wtorek, 14 lutego 2017

Dlaczego Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło do końca świata

       Powiem zupełnie uczciwie, że sprawa niedawnego wypadku kolumny transportującej premier Szydło zajmuje mnie średnio. Chodzi o to, że ponieważ ja doskonale znam ostateczny wynik dzisiejszego zamieszania, czyli – zupełnie niezależnie od tego, co zostanie najpierw zdecydowane, a potem ustalone – to mianowicie, że już za tydzień pies z kulawą nogą o tym, co się stało w Oświęcimiu, nie będzie pamiętał, mam ten komfort, że mogę się skupić na kwestiach moim zdaniem znacznie ciekawszych.
      To co mnie bowiem niezmiennie fascynuje, to sposób, w jaki nasza opozycja próbuje odzyskać utracone tereny. Jedzie przez Oświęcim rządowa kolumna z premier Szydło na pokładzie przez, miejscowe seicento zajeżdża Pierwszej Limuzynie drogę, dochodzi do kolizji, cała Polska jest skupiona na tym, że premier Szydło jest w szpitalu, ludzie oglądają ją w wiadomościach TVP, jak raźnym krokiem przemierza szpitalne korytarze, wszyscy otrzymujemy bezpośrednie informacje, że do naszej pani premier telefonują z serdecznymi pozdrowieniami kanclerz Merkel i premier May, że wszystkie kompetentne służby zajmują się sprawą, by ją jak najlepiej wyjaśnić, a tymczasem politycy Platformy Obywatelskiej, oraz tak zwane „zaprzyjaźnione media”, od rana do wieczora, zamiast zająć się porządną pracą u podstaw i zyskać choćby kilka punktów w sondażach, cały wysiłek wkładają w to, by z kierowcy seicento zrobić narodowego bohatera, który wystąpił przeciwko „pisowskiemu państwu”.
      Wczoraj na swoim blogu Coryllus zamieścił informację o tym, że oto został rozstrzygnięty konkurs, jaki nasze Ministerstwo Kultury ogłosiło na scenariusz do wielkiej hollywoodzkiej produkcji filmowej, która ma Polsce zapewnić światowy sukces. Jak się okazuje, nie dość że, jak ostatni kretyn, do konkursu zgłosił się brat ministra Glińskiego, Robert, to on też został jednym z głównych owego konkursu zwycięzców. Powiem szczerze, że to iż rząd Prawa i Sprawiedliwości dopuścił do tego rodzaju kompromitacji, uważam za nie dość, że jeden z lepszych powodów, by tych idiotów przy najbliższej okazji spróbować pozbawić władzy, to jeszcze, moim zdaniem, jest to powód jak najbardziej usprawiedliwiony. Ale jest jeszcze coś. Oto minister Gliński, człowiek, wydawałoby się skompromitowany wielokrotnie i ostatecznie, ktoś kto powinien zostać z tego rządu wyrzucony na zbity pysk w jednej chwili i to bez cienia litości, zachowuje pozycję, która mu gwarantuje to choćby, że to on właśnie będzie zastępował kontuzjowaną premier Szydło podczas dzisiejszych obrad rządu.
      I oto, zamiast choćby spróbować się uczepić tego Glińskiego i, korzystając z usług telewizji TVN24, próbować zmienić układ sił, oni snują się bez sensu po Oświęcimiu i wydają ciężkie pieniądze albo na jakieś nic nie znaczące zapisy z kamer, na których nic nie widać, albo na zeznania rodziny tego kierowcy, który w pierwszej kolejności to wszystko uruchomił.
      No ale jest jeszcze coś, co mnie autentycznie zachwyca. Otóż ci idioci uznali, że wręcz fantastyczną zagrywką będzie nieustanne używanie po adresem kierowcy seicento – ale i faktycznego sprawcy owej kraksy –  określenia „młody człowiek”. Tak jakby oni nagle sobie wymyślili, że jeśli kogoś przedstawi się, jako „młodego człowieka”, i ową frazę „młody człowiek” będzie się powtarzało z odpowiednio dużą częstotliwością, to owa sytuacja Dobrą Zmianę natychmiast  ustawi w pozycji przegranej. No i dziś, konsekwentnie, 24 godziny na dobę na okrągło, wysłuchujemy informacji na temat jakiegoś kompletnie obcego nam kierowcy starego seicento z Oświęcimia, który jest podobno „młodym człowiekiem” prześladowanym przez „państwo PiS”… a wszystko w nadziei, że to nas przy okazji najbliższych wyborów zachęci do tego, byśmy polubili Grzegorza Schetynę oraz Ewę Kopacz? Przepraszam bardzo, ale to tak nie zadziała.
      Z drugiej strony natomiast jest tak, że premier Szydło leży w szpitalu, dzielnie wracając do zdrowia, premierzy najważniejszych europejskich krajów ślą jej przyjazne życzenia, giełda rośnie, ubóstwo wśród polskich dzieci zostało właśnie ostatecznie zlikwidowane, mieszkania dla najbardziej potrzebujących się budują i wszystko wskazuje na to, że pod tym względem nic się nie zmieni, a każdego dnia o godzinie 19.30, jak za starych dobrych czasów, to wszystko co powinniśmy wiedzieć zostaje nam odpowiednio interesująco pokazane. Tymczasem telewizja TVN24 wciąż nam wciska tego „młodego człowieka”, od którego już się wszystkim chce rzygać. Czemu oni tak robią? Bo są dokładnie tacy sami, jak ci, z którymi rzekomo walczą. No a bracia Glińscy oczywiście stoją na jednej nodze, gotowi do skoku.
      Kiedy już zamknąłem ten tekst, wszedłem na portal tvn24.pl i tam znalazłem relację z występu jakiegoś generała Pytla w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i”. Oto – przepraszam, ale dłuższy – fragment relacji, jaką w ramach owej audycji przekazały nam propagandowe służby Platformy Obywatelskiej:
      „Gen. Pytel powiedział w ‘Kropce nad i’, że w pierwszej połowie 2015 roku, w czasie oczekiwania na posiedzenie jednej z komisji sejmowych, zwrócił się do niego poseł PiS z prośbą o rozmowę w cztery oczy. – Co wywołało zdziwienie ze strony innych posłów, bo była to osoba znana z ataków na służbę i jej kierownictwo, w tym na moją osobę –  mówił Pytel. – Zgodziłem się. (Poseł) zaprowadził mnie do pomieszczenia, które zamknął i zaproponował następujący deal: ja i moja służba przestaję ‘robić sprawę’ na pana Macierewicza, bo ‘wiadomo, że może mu ona zaszkodzić’, w zamian za to zyskuję nietykalność, w postaci ustania ataków na moją osobę – tak przebieg rozmowy opisał były szef SKW. – Powiedziałem (posłowi), że Służba Kontrwywiadu Wojskowego działa w granicach prawa i tylko na podstawie przepisów – relacjonował Pytel, dodając, że nie zgodził się na zaproponowany mu układ. W trakcie programu stwierdził jednak, że do dziś nie wie, jaką ‘sprawę’ poseł miał wtedy na myśli. – (On) zakładał, że ja wiem, o co chodzi – tłumaczył Pytel. Na jego uwagę, że to nieprawda, poseł miał mu wówczas odpowiedzieć: ‘Przestań, przecież wiem, że kopiecie’. Pytel zastrzegł jednak, że nie ujawni nazwiska parlamentarzysty. – Jeżeli pan poseł ma odwagę, to możemy wrócić do tej rozmowy – oświadczył były szef SKW”.
      A więc oni postanowili trzymać ten poziom, w ich rozumieniu, wyjątkowo przebiegłego cwaniactwa? Powtarzam: Glińscy mogą spać spokojnie.


