środa, 14 stycznia 2015

O dziurze w szkolnej skarpetce Margaret Thatcher

Wczoraj media doniosły, że „Fakty” TVN24 zleciły przeprowadzenie badania opinii w sprawie stosunku owej opinii do strajków na kopalniach i osobiście do premier Ewy Kopacz i jej tak zwanych działań reformatorskich. Ku pewnemu zaskoczeniu, okazało się, że niemal 70 procent badanych popiera w tym konflikcie górników, a zaledwie 15 procent uważa, że to rząd ma rację, próbując zlikwidować cztery nierentowne kopalnie.
Jeśli ktoś mnie spyta, co ja sądzę o tym badaniu i jego wynikach, a przy okazji, jakie jest moje zdanie na temat zamykania kopalń, odpowiem jak najbardziej szczerze i uczciwie, że owe wyniki mnie bardzo cieszą, a gdy chodzi o górników, jestem całym sercem za nimi. Dlaczego? Czy może dlatego, że jestem tępym socjalistą, dla którego rachunek ekonomiczny to czarna magia? A może dlatego, że tęsknie za PRL-em i wszystko, co mi go przybliża traktuję jak zbawienie? Może wreszcie bardzo liczę na to, że te strajki wreszcie wyrzucą w kosmos ten rząd – rząd zły, gnuśny i głupi? Częściowo oczywiście tak, jednak nie to jest powodem mojej satysfakcji. To co się dzieje, raduje mnie tak bardzo z jednego przede wszystkim powodu: ja sobie nie życzę, żeby za reformę polskiego państwa brali się gangsterzy, których jedyną kompetencją jest przekładać pod stołem pliki jakiś dziwnych papierów, tak by nikt nie widział, a jeśli ktoś zobaczy, skutecznie udawać głupiego.
Wydarzenia takie jak strajki na kopalniach, czy w szkołach, ewentualnie w szpitalach mają to do siebie, że polaryzują opinię publiczną nie wzdłuż znanych nam bardzo dobrze podziałów politycznych, lecz niejako w ich poprzek. Z jednej strony bowiem, widzimy tych, którzy uważają, że nawet jeśli ten rząd jest zły i skorumpowany, to nie ma innego, a czas nagli, więc nie ma co czekać. Osoby te nazywamy liberałami. Z drugiej strony są ci, którzy wprawdzie nie uważają, że dla Polski nie ma nic lepszego, jak stara dobra gospodarka socjalistyczna, ale prezentując pewien typ społecznej wrażliwości, nie mogą patrzeć obojętnie, jak ludzie tracą pracę. I na nich oczywiście mówimy, że to socjaliści. Oczywiście jest też całkiem prawdopodobne, że gdzieś się kręcą tacy, którzy autentycznie uważają, że jeśli potrzebne są jakieś reformy, to tylko w postaci ustawy odbierającej majątek bogatym i przekazującym go biednym, ale jestem pewien, że to jest autentyczna garstka i z całą pewnością oni zamieszkują zupełnie inne rejony, niż korytarze zamykanych kopalń.
A zatem, co stoi na przeszkodzie, by uznać, że skoro ta Kopacz tak bardzo marzy o tym, by zostać polską Margaret Tchtcher, dać jej szansę i wystawić tych górników na odstrzał? Co zresztą szkodzi samym górnikom, którzy – jak sami twierdzą – nie chcą powrotu PRL-u, by skromnie spuścić głowy, wziąć swoje odprawy, kupić sobie po wypasionym telewizorze, zasiąść wygodnie w fotelu i wreszcie rozprostować kości? Czemu wreszcie te 70 procent społeczeństwa, które wedle wszelkich danych jest bardzo zadowolone z tego, co im nowa Polska dała, nie machnie ręką na te kopalnie, i nie pójdzie do galerii sobie coś nowego sprawić, albo przynajmniej siąść na kawie i ciasteczku i się polansować przed znajomymi.
Otóż ja wiem, skąd ta tak powszechnie wroga reakcja w stosunku do premier Kopacz i jej rządu. Otóż i górnicy i znaczna część opinii publicznej, no i my, tak zwani „zwolennicy gospodarki centralnie planowanej” wiemy, że Ewa Kopacz to nie Margaret Thatcher. My wiemy, że Ewa Kopacz to nie jest nawet lewy bucik Margaret Thatcher. Powiem więcej: my wszyscy wiemy, że Ewa Kopacz ze swoimi reformami i całym tym przyklejonym do niej towarzystwem, to nawet nie jest dziura w Margaret Thatcher szkolnej skarpetce.
Swego czasu opublikowałem na swoim blogu tekst pod tytułem „Dla Margaret Thatcher z tęsknotą i zazdrością” http://toyah1.blogspot.com/2008/10/dla-margaret-thatcher-z-tesknota-i.html. W tekście tym zwróciłem uwagę na fakt, o którym większość naszych liberałów, tak bardzo chętnych do tego, by namawiając rząd do zrobienia porządku z tak zwanymi „zadymiarzami”, wycierać sobie swoje szlachetne usta przykładem właśnie brytyjskiej premier, która tak gładko rozprawiła się z górnikami, albo woli nie pamiętać, albo zwyczajnie, jak przystało na tępych ignorantów, nie wie, że kiedy Thatcher wprowadzała swoje 5 wielkich reform, miała poparcie, o jakim zarówno Kaczyński, jak i Tusk, czy dziś Kopacz nawet nie są w stanie sobie pośnić. Popatrzmy na fragment tamtych refleksji:
„I oto przyszła Margaret Thatcher i po kolei całe to socjalistyczne barachło wzięła za pysk. Nie od razu, nie na dziko. Po kolei, przy pomocy pięciu ustaw, rozciągniętych na trzy kadencje, wyprowadziła Wielką Brytanię z tego nieszczęścia. Wielu krytyków pani Thatcher mówi, że była bezwzględna, że była silna, że nie miała skrupułów, a niektórzy specjaliści od czarnej historii kapitalizmu dodają do tego jeszcze, że stały za nią jakieś nieznane, antyludzkie siły. Łatwo jednak się zapomina o tym, że przez większą część swoich rządów pani Thatcher miała wystarczającą przewagę w Parlamencie, no a przede wszystkim bardzo silne wsparcie społeczne. Rządziła skutecznie przez niemal pełne trzy kadencje i jeśli udawało jej się skutecznie wywracać stary, chory układ, to tylko dlatego, że wiedziała, że Brytyjczycy są po jej stronie.
Kiedy myślimy o Margaret Thatcher, widzimy tylko jej walkę z kopalniami, a kiedy myślimy o tej jej walce ze związkami, widzimy z jednej strony tę okropną Żelazną Damę, a z drugiej biednych, zdesperowanych górników. Nie powiedziano nam wystarczająco dobitnie jednak, że kiedy na przykład wśród górników z Nottinghamshire przeprowadzono referendum, cztery piąte opowiedziało się przeciw strajkowi i przeciw komunistom z centrali Scargilla. A de facto za Margaret Thatcher”.
Zresztą ona sama świetnie sobie z tego sprawę zdawała. Przyznała to zresztą w swoich wspomnieniach pisząc, że gdyby nie miała tej pewności, że ma za sobą wystarczająco silną większość, nawet palcem by nie kiwnęła, by się rzucać na tę wodę. Oddajmy jej głos:
„W obliczu tak dramatycznej sytuacji, na którą złożył się wspomniany już długotrwały upadek gospodarczy, wyniszczające skutki socjalizmu i rosnące niebezpieczeństwo ze strony Sowietów – z pewnością każdy nowy premier mógł żywić pewne obawy.
Także i ja, tego pamiętnego wieczora, gdy jechaliśmy do domu przy Flood Street, powinnam była odczuwać większy lęk wobec przejęcia takiej spuścizny. [...] Lecz wtedy, przewrotnie niemal, wszystkie te wyzwania napawały mnie doprawdy szczerą radością. [...]
Muszę się tu przyznać, że istniało jednak coś jeszcze – coś niezwykle osobistego – co również dawało mi radość i siłę. Chatham kiedyś to świetnie zauważył: ‘Wiem, że mogę ocalić ten kraj i że nikt inny tego nie potrafi’”.
A ta banda głupków przychodzi dziś pod moje drzwi ze zdjęciem Ewy Kopacz i próbuje mi zawrócić w głowie, powtarzając w kółko: Thatcher, Thatcher, Thatcher? Skoro już jesteśmy w klimacie 10 Downing Street, powiem im tylko to: „Shut the fuck up, Sir”.

