piątek, 12 czerwca 2015

O stonodze na Wietrze

Oto mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że w tych szczególnych dniach, będzie jak znalazł.

Przyznam zupełnie szczerze, że moją pierwszą i właściwie jedyną reakcją na pojawienie się w publicznej przestrzeni człowieka nazwiskiem Zbigniew Stonoga była zimna obojętność. Powiem wręcz, że jeśli już przez te wszystkie dni, kiedy on, to tu to tam, pojawiał się, czy to jako ktoś kto na swoim facebookowym profilu, jeszcze nawet zanim podano pierwsze wyniki tak zwanych exit polls, opublikował bardzo dokładne rezultaty wyborów, czy jako człowiek dzięki którego poparciu Andrzej Duda został prezydentem, czy wreszcie ostatnio, jako ktoś, kto opublikował prokuratorskie akta z afery podsłuchowej, moja myśl zatrzymała się na jego dokonaniach, to wyłącznie ze względu na owo wyjątkowo zabawne nazwisko. Daję słowo, że gdyby on się nazywał Bielecki, Marcinkiewicz, czy choćby Sienkiewicz, nie pamiętałbym nawet, że tam się cokolwiek w ogóle wydarzyło.
I sytuacji tej nie zmienia nawet fakt, że jak słyszę, liczba polubień, jakie ów Stonoga zarejestrował na swoim profilu przekroczyła właśnie 400 tysięcy, a on sam został przed chwilą aresztowany przez państwowe służby. Bo sprawy z mojego punktu widzenia wyglądają tak, że nawet jeśli on nie przeżyje dzisiejszej nocy, a w ślad za jego śmiercią pójdą aresztowania w kancelarii prezydenta Komorowskiego, to, co mnie w owej sprawie rusza, to wciąż nic więcej, jak tylko owo idiotyczne nazwisko.
Ktoś mnie spyta, jak to się mogło stać, że ja popadłem w taki marazm? Co mi się takiego stało, że podczas gdy najprawdopodobniej na szczytach władzy toczy się wojna, jakiej nasze życie polityczne dotychczas nie doświadczyło, wojna, która musi się skończyć eksplozją, która przyszłość polskiej polityki zdeterminuje na całe dziesięciolecia, ja wzruszam ramionami i nalewam sobie kolejną szklaneczkę whisky? Otóż stało się to, że ja mam na uwadze dwie rzeczy dla mnie znacznie ciekawsze i znacznie bardziej inspirujące. Otóż przede wszystkim dotarła do mnie informacja, że prezydent Komorowski pogrążony jest w ciężkiej depresji, której to, jeśli tylko jest prawdziwa, nie przykryłaby nawet wiadomość, że on resztę swojego życia spędzi w więzieniu, no a poza tym oczywiście, podobnie jak wielu z nas, widziałem Andrzeja Dudę, gdy podczas nabożeństwa z okazji Święta Dziękczynienia łapie niesioną wiatrem Hostię i z ową niezwykłą czułością odnosi Ją kardynałowi Nyczowi, który Ją od niego przyjmuje, a dookoła nie istnieje już nic, jak tylko ów wiatr, który właśnie ustał i nasze skamieniałe twarze – twarze ludzi, którzy właśnie ujrzeli cud.
Myślę więc już tylko o tym Wietrze, który wiele lat temu zamknął Księgę na trumnie z ciałem papieża Jana Pawła II, a dziś – dokładnie ten sam co wtedy – uczynił ów Znak prezydentowi naszej odradzającej się Ojczyzny, kazał mu wstać z kolan, wziąć tę Hostię w dłonie i ukazać się nam wszystkim jako Strażnik Eucharystii. Myślę już tylko o tym.
A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale co mi jakaś tam stonoga?

Bardzo gorąco i szczerze zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie dziś przede wszystkim kupujemy najnowszą część „Baśni jak niedźwiedź” Gabriela Maciejewskiego, ale także moje książki. Pod pewnym szczególnym względem, też baśnie i też jak niedźwiedź.

