czwartek, 12 marca 2015

Opór przed zmianą na lepsze, czyli o dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy

Kto czyta ten blog od początku, być może pamięta tekst o pukaniu do duszy, opublikowany zresztą również w zbiorze o siedmiokilogramowym liściu, w którym przedstawiłem bardzo subiektywną krytykę wszystkiego tego, co jest określane przy pomocy przedrostka „psycho-”, a więc psychologii, psychiatrii, psychoanalizy… można wymieniać. Przy okazji jednak przyznałem, że wśród moich znajomych znajdują się zarówno psychologowie, jak i psychiatrzy i psychoanalitycy, których jak najbardziej szanuję i o których umiejętnościach mam jak najlepsze zdanie. Przy tej okazji wspomniałem o koledze, który, o ile mi wiadomo, jest psychoterapeutą wybitnie wykształconym i doświadczonym, i choć z mojego punktu widzenia to, czym on się zajmuje pozostaje czymś całkowicie bezużytecznym, jestem pewien, że są osoby, które bez jego pomocy nie byłyby w stanie funkcjonować.
Spotkaliśmy się dość niedawno, w pewnym momencie zeszło na politykę i kolega zaczął się głośno zastanawiać, dlaczego niektórzy z nas z tak niezwykłym zaangażowaniem, by nie powiedzieć miłością, dają się zniewalać kłamstwu. Ja mu próbowałem coś tłumaczyć, że to albo ze strachu przed PiS-em, albo z obawy przed opinią znajomych, albo przez zwykły koniunkturalizm, albo jeszcze z jakiegoś innego powodu, na co jednak on przez cały czas się tylko niecierpliwił i powtarzał, że jemu chodzi o coś jeszcze innego i że ja go nie chcę zrozumieć.
I oto parę dni temu spotkaliśmy się ponownie i kolega mnie poinformował, że napisał tekst, w którym przedstawił swoją teorię na temat, o którym sobie rozmawialiśmy parę miesięcy temu, rozesłał go w różne miejsca, jednak bez efektu. W tej sytuacji, uznając, że to jest coś naprawdę wyjątkowego, zaproponowałem, że owe refleksje zamieszczę tu na tym blogu. Uważam, że z pożytkiem nie tylko dla nas tu się spotykających. Zapraszam gorąco.