Zachęcam wszystkich do kupowania w księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl. Tam wciąż jest jeszcze końcówka nakładu moich pierwszych dwóch książek, wydanych pod firmą Toyah. To tylko 15 zł plus wysyłka, a dodruk nie jest planowany.

wtorek, 13 stycznia 2015

O stanie ducha dobrego satanisty słów parę

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że sens pisania o czymś, co równie dobrze może się już za chwilę okazać kompletną fikcją, jest bardzo wątpliwy, niemniej z zeszłotygodniowymi wypadkami w Paryżu wiąże się tyle kwestii natury jak najbardziej jak najbardziej nas dotyczącej, że wypada chyba jednak kilka jeszcze słów na ten temat powiedzieć. Oto, zgodnie z zapowiedzią sprzed paru dni, jutro ukazuje się kolejny numer tygodnika „Charlie Hebdo” i, również zgodnie z zapowiedzią, jego nakład ma osiągnąć okrągły milion egzemplarzy. W dodatku, jak właśnie zostaliśmy poinformowani, ów numer ma zostać przetłumaczony na 16 języków, tak by nie tylko Francuzi, ale również Anglicy, Niemcy, Hiszpanie, a kto wie, czy i nie Polacy, byli w stanie zrozumieć głębie owego francuskiego humoru.
No i dobrze. Ja znam ten rodzaj promocji. W końcu, z tego co słyszę, tomik poezji Zuzi z Białej Podlaskiej dziś już chodzi na Allegro po 200 zł i niewykluczone, ze już niedługo nastąpi dodruk i przy odpowiednich wiatrach, nie tylko cena może wzrosnąć, ale również i ta poezja zostanie przetłumaczona na 16 języków. To co mnie jednak przy okazji tej informacji zainteresowało naprawdę bardzo, to wypowiedź niejakiego Richarda Malika, prawnika redakcji, który oświadczył, że w kolejnym numerze jak najbardziej ukaże się karykatura Proroka, bo, gdyby oni mieli zrezygnować z szydzenia z religii „to wszystko nie miałoby sensu”. Czy ukazujący się jutro numer pisma będzie również zawierał rysunki przedstawiające Jezusa z przebitymi dłońmi, stopami i bokiem, w cierniowej koronie na głowie i włażącym Mu w tyłek Duchem Świętym, tego ów Malik nie powiedział, ja jednak podejrzewam, że jak najbardziej, no bo jaki sens miałoby publikowanie karykatur Proroka, gdyby obok nie było też karykatur Jezusa? Prawda?
Uprzedzając zapewne pytania odnośnie walki o ów sens, Malik wyjaśnia, że oni muszą robić to co robią, dlatego, że dla nich szydzenie nie tylko z religii, ale w ogóle z wszystkiego, nie jest wynikiem jakiejś szczególnej koniunktury, lecz „stanem ducha”. Oni inaczej już nie mogą, bo gdyby przestali szydzić i obrażać postacie przez innych uważane za święte, wyparliby się samych siebie, a więc równie dobrze, jak rozumiem, mogliby przestać żyć. Bez tego szyderstwa, oni nie byliby ludźmi, lecz jakimś kosmicznym pyłkiem nie wartym ludzkiej uwagi. Mówi Malik tak:
„Można powiedzieć wszystko, co się chce, najgorsze rzeczy, i my je mówimy, na temat chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, bo ponad pięknymi sloganami na tym właśnie polega ‘Charlie Hebdo’”. I ja oczywiście nie bardzo potrafię zgadnąć, czy ten Malik nie panuje nad tym, co chce powiedzieć, czy go tak przetłumaczyli nasi specjaliści od języków obcych, ale i tak rozumiem, że jeśli tam tych szyderstw nie będzie, nie będzie też samego tygodnika. No bo o czym oni mają pisać? O homoseksualnym lobby trzymającym w garści rynek literatury, sztuki i kultury, czy pedofilii wśród polityków, a może Międzynarodowym Funduszu Walutowym, czy o Wielkim Oriencie? Przecież nie. My rozumiemy, że jest wolność słowa i w ogóle demokracja, ale w końcu bez przesady. Faszyzm nie przejdzie, prawda?
A więc już wiemy, że „Charlie Hebdo” nie ugnie się przed antysemicką i antywolnościową presją. Ja jednak wciąż i od nowa oglądam serię niedawno opublikowanych przez niemiecki dziennik „Bild” zdjęć, na których możemy sobie zobaczyć, jak podczas owego zabawnego eventu, kiedy to cała kupa polityków, upozowanych na demonstrantów, postanowiła sobie strzelić słitfocię, prezydent Autonomii Palestyśnkiej Abbas wykorzystał Donalda Tuska, by się ustawić tuż obok kanclerz Merkel, a następnie go porzucił jak papierek po cukierku. Patrzę na twarz Tuska, który wygląda, jakby dostał w pysk, na premiera Izraela Netanjahu, również odpowiednio wstrząśniętego, no i na tych dwoje, jak sobie miło gawędzą, fotograf trzaska zdjęcie za zdjęciem, a świat się śmieje. No może nie cały, ale trudno żeby wszyscy byli zadowoleni, czyż nie tak?

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie jak zawsze można kupić całą masę fantastycznych książek.