Wszystkich zainteresowanych zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. Naprawdę warto.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Szpil w busie, a Ślązacy na karuzeli

          Był czas, kiedy bez radia nie wyobrażałem sobie życia i faktycznie ono w mniejszym lub większym stopniu wypełniało mój dzień. Od wielu jednak lat, jeśli zdarza mi się odbierać radiowe dźwięki, to albo z łazienki, w której akurat moja żona bierze kąpiel, albo oczywiście – jak wielu z nas – podczas jazdy komunikacją miejską, zakładając że siedzimy gdzieś z przodu, a kierowca ma włączone radio. Poza tym ja osobiście radia unikam jak zarazy. Dlaczego? Z tego prostego, a dla mnie zupełnie oczywistego, powodu, że estetyczny poziom, jaki ów wynalazek sięgnął w ciągu minionych lat, a sprowadzający się do tego, że tam albo jest grana muzyka, której najczęściej nienawidzę, albo, między jedną a drugą piosenką, nadawane są popisy jakichś dwóch gówniarzy, które mnie wyłącznie męczą, jest dla mnie nie do zniesienia. Do dziś pamiętam, jak kiedyś w ciągu paru dni musiałem w roli pasażera przejechać chyba z tysiąc kilometrów samochodem, słuchając nieprzerwanie Radia Zet i powiem szczerze, że gdyby ktoś mnie pytał o najgorsze estetyczne przeżycie w życiu, to byłoby pewnie właśnie to. Radio Zet słuchane przez kilka godziny bez przerwy.
      Nie znam się więc na radiu, nie słucham radia, nie wiem, jakie są w tej chwili radiowe stacje poza Radiem Maryja, Radiem Zet, TOK-FM,-em, RMF-em, no i oczywiście Polskim Radiem i wiedzieć tego nie muszę. Natomiast zdarzyło się ostatnio, że jechałem do pracy miejskim busem i kierowca miał radio nastawione na stację, której nie znam, o której wcześniej nie słyszałem, ale której istnienia też nawet nie podejrzewałem, a mam na myśli coś, co nadaje w tak zwanym „Schlesische sprache”. Z tego co zdążyłem usłyszeć, jest to stacja dokładnie taka jak każda inna, czyli z muzyką, przerywaną reklamami, oraz z gadką w wykonaniu dwóch dziennikarzy, z wiadomościami co godzinę, tyle że tam zamiast „a teraz”, mówi się „a tero”, zamiast „widziałem” – „widziołech”, a na „mecz” mówi się „szpil”. I o ów „szpil” mi dziś, przy okazji tej notki, chodzi. Rzecz w tym, że w tym akurat czasie, gdy sobie siedziałem w tym busie, a w uszach rozbrzmiewała mi owa „ślunska godka”, leciały akurat wiadomości sportowe – zwykłe wiadomości sportowe, takie jak te, które znamy od dziesięcioleci – tyle że tam właśnie zamiast „mecz”, używano słowa „szpil”, a każde pojedyncze słowo wymawiało się z tym charakterystycznym, ciężkim, jak ja to określam „chamskim” śląskim zaśpiewem.
      To co mnie jednak naprawdę uderzyło, to to, że, z tego co zdążyłem usłyszeć, ów „szpil” był tam jedynym niemieckim słowem. Poza tym mieliśmy tylko wspomniany zaśpiew. Ponieważ większość wspomnianej informacji dotyczył piłki nożnej, słowo „szpil” wracało co chwilę i to, naturalnie, w całym swoim gramatycznym bogactwie. A więc mieliśmy „dzisiejszy szpil”, „pod koniec szpila”, „jutrzejszemu szpilowi”, no i oczywiście „o tym szpilu”. Słuchałem tej błazenady i nagle sobie uświadomiłem, że oni – a mam tu na myśli wszystkich tych miejscowych patriotów, którzy oblepiają miasto nalepkami z hasłem „godom po ślunsku” i gdzie tylko mogą zaznaczają teren w sposób już bardziej zdecydowany, czyli albo uruchomiając restaurację „Kattowitz”, czy wydając gazetę pod nazwą „Zeitung” – znaleźli się w autentycznej pułapce, z której bez języka polskiego, a więc jedynego tak naprawdę języka, który znają, się nie wyrwą. No bo, zastanówmy się, co to jest za komedia z tym „szpilu”, „szpila”, czy „szpilowi”? Ja bym zrozumiał, gdyby oni ograniczyli nieco swoje ambicje i zamiast „mecz”, mówili „mycz”, albo co by tam im przyszło do tych tępych łbów, no ale „szpil”? Przecież to się nie trzyma kupy. Niech no oni tylko spróbują to zapisać. Jak to będzie wyglądało? „Spielowi”? „Spielu”? Który Niemiec będzie wiedział, o co chodzi?
      Przy okazji wygranego przez Liverpool meczu z Tottenhamem oglądaliśmy trochę w Internecie rozmowy z kibicami The Reds, no i przyznaję, że oni w większości mówili tak, że jak akurat z tego rozumiałem niewiele. Ów „scouse accent” jest tak ciężki, że normalny człowiek wobec niego zwyczajnie pozostaje bez szans. Jednak, co by o nim nie mówić, to jest wciąż język angielski. Nie francuski, nie włoski, nie niemiecki. Ci kibice Liverpoolu mówią po angielsku i dzięki temu są powszechnie traktowani, jako element miejscowego kolorytu, a nie jako banda idiotów, którzy postanowili na przykład mówić po francusku, tyle że z zachowaniem angielskiej gramatyki i udawać, że kultywują lokalną tradycję.
      Czytelnicy tego bloga znają mój stosunek do tak zwanego „śląskiego patriotyzmu” i nie mam tu ochoty dziś niczego tłumaczyć. Muszę natomiast stwierdzić, że ta moja niedawna przejażdżka do pracy busem, potwierdziła w mojej opinii jedynie słuszność wszystkich tych moich „śląskich kompleksów”. Na tym poziomie, póki co, nic się nie zmieni. Niech się oni wszyscy pukną w swoje drewniane czoła.

Zapraszam wszystkich i każdego do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie kupujemy moje książki. Polecam.
      

      

niedziela, 12 lutego 2017

Czy w Kolumbii znają polityczną myśl Lecha Wałęsy?

      Dziś zapraszam na kolejna część moich cotygodniowych refleksji pisanych dla „Warszawskiej Gazety”. Miało już o nim nie być, ale się po prostu nie da. Czasem się nie da.       