Wzrasta świadomość manipulacji, na której opiera swoje działania władza. Demaskowane są kłamstwa, kradzieże i zbrodnie. Ujawniane są metody działania służb propagandowych, do których należą media i dyspozycyjne autorytety. Pokazywane jest nieetyczne, szkodliwe i bezkarne postępowanie zależnej od władzy, coraz potężniejszej armii urzędników. Jednak wiele osób nie respektuje tej wiedzy, okazując swoje przywiązanie do władzy, która ich niszczy. Niektórzy „widzą dobre a wybierają złe” i obdarzają niemal miłością swych wewnętrznych i zewnętrznych tyranów. Niepojęte z logicznego punktu widzenia jest to, jak ludzie potrafią na swych władców wybierać tych, którzy ich nienawidzą i źle traktują. Mniej lub bardziej świadomie pozwalają się władzy oszukiwać. Nie znaczy to jednak, że są oni oszukiwani i poniewierani tylko dlatego, że tego pragną.
Dotyczy to zresztą nie tylko naszego kraju, w którym, zwłaszcza od 10 kwietnia 2010r. pogarda do prawdy wręcz znów galopuje. Odwieczny konflikt między dobrem a złem toczy się jak świat długi i szeroki, wewnątrz i na zewnątrz człowieka. Od początku 2015r. jednak, konstruowanie przez władzę konfliktów z różnymi grupami społecznymi: z lekarzami, górnikami, kibicami - „kibolami”, rolnikami, opiekunami niepełnosprawnych, nauczycielami, kolejarzami, kierowcami, klientami banków, pocztowcami itd. spotęgowane jest w sposób zupełnie niebywały. Nawet z Rosją aranżowany jest konflikt w celu prowokowania samego napięcia, a nie po to, by uporać się z niezałatwionymi problemami.
Chaos i zmęczenie wspomnianym napięciem, niepewnością, zagrożeniem i gniewem, to korzystne podłoże dla mętnych interesów i manipulacji w roku wyborów.
Inną sprawą jest to, że dla niektórych jednostek wartość może mieć emocjonalne ekscytowanie się manipulacjami.
Podobnie jak dzieci, które są bite i wykorzystywane przez rodziców, jak kobiety niszczone przez mężów alkoholików, mężowie poniżani przez żony, również wyborcy, nie tak rzadko, jak można by oczekiwać, bronią swych ciemiężycieli, czują się do nich przywiązani i za nic w świecie nie chcą ich opuścić.
Nie chodzi w tym przypadku o natury czerpiące patologiczną przyjemność masochistyczną, lecz o zwykłych ludzi, którym jest ciężko, którzy cierpią i boją się o siebie i o innych.
Jak powstaje stan umysłu, który powoduje, że niektórzy z nas uzależniają się i stawiają – podobnie jak w przypadku środków odurzających – na ludzi, którzy im w sposób oczywisty szkodzą? Zrozumienie tego może pomóc się z tej zapaści wydobyć.
Ludzie ciągle męczeni słownymi manipulacjami, urzędową niesprawiedliwością, bezkarnością oszustów i oprawców, oraz trudami dnia codziennego, karmieni atmosferą napięcia, zagrożenia i niepewności, dzieleni i napuszczani jedni na drugich, upokarzani, po pewnym czasie wchodzą w stan wewnętrznego pomieszania, są zmęczeni i popadają w bierność. Czymś absolutnie zwyczajnym jest, że człowiekowi zmęczonemu nie tylko nie chce się czegokolwiek robić, ale niekiedy nawet i myśleć. Zdrowe pragnienie bierności, w niekorzystnych warunkach przepoczwarza się w pasywizację, w bezwolność, zatracanie instynktu samozachowawczego. Męczeni, mogą stać się umęczonymi, a w końcu męczennikami. Nieznośne rozczarowanie i niemoc wzbudza w pewnych okolicznościach karzący gniew wobec świata zewnętrznego i siebie. Z czasem, pojawia się obojętność i bierność, unikanie wyborów. Człowiek kapsułuje się psychicznie w swoim świecie i żyje iluzją, iż cokolwiek złego się podzieje, jego to nie dotyczy. Nieświadomie dochodzi do gloryfikowania bierności. Taki człowiek dąży do zatracenia się z bardziej złożonych powodów, niż ma to miejsce w przypadku tak zwanych „lemingów”.
W takim stanie umysłu człowiek łatwo rezygnuje z wnikliwego myślenia i dążenia do prawdy, tym łatwiej, że jest ona podważana i odzierana z wartości. Słowa tracą właściwe znaczenie. Powstaje swoista nowomowa, gdzie kłamstwo określane jest, jako niewinne mijanie się z prawdą.
Nowomowa, a wraz z nią nowomyślenie tym bardziej diabolicznie przenikają w człowieka, im powszechniej są stosowane, szczególnie przez tak zwane opiniotwórcze środowiska.
Obroną przed manipulacją jest konfrontowanie głoszonych słów z rzeczywistymi działaniami i ich skutkami. „Poznacie ich po ich owocach”.
Perfekcyjne i perwersyjne jest szermowanie hasłami i gestami, które pięknie wyglądają, lecz z których nie urodzi się już żadne dobro. Działania, które mogą się wydawać, że podejmowane są w słusznych sprawach, w rzeczywistości jedynie pozorują dążenia do dobrych celów. Mają charakter propagandowy i powodują kolejne nadużycia, jak choćby walka z tzw. dopalaczami, czy hazard.
Regułą jest mechanizm projekcji, polegający na przypisywaniu innym swoich własnych niewłaściwych cech i zachowań.
Negatywnym faktom nadaje się przewrotnie pozytywne znaczenie. Przykładem jest obtrąbiona jako narodowy sukces, decyzja premiera, który znalazł odpowiedź na pytanie „jak żyć?” i wybrał emigrację.
Fabrykowane i propagowane są tak zwane „fakty prasowe”, a więc coś, co w rzeczywistości nie istnieje. Wymyślone, martwe treści nabierają „życia” w psychice i relacjach ludzkich.
Celna krytyka, może stać się chwytliwą metodą manipulacji, gdy krytyk nie mówi jednocześnie, że krytykuje swoje własne „dzieła”. To co było idealizowane jest dewaluowane. Zamieszanie tym bardziej wzrasta, gdy krytykujący wchodzi „w skórę” poszkodowanych przez siebie, przyjmując za swoje własne ich zasadne argumenty, jednocześnie zapewniając, że odtąd będzie już dobrze.
Inną metodą destabilizacji umysłów jest stymulowanie fałszywych nowopotrzeb. Łatwiej jest przełknąć realny głód niezaspokojonych naturalnych potrzeb, będąc jednocześnie karmionym kuszącą wizją omnipotencji. Propaguje się przekonanie, że można być, tym kim się chce, szczególnie w sferze seksualnej.
Znikają z pamięci tak zwane „taśmy prawdy” i niekończące się afery, które przecież realnie, materialnie ograbiają ludzi. Dokonuje się, raz za razem, rozbiór psychiki i dóbr materialnych.
W wewnętrznym świecie człowieka toczy się walka o dobro. Podobnie w świecie zewnętrznym, jest dążenie do obrony materialnych i niematerialnych dóbr. Była walka o nasze lokomotywy, stocznie, huty, samoloty, motocykle, o lekcje historii w szkołach, o pamięć i prawdę, oraz sprawiedliwość.
Dziś nauczyciele bronią szkół, górnicy starają się ratować „czarne złoto”, leśnicy próbują ocalić lasy, ci którzy leczą, starają się o zapewnienie normalnych warunków do leczenia, rolnicy bronią ziemi i podobnie jak inni producenci, zwykłej, potrzebnej do życia i wzrastania, normalności. W nierównej walce o poszanowanie tajemnicy zawodowej, stają nie tylko dziennikarze.
Warto pochylić się nad determinacją dorosłych osób, które podejmują protesty głodowe. Podobnie, ciężko jest dzieciom, które z nadzieją na bycie szanowanymi, w swej desperacji próbują głodzeniem się wpłynąć na swych opiekunów. Zarówno bunt, jak i zdolność dostosowania się mają wartość. Problemem jest to, iż w niekorzystnych okolicznościach normalne postawy przyjmują postać skrajną i destrukcyjną.