poniedziałek, 12 stycznia 2015

O pedantycznym Karolu i dziennikarzach, co Diabła spotkali

Po tym, jak dotarła do nas informacja o owym strasznym grudniowym zabójstwie pod Białą Podlaską, natychmiast napisałem na tym bogu tekst, a w kolejnych dniach dwa kolejne, w których, widząc jak wszystkie – a więc zarówno mainstreamowe, jak i tak zwane „offowe” – media nie chcą zauważyć i ogłosić prawdy, sam ją ogłosiłem i wypowiedziałem to straszne słowo „satanizm”. Przez trzy dni pod rząd, 16, 17 i 18 grudnia publikowałem tu w Salonie24 i u siebie na blogu teksty, w których apelowałem do przede wszystkim tak zwanych „naszych” dziennikarzy, by przestali się bać i powiedzieli głośno, wyraźnie i jednoznacznie, że za tą zbrodnią stał Szatan w najbardziej oczywistej postaci. Bez rezultatu. Ja dostarczałem bezpośrednich dowodów na ową czarną inspirację, a oni wciąż powtarzali kłamstwa na temat złego wychowania, czy zgubnego wpływu muzyki heavy metalowej, czy brutalnych filmów.
Jak mówię, od 16 do 18 grudnia opublikowałem tu na blogu trzy teksty, w których wskazałem na satanistyczną inspirację owej zbrodni i zaapelowałem przede wszystkim do dziennikarzy tygodnika „W Sieci” oraz portalu wpolityce.pl, by oni jako pierwsi przekazali tę wieść szerzej i ogłosili autentyczne zagrożenie, wobec którego stoimy, jako społeczeństwo, jako rodzice i jako pojedynczy osoby. Jedynym efektem było to, że każdy z tych tekstów znalazł się na liście trzech najszerzej komentowanych notek na tym blogu. Ogólnopolskie media z zawziętością godną lepszej sprawy, udawały, że nie słyszą. A słyszały. Co do tego, że słyszały, nie ma wątpliwości.
W pewnym momencie, widząc, co się dzieje, 17 grudnia zapisałem następującą refleksję: „Ja jestem niemal pewien, że kiedy oni wreszcie przeczytają ten mój tekst, to jakaś Nykiel napisze wreszcie w tygodniku ‘W Sieci’ tekst o tym, co się dzieje w Internecie. W końcu, w przypadku katastrofy w Bangladeszu ci durnie też musieli najpierw wpaść na mój blog, żeby ruszyć swoje dupy”. Natomiast już następnego dnia zapisałem następujące słowa: „Ja gadam trzeci już dzień i jestem szczerze przekonany, że najzwyczajniej w świecie nie wolno mi zamilknąć, z tego jednego powodu, że oto mamy do czynienia z autentyczną agresją najbardziej brutalnego satanizmu – satanizmu, można by rzecz, zinstytucjonalizowanego – a cały świat udaje, że się nie dzieje nic bardzo szczególnego”.
Ktoś kto nie czytał tamtych tekstów może spytać, skąd ja wiedziałem, że te dzieci dokonały swojej zbrodni z inspiracji Szatana. Otóż ja to wiedziałem, bo to wszystko od samego początku można było przeczytać na facebookowym profilu owej Zuzi i jej znajomych. Ona niczego ani nie ukrywała, ani nie próbowała udawać, że to co widzimy to tylko takie złudzenie. Tam nie było ani telewizyjnej przemocy, ani Nergala, ani narkotyków, ani rodzinnych kłopotów i problemów ze szkołą, ale wyłącznie Szatan i zachwyt nad śmiercią. Tymczasem wokół nas kłębił się tłum kolejnych ekspertów, by nam tłumaczyć, że to jest naprawdę bardzo zagadkowe, jak mogło dojść do czegoś tak wyjątkowego. Jeszcze nawet parę dni temu telewizja TVN24 przedstawiła dłuższy reportaż, którego autorzy posunęli się do tego, by sugerować, że Zuzanna namówiła tego Kamila, żeby zamordował swoją mamę, bo sama miała kłopoty ze swoją i to była taki psychologiczny transfer emocji.
I oto dziś, miesiąc po tym, jak wydarzyło się to nieszczęście, jak słyszę, tygodnik „W Sieci” wreszcie uznał za stosowne zareagować odpowiednim tekstem, licząc zapewne na to, że upłynęło wystarczająco dużo czasu, by nikt nie pomyślał, że oni są tak fatalnie w tej swojej gnuśności niesamodzielni. A gdyby tu jeszcze były jakieś wątpliwości, już na samej okładce wybijają informację: „nasze śledztwo”, że niby oni tego miesiąca potrzebowali na to, by wszystko dokładnie zbadać i posprawdzać. Prawdziwi dziennikarze śledczy, cholera!
A ja bym pewnie nawet się nie zająknął w tej sprawie – w końcu czyż nie o to właśnie chodziło, żeby oni poszli po rozum do głowy i problem odpowiednio opisali? – gdyby właśnie nie ta idiotyczna uwaga o rzekomym śledztwie. Bo dzięki niej, ja nagle sobie uświadomiłem, dlaczego ci wszyscy dziennikarze są już na zawsze skazani na porażkę. Rzecz bowiem w tym, że oni wyłącznie albo komentują, albo na nowo piszą to, co już ktoś dawno przed nimi napisał. Oni nic nie tworzą – oni wyłącznie przetwarzają, to co ktoś, nawet nie im, ale komuś, wcześniej powiedział.
Zacząłem ten tekst pisać już wczoraj w nocy, ale postanowiłem go przerwać, by dziś, idąc na spacer z psem, kupić ów słynny już numer tygodnika „W Sieci” i zobaczyć, co oni tam piszą. I przyznaję, że muszę złożyć samokrytykę. Otóż przede wszystkim autorem relacji z Białej Podlaskiej, gniazda satanizmu, nie jest red. Nykiel, lecz red. Maja Narbutt. Poza tym, wbrew moim podejrzeniom, pisząc swój tekst, red. Narbutt nawet nie zerknęła na mój blog, a swoje śledztwo oparła na całkowicie innych źródłach. I oto, czego się dowiadujemy z najnowszego wydania tygodnika „W Sieci”:
1. Zuzanna i Kamil najprawdopodobniej byli członkami sekty satanistów;
2. W Białej Podlaskiej już kilka lat temu, o czym szeroko donosiły media, działała sekta satanistyczna, która jednak po kilku samobójstwach została przez miejscową policję rozbita;
3. Zuzanna swojej koleżance odgryzła kawałek sutka;
4. Podczas morderstwa i Zuzanna i Kamil działali z taką brutalnością nie dlatego, że byli pod wpływem narkotyków, ale z innych powodów, których możemy się domyślić (patrz punkt 1);
5. Zuzanna wbijając nóż w ciało ojca Kamila, trafiła w kość i wbiła go tak mocno, ze już nie umiała wyjąć;
6. Rodzice Kamila byli bardzo bogaci i Kamil liczył na spadek;
7. Kamil w więzieniu jest spokojny, śpi dobrze, czyta książki, ogląda telewizję, gra w szachy z innymi osadzonymi i nie wygląda na szczególnie przejętego tym, co zrobił.
Wbrew temu, na co mocno liczyłem, nie ma w tekście red. Narbutt ani słowa o Krainie Grzybów, o muzyce, której słuchała, o jej profilu na Facebooku, nawet o Nergalu, który znalazł się na okładce wydania; słowa też nie ma o tym, kto jej wydał i zapłacił za tomik tych wierszy i jak to się stało, że ta książka została zrecenzowana aż na poziomie tygodnika „Polityka”. Natomiast jest jeszcze bardzo wstrząsająca pointa w postaci informacji, że tomik wierszy Zuzanny nosi tytuł 33, a kiedy ona wyjdzie na wolność będzie miała właśnie 33 lata. Brrrrrr…
Oto śledztwo. „Nasze śledztwo”. Asystent Mai Narbut zadzwonił do rzecznika prasowego dyrektora służby więziennej w Lublinie, zapytał go, czy to prawda, że Kamil, od momentu, gdy się zorientował, co zrobił, „wyje i chodzi po ścianach”, powiedział, że to nie jest prawda, i że jest wręcz odwrotnie. A więc potwierdził też to, co w pierwszych dniach po zabójstwie powiedział prowadzący śledztwo policjant, a o czym tu też pisaliśmy: nie wolno zapominać, że jak by nie patrzeć, to jednak to on zamordował swoich rodziców, a nie ona swoich.
Przyznaję jednak, że jest tam coś, czego nie mogłem nie zauważyć, a co mnie, mimo poważnego tematu, rozbawiło. Otóż przez cały tekst, Maja Narbutt, pisząc o Kamilu, używa albo imienia Kamil, albo Karol. A więc raz mamy Kamila, innym razem Karola. Powiem uczciwie, że już wcześniej czując, jaki charakter ma ów tekst, sądziłem, że pod koniec się okaże, że Kamil nosił pseudonim „Karol”, aby wyszydzić świętego papieża Jana Pawła II. Okazuje się, że nie. Wygląda na to, że owo śledztwo polegało głównie na przeklejaniu najróżniejszych raportów, no i ktoś tam się pomylił. Mam tylko nadzieję, że teraz nie trzeba będzie przepraszać osadzonego N.
Jak mówię, takie to jest to śledztwo. Przepraszam bardzo, ale chyba jednak wolę inne, to które przeprowadził wczoraj portal wpolityce.pl, idąc pod kościół w sąsiedztwie i znajdując tam kwestujące dzieci od Owsiaka. Wprawdzie tu też dziennikarze o tym skandalu dowiedzieli się od czytelników, no ale informacja i tak jest sensacyjna:
„Nasi reporterzy zauważyli, że zdesperowani słabnącą ochotą Polaków do wspierania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i coraz większymi wątpliwościami co do skali wsparcia tej akcji z pieniędzy publicznych, wysłannicy Owsiaka próbują zdobyć pieniądze… przed kościołami. Zauważyli ich w tych miejscach nasi Czytelnicy, zdokumentował to także nasz fotoreporter”.
I to jest naprawdę coś. Jest i fotoreporter i są zdjęcia. Czyste fakty, a nie żaden głupi fotomontaż, jak ten z Nergalem

