystwem, to ten bojkot nie mógł być aż tak silny, żeby on się mógł nim przejmować. To zresztą były takie czasy, że akurat bardziej po linii było trzymać z tak zwaną opozycją, niż z betonem. Choćby Daniel Olbrychski, Jacek Fedorowicz, czy Maja Komorowska mogą coś na ten temat powiedzieć. Tyle że ja jestem niemal pewien, że gdyby Stanisław Bareja dziś żył i był dziarskim staruszkiem, to by występował co tydzień w TVN-ie i razem z Kutzem pluł na rdzewiejący w Smoleńsku wrak tupolewa. I niech mi teraz ktoś powie, czemu nie?
      Ale i to przecież nie jest tu najważniejsze. Bo w końcu – jak mówię – to że filmy Barei obiektywnie były w najlepszym wypadku przeciętne i to, że jeśli on faktycznie był antykomunistą, to dokładnie tak samo jak każdy z nas, włącznie z przeciętnymi członkami PZPR. Chodzi mi dziś najbardziej o ten kult. O to, że dla wielu z nas – i to również tych, którzy wiedzą wszystko bardzo dobrze i do końca – z jakiegoś powodu, ten „Miś”, te Alternatywy i ta cała reszta jego komedii pozostają wręcz symbolem walki z komuną. Walki przez śmiech i szyderstwo, ale właśnie walki. I to właśnie ze względu na tych moich druhów w biedzie, piszę ten tekst. By zwrócić im uwagę na jeden bardzo, moim zdaniem, interesujący aspekt całej tej barejowskiej histerii. Chodzi mi mianowicie o to, że z jakiegoś powodu, szczególnie chyba film „Miś” jest ulubionym filmem całej tej bandy młodej platformerskiej miejskiej inteligencji. Oczywiście nie tylko „Miś”. Również „Dzień świra”. „Miś” i „Dzień świra”. Te dwa filmy stanowią przedmiot autentycznego intelektualnego kultu dla tego właśnie pokolenia. Można by wręcz powiedzieć wielo-pokolenia. Oni oczywiście lubią też „Testosteron” i „Ladies”, i inne komedie, ale to tylko dla jaj. Poważne myślenie odbywa się dopiero przy okazji „Misia” i „Dnia świra”. To wtedy właśnie, przeciętny, nowoczesny wykształciuch zaczyna intensywnie kontemplować coś, co Rafal Ziemkiewicz kiedyś opisał jako „polactwo”, a co pop-kulturowo stanowi zjawisko znacznie szersze od tego co można było znaleźć w oryginale. Bowiem na poziomie „Misia” nie mamy już Polaka z jego przywarami i kompleksami. Tam nie mamy już Polski jako zacofanego skansenu. W „Misiu” wtedy, a dziś w „Dniu świra”, mamy już tylko zwykłe śmierdzące gówno. Oczywiście pokazane tak, by nikt się nie porzygał, lecz się pośmiał i zadumał, ale jak najbardziej gówno. I stąd, jak sądzę, popularność Barei wśród nowej polskiej inteligencji.
      Pamiętamy wszyscy, jak to w tym samym czasie, kiedy Bareja kręcił swoje „antypeerelowskie” komedie, karierę robił Jerzy Gruza ze swoim „Czterdziestolatkiem”. Z jakiegoś powodu, „Czterdziestolatek” nigdy nie uchodził za przejaw niezależnej walki z komuną. Wręcz przeciwnie, wielu z nas „Czterdziestolatka” do dziś tępi, jako przykład najbardziej chamskiej peerelowskiej propagandy. A ja przyznam, że tego nie rozumiem. To znaczy, rozumiem, że „Czterdziestolatek” to była propaganda, natomiast nie rozumiem, dlaczego „Czterdziestolatek” był propagandą, a „Miś” już nie. Czy może dlatego, że w tym całym pezetpeerowsko, ubecko, debilnym otoczeniu Karwowski i jego rodzina byli zwykłymi, sympatycznymi ludźmi? Czy może dlatego, że Karwowski był członkiem PZPR? Przepraszam wszystkich bardzo, ale tego nie rozumiem. Przecież jak idzie o kpiny z ówczesnej Polski i tych co wtedy Polską rządzili, tam było wszystko co trzeba. Natomiast przyznaję – w „Czterdziestolatku” nie wszyscy byli polskim bydłem. Tak naprawdę, tam w ogóle nie było polskiego bydła. I stąd pewnie ów brak szacunku.
      Nie oszukujmy się. Barei wcale nie chodziło ani o PRL, ani o komunizm, ani o niewolę, ani nie o terror. Tu nie chodziło o to, że przez tyle lat musieliśmy żyć w tym upiornym świecie, gdzie nic, i to dosłownie nic, nie działało. Tu śmieszne jest to, że to co pokazuje Bareja to jest Polska i Polacy. Kraj debili, agentów i wieśniaków. Dziwek i idiotek. Kraju gdzie wszystko śmierdzi syfem i starą szmatą. O nie! Tam w ogóle nie chodziło o komunizm. I dziś, kiedy tak próbuję oglądać te fragmenty barejowskich grepsów, myślę sobie, że gruncie rzeczy ówczesnym towarzyszom tamte filmy się musiały bardzo podobać. Na zasadzie takiej, że no popatrzcie kolego, i z kim to my się tu musimy męczyć. A dziś, jestem pewien, że film „Miś” jest również jednym z ukochanych filmów takiego Stefana Chwina, o którym parę razy też już miałem okazję wspomnieć. On tam z pewnością potrafi znaleźć dla siebie wieczną inspirację.
      Na początku zaznaczyłem, że mocnym powodem, dla którego wziąłem się jednak ostatecznie za Bareję był tekst mojego kolegi Coryllusa, i że są akcenty w jego wpisie, które pozostawiają we mnie poczucie pewnego braku. O co chodzi? Otóż Coryllus sugeruje, że Stanisław Bareja kręcił te filmy na zamówienie Partii. Może nie całej Partii, może nie zamówienie bezpośrednie, ale że tak czy inaczej ktoś tam, gdzieś tam, wziął go na bok i powiedział, ze nie byłoby źle coś w tym tonie kręcić. Nie zgadzam się z tą opinią. Uważam, że gdyby Bareja był zaledwie wynajętym specem od sączenia tej trucizny, nie byłoby tak źle. W końcu ich było zawsze bez liku. Problem w tym, że on prawdopodobnie autentycznie uważał, że to co mamy w Polsce to fatalny, straszny, nieludzki System, tyle że Polacy są tak do dupy narodem, że na nic lepszego nie zasługują. I w ten sposób, on był w pewnym sensie prekursorem tego całego nurtu polskiej współczesnej myśli intelektualnej, który tak nas niszczy dziś. I to właśnie dlatego, jest on ulubieńcem tych, których na co dzień uważamy za zdrajców, katów i tchórzy, i tak często też ulubieńcem nas samych. Uważam, że nie zaszkodziłoby było się troszeczkę nad tym zastanowić.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.