       Po tym, jak po raz kolejny już, tyle że teraz już chyba najbardziej oficjalny, poinformowano nas, że kiedy Lech Wałęsa przyjechał ze swojej wsi do Gdańska i podjął pracę w stoczni, pierwsze co zrobił, to zaczął donosić milicji na kolegów i naturalnie brać za to pieniądze, zostaliśmy zmuszeni do codziennego wysłuchiwania wyjaśnień rzeczonego Wałęsy na tematy różne, głównie jednak krążące wokół tematu jego bezprecedensowych zasług dla świata, oraz ludzi, którzy chcą go zniszczyć. Osobiście największe wrażenie na mnie zrobiło jego wystąpienie podczas niedawnego zjazdu noblistów w Kolumbii, podczas którego pochwalił się, że to wyłącznie dzięki temu, że on swego czasu „obalył komune”, dziś Europa ma wspólną walutę.
       Swoją drogą, uważam, że to iż owo spotkanie odbyło się akurat dziś i akurat w Kolumbii – fakt solidarnie zlekceważony przez wszystkie media –  warte jest naszej szczególnej uwagi. Bo zastanówmy się, co ma nagle Kolumbia do tego, by organizować spotkanie pokojowych noblistów? Otóż ma jak najbardziej. Jak może wiemy, w ubiegłym roku pokojową nagrodę Nobla otrzymał prezydent Kolumbii właśnie, Juan Manuel Santos, za to, że podpisał z jednej strony pokojowe porozumienie z Rodrigo Londono, przywódcą hiper-zbrodniczej komunistycznej partyzantki, sponsorowanej przez kolumbijskie kartele narkotykowe, a z drugiej – ku powszechnemu publicznemu oburzeniu – zapewnił owemu Londono bezkarność. Nie zdziwiłbym się zatem, gdyby się miało okazać, że to właśnie w celu zneutralizowania owych pretensji, Santos zwołał do Kolumbii całą kupę wcześniejszych laureatów pokojowego Nobla i zrobił z tego wydarzenie na swoją cześć, a Lech Wałęsa oczywiście bardzo chętnie się tam stawił, by opowiedzieć o tym, jak to on wymyślił to całe euro i stworzył Unię Europejską.
        I to jest moim zdaniem coś, co znakomicie symbolizuje całość owego szaleństwa, któremu na imię Lech Wałęsa i które od tylu już lat gnębi nasz piękny kraj, i to symbolizuje od każdej niemal strony. Oto mamy tę nieszczęsną Kolumbię, praktycznie od zawsze pogrążoną w całkowitym chaosie za sprawą owego biznesu narkotykowego, na który nie ma i już raczej nikt nigdy nie znajdzie sposobu, tego prezydenta Santosa, który, nawet jeśli kiedyś marzył o tym, by być dobrym przywódcą i człowiekiem – co akurat nie wydaje mi się bardzo prawdopodobne – musiał ulec tej mafii, tak jak wielu jego poprzedników, no i naszego Lecha Wałęsę, które tam jedzie, by wziąć udział w tym cyrku i opowiedzieć wszystkim o swojej wielkości.
        A my, zamiast zapytać Wałęsę, lub któregoś z etatowych obrońców jego legendy, czy oni nie uważają, że to jest bardzo niesprawiedliwe, że owego Nobla otrzymali Santos i Wałęsa, a w tak nieładny sposób został zlekceważony tak naprawdę najbardziej szczery z nich wszystkich, czyli Rodrigo Londono, i z błyskiem w oku czekać na to, co nam oni powiedzą, my wciąż miętosimy w dłoniach te cuchnące molem teczki Bolka.
         Co za żałość!

Przypominam, że moje książki są stale dostępne w księgarni internetowej Coryllusa pod adekwatnym adresem www.coryllus.pl. Zachęcam serdecznie.
       

sobota, 11 lutego 2017

Czy nauczyciele w Zabrzu to najgorszy element?