Im gorzej jest w rzeczywistości, tym silniejsze staje się myślenie życzeniowe. Głęboko w psychice tkwi przekonanie, że wszystko będzie w porządku, jeśli stanie się posłusznym i oddanym władzy rodzicielskiej. Jak echo z przeszłości, w dorosłym życiu, z nadzieją na spokój, utrzymywana jest więc gotowość dostosowania się do oczekiwań władzy.
Dochodzi do oswajania się z nadużyciami. Niepostrzeżenie dla siebie samej, ofiara przejmuje system myślenia i postawy ciemiężyciela. Jest w stanie usprawiedliwić, bądź zapomnieć każdą aferę. Podobnie jak żony alkoholików, które za dobrą monetę przyjmują wierutne kłamstwa i bardziej niż o swoje dobro dbają o interes sił destrukcji. Potęguje to kolejne frustracje i nieuświadomiony gniew do siebie samego.
Propaganda i dbałość o wizerunek władzy jest ważniejsza od troski o tworzenie warunków do zaspokajania potrzeb i ambicji ludzi. Kłamstwo wraz z nowomową, nowomyśleniem i nowopotrzebami stały się oficjalnie usprawiedliwione i „słuszne”.
Na wewnętrznej straży takiej poprawności tkwi lęk przed alienacją, odrębnością i byciem napiętnowanym szaleństwem. Lęk mający głębokie i realne źródła w historii (np. płonące na stosach „czarownice”) jest umiejętnie pielęgnowany. Osoby, które sygnalizują nieprawidłowości, są szykanowane i na różne sposoby dyskryminowane. Przykłady osób zgłaszających oszustwa wyborcze, którzy są atakowani hasłami o „odmętach szaleństwa”, bądź usuwanego dziennikarza zadającego niewygodne pytanie i śledztwa wobec tych, którzy ujawniają prawdę, nie należą do najdrastyczniejszych. Utrwalane jest etykietowanie ludzi, jako tzw. „ciemnogród”, „mohery” itd.
Zrozumiały w tej sytuacji lęk i chęć uniknięcia alienacji społecznej doprowadza jednak do wewnętrznego wyobcowania, do odcięcia się od naturalnej potrzeby życia w prawdzie oraz od zdolności do wnikliwego myślenia i pamiętania. Bezwiedna rezygnacja z tak ważnych funkcji umysłu zmniejsza poczucie własnej wartości osobistej, a także rodzinnej i narodowej.
Poczucie wartości obniża realna często bezsilność wobec dokonującej się przemocy. Media bombardują obrazami osób, które są ofiarami okrutnego losu, trapiących chorób i nieszczęść. Poczucie zagrożenia potęgowane jest jawną i oficjalną bezkarnością urzędników, którzy na wiele sposobów szkodzą tym, którym powinni stwarzać dobre warunki do życia.
Kształtuje się niejasne przeczucie, że wszystko, co jest silniejsze, co posiada władzę, powoduje jedynie krzywdę. Dzieci w swoich rodzinach i dorośli w swoim państwie, którzy są drastycznie wykorzystywani, przeżywają silne wzburzenie, następnie pomieszanie, w końcu poczucie słabości. Nie chodzi tu jednak o uznanie słabości zwykłej i naturalnej, lecz o totalne poczucie braku wpływu.
W niekorzystnych warunkach dochodzi do negatywnej i w dużej mierze nieświadomej identyfikacji psychicznej: „jestem zerem, marionetką, stworzoną do tego, by mieć się źle”, „gdybym był coś warty, byłbym dobrze traktowany”. Ofiary paradoksalnie czują się winne za swój los. Źle traktują samych siebie i funkcjonują poniżej swych możliwości.
Uruchamia się błędne diabelskie koło. Ludzie nie wierzą, że może być dobrze, a tego, co nieznane, boją się, gdyż nie czują się wystarczająco pewnie. Mniej lub bardziej świadomie dążą do zachowania swojskiego świata.
W sytuacji, gdy przy braku poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie powstaje jakikolwiek spójny obraz świata, dysonans poznawczy jest szczególnie trudny do psychicznego strawienia.
Kruchy aparat psychiczny, dążąc do zachowania spójności, usuwa informacje, które burzą ład, nawet ten zbudowany z fałszywych przesłanek. Może dojść do psychicznego zasupłania się na nowe i dobre, oraz poczucia, że znane, nawet jeśli jest złe, to jest do przewidzenia, a więc paradoksalnie, pod kontrolą.
Może dojść do irracjonalnego zacietrzewienie się na przyjmowanie do wiadomości „niewłaściwych” faktów, bądź na ich emocjonalne zaakceptowanie.
Wyparcie prawdy ma ochronić człowieka przed przeżywaniem trudnych i gwałtownych emocji, które budzą lęk przed utratą kontroli, przed psychiczną i zewnętrzną anarchią, „podpalaniem kraju”.
Kłopotliwe treści wyparte ze świadomego myślenia i przeżywania przechodzą do nieświadomości, gdzie żyją swoim życiem i nie są już kontrolowane. Czasem można doznać wrażenia, że „przeszłość depcze po piętach”. Nie tylko „Ci, którzy nie znają swojej historii, są skazani na jej powtarzanie”. Historia się powtarza, podobnie jak i przebyte urazy, po to, by w końcu właściwie, adekwatnie nań zareagować. „Prawda was wyzwoli” może dotyczyć wyzwolenia od odnawiania traumatycznych zdarzeń. Przykładem może być kłamstwo katyńskie – smoleńskie.
Zjawiające się wątpliwości na temat miłości do władzy, która jest destrukcyjna, rozpraszają tzw. autorytety. Najczęściej są to fałszywe autorytety bądź ludzie zasłużenie kiedyś podziwiani i lubiani, którzy z różnych powodów przeszli na „ciemną stronę mocy”.
Jak pisał C. G. Jung, zło często kroczy pod wzniosłymi sztandarami.
Innym podstępnym autorytetem, do którego odwołują się wewnętrzni i zewnętrzni tyrani, jest rozsądek. Prawda jest jednak taka, że czasem osiąga się znacznie więcej, postępując pozornie wbrew rozsądkowi. Gdybyśmy wszyscy mieli się kierować wyłącznie rozsądkiem, nawet i ten tekst, by nie powstał.
Pogarda do prawdy i dobra, stała się zorganizowanym i hałaśliwym przemysłem. Czy może być dobrze? Człowiek wciąż się zastanawia, gdyż przeczuwa, że nosi w sobie tajemnicę o niebotycznej wartości. Możliwe jest przyzwoite zachowanie, dbałość o godność i o dobre życie, a „życie pełne jest heroizmu”. (Max Ehrman, Dezyderaty).
Jednak pod wpływem ciągłego nadmiernego napięcia, w stanie chaotyzacji i zmiętolenia psychiki, umysł się zawęża i człowiek się kurczy. Wolny wybór bardziej ogranicza brak wewnętrznej niż zewnętrznej przestrzeni. Z czasem, czymś niewiarygodnym i trudnym staje się wolność i dobre życie oparte na prawdzie. Kolejny raz uruchamia się mechanizm błędnego diabelskiego koła. Pogłębia się niskie poczucie własnej wartości i wszystko traci sens. Człowiek który psychicznie opuszcza siebie i nie angażuje się, może czuć rozgoryczenie i pustkę. W takim stanie „ratunkiem” staje się odurzenie. Ofiara przechodzi na stronę swojego prześladowcy. Nie pomaga wiedza, iż w ten sposób zabija się siebie, niestety, coraz częściej także dosłownie. Zabójczo na człowieka i jego cywilizację działa nieświadome poczucie winy.
Dziwna miłość do destrukcyjnej władzy przynosi katastrofę w świecie zewnętrznym, jednak problem w gruncie rzeczy rozstrzyga się na głębokim, nieświadomym poziomie psychiki.
W psychoterapii stwarza się warunki do psychicznego wzrastania i do adekwatnego zaspokajania potrzeb i celów pacjenta. Pacjent potrzebuje zmian na lepsze w swoim życiu, ale także występuje świadomy i nieświadomy opór przed nimi. Jednym z kluczy do sukcesu w psychoterapii jest zrozumienie oporu przed zmianą.
A życie państwa jest jak życie człowieka.