środa, 14 czerwca 2017

Podchodzą mnie krótkie numery, część kolejna


Dziś w kioskach ukazuje się kolejny numer tygodnika „Polska Niepodległa”, a w nim znane nam już wszystkim „króciaki”. Gdyby ktos nie zdążył zapoznać się z poprzednią edycją, zapraszam i życzę dobrej zabawy.


Miniony tydzień upływa nam w ponurym cieniu smoleńskich ekshumacji, i kiedy wydawałoby się, że ci którzy swój czas do wygłaszania różnego rodzaju mądrości już mieli i go wykorzystali tak jak umieli, okazuje się że oni wszyscy, zamiast się uprzejmie zamknąć, wciąż nas pouczają. Jako pierwszy chyba odezwał się sam Radek Sikorski i ogłosił, że o ile wcześniej był on ekshumacjom przeciwny, to dziś, kiedy otwierane są kolejne trumny, on już nie uważa, że ekshumacje zostały zaplanowane jako pisowska intryga mająca na celu udowodnienie zamachu. Teraz, widząc owe wymieszane z niedopałkami papierosów ludzkie szczątki, Sikorski wie, że ekshumacje są jednak przeprowadzane rzetelnie, a po znalezieniu fragmentów ośmiu różnych ciał w trumnie generała Kwiatkowskiego, wie na pewno, że mowy o jakimkolwiek zamachu być nie może. No i słusznie. Przecież to jest oczywiste, że tych ludzi zwykła bomba by aż tak nie porozrywała. To mogła być tylko solidna ruska brzoza.

