poniedziałek, 10 listopada 2014

O cwaniakach, idiotach i o nas. O nas.

Szykowałem się od paru dni do tego, by dziś pociągnąć trochę temat nie tyle może policji, co owego szczególnego rodzaju obłąkania, gdzie wydawałoby się myślący i wrażliwi ludzie dostają nagle małpiego rozumu i widzą wyłącznie tego przysłowiowego banana. Gdy się im natomiast zaproponuje, by spojrzeli nieco szerzej, to już tylko pytają: „Gdzie banan?”. Ponieważ jednak są sprawy znacznie ważniejsze, a wśród nich kwestia najważniejsza, czyli co dalej z PiS-em, uważam, że, jak to się mówi, trzeba się jednak ustosunkować.
Mam znajomego – mało powiedziane znajomego, osobę bardzo bliską – którego minione lata ogłupiły do tego stopnia, że gdyby on był przede wszystkim nieco młodszy, a przy okazji nieco bardziej samotny, podejrzewam, że kupiłby sobie na ruskim targu pistolet i spróbował zastrzelić Jarosława Kaczyńskiego. Dla dobra świata i ludzkości. Poza tym człowiek ów jest osobą wybitnie poważną i stateczną, w każdą niedzielę chodzi do kościoła, uważa, że kraść, kłamać i krzywdzić ludzi absolutnie nie wypada, a agresja i przemoc to zjawiska złe i naganne. To jest, mówiąc krótko, ktoś taki, kto mógłby stać się pierwowzorem dla postaci granej przez Kazimierza Rudzkiego w serialu „Wojna domowa”. I proszę sobie wyobrazić, że człowiek ów, na wieść o tym, że tych trzech durniów z PiS-u plus ich głupie żony wybrali się do Madrytu, licząc na to, że przy okazji uda się wyszarpać z publicznych pieniędzy trochę dla siebie, powiedział lekko zawstydzony – jak, mówię, człowiek o którym rozmawiamy, to przeciętny, porządny obywatel – że tu akurat, gdy idzie o tych skurwysynów, on nie ma pretensji; on sam bowiem w swoim życiu zawsze, ile razy miał okazję, to na delegacjach kantował.
I, powiem szczerze, owa deklaracja mnie zaskoczyła wyłącznie w ten sposób, że ja bym się raczej spodziewał, że on, tylko po to, by splunąć swoją czarną śliną w stronę PiS-u, wyprze się samego siebie, podczas gdy on tymczasem, gdy idzie o te delegacje, okazał się kompletnie bezradny. Poza tym jednak, jak to się popularnie mówi – zero zdziwień. Rzecz bowiem w tym, że skorumpowany człowiek w skorumpowanym społeczeństwie skorumpowanego państwa musiałby być albo aniołem, albo idiotą, żeby porywać się ze swoimi zasadami na System. Gdyby ktoś sądził, że ja coś kombinuję, proponuję choćby zwrócić uwagę na książkę wydaną nie tak wcale dawno przez europosła Migalskiego. Ja do Migalskiego mam stosunek ambiwalentny, to znaczy, z jednej strony go autentycznie lubię, bo uważam go za miłego i sympatycznego człowieka, a z drugiej, jako polityka, za kompletnego idiotę i straceńca, natomiast na ową książkę zwróciłem uwagę przez to, że on w niej się zaprezentował, jako z jednej strony miły i sympatyczny człowiek, a z drugiej, jako kompletny dureń, który nie rozumie czegoś tak oczywistego, jak życie. O co chodzi? Otóż w swojej książce Migalski przede wszystkim przyznał, że przez swoje posłowanie w Parlamencie Europejskim on zaoszczędził jakiś milion złotych, a po drugie pokazał tak wyraźnie jak tylko było można, że ten milion to wynik czegoś, co się nazywa powszechną i bezczelną korupcją. Nie czytałem książki Migalskiego, bo aż tak dużo wolnego czasu to ja nie mam, ale, owszem, znalazłem jej bardzo solidne omówienia, i to mi wystarczy, żeby ogłosić tę prawdę zupełnie jednoznaczną: żyjemy w czasach powszechnej jumy i kto głupi, niech się stawia. Migalski, to jak się dorabia na projekcie pod nazwą Unia Europejska, opisuje dokładnie i z bardzo dużym talentem, a nam nie pozostaje nic innego, jak tylko uznać, że czas nas wyprzedził.
I oto dziś cała polska opinia publiczna żyje tym, że kilku posłów Prawa i Sprawiedliwości poleciało samolotem do Madrytu i na tym locie zarobiło – czy może zaledwie planowało zarobić – parę tysięcy złotych! Przepraszam bardzo, ale o czym my mówimy? Ja już tylko po to, by nikt mi nie zarzucił antytuskowych obsesji, odniosę się do całego okresu tak zwanej III RP i zapytam tylko, z czym my tu mamy do czynienia, jak nie z najbardziej bezczelną grabieżą publicznego majątku? Co to jest takiego, co przez minione 25 lat z taką pompą celebrowane jest przez tego ruskiego agenta, a co powszechnie jest dziś nazywane wolnością? Przecież to nie jest nic innego jak zwykła, codzienna juma, przerywana na moment tylko przez kolejne morderstwo, wyłącznie po to, by sprawy układały się bardziej gładko. A ostatnie 7 lat czym są? Czy ktoś myśli, że ludzie są ślepi? Zrezygnowani, owszem, ale ślepi – w żadnym wypadku.
I nagle się okazuje, że przyczyną całego polskiego zła jest tych czterech idiotów i te lalunie? Przepraszam bardzo, ale to jest już bezczelność nie do usprawiedliwienia.
O nie! Ten przekręt nie przejdzie. Problem nie polega bowiem na tym, że oni spróbowali okantować trochę któryś z kolejnych budżetów. To jest coś, co tu, w tym naszym biednym kraju robi się każdego dnia, a ja, ile razy mam okazję i siłę, o tym piszę. Tu mamy do czynienia z autentyczną jumą. To jednak, co mnie zadziwia, to fakt, że to zepsucie i ta korupcja do tego stopnia zniszczyła niektórych z nas, że wielu z nas tak naprawdę przestało na nie zwracać uwagę i kiedy nagle pojawiają się doniesienia o tym, że ktoś gdzieś coś ukradł, to dostajemy takiego wzmożenia, jakbyśmy ujrzeli autentyczny kataklizm.
Problem, który nas dotyczy, to nie te lewe delegacje. Nie łudźmy się: to co stanowi problem największy, to nie to, że jakiś Hofman, czy Kamiński uznali za stosowne złapać parę dodatkowych groszy. Jeśli już przyszło się nam czymś autentycznie martwić, to fakt, że właśnie otrzymaliśmy ostateczne potwierdzenie, że nie mamy elit. To co jest, to banda wsiowych głupków, którzy wsiadają do samolotu i pierwsze co robią, to wyciągają kupioną po okazyjnej cenie flaszkę, a gdy stewardessa próbuje im ją odebrać, podnoszą wrzask, że oni przecież są posłami, prezesami, dyrektorami, celebrytami i diabli wiedzą kim jeszcze – w końcu telewizor nadaje od rana do nocy. I to jest prawdziwy problem. Dopóki tego nie zrozumiemy, nie zrozumiemy niczego. A wówczas proszę nie mieć do mnie żalu. Ja nigdy nic nie ukrywałem.