Gerard Warcok – psycholog kliniczny i psychoterapeuta.
Katowice, luty 2015.


Powyższy tekst można cytować w całości, lub we fragmentach, wyłącznie z powołaniem się na źródło i nazwisko i pełną funkcję Autora.

środa, 11 marca 2015

Grzegorz Braun, czyli o pasażerach na gapę

We wczorajszej notce, komentując wydanie przez Jana Pińskiego (gdyby ktoś nie pamiętał, chodzi o naczelnego tygodnika pod tytułem „Wręcz przeciwnie”) tak zwanego „wywiadu rzeki” z Grzegorzem Braunem, Coryllus przyznał, że on tę informację znosi z najwyższym trudem, bo był taki czas, kiedy to on właśnie zaproponował Braunowi wspólne wydanie książki, tyle że wówczas Braun go najpierw zwodził, następnie powiedział, że nie może, bo jest już umówiony z Polonią Christiana, no i ostatecznie sprzedał się Pińskiemu. Naturalnie, ja emocje Coryllusa świetnie rozumiem, bo w tym, by normalny człowiek, w dodatku zgłaszający pretensje do bycia traktowania z szacunkiem, potrzebował się nagle zadawać z kimś takim, jak Jan Piński jest kosmos, od wpatrywania się w który, zwyczajnie boli głowa, jednak mój stosunek do Grzegorza Brauna definiowany jest przez sprawy zupełnie inne. Otóż ja bardzo dobrze pamiętam, jak przez naprawdę wiele miesięcy, kiedy Coryllus jeszcze liczył na jakąś współpracę z Braunem, na moim blogu od czasu do czasu pojawiały się komentarze, w których czytelnicy wymieniali nazwisko owego Brauna w taki sposób, jakby sądzili, że ja, Coryllus i Braun to swego rodzaju całość i że i ja zacznę o Braunie pisać, używając zaimka „my”. Tymczasem ja nie dość, że robić tego nie miałem zamiaru, to jeszcze owo nieustanne przywoływanie jego nazwiska działało mi na nerwy i tylko kwestie taktyczne nie pozwalały mi na to, by jednemu czy drugiemu odpisać, by się ode mnie z tym Braunem odpieprzył, bo Braun to dla mnie nie jest nawet ktoś, o kim mógłbym choćby powiedzieć, że jest czytelnikiem mojego bloga.
Jest tu kilka osób, które są dla mnie ważne i z którymi, jak dziś z Gabrielem, czy kiedyś jeszcze z Kamiuszkiem, czuję pewną więź. Jeśli chodzi o Brauna, on najpierw przez jakiś czas był dla mnie zaledwie jednym z polskich dokumentalistów, który podobno jest „nasz”, a potem, kiedy się okazało, że on i Coryllus się znają, to jeszcze dołączyło do tego określenie „kumpel Coryllusa”. Osobiście z Braunem nie miałem nigdy nic wspólnego, z wyjątkiem tego jednego wieczoru, kiedy to gadaliśmy z jednej sceny w Klubie Ronina i przez to musiałem się wozić do Warszawy na rozmowę z prokuratorem, i jednego maila od niego, w którym mnie poprosił, abym mu przesłał tekst o ojcu Antoniewiczu. Po co? Nawet nie pytałem, ale domyślam się, że z prostej ciekawości. To wszystko. Poza tym, ja z Braunem nigdy nie zamieniłem jednego słowa, nigdy nie obejrzałem ani jednego jego filmu i nigdy nawet nie wysłuchałem z uwagą któregokolwiek z jego wystąpień, poza naturalnie wspomnianymi popisami w Roninie. Nawet numeru telefonu do niego nigdy nie miałem.
Przyznaje natomiast, że zawsze o Braunie myślałem dokładnie w taki sam sposób, w jaki myślę o Janie Pińskim, Tadeuszu Płużańskim, Jerzym Targalskim, Witoldzie Gadowskim, Leszku Żebrowskim, czy różnych innych, mniejszych hiperprawicowych dziennikarzach, którzy do czasu, gdy zostaną przygarnięci przez któryś z tych kilku prawicowych tygodników opinii, aby tam pisać felietony, będą albo pyskować na blogach, jak Gadowski, albo – jeśli im się za darmo pisać nie chce – szarpać się z policją podczas kolejnych demonstracji, jak Braun właśnie, no i od czasu do czasu, przy którejś z okazji, nagle postanowią kandydować na prezydenta.
Tymczasem Coryllus jeździł na te swoje spotkania z udziałem Brauna, po każdym z nich pytałem go, jak było, a on za każdym razem odpowiadał mi, że do dupy, bo praktycznie przez cały czas Braun nie dopuszczał ani jego, ani nikogo innego do głosu, a więc w końcu postanowiłem, że powiem mojemu kumplowi Gabrielowi, żeby machnął ręką na tego całego Brauna i przestał sobie wmawiać, że to on jedzie na Braunie, a nie Braun na nim, bo jest dokładnie odwrotnie i to Braun korzysta z tego, że jest kumplem Coryllusa, a nie Coryllus z tego, że jest kumplem Brauna. Na nic. Owa słynna już wśród ludzi, którzy go znają, skromność wciąż kazała Gabrielowi wierzyć, że jeśli on z Braunem się jeszcze trochę poprowadzają, to sprzedaż znacząco wzrośnie, no a kto wie, czy oni wspólnie nie nakręcą jakiegoś filmu.
Tymczasem było tak, że Braun, moim zdaniem kuty na cztery nogi cwaniak, od początku traktował Coryllusa, jako tego, który go wprowadzi w przestrzeń określaną nazwą „blogosfery”, gdzie sam Braun zwyczajnie nie istniał. Braun od pierwszej chwili zdawał sobie sprawę z tego, że pozycja, jaką blog Coryllusa zajmuje w świadomości tej części opinii, do której i on się zamierza apelować, a więc najbardziej inteligentnej i ambitnej prawicowej części społeczeństwa, jest tak poważna, że jemu wystarczy się Coryllusa uczepić, a reszta pójdzie jak po maśle. I dziś akurat, kiedy Grzegorz Braun postanowił zostać prezydentem, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że znaczna większość osób, które mają ochotę głosować na Brauna w wyborach prezydenckich, to ci, którzy go identyfikują z Coryllusem właśnie. Nie jest bowiem tak, że dla nich Coryllus to ten, któremu Braun zgodził się przeczytać pierwszą Baśń, ale odwrotnie – Braun to ten, któremu Coryllus zaproponował to nagranie.
Ktoś powie, że przesadzam i zdecydowanie deprecjonuje pozycję Brauna w tym układzie. Proponuję więc, byśmy zadali sobie pytanie najprostsze. Skoro nie chodziło o ty, by się przy Coryllusie podlansować, jaki cel miał Braun, by się z Coryllusem w ogóle zadawać? Czy może on to robił z czystego zachwytu nad jego twórczością? Chodziło może o to, że Braun uznał, że Coryllus, to jest takie zjawisko, że on go zwyczajnie będzie prowadził do sukcesu? No ale w takim razie, czemu, kiedy przyszło co do czego, to on pomysł Gabriela na ów „wywiad rzekę” natychmiast sprzedał Pińskiemu, a na niego samego się wypiął? Otóż ja mam na to odpowiedź. Braun od początku do Coryllusa miał stosunek taki, jaki mają do niego oni wszyscy: z jednej strony go podziwiają i mu zazdroszczą sukcesu, a z drugiej nigdy się nie zgodzą na to, by się przyznać do tego, że są mu równi, a kto wie, czy nie gorsi. Rzecz w tym, że Grzegorz Braun może się nie wiadomo jak zaklinać, jaki to jest niezależny i alternatywny, może jeszcze dziesięć razy być na zmianę zatrzymywany przez policję, a następnie przez sądy skazywany na tydzień aresztu i wypuszczany, fakt pozostaje faktem, że on jest dokładnie taką samą częścią Systemu, jak oni wszyscy i jak oni wszyscy znakomicie wypełnia swoje zadanie. I ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby oni tylko się nie bali reakcji środowiska i tych wszystkich ironicznych komentarzy, że się zadają z plebsem, to by zarówno tu i tam siedzieli od rana do wieczora i pokazywali, jacy są fajni i otwarci. Ale tego nie robią, bo, jak już wspomniałem, środowisko im tego nie wybaczy, a dwa, że oni zwyczajnie nie są ani fajni, ani otwarci, a udawać też nawet nie potrafią. Wygląda więc na to, że gdy chodzi o Brauna, on był jedynie nieco bardziej od nich zdesperowany. I stąd się tu nagle na chwilę pojawił.