czwartek, 11 czerwca 2015

Wielki Brat uderza ponownie

Już jakiś czas temu, choć już po ogłoszeniu wyników wyborów, wyraziłem przypuszczenie, że po jesiennych wyborach, w Sejmie będziemy mieli wyłącznie posłów z Prawa i Sprawiedliwości, plus ewentualnie parę jakichś „jedynek” z PSL-u. Z tego co udało mi się bowiem zaobserwować, nie mogłem nie dojść do przekonania, że ani Platforma, ani SLD, ani oczywiście żaden Palikot, czy Korwin, ale ani też nawet wciąż jeszcze stanowiący jakąś przedziwną dla niektórych ofertę Paweł Kukiz, nie będą mieli najmniejszych szans, by przekroczyć choćby ów pięcioprocentowy próg. A więc niewykluczone, że dojdzie do sytuacji tak niezwykłej, a jednocześnie absurdalnej, gdzie w Sejmie zagości jednak tylko jedna partia. I co wtedy?
Kiedy kilka dni po owej analizie prawicowy portal wpolityce.pl ni stąd ni z owąd ogłosił sondaż pod tytułem: „Czy Platforma Obywatelska przekroczy próg wyborczy i wejdzie do kolejnego Sejmu?”, poczułem oczywiście pewną satysfakcję, ale uznałem, że nie będę jej jakoś szczególnie eksploatował, no bo w końcu, ile razy można wystawiać pierś do odznaczeń, zwłaszcza gdy owe odznaczenia z każdym dniem dewaluują się w sposób absolutnie dramatyczny? Co sobie jednak pomyślałem, to moje.
Dziś, jak sądzę, już każdy z nas, nawet jeśli jeszcze tego nie wie na pewno, to bierze poważnie pod uwagę taką możliwość, że Platforma Obywatelska nie dość że nie dostanie się do Sejmu, to może nawet w ciągu najbliższych paru tygodni przestanie jako partia istnieć, i to jest sytuacja bardzo dobra. Natomiast nie ulega dla mnie już żadnej wątpliwości, że nawet jeśli ktoś sądzi, że wie, co się wokół nas od paru dni dzieje i jaki jest tego wszystkiego sens, to jest w bardzo poważnym błędzie. Oczywiście, jest rzeczą całkowicie jasną, że sensem całego tego przedsięwzięcia, które się nam na bieżąco wyświetla w wersji HD, jest ostatecznie zniszczenie Platformy Obywatelskiej – zarówno jako partii, jak i projektu, ale też jako pewnego bardzo szczególnego towarzystwa – i że w związku z tą akcją zbudowano front tak szeroki, a jednocześnie tak brutalny, że czegoś podobnego nikt z nas chyba dotychczas nie był świadkiem. Tu chyba już jednak nikt nie ma żadnych wątpliwości. Co do szczegółów tego projektu, natomiast, moim zdaniem ani nic nie wiemy, ani nie mamy najmniejszych szans, by się czegokolwiek dowiedzieć. Przynajmniej nie dziś. Nie wiemy, kim jest Zbigniew Stonoga, jaką pełni rolę, kto nim kieruje, kto mu organizuje ten cały ruch na Facebooku, wreszcie ile jeszcze przed nim czasu, zanim się mu ostatecznie zamknie usta, tak jak swego czasu Rywinowi, ale nawet nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co przyniesie nam jutrzejszy, czy nawet pozostała część dzisiejszego dnia – krótko mówiąc, nie wiemy tak naprawdę nic. Poza jednym i dla nas czymś absolutnie wystarczającym. A aby to pokazać, muszę wrócić do pewnego dawnego bardzo wspomnienia.
Wspomniałem Rywina. Otóż pamiętam, jak na początku lat 2000 rozpoczęło się stopniowe i ostateczne zamykanie tego wszystkiego, co wcześniej znaliśmy pod nazwą post-komuny. Kwaśniewski był bezwzględnie najpopularniejszym polskim politykiem, Leszek Miller stał na czele rządu, który po kompromitacji AWS-u rządził z bezwzględną większością… i oto nagle postanowiono z tym skończyć. Pamiętam esemes, jaki otrzymałem od pewnego mojego przyjaciela, Brytyjczyka, o do dziś przez mnie do końca nierozpoznanych powiązaniach, w którym napisał mi co następuje: „Kolodko! What an effin’ tragedy. He’s bent as a nine bob note, and everyone knows it. Miller’s finished. The Brothers will get to him, AW & ABW or not”. Chwilę po tym nastała wspomniana „afera Rywina”, po której powołano sejmową komisję śledczą, Kwaśniewskiego, jako najpopularniejszego polityka zastąpił Lech Kaczyński, poparcie dla rządu Leszka Millera spadło do 7 procent i nasz stary, dobry PRL najpierw się wyrzygał, a nastepnie ostatecznie zdechł.
Na co chcę zwrócić uwagę? Otóż tamten atak był naprawdę bardzo brutalny, bo i bardzo brutalny był przeciwnik. To jednak, z czym mieliśmy wtedy do czynienia, wydaje się niemal żartem w porównaniu z tym, czego świadkami jesteśmy dziś. Skąd więc to dzisiejsze okrucieństwo? Otóż to jest pytanie! To jest, moim zdaniem, pytanie wręcz fantastyczne: skąd aż takie okrucieństwo? Czym oni sobie na nie zasłużyli?

Jak wiemy, Gabriel Maciejewski rozpoczął właśnie sprzedaż swojej najnowszej książki., Zachęcam oczywiście wszystkich do zaglądania do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i przy okazji do kupowania moich książek. Szczerze polecam.