Od paru dni na stromnie www.coryllus.pl jest do kupienia moja najnowsza książka. By już nie wspomnieć o poprzednich. Polecam serdecznie i szczerze.

niedziela, 9 listopada 2014

Nowa książka: Ambasador w kościele




Od wczoraj, jak to już zostało ogłoszone, sprzedajemy moją nową książkę . Gdy chodzi o objętość, zawartość, a nawet i okładkę, ona mniej więcej kontynuuje to, z czym mieliśmy do czynienia przy okazji pierwszego tomu tych felietonów, zatytułowanego „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, tyle, że – w co mocno wierzę – szczerzej, mocniej i zdecydowanie bardziej od serca. Na zachętę, ale też po to, by mniej więcej pokazać ten nastrój, chciałbym dziś przedstawić jeden z jej rozdziałów, zatytułowany „Ambasador w kościele”. To jest tekst jeszcze z listopada 2010 roku, a więc niemal już sprzed czterech lat.

Zdarzyło się właśnie coś, co musiało – po prostu musiało – wprowadzić w to nasze rozprawianie o rzeczach niemal niedotykalnych szczyptę doraźności. Ale za to jakiej! Sprawa jest wcale nie taka nowa, ale w świecie, gdzie wolny głos opinii publicznej nie istnieje, nie można się niczemu dziwić. 11 listopada, jak co roku, odbyły się odpowiednie uroczystości związane ze Świętem Niepodległości, a ich w pewnym sensie kulminacją była Msza Święta w warszawskiej Bazylice Św. Krzyża z udziałem Prezydenta RP. No i jest tak, że ja od wczoraj myślę o tej godzinie, czy może półtorej, próbuję sobie wyobrazić ten obraz, tę atmosferę, tę podniosłość, te twarze, te oczy, ten nastrój… no i te grozę. Bo tam jest też groza. Autentyczna groza.
A więc wyobrażam sobie, jak zbliża się moment rozpoczęcia Mszy i do Bazyliki wchodzi On z tą kobietą i z całą świtą. I siadają w pierwszym rzędzie, w specjalnie na tę okazję przygotowanych miejscach. I siedzą. A później widzę, jak On wstaje, mruczy coś pod nosem, później siada, znów wstaje, znów coś mruczy, niby śpiewa, później znów siada… I widzę świetnie tę jego twarz, tak dobrze nam wszystkim dziś już znaną. Tę twarz. I te oczy. A więc oni znów siadają, a On przymyka oczy. Raz, ponieważ tak właśnie robi pewien typ ludzi w kościele w czasie mszy, kiedy chce pokazać wszystkim, jaki jest zadumany, czy może tylko pogrążony w modlitwie, a dwa, że po prostu się nudzi. No i spać się chce. No więc przymyka te oczy i głowa mu opada, bo już rzeczywiście zasnął. Widzę ten obraz tak bardzo wyraźnie, bo przede wszystkim umiem sobie pewne rzeczy wyobrazić, a poza tym, to nie jest wcale nic tak bardzo nowego. I obok widzę tę kobietę. I Ona też ma zamknięte oczy. I też śpi. I tak siedzą oboje, a wokół zwykłe odgłosy kościoła podczas zwykłego nabożeństwa.
W komentarzu pod wczorajszą notką zauważyłem, że to co się wydarzyło 11 listopada w czasie tej mszy i po niej, bardzo zdecydowanie przywołuje w mojej pamięci wydarzenia sprzed ponad już 40 lat, kiedy to w Warszawie odbywało się uroczyste przedstawienie mickiewiczowskich Dziadów, na sali, w pierwszym rzędzie siedział, wedle legendy, sowiecki ambasador, a w rzeczywistości podobno jakiś człowiek od Gomułki – a więc tak czy inaczej Sowiet – a na scenie stał aktor, i w pewnym momencie okazało się, że wszystko co ów aktor mówi, mówi już tylko do niego. Do tego Rosjanina. I w pewnym momencie Rosjanin się zorientował…
Ja oczywiście tamtej sceny nie widziałem, podobnie jak nie widziałem tego, co się działo w czasie, gdy ks. Żarski głosił swoją homilię. Wszystko znam albo z opowiadań ludzi, albo z tego co potrafię sobie wyobrazić.
A więc wyobrażam sobie jego i ją, jak siedzą w tych pięknych wnętrzach warszawskiego kościoła, i wiedzą tak bardzo świetnie, On – że jest Prezydentem RP, a Ona – że jest Pierwszą Damą… i się zaczyna kazanie.
I wtedy On się nagle budzi. Ciekawy jestem bardzo, co go zbudziło. Które słowo z tej homilii powiedziało mu po raz pierwszy, że dziś już spać nie będzie. Myślę, że – tak jak to zwykle bywa – musiał na sekundę oprzytomnieć na samym początku, ale już chwilę później, też zgodnie ze znanym wszystkim standardem, głowa ponownie mu opadła. Może tylko Ona spała cały czas. Ale to bym chciał wiedzieć. Czytam po raz kolejny słowa księdza Żarskiego i chcę wiedzieć, w którym to dokładnie momencie On zrozumiał, co się dzieje. Czy to było może słowo „patriotyzm”, wypowiedziane po raz czwarty? Myślę, że nie. On zapewne cały początek przegapił. W końcu, czym jest patriotyzm? No czym? Ludzie święci! Dajcie normalnemu człowiekowi żyć!
Więc myślę, że pierwsze minuty kazania wyglądały tak, że kościół był kościołem, wokół czuć było ten piękny, jedyny, niepowtarzalny spokój, może czuć było zapach kadzidła i świec, no i głos księdza. A On siedział z przymkniętymi oczami i w skupieniu, z tym z pewnością starannie przyczesanym wąsem, a obok niego Ona… no, jak ona. Po prostu, znękana życiem kobieta, o plastikowej twarzy Karla Lagerfelda. I płynęły te słowa o grobach i patriotyzmie, a oni nie słyszeli nic. I myślę sobie, że jego obudzić mogło albo jednak to wciąż powtarzane słowo „patriotyzm” – nie dlatego, że coś go nim nagle wystraszyło, ale przez swoją natarczywość i powtarzalność – albo któraś z kolejnych sekund:
„U podstaw III Rzeczpospolitej miejsce patriotyzmu, zajęło stwierdzenie jednego z pierwszych premierów nowej Polski, który powiedział, że aby zostać bogaczem, to pierwszy milion trzeba ukraść. Propagowanie podobnych haseł zaowocowało tym, że wartość została zastąpiona anty-wartością.
Patriotyzm zastąpiono promowanym kosmopolityzmem, miejsce uczciwości zajęła nieuczciwość, prawdę zastąpiono kłamstwem i pomówieniem, ofiarność i poświęcenie chciwością i pazernością, miłość nienawiścią. Natomiast z dziejowego doświadczenia Kościoła i Narodu wiemy, że prawdziwym bogactwem jest stan ducha i umysłu ludzkiego, a nie grubość portfela. Każda społeczność, która swe prawa opiera na anty-wartościach, napełnia się bólem i krzywdą”.
I myślę dziś bardzo o tej scenie, i wyobrażam sobie, jak nagle we wnętrzach tego kościoła rozbrzmiewa ten „pierwszy milion”, lub może „promowany kosmopolityzm” to „pomówienie i ofiarność”, a On otwiera oczy i czuje niepokój. To musiało być jakoś wtedy, że On nagle się ocknął i poczuł ten wiatr. Kolejny fragment już mu z całą pewnością uprzytomnił wyraźnie, co się dzieje:
„Czy w czasie zeszłorocznych uroczystości Święta Niepodległości, ktokolwiek z nas przypuszczał, że prawo do własnej, niepodległej Ojczyzny oraz obowiązek ochrony i obrony jej niepodległości zostanie nam przypomniane krwią Prezydenta Rzeczypospolitej, Lecha Kaczyńskiego i 95 towarzyszących mu osób? Kolejny raz potwierdziła się prawda, że drogę do wolności i niepodległości, krzyżami się mierzy. Czy ktokolwiek przypuszczał u progu III Rzeczpospolitej, że aby Polska nie zginęła za naszego życia, to koniecznie trzeba nam uczyć się miłości do Polski i Polaków?”
I w tym momencie on już wiedział na pewno, że już nie zaśnie. A dalej mogło być już tylko gorzej. Jakoś mi się przypomniała ta historia z „Dziadami” sprzed lat, a przecież tych podobieństw wcale nie jest tak dużo. Poza tą opozycją On i Słowo, cała reszta jest inna. Przede wszystkim ówczesna inscenizacja, razem z tym ich Dejmkiem i tamtymi aktorami, nie miała żadnego szczególnego politycznego podtekstu. W dodatku, jak mówią źródła, całość przedstawienia podobała się nawet miejscowym Ruskim. I tylko ten jeden moment, kiedy ze sceny popłynęła ta fraza: „Nie dziw, że nas tu przeklinają/ Wszak to już mija wiek/ jak z Moskwy w Polskę nasyłają/ Samych łajdaków stek", a po drugiej stronie okazało się, że siedzi ktoś, kto okazał się akurat w tym jednym momencie być tą właśnie osobą, do której w gruncie rzeczy owe słowa były skierowane, sprawił, że wszystko już nigdy nie było takie same.
A więc mamy owe dwie strony przekazu, ale poza tym jednak wszystko pozostałe jest już inne. Kiedy próbuję sobie wyobrazić to, co tam, w tamtym warszawskim kościele, się wtedy działo, wydaje mi się, że Ksiądz Pułkownik nawet nie patrzył w stronę Bronisława Komorowskiego. Tak naprawdę, to była zwykła Msza Święta, tyle że ze względu na okazję bardziej udekorowana, i może jeszcze zamiast wiernych było więcej publiczności. No i tych dwoje. Mogę się oczywiście mylić, ale sądzę, że dla księdza Żarskiego to kto tam siedział, mogło nawet nie mieć specjalnego znaczenia. On miał wygłosić Słowo Boże na Święto Niepodległości i je wygłosił. Gdzieś na blogach, z których często czerpię część informacji, czytam, że po skończonej mszy, Bronisław Komorowski podszedł do Księdza i go zwymyślał, mówiąc między innymi, że: „jest zawiedziony i zaskoczony fragmentem kazania dotyczącym antywartości. - Jest ksiądz pułkownikiem, wojskowym, jak tak można, że Polska jest budowana na antywartościach!”, krzyczał podobno Komorowski. I na to ksiądz Żarski miał Komorowskiemu powiedzieć, że on najwidoczniej nie zrozumiał kazania.
A zatem możliwe, że moje skojarzenia z rokiem 1968 są nie do końca uprawnione, ale są – i na to nic nie poradzimy. Ja widzę tamtego, nazwijmy go umownie, Ambasadora, który zabłąkał się na tamto przedstawienie i pewnie przez większą jego część przysypiał, a później nagle się obudził, i dziś znów widzę kogoś z pozoru kompletnie innego, a jednak dokładnie takiego samego, może nawet podobnego do tamtego kogoś z wyglądu, który też zgubił drogę i znalazł się w miejscu sobie kompletnie obcym, gdzie otaczają go ludzie i rzeczy, których on ani nie rozumie, ani nawet nie czuje, a przy okazji oczywiście w ogóle nie potrzebuje. I ja chcę dziś tylko sobie wyobrazić, jak to musiało wyglądać? Jak wyglądał ten moment, kiedy Bronisław Komorowski nagle zrozumiał, że coś się dzieje i ogarnęło go tak straszne szaleństwo. Czy on siedział nieruchomo, czy zaczął się nerwowo rozglądać, czy obudził panią Komorowską? No i jak on to w ogóle wytrzymał? Przecież słowa, które musiały go dotknąć jako pierwsze, stanowiły wciąż dopiero początek homilii. A ile ona mogła trwać? 20 minut? Może więcej? Próbuję sięgnąć w najgłębsze miejsca swojej wyobraźni i ujrzeć te oczy, kiedy przestrzeń Bazyliki wypełniają słowa o tym, jak to „nadchodzi bowiem czas, kiedy trzeba zdać sprawę ze swego włodarzowania przed Bogiem i Narodem”, a tu zwyczajnie nie ma jak uciec. Nie ma jak i nie ma dokąd.
Bardzo przejmująca jest ta chwila. Nawet kiedy widzimy ją tylko oczami naszej wyobraźni. Ona jest tak przejmująca, że jedyne co można zrobić, to w tym momencie przerwać tę historię i zakończyć cały ten tekst trzema kropkami…