Kilka dni temu, bez zbędnych fajerwerków, minęło 7 lat, jak się tu na tym blogu spotykamy. Wedle pobieżnych ocen nazbierało się tego w sumie około 2 tysięcy tekstów. To co pozwala zachowywać dobry nastrój to fakt, że miniony rok był zdecydowanie najpłodniejszy, a to świadczy, że sił nam nie brakuje. Przypominam, że dotychczas ukazały się dwa zbiory felietonów z tego bloga, jeden jeszcze pisany pod imieniem Toyah, drugi już sygnowany imieniem i nazwiskiem. Podobnie jak inne moje książki, oba tytuły dostępne są w księgarni na stronie www.coryllus.pl. „O siedmiokilogramowym liściu” w cenie zaledwie 15 złotych, „Palimy licho” jeszcze pachnące drukarnią, w więc bez żadnych ulg. Polecam obie. Jak lubi mawiać Coryllus, to jest produkt najwyższej jakości.

wtorek, 10 marca 2015

Z ostatniej chwili: System ogłasza casting na prowokatorów

Nie wiem, czy, a jeśli tak, to ilu z nas jeszcze pamięta, jak wiele lat temu bloger Matka Kurka, kiedy jeszcze utrzymywał się z tak zwanego „hejtowania” PiS-u, założył w Salonie24 blog, prowadzony rzekomo przez studentkę pierwszego roku polonistyki, która całym sercem kibicuje Prawu i Sprawiedliwości, jednak bardzo ubolewa nad tym, że jej ukochany PiS często jest wypełniony czystą i nieskażoną nienawiścią. Ja dziś już nie pamiętam, w jaki sposób Matka Kurka się tam wówczas podpisywał, ale oczywiście tam nie było śladu Matki Kurki, lecz było coś w rodzaju „KochamPiS”, „PiSwygra”, czy jakoś tak.
Ów blog zrobił natychmiastową karierę, a to z dwóch, czy może nawet trzech powodów. Po pierwsze, owa „studentka” była tak naiwna, by nie powiedzieć głupia, że niemal od pierwszej notki została otoczona przez całą bandę komentatorów, najczęściej sercem związanych z PiS-em, którzy za swój podstawowy cel postawili sobie jej wytłumaczyć, jak bardzo się myli. Po drugie, przekaz, jaki te teksty niosły, był tak fantastycznie „rozkraczony”, że administracja Salonu w jednej chwili się w nich zakochała, i to do tego stopnia, że nie dość, że one natychmiast zaczęły lądować na „pudle”, to jeszcze sam Igor Janke zechciał się tam pofatygować i osobiście wygłosić powitalną mowę, połączoną z gratulacjami z powodu manifestacji tak fascynującego obiektywizmu. Po trzecie wreszcie, ponieważ dla tak zwanych lemingów, nie ma większej atrakcji, niż wątpiący pisowiec, na blogu owego „dziewczęcia” rozpanoszyła się cała kupa codziennego antypisowskiego hejterstwa, które powtarzało praktycznie jedno i to samo: „Widzisz, jaki ten Twój PiS jest beznadziejny? Chodź lepiej do nas”.
Ponieważ ja od samego początku podejrzewałem, że z tą „studentką”, mamy do czynienia z jakimś przekrętem, w to co się tam wyprawiało nie angażowałem się, w związku z tym Matka Kurka przylazł na mój blog i zaczął mnie z całą tą niewinną, dziewczęcą słodyczą brać pod włos, jednak zanim zdążyłem z nim na dobre gadać, jemu nagle strzeliło do głowy, by na tym swoim lewym blogu opisać historię, która była tak głupio absurdalna, że ja do dziś nie rozumiem, jak człowiek jednak jakoś tam inteligentny mógł na coś takiego wpaść. Tego też za dobrze już nie pamiętam, ale mniej więcej szło to tak, że szedł sobie człowiek ulicą i został przejechany przez samochód. Nasza „studentka” błyskawicznie rzuciła się go reanimować, ale w tym momencie sprzedawczyni z lokalnego sklepiku nawrzeszczała na nią, że trzeba było tego człowieka zostawić, żeby zdychał, bo to jest znany zwolennik Platformy Obywatelskiej. W tym momencie ja już wiedziałem na pewno, że za tym blogiem stoi prosta prowokacja, napisałem na ten temat notkę, no i w tym momencie Matka Kurka dostał cholery, przyznał, że to co zrobił miało na celu tylko pokazać, jacy wyborcy PiS-u są chamscy i głupi, i że mu się to świetnie udało i wtedy też Igor Janke go z Salonu wyrzucił.
Jeśli ktoś w tym momencie myśli, że mi właśnie strzeliło coś do głowy, by się poznęcać nad – dziś już całą gębą „naszym” – Matką Kurką, to jest w oczywistym błędzie. Oczywiście, ja jestem głęboko przekonany, że nigdy zbyt dużo słów ostrzegających przed tym cwaniakiem, niemniej tym razem akurat chodzi mi o kogoś kompletnie innego, a mianowicie blogera podpisującego się Recma, który w tych dniach robi w Salonie24 wręcz oszałamiającą karierę, a która to kariera przebiega niemal dokładnie tak samo, jak przed laty kariera owej „studentki”. Tu też mamy do czynienia z tak zwanym „głosem rozsądku”, też ów „głos rozsądku” zostaje natychmiast zaatakowany przez „pisowską dzicz”, też dokładnie tak samo, jak wtedy, natychmiast na ratunek skrzywdzonemu przez swoich pędzą najbardziej prominentni hejterzy z Platformy, i wreszcie, niemal identycznie, jak w przypadku tamtej prowokacji, administracja Salonu stawia owemu Recmie prawdziwy łuk triumfalny. Bo przecież wszystkim nam zależy na tym, żeby nasza debata przyjęła wreszcie cywilizowaną formułę, i żebyśmy wszyscy sobie porozmawiali, czy na przykład propozycja PiS-u, by tylko Polacy mieszkający w Polsce mogli głosować, to dobry pomysł. Widzimy już, jak to się robi, prawda?
Ale jest jeszcze coś, co dla mnie stanowi prosty dowód, że mamy do czynienia z niemal identycznym przekrętem, co wówczas. Otóż ów Recma, ciężko pracujący na obczyźnie polski patriota, człowiek kulturalny i wiedzący, czym jest mądry umiar i czystość spojrzenia, chce jedynie zwrócić uwagę na karygodne błędy, jakie Andrzej Duda – również jego kandydat na prezydenta – popełnia w swojej kampanii, a przy tym pogadać o polskich sprawach i to, co go spotyka, to hejt ze strony swoich, i życzliwe wsparcie ze strony obcych. I wszystko pewnie byłoby dobrze, gdyby nie jeden jedyny fragment tekstu Recmy, gdzie ten, krytykując Andrzeja Dudę za to, że przyjechał do Londynu i zamiast emigrantów rozbawiać, nudził na temat ZUS-u, napisał co następuje:
„Problem jednak w tym, że ten wyjazd na Wyspy nie miał z tego akurat punktu widzenia, najmniejszego sensu. Mało że nikogo już ze swoich nie przyciągnął, to na dodatek spieprzył sobie opinię na Wyspach. Jaki przy tym idiota leitmotivem wystąpienia uczynił emerytury i reformę ZUS. No, litości! Co do cholery mnie interesuje Wasz pieprzony polski ZUS! Ja i tysiące mieszkańców na Wyspach, mają już wypracowane emerytury w tych krajach! Dziwi mnie, że sam Duda dał się wpuścić w taką tematykę. Sądziłem że ma więcej rozumu niż przeciętny członek władz PiS! Może go zatem przeceniłem i przedwcześnie uznałem za dobrego kandydata? Czuję się teraz głupio, bo od konwencji występuję w jego interesie. Pierwszy raz tak zaangażowałem się w agitację. A tu może się okazać że konwencja to było wszytko na co stać Dudę”.
Czy jest tu może ktoś na tyle tępy, by uznać, że powyższe słowa napisał człowiek szczerze zatroskany kampanijnymi błędami Andrzeja Dudy? Czy znajdzie się wśród czytelników tego tekstu choć jedna osoba, która uwierzy, że to jest język tak zwanej „pisowskiej mniejszości”, pozbawionej owego tak powszechnie już skompromitowanych jadu, nienawiści i chamstwa? To ma być głos prawdziwego polskiego emigranta-patrioty, który, otwarty na prawdę, chce zwyczajnie kulturalnie podebatować na temat sposobów wyjścia z naszej polskiej matni? Nie oszukujmy się, przecież to jest coś jeszcze głupszego, niż tamta historia o pisowskich faszystach z budki z gazetami, i przepraszam bardzo, ale trzeba mieć w sobie coś bardzo szczególnego, by tego nie widzieć. A zdanie „Ja i tysiące mieszkańców na Wyspach, mają już wypracowane emerytury w tych krajach!” dowodzi wręcz, że ów Recma nawet nie gada do nas z Irlandii, lecz z jakiegoś Szczecina, czy Piły, a i to w najlepszym wypadku.
Niedawno, na fali dyskusji związanej z kościelną kampanią skierowaną przeciwko cudzołóstwu, napisałem notkę, w której przestrzegłem wszystkich nas tu przed propagandą, która jest tak rozległa, tak potężna i tak perfidna, że praktycznie nie mamy przed nią najmniejszych szans obrony i jedyne co nam pozostaje to głęboka, możliwie najgłębsza, nieufność. I rozwaga. Maksymalna rozwaga w stosunku do tych, którzy nas zapraszają do udziału w swoich czarnych przedsięwzięciach. Wbrew pozorom, to nic szczególnie trudnego. Wystarczy odwrócić się plecami i odejść bez słowa. To bardzo ważne – bez słowa. To co mamy do powiedzenia będziemy mogli powiedzieć 10 maja.

Jak zawsze zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek. I nie tylko moich.

poniedziałek, 9 marca 2015

Z życzeniami dla profesora Władysława Bartoszewskiego

Z informacji, jakie do mnie dochodzą, wynika, że gdy chodzi o sobotnią konwencją wyborczą Bronisława Komorowskiego, na którą w napięciu czekała cała Polska, by nie powiedzieć cały świat, największe wrażenie na obserwatorach, poza wjeżdżającym do sali autokarem, zrobiła pociągająca z flaszki premier Kopacz, jednak ja bym chciał zwrócić uwagę na coś, co chyba tylko ze względu na sędziwy wiek bohatera zdarzenia zostało dyskretnie przemilczane, a co z mojego punktu widzenia stanowiło pierwszy i tak naprawdę jedyny godny uwagi punkt dnia. Otóż w pewnym momencie wszedł na scenę tak zwany „profesor” Władysław Bartoszewski i ogłosił, co następuje (cytuję z pamięci):
„Pytają mnie znajomi, dlaczego głosuję na Bronisława Komorowskiego, a ja im zawsze odpowiadam, że to dlatego, że mam już 94 lata i bardzo bym był niezadowolony, gdy miał mnie chować ktoś inny, niż on”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Władysław Bartoszewski już od parudziesięciu lat jest typowym wesołym staruszkiem, który niczym tak pięknie opisany przez J.D. Salingera sędziwy nauczyciel Holdena Caulfielda, ożywia się wyłącznie wtedy, gdy żartuje, a więc wszyscy mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by się przyzwyczaić, niemniej ta akurat wypowiedź robi wrażenie szczególne. Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, co ów nieszczęsny człowiek powiedział. Ma on mianowicie już 94 lata i od pewnego już czasu żyje świadomością, że każdy kolejny dzień może być jego dniem ostatnim, i ma już tylko jedno marzenie, by kiedy umrze, na jego pogrzebie nie żegnał go Andrzej Duda. On ma 94 lata, jego życie dobiega końca, przed nim zagadki, których normalny człowiek nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, a on zakłada garnitur i udaje się na konwencję Bronisława Komorowskiego, aby powiedzieć światu, że kiedy on umrze i Polskie Państwo zorganizuje mu pogrzeb, on sobie życzy, by nad jego grobem przemawiał ktoś z Platformy Obywatelskiej, PSL-u, SLD, czy choćby i Ruchu Palikota, byle tylko nie jakiś tępy pisowiec. A zgromadzona publiczność, słysząc te słowa, wybucha szczerym entuzjazmem dla owej demonstracji miłości do Ojczyny i Człowieka.
Oni więc szaleją, a ja sobie przypominam, jak zaledwie kilka dni po Smoleńskiej Katastrofie, ten sam Bartoszewski udzielił wywiadu dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”, w którym wyraził opinię, że w związku z tym, że samoloty generalnie się rozbijają, on nie widzi powodu, byśmy się akurat tym razem mieli jakoś szczególnie tym, co się stało, emocjonować, a ja sobie natychmiast pomyślałem, że on tak naprawdę uważa, że świat tak naprawdę jest piękny. I powiem szczerze, że nie wiedziałem, co to za cholera… aż do dziś. Dziś nagle zrozumiałem, że Władysława Bartoszewskiego tak bardzo ucieszyła śmierć Lecha Kaczyńskiego, bo on w tamtym momencie zrozumiał, że to nie Kaczyński będzie wygłaszał pożegnalną mowę na jego pogrzebie.
Niektórzy z nas pewnie w tym momencie się spodziewają, że ja już za chwilę znajdę jakiś odpowiedni bon mot, by podsumować ten rodzaj obłędu, a może też i opętanie, jakiemu ulegli ci wszyscy, którzy tego dziwnego pana tak bardzo hołubią, jednak nic z tego. Ja do ludzi starszych i niedołężnych na ciele i umyśle mam stały i niewzruszony szacunek, i w żaden sposób nie mam zamiaru dokuczać Władysławowi Bartoszewskiemu i szydzić ze stanu, w jakim znalazł się on na krawędzi życia. Natomiast jak najbardziej chciałbym poinformować fanów Bartoszewskiego, że skoro już weszliśmy na poziom ostatniej woli człowieka stojącego nad grobem i to w dodatku w zaproponowanej przez samego zainteresowanego poetyce, to powinniśmy wszyscy życzyć mu jednego: niech nam Pan Profesor kituje w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, bo w maju już może być za późno i znów trzeba będzie czekać – a i to w najlepszym wypadku – do jakiejś katastrofy.