      W roku 2005 moja młodsza córka miała 12 lat. W pewien jesienny poniedziałek wróciła do domu ze szkoły i odpowiedziała mi następującą historię. Otóż tuż po rozpoczęciu lekcji nauczycielka, wyjątkowo wzburzona, zanim zabrała się do pracy, zwróciła się do dzieci z apelem, by te, których rodzice poprzedniego wieczora głosowali na PiS, podniosły ręce. Ponieważ gdy chodzi o moje dzieci, one były od zawsze wychowywane w przekonaniu, że nie ma nic gorszego jak tępa beztroska, moja córka pozostała niewzruszona, natomiast rzeczywiście jedna z jej koleżanek naiwnie podniosła rękę… no i rozpętało się piekło.
      Gdyby ktoś w tym momencie zaczął mnie podejrzewać o to, że ja tu coś zmyślam, zapewniam, że o żadnym fantazjowaniu nie ma mowy. Historia, którą opowiedziałem jest jak najbardziej autentyczna i jak najbardziej stanowi część naszej polskiej współczesnej historii. Zdarzyło się bowiem tak, że wraz z wygraniem przez Prawo i Sprawiedliwość w roku 2005 wyborów parlamentarnych, doszło do tego, że część polskiego społeczeństwa najzwyczajniej w świecie zwariowała i od tego czasu ów stan obłąkania już się tylko pogłębia.
     Ktoś powie, że ja przesadzam. Jedna wariatka-nauczycielka o niczym nie świadczy, a jeśli ja ją dziś wyciągam, to muszę mieć bardzo nieczyste intencje. Otóż nie. Ona ani nie jest wyjątkiem, ani też moje intencje nie muszą być w najmniejszym stopniu nieczyste, bym mógł powiedzieć, że jako społeczeństwo zdecydowanie zeszliśmy z kursu i ścieżki. Oto wczoraj dotarła do nas wiadomość, że podczas niesławnego „czarnego protestu”, kiedy to na ulice polskich miast wyszły ubrane na czarno kobiety w różnym wieku, by protestować na rzecz pełnej legalizacji aborcji w odniesieniu do tak zwanych „płodów uszkodzonych”, część nauczycielek z Zespołu Szkół Specjalnych nr 39 w Zabrzu przyszła do pracy ubrana na czarno, a nie mogąc wyjść na ulicę, swój protest przeprowadziła na miejscu, podczas dużej przerwy. Pewnie ani nie byłoby z tego wydarzenia sensacji, ani my byśmy się nie musieli nim zajmować, gdyby nie fakt, że za sprawą jakiegoś obywatelskiego donosu, sprawa ujrzała światło dzienne i wszystkie panie nauczycielski owej specjalnej szkoły zostały przez władze oświatowe oskarżone o prowadzenie politycznej propagandy w miejscu kompletnie do tego nie przeznaczonym, czyli na terenie szkoły, w dodatku w obecności dzieci, dla których spory między Platformą a PiS-em z natury rzeczy pozostają abstrakcją, a zatem ich sprawa została objęta kontrolą Kuratorium.
      Oczywiście niemal w jednej chwili podniósł się medialny rwetes w obronie biednych pań nauczycielek, które przecież rzekomo nie zrobiły nic złego poza korzystaniem z wolności przekonań i prawa do ich publicznego demonstrowania, a sama była premier Kopacz, która się z tej okazji nam objawiła, powiedziała, że to jest przecież naturalne, że ludzie się ubierają na czarno, „kiedy wszystkim jest smutno”. Ktoś z nas oczywiście powie, że ciekawe, co by to było, gdyby one swoją demonstrację urządziły nie w ramach protestu przeciwko rządom PiS-u, ale choćby z okazji kolejnej miesięcznicy Katastrofy Smoleńskiej. Czy główne media równie mocno broniłyby ich prawa do wyrażania swoich emocji? Ponieważ jednak ten argument jest z mojego punktu widzenia zbyt trywialny, chciałbym zwrócić uwagę na coś być może niesprawiedliwie tu zaniedbanego. Otóż szkoła to coś naprawdę szczególnego. To jest prawdopodobnie jedyne miejsce funkcjonujące w publicznej przestrzeni, gdzie wszystkie uczestniczące strony poddane są niewyobrażalnemu systemowemu terrorowi. My sobie z tego nie zdajemy sprawy, ale nie jest tak, że to tylko uczniowie są tam wystawieni na ową agresję. Powiedziałbym, że jest wręcz odwrotnie. Ofiarami tego systemu padają głównie nauczyciele. To oni w ostatecznym rozrachunku kończą swoją tam przygodę, jako ludzie psychicznie zdemolowani. Nie dzieci. Oni. Dlaczego? Dlatego, że to jest miejsce gdzie człowiek z zasady przestaje być człowiekiem, a staje się nauczycielem. Dlaczego? Dlatego, że szkoła to jest szkoła, a nie ulica. Nawet podczas dużej przerwy. Zwłaszcza podczas dużej przerwy.
     Tymczasem te idiotki poprzedniego wieczora obejrzały telewizję, wstały rano, ubrały się na czarno, poszły do pracy, a tam, mając poczucie misji, urządziły ową żałosną demonstrację, niezmiernie zadowolone, że oto tym samym znalazły się po tej lepszej stronie. No ale tu z kolei mamy coś, co sprawia, że z nimi jest jeszcze gorzej, niż gdyby one uczyły w zwykłej podstawówce, gimnazjum, czy liceum. Zespół Szkół Specjalnych nr 39 w Zabrzu, jak czytamy na odpowiedniej stronie w Internecie, „kształci uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu lekkim, umiarkowanym i znacznym, a także z niepełnosprawnościami sprzężonymi i autyzmem”, a ja jestem pewien, że czytelnicy tego bloga wiedzą, o jakich tu dzieciach i o jakim geście mówimy. Te ubrane na czarno pańcie zajmują się zawodowo przygotowywaniem do życia owych dzieci z „lekkim, umiarkowanym i znacznym” upośledzeniem, otrzymują za to standardowe wynagrodzenie, a jednocześnie podczas, jak same wskazują, dużej przerwy, biorą udział w społecznej akcji, której celem jest doprowadzenie do tego rodzaju zmian w polskim prawie, by ich przyszli uczniowie, zanim się jeszcze urodzą, mogli zostać bezkarnie zamordowani. A robią to w taki sposób, by dzieci, które przeżyły, mogły to wszystko zobaczyć i, jako niewątpliwie osoby szczególnie wrażliwe, miały się nad czym w przyszłości zastanawiać.
      Jeszcze wiele lat temu miałem okazję uczyć pewnego prawnika, jak wielu z nich, dziwkarza i pijaka, przy tym jednak człowieka niezwykle wesołego i sympatycznego. Otóż przy jakiejś okazji powiedział mi on coś takiego: „Niech się pan nie gniewa, ale z mojego prawniczego doświadczenia wynika jednoznacznie, że nauczyciele to jest najgorszy element”. Dziś słuszność tej diagnozy widzę ze szczególną wyrazistością. Szczególnie na szkolnym korytarzu Zespołu Szkół Specjalnych nr 30 w Zabrzu.

Moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam.

      