Cały wybór jest do nabycia pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji. Szczerze zachęcam.

sobota, 8 listopada 2014

Zapraszamy naszych na ośmiorniczki

W dokumentalnym filmie „Killing America” jest, jak możemy przypuszczać, autentyczna scena, kiedy to wezwana na miejsce zdarzenia policja próbuje uspokoić pewnego czarnego bandytę, który stoi na nowojorskiej ulicy z pistoletem i… no właściwie nie wiadomo, co. Po prostu sobie stoi, gapi się przed siebie, a w dłoni trzyma ten pistolet. Dokładnie rzecz biorąc sytuacja wygląda tak, że ten czarny lewą nogą opiera się o ścianę jakiegoś budynku, w prawej ręce trzyma opuszczony pistolet, kilka metrów od niego stoją ci policjanci i, tak jak to czasem widzimy na filmach, celują do niego ze swoich z kolei rewolwerów i wrzeszczą, żeby rzucił broń i się poddał. Trwa to kilka minut, czarny ani drgnie, tylko tak stoi z tym pistoletem i gapi się przed siebie, oni cały czas krzyczą, żeby rzucił pistolet na ziemię, i diabli wiedzą, jak to długo potrwa i jak to się w ogóle skończy. W pewnym momencie czarny postanawia zmienić nogę, a zatem lewą zdejmuje z tej ściany, a jednocześnie bardzo powoli podnosi prawą. I w tym momencie zostaje zastrzelony.
Komentarz jest taki, że policjanci uznali, że on wykonuje ten manewr po to tylko, by razem z prawą nogą, która będzie stanowiła zasłonę, unieść też rękę trzymającą pistolet. No więc go zastrzelili. Ja nie wiem, czy oni mieli rację tak chytrze kombinując, czy ten człowiek miał szczególnie złe intencje, nie mam pojęcia, co on tam w ogóle z tym pistoletem robił, czy to był jakiś morderca, czy wariat, czy może zwykły głupek, wiem jednak, że ci policjanci musieli się najeść strachu, kiedy tak stali naprzeciwko niego, no i wiem, że on postąpił bardzo źle, nie chcąc im oddać tego pistoletu. Źle i, jak się okazuje, głupio jak cholera.
Wspominałem tu już chyba na tym blogu, że kiedy lądujemy w Wielkiej Brytanii, czy to samolotem, czy promem, czy tym podwodnym pociągiem, pierwsze co nam się rzuca w oczy, to wielkie czerwone tablice, z kłującym w oczy ostrzeżeniem, że każdy kto spróbuje przestraszyć („intimidate”) urzędnika celnego, który w tym akurat miejscu reprezentuje Koronę, zostanie potraktowany przez owego urzędnika zgodnie z prawem i wedle jego uznania. To jest naprawdę mocna rzecz i wystarczy mieć choćby odrobinę wyobraźni, by spojrzeć na jednego czy drugiego z nich i zobaczyć, z jaką pewnością siebie oni się zachowują, i by wiedzieć, że tu nie ma żartów. Stąd zresztą moje rozbawienie na wiadomość, jak to Lech Wałęsa, wracając swego czasu z Londynu do Polski, postanowił, że ten jakiś „kastoms coś tam” może mu skoczyć na Nobla.
No ale Wałęsa to postać szczególna i z pewnego punktu widzenia zasługująca na pełne wybaczenie, więc sprawę tamtej awantury wyrzuciłem wkrótce z pamięci, żałując może tylko, że oni go tam wtedy na tym Heathrow choćby na godzinę nie aresztowali. No ale to już kwestia mojej małostkowości. Inaczej jednak było parę dni temu, kiedy się dowiedziałem, że czterech polityków Prawa i Sprawiedliwości razem ze swoimi żonami, lecąc samolotem do z Warszawy do Madrytu, zachowali się, jak nie przymierzając połączone delegacje lokalnych struktur Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, udające się w towarzystwie wynajętych dziwek na zakupy do Paryża. Przyznam szczerze, że wiadomość o tym, co się tam na pokładzie tego samolotu wydarzyło zwyczajnie mnie poraziła, i to nawet uwzględniając fakt, że ja naprawdę w stosunku do posłów Hofmana, Kamińskiego, czy całej kupy ich kolegów i znajomych naprawdę nie miałem większych oczekiwań. Ja wiedziałem, że oni wszyscy, kiedy już Prawo i Sprawiedliwość zdobędzie władzę po Platformie, pokażą nam takie rzeczy, że my się tym całym naszym oddaniem, tymi emocjami, tym zaangażowaniem, zwyczajnie udławimy. No ale sądziłem przy tym, że to dopiero nastąpi; że na razie to oni tylko aspirują, żeby zostać tymi ministrami, tymi prezesami spółek, tymi dyrektorami w telewizji czy cholera wie kim. Na razie jednak, mając tę świadomość, że sam fakt występowania w telewizji, jako wieczna opozycja, to stanowczo zbyt mało, żeby zadzierać nosa. Tymczasem okazuje się, że nic podobnego. Oni najwyraźniej uznali, że to mądrzenie się raz na tydzień w telewizorze czyni z nich prawdziwych bohaterów. No i jeszcze, jak się okazuje, a o czym ja jakoś zapomniałem, są te żony, które też mają swoje oczekiwania od świata. I to, przyznaję, mnie zaskoczyło. Ja, owszem, podejrzewałem, i dawałem temu wyraz tu na blogu, że ani taki Hofman, ani Kamiński, ani większość z nich nie chce, żeby PiS wrócił do władzy, bo dla nich to tylko więcej roboty i kłopoty, ale, jak widzę, tu nie chodzi o to, że oni nie chcą rządzić – oni żyją w głębokim przekonaniu, że tak jak jest, będzie już zawsze i że to im gwarantuje status, który im bardzo, ale to bardzo pasuje. Status, który ich upoważnia do tego, by się odlewać publicznie, bić z policjantami, awanturować w samolocie, a stewardessę traktować, jak którąś z brzydszych działaczek partyjnej młodzieżówki.
Dziś, jak widzę, większość z nas jest pogrążona w ciężkiej rozpaczy, przewidując, że Hofman z Kamińskim i tym trzecim załatwili nam najbliższe, a kto wie, czy również nie przyszłe wybory. A ja, szczerze powiedziawszy, jestem w nastroju dość optymistycznym. Przede wszystkim, potwierdziło się to co tu od dłuższego czasu pisałem: problem jest znacznie głębszy, niż to, czy rządzi PiS, czy PO, a zatem, nawet jeśli tamci gangsterzy odniosą kolejny sukces – w co akurat wciąż bardzo wątpię – wcale nie musimy myśleć, że straciliśmy coś, czego warto żałować. I dzięki demonstracji, jaką nam urządzili ci durnie z tymi swoimi ciziami, widzimy to najlepiej, jak tylko można. No ale jest jeszcze coś. Otóż ja naprawdę mam nadzieję, że już może dziś Jarosław Kaczyński najpierw na dobre wypieprzy tych pajaców z partii, a potem zechce jednak poświęcić odrobinę swojego jakże smutnego czasu na to, by się rozejrzeć wokół i rzucić okiem na towarzystwo, które go otoczyło. I już w następnej kolejności weźmie się za całą resztę. Oczywiście, szkoda bardzo, że on musiał dopiero zobaczyć to wszystko w aż tak drastycznym ujęciu, no ale przynajmniej już wie, jak ludzie, którym zaufał, potrafią być źli, głupi i gnuśni. Teraz już wszystko jest w jego rękach. Jeśli uda mu się wykonać ten jeszcze jeden wysiłek, zwyciężymy.
Żeby nam jednak nie było aż tak dobrze, mam na koniec refleksję dość ponurą, na którą tak naprawdę odpowiedzi znaleźć nie potrafię. Otóż w dniach, kiedy przeżywaliśmy wszyscy ową, dziś już odpowiednio zapomnianą, tak zwaną „aferę taśmową”, przy której – bardzo chętnie to dziś przypominam – to co zrobili ci durnie ze swoimi żonami, to jest drobiazg, o którym nawet nie warto gadać, wywiadu tygodnikowi „Wprost” udzielił Leszek Miller. I już na samym początku dziennikarz spytał go, czy on bywał w tej knajpie, w której gangsterzy z Platformy załatwiali swoje ciemne interesy. Na to Miller – a ja już sobie tylko wyobrażam ten cwany uśmiech – odpowiedział jakoś tak: „Panie redaktorze, my lewica mamy inne smaki. No wie pan: na początek śledzik i wódeczka, a potem schabowy z ziemniakami. Gdzie tam jakieś ośmiorniczki?” Rzecz w tym, że ja jestem niemal w stu procentach pewien, że on nie kokietował. Podobnie też, jak jestem w stu procentach pewien, że ani Millerowi, ani jego żonie nawet do głowy by nie przyszło, by lecąc gdzieś samolotem, wyjmować przemyconą na pokład flaszkę, że już nie wspomnę o szarpaniu się ze stewardessą, rzucaniu na policjantów, czy publicznym oddawaniu moczu. Dlaczego? Bo za nimi stoi stara PRL-owska szkoła. Ci tutaj to dzieci III RP, które jadąc gdzieś pociągiem, muszą mieć ze sobą komórkę, fejsa i dwie puszki piwa, bo inaczej zwyczajnie umrą z nudów.
Załatwili nas bez żadnej litości. Na sucho. I nawet Smoleńsk nie pomógł. Ale będziemy walczyć.

Jak już zapowiedział Coryllus, w jego księgarni pod adresem www.coryllus.pl jest od dziś do nabycia moja najnowsza książka o Diable. Szczerze zachęcam. To może być coś jeszcze lepszego, niż wszystko co udało mi się napisać dotychczas. Szczegóły na stronie.