środa, 10 czerwca 2015

O pięciu latach na pełnym znieczuleniu

Dotarł do mnie właśnie najnowszy numer fantastycznego kwartalnika Diecezji Kaliskiej „Okno Wiary”, z moim tekstem poświęconym piątej rocznicy Smoleńskiej Katastrofy. Czytelnicy tego bloga mogą odnieść wrażenie, że to wszystko już kiedyś czytali, jednak myślę, że warto sobie to wszystko powtórzyć. Zwłaszcza dziś, kiedy nagle za sprawą jakiegoś Stonogi wojna na szczytach władzy weszła w fazę decydującą, sprawy zaczynają gęstnieć tak, że nam już naprawdę nic do tego, a to co wieczne, jak zawsze pozostaje wieczne. Zapraszam.

Od tamtej soboty mija już piąty rok, ale wiemy przecież świetnie, że czas płata różne figle i wcale nie tak rzadko dochodzi do sytuacji, że człowiek kładzie się spać wieczorem, rano wstaje i z przerażeniem widzi, że mijają kolejne tygodnie, a za chwilę miną kolejne miesiące, a ten dzień, kiedy to w smoleńskiej mgle rozbił się samolot z polską szachownicą, a 96 osób znajdujących się w środku, wśród nich Lech i Maria Kaczyńscy, zostali rozszarpani na strzępy, będzie nam stał przed oczami jakby to było wczoraj.
Ktoś mnie zapyta, czemu ja z zawziętością godną lepszej sprawy powtarzam słowa o tej masakrze? Czemu nie mogę normalnie powiedzieć, że oto mijają cztery lata i 11 miesięcy od katastrofy pod Smoleńskiem, albo – skoro już muszę gadać o Prezydencie – nie powiem normalnie, że za miesiąc będziemy obchodzić piątą rocznicę jego śmierci? Czemu ja wciąż mam w głowie te ciała, te porozkradane spinki, skrawki ubrań, zegarki, karty kredytowe? Czemu wciąż, z obłąkanym zawzięciem, wspominam to biedne, zdeformowane do granic wyobraźni szczątki Przemysława Gosiewskiego? Czemu ja wciąż gadam o tej krwi?
Powiem że sam się nad tym zastanawiam i nie do końca wiem, co odpowiedzieć. Najprościej byłoby powiedzieć, że ja wciąż o nich myślę i że każdy kolejny dzień mijający od tego udręczenia, wypełniam głosami, obrazami i wspomnieniami związanymi z tamtymi ludźmi, z tym co się z nimi stało, a nawet i z tymi, którzy po nich zostali. Być może najprościej byłoby powiedzieć, że za tym moim zaplątaniem stoją tamte tak już wydawałoby się stare zdjęcia Ewy Kaczyńskiej w dniu pogrzebu, które wciąż mam zachowane i na komputerze i w telefonie, i wciąż je sobie odświeżam w pamięci. A może to chodzi o to, że ja zwyczajnie o tym dniu i o tych ludziach nie potrafię zapomnieć, ale też zapomnieć nie chcę. Co więcej, ja chcę o nich pamiętać w wymiarze, który uważam akurat tu za podstawowy. A więc w wymiarze który mam ochotę nazywać męczeństwem.
Pamiętam publiczne reakcje jakie wywołała publikacja książki Jarosława Marka Rymkiewicza o warszawskiej masakrze roku 1944, zatytułowanej ‘Kinderszenen’. Pamiętam, że to właśnie w stosunku do niej formułowano tego typu zarzuty, które sprowadzały się do jednego – że Rymkiewicz nurza się w krwi i że to jest chore. Pamiętam, że kiedy czytałem tę książkę, byłem wypełniony niczym więcej jak tylko pełnym wzruszenia uniesieniem, jednak ani nie wiedziałem, skąd ono się bierze, ani też tego wiedzieć nie potrzebuję. Dziś, kiedy myślę o tym wciąż gnijącym w rosyjskim błocie polskim samolocie, wiem, że to jest dokładnie to samo, a ja jestem emocjonalnie zanurzony w tym samym wymiarze, który opisywał w swojej książce o Powstaniu Warszawskim Rymkiewicz. Ale wiem też coś więcej – że wściekłość jaką u niektórych wzbudzały tamte emocje i wściekłość, jaką budzą emocje – przecież nie tylko moje – dzisiejsze, to jest dokładnie ta sama wściekłość. Jest to wściekłość skierowana przeciwko wydawałoby się kompletnie obcej kulturze, czy może wręcz obcej cywilizacji, która nagle przestaje być czymś, co oglądamy przez szybę samochodu, lub przez turystyczną lornetkę, ale która nagle agresywnie wkracza w nasze życie i pokazuje się, jako jak najbardziej alternatywna oferta.