Przypominam, że na stronie www.coryllus.pl jest do nabycia moja książka o rock’n’rollu i nie tylko. To nie jest nudna encyklopedia; to jest coś, czego wcześniej zwyczajnie nie było. Polecam bardzo szczerze.

niedziela, 11 stycznia 2015

Przypowieść o jednym talencie - wersja hard

Niewykluczone, że mój kumpel Coryllus się na mnie za to obrazi, ale chcę dziś porozmawiać o pewnej rzeczy, która mnie od pewnego czasu bardzo prześladuje i żeby to wszystko jakoś sensownie zacząć, muszę wspomnieć o karykaturzyście Marku Raczkowskim. Kłopot polega na tym, że ja, w odróżnieniu od Coryllusa, który uważa je wręcz za symbol dna, ja obrazki Raczkowskiego lubię, w tym niektóre nawet bardzo. No ale trudno. Jest jak jest i tego nie zmienimy. Ja rysunki Raczkowskiego i humor, który one wyrażają lubię, czasem nawet bardzo.
Jest jednak coś jeszcze, co gdy chodzi o Raczkowskiego, robi na mnie autentyczne wrażenie i wcale wbrew pozorom nie chodzi mi o to, że to jest satanista, który swego czasu Maciejowi Zembatemu kupował narkotyki i płacił za dziwki, a dziś nie jest w stanie wydusić z siebie jednego słowa, by przy okazji nie szydzić z wartości, w czym przypomina postaci takie jak Abelard Giza, Maria Czubaszek, czy Maciej Maleńczuk, ale o to, że on najwyraźniej jest prostym jak kołek w płocie idiotą. Miałem parę dni temu okazję oglądać, po raz pierwszy w życiu zresztą, Raczkowskiego w telewizji, jak siedzi i gada, i powiem szczerze, że byłem wstrząśnięty. Program nazywał się „Kropka nad i”, obok Raczkowskiego w studio był jeszcze Ryszard Kalisz i ja pierwszy raz w życiu spojrzałem na Kalisza, jak na kogoś zupełnie normalnego. Oczywiście, częściowo była ta moja reakcja na zachowanie Raczkowskiego, który robił wrażenie obłąkanego i to jeszcze obłąkanego, któremu przed chwilą złośliwi ludzie coś w tajemnicy podali do zjedzenia, ale częściowo na reakcję samego Kalisza, którzy przez pierwszą część programu, zanim zdołał dojść do siebie, patrzył na Raczkowskiego, jak na jakiegoś freaka z XIX-wiecznego cyrku, a więc z zaciekawieniem połączonym z przestrachem, i przyznam, że to mi się u niego wydało strasznie ludzkie.
O co chodzi konkretnie z tym Raczkowskim? Otóż ja bym chętnie dokładniej opisał to co on robił, co mówił i jak mówił, ale jakoś nie potrafię. Wciąż jedyne co mi przychodzi do głowy, to to co już powiedziałem wcześniej, że on zachowywał się, jakby był obłąkany, a to co mówił, robiło wrażenie jakiegoś kompletnie chaotycznego bełkotu. W dodatku przez cały nie mógł się oderwać od stojącego gdzieś tam obok monitora, do którego albo robił miny, albo się krztusił ze śmiechu.
Powtarzam – ja Raczkowskiego jako karykaturzystę i żartownisia lubię, a niektóre z jego obrazków uważam za absolutnie wybitne, ale tym bardziej nie jestem w stanie pojąć, jak ktoś tak inteligentny w tym co robi, potrafi być jednocześnie tak pozbawiony jakiegokolwiek talentu w każdym innym miejscu. Ja już od dawna, znając jego wypowiedzi, wiedziałem, że Raczkowski te dowcipy wymyśla jakąś całkowicie schowaną przed światem częścią swojej natury, natomiast poza tym jest głupi jak but. No a tu się nagle okazuje, że on nie ma nawet tego, co wielu durni ma jak najbardziej, a mianowicie owych pozorów choćby minimalnej układności, która na prostych ludziach robi wrażenie inteligencji. Czyli tego na przykład, co ma Kalisz – człowiek przecież tak samo głupi, zły i gnuśny. A więc nagle się okazuje, że Raczkowski to człowiek z jednym jedynym talentem.
Ktoś mi pewnie od razu wyciągnie przykład Daniela Olbrychskiego, a ja już wyjaśniam. Olbrychski to, owszem, utalentowany aktor, jednak aktorstwo to głównie wygłup; tam nie ma owego elementu, który sprawia, że patrząc na jego występ, możemy nagle sobie pomyśleć, że z tego Olbrychskiego to nie byle jaki umysł. Jeśli on odgrywa jakąś rolę, choćby tak znakomicie, jak w pamiętnym filmie Zanussiego „Zaliczenie”, czy w „Brzezinie” Wajdy, nawet nam do głowy nie przyjdzie uważać, że skoro on nas tak bardzo potrafił wzruszyć, to z niego musi być naprawdę mądry człowiek, by dopiero po usłyszeniu, co on ma do powiedzenia w tak zwanym „realu”, łapać się za głowę z przerażenia. A więc nawet jeśli wiemy, że Olbrychski to, podobnie jak Raczkowski, człowiek o jednym talencie, jakoś to potrafimy znieść. Podobnie jest zresztą z wieloma artystami czy pisarzami, by wspomnieć Macieja Maleńczuka, czy pisarza Chwina.
A tu mamy te obrazki Raczkowskiego, które z całą pewnością wymagały od niego jakiejś pracy umysłowej i przynajmniej na mnie robią wrażenie, jakby to była praca naprawdę solidna, a ów umysł naprawdę oryginalny. Tymczasem okazuje się, że nic z tego, że ta inteligencja, ta bystrość obserwacji, ten dowcip pochodziły bardziej z jego tyłka, niż z głowy. I ja, przyznaje, kompletnie nie rozumiem, jak to urządzenie funkcjonuje.
No ale myślę sobie, że tę zagadkę można jakoś rozwiązać i że ona nie może być aż tak trudna. I oto przychodzi mi do głowy sytuacja odwrotna. Załóżmy, że mamy kogoś, kto nie umie ani śpiewać, ani grać na instrumentach muzycznych, ani pisać pięknych wierszy, czy wzruszających opowiadań, zbijać półek, usmażyć jajecznicy, naprawiać sprzętu AGD, dbać o swoje dzieci, czy choćby płynnie się wypowiadać, w dodatku jest prostym chamem, na którego nawet golden retrievery szczerzą zęby, natomiast jest wybitnym profesorem filozofii, który potrafi pięknie i bardzo głęboko wykładać na temat walki dobra ze złem. A zatem mamy człowieka również o jednym tylko talencie – mądrości. Tak?
Stoją więc przed nami ów profesor, mądry jak jasna cholera, i Raczkowski, jak jasna cholera głupi, i każdy z nich trzyma w ręku ten swój jeden jedyny talent, którego się obaj uczepili jak pijany płotu, a my się zastanawiamy, jak to jest, że ten profesor, skoro taki mądry, nie potrafi usmażyć swojemu dziecku jajecznicy i powiedzieć w windzie dzień dobry, no i czemu, skoro Raczkowski jest taki głupi, potrafi wymyślać – właśnie tak, wymyślać, a nie wydalać spod łokcia – tak nieprawdopodobnie inteligentne żarty?
Dziwny jest ten dzisiejszy tekst. Przyznam się, że piszę go tak, jak nigdy dotąd tego nie robiłem, a więc że tak powiem, „na żywo”, nie mając pojęcia, co mi przyjdzie do głowy za chwilę. Kiedy go zaczynałem, nie wiedziałem nawet, czy będę go pisał dalej, czy tak zostawię i wyrzucę. No i właśnie sobie pomyślałem, że chyba sięgnę do Ewangelii i przypowieści o talentach, a konkretnie do tego nieszczęśnika, który dostał jeden talent i z tym jednym talentem został. Otóż z tego co tam czytamy, wynika jednoznacznie, że jeden talent to jest, jak to pięknie opisuje Ewangelista, „ciemność, płacz i zgrzytanie zębów”, a skoro tak, to znaczy, że jeden talent to nie jest żaden talent. I nie ma znaczenia, czy ów talent rozmnożył się w wybitną myśl, piękne słowo, cudowną piosenkę, wzruszający wiersz, czy fantastycznie sklejony stół, jeśli to jest talent jedyny. Jeśli tam nie ma już nic więcej, to wszystko to jest wyłącznie złudzeniem i pomyłką.
No i w ten niespodziewany zupełnie sposób muszę chyba przyznać rację Coryllusowi, który przez to, że miał okazję przez pewien czas obserwować tego Raczkowskiego z bliska i go odpowiednio dobrze poznać, wiedział przede mną, że te jego obrazki są i głupie i wcale nie tak dobrze narysowane. Inaczej być nie chce. Muszą być przynajmniej dwa. Przynajmniej. Swoją drogą, ciekawe – skoro jesteśmy przy Coryllusie – jak to było z tym Szekspirem. Czy on potrafił coś jeszcze?

