środa, 16 lipca 2014

ITI bierze Wróbla - Onet rulez!

Zwlekałem z tym wystarczająco długo i wygląda na to, że wreszcie nadszedł moment, by przyznać się do pewnej wstydliwej dość rzeczy. Otóż jest tak, że ja podstawowych informacji przekazywanych przez System nie czerpię już od paru tygodni z portalu tvn24.pl, lecz z samego Onetu. A wszystko odbyło się tak, że najpierw przestałem oglądać telewizję, następnie czytać gazety, swoje kontakty z mediami ograniczyłem z jednej strony do blogów, a z drugiej do informacji podawanych na portalu tvn24.pl… i oto nagle ostatnio, widząc, że ITI zaczyna niebezpiecznie pikować, parę razy zajrzałem na Onet i nie mogłem nie zauważyć, że oni akurat robią wrażenie solidniejsze i znacznie bardziej wiarygodne. Czemu tak? Nie wiem. Możliwe, że TVN albo popadł w jakiś ciężki kryzys kompetencyjny, albo dał się wmanewrować w jakąś bardziej niż zwykle doraźną politykę, co ich zwyczajnie wykończyło, ale też nie wykluczam, że to akurat Onet, wreszcie zdyscyplinowany przez nowego niemieckiego właściciela, zrozumiał, że czasy są takie, że idiotyzm, jeśli nawet popłaca, to wyłącznie w krótkiej perspektywie, i postanowił przyjąć pozycję tak zwanych „poważnych mediów”, fakt jest jednak faktem: dziś to Onet staje się pierwszym głosem reżimu, natomiast TVN zaczyna nieubłagalnie schodzić do poziomu bulwaru, i to tego najgorszego.
Ponieważ mając już swoje lata, lubię się trzymać dawnych przyzwyczajeń, parę razy ostatnio zajrzałem na stronę tvn24.pl i to co mnie uderzyło, to reklama, co ciekawe nieustannie umieszczana na samej górze, obok najważniejszych informacji dnia, nowej oferty telewizji, zatytułowanej „Dwie prawdy”. O co chodzi? Otóż, jak się dowiadujemy, każdego dnia w tak zwanym prime timie, a więc o godzinie 21, TVN nadaje program, w którym znany nam skądinąd Jan Wróbel dyskutuje z nieznanym nam jakimś łysolem z bródką o nazwisku Kurkiewicz na tak zwane „tematy kontrowersyjne”. Z tego co się zdążyłem zorientować, profil programu jest taki, jak go sobie właściciele TVN-u wykoncypowali już przed wielu laty, a więc granatowe studio, rzucające nieustanne cienie światło, latające w te i we w te kamery, no i tych dwóch pajaców udających, że zawzięcie dyskutują, gdzie jeden mówi tak, a drugi nie. Obejrzałem fragment jednego z tych programów, gdzie Wróbel z tym Kurkiewiczem spierają się o to, czy należy zamordować ciężko chorego chłopaka. Kurkiewicz, jak się należało spodziewać, mówi, że jak najbardziej, Wróbel – również zgodnie z tradycją – że on nie wie, a ja już po paru sekundach tego cyrku, zastanawiam się już tylko nad tą jedną kwestią: kogo to do ciężkiej cholery obchodzi, co tych dwóch bałwanów ma do powiedzenia na współczesne tematy? Ja rozumiem – Daniel Olbrychski z którymś z Pazurów; nie zdziwiliby mnie tu – Korwin-Mike z Bonim, czy Terlikowski z Nergalem ; niech to będą nawet Edyta Górniak i Doda… ale Wróbel? Kurkiewicz? Przecież to są jakieś żarty. Następna jednak już moja myśl była taka, że ja wiem doskonale, czemu portal tvn24.pl zamieszcza reklamę tego programu tak agresywnie i z taką regularnością. Tu wyjaśnienie może być tylko jedno: oni sobie tylko znanymi sposobami zbadali, że tego gówna nikt nie ogląda, nikogo zdanie Wróbla i jakiegoś Kurkiewicza na jakikolwiek temat nie obchodzi w stopniu najmniejszym, natomiast przez to, że obecni dyrektorzy stacji nie zorientowali się, że czasy się zmieniły i nie wystarczy posadzić przed kamerą jakiegoś pajaca z muszką, że już nie wspomnę o kompletnie anonimowym żulu pozującym na inteligenta, by zbiegła się publiczność głodna tak zwanej „opinii”, inwestycja zamienia się w błoto. To jest wręcz niebywałe, jak ludzie, którzy wydawałoby się powinni mieć choćby podstawową orientację w tym, co się dzieje w kraju, i w tym, jak funkcjonują media, zainwestowali ciężkie pieniądze w projekt, w którym Jan Wróbel z jakimś przybłędą ględzą na temat eutanazji, z nadzieją, że cała Polska na ten widok wpadnie w ekstazę.
Ja nie kokietuję. Ja rzeczywiście obejrzałem fragment tego programu i to jest coś absolutnie porażającego. Oglądam z przerwami telewizję TVN24 od ponad 10 już lat i powiem szczerze, że takiej nędzy nie widziałem nawet wtedy, gdy na ekranie byli już tylko Knapik z Morozowskim i Kuczyński. Powiem więcej: lepiej było, kiedy przed kamerami zasiadał Warzecha z Wołkiem. Nie chcę nikomu stwarzać niepotrzebnych złudzeń, ale moim zdaniem tu nie może być przypadku. To co nam przedstawia program „Dwie prawdy”, to prosty dowód na to, że to już jest ostateczny koniec ITI. A tu jeszcze ten Onet najwyraźniej wreszcie wzięty za pysk przez niemieckiego właściciela. Wracamy do podstaw. Czas na zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości… i ostateczny koniec polityki.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można wciąż jeszcze po bardzo promocyjnej cenie kupić obie książki Toyaha, plus cały szereg innych, równie znakomitych tytułów. Jednocześnie bardzo wszystkich tych, którzy lubią tu przychodzić i czytać moje teksty, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję

wtorek, 15 lipca 2014

Czego nie pozwalają nam wiedzieć antykwaryści z City

W swoim dzisiejszym wpisie http://coryllus.salon24.pl/596269,cymelia-czyli-o-zydach-i-ich-aspiracjach, opisuje Coryllus zjawisko, co do którego dotychczas mogliśmy mieć zaledwie pewne podejrzenia, o którego istnieniu mieliśmy wystarczająco wiele informacji, które jednak wciąż pozostawało bardziej w sferze domysłów, niż czystych dowodów. Mam tu na myśli istnienie i działalność czegoś, co można nazwać mafią antykwaryczną. Powołując się na informacje zawarte w książce Karola Estreichera o pewnym zapomnianym krakowskim antykwariuszu Fabianie Himmelblau, pisze Coryllus tak:
„Czy już rozumiecie jaka jest funkcja profesorów uniwersyteckich? Jeszcze nie? To Wam ją objaśnię, otóż chodzi o to, by biorąc pieniądze z budżetu nieistniejącego w żadnym poza podatkowym wymiarem państwa, utrzymywać w głowach ludzi fikcję o przeszłej wielkości tego państwa. Celowi temu służą śmieci wymiecione z antykwariatu starego Fabiana, które dziś uchodzą za cymelia. Dlaczego – spytacie – uniwersytet sam nie zajmie się poszukiwaniem i gromadzeniem rzeczy naprawdę wartościowych? Dlaczego – jeśli już nie może tego robić – nie zajmie się edycją źródeł, a niechby i tak nędznych, jak te które otrzymał z łaski starego Fabiana, tak żeby chociaż zaburzyć te dziwne układy panujące na rynku treści ważnych, a naszym umysłom dać jakąś prawdziwą pożywkę, a nie makulaturę? Otóż uniwersytet nie może tego zrobić, bo wtedy do drzwi pana rektora zapukają koledzy Fabiana Himmelblaua uzbrojeni w szpadryny i noże. I skończą się żarty. Rynek antykwaryczny bowiem to sprawa poważna, o wiele poważniejsza niż narkotyki i ropa. Możecie się o tym sami przekonać kupując zapomnianą książkę Karola Estreichera, pod tytułem ‘Nie od razu Kraków zbudowano’”.
O co chodzi? Mówiąc krótko o to, co tak ładnie opisał George Orwell w zdaniu: „Kto kontroluje teraźniejszość, ten kontroluje przeszłość, a kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość”, a co na interesującą nas dziś kwestię przekłada się tak: „Kto kontroluje antykwariaty, kontroluje przeszłość i definiuje przyszłość”. Szczerze polecam dzisiejszą notkę Coryllusa, natomiast od siebie chciałbym jeszcze raz nawiązać do książki Roya Moxhama traktującej o Wielkim Indyjskim Żywopłocie, oraz naturalnie mojego tekstu, poświęconego tej samej sprawie, a opublikowanego w najnowszym numerze „Szkoły Nawigatorów”. Jak może pamiętamy, ów żywopłot to zjawisko we współczesnym świecie niezwykłe w sposób podwójny: z jednej bowiem strony, mówimy o konstrukcji, która pod względem rangi i znaczenia może się równać tylko z Wielkim Murem Chińskim, a z drugiej, dzięki oczywistemu spiskowi tego właśnie, co Coryllus określił, jako mafię antykwaryczną, pozostaje niemal całkowicie nieznana. W XIX wieku Brytyjczycy przecięli kolonialne Indie z północy na południe naturalnym żywopłotem, wysokim i szerokim na cztery metry, ciągnącym się przez niemal 3 tysiące kilometrów, następnie, po wielu latach, ów „mur” rozebrali, na jego miejscu pobudowali drogi i autostrady, a wszelkie informacje na jego temat ukryli tak, by zwykły świat nigdy na temat jego istnienia nie usłyszał jednego słowa. Bardzo ciekawa jest historia, jak zatem jest to możliwe, że dziś, przynajmniej tutaj na tym blogu, o owym zywopłocie rozmawiamy? Posłuchajmy zatem samego Moxhama, człowieka, który przebił tę ścianę:
„Na rogu Charring Cross Road i Lichfield Street, w samym centrum Londynu, znajduje się antykwariat – Quinto. Przypadkowe kolekcje, często w bardzo kiepskim stanie, rzadko dają szanse na trafienie czegoś naprawdę wartościowego. Książki są najczęściej tanie, w dodatku zawsze można się jeszcze potargować. Pierwszy raz udałem się do Indii w roku 1992 i od tego czasu wracałem tam regularnie co rok. W miarę jak coraz bardziej interesowałem się kulturą i historią tego kraju, coraz więcej też na jego temat czytałem. Niektóre z tych książek były nowe, niektóre używane, ja jednak zawsze starałem się trzymać z daleka od drogich antykwariatów. Mimo to od czasu do czasu potrafiłem znaleźć coś prawdziwie rzadkiego i tak też było w przypadku Quinto.
To tam właśnie pod koniec roku 1995 za całe 25 funtów kupiłem ‘Rambles and Recollections of an Indian Official’, książkę napisaną przez Sir W.H. Cleemana. Jak na pozycję wydaną w roku 1893, z licznymi pieczątkami którejś z londyńskich bibliotek, oba pięknie oprawione w oliwkowy materiał tomy były w bardzo dobrym stanie. Z mojego punktu widzenia, 25 funtów to bardzo dużo pieniędzy – więcej, niż kiedykolwiek wcześniej zapłaciłem za używaną książkę – zachwycił mnie jednak tytuł. Miałem natomiast szczęście, że nigdy nie miałem ani dość pieniędzy, ani też zwyczaju, by kupować pierwsze wydania. Sytuację, w której pierwsze wydanie jest bardziej cenione od wydań kolejnych, gdzie i usunięte są błędy, a sam tekst jest często znacznie rozszerzony, zawsze uważałem za wyjątkowo absurdalną.