piątek, 10 lutego 2017

Gdy przychodzi taka chwila, kiedy ona nie tańczy dla nas

Przyznać muszę, że nie mam bladego pojęcia, jak to się stało, że przy okazji moich ostatnich notek tu na tym blogu pojawiła się kwestia tak zwanego disco polo, a szczególnie wybitnego przedstawiciela owego gatunku, Zenona Martyniuka, oraz muzycznego projektu o nazwie Akcent. No ale stało się i trzeba się ustosunkować. Otóż, jak donieśli mi wierni komentatorzy, zamieszczony na youtubie clip prezentujący piosenkę wspomnianego artysty pod tytułem „Przez te oczy zielone”, od czasu, jak został tam zamieszczony, uzyskał ponad 80 milionów odtworzeń, co robi wrażenie rekordu na skalę światową. Dla porównania, absolutny przebój wszechczasów, piosenka duetu Wham „Last Christmas”, ma na swoim koncie odtworzeń zaledwie dwa razy więcej.
Rzecz jest w tym, że Zenon Martyniuk śpiewa kolejną piosenkę, a cała intelektualnie motywowana Polska nie jest w stanie przyjąć do wiadomości faktu, że tak oto wygląda rynek polskiej piosenki i na to sposobu, że zacytuję mistrza Niemena, znaleźć nie jesteśmy w stanie. Jak się domyślają pewnie czytelnicy tego bloga, osobiście nie jestem fanem ani zespołu Akcent, ani muzycznego gatunku tam realizowanego, niemniej jednak, nie widzę najmniejszego powodu do tego, bym się miał angażować w ów ruch wyszydzania tej akurat części naszej pop-kultury. Rzecz bowiem, moim zdaniem, polega na tym, że to, czy wybieramy muzykę zespołu Pink Floyd, czy twórczość wspomnianego Martyniuka, tworzy dylemat wyłącznie na poziomie indywidualnych upodobań. Czy lepsze jest „Atom Heart Mother”, czy „Przez te oczy zielone”, to kwestia do dyskusji i tego nie zmienią żadne zaklęcia.
Ja wiem, że to nie ma najmniejszego znaczenia, ale, aby przygotować sobie teren do dalszej rozmowy, sprawdziłem na youtubie ilość odtworzeń, jakie zarejestrowała swego czasu moja bezwzględnie ulubiona kompozycja, mianowicie wspomniane „Atom Heart Mother”, i wyszło mi niespełna 500 tysięcy. Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, jak wygląda nasza pozycja przetargowa, gdy chodzi o Martyniuka w konfrontacji z zespołem Pink Floyd? Ktoś powie, że ci od Martyniuka to banda durniów, którzy o niczym nie mają pojęcia, czas spędzają w galeriach handlowych i głosują na 500+. Osobiście uważam, że jest dokładnie na odwrót, ale nie będę się spierał. Załóżmy, że ta akurat diagnoza jest prawidłowa. Fani twórczości spod znaku disco-polo to głosująca na PiS wieś, która w życiu nie miała kontaktu z prawdziwą sztuką i to dla nich choćby ostatnio prezes Kurski zorganizował noworoczną zabawę w Zakopanem. Tyle że co to zmienia w obliczu owych stu milionów odsłon piosenki „Przez te oczy zielone” na youtubie?
Wysłuchałem tej piosenki w całości i w pierwszej kolejności oświadczam, że płyty sobie nie kupię. Natomiast już w chwilę potem mogę równie szczerze zapewnić, że tym bardziej nie kupię sobie najnowszej płyty Moniki Brodki z tego oczywistego powodu, że pod względem tak zwanego profesjonalizmu, Zenon Martyniuk nie tylko dla wspomnianej Brodki, ale dla całej klasy wykonawców muzyki popularnej w Polsce, stanowi autentyczny kosmos.
Mamy ten cały hip-hop i wykonujących go artystów, których dziś jest tak strasznie dużo, że ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że oto właśnie kolejną płytę wydał jeden z moich uczniów. Problem jednak sprowadza się do tego, że ich jest tak strasznie dużo, że na samym szczycie pozostaje dwóch, czy trzech, ale za to oni w swoim gatunku prezentują poziom światowy. Podobnie jest, moim zdaniem, z disco-polo. Zapewne w każdej wiosce w Polsce działa jakiś projekt muzyczny, który gra tego rodzaju muzykę i bardzo liczy na to, że i jemu się uda. Byliśmy niedawno w Zakopanem i proszę sobie wyobrazić, że tam, w każdej restauracji, w każdej knajpie, w każdym barze, od rana do późnej nocy, słychać te same dziesięć piosenek na krzyż, a każda z nich to disco-polo w lokalnym klimacie. Co ciekawsze jednak, każda z tych piosenek, jest naprawdę zagrana i zaśpiewana w najwyższym stopniu profesjonalnie. No i oczywiście, żadna z nich nie jest wykonywana przez zespół Akcent. Akcent i jego lider Zenon Martyniuk dostali się na sam szczyt i dziś nie mają najmniejszego powodu, by się przejmować naszymi dylematami. I całe szczęście, bo gdyby oni zechcieli wejść z nami w dyskusję, otworzyliby ją i jednocześnie zamknęli pytaniem: przepraszam bardzo, ale gdzie jest w tym momencie wasze „Atom Heart Mother”?
Zenon Martyniuk, decydując się w pewnym momencie swojego życia wystartować w tej niezwykle trudnej konkurencji, ów konkurs wygrał. Ktoś powie, że Pink Floyd też wygrali, no ale proszę zwrócić uwagę na to, że ja się Pink Floyd i tego najczęściej strasznego kiczu nie czepiam. Chodzi mi tylko o to, że wobec sukcesu Zenona Martyniuka, i jego zespołu pod nazwą Akcent my naprawdę nie mamy nic do gadania. I nie łudźmy się. Tu wcale nie chodzi o to, że ponieważ ludzie to lubią, nam już nic do tego. W końcu to już ustaliliśmy: Martyniuk nie odkrył niczego nowego. On postanowił wystartować w konkurencji naprawdę mocnej i ją wygrał, a tym samym udowodnił że jest dobry, i to dobry naprawdę. Można by było wręcz powiedzieć, że jest najlepszy. W odróżnieniu od takiej, wspomnianej wcześniej, Moniki Brodki, która pochwalić się może tylko tym, że jest koleżanką pewnego niszowego artysty, który bardzo się za nią stara.
Pisząc kolejne rozdziały mojej książki o podwójnym nokaucie pragnąłem przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że to co my uważamy za dobre, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się bowiem nie to, co nam się podoba, ale to, za czym stoi talent i autentyczna praca, a więc prawda. Czy to jest Justin Bieber, czy Metallica, czy dawny polski big beatowy zespół Chochoły, liczyły się wyłącznie praca i talent, no i czasem oczywiście determinacja. I powtarzam raz jeszcze, to co nam się osobiście podoba, a co nie, ma znaczenie wyłącznie dla naszego dobrego samopoczucia i dla niczego więcej. Bo sukces Biebera i Metalliki, to nie jest nasz sukces. My możemy im tylko albo zapłacić, albo powiedzieć, że tego nie kupujemy. Podobnie jest z Martyniukiem, którego klip „Przez te oczy zielone” został odtworzony na youtubie ponad 80 milionów razy. Bo nie oszukujmy się. Martyniuk to nie jest ktoś, kto pewnego dnia się obudził i zaczął kombinować, co by tu zrobić, żeby mieć fajne życie, kiedy całej wódki świata człowiek i tak nie wypije. Za jego sukcesem stoi ciężka i jak najbardziej uczciwa praca.
Wczoraj tu na tym blogu zamieściłem występ nieznanej mi piosenkarki w nieznanym włoskim barze, śpiewającą nieznana mi piosenkę, i powiem szczerze, że, moim zdaniem, ona jest lepsza zarówno od Martyniuka, jak i od Pink Floyd i Metalliki razem wziętych, że nie wspomnę o Monice Brodce. Ta nieznana piosenkarka w ogóle, jeśli idzie o moją osobistą wrażliwość i moje muzyczne potrzeby, jest lepsza od wszystkich. I myślę sobie, że Bogu dzięki, że ten klip nie ma ponad 80 milionów odtworzeń na youtubie, bo to by zwiastowało nieuchronną katastrofę. No ale tylko z punktu widzenia mojej wrażliwości i moich potrzeb. Tylko tyle i aż tyle.
Myślę sobie teraz, że jak jej jednak podkręcimy trochę ten licznik, tragedii nie będzie.



Właśnie przed chwilą zorientowałem sie, że pomyliło mi się dwóch artystów i dwie piosenki. "Przez te oczy zielone" nie jest na razie rekordzistą. Na pierwszym miejscu pozostaje wciąż grupa "Weekend" z piosenką "Ona tańczy dla mnie". Również bardzo solidna robota. Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek.

czwartek, 9 lutego 2017

O mainstreamowym undergroundzie i prawdzie, której nie ma

Przepraszam wszystkich za lekkie obsunięcie, ale z samego rana udałem się na spotkanie ze służba zdrowia i tak mi zeszło. No ale już jestem na miejscu i od razu przechodzę do rzeczy.