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl wciąż są do kupienia moje pierwsze książki wydane jako Toyah. Obie są oferowane po 15 zł i mimo, że już minęło tyle lat, one nie straciły ani jednej literki.

sobota, 10 stycznia 2015

Czy Mieczysław Wachowski zdąży zastąpić kandydaturę Dudy?

Już parokrotnie i jak najbardziej szczerze obiecywałem sobie, a co gorsza również czytelnikom tego bloga, że w obliczu bezczelności, z jaką tak zwane „nasze” media, a więc przede wszystkim tygodnik „W Sieci” i portal wpolityce.pl odnoszą się do czytelnika, ja najzwyczajniej w świecie przestanę ich zauważać. W końcu, jak długo można zwracać uwagę na to, co ci ludzie wyprawiają, napominać ich, odwoływać się do ich rzekomego patriotyzmu i do odpowiedzialności, jaka oni na siebie przyjęli, za każdym razem odbijać się od tej ich grubiańskiej obojętności, a później znów wracać i zaczynać wszystko od nowa, po to tylko, by znów na końcu ujrzeć te puste oczy najzwyklejszej plazmy? A mimo to przychodzi chwila, kiedy znów wydaje się, że nie można tego, co się tam wyprawia pozostawić bez komentarza, bo przyjdzie taki moment, kiedy ktoś powie, że kiedy już naprawdę trzeba było krzyczeć, to ja siedziałem jak ten głupi na płocie.
No a zatem, proszę sobie wyobrazić, że okładka najnowszego numeru tygodnika „W Sieci”, cała w biało-czerwonych barwach przedstawia od lewej: Tadeusza Kościuszkę, Jana Pawła II, Mikołaja Kopernika i Józefa Piłsudskiego, pod spodem Jaruzelskiego na tle flaszki i jakichś dwóch przekazujących sobie z ręki do ręki plik banknotów, no i wielki tytuł: „DUMA I WSTYD”, że niby, jak rozumiem, ci u góry to duma, a ci na dole – wstyd. O co poszło? Otóż redakcja prawicowo-konserwatywnego tygodnika „W Sieci” przeprowadziła, jak sama pisze, „wielkie badanie”, by zobaczyć, co Polacy sądzą o najważniejszych sprawach Kraju. No i wyszło z owego badania tyle, że jest dokładnie tak, jak się można było spodziewać, czyli jesteśmy najbardziej dumni z uzyskania demokracji w roku 1989, postawy Polaków w czasie II Wojny Światowej, na trzecim miejscu wyboru Karola Wojtyły na papieża, dalej sierpnia 1980, bitwy pod Grunwaldem, wstąpienia do Unii Europejskiej i różnych innych drobniejszych zdarzeń, w tym nawet chrztu Polski i wstąpienia do NATO. Na pytanie natomiast, czego się powinniśmy wstydzić, dostajemy odpowiedź, że wstydzić się powinniśmy PRL-u, dzisiejszych „kłótni polityków”, „prześladowania Żydów” i „wydarzeń związanych z katastrofą smoleńską”. Wreszcie tygodnik „W Sieci” zapytał o Polaków, których cenimy najbardziej, no i tu wynik jest następujący: na pierwszym miejscu papież, potem Wałęsa, za Wałęsą Piłsudski, za Piłsudskim Kościuszko, za Kościuszką Jagiełło, za Jagiełłą Kopernik, no a potem cała już reszta, od Władysława Sikorskiego i Lecha Kaczyńskiego, przez Mieszka I i Szopena, po Sienkiewicza i Gierka.
Jak mówię, jeśli te wyniki mogą dziwić, to chyba tylko tych z nas, którzy znając patriotyczną niezłomność braci Karnowskich i całego tego towarzystwa, spodziewali się, że wyniki tego badania będą takie, że Polacy najbardziej dumni są z podwójnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w roku 2005, najbardziej się wstydzą Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej, a na pierwszym miejscu wśród tych, których najbardziej cenią, znajdą się ex aequo Jan Paweł II i Lech Kaczyński. To by z pewnością było w ich stylu. Tymczasem, okazuje się, że oni przeprowadzili to badanie, a następnie opublikowali jego wyniki dokładnie w taki sam sposób, jakby to mogły zrobić „Newsweek”, czy „Polityka”, a więc rzetelnie zaczepiając ludzi, którzy wiedzą dokładnie tyle co usłyszeli w telewizji, o to, kogo oni cenią najbardziej, następnie zapisując tego papieża z Wałęsą, i udając się na zasłużoną setkę pod śledzia.
Przeglądałem te tabelki, czytałem towarzyszącą im analizę Piotra Skwiecińskiego, drapałem się po głowie, nie mogąc się nadziwić temu co widzę, kiedy nagle spojrzałem uważniej na okładkę i stwierdziłem z prawdziwym zachwytem, że jednak wszystko jest na swoim miejscu. Oni bowiem z tego towarzystwa Wałęsę wymiksowali. Zapytali ludzi, kogo ci cenią najbardziej, co czwarty powiedział, że Wałęsę, a na to Skwieciński napisał, że to wcale nie było tak do końca na poważnie, bo chodzi o to, że „Wałęsa bardzo wyraźnie stał się dla większości Polaków kimś w rodzaju czcigodnego, starego symbolu [który] nie prowadzi ich nigdzie, ale też nie do tego służy”. A ja bym już tylko chciał wiedzieć, dokąd Polaków prowadzi dziś Jan Paweł II, Mikołaj Kopernik, Tadeusz Kościuszko, czy Józef Piłsudski? I do czego każdy z nich służy poza byciem „czcigodnym, starym symbolem”? Chciałbym to wiedzieć, choćby po to, by zrozumieć, jaki rodzaj myślenia stał za tym, by najpierw owych biednych ludzi na tego Wałęsę wypuścić, a potem im powiedzieć, że to co oni uważają się nie liczy, i wygumować go z tej okładki. Chciałbym też oczywiście wiedzieć, jakie teksty ukazałyby się w tygodniku „W Sieci”, gdyby to tygodnik „Polityka” na przykład przeprowadził tego typu badanie opinii, na drugim miejscu za papieżem znalazłby się Lech Kaczyński, a Paradowska z Baczyńskim daliby na okładkę tych czterech, a Kaczyńskiego wystrzelili tam, gdzie jego miejsce? Co wtedy pisałby Piotr Skwieciński i jego kumple z redakcji? Czy może to, że to tylko taki stary symbol, który ani donikąd nie prowadzi, ale też do tego nie służy?
Do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że ci durnie najpierw organizują badanie opinii, które, nie dość, że jako niczego tak naprawdę nie opisujące, nie ma najmniejszego sensu, to jeszcze, po raz nie wiadomo już który, powtarza starą post-peerelowską propagandę, że Polacy gówno wiedzą, gówno ich ta cała Polska obchodzi, a jeśli mają jakiekolwiek refleksje, to wyłącznie w formie starych do porzygania klisz, a następnie, próbując się ratować przed swoim bałwaństwem, ucieka się do najbardziej obrzydliwej manipulacji rodem z „Gazety Wyborczej”, czy TVN-u.