piątek, 7 listopada 2014

O psach-faszystach i prawicowych ziomkach

Gdyby kogokolwiek z nas zapytać, czy mówi mu coś nazwisko Rodney King, nie mam najmniejszych wątpliwości, że większość z nas tylko wzruszyłaby ramionami i powiedziała, że to może być każdy: koszykarz, aktor, czy piosenkarz, tyle że z całą pewnością nie któryś z naszych parlamentarzystów. Tymczasem jest tak, że Rodney King to człowiek, za którego sprawą doszło do jednych z największych zamieszek we współczesnej Ameryce, znanych do dziś pod nazwą „Los Angeles Riots” z roku 1992, w wyniku których śmierć poniosły 53 osoby, 2383 odniosło większe lub mniejsze obrażenia, straż pożarna została wezwana do ponad 7 tysięcy pożarów, zniszczono ponad 3 tysiące budynków, a ogólne straty oszacowano na ponad miliard dolarów.
Jak ów Rodney King dał radę spowodować takie zamieszanie? Otóż 1 marca 1991 roku, będący wówczas w związku z wcześniejszym napadem na sklep na zwolnieniu warunkowym, pijany Rodney King wracał wraz z paroma kumplami samochodem z meczu koszykówki, a ponieważ w pewnym momencie rozwinął prędkość dwukrotnie przekraczającą dopuszczalny limit, pewna skromna plicjantka podjęła próbę zatrzymania. Ponieważ – jak sam zresztą później przyznał – jako osoba przebywająca na warunkowym zwolnieniu, bał się konsekwencji, King na wezwanie policji się nie zatrzymał, ale zaczął uciekać i to uciekać jeszcze szybciej niż wcześniej. Rozpoczął się pościg, taki mniej więcej, jak to widzimy niekiedy w telewizji, z użyciem całej kupy policyjnych samochodów plus helikoptera, no i w końcu King jednak został zatrzymany i wedle argumentów oskarżenia (sam King, korzystając ze swoich praw, odmówił zeznań), będąc grzeczny jak aniołek, a według zeznań policjantów, ze względu na swoje wybitnie agresywne zachowanie, został przez policjantów brutalnie pobity, w związku z czym podał ich następnie do sądu za napaść.
Jak już to zostało powiedziane, zdaniem Kinga i prokuratora, policjanci pobili Kinga bez potrzeby, z czystej, motywowanej ich rasistowskimi obsesjami, wściekłości. King po zatrzymaniu wysiadł z samochodu i gotowy do współpracy, czekał na dalszy rozwój wydarzeń, natomiast ci faszyści go zmaltretowali. Inaczej sprawę przedstawiali sami policjanci. Towarzyszący Kingowi kumple poleceniom policjantów odpowiednio się podporządkowali, natomiast King pierwsze co zrobił, to przywalił jednemu z nich pięścią w twarz, a następnie próbował – tego już nie wiemy – albo im wszystkim wlać, albo uciec, tak czy inaczej, końcowy efekt był taki, że sam King wyszedł z tej konfrontacji okrutnie poturbowany.
King podał policjantów do sądu, a oskarżenie zarzuciło im, że zamiast normalnie Kinga aresztować, oni, jak to policyjne faszystowskie psy, postanowili mu wlać. A więc ani nie nadużycie władzy, ani nie przekroczenie granic, ale zwyczajnie rasizm i zła wolę. W tej sytuacji sąd uznał wszystkich za niewinnych… no i ten właśnie wyrok spowodował wspomniane wcześniej zamieszki.
W efekcie zajść w kolejnym procesie dwóch policjantów (Laurence Powell i Stacey Koon) zostało skazanych. Pozostałych dwóch funkcjonariuszy (Timothy Wind i Theodore Briseno) uniewinniono.
Oczywiście, tak jak to się dzieje w Ameryce, w mających miejsce kolejnych procesach cywilnych, King wygrał wszystkiego razem 3,8 milionów dolarów odszkodowania i oczywiście został bardzo wybitnym celebrytą, któremu piosenki poświecili tacy artyści, jak Rage Against the Machine, czy słynny raper Ice Cube.
W następnych latach bywał jeszcze aresztowany, m.in. w 1994 i dwukrotnie w 2011, kiedy to prowadził samochód pod wpływem alkoholu, a w 1996 skazano go na trzy miesiące więzienia za pobicie żony.
I to ona zresztą 17 czerwca 2012 roku znalazła go nieprzytomnego na dnie basenu. King, mimo szybko zorganizowanej pomocy medycznej, zmarł. W jego krwi znaleziono alkohol, marihuanę, kokainę i PCP. Ile zostało z owych niemal czterech milionów dolarów i kto z nich korzysta, źródła nie podają.
Jest natomiast jeszcze jedna historia, która moim zdaniem bardzo dobrze pokazuje pewien szczególny typ histerii – groźny i smutny zarazem. Otóż jeden z owych ostatecznie skazanych policjantów nazwiskiem Stacey Koon w październiku 1995 roku, po odbyciu kary wyszedł z więzienia, a już w listopadzie w jego mieszkaniu zjawił się uzbrojony mężczyzna i zażądał widzenia z byłym już policjantem. Jako że Koona akurat nie było w domu, napastnik wziął trzech zakładników, jednego z nich zastrzelił, a następnie przy okazji obławy policyjnej popełnił samobójstwo.
No i jeszcze coś. Cały incydent, kiedy to Koon z kolegami pobili Kinga został sfilmowany kamerą video przez któregoś z okolicznych mieszkańców. Mówi się, że całe nagranie trwało 4 minuty, to natomiast, co było na okrągło przez niemal rok pokazywane przez media, trwało zaledwie 15 sekund. Reszty nikt nigdy już nie zobaczył.
I już na sam koniec jeszcze jedna kwestia, po ciężką cholerę ja w ogóle dziś o tym piszę? Odpowiem może w ten sposób: skoro innym wolno, to czemu nie mnie? Prawda?

Od jutra w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl będziemy mieli moją nową książkę o Złym. Dziś jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by tam zajrzeć i przynajmniej coś zaplanować na najbliższe dni.

czwartek, 6 listopada 2014

O Skaldach i psach akademika Pawłowa

Nie wiem, czy znacie Państwo takie zjawisko, że budzimy się rano i bez żadnego jasnego powodu śpiewamy piosenkę, której nie dość że dawno już nie słyszeliśmy, to zdarza się, że o jej istnieniu wręcz zapomnieliśmy. I wtedy nie dość, że pamiętamy doskonale jej melodię, to jeszcze nagle okazuje się, że mamy w głowie każde słowo owego tekstu. No i tak już śpiewamy to coś do samego wieczora. Ja tak mam bardzo często i powiem szczerze, że niekiedy są to takie, jak to mawia młodzież, „przypały”, że aż wstyd się przyznać.
Dziś rano na szczęście od razu wiedziałem, że owego przypału nie będzie, bo piosenka z którą się obudziłem na ustach, to „Na wirsycku” Skaldów. Gdyby ktoś nie wiedział, tekst leci tak:

Ni mom chęci do roboty
Ani rano, ni wiecorem
Hej, stane na wirsycku
Bedę dyrektorem

Do powiatu bedę pisać
Bardzo pikne sprawozdania
Hej, spojrze tylko w gwiazdy
Reszta przyjdzie sama

Żeby w drogę nam nikt nie wsedł
I nie przerwał tego stania
Hej, kupię se kapelus
Wom bedę się kłaniał.