Ze względu na wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, anonsowanym, jako „ostry”, po raz drugi w życiu kupiłem tygodnik „Do Rzeczy” i przyznaję, że jestem pod wrażeniem. Od razu muszę jednak przyznać, że nie chodzi mi ani o Kaczyńskiego i to, co on nam ma w tych dniach do powiedzenia, z tego choćby względu, że ja już wielokrotnie miałem okazję czytać jego wypowiedzi na o wiele bardziej zajmującym poziomie, ani też o sam tygodnik „Do Rzeczy”, bo naprawdę trudno się spodziewać, by jakość papieru, na jakim on jest drukowany, miała mnie za każdym razem inspirować w ten sam sposób. Można by było natomiast powiedzieć, że powodem, dla którego zdecydowałem się pisać dzisiejszy tekst jest blogerka Kataryna, która, jak się okazuje, po tych wszystkich latach ciągłych kompromitacji, wciąż jest częścią tego przedsięwzięcia, i to jest w pewnym sensie fakt. Podobnie faktem jest to, że w pewnym równie istotnym sensie, powodem mojego podekscytowania się czymś tak w gruncie rzeczy nędznym, jak tygodnik Lisickiego, jest odkrycie, że po tym, jak za krytykowanie rządu premier Szydło został wyrzucony z roboty przez braci Karnowskich, przytulisko u Lisieckiego znalazł nie kto inny jak sam Łukasz Warzecha. Można nawet powiedzieć, że ja dziś piszę o tygodniku „Do Rzeczy” po przeczytaniu tekstu wspomnianego Warzechy, w którym on, w sposób najbezczelniejszy z bezczelnych, jak gdyby nigdy nic, postanawia wykorzystać sukces niejakiego Górskiego, autora niezwykle ostatnio popularnych żartów z Jarosława Kaczyńskiego, i jedzie po tym pomyśle bez tak zwanej trzymanki.
Ale też i nie o tym chciałem dziś pisać. To w żadnym wypadku nie jest pierwszy powód, dla którego w moim dzisiejszym tekście pojawiała się nazwa „Do Rzeczy”. Chodzi o to, że kiedy przerzucałem te kartki, nagle sobie uświadomiłem, że ów rynek prawicowych mediów, a tak naprawdę prawicowej publicznej świadomości, tak fantastycznie opisany przez Ryszarda Terleckiego słowami: „Mainstream wreszcie znalazł się po prawdziwej stronie”, w końcu nam rozbłysnął pełnią kolorów, a ich zestaw został zdecydowany na długo zanim nie tylko „mainstream znalazł się po właściwej stronie”, ale jeszcze zanim owa właściwa strona przejęła faktyczną władzę. To już wtedy zostały wskazane odpowiednie budżety, odpowiednie środowiska otrzymały odpowiednie zaświadczenia, a ich prominentni przedstawiciele poproszeni o częstowanie się tortem.
Proszę zwrócić uwagę, jak się kształtuje dziś medialna i polityczna scena po stronie, którą przywykliśmy określać, jako „naszą”. Czy ktoś może przez te wszystkie lata, kiedy Prawo i Sprawiedliwość szykowało się do przejęcia władzy, zauważył, by na poziomie kadrowym doszło do jakiegokolwiek ruchu? Czy od czasu, gdyśmy się dowiedzieli, że Prawo i Sprawiedliwość w ciągu najbliższych paru lat przejmie jednak w Polsce władzę, a medialną osłonę dla tej rewolucji stanowić będą środowiska skupione wokół ojca Rydzyka, Tomasza Sakiewicza, braci Karnowskich, oraz Pawła Lisieckiego, pojawił się jakiś nowy podmiot, który został dopuszczony do udziału w świętowaniu? Otóż nie. Nawet jeśli siłą rzeczy powstały kolejne przestrzenie władzy, takie jak choćby TVP, na wszystkie świeżo pozwalniane miejsca przyszły osoby reprezentujące tylko i wyłącznie wymienione wyżej środowiska, a więc albo Toruń, albo „Gazetę Polską”, albo „Do Rzeczy”, albo „W Sieci” i nie dajmy sobie wmówić, że jeśli w TVP Info, wciąż jeszcze określana przez redakcję „Do Rzeczy”, jako „blogerka Kataryna”, Katarzyna Sadło nie ma własnego programu, albo nie komentuje bieżących wydarzeń w audycji „W tyle wizji”, to dlatego, że ona przez swoje związki z rodziną Komorowskich straciła zaufanie władzy. Nic podobnego. My jej dziś nie oglądamy na ekranach naszych telewizorów na tej samej zasadzie, na jakiej nie ma tam Szewacha Weissa, który akurat w „Do Rzeczy” ma swój felieton tuż obok felietonu Sadło.
Natomiast, owszem, nie ma tam ani Grzegorza Brauna, ani Stanisława Michalkiewicza, ani Tadeusza Płużańskiego, ani wreszcie Piotra Bachurskiego, który, z tego co widzę ostatnio, stworzył koncern medialny przewyższający wszystko, co wychodzi choćby spod palców braci Karnowskich. Czy może dlatego, że każdy z nich, gdyby go poprosić o komentarz zacząłby pluć na Prawo i Sprawiedliwość? Oczywiście że nie, a już z całą pewnością nie bardziej niż robią to regularnie Łukasz Warzecha, czy Rafał Ziemkiewicz. Ich tam nie ma z tego prostego powodu, że oni nie są w klubie, do którego zapisy były prowadzone, jeszcze jakieś pięć lat temu.
Popatrzmy na to, co dziś wydaje wspomniany Piotr Bachurski. Z wydań czarno-białych mamy przede wszystkim „Warszawską Gazetę” oraz „Gazetę Finansową”, a dalej całą kupę pierwszej klasy pism kolorowych, takich jak „Tajna Historia”, „Zakazana Historia”, „Polska bez Cenzury”, „Polska Niepodległa”, magazyn o książkach „Fanbook”, a nawet coś, co nosi nazwę „Gentelman” i jest dokładnie tak samo grube, kolorowe i błyszczące, jak dajmy na to „Viva”. Zresztą wszystkie te tytuły są bardzo starannie wydane i kiedy je widzimy w kiosku na półce, nie mamy najmniejszych podstaw, by sądzić, że to jest coś gorszego, czy lepszego od jakiegoś „Newsweeka”, czy „Angory”.
Ktoś powie, że ja oto właśnie się odkryłem. Jojczę na ów mainstream, bo wbrew moim nadziejom, mnie się tam nie udało dostać i muszę się męczyć z Bachurskim. Na to oczywiście nic nie poradzę. Od lat zresztą wysłuchuję tego rodzaju uwag, przyozdobionych dodatkowo jeszcze jakimiś docinkami na temat zawiści, rozdętego ego i braku pokory. A ja mogę na to tylko powtórzyć to, co mówię od siedmiu lat już lat, a więc jeszcze od czasów, gdy tacy Karnowscy jeszcze nie zorientowali się, że zmienia się wiatr i dobrze by było się przekwalifikować. Nie ma czegoś takiego, jak mainstream, czy nisza. Jesteś albo tu, albo tu i tylko czekasz aż padnie rozkaz dyskretnej zamiany miejsc, w pełnym oczekiwaniu na kolejne. Cała reszta zwyczajnie nie istnieje. I tak już zostanie. A ja ze swojej strony mogę tylko zachęcić: trzymajmy się z dala od zarówno mainstreamu, jak i off-streamu, jak i nawet tego, co nam przedstawią, jak off-off-stream. To jest wszystko jeden geszeft. Liczy się tylko prawda.



Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.

środa, 8 lutego 2017

O dyskretnym uroku wiktoriańskiego Londynu

     Ponieważ tak się złożyło, że jestem dziś zarobiony po uszy, nie dam już rady napisać tego, co mi chodzi od wczoraj po głowie, w związku z tym chciałbym przedstawić tekst, który ukazał się właśnie w wydawanym przez Piotra Bachurskiego miesięczniku „Polska bez cenzury”. Z jednej strony, jest to tak zwana „crime story”, z drugiej jednak, ufam, że każdy, kto tylko się nieco otworzy, znajdzie tam coś znacznie przekraczającego granice zwykłego kryminału. Zachęcam do refleksji.