Kiedy dziś słuchamy pełnych oburzenia komentarzy dotyczących politycznych rzekomo źródeł tej tak fatalnie przedłużającej się żałoby, kiedy słyszymy najróżniejszych komentatorów serdecznie ubolewających nad tym, jak to źli, podli i zakłamani ludzie bezwzględnie wykorzystują ból rodzin osób pogrzebanych w podsmoleńskim błocie, kiedy słuchamy apeli o to, żeby wreszcie już skończyć z rozgrzebywaniem tej tragedii, żeby wreszcie zdmuchnąć świeczki, żeby zabrać te zdjęcia, żeby wrócić do normalnego życia, a sprawy zostawić doświadczonym rosyjskim i polskim prokuratorom, mamy naturalną skłonność do tego, żeby sądzić, że za tym wszystkim kryje się polityka. Zwyczajna polityka. Jak zawsze od tylu już lat. I nie tylko za tym, ale za wszystkim. Że nawet jeśli jedni wciąż apelują o to, by wysprzątać tę krew i wydrapać ten wosk, bo boją się, że i ta krew i ten wosk ich w końcu pochłonie, to drudzy wciąż gadają o kwietniowej tragedii, bo w ten sposób chcą zdobyć kilka dodatkowych punktów w sondażach, a ten sposób – bo to jest tylko sposób – wydaje się do tego celu zwyczajnie i po prostu najlepszy.
Otóż nie mam pewności jak jest u innych, ale jeśli idzie o mnie i ludzi mi bliskich, jestem absolutnie pewien, że tu polityka nie ma nic do rzeczy. Gdy idzie o nas, ja po prostu wiem, że ta katastrofa to znak, symbol i doświadczenie, znacznie przekraczające wszystko to, co może nam dać doraźna polityka. To jest właśnie coś na miarę tego opisanego przez Rymkiewicza wybuchu z okupowanej Warszawy roku 1944. Napisałem kiedyś tekst o inwazji protestanckiej pobożności i przy tej okazji znów przypomniał mi się film Mela Gibsona o męce Jezusa i cała ówczesna histeria skierowana pod adresem tego, co Gibson pokazał i w jaki sposób to pokazał. A więc ten jeden stały argument: Po co w ogóle o tym gadać? I to jeszcze gadać w sposób tak nieprzyjemny? To jest właśnie ten sam wymiar. Wcale nie polityczny, ale kulturowy.
Mija pięć lat od katastrofy rządowego tupolewa i od śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Wszystko co się stało przez ten czas, każe mi mieć pewność, że ta śmierć i to męczeństwo nie było wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, ale że za nimi stała czyjaś podła, najpodlejsza myśl. Ale też wszystko, co się przez te lata dzieje, każe mi się obawiać, że jest całkiem możliwe, że nigdy już się nie dowiem, czy moje podejrzenia są słuszne, czy nie, i że już do końca moich dni, będę skazany na kłamstwa i bezczelne pomówienia. I jest mi oczywiście z tego powodu bardzo źle. Natomiast jest coś znacznie ważniejszego niż to, czy przyczyny tej katastrofy zostaną wyjaśnione, a nawet czy źli ludzie zostaną ukarani, a ofiary tego zła otrzymają swoją sprawiedliwość. Myślę sobie, że z pewnego punktu widzenia, dla mnie i dla wielu ludzi, których znam, najważniejsze pozostaną i tak już tylko te ostatnie sekundy przed ostatecznym końcem tego lotu, myśli i słowa ludzi zgromadzonych w tym jednym, tragicznym miejscu, ten strach, ten ból, ta bezradność i wreszcie ta krew i to cierpienie. Ta – znów muszę wrócić do tego nieszczęsnego ciała Przemysława Gosiewskiego – niewyobrażalna rzeź. Ten znak, ten symbol, ten głos umęczonej Ojczyzny.
Tak więc, to cośmy otrzymali, widzę jako karę i jako dar. I, przepraszam bardzo, ale jeśli dziś się nagle zaczyna coś po tamtej stronie ruszać i ci, co dotychczas patrzyli na mnie z wykrzywionymi w pogardzie wargami, zaczynają coś przebąkiwać o tym, że są wciąż między nami niewyrównane rachunki i przykre zaszłości, to ja ani drgnę, bo pamiętam choćby, jak wtedy, gdy te szczątki wołały o sprawiedliwość, oni sami, albo przepraszali po rosyjsku rosyjskie państwo, albo organizowali wesołe koncerty, podczas których polscy artyści przebrani za sowieckich żołnierzy z czerwonymi gwiazdami, śpiewali również po rosyjsku rosyjskie piosenki, a zapełniony do ostatniego miejsca amfiteatr na te pląsy reagował żywo i z sympatią, i tego już nigdy nie zmieni nic.
„Bo coś się tu dzieje, a pan nie wie, co. Czyż nie, panie Jones?”