Książka Cleemana stanowiła fascynującą relację z podróży autora po Indiach w czasów ostatnich lat rządów Kompanii Wschodnioindyjskiej. Wędrując przez środkowe Indie na czele karawany prowadzonej przez słonie i konie, opisując napotkanych ludzi, głód i plemienne walki, religijne ceremonie i rytualne palenie wdów, miejscowych bandytów, trucicieli oraz czarowników, autor w pewnym momencie zamieścił rozdział zatytułowany „Cło w Indiach i formy jego egzekucji”, opisując tam głównie przypadki wymuszania przez celników na przemytnikach łapówek. Refleksje te zostały spisane, gdy karawana przemierzała okolice Horalu między Delhi a Agrą, można było się więc domyślać, że przewożony towar był obkładany podatkiem celnym, kiedy przekraczał granicę między zachodnimi prowincjami a Brytyjskimi Indiami… tyle że ja nigdy wcześniej nie słyszałem o tym, by punkty celne były stawiane setki kilometrów od wybrzeża, w samym sercu Indii.
Był to rozdział niezwykle interesujący. Co jednak zwróciło moją uwagę w sposób szczególny, to przypis dodany do kolejnego wydania przez któregoś z kolonialnych urzędników, cytującego jeszcze innego urzędnika, wuja Lyttona Stracheya, Sir Johna Stratcheya:„W celu zabezpieczenia skutecznego pobierania cła na sól, stopniowo skonstruowany został potężny system, któremu w całym cywilizowanym świecie nie dałoby się przeciwstawić niczego porównywalnego. Zbudowano granicę celną, która w roku 1869 przebiegała przez całe Indie od Indusu do Mahanadi w Madrasie, długa na 2300 mil, a więc wyznaczająca odległość z Londynu do Konstantynopola, pilnowana przez 12 tysięcy urzędników, utowrzoną głównie z potężnego, niemożliwego do przejścia żywopłotu złożonego z ciernistych drzew i krzewów”.
Żywopłot? Niemożliwe? Przejrzałem wszystkie dostępne historie Indii i nie znalazłem w nich jakiegokolwiek odniesienia do czegoś tego typu. Jest oczywiste, że biorąc pod uwagę kwestię podatku solnego i jego znaczenia od samego początku aż do uzyskania niepodległości, coś takiego musi mieć swoja rangę. Przecież mówimy o żywopłocie o wielkości nadzwyczajnej; mamy na myśli żywopłot, który musiał istnieć w świadomości dziadków ludzi wciąż jeszcze żyjących. Nie ma możliwości, żeby coś takiego mogło ulec kompletnemu zapomnieniu. Może Strachey się pomylił? Może ktoś go źle zacytował?
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, właśnie rozpoczynałem pracę konserwatora w bibliotece Univeristy of London. Przez kilka pierwszych miesięcy byłem tak zajęty, że nie miałem czasu i możliwości, by zajmować się swoimi osobistymi obsesjami. Również, jako że nie byłem zawodowym bibliotekarzem, potrzebowałem też nieco czasu, by nauczyć się obsługi choćby podstawowego systemu katalogowania informacji. W końcu, gdy zacząłem przeszukiwać katalogi, nie znalazłem nic. Dopiero w kwietniu 1996, w jednym z bardzo starych, papierowych, jeszcze nie wprowadzonych do pamięci komputera katalogów, trafiłem na pozycję sygnowaną przez Lyttona Stratcheya i jego brata Richarda, a zatytułowaną ‘The Finances and Public Works of India, 1869-1881’”.
W ten sposób Roy Moxham zaczyna swoją niezwykłą książkę o indyjskim żywopłocie, a dalej już mamy tylko kolejne tropy, a więc najpierw wizytę w India Office Records, gdzie Moxhamowi udostępniono stare roczniki urzędowych raportów dotyczących polityki celnej z lat Imperium, w których ostatecznie udało mu się odnaleźć wszystkie szczegóły tego niebywałego projektu, a następnie już kolejne wyjazdy do Indii w poszukiwaniu czy to ludzi, czy choćby miejsc, które odkryją przed nim ewentualne jego ślady. I tak własnie rozpoczęła się żmudna, trwająca kolejne cztery lata praca, zakończona powstaniem książki „The Great Hedge of India”. Do dziś, jedynej pozycji – pomijając głęboko ukryte w tysiącach kilometrów bibliotecznych półek archiwalne dokumenty – odsłaniającej ten niezwykły projekt Imperialnej Brytanii. Jak pisze sam Moxham, „tej tak bardzo ekscentrycznej demonstracji brytyjskiego obłędu”.
Ma więc rację Orwell, kiedy nam powtarza swoje słowa na temat metod kontroli zarówno dnia dzisiejszego, jak i wczorajszego, ale przed wszystkim jutra. Ma rację też Coryllus, kiedy zwraca nam uwagę na to, jak skutecznie ową kontrolę realizuje się dziś. No i wreszcie też my z całą pewnością mamy rację, mając na nich oko i nie spuszczając go z każdego ruchu tych czarnych rąk.