      Jestem pewien, że nawet ci z nas, którzy na co dzień nieszczególnie interesują się zagadkami kryminalnymi, wiedzą, w jaki sposób w historii człowieka zapisała się owa ciemna postać, znana pod popularną ksywką Kuba Rozpruwacz. Mało tego. Nie mam wątpliwości, że wielu z tych, którzy słyszeli o owym Kubie Rozpruwaczu, słyszało też przynajmniej raz nazwisko Mary Jane Kelly, a więc piątej i ostatniej z tak zwanych „kanonicznych” ofiar tego szczególnego człowieka. Czemu tak? Powód jest zawsze ten sam. Nawet ci z nas, którzy wręcz demonstracyjnie odmawiają uczestnictwa w tego typu historiach, uważając je za niegodne uwagi ludzi wykształconych i wrażliwych intelektualnie, nie są w stanie zareagować z konsekwentną obojętnością na coś, co zdecydowanie wykracza poza typową „crime story”. A czymś takim jest niewątpliwie historia wspomnianego Kuby Rozpruwacza, no a przy okazji, los tej biednej prostytutki, jednej z jego ofiar.
      Zanim przejdziemy do właściwej części dzisiejszych refleksji, przypomnijmy sobie ową szczególną zbrodnię. Życie Mary Jane Kelly to typowe świadectwo stanu, w jakim znajdowała się wiktoriańska – ale też i w znacznym stopniu już po-wiktoriańska – Anglia, gdzie znaczna część obywateli Wielkiej Brytanii miała przed sobą do wyboru albo śmierć na ulicy, albo codzienną gehennę i w konsekwencji kompletnie nieznany los w owych niesławnych obozach koncentracyjnych, znanych popularnie jako „domy pracy”. Kelly urodziła się prawdopodobnie w 1863 roku w Limerick, w Irlandii, skąd wkrótce potem wraz z rodziną w poszukiwania szczęścia wyjechała do Walii. W wieku szesnastu lat poślubiła górnika nazwiskiem Davies, jednak jak głosi legenda, po paru latach ów Davies zginął na skutek wybuchu w kopalni. W 1884 roku Mary zrobiła coś, co wydawało się być dla niej jedyna drogą i udała się do Londynu, gdzie znalazła pracę również w jedynym wówczas dostępnym dla dziewcząt takich jak ona miejscu, czyli w domu publicznym na East Endzie. Po jakimś czasie, Kelly zakochała się w jednym ze swych klientów i wyjechała z nim do Francji. Ponieważ, jak się można domyślać, ów londyński dżentelmen znalazł sobie na miejscu coś lepszego,  po zaledwie kilku tygodniach Mary wróciła do Londynu. Wiązała się kilkakrotnie z różnymi mężczyznami, między innymi z niejakim Morganstonem oraz z tynkarzem z Bethnal Green. Joe Flemmingiem, nadal naturalnie jednak utrzymując się przede wszystkim z prostytucji.
     Między rokiem 1885 i 1887, Mary Jane Kelly zamieszkiwała w domu niejakiej pani Carthy na Pennington Street. Według  świadectwa siostry pani Carthy, kiedy była pijana, Mary potrafiła być bardzo nieprzyjemna, na trzeźwo jednak była „jedną z najprzyzwoitszych i najmilszych dziewcząt jakie mógłbyś spotkać”. Po pewnym czasie Kelly opuściła dom pani Carthy i związała się ze wspomnianym już tynkarzem.
       No i dalej się tułała.  Kiedy Flemming nie mógł już z nią wytrzymać, poznała handlarza rybami z Billingsgatte, Joe Barnetta. Początkowo para zamieszkała na George Street, potem przeprowadzili się oboje na Little Paternoster Row, potem na Dorset Street, stamtąd na Brick Lane, by z początkiem 1888 roku wynająć pokoik na Miller's Court 13 od niejakiego Johna Mc Carthy’ego. Niedługo później Joe stracił pracę, a ponieważ zaczęli zalegać z czynszem, Mary wróciła do prostytucji.
       30 października między kochankami wybuchła kłótnia, po której Joe wyprowadził się do przytułku na New Street, Bishopsgate. Ponieważ, jak się zdaje, nie był bardzo złym człowiekiem, 8 listopada odwiedził jeszcze Mary, przepraszając że nie może dać jej żadnych pieniędzy, wciąż pozostawał bowiem bezrobotny. I wtedy widział swoją dziewczynę po raz ostatni w życiu.
       9 listopada, McCarthy wysłał swego pomocnika, Thomasa Bowyera, na Miller's Court każąc mu pobrać od Mary zaległy czynsz. Ponieważ Mary nie otwierała drzwi, Thomas zajrzał przez okno i przerażony tym, co zobaczył, sprowadził McCarthy’ego, który równie przerażony natychmiast wysłał Bowyera, by wezwał policję. Na miejsce przybyli, napotkani przez Bowyera na Commercial Street, inspektor Walter Beck i detektyw Walter Dew. Piętnaście minut po jedenastej na miejsce przybył dr George Bagster Philips, policyjny lekarz, zaś kwadrans później zjawił się główny inspektor Frederick Abberline
      W środku policjanci znaleźli leżące na łóżku ciało Mary Jane Kelly, z twarzą zwróconą w ich kierunku. Dziewczyna miała poderżnięte gardło, obcięte piersi, skórę i mięśnie z powierzchni brzucha oraz ud zostały usunięte, a odcięte płaty ciała ułożone starannie na stole przy łóżku. Również z jej ciała wyjęte zostały wszystkie wnętrzności i rozmieszczone na łóżku wokół zwłok. Twarz Mary została zmasakrowała w trudną do rozpoznania krwawą masę. Nigdy nie odnaleziono serca Mary Kelly. Przypuszcza się, że morderca zabrał je ze sobą, lub spalił na kominku, na którym znaleziono ślady dużego ognia. Mary Jane Kelly została pochowana na katolickim cmentarzu w Leytonstone.
     Jak wiemy, zabójca Mary Jane Kelly, podobnie jak pozostałych londyńskich prostytutek, nigdy nie został ani ujęty, ani zidentyfikowany. Do dziś kryje się pod wspomnianym imieniem Kuby Rozpruwacza, a na jego temat krążą coraz to bardziej fascynujące legendy, jak choćby ta, opisana w słynnym dziele komiksowym Alana Moore’a i Eddiego Campbella, gdzie zabójstwo Mary Jane Kelly jest przedstawione jako mord rytualny o podłożu jednoznacznie satanistycznym.