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować wszystkie moje książki, a przecież nie tylko. Szczerze polecam.

wtorek, 9 czerwca 2015

A powieki nasze ciężkie i serca mroczne

Słowo daję, że kiedy pisałem wczorajszą notkę, nawet do głowy mi nie przyszło, że poruszam temat, którego omawianie zajmie nam dwa kolejne dni. A jednak, jak się okazuje, na to, by dziś zająć się czymś nowym zwyczajnie nie ma szans.
A wszystko wydawało się tak proste. Mieliśmy Święto Dziękczynienia, kardynał Nycz przewodniczył Mszy Świętej, którą swoją obecnością zaszczycił prezydent-elekt Andrzej Duda i oto w pewnym momencie zawiał wiatr, zdmuchnął z ołtarza Hostię, ta spadła w okolice, gdzie akurat klęczał Duda, ten rzucił się w jej kierunku, wziął Ją z należną czcią w dłonie i odniósł Nyczowi. Tyle.
W tym momencie, wydawałoby się, że będziemy świadkami dwóch reakcji: pierwsza z nich sprowadzać się będzie do tego, by określić to, co się stało, mianem Znaku, którego rozpoznanie będzie już tylko naszym zadaniem, druga natomiast ograniczy się ewentualnie do wyszydzania wcześniejszej i głoszenia tak zwanego „powszechnego obciachu”. I można było wierzyć, że my, jako ludzie w jakiś tam sposób doświadczeni, poradzimy sobie zarówno z jednym, jak i z drugim.
Tymczasem doszło do tego, że pojawiła się grupa komentatorów, która dostarczyła nam emocji kompletnie wcześniej nieprzewidzianych. Oto okazało się nagle, że nie jest ważna ani nasza Wiara, ani nawet owo szyderstwo, które się musiało objawić w reakcji na nią, natomiast to co się liczy, to zachowanie poszczególnych uczestników owej Mszy, podczas której – o czym wielu z nas jest przekonanych – doszło do prawdziwego cudu. Nagle się okazuje, że tematem nie jest ani Duda ani ten Wiatr, ani to jedno absolutnie niezwykłe zdjęcie, zdjęcie już stanowiące historię, ale wyrazy twarzy ludzi biorących obok Andrzeja Dudy udział w owym nabożeństwie. Oto, jak się nagle z każdej strony dowiadujemy, to, czym powinniśmy się teraz zajmować, to to, w jaki sposób na ów Wiatr zareagowali obecni na Mszy generałowie i prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, kto klęczał, a kto tylko z ponurą miną siedział, kto splamił honor oficera, a kto okazał się zwykłym bucem, kto wcześniej przystąpił do komunii, a kto nie, no i do jakiego stopnia udział w owym nabożeństwie był dla tych, co się na niego zdecydowali, wyłącznie elementem brudnej gry, a do jakiego manifestacją szczerej wiary. A wszystko to, z pełną złośliwej satysfakcji konstatacją, że tak naprawdę tam jedynym człowiekiem okazał się być Andrzej Duda.
Powtórzę raz jeszcze. Mamy ów niepojęty Wiatr, reakcję naszego nowego, tak cudownie wymodlonego prezydenta, a z naszej strony pojawiają się wyłącznie owe czujne spojrzenia i pełne pogardy szepty. I to, jak się okazuje, staje się nagle tematem, problemem i sensem tego poranka.
Ja wiem, że każde kolejne moje słowo może tylko sprawić, że niechęć do mnie i żal o tę moją zawziętość i brak zrozumienia dla naszych szczerych, patriotycznych uniesień, będą już tylko coraz większe, ale nic na to nie poradzę. Moim zdaniem bowiem, do czasu gdy się jakoś nie weźmiemy w garść i nie doprowadzimy do porządku, nie będzie z nas najmniejszego pożytku.

Wszystkich czytelników zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie właśnie ruszyła sprzedaż kolejnego tomu „Baśni jak niedźwiedź” Gabriela Maciejewskiego. Przy okazji zachęcam do kupowania moich książek. Do wyboru – do koloru.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