Tyle. Śpiewam ten tekst od rana, co dziwne, słowo w słowo, tak jak to jest w oryginale i nie mogę się nadziwić, jak to się stało, że on mi się zachował w pamięci przez tyle lat. Dziwny jest ten świat i dziwni doprawdy jesteśmy my. Jednak nie o pamięci chciałem dziś pisać, ale o czymś zgoła innym, co mi przyszło do głowy, kiedy tak po raz dziesiąty czy piętnasty prześpiewałem sobie w owej głowie tę śliczną piosenkę. Otóż zacząłem się w pewnym momencie zastanawiać, co by to było, gdyby wtedy, pod koniec lat 60., propaganda państwowa tak znienawidziła Skaldów, że postanowiła ich tępić bez względu na okoliczności. Domyślam się, że prawdopodobnie, gdy idzie o same piosenki, wynajęci przez nią recenzenci tematu by nie ruszali, bo tu akurat nie mieliby żadnych szans, natomiast z całą pewnością zaczęliby informować publiczność, że Andrzej Zieliński, jego brat i ich koledzy to pijacy i dziwkarze, a ponadto wszyscy znani są z działalności antysocjalistycznej. Oczywiście płyty i piosenki Skaldów trafiłyby na indeks, a oni już wkrótce albo by występowali tylko w kościołach, albo na falach radia Wolna Europa, albo publiczność by o nich zapomniała.
Gdyby Skaldowie działali w latach 90. i w tamtych latach nagraliby piosenkę taką jak „Na wirsycku”, a propaganda państwowa miałaby ochotę ich z jakiegoś powodu zniszczyć, prawdopodobnie też o samej piosence słowa by nie było – może tylko to, że ten tekst jest głupi, a melodia błaha – natomiast cały atak skupiłby się na tym, by opinii publicznej braci Zielińskich i muzyków z zespołu przedstawić, jako jaskiniowych antykomunistów, rydzykowych katolików, w dodatku takich, co za komuny wysługiwali się Gierkowi i wcześniej Gomułce, a gdy był stan wojenny, to nawet ich nie internowano. Ponieważ jednak demokracja ma swoje wymagania, piosenki i płyty zespołu, włącznie z piosenką „Na wisrsycku” nie byłyby oczywiście ocenzurowane, ale byłyby puszczane w radio i telewizji bardzo oszczędnie, wynajęci recenzenci pisaliby, że ta muzyka jest ewidentnie do bani, a ludzie by te wszystkie informacje o aktywności muzyków w czasach PRL-u mieli głęboko w nosie, kupowali ich płyty, chodzili na koncerty i wszystko by grało jak należy.
Co by jednak było, gdyby piosenka „Na wirsycku” została przez Skaldów nagrana dziś, ale okazałoby się, że zespół w sposób jednoznaczny popiera Prawo i Sprawiedliwość, występuje na konwencjach z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, a ich piosenki są puszczane w Radiu Maryja, gdzie zespół zresztą bardzo chętnie występuje. Otóż gdyby tak było, jestem pewien, że państwowa propaganda doprowadziłaby przede wszystkim do tego, by piosenkę „Na wirsycku” puszczać codziennie w programie „Szkło Kontaktowe”, żeby temat zespołu nie schodził z głównych programów informacyjnych i z gazet, żeby bracia Zielińscy byli co tydzień prezentowani na okładkach tygodników „Polityka”, Newsweek” i „Wprost”, no i żeby żadna informacja na ich temat, choćby nie wiadomo jak kłamliwa, nie dotyczyła spraw merytorycznych. A więc słowa o tym, że Zielińscy to pijacy i pisowskie śmieci, że są ludźmi wielokrotnie rozwiedzionymi, nie płacą alimentów, a ich dzieci to narkomani, że w stanie wojennym obaj działali w Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego, a ta piosenka – podobnie jak wszystkie inne – jest kompletnie bezwartościowa i głupia. Propaganda państwowa, a za nią każda inna, byłyby skierowane w kompletnie inną stronę. Ale żeby o tym powiedzieć parę słów, przypomnę, w jaki sposób niszczono kiedyś braci Kaczyńskich, a dziś już tylko Jarosława.
Proszę zwrócić uwagę, że to wszystko zaczęło się od tego, by obu braci wyśmiać i wyszydzić, jako małych, niezgrabnych kaczorów. Dziś nawet sam Jarosław nie ma nic przeciwko temu, by o nim mówić „Kaczor”, ale kiedyś, na samym początku, to była wyłącznie kpina. Chodziło o to, że oni mają na nazwisko Kaczyński, no a Kaczyński, to Kaczka, a więc Kaczka. W bardzo krótkim czasie popularna kultura o braciach Kaczyńskich nie mówiła inaczej, jak przy pomocy prześmiewnego „Kaczory”. Któregoś dnia pewna niemiecka gazeta uznała za stosowne napisać, że bracia Kaczyńscy wyglądają jak kartofle, no i w krótkim czasie na obu zaczęto wołać „kartofel”. Ów kartofel stał się tak popularny, ze nawet dziś w Salonie24 na odcinku antypisowskiej propagandy działa bloger, który w swoim adresie ma nazwę „kartofel”. Po jakimś czasie pojawiła się kwestia „Borubara”, no i nagle naczelnym argumentem i główną bronią propagandy stał się ów Borubar. I tak dalej, i tak dalej. Dziś, proszę zwrócić na to uwagę, szyderstwa z Jarosława Kaczyńskiego sprowadzają się wyłącznie do kilku słów i kilku haseł. Niekiedy wystarczy, że padnie słowo „prezes”, tysiące ludzi doskonale wiedzą, w czym rzecz i zaczynają mądrze kiwać głowami.
Spróbujmy wrócić do Skaldów i naszej hipotetycznej sytuacji, że oni nagrywają piosenkę „Na wirsycku”, ale z powodów politycznych i ideologicznych państwowa propaganda postanawia ich tępić. Uważam, że na pierwszy ogień poszedłby pomysł, by na braci Zielińskim nie mówić inaczej, jak „Jacuś” i „Andrzejek”, następnie – jeśli już mamy się trzymać wspomnianej piosenki – wyciągnięto by z niej parę słów, takich jak „dyrektor”, „gwiazda”, „powiat” i „kapelusz” i przez nieustanne ich powtarzanie w każdej możliwej sytuacji i w każdym możliwym kontekście, doprowadzono by do sytuacji, gdzie większość z nas na dźwięk słowa „gwiazda”, czy „kapelusz”, mrugałaby znacząco i rechotała.
Tak to się właśnie dziś prezentuje skuteczna propaganda. Ani słowa w kwestiach merytorycznych. Jest tylko dowcip i szyderstwo. Żadnej dyskusji, żadnej krytyki, żadnych argumentów. Wyłącznie kabaret. Nie będę ukrywał, że ten tekst piszę trochę zainspirowany najświeższą falą agresji skierowanej tu na blogach przeciwko mnie i Coryllusowi. Proszę zwrócić uwagę, jak to wygląda. To jest wyłącznie przerabiane na każdy możliwy sposób kilku haseł i zdań, takich jak „goryllus”, „golonka”, „pisarz”, „bóbr”, „labrador”, „lewatywa”, „mydło”, „bajkopisarz”, „grodzisk”, „kupa”.
Jak to wygląda w praktyce? Jeden z nich pisze: „Wolę kupę od golonki”, na co przychodzi drugi i mu odpowiada: „W Grodzisku pewnie jest na odwrót”. Na to przychodzi inny i się włącza: „O bobrze!”, na co zjawia się kolejny i pyta: „A nie wiesz przypadkiem, czy labradory lubią lewatywę?”, na co ten pierwszy odpowiada: „Tak ale tylko na mydle kupionym u pisarza”. I tak dalej i tak dalej. Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że to jest ciężka nisza i ją wypełnia zaledwie parę osób bez żadnego znaczenia i jakiegokolwiek wpływu na to co się dzieje na zewnątrz, jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś znacznie ważniejszego i poważniejszego. Oczywiście, ludzie, którzy to o czym piszę robią, muszą albo być odpowiednio przeszkoleni, albo na tyle dobrze wytresowani we współczesnych technikach propagandowych, że już bez żadnych instrukcji potrafią realizować ten plan. Jednak, jak mówię, nas tu znacznie bardziej od nich, a więc od realizatorów tego projektu, interesuje sam projekt, a on się sprowadza do tego, by w codziennej propagandzie funkcjonowała już tylko bezpośrednia stymulacja na poziomie odruchów. Gdyby nagle pojawiła się potrzeba, by mnie czy Coryllusa zniszczyć na poziomie uniwersalnym, owa akcja wyglądałaby dokładnie w ten sam sposób, tylko nie realizowaliby jej jacyś biedni blogerzy i paru jeszcze nędzniejszych komentatorów, ale program „Szkło kontaktowe” i tygodnik „Newsweek”. W ten sposób musielibyśmy uznać, że słynne „story” Mistewicza nie wypaliło. Ludzie myślący zawsze bowiem byli ostrożni wobec tanich oszustów, natomiast dla idiotów jakikolwiek przekaz merytoryczny i tak nic nie znaczy. Tu się już wyłącznie sprawdza zasada opisana przez akademika Pawłowa, gdzie w odpowiedzi na bodziec musi nastąpić reakcja. I, jeśli jeszcze niedawno, uważałem, że numer z tym „story” to prawdziwie czarci wynalazek, teraz się okazuje, że granic nie ma.

Od soboty rozpoczynamy sprzedaż mojej najnowszej książki „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Szczegółow proszę wypatrywać na blogu Coryllusa i na stronie www.coryllus.pl

środa, 5 listopada 2014

Czy Jerzy Stuhr zna jakieś dowcipy o Żydach?