Wszystkich, którzy lubią tu w dobrej wierze przychodzić, zapraszam do kupowania moich książek, wszystkie do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

sobota, 7 marca 2015

Po co Jan Hartman jeździ do Brukseli?

Właśnie przeczytałem w portalu wpolityce.pl, że gdzieś w Belgii, w czymś, co nosi dumną nazwę „szpitala uniwersyteckiego”, jeszcze w roku 2012 podano śmiertelny zastrzyk kobiecie, która narzekała na depresję. Kobieta ani nie była chora, ani umierająca, ani nie wyła z bólu, natomiast było jej tak strasznie smutno, że nie chciała już dłużej żyć, no i w tej sytuacji znalazła się grupa chętnych, by ją zabić. Portal wpolityce.pl podaje, że sprawa wyszła na światło dzienne, bo syn owej nieszczęsnej kobiety dowiedział się o tym, co się stało i podał morderców swojej matki do europejskiego trybunału, i pisze:
„De Toyer nie cierpiała na nieuleczalną chorobę, a psychiatra, który leczył ją od ponad 20 lat, wskazywał, że nie spełniała ona wymogów prawa koniecznych do eutanazji. Mimo to matka Toma Mortiera znalazła psychiatrów, którzy mieli inne zdanie, oraz onkologa gotowego przeprowadzić eutanazję, a niedługo przed śmiercią przekazała 2,5 tys. euro na prowadzone przez niego stowarzyszenie”.
Nie wiem, czy wpolityce.pl czegoś nie pomylili, ale tak jest napisane: „onkologa”.
Jak niektórzy czytelnicy wiedzą, od czterech już lat mamy psa, którego moja żona na przykład kocha bardziej, niż którekolwiek z nas, a który nas z kolei kocha tak, że tego się nie da wyrazić w ludzkim języku. Ponieważ on ma ostatnio chorą łapę, wszyscy jesteśmy bardzo zafrasowani i chodzimy wokół niego, jak wokół ukochanego dziecka. Ale też przez to, że mamy tego psa, znamy wielu innych posiadaczy psów, no i proszę sobie wyobrazić, że znajomi państwo musieli jakiś czas temu uśpić swojego pieska, ponieważ był on bardzo chory i cierpiał. Warto zwrócić jednak uwagę na to, że oni go uśpili dopiero po tym, jak sąsiedzi im zagrozili, że jeśli będą dalej narażać zwierzę na cierpienia, to oni ich zgłoszą na policję. Dziś już pies nie żyje, a oni wciąż się nie mogą po jego odejściu pozbierać.
Mam też kolegę, który zresztą od samego początku jest wiernym czytelnikiem naszego bloga, właściciela psa, który skutkiem przewlekłej choroby ma amputowane dwie przednie łapki. Zapadła decyzja, by psa uśpić, jednak mijają tygodnie, a oni nie mają odwagi wstać rano i powiedzieć sobie, że oto nadszedł jego ostatni dzień. Jak opowiada mój kumpel, pies jest bardzo grzeczny, mądry, bardzo przytomny i oni najzwyczajniej w świecie chcą, by jeszcze żył.
Jestem pewien, że wielu z nas ma cała kupę podobnych historii do opowiedzenia.
Tymczasem w Belgii grupa psychiatrów i lekarzy dowiedziała się, że jest szansa kogoś zamordować, z tego powodu zaczęło ich coś łaskotać pod sercem i nawet nie czekali na kolejny dzień. Tak było w Belgii. Tymczasem w Polsce, jak na swoim blogu napisał znany nam aż nazbyt dobrze prof. Jan Hartman, we wsi, w której on pomieszkuje, ktoś zastrzelił mu ukochanego pieska, i w związku z tym ów Hartman złożył uroczystą obietnicę (cytat wprawdzie niedosłowny, ale z pewnością oddający emocje autora) „całej tej pieprzonej katolickiej i zbydlęciałej Polsce”, że on nie spocznie dopóki jej dzieci i wnukowie nie wyemigrują do Londynu, Brukseli, czy Amsterdamu i tam dopiero się nauczą, czym jest prawdziwa europejska cywilizacja. Dlaczego? Bo Hartman kochał swego psa, a pies kochał Hartmana i był wesoły i mądry i chciał żyć, a jakiś Polak przyszedł i go z zimną krwią i z żądzy najniżej przyjemności go zastrzelił.
A ja czytam tekst na portalu wpolityce.pl i staram się spojrzeć w oczy tym belgijskim psychiatrom, temu onkologowi i jego znajomym, no a skoro już jesteśmy przy oczach, przypomina mi się baaaardzo fajny film „Prawdziwy Romans”, w którym James Gandolfini, grający zimnego, psychopatycznego zabójcę, opowiada Alabamie, jak to za pierwszym razem, kiedy on musiał kogoś zastrzelić, z nerwów się porzygał, natomiast dziś to już tylko patrzy, jak jego kolejnym ofiarom zmienia się wyraz twarzy.
Z Hartmanem akurat nie rozmawiam, więc do niego ani słowa, natomiast wszystkich tych, którym bardzo się spodobała jego refleksja na temat owych pobożnych wieśniaków z karabinami, strzelających do psów, i którzy w związku z tym coś tam sobie kombinują, chciałem prosić, żeby sobie dali spokój i się tak nie napinali, bo o tych ich oczach, które błyszczą na widok gasnącego życia kręci się już filmy.

Jak już informowałem wczoraj, ukazał się kolejny numer „Szkoły Nawigatorów”, a w niej mój tekst o brytyjskich workhousach. Zachęcam bardzo serdecznie do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl i przypominam, że zawsze można do tego dołożyć którąś z moich książek. Nawet nie umiem powiedzieć, która lepsza.

piątek, 6 marca 2015

Czy prezydenccy medycy rozumieją powagę sytuacji?