O Wietrze, co wieje tam gdzie chce, i o nas, co stoimy osłupiali

Kiedy w lutym jeszcze chyba, podczas zawodów narciarskich w Rabce Zdroju, wówczas jeszcze kandydat w wyborach prezydenckich, Andrzej Duda pospieszył z pomocą swojemu koledze, który w wyniku wypadku odniósł dość poważną kontuzję, wielu komentatorów szydziło z Dudy, że wziął udział w szytej bardzo grubymi nićmi „ustawce”. Oczywiście, owe szyderstwa były dokładnie tak samo głupie, jak ich autorzy, no bo naprawdę trudno było sobie wyobrazić, czy to sytuację, że tego typu wypadek został wcześniej zaaranżowany, czy nawet to, że w momencie gdy kolega Dudy się nieszczęśliwie przewrócił, jego sztab natychmiast zorganizował akcję pod tytułem „Andrzej Duda ratuje rannego na stoku”. No ale, jak pamiętamy, tak właśnie było. Kolega Dudy miał wypadek, Duda mu ruszył z pomocą, a wokół rozległ się szyderczy śmiech.
Wczoraj w Warszawie, jak już pewnie wszyscy wiemy, podczas Mszy Świętej odprawianej z okazji Święta Dziękczynienia wiatr porwał Hostię z ołtarza, poniósł ją w kierunku siedzącego w pierwszym rzędzie Andrzeja Dudy, ten ją złapał i z należną czułością odniósł kardynałowi Nyczowi, który nabożeństwu przewodniczył. Być może są gdzieś dokładne nagrania ze zdarzenia, na których widać, i jak to się wszystko zaczęło, ale też moment, gdy Duda oddaje Hostię Nyczowi, to jednak co pokazują media, to tylko moment, gdy Duda rzuca się w kierunku frunącej Hostii, bierze Ją w dłonie i ruszą z Nią w stronę ołtarza, a więc my znamy tylko ten obraz. To mi jednak wystarczy, bym mógł podzielić się paroma refleksjami, jedną trochę w tonie żartobliwym, drugą natomiast już naprawdę poważną. Otóż owo zdarzenie pozwoliło nam zobaczyć bardzo istotną różnicę między Bronisławem Komorowskim, a Andrzejem Dudą, która w tym wypadku sprowadza się do tego, że Andrzej Duda podczas Mszy Świętej nie dość że nie śpi, to jeszcze zachowuje właściwą uwagę. Wszyscy znamy słynne już dziś zdjęcie pary prezydenckiej, gdy oboje podczas nabożeństwa śpią jak para hipopotamów i to tak mocno, że chyba dla nikogo z nas nie ulega wątpliwości, że oni pewnie by tej Hostii nie zauważyli nawet, gdyby poleciała prosto na nich i przylepiła się któremuś z nich do czoła.
A więc to była część rozrywkowa. Czas na sprawy poważne. Otóż tym razem mamy do czynienia z oczywistym znakiem, i to w każdym możliwym wymiarze. Znakiem tak mocnym, że już nawet nie chodzi o to, że nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, by twierdzić, że doszło do „ustawki” między Kościołem, Dudą, a wiatrem, nikomu nie przyjdzie do głowy, by wymyślać na temat tego zdarzenia jakieś szyderstwa, ale wszyscy jesteśmy świadkami czegoś, co moim zdaniem jest bardzo bliskie owemu gestowi sprzed lat, kiedy to ten sam Wiatr zamknął Księgę na trumnie z ciałem zmarłego papieża Jana Pawła II.
I jeśli ktoś teraz oczekuje ode mnie, że mu powiem, co to moim zdaniem oznacza, jest w oczywistym błędzie. Ja nie mam pojęcia, co nam chciał powiedzieć ów Wiatr. Będę się oczywiście starał mieć oczy i uszy otwarte, będę uważał, żeby niczego ważnego nie przegapić, no i oczywiście ani na moment nie odważę się pomyśleć, że tak naprawdę nic szczególnego się nie stało, bo w końcu wiatr, jak wiemy, wciąż wywiewa komunijne opłatki z rąk księży i z kielichów, a różni ludzie próbują je łapać, prawda? Taka to kościelna codzienność.
Popatrzmy jeszcze raz na ów, jak to określają media, „incydent”. Mamy tę mszę, ten wiatr, tę frunącą ku ziemi Hostię i prezydenta Dudę, który ją bierze w dłonie i z nabożeństwem odnosi do ołtarza. Zachęcam wszystkich, nie zmarnujmy tego.

Jak już anonsował Gabriel na swoim blogu, w tym tygodniu rusza sprzedaż kolejnej części jego „Baśni jak niedźwiedź”. Zachęcam do jej kupowania, a przy okazji do dorzucania do zamówienia również moich książek. Trudno mi powiedzieć, która polecam bardziej. Adres księgarni to jednocześnie adres blogu Coryllusa: www.coryllus.pl.