Od zawsze miałem wrażenie, że prawdy najprostsze są najtrudniejsze do uchwycenia, czy to wtedy, gdy chcemy je sformułować, czy już tylko usłyszeć. I oto wczoraj Coryllus napisał tekst poświęcony myśli aktora Stuhra – tekst, podobnie jak inne teksty Coryllusa, poruszający i inspirujący, tyle że może nieco bardziej – i wśród wielu różnych wątków pojawiła się kwestia tanich antysemickich broszur, które w nieograniczonej liczbie możemy spotkać w niemal każdym kiosku z gazetami niemal w każdym miejscu w Polsce. Poszło o to, że szedł sobie aktor Stuhr skądś dokądś i, kiedy przechodził obok jednego z punktów prasowych, w oczy mu wpadła jedna z tych książeczek, a on, ponieważ w ostatnich dniach dużo myślał o Jarosławie Kaczyńskim, nie zastanawiając się długo, zakupił ją, przeczytał, a następnie swoimi przemyśleniami podzielił się z narodem.
Przemyślenia, jak przemyślenia – nic mniej i nic więcej ponad to, czego od kogoś takiego jak Stuhr moglibyśmy się i bez tego spodziewać. To jednak, co dla mnie akurat w tym wszystkim jest najbardziej interesujące, to refleksja Coryllusa na temat całego systemu dystrybucji słowa pisanego w Polsce i, jak się można domyślać, również poza granicami kraju, która kontrolując ów rynek w sposób jak najbardziej ścisły i w najwyższym stopniu celowy, dopuszcza do tego, by wszystkie te gówniane broszurki, na których albo widzimy świnię z pejsami, albo Żyda z rogami, a w środku już tylko dziesiątki dowcipów o tym, jak to Icek trafił do Auschwitz i co się działo następnie, były zawsze i wszędzie dostępne.
Tekst Coryllusa spotkał się z życzliwym zainteresowaniem czytelników i z całą serią przeróżnych komentarzy, to jednak co mnie w nich uderzyło, to fakt, że tam, o ile się nie mylę, trafiły się zaledwie dwa w jakikolwiek sposób odniosły się do kwestii owej szczególnej dystrybucji wspomnianych treści. Cała reszta, albo koncentrowała się na dyskutowaniu twarzy Stuhra, jego nazwiska, jego intelektu, no i w ogóle rozważaniu kwestii, jak daleko może się posunąć człowiek w swoim zidioceniu, jeśli tylko pozbawi się odpowiedniej autokontroli. O tych kioskach i tych książeczkach praktycznie ani słowa. Tak jakby większość czytelników albo uznała, że to jest temat nieistotny, albo, co gorsza, że w tych akurat broszurkach nie ma nic szczególnie oburzającego.
A problem jest moim zdaniem zupełnie wyjątkowy. No bo popatrzmy na takiego Coryllusa, czy na mnie i te nasze książki. Zastanówmy się, jaka jest szansa, żeby którakolwiek z nich, choćby moje refleksje na temat uczenia języka angielskiego, czy zwykła-niezwykła, ale jakże sympatyczna opowieść o budowaniu domu Coryllusa zostały wystawione w którymkolwiek kiosku „Ruchu”? Co my byśmy musieli zrobić, żeby te dwie książki stały sobie za szybą wystawową obok „Wprostu”, „Newsweeka”, „W Sieci” i najnowszego zestawu tak zwanego „humoru żydowskiego”? No chyba musielibyśmy sterroryzować tę panią przy pomocy pistoletu zabawki i kazać jej te książki tam położyć.
Niedawno pisałem o tym, jak na katowickim dworcu, w jednym z kiosków znalazłem książkę jakiegoś niemieckiego dziennikarza zatytułowaną „Jak Lech Wałęsa przechytrzył komunistów”. Akurat nie zauważyłem tam ani twarzy Jerzego Stuhra, ani nawet charakterystycznej czarnej postaci z brodą i w kapeluszu, ale Wałęsa jak najbardziej był. Następnym razem jak tam zajdę, postaram się rozejrzeć uważniej i nie mam wątpliwości, że coś ciekawego odkryję. W końcu co jak co, ale rynek propagandy nigdy w historii nie uległ załamaniu. Kryzys mógł ogarnąć każdą dziedzinę życia – propaganda zawsze miała się bardzo dobrze. I jestem pewien, ze umrze Jerzy Stuhr, jego syn Maciej, umrzemy i my, a te Żydy tam będą i będą się miały znakomicie. W końcu bez igrzysk nawet chleb z piekarni „Kłos” nie smakuje.

Książka o Diable wciąż się drukuje, ale to już naprawdę kwestia dni. Póki co zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie dostępne są wszystkie wcześniejsze moje książki.