Dziś ukazuje się kolejne wydanie „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój felieton, jak zwykle na tematy bardzo dzisiejsze. Zapraszam:


Nie wiem, czy to, co od pewnego już czasu obserwujemy w jego zachowaniu, to wynik naturalnego kryzysu, jaki zaatakował jego umysł – co może przecież spotkać w każdej chwili każdego z nas – czy może ofensywa Andrzeja Dudy tak uszkodziła zmysły tego człowieka, że on zwyczajnie stracił poczucie rzeczywistości, ale faktem jest, że co najmniej od czasu, gdy Gabriel Janowski dał się czymś nafaszerować, żaden z polskich polityków aż tak dramatycznie, jak dziś Bronisław Komorowski, się nie odsłonił. Seria tak zwanych eufemistycznie „wpadek” Prezydenta, jest tak długa i tak spektakularna, że istotnie wypada się zastanowić, co jest ich przyczyną i w co ostatecznie ów upadek się przekształci. A po tym, co widzimy, można się spodziewać naprawdę najgorszego.
Ja wiem, że przez owe pięć lat, kiedy Bronisław Komorowski jest prezydentem, zdążyliśmy się przyzwyczaić do najróżniejszych ekscesów w jego wykonaniu, no i teraz, kiedy on nagle zaczyna biegać po japońskim parlamencie, pokrzykiwać, włazić z butami na fotele i strzelać sobie pamiątkowe zdjęcia, wielu z nas, uznając, że przecież nie dzieje się nic niezwykłego, wzruszy tylko ramionami, ja jednak bym bardzo wszystkich zachęcał, byśmy się jednak tym razem stanem zdrowia Prezydenta zainteresowali. Nie jest bowiem tym razem tak, że on sobie zasnął na jakiejś imprezie, zrobił błąd ortograficzny, czy że podczas oficjalnego obiadu zagapił się i zabrał komuś kieliszek; nie jest nawet tak, że on się rozgadał i zaczął coś pleść o tym, jak się robi bigos. Tym razem on autentycznie się zachowywał, jakby oszalał, czy, mówiąc delikatniej, schlał. To nie jest tak, że to co prezydent Komorowski robił podczas wizyty w Japonii, to parę kolejnych „wpadek”. Nie tym razem. Uważam więc, że akurat na tę okazję powinniśmy się wszyscy troszkę bardziej skoncentrować i spojrzeć nieco poważniej na to, co widzimy. Bo, jak mówię, sytuacja jest na tyle poważna, że diabli wiedzą, co przyniesie kolejny dzień, i lepiej będzie, jeśli będziemy na niego przygotowani.
Za dwa miesiące odbędą się w Polsce wybory prezydenckie i, zarówno z napływających regularnie informacji, jak i dzięki temu, że potrafimy przecież analizować rzeczywistość, możemy rozważać różne scenariusze. A więc, może się oczywiście zdarzyć, że jakimś smutnym cudem, nasze pragnienie zmiany okaże się na tyle niewielkie, że Bronisław Komorowski, albo te wybory wygra, albo przegra je nieznacznie i reżim je bez kłopotu sfałszuje. Może też być tak, że do drugiej tury wejdzie Ogórek i będziemy mieli powtórkę z roku 1990, kiedy to rozstrzygającą walkę o urząd prezydenta prowadził Wałęsa z Tymińskim. Ale może się też zdarzyć tak, że Bronisław Komorowski 10 maja nie wystartuje, ponieważ na to nie pozwolą mu ani lekarze, ani przepisy prawa. I ja bym osobiście stawiał na tę właśnie ewentualność.
Jutro kolejny dzień. I pamiętajmy, że nie znamy dnia ani godziny.

Jak już pewnie część z nas zauważyła, ukazał się też już kolejny numer „Szkoły Nawigatorów”, a w nim również mój tekst o brytyjskich „workhousach”, czyli pierwszych koncentracyjnych obozach pracy. Na stronie www.coryllus.pl można kwartalnik w każdej chwili zamawiać, a jeśli ktoś przy okazji zachce sobie sprawić którąś z moich książek, będzie taniej i wygodniej. Polecam szczerze.