*

Swoją drogą, to okropna szkoda, że tych ekshumacji jeszcze w roku 2010 nie zaordynował rząd Donalda Tuska. Wyobrażacie sobie Państwo jaki byłby to potężny zastrzyk społecznego poparcia, gdyby już wtedy ludzie się dowiedzieli, jakie spustoszenia może wywołać jedna ruska brzoza? Platforma rządziłaby dziś już trzecią kadencję, Jarosława Kaczyńskiego by już dawno w polskiej polityce nie było, a Polska by nadal brylowała na europejskich salonach przy coraz większej z każdym dniem sympatii ze strony tak wybitnych polityków, jak przewodniczący Timmermans i Juncker, natomiast wspomniany Sikorski nie musiałby ronić łez nad Polską, skarżąc się, że „my zamiast trzymać się z tymi, którzy podtrzymują zachodnie wartości, którzy chcą by Europa miała zdolność do obrony własnej, do promieniowania wartościami europejskimi, demokratycznymi na swoje sąsiedztwo, to raczej sympatyzujemy z radykałami, z tymi którzy grają w rosyjską grę rozdzielania Europy od Stanów Zjednoczonych i wzmacniania skrajności, tak by rozbić Unię Europejską”. No i co najważniejsze moglibyśmy, jak w dawnych dobrych czasach, grać w rosyjską kartę, siedząc po właściwej stronie.

*

Swoją drogą, nikt się chyba nie spodziewał, jak wiele za uszami musi mieć w smoleńskiej sprawie wspominany przez nas już chyba dużo za długo minister Sikorski. A biorąc pod uwagę jego aktywność w obliczu tego czego się dowiadujemy przy okazji kolejnych ekshumacji, tego brudu musi być naprawdę cała kupa. W innej swojej wypowiedzi dla telewizji TVN24 były minister wytłumaczył nam wszystkim, że to ani do niego, ani do premier Kopacz, a już tym bardziej do samego Donalda Tuska, nie powinny być kierowane jakiekolwiek pretensje, gdyż „to nie członkowie Rady Ministrów są patologami i nie oni dokonali tych pomyłek”. Oczywiście. Z wszelkimi pytaniami należy się zwrócić do rosyjskich patologów: „A wy, towarzyszu, dlaczego dokonaliście pomyłki? Jak mogliście zapomnieć, że człowiek ma tylko dwie dłonie dwie nogi i jedną głowę? Czy trzeba było tyle pić?” Proponuję, by w tej sprawie wysłać do Moskwy ministra Grasia. On na pewno jeszcze pamięta, że pomyłka po rosyjsku to „aszybka”.

*

Swoją drogą, ostatnio tych pomyłek jest zdecydowanie zbyt dużo. Również na naszym nędznym poziomie domowej polityki. Oto Ryszard Bugaj, człowiek o którego istnieniu nawet najbardziej uważni obserwatorzy by od dawna nie pamiętali, a który, podobnie jak Marek Siwiec, czy Zbigniew Janas, dzięki uprzejmości „zaprzyjaźnionej stacji”, owszem, wciąż gwiazdorzy. Ostatnio wyznał on przed kamerami wspomnianej stacji, że głosując na Andrzeja Dudę również dokonał pomyłki, ale za to dziś u niego „Andrzej Duda jest skreślony definitywnie”. Swoją drogą, ciekawa postać ten Bugaj. Właściwie każdy z nich, choćby nie wiem jak przypadkowy i nieważny, może o sobie powiedzieć, że swoje 15 minut miał. Bugaj nie. Tak bardzo się starał, tak często już pozwolono mu przekroczyć próg do sieni, i ostatecznie zawsze brakowało dla niego miejsca. Krótko mówiąc, Ryszard Bugaj to ktoś, kto nigdy nikogo nie zawiódł, a więc też ktoś, o kim nikt nigdy nie powie, że „skreśla go definitywnie”. A więc jeden sukces już ma.