Patrzę na tę głupią okładkę z wyciętym Wałęsą, i z Jaruzelskim z tą ruską flaszką, czytam Skwiecińskiego, jak mieli to swoje bezczelne kłamstwo i zastanawiam się, zupełnie jak te zwierzęta u Orwella, czy to jeszcze ci, czy może już z powrotem tamci? I oto nagle zaglądam na stronę setną tego szalenie patriotycznego tygodnika, a tam, proszę sobie wyobrazić, tekst zatytułowany „Przyjazne urzędy”, który zaczyna się w następujący sposób:
„Choć nie wszystkie urzędy pracy działają jak należy, przybywa takich, dla których znalezienie bezrobotnemu zatrudnienia jest coraz mniejszym problemem. Na liście liderów jest m.in. Powiatowy Urząd Pracy w Skierniewicach. W tym 48-tysięcznym mieście bez pracy jest tylko 6,8 proc. mieszkańców, a jeszcze dwa lata temu było 12,5 proc. Spadek bezrobocia to efekt nie tylko poprawiającej się koniunktury, lecz także wysiłków 38 urzędników, których do zmian modelu pracy zmobilizowała reforma urzędów pracy z maja tego roku, przygotowana przez ministra pracy i polityki społecznej Władysława Kosiniaka – Kamysza”. Od tego momentu oczywiście tekstu tego już dalej nie czytałem, natomiast, owszem, zajrzałem na sam koniec, by zobaczyć, kogo to nasi patrioci właśnie u siebie zatrudnili, a tam, proszę sobie wyobrazić stoi: „Jadwiga Marcińska”, a dalej: „partner merytoryczny: Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej”. Nigdzie słowa o tym, że to jest tekst sponsorowany, że to tylko reklama, że to taki żart. To wszystko się dzieje naprawdę i nikt się przy tym nawet nie odważy uśmiechnąć. Jadwiga Marcińska. Partner merytoryczny. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Z tego szoku, zajrzałem nawet do spisu treści na samym początku numeru i tam też, w dziale „gospodarka”, sterczy jak byk: strona 100, przyjazne urzędy pracy, Jadwiga Marcińska.
Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, ja nie mogę nie zacząć podejrzewać, że przez minione miesiące, czyli mniej więcej od momentu, gdyśmy po raz pierwszy poczuli, że z tym prawicowo-patriotycznym cyrkiem jest coś nie tak, oni zostali najzwyczajniej w świecie przejęci i to przejęci na czysto, bez dyskusji i bez słowa wyjaśnienia. Tyle dobrego, że jeszcze tym razem nie było Wałęsy. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że to już może niedługo, kiedy bracia Karnowscy w swojej regularnej cotygodniowej rozmowie z ciekawym człowiekiem przedstawią nam, może jeszcze nie jego, ale już na przykład Mieczysława Wachowskiego, jakiego nie znamy – jak najbardziej. Nie wiadomo tylko jeszcze, kto będzie merytorycznym partnerem tego skoku.

Przypominam wszystkim zainteresowanym, że moja najnowsza książka, podobnie zresztą, jak wszystkie wcześniejsze, jest do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam.

piątek, 9 stycznia 2015

Charlie Hebdon, czyli gdy System się śmieje

Syn mój przyniósł mi zamieszczone w Internecie zdjęcie, przedstawiające kilkanaście wczorajszych wydań największych w Europie tabloidów, bym zobaczył, jak to wszystkie z nich, z wyjątkiem dwóch, poświęciły swoje wydania na relacjonowanie francuskiego zamachu. I, jak się już pewnie domyślamy, owe dwie czarne owce na owym europejskim oceanie wzruszeń, to nasz „Fakt” i „Super Express”. Celem publikacji obrazka było oczywiście uświadomienie nam, jak to bardzo Polska odstaje od tego, co przywykliśmy nazywać Europą, i jak bardzo owo odstawanie zaczyna już mieć wymiar cywilizacyjny i kulturowy. Kontrast bowiem między tym, czym się wczoraj zajmowała Europa, a tym, co, jak uznali – jestem pewien, że bardzo dobrze poinformowani o stanie świadomości swoich czytelników – wydawcy naszych dwóch brukowców, był autentycznie porażający. Z jednej strony ta straszna masakra, ci islamiści dobijający policjanta, te wnętrza redakcyjnych pokoi jakby ocalałych z kataklizmu, te twarze zabójców i ich ofiar, a z drugiej najpierw coś o kamienicy Tuska, a potem… już nie pamiętam – chyba kłopoty którejś z piosenkarek, czy aktorek.
Patrzyłem na to świadectwo i powiem szczerze, że poczułem się naprawdę dumny. Czy to możliwe, pomyślałem sobie, że Polska na tle tego straszliwego kłamstwa, tej manipulacji i tego psychicznego terroru, wciąż jeszcze pozostaje swoistą wyspą? Czy to możliwe, że oni jeszcze do nas nie dotarli i najwyraźniej nie mają sposoby, by nas dopaść?
Strzelanina w Paryżu wywołała tu na blogach całą serię komentarzy i nie wiem, jak to się rozkładało gdzie indziej, ale nie mogłem nie zauważyć, że ogólny ton, jaki zapanował tutaj, wskazywał raczej, że my wolimy traktować to co się tam stało, jako kolejną, niewyjaśnioną, a dla nas stanowiącą ewentualnie pole do intelektualnych spekulacji, prowokację. Podstawowy ton wypowiedzi na tym blogu sprowadzał się bowiem do tego, że to wszystko, co się tam stało, to wynik jakichś ukrytych międzynarodowych rozgrywek, w których to głupie pismo z jego głupimi rysownikami pozostaje tylko narzędziem w rękach ludzi, których ani twarzy, ani nazwisk nie znamy. A skoro tak, to my sobie owszem możemy pogadać, ale żeby się jakoś szczególnie w ten cyrk angażować, to już może niekoniecznie. Właśnie się dowiadujemy, że rząd francuski obiecał sfinansować najbliższe wydanie „Charlie Hebdo”, który ukaże się w nakładzie 1 miliona egzemplarzy i, jak się można domyślać, każdy Francuz będzie sobie poczytywał za obowiązek to coś zakupić. Nie wiem, jak wyglądają pierwsze strony „Faktu” i „Super Expressu” dziś, możliwe że pojawiły się w międzyczasie jakieś naciski i coś się zmieniło, ale jeśli nawet, to wczorajsze świadectwo jest na tyle mocne, że można poczuć moc.
Dziś też ukazuje się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w niej felieton, który pisałem oczywiście jeszcze przed zamachem w Paryżu, ale którego przesłanie jakimś cudem dokładnie się łączy z tym, co się tam stało. Nie będę więc czekał do niedzieli i już dziś proponuje, byśmy sobie poczytali to co tak naprawdę i tak wszyscy wiemy. My to wiemy. Oni nie. My tak. I niech to będzie powodem naszej satysfakcji.