czwartek, 5 marca 2015

Cudzołóstwo, czyli nasi przyszli i pozamiatali

Wczorajsza notka Coryllusa, przyznaję, wprawiła mnie w nastrój dość ponury, bo nagle sobie uświadomiłem, że strona, którą zwyczajowo określamy przy pomocy zaimka „oni”, ma tak strasznie dużo środków i sposobów, przy użyciu których może nami na wszelkie sposoby manipulować, że my tak naprawdę nie mamy w tej potyczce absolutnie żadnych szans. Oczywiście, co do tego, jaki jest faktyczny stan rzeczy, ja już nie miałem wątpliwości od dawna, o czym może świadczyć choćby uporczywe pisanie przeze mnie słowa „System” z dużej litery, niemniej zawsze czegoś mi w tym moim spojrzeniu na sytuację brakowało, co by kazało mi dojść do przekonania, że my faktycznie stoimy na pozycji przegranej.
Wspomniałem o manipulowaniu, i jestem pewien, że wszyscy wiemy, co mam na myśli, jednak nie możemy się łudzić, że owa manipulacja sprowadza się wyłącznie do relacji między nimi a nami, czyli że oni próbują nami manipulować, a my albo owej manipulacji ulegamy, albo ją mężnie odrzucamy i na tym koniec. Otóż nic podobnego. To z czym mamy do czynienia, to niekończący się łańcuch, który w dodatku niemal od samego początku, i to niemal w tempie geometrycznym, tworzy łańcuchy kolejne i kolejne i jeszcze kolejne, i w efekcie, ów proces manipulacji jest na końcu tak rozległy i zautomatyzowany, że „oni” już nawet nie muszą nic robić – to wszystko działa już samo.
Jak czytamy w tekście Coryllusa, oto w znanym nam aż nazbyt dobrze wydawnictwie o nazwie „Czarne” ukazuje się książka niejakiego Wójcika pod tytułem „W rodzinie ojca mego”, poświęcona opisywaniu tej części Kościoła w Polsce, którą popularnie określa się, jako „taliban”. Okazuje się teraz, że ów Wójcik, przez kilka lat zatrudniony w redakcji „Gościa Niedzielnego”, w pewnym momencie zwrócił się do posłanki Prawa i Sprawiedliwości Krystyny Pawłowicz z prośbą o wywiad, ta się na rozmowę z chęcią zgodziła i najszczerzej, jak tylko potrafiła, z Wójcikiem porozmawiała. Ten, kiedy sprawę uznał za załatwioną, już jako dziennikarz „Gazety Wyborczej”, pobiegł z tym wywiadem – i, jak się domyślam, paroma jeszcze innymi, które uzyskał, jako przedstawiciel „Gościa” – do wydawnictwa pod nazwą, nomen omen, „Czarne” i wydał tam wspomnianą wcześniej książkę o „rodzinie ojca mego”, która dziś, jak się okazuje, kompromituje środowisko Pawłowicz na całej linii.
Ja nie wiem, jak to się stało, że „Gość Niedzielny” nie dość, że swego czasu w ogóle owego Wójcika zatrudnił, to jeszcze trzymał go u siebie przez siedem lat, i wyrzucił z roboty dopiero, kiedy Wójcik roześmiał im się w twarz i powiedział, że teraz, kiedy on już ma wszystko co chciał, to oni mogą go pocałować w tyłek, i powiem szczerze, wiedzieć ani nie potrzebuję, ani nie chcę. Natomiast nie mogę się powstrzymać od myśli, że taki „Gość Niedzielny” jest wystawiony na atak Systemu w sposób wręcz modelowy i w jego redakcji nie ma nikogo, kto by się temu potrafił przeciwstawić, z tego przede wszystkim powodu, że jedna trzecia redakcji to właśnie takie Wójciki, druga jedna trzecia to księża, którzy wszyscy wiemy, jacy są, a reszta to ci, którzy jakimś cudem dostali tę robotę i mają w nosie, co się tam wyprawia. A naprzeciwko stoi armia uzbrojona po zęby tak, że świat nie widział, i ani jej w głowie brać jeńców, czy kogokolwiek oszczędzać.
Szedłem sobie wczoraj z psem na spacer i w drodze do parku rzucił mi się w oczy ogromny billboard w ostrych czerwono-czarnych barwach, przedstawiający dwie złączone dłonie kobiety i mężczyzny, splecione jednak nie ślubnymi obrączkami, lecz… wężem. Wielki napis głosi „Konkubinat to grzech – nie cudzołóż”. Ponieważ już wcześniej przeczytałem notkę Coryllusa o posłance Pawłowicz i jej przygodzie z Wójcikiem, pomyślałem sobie, że to jest jak nic kampania zorganizowana przez „Gościa Niedzielnego”. Uznałem, że z całą pewnością ktoś z redakcji wpadł na pomysł, by w ten fantastyczny sposób zaangażować się w kampanię na rzecz zwycięstwa Andrzeja Dudy w najbliższych wyborach, pokazując Polakom, jacy my katolicy jesteśmy pomysłowi, porządni, a przede wszystkim pobożni, a przy okazji ruszyć sumienia tych, którzy żyją w grzechu, i w ten sposób, za jednym zamachem, upiec dwie pieczenie: zachęcić ich do nawrócenia, no a potem to już tylko do głosowania na Dudę. Tak sobie pomyślałem, ale kiedy wróciłem do domu, w Sieci znalazłem informacje na temat tej akcji i okazuje się, że za tych z nas, którzy żyją w nieślubnych związkach postanowiono się wziąć na wyższym szczeblu, a mianowicie w Krajowym Ośrodku Duszpasterstwa Rodzin, i to tam właśnie zorganizowano tę niezwykłą kampanię. Po co? Ideę tłumaczy nam dyrektor Ośrodka, ksiądz Przemysław Drąg:
„Od pewnego czasu obserwujemy wzrost liczby konkubinatów i spadek zawieranych małżeństw, zarówno cywilnych, jak i sakramentalnych. Chcieliśmy dotrzeć do ludzi młodych z przekazem bezpośrednim, mocnym”.
Ja wiem, że z księżmi nie ma sensu dyskutować, a publicznie to już zwyczajnie nie wypada, ponieważ jednak mam głębokie przekonanie, że za projektem, którego tak pięknie broni ksiądz Drąg, stoi ktoś zupełnie inny, któremu jest znacznie bliżej do wydawnictwa „Czarne”, niż do Kościoła, chciałbym Księdzu zwrócić uwagę na fakt, że przeróżnych grzechów, poza cudzołóstwem jest cała kupa, w tym takie, o których znaczna większość z nas myśli jak najgorzej. A więc nawet ludzie, którzy z Kościołem nie chcą mieć nic wspólnego, wiedzą, że nie należy kraść, kłamać, zabijać, być niedobrym dla swoich rodziców, obżerać się, wybuchać gniewem, lenić się, zazdrościć, pysznić się, wstrzymywać zapłatę. Tak się też składa, że, jak to pięknie określa ksiądz Drąg, „od pewnego czasu obserwujemy wzrost” większości z nich. Na przykład, jestem pewien, że nawet ksiądz Drąg, który najwidoczniej najbardziej dziś jest przejęty tym, że pary, zamiast się żenić, żyją w wolnych związkach, zauważył, że coraz więcej ludzi, szczególnie młodych kobiet, nieumiarkowanie się obżera. Zauważył on też zapewne, że wielu z nas nie czci tak jak należy dnia świętego. Jestem przekonany, że ksiądz Drąg widzi, jak ostatnio często wielu z nas popełnia grzech wołający o pomstę do nieba, polegający na wstrzymywaniu zapłaty. Myślę również, że musiał ksiądz Drąg zauważyć, jak ostatnio coraz częściej ludzie kłamią i oszukują. Mam też silne podejrzenie, że zaobserwował też ksiądz Drąg gwałtowny wzrost osób, które z różnych powodów popadają w rozpacz, a która, jak wiemy, jest grzechem niezwykle ciężkim. Widząc to wszystko, on postanowił jednak nie wyjść do ludzi z paskudnym wężem na billboardzie i hasłem: „Weź się w garść – rozpacz jest grzechem”, lub „Zapłać pracownikowi i nie żyj w grzechu”, lecz wszcząć na całą Polskę kampanię przeciwko ludziom, którzy postanowili żyć w tak zwanym konkubinacie. Bo ich jest coraz więcej, a konkubinat, jak wiemy, to cudzołóstwo. Rzecz jednak w tym niestety, że ów konkubinat, to jest już chyba jedyny z tych grzechów, który dla wielu z nas, jest czymś równie błahym, jak zjedzenie w piątek hamburgera. Niedawno, o ile czegoś nie pomyliłem, sam papież Franciszek zwrócił uwagę na fakt, że nowoczesny świat doprowadził naszą cywilizację do miejsca, gdzie małżeństwo stało się zbędnym balastem, i że Kościół powinien się do tego odnieść w jakiś inny sposób, niż przez straszenie ludzi grzechem, bo w przeciwnym wypadku zainteresowani najzwyczajniej w świecie uznają, że z tym akurat Kościołem oni nie chcą mieć nic wspólnego. Ludzi można bowiem zachęcać do tego, by nie kradli, nie zabijali, nie oszukiwali, nie prześladowali słabszych, nie obżerali się wreszcie; można ich nawet zachęcać, by zaczęli chodzić do kościoła w niedzielę i starali się pracownikom płacić za wykonaną pracę, bo to jest dla nich zwyczajnie zdrowe, ale, jeśli doszło do tego, że ludzie przestają się żenić, a celibat ich nie interesuje, najgorszą rzeczą, jaką można sobie wymyślić, to straszenie ich wężem i ogniem piekielnym. Bo większość z nich prędzej uzna, że z tą religią to jakiś przekręt, niż wezmą kredyt na wesele i mieszkanie i wózek dla dziecka.
Mimo to, ksiądz Drąg postanowił okleić całą Polskę tymi przerażającymi billboardami, aby, jak mówi „dotrzeć do młodych z mocnym przekazem”. On już podobno próbował w zeszłym roku, przy pomocy bardzo w jego przekonaniu zabawnych T-shirtów z napisem: „Keep calm, don’t kocia łapa”, no ale mimo że jedną z tych koszulek sprezentował samemu Papieżowi, pomysł nie wypalił. Tym razem więc zdecydowano się na węża.
A ja nie mam najmniejszych wątpliwości, jak to się wszystko zaczęło. Przyszedł ktoś do księdza Drąga i mu powiedział: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Zawsze Dziewica, proszę księdza. Chciałem powiedzieć, że my tej ‘kociej łapy’ nie możemy tak zostawić. Musimy walczyć, bo mamy do czynienia ze strasznym grzechem. Tu trzeba działać jak najszybciej. Proszę popatrzeć, mam już nawet projekt plakatu do tej nowej akcji: dwie dłonie splecione w uścisku węża. Mocna rzecz, prawda? To trzeba młodym pokazać, najlepiej już teraz, zanim nadejdzie wiosna. Rozumie ksiądz? Musimy dać świadectwo”. No i mamy to co mamy.
Tak to działa. Tak to właśnie działa. O akcji już nawet poinformował TVN. Bardzo rzetelnie, nie ukrywając nic z tego co najważniejsze. Nawet księdzu Drągowi pozwolili tam się wygadać. Do woli. Bez cenzury. No i w sam czas. Prezydent Komorowski przysypia, więc znów trzeba wszystko robić za niego. Na szczęście jest profesor Pawłowicz i ksiądz Drąg. Bardzo porządni ludzie. Bardzo.

Ponieważ wciąż tu się przewija ten wąż, zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji. Tam mamy moją najnowszą książkę o Diable jak najbardziej i o tym wszystkim, co wypada nam o nim wiedzieć. Bo inaczej, po nas.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...