wtorek, 4 listopada 2014

Coryllus - człowiek, który postanowił, że nie będzie psem

O naszym labradorze pisałem już i tu na blogu i nawet trochę miejsca poświęciłem mu w książce „Marki, dolary…” i za każdym razem zwracałem uwagę na to, jak on od czasu gdy z nami zamieszkał, w każdym z nas wzbudził ten rodzaj czułości, z jakim do tego czasu żadne z nas nie miało do czynienia chyba nigdy. Szczególnie tu dużo do powiedzenia może mieć moja żona. Otóż każdy z czytelników tego bloga, któremu zdarzyło się mieszkać pod jednym dachem z kobietą, szczególnie z kobietą inteligentną, ambitną i posiadającą własne zdanie, wie, jak potrafi być ciężko. Właściwie z każdym kolejnym rokiem małżeństwa, czy jak to ostatnio bywa niestety coraz częściej, związku partnerskiego, ów ciężar bywa coraz bardziej widoczny. Ludzie słabi i głupi często go nie wytrzymują i dochodząc do jakże niemądrego wniosku, że następnym razem będzie lżej, albo znajdują sobie kochanki, albo się rozwodzą i wchodzą w nowe związki, a wszystko po to, by się przekonać, że lepiej już zdecydowanie było. Inni, w moim odczuciu, bardziej zaradni i rozsądni, trwają i starają się temu co trudne, jak to ujął zgrabnie poeta, „odejrzeć”.
I tak to jest z nami. Żyjemy sobie na tej pięcioosobowej kupie plus pies, z większym lub mniejszym sukcesem staramy się podtrzymywać tę miłość, a ja z prawdziwym zachwytem patrzę na relacje, jakie łączą moją żonę i psa. Otóż jedno jest absolutnie oczywiste: od czasu gdy on się pojawił, moja żona jest zdecydowanie w lepszym nastroju. Nie ma bowiem takiego zmartwienia, takiego zmęczenia, takich zgryzot, które by były w stanie pokonać jej uczucie do niego. Ona wraca z pracy, zła jak wielkie nieszczęście, umordowana, wściekła na nas wszystkich, że w domu jest brud i bałagan i że większość z tych rzeczy, które ona nam wychodząc rano do szkoły zapisała na kartce, nie została zrealizowana, a w drzwiach czeka na nią pies, merda ogonem, patrzy wiernie jej prosto w oczy, a w pysku trzyma tę swoją pluszową owieczkę, z nadzieją, że ona mu ja rzuci, a on ją wtedy jak zawsze tak sprytnie złapie. No i ona wtedy zaczyna się uśmiechać i przemawiać do niego tak czule i słodko, że nam już tylko pozostaje patrzeć na to wszystko z zazdrością.
Ale przecież nie chodzi tylko o moją żonę. My wszyscy tak naprawdę mamy do niego podobny stosunek. Ta jego wierność, ta cierpliwość, to oddanie, ta nieludzka wręcz – oczywiście, że nieludzka! – szczerość, są autentycznie porażające. Nawet teraz, kiedy ja piszę ten tekst, a on już zaczyna czuć, że czas na spacer, i biedny nie wie, że dziś idzie z nim jego właścicielka, która jak zawsze, jeszcze nie wyszła z łóżka, leży cierpliwie pod moim nogami i próbuje spać, a ja wiem, że wystarczy, że ja się tylko ruszę, a on się zerwie na równe nogi, gotowy, żeby wychodzić.
Czemu on jest taki wierny, wydaje się sprawą jasną. Psy takie są. Taka jest ich natura i nie ma na to rady. Jeśli zdarzy się tu wyjątek, to znaczy, że z tym psem jest coś nie tak i najczęściej trzeba go uśpić, bo któregoś dnia nas zwyczajnie zagryzie na śmierć. Czemu jednak my go tak kochamy? Otóż moim zdaniem tu też mamy do czynienia z naturą. Natura nasza jest bowiem taka, że my bardzo lubimy, jak ktoś jest nam wierny, posłuszny, w stosunku do nas cierpliwy i jeśli wymagający, to wyłącznie w takim zakresie, w jakim nas to jakoś szczególnie nie obciąża. Ja bym to nazwał „syndromem pilota”, który jest zawsze pod ręką i jedyne czego od niego wymagamy, to to, by nam gdzieś nie wpadł między poduszki fotela, bo go potem będziemy musieli szukać i to nas może rozstroić nerwowo.
A zatem, z jednej strony mamy tego psa, a z drugiej człowieka. A ja mam bardzo mocne przeświadczenie, że relacja, którą tu starałem się opisać jest wciąż obecna w naszym życiu, nawet tam gdzie nie ma ani psów, ani mężów, ani żon, ani owych zwykłych, codziennych relacji zależności. Chodzi mi o to, że my samy niekiedy zachowujemy się, jak z jednej strony owe psy, a z drugiej ich właściciele – właśnie tak: właściciele.
Zacząłem o tym wszystkim myśleć w ostatnich dniach, kiedy nie mogłem nie zauważyć, jak po raz kolejny już tu na blogach wezbrała fala autentycznej, wstrząsającej niekiedy wręcz nienawiści do Gabriela Maciejewskigo, pisarza, blogera i wydawcy. Przyznam uczciwie, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć owej tak ostro demonstrowanej niechęci, a dziś ona mnie zwyczajnie poraża. Mamy bowiem owego Coryllusa, który przez te minione pięć lat spędzone na blogu osiągnął tak bardzo dużo. Przede wszystkim ów blog zdobył sobie pozycję zupełnie wyjątkową, oprócz tego otworzył Coryllus to swoje wydawnictwo i zaczął pisać książki, wydawać je własnym sumptem, sprzedawać, znalazł w sobie możliwości, by publikować książki innych autorów, obok tych książek założył kwartalnik, który jak dotychczas ukazuje się z wyjątkową regularnością, niedawno wydał ten komiks i też go sprzedaję z dużym sukcesem, ma całą kupę planów, które, gdy sądząc po tym, co widzimy, zrealizuje z powodzeniem… jednym słowem odniósł autentyczny sukces. Mało tego. Wszyscy wiemy, że owe pięć, siedem, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, czy ile on już tych książek wydał, to nic takiego, o ile nie ma z nich pieniędzy. Ale Coryllus z tego co robi utrzymuje rodzinę, i to utrzymuje ją wyjątkowo skutecznie. Z tego co wiem, on robiąc to co robi, zawsze liczył wyłącznie na siebie, nie ma żadnych kredytów, żadnych wobec kogokolwiek zobowiązań, autorom płaci uczciwie i w terminie, dzięki swojej pracy kupił nowy samochód, wyremontował od piwnicy po dach dom, i ów sukces zawdzięcza wyłącznie sobie, w tym nawet sensie, że sam, zupełnie jednoosobowo prowadzi promocję swojego produktu. Jego nie ma w telewizji, w ogólnopolskiej prasie, na ulicznych plakatach, nawet nie ma mowy o tym, by któryś z bardziej znanych autorów poświęcił mu tekst w którymś z tygodników. Jest tylko ten blog i te teksty. No i owa niezwykła wprost nienawiść, która siłą rzeczy musi zastępować normalny rynek.
Skąd to się wszystko bierze? Otóż, moim zdaniem, pomijając oczywiście działania organizowane przez rynek, który chce zniszczyć każdego, kto próbuje odnosić sukcesy na własny rachunek, kto nie chce się owymi sukcesami dzielić z nikim poza Urzędem Skarbowym, kto o nic nie pyta, i niczego od nikogo nie chce, mamy do czynienia ze wspomnianym wcześniej „syndromem pilota”. Dla wielu z nas, tego typu zachowanie jest czymś, czego nie jesteśmy w stanie tolerować, i to całkowicie bezinteresownie. Wyłącznie dlatego, że dla wielu z nas ono jest ciężkim, nieznośnym, najbardziej bolesnym wyrzutem sumienia. Wielu z nas bowiem jest jak ten pies, który chce tylko jednego: by jego pan go nakarmił, wyprowadził na spacer i rzucił pluszową owieczkę, którą on mu zaraz grzecznie odniesie.
No bo pomyślmy tylko: jakie może mieć do Coryllusa pretensje ktoś, kto ani nie jest przez rynek wynajęty do tego, by utrzymywać wokół odpowiedni porządek, ani sam nie czuje się w żaden sposób zagrożony przez autorską i wydawniczą działalność Gabriela Maciejewskiego? Ja biorę pod uwagę, że niektórzy z nas są tak wrażliwi, że widząc ów sukces, ich zdaniem całkowicie niezasłużony, reagują zwykłym moralnym wzburzeniem. Oni czytają te teksty, widzą, jakie one są beznadziejne, w dodatku wciąż trafiają na ową – z tą cholerną, z taką regularnością umieszczaną pod każdym tekstem, tak irytującą w swoim chłodnym przekazie – autoreklamę, no i nie wytrzymują – muszą zaprotestować. No ale, przepraszam bardzo, nawet jeśli założyć, że książki Maciejewskiego są najgorsze, nie jest wcale tak, że on tu nie ma żadnej konkurencji. I to wcale nie musimy się trzymać tylko literatury. Przecież produkowane ostatnio filmy, kabarety, teatry, piosenki dostarczają nam wystarczająco dużo przykładów tego, jak człowiek potrafi być nieutalentowany. Czy to możliwe więc, że my te wszystkie nieszczęścia traktujemy z taką wyrozumiałością, bo tam zachowana jest podstawowa hierarchia i żaden z nich ani nie zamarzy, by się wysunąć przed szereg? Czy to możliwe, że Maciejewski jest tak strasznie tępiony przez osoby, których życie wydawałoby w żaden sposób nie jest zależne od tego, co on robi, wyłącznie przez to, że on jest dla nich zwykłym wyrzutem sumienia? Otóż mam wrażenie, że to o to właśnie chodzi. Stoimy tu bowiem w pewnym sensie wobec sytuacji podobnej do opisanej w starym już filmie „Lot nad kukułczym gniazdem”, kiedy to McMurphy zwraca się do tych wszystkich ludzi zduszonych przez System, by zagłosowali za oglądaniem meczu, a oni, jak te psy, wręcz boją się ruszyć. Różnica jest tylko taka, że tam oni McMurphiego podziwiają i bardzo chcą być tacy jak on. Obawiam się, że to jest zresztą błąd tej opowieści. Gdyby to się działo naprawdę, oni wszyscy z tej złości, że nie potrafią być tacy, jak on, by go zwyczajnie ukrzyżowali, a siostra Ratched by ich pochwaliła. Bo przecież tacy właśnie jesteśmy. Lubimy jak pilot leży zawsze pod ręką, a przy fotelu leży nasz pies i nam bezgranicznie ufa.

Książki są jak zawsze do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Wszystkich szczerze zapraszam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...