Jestem pewien, że wielu z nas wie doskonale, że niemal wszystkie informacje, jakie się pojawiają publicznie, a traktowane są powszechnie, jako istotne, są wynikiem bardzo szczególnej manipulacji. I wcale przez to nie sugeruję, że one same w sobie są nieprawdziwe, czy jakoś szczególnie zmanipulowane – nic podobnego. Za nimi często stoi czysta prawda, rzecz natomiast w tym, że manipulacją jest fakt, iż to one akurat, a nie żadne inne, zostały przez System uznane za warte publikacji i rozpowszechnienia. A ja jestem pewien, że kogo jak kogo, ale czytelników „Warszawskiej Gazety” nie muszę zapewniać, że tego czego mamy nie wiedzieć dziś, dzisiaj się nie dowiemy, a tego czego mamy nie wiedzieć nigdy, nie dowiemy się nigdy.
Jak ów plan działa dokładnie, pokażę może na przykładzie najświeższej sensacji, gdzie okazuje się nagle, że przemówienia, jakie dotychczas wygłaszał w języku angielskim minister Radosław Sikorski, nie dość że były dla niego pisane przez byłego ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce, niejakiego Crawforda, to jeszcze polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych Crawfordowi za tak zwane „konsultacje językowe” płaciło po 19 tysięcy złotych od sztuki.
I to jest oczywiście afera potrójna. Pomijając bowiem fakt, że nagle okazuje się, że z ową legendarną znajomością języka angielskiego przez Sikorskiego i jego światową pozycją wybitnego dyplomaty, to jest zwykły humbug, mamy do czynienia ze sprawę znacznie grubszą. Oto przede wszystkim okazuje się, że polskiemu szefowi dyplomacji przemówienia pisze ambasador obcego państwa – i sytuacji nie zmienia ani na jotę fakt, że owym ambasadorem nie jest jakiś ruski Wiaczesław, ale jak najbardziej nasz Charles – a jakby tego było mało, Brytyjczycy zamiast Sikorskiemu za tę przysługę coś odpalić, wręcz przeciwnie – biorą od niego ciężką kasę. Według wszelkich sensownych kryteriów, dużo za ciężką. A więc kolejna afera, czyż nie?
I oto nagle przypominamy sobie, że o owym Crawfordzie, jako bliskim kumplu Sikorskiego, słyszeliśmy już trzy lata temu, dokładnie przy tej samej okazji, a mianowicie podanej publicznie informacji, że to brytyjski wywiad Sikorskiemu pisze przemówienia, na których ten się następnie lansuje, jako wybitny oxfordczyk. Jeszcze bowiem w roku 2011, kiedy Sikorski ze swoim „wielkim” wystąpieniem odniósł rzekomy sukces w Berlinie, wszystkie główne media ujawniły „sensacyjną” informację, że owo przemówienie napisał Sikorskiemu Crawford. I co? I nic. Nastąpiło parę ogólnych oświadczeń, a po nich już tylko cisza i nikt więcej jakichkolwiek pytań nie zadawał… i teraz znów pojawia się sensacyjna rzekomo wiadomość, że Sikorskiemu przemówienia pisze obcy ambasador. I co? Tego akurat jeszcze nie wiemy. Natomiast rozwiązanie tej zagadki usłyszymy zapewne wkrótce. Możliwe że razem z rozwiązaniem kolejnej: kto i po co wypuścił komisarzycę Bieńkowską na wywiad dla kolorowego magazynu „Viva”, by ona się tam kompromitowała, plotąc coś na temat swojej pasji do numerologii, wróżb i horoskopów?
Czy ktoś mówił, że jest nudno?

Przypominam, że w księgarni Coryllusa na stronie www.coryllus.pl można cały czas zamawiać moje książki. Szczerze polecam – trzymajmy się prawdy.