niedziela, 7 czerwca 2015

Gdy Internet zawitał do Gdyni, czyli czas na zmiany

Na pewno wielu z nas zwróciło uwagę na pojawienie się w Salonie24 nowego bloga, sygnowanego nazwą Miasto Gdynia. Blog jest sponsorowany, umowa zawarta między stronami, jak się można domyślać, zakłada, że któryś z pracowników Ratusza będzie codziennie dostarczał Salonowi kolejne notki, administracja Salonu będzie je umieszczać na samej górze strony głównej i utrzymywać je tam tak długo aż pojawi się następna i tak już prawdopodobnie do jesiennych wyborów.
Tak rozumiem sam plan. Jak zatem wygląda sukces owego przedsięwzięcia? Tak się złożyło, że miałem okazję obserwować historię wczorajszej notki sporządzonej przez miasto Gdynia, i proszę sobie wyobrazić, że przez cały dzień, gdy owa notka okupowała naczelne miejsce na stronie głównej Salonu, odsłonięto ją 400 razy i skomentowano trzy.
A zatem mamy ów obraz. Urząd Miasta Gdyni przeznacza jakiś tam budżet na promocję czy to miasta, czy może jakichś nie do końca już określonych projektów – nieważne – plan zostaje zrealizowany i praktycznie w jednym momencie okazuje się kompletną porażką. Zastanówmy się więc, co dalej. Otóż moim zdaniem, prawdopodobnie lada moment ktoś z władz Gdyni uzna, że te internety okazały się jednak przereklamowane, wszystko to nie ma najmniejszego sensu, inwestycję trzeba uznać za chybioną i po opublikowaniu sześciu, dziesięciu, czy może piętnastu notek, całe przedsięwzięcie zostanie ostatecznie zwinięte.
Ktoś powie, że to nie pierwszy taki przypadek i zapewne nie ostatni. To co mnie jednak zastanawia, to stan umysłów ludzi, którzy co jakiś czas dostarczają nam tego typu wrażeń. Mamy bowiem tego urzędnika, który pewnego dnia, zapewne w ramach powyborczych refleksji, dochodzi do wniosku, że chyba jest nieco prawdy w chodzących po mieście pogłoskach, że Internet to siła, a zatem warto by było może tę siłę wykorzystać. Pisze więc tak zwany business plan, do niego dołącza odpowiedni wniosek o dofinansowanie z tego co tam jeszcze zostało z brukselskich pieniędzy, no i w Salonie24 pojawia się pierwszy tekst, który, jak się domyślam, ma wzbudzić sensację i pomóc w wypromowaniu jakichś tam celów.
No i nagle, ku zaskoczeniu wszystkich, okazuje się, że z owym Internetem to jest zupełnie inaczej, niż się wydawało, wszystko stoi na głowie, nikt nikogo nie słucha, ale co gorsza, nikt ani przez chwilę nie czeka na to, by się dowiedzieć, co miasto Gdynia, Kędzierzyn, Lubiąż, Otwock, czy Wrocław mają komukolwiek do powiedzenia. No dosłownie, kurwa, nikt.
A to prowadzi mnie do wniosków już końcowych. Otóż, jak wiele na to wskazuje, oni są już całkowicie pozbawieni przytomności. Jak należy podejrzewać, ludzie, którzy dziś trzymają władzę, czy to w państwie, czy lokalnie, to banda kompletnych obłąkańców, oderwanych od rzeczywistości tak bardzo, że ich już prawdopodobnie do pionu może postawić wyłącznie montypythonowskie 16 ton. W sam środek ich tępych łbów. Czego sobie, nam i im życzę.

Jak już miałem okazję poinformować wczoraj, wreszcie na youtubie pokazał się film z debaty blogerów w Opolu. Trzeba było trochę poczekać, no ale wszystko jest jak należy. Zapraszam:


sobota, 6 czerwca 2015

Za co System nie lubi Pawła Kukiza?