*

Jak już wspomnieliśmy, gdyby nie stacja TVN24, nasza wiedza o ważnych postaciach najnowszej polskiej historii byłaby znacznie uboższa. Nie dość że nie wiedzielibyśmy kim są tacy ludzie jak Marek Siwiec, Włodzimierz Cimoszewicz, Andrzej Olechowski, Jerzy Wenderlich, Władysław Frasyniuk, to niewykluczone, że, zwłaszcza młodsze pokolenie, nie rozpoznałoby nawet i Kazimierza Marcinkiewicza, czy Ludwika Dorna. Powiem więcej, pewna znajoma licealistka ujrzała niedawno zdjęcie Lecha Wałęsy i krzyknęła: „To jest Wałęsa? To on tak wygląda? Jakie jaja!” W tej sytuacji, wydaje się krzyczącą niesprawiedliwością, że oni wciąż nie pokazują jako autorytetu Andrzeja Milczanowskiego, w pamiętnych latach 90. najpierw szefa UOP-u, a następnie Ministra Spraw Wewnętrznych. Zwłaszcza gdy jego zastępca-hippis Piotr Niemczyk regularnie robi tam za gwiazdę.

*

Nie martwmy się jednak zbytnio. Wprawdzie TVN24 jeszcze na Milczanowskiego nie zwróciła uwagi, natomiast tak w ogóle to ów ciekawy człowiek jest bardzo aktywny. Ostatnio wystąpił na jakimś spotkaniu byłych ubeków i żołnierzy WSI i komentując ostatnie posunięcia rządu Prawa i Sprawiedliwości, powiedział co następuje: „Czy musicie się z tym godzić? Na pewno nie! Czy jest szansa wystąpienia z takimi środkami, które umożliwią wam nie tylko protest, ale skuteczny protest i wstrzymanie tego. Bez ryzyka nie ma wyników. Wiem to bardzo dobrze i niektórzy z państwa tutaj obecnych też to wiedzą. […] Jesteście ludźmi jakby szczególnie predysponowanymi z racji wykonywanych funkcji uprzednio, żeby tę władzę nacisnąć. Dotkliwie”.
No, naprawdę. Apelujmy do redakcji TVN24. Nie wolno marnować takich talentów. Że co? Że Milczanowski to terrorysta? I co z tego? Czyż nie jest tak, że jego jedyną winą jest to, że mówi to, co inni mają w sercu?

*

Inna sprawa, że oni naprawdę nie mają lekko. Oto nagle okazuje się, że coś co, do niedawna pod czujnym okiem samego Mieczysława Wachowskiego, prowadziło różne interesy pod nazwą „Fundacja Instytut Lecha Wałęsy” stoi nie dość że przed widmem bankructwa, to jeszcze zarzutami o prosty finansowy przekręt. Jak właśnie ujawniono, z setek milionów złotych, jakie polskie państwo karmiło ów interes przez lata, zostało jakieś parę złotych, a wierzyciele żądają zwrotu całości. Obecny prezes Fundacji, słynny sędzia Jerzy Stępień, wypowiadając się w tej sprawie dla mediów, powiedział, że przede wszystkim pieniądze nie zostały „roztrwonione, rozgrabione, lecz zostały przeznaczone na inne cele niż te, które sformułowali donatorzy i do których realizacji Instytut się zobowiązał”. Zapytana o to, jakie proponuje rozwiązanie obecnej sytuacji, odpowiedział, że Fundacja zwróci się do niegdysiejszych dobrodziei przewodniczącego Wałęsy z prośbą o rozłożenie długu na raty. To byłby oczywiście pomysł bardzo inteligentny, gdyby uznać, że po kolejnych wyborach gangi odzyskają władzę. Ponieważ jednak wszystko wskazuje na to, że tak się nie stanie, może lepiej niech sędzia Stępień skrzyknie swoich kumpli prawników i wspólnie z nimi ogłosi, że żądanie od Lecha zwrotu dotacji jest niezgodne z Konstytucją. W końcu, oni, podobnie jak ubecy od Milczanowskiego, też mają swoje doświadczenie. Najwyżej poprosi się o pomoc przewodniczącego Timmermansa.

*

No bo gdy idzie o samą Polskę, jak wiemy, wielkich nadziei mieć nie można, a nikt lepiej tej prawdy ostatnio nie wyraził, jak sam messer Adam Michnik. Podczas któregoś z licznych ostatnio spotkań z czytelnikami, mających na celu sprawienie, by „Gazeta Wyborcza” nie podzieliła smutnego losu węgierskiego „Népszabadság" powiedział ów wybitny mąż co następuje: „Nie możemy oddać Polski tym gówniarzom”. Gdyby ktoś nie wiedział, o kogo może tu chodzić, chętnie wyjaśniam. Redaktor Michnik mówił o „młodych, wykształconych, z dużych miast”. Dziś to oni są ci źli. Kto zatem pozostał? Wygląda na to, że albo my mohery, albo Milczanowski z kumplami. Wybór wydaje się być oczywisty. Powodzenia.