czwartek, 8 stycznia 2015

Gdy demokracja bierze sprawy w swoje ręce

Parę miesięcy temu miejscowy duszpasterz akademicki zaprosił na spotkanie ze studentami pewnego świeżo-nawróconego buddystę, na co dzień studiującego teologię na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Buddysta, wcześniej normalny, tak jak każdy z nas, chrześcijanin, buddystą był, studiując przez kilka lat ową religię i medytując w Indiach pod okiem jakiegoś lokalnego guru, i kiedy osiągnął już taką sprawność, że potrafił widzieć przez ścianę, o lewitacji już nie wspominając, nagle coś mu się stało, uznał, że sprawa wymaga głębszych badań, wrócił do Polski i doszedł do przekonania, że buddyzm jest w takim samym stopniu prawdą, jak chrześcijaństwo i że Bóg miał faktycznie dwóch synów, Jezusa i Buddę. Pozyskawszy tę wiedzę, postanowił zapisać się na studia teologiczne, no a przy okazji przyjąć zaproszenie katolickiego księdza i ogłosić swoje rewelacje młodzieży studenckiej. Na wspomnianym spotkaniu obecna była moja starsza córka, którą ów dziwny człowiek tak zdenerwował, że najpierw podjęła z nim nerwową bardzo dyskusję, prosząc przede wszystkim, by on jej wskazał miejsce w Piśmie Świętym, gdzie wspomniany jest ów drugi syn Pana Boga, a kiedy z tej rozmowy nic sensownego nie wyszło, poszła do księdza i zapytała, czemu on lansuje jakichś satanistów.
Otóż tak – satanistów. Rzecz bowiem w tym, że, jeśli dobrze rozumiem słowa papieża Franciszka, kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana, ta cała tak zwana „religia wschodu”, z ich Sziwą, Wisznu, tą całą reinkarnacją, świętymi krowami, małpami, Gangesem i diabli wiedzą czym jeszcze, to nie jest Pan Bóg i to nie są modlitwy do Niego kierowane. A skoro tak, to chyba nie ma o czym mówić, prawda? Zresztą, jeśli komuś to jest jeszcze mało, niech sobie obejrzy któryś z popularnych filmów o kulturze i cywilizacji Indii i trafi na tę imprezę, podczas której ci święci ludzie wieszają się na penisach, by zobaczyć, że tam naprawdę poza Diabłem nie ma nic.
Parę lat temu, tu na tym blogu, opisałem któryś z serii wystepów w Polsce Dalaj Lamy i obok całej kupy moim zdaniem bardzo konkretnych i sensownych uwag, jakie miałem do niego i jego mądrości, wskazałem też na ów nieustanny, moim zdaniem głupkowaty uśmiech Buddy, jaki ów Dalaj Lama ma od zawsze przyczepiony do twarzy. W komentarzach pod tamtą notka natychmiast pojawiło się kilku mądrali, którzy zarzucili mi brak szacunku do ludzi innej wiary i przekonań i obrażanie było nie było postaci świętej, czyli samego Buddy. No i na to pojawił się człowiek, którego ani nie widziałem wcześniej, ani już nigdy później, który przedstawił się jako prawdziwy i mocno wykształcony buddysta i poinformował nas wszystkich, że ja absolutnie mam rację, dlatego, że Budda jest wszystkim, a więc nawet – to są jego słowa, a nie moje – tak samo pięknym kwiatem lotosu, jak i kawałkiem śmierdzącego gówna. Zdaniem owego komentatora – a powtarzam, że on się przedstawił jako buddysta i ekspert – wszystko co powiemy o Buddzie, będzie prawdą. Nie ma, jego zdaniem, na świecie buddysty, którego jesteśmy w stanie dotknąć opinią na temat Buddy i wszelkich jego wcieleń, bo – powtarzam – on jest wszystkim i niczym, i takie tam. I powiem uczciwie, że to był moment, kiedy ja zrozumiałem przede wszystkim, że Budda jest wcieleniem Szatana. Zrozumiałem jednak przy tym coś jeszcze: jest czymś jak najbardziej oczywistym, że ponieważ dla prawdziwego buddysty nie istnieje coś takiego bluźnierstwo, współczesny świat praktycznie buddystów nie zaczepia. Współczesny świat z całą wypełniającą go kulturą popularną może do woli obrażać żydów, chrześcijan, muzułmanów, bo wie, że wielu z nich albo się zasmuci, albo oburzy, albo wręcz wpadnie we wściekłość, natomiast jaki jest sens dokuczać buddystom, skoro oni zawsze się będą uśmiechać, kiwać głową i palić te kadzidełka. A na koniec, powiedzą agresorowi: „Niewykluczone, że jest jeszcze gorzej. Albo lepiej. Albo nie ma nic. I jest wszystko. Może ciasteczko?”
A więc, z buddystami mamy spokój. Wiadomo natomiast, że gdy chodzi o innych, ci wymagają szacunku, a nam, skoro sami wymagamy szacunku dla siebie, wymagajmy go też od siebie. Stąd, choć osobiście jestem przekonany, że Prawda jest tylko w Jezusie Zmartwychwstałym i jego Kościele, a reszta to zło, niekiedy zło wcielone, uważam, że z tymi swoimi przekonaniami nie powinienem się bez potrzeby i sensu wystawiać, bo komuś to może nie pasować. Wiem też znakomicie, że ponieważ tacy na przykład muzułmanie bywają na punkcie swojej wiary szczególnie wrażliwi, byłoby z mojej strony kompletnym idiotyzmem, rzucać się w ich stronę i albo ich pouczać, albo tym bardziej wyszydzać. Właśnie tak. Byłoby czymś absolutnie głupim, chorym i zasługującym na najgorszą nauczkę, gdybym nagle postanowił, że sensem mojego życia stanie się obrażanie muzułmanów i ich świętych.
Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga wiedzą już, skąd się dziś wziął ten temat. Oto wczoraj do redakcji pewnego lewicowego paryskiego magazynu, którego profil sprowadzał się do wyszydzania, jak się domyślam, wszystkich prawd, oprócz oczywiście Czterech Prawd Szlachetnych, wpadło dwóch mężczyzn z kałasznikowami i zabili naczelnego plus czterech wesołych rysowników, a na deser jeszcze parę innych osób, w tym policjanta, który próbował im w ich misji przeszkodzić. Już wczoraj tu w Salonie24 pojawiło się szereg opinii, ogólnie rzecz biorąc solidaryzujących się z zamachowcami w tym sensie, że tamci dostali to, o co mniej lub bardziej bezpośrednio prosili. Pewien komentator posunął się nawet do tego, że opublikował tu jeden z bardziej drastycznych obrazków opublikowanych przez tych biedaków, na którym Trójca Prznajświętsza jest ukazana, jako trzech pedałów wzajemnie ze sobą kopulujących. A ja powiem uczciwie, że zamiast się zastanawiać, który z uczestników wczorajszych wypadków jest ten dobry, który zły i który z nich na co zasługuje, staram się zrozumieć, czemu owo rozstrzelane tak bezwzględnie pismo robiło to co robiło? Czemu oni uznali, że to jest to, z czego oni spróbują sobie ułożyć życie – z szydzenia z ludzi pobożnych? Co jakąś bandę paryskich ateistów obchodzą relacje – choćby i homoseksualne – między Ojcem, Synem i Duchem Świętym? Czy oni naprawdę nie mają nic innego, czym mogliby się przejmować? A może oni naprawdę sądzą, że trójkąt wbity w tyłek człowieka z koroną cierniową na głowie, to jest coś bardzo zabawnego? Czy to ma być to słynne lewicowe poczucie humoru?
No ale jest jeszcze coś. Załóżmy bowiem, że oni wszyscy padli ofiarą stworzonej przez siebie propagandy odnośnie rzekomej pedofilii i homoseksualizmu wśród katolickich księży i biskupów, no i ich ta sytuacja doprowadza do takiej cholery, że nie umieją sobie z nią poradzić inaczej, jak przez tego typu szyderstwa. No ale czemu oni się uczepili religii w ogóle? Czemu wreszcie oni się owej religii jako takiej uczepili tak bardzo, że w pewnym momencie robili to co robią z pełną świadomością, że za to mogą wylecieć w powietrze. Z tego co słyszę, zagrożenie od dłuższego czasu było tak poważne, że dziś już w policyjnym prosektorium, redaktor naczelny tego gówna, nigdzie się nie ruszał bez osobistej ochrony? Czemu więc on się aż tak uparł, żeby się brać za bary z wściekłymi terrorystami?
Otóż moim zdaniem, odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna i to z całą pewnością nie chodzi o pieniądze. Oni wszyscy, czy to tamci tam w Paryżu, czy tamci inni w Danii, czy w Niemczech, czy ci nasi w polskim Sejmie, z jakiegoś powodu nie są w stanie znieść tego, że są ludzie, którzy w coś wierzą i dla których są rzeczy naprawdę ważne. Ich życie stało się tak puste i beznadziejne, a droga by z niego wyjść tak odległa i poplątana, że oni w pewnym momencie zrozumieli, że to tak czy inaczej jest już koniec. I wielu z nich uznało, że skoro wyznanie grzechów i przyjęcie Komunii nie wchodzi w grę, jedyny sposób, by mieć jeszcze z tego życia odrobinę satysfakcji, to sobie popatrzeć, jak po tamtej stronie też coś skwierczy. Nawet za cenę życia.
Domyślam się, że część czytelników będzie jednak chciała, bym w końcu powiedział, jak ja oceniam to co się wczoraj wydarzyło w tym głupim Paryżu. Proszę uprzejmie. Już służę opinią. Otóż moim zdaniem nie ma nic ważniejszego niż wolność i demokracja. Każdy zatem robi, co mu pasuje. Jak kto chce, niech strzela, jak kto chce, niech pod te kule się pcha. Trudno żebym ja, zwykły ciemny katolik, im cokolwiek doradzał. Najwyżej mogę się za nich pomodlić.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...