Pomijając fakt, że nie jest to nikt, z kim chciałbym się, nawet nie przyjaźnić, ale w ogóle znać, o tym, kim tak naprawdę jest Piotr Wielgucki, szerzej znany, jako bloger Matka Kurka, nie mam bladego pojęcia. W pierwszej chwili akurat, kiedy siadałem do pisania tej notki, miałem ochotę użyć retorycznego chwytu „nie wiem i wiedzieć nie potrzebuję”, ale się rozmyśliłem. Otóż ja bym bardzo chętnie się dowiedział, kim jest Wielgucki, bo jestem przekonany, że owa wiedza pozwoliłaby mi również spojrzeć bardziej trzeźwym okiem na całą naszą polityczną rzeczywistość, no a, jak wiemy, z obserwowania owej rzeczywistości zarówno żyję, jak i zwyczajnie czerpię przyjemność. Niestety, nic z tego. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że informacja zarówno o Piotra Wielguckiego powiązaniach, jak o jego w ramach owych powiązań umocowaniu, na zawsze pozostanie czyjąś słodką tajemnicą.
Czy to mi jakoś szczególnie przeszkadza? Otóż nie. Jak mówię, nie miałbym oczywiście nic przeciwko temu, by się dowiedzieć, kto stoi za Wielguckim, ale bez tej wiedzy też radzę sobie nie najgorzej. Wystarczy mi na przykład to, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że on nie jest sam. Nie może być bowiem sam ktoś, kto stając naprzeciwko prawdziwej sile, jaką jest Jerzy Owsiak, jest w stanie zgromadzić przeciwko niemu tak potężne działa. Nie ma takiej możliwości, by Piotr Wielgucki, prowadząc swoje dochodzenie przeciwko biznesowi, tak z jednej strony nieopisanemu, a z drugiej tajemniczemu, sam zebrał aż tak dużo materiałów, analiz i ostatecznie dowodów przeciwko temu cwaniakowi. Nie wyobrażam sobie, by Piotr Wielgucki mieszkał sobie gdzieś w tej swojej Złotoryi, żył z pieniędzy, które czytelnicy jego bloga wpłacają na jego konto, wstawał każdego ranka i przez cały dzień zupełnie sam konstruował te słupki. To jest zwyczajnie niemożliwe. Jemu te dane musi znosić cały sztab, a on jest to jest najpewniej twarzą całego przedsięwzięcia. Twarzą oczywiście niezwykle cwaną, ale jednak zaledwie twarzą.
Wczoraj chyba, Piotr Wielgucki postanowił otworzyć drugi front i, jak najbardziej skutecznie – dokładnie tak samo, jak miało to miejsce w przypadku Jerzego Owsiaka – zniszczył Pawła Kukiza. Tekst zamieszczony na prywatnym portalu Wielguckiego, kontrowersje.net (http://kontrowersje.net/zacznijcie_si_mia_z_antysystemowego_kukiza_bo_za_chwil_b_dziecie_p_aka), długi na niemal 2,5 tys. słów prowadzi nas przez fakty i dane, stanowiące absolutnie niepodważalny dowód na to, że Paweł Kukiz to człowiek władzy i to w dodatku owej najbardziej niebezpiecznej, bo umocowanej w jej lokalnych strukturach. Ja w każdy czwartek muszę napisać dla „Gazety Finansowej” Piotra Bachurskiego o miliarderach, o długości ok. 2 tys. słów, więc wiem, co to znaczy i z jakim wysiłkiem się to wiąże. Jednak dla mnie ów wysiłek nie wymaga większych poświęceń, niż tylko związanych z bardzo podstawowym tak zwanym researchem, no i znalezieniem sposobu na wymyślenie ciekawej historii, która sprawi, że ów tekst będzie czymś innym niż zwykłą encyklopedyczną relacją. To co natomiast robi Wielgucki, czy to w wypadku Owsiaka, czy dziś, gdy chodzi o wykańczanie Kukiza, to jest sztuka wyjątkowa. Tu nie mamy do czynienia z sytuacją, że Wielgucki rzuci okiem to tu to tam i już wie wszystko, a dalej pozostaje mu już tylko przez godzinę postukać w klawiaturę. Jak mówię, 2,5 słów to nie żarty, a 2,5 tys. słów udokumentowanych danych, to jest prawdziwy wyczyn. A więc, proszę się nie dziwić, że się zastanawiam.
Jednak to, co mnie naprawdę dręczy, to ani oczywiście to, jak Wielgucki to robi, ani nawet skąd on to wszystko wie, ale też nawet nie to, kto mu to wszystko podesłał. To wszystko akurat nie interesuje mnie z tego prostego powodu, że i tak się tego ani nie dowiem, ani też sam nie wymyślę. Natomiast mam nadzieję, że wiem, skąd ten ruch. Wiem, jak to się stało, że Piotr Wielgucki na ten krótki moment musiał się oderwać od wykańczania Owsiaka i wziął się za Kukiza. Otóż najprawdopodobniej szykuje się bardzo poważna zmiana władzy w Polsce, w ramach której Prawo i Sprawiedliwość pozostanie jedyną liczącą się siłą na scenie, być może – choć to jest też niepewne – z jakąś drobną reprezentacją PSL-u, którego jedyna dziś rola sprowadza się do zapewnienia zatrudnienia rodzinie i znajomym, a ten nędzny piosenkarz w tym rozdaniu, wraz ze swoimi sponsorami, jest już całkowicie zbędny.
Czemu tak, po co i co to dla nas wszystkich znaczy – nie mam pojęcia i proszę mnie o to nie pytać. Może dowiemy się czegoś po spotkaniu Andrzeja Dudy z Jebem Bushem, ale i to jest bardzo mocno niepewne. W końcu, mu tu nie jesteśmy po to, by wiedzieć.
A co z Wielguckim? A cóż on nas może obchodzić? To przecież tylko Internet, a więc, jak głosi jeszcze jeden z nich, zaledwie zabawa.

Przyszedł czas, by polecić coś konkretnego. Proponuje więc coś, co z polityką nie ma wiele wspólnego, a mianowicie moją książkę o miłości, pod tytułem „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”: http://coryllus.pl/?wpsc-product=marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph. To jest najwybitniejsza polska powieść ostatnich lat. Zachęcam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...