Jak zawsze, zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.


wtorek, 13 czerwca 2017

Nie dla idiotów, czyli o tym jak pobito pana Voltaire'a

      Jak wszyscy znakomicie wiemy, od z górą siedmiu lat, na Karkowskim Przedmieściu, 10 dnia każdego miesiąca, grupa zmanipulowanych partyjną propagandą, grupa głównie starszych osób, konsekwentnie urządza demonstrację mającą na celu rzekome uczczenie pamięci 96 osób, zmarłych w wyniku lotniczej katastrofy 10 kwietnia 2010 roku. Program owej manifestacji za każdym razem wygląda identycznie. Najpierw w pobliskiej katedrze odbywa się Msza Święta, a po mszy, tłum oczadziałych z nienawiści osób, w towarzystwie paru zdegenrowanych księży, na zmianę modląc się, lub śpiewając religijne pieśni, dokonuje przemarszu pod Pałac Prezydencki, gdzie prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński, wygłasza wciąż to samo, pełne jadu i nienawiści przemówienie. Po zakończeniu wspomnainej manifestacji, tłum rozchodzi się do domów i zajmuje się swoimi sprawami, aż do kolejnego 10 dnia miesiąca.
      Ponieważ ów pełen kłamstwa i nienawiści rytuał zszargał nerwy grupie światłych i całkowicie wolnych od politycznych uprzedzeń obywateli, ci postanowili, że wprawdzie wbrew prawu, natomiast zgodnie z najszczerszym poczuciem moralnej racji, którą każdy z nich się kieruje, nie staną zgodnie z demokratycznym zwyczajem z transparentami obok owej eksplozji nienawiści, by wykrzyczeć swój sprzeciw, ale użyją fizycznej siły, by ową grupę politycznych szaleńców pozbawić ich konstytucyjnego prawa do wolnej ekspresji.
     Ponieważ Konstytucja RP gwarantuje wolność demonstrowania wszelkich poglądów, o ile tylko owa demonstracja nie narusza konstytucyjnych praw innych osób, a owe seanse smoleńskiej nienawiści zostały wcześniej wyposażone we wszelkie gwarancje ze strony Konstytucji właśnie, wspomniana próba fizycznego zablokowania marszu musiała zostać powstrzymana przez policję. Ponieważ jednak przedstawiciele owej bardziej politycznie świadomej, a przy okazji moralnie nieskalanej części polskiego społeczeństwa uznali, że głoszone przez nich prawo moralne stoi ponad prawami tych, z którymi oni się zasadniczo nie zgadzają, zrobili coś, czego w systemach demokratycznych nie robi się nigdy i nigdzie, zaatakowali policję i tym samym znaleźli się na marginesie owej debaty.
       Oczywiście wspomniane wydarzenie jest szeroko komentowane przez media. Oglądam telewizję, czytam komentarze w Internecie, słucham debat między zaangażowanymi w w ową awanturę stronami i wszyscy się zachowują, jakby ich jedynym zadaniem było podtrzymanie temperatury sporu. Jedni powtarzają swoje argumenty przeciwko wykorzystywaniu religii do siania nienawiści, a drudzy o braku szacunku dla pomordowanych w Smoleńsku osób. I nikt nie chce rozmawiać o problemie wobec którego nagle stanęliśmy, a więc faktycznym zakwestionowaniu odwiecznej zasady – swoją drogą nadzwyczaj często traktowanej z prawdziwym nabożeństwem przez tych, którzy dziś walczą na ulicach z policją – autorstwa niejakiej Evelyn Beatrice Hall: „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę broniła twego prawa do ich głoszenia”. Wszyscy wyłącznie uprawiają partyjną propagandę, która ma ich doprowadzić albo do kolejnego wyborczego zwycięstwa, albo do odzyskania władzy.  
      Swoją drogą, bardzo ciekawe jest to, że przypomniana myśl pani Hall jest zwyczajowo i konsekwentnie przypisywana temu sataniście i mordercy, Voltaire’owi. Czyżby oni już na samym początku zadbali przede wszystkim o to, by to wszystko było tylko na niby?



Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

O tym, jak nie zostałem najlepszym wydawcą

      Zakończyła się kolejna edycja targów książki „Rozetta” w Bytomiu i moim najuczciwszym zdaniem, wszystko, co się udało tam osiągnąć – i to osiągnąć już po raz drugi – to oczywisty sukces wszystkich osób, które w ich organizację były zaangażowane, a przede wszystkim Piotrka Szeligowskiego, który je wymyślił, w znacznym stopniu sfinansował, ale też swoim ambitnym wysiłkiem poprowadził owe targi do szczęśliwego finału. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że i to wydarzenie, podobnie zresztą jak każde inne, które jest w jakikolwiek sposób skażone nie dość że ludzką determinacją zachowania pełnej niezależności od tego wszystkiego, co tworzy wszelki mainstream, a więc zarówno ten oficjalny, jaki i ów bardzo starannie zakamuflowany, to jeszcze przez obecność projektów przez ów mainstream z całą stanowczością tępionych, musiało zostać odebrane przez niektórych jako impreza w gruncie rzeczy peryferyjna, a więc nieważna. Nie zmienia to jednak faktu, że ona się odbyła dokładnie tak jak się odbyć miała, a ci, którzy w niej przez owe dwa dni brali udział, przyjeżdżając do Bytomia często z całego kraju, a niekiedy i świata, z całą pewnością wezmą w niej udział za rok, i że z każdą kolejną edycją, będzie ich coraz więcej. Wbrew owemu milczeniu, pełnemu zalęknionej wrogości, no i tym bardziej, im bardziej oni będą kopać, jak to określiła pięknie jedna z koleżanek, kogoś, kto w ich chorym przekonaniu, już leży.
       O szczegółach, ubarwiając swoją relację różnego rodzaju anegdotami, zapewne opowie ze swoim niepowtarzalnym talentem Coryllus, ja bym natomiast chciał wspomnieć o czymś, co dla mnie ma znaczenie zupełnie wyjątkowe i co w związku z tym musi zostać wspomniane. Otóż jednym z pomysłów naszych targów było to, by przez cały okres ich trwania Czytelnicy mogli głosować na „najlepszego wydawcę”, „najlepszego autora”, no i wreszcie „najlepszego blogera”. Zgodnie z przewidywaniami i, moim zdaniem, jak najbardziej zasłużenie i sprawiedliwie, kolejne „Rozetty” przypadły: wydawnictwu Klinika Języka, Gabrielowi Maciejewskiemu jako najlepszemu autorowi, oraz autorce być może w ogóle najważniejszego bloga w całej historii blogosfery, Pink Panther.
      Proszę sobie zatem wyobrazić, jak się poczułem, kiedy jak grom z jasnego nieba spadł na mnie gest Coryllusa, który swoją Rozettę dla najlepszego autora – jak mówię, w mojej opinii, całkowicie zasłużoną – odstąpił mi. Ponieważ zrobił to w taki sposób, w jaki sposób od lat się ze mną komunikuje, a więc na boku i bez zbędnych słów, czuję się zobowiązany, by poinofrmować o tym w najbardziej naturalnej dla mnie formie, a więc na blogu. W tej jednak sytuacji i ja się ograniczę do podobnej dyskrecji i więcej na ten temat nie powiem ani jednego zdania więcej, poza może tym jednym: To już chyba bardziej sprawiedliwie byłoby, gdybyś mi, stary, oddał tę drugą – dla najlepszego wydawcy.
     I już na koniec. Ponieważ kończąca targi tak zwana „debata blogerów” się mocno przedłużyła, w dodatku tuż po niej Coryllus poszedł udzielać wywiadu dla telewizji, a ja się musiałem zająć obsługą czytelników, no i sprzedażą, nie udało mi się pożegnać z całą kupą przyjaciół, którzy musili pędzić do swoich domów. A więc tą drogą wszystkich pozdrawiam i – do następnego razu! Dziękuję.



Oczywiście księgarnia, w której można kupować moje książki jest tam gdzie zawsze, a więc pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam.
     
    
      

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...