      Ale jest jeszcze coś, co powinno zainteresować szczególnie nas tutaj właśnie czytających ten tekst. Otóż są bardzo poważne podejrzenia i to niekiedy przekraczające granice zwykłej plotki, czy legendy, że owym Kubą Rozpruwaczem był nie kto inny, jak nasz rodak, niejaki Seweryn Antonowicz Kłosowski, postać jak najbardziej realna i opisana bardzo dokładnie w odpowiednich źródłach. I jemu to przede wszystkim chciałbym poświęcić dzisiejsze refleksje. Otóż ów Kłosowski urodził się 14 grudnia 1865 roku w wiosce o nazwie Nagórna, dziś stanowiącej część Koła. Jak wskazuje znalezione przy nim podczas aresztowania świadectwo, w wieku 14 lat Kłosowski został przyjęty na praktyki do działającego w miejscowości Zwoleń lekarza nazwiskiem Mosze Rappaport, któremu pomagał w zabiegach związanych z kuracją przy pomocy pijawek. Korzystając z tego doświadczenia, kiedy uzyskał odpowiedni wiek, zapisał się na przyspieszony, zaledwie trzymiesięczny kurs chirurgii w szpitalu na warszawskiej Pradze. Po ukończeniu kursu, podjął pracę w jednym z warszawskich szpitali, najpierw jako pielęgniarz, a następnie asystent lekarza.
     Prawdopodobnie około roku 1886, choć są teorie, że stało się to dopiero w roku 1888, Kłosowski zostawił dom i żonę, wyjechał do Londynu, zamieszkał w jego niesławnej Wschodniej Dzielnicy i zatrudnił się jako fryzjer. Tuż po przyjeździe, poznał Polkę nazwiskiem Lusia Badewska, z którą wziął ślub i która urodziła mu dwoje dzieci.
     Jako że wszystkie słynne zabójstwa prostytutek przypisywane działalności Kuby Rozpruwacza miały miejsce w roku 1888, moment, kiedy Kłosowski przybył do Londynu ma pewne znaczenie, tak czy inaczej, nawet przy najbardziej dla niego korzystnym układzie zdarzeń, nie można w żaden sposób wykluczyć, że za owymi zabójstwami stoi właśnie on. Nic bowiem nie stało na przeszkodzie, by postanowił on testować swoje chirurgiczne umiejętności, zdobyte jeszcze podczas praktyki u wspomnianego Rappaporta, właśnie tam i wtedy.
     No ale wróćmy do tego, co wiadomo na pewno. Otóż mniej więcej w tym samym czasie, gdy cała londyńska policja zajęta była kompletnie bezskutecznym rozwiązywaniem owej strasznej zagadki śmierci Mary Jane Kelly, Kłosowski wyjechał z Lusią do Stanów Zjednoczonych i oboje zamieszkali w New Jersey. No ale i tu wpadamy na kolejny kłopot, a mianowicie związany z dokładną datą przybycia Kłosowskiego do Stanów. Bo oto, jak się okazuje, albo tuż przed jego pojawieniem się na miejscu, względnie tuż po, doszło do słynnego zabójstwa miejscowej prostytutki, niejakiej Carrie Brown, której ciało zostało potraktowane w znanym nam już aż nazbyt dobrze stylu słynnego londyńskiego mordercy. Tak czy inaczej, zabójca Brown nigdy nie został zidentyfikowany, natomiast sam Kłosowski po paru latach snucia się po Nowym Jorku i okolicach wrócił do Londynu, gdzie pierwsze co zrobił, to porzucił Lusię i zaczął się pojawiać z kolejnymi kobietami, które przedstawiał, jako swoje pełnoprawne żony. W ten sposób w jego życiu pojawiły się kolejno Sarah Annie Chapman, od której przyjął swoje angielskie nazwisko George Chapman, i którą, podobnie jak swoją pierwszą londyńską żonę, z nieznanych powodów postanowił oszczędzić, oraz Mary Isabella Spink, Bessie Taylor i wreszcie Maud Marsh, które po kolei zmarły w wyniku zatrucia zabójczym związkiem antymonu, które, jak się ostatecznie okazało, Kłosowski kupił w lokalnej aptece. 19 marca 1903, za zabójstwo Maud Marsh, został skazany na śmierć i w niespełna trzy tygodnie później powieszony w więzieniu Wandsworth. Tuż po śmierci męża, Lusia Kłosowska wyszła ponownie za mąż, za Polaka naturalnie, niejakiego Franciszka Szymańskiego.
      Teoria, jakoby to Kłosowski był faktycznym Kubą Rozpruwaczem zaczęły pojawiać się niemal tuż po jego aresztowaniu, kiedy to policjant, który doprowadził Kłosowskiego do komisariatu, George Godley, miał usłyszeć od komisarza Abberline następujące słowa: „No to macie w końcu swojego Rozpruwacza”.  W dwóch kolejnych prasowych wypowiedziach ten sam Abberline zasugerował, że to Kłosowski właśnie jest odpowiedzialny za zabójstwa roku 1888, swoje podejrzenia opierając na tym, że podczas jednego z policyjnych przesłuchań, Lusia Kłosowska przyznała, że w czasie, gdy dochodziło do kojarzonych z Kubą Rozpruwaczem morderstw, Kłosowski na długie godziny wychodził nocą z domu.   
      Od tego czasu, kolejni analitycy przedstawiali najróżniejsze teorie dotyczące ewentualnej odpowiedzialności Kłosowskiego za zbrodnie z roku 1888 i przyznać trzeba, że owych teorii jest tyle samo, co osób je prezentujących. Część z nich lekceważy ewentualność odpowiedzialności Kłosowskiego niemal zupełnie, część absolutnie nie wyklucza tej możliwości, no a część wiąże Kłosowskiego z Kuba Rozpruwaczem niemal bez najmniejszych wątpliwości i to ich zdanie nas tu najbardziej interesuje. Wskazują oni mianowicie na fakt, że wedle wszelkich relacji, Kłosowski był osobą o niespotykanej brutalności w stosunku do kobiet, w tym nawet do pierwszej ze swoich „żon”, Lusi Badewskiej, która zeznała, jak to podczas ich pobytu w Stanach Kłosowski regularnie dręczył ją zarówno fizycznie, jak i psychicznie, opisami najbardziej wymyślnych tortur, jakie sobie wobec niej zaplanował. Oczywiście, przeciwko Kłosowskiemu przemawiają też jak najbardziej jego niewątpliwe umiejętności, jakich nabył podczas swojej szpitalnej praktyki jeszcze w Polsce. I właściwie, gdyby nie kłopoty, jakie siłą rzeczy mamy z ustaleniem dokładnego czasu, kiedy to Kłosowski najpierw przybył do Londynu, a następnie znalazł się w Stanach Zjednoczonych, jest bardzo prawdopodobne, że dziś bylibyśmy znacznie bliżej rozwikłania owej szczególnej kryminalnej zagadki.
       No ale wydaje się, że nie to jest dla nas akurat najbardziej istotne, kim tak naprawdę był ów słynny Jack the Ripper. To nad czym moglibyśmy się dziś zastanowić, to, jak to jest w ogóle możliwe, że nie tak przecież dawno temu, nastał taki czas, i to akurat w Londynie, sercu cywilizowanego świata, pod czujnym okiem Imperium i jego wspaniałej królowej, mogło dojść do aż takiego upadku owej cywilizacji. Przyjdzie dzień, że ktoś i za to będzie musiał odpowiedzieć.



Zapraszam wszystkich do kupowania naszych książek. Wszystkie dostępne są w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. I właściwie dalej już można nie szukać.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...