Jeszcze raz zachęcam wszystkich do korzystania z oferty księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie wciąż jeszcze jest do nabycia trzeci numer „Szkoły Nawigatorów” ze wspomnianym tekstem na temat indyjskiej soli.Przy okazji bardzo prosze o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Pat Metheny - pustak na 42 strunach

Parę dni temu zmarł wybitny muzyk, kompozytor i kontrabasista Charlie Haden, a ja poświęciwszy temu smutnemu wydarzeniu osobistą notkę, wspomniałem krótko o jazzowym gitarzyście Pacie Methenym, czyli ani o muzyku ani o kompozytorze, ale o zwykłym ponurym rzemieślniku bez serca i bez duszy, a co najważniejsze, bez jednej, choćby byle jakiej, historii do opowiedzenia. O artyście, dla którego jedynym argumentem za tym, by w ogóle trwać na tej scenie jest to, by móc ewentualnie imponować innym muzykom, którzy umieją dokładnie tyle, co on, tyle że okazali się nie dość cwani, by zrobić karierę, no i recenzentom, których zawodowa sytuacja jest jeszcze bardziej podła.
Ponieważ wspomniane cwaniactwo pozwoliło Metheny’emu zyskać pewną popularność, a nawet zgromadzić wokół siebie grupę oddanych fanów, owo złe słowo, jakie przeciwko niemu skierowałem, bardzo wzburzyło paru komentatorów, z których jeden – zapewne muzyk – zwrócił się do mnie o przedstawienie referencji, które dają mi prawo, by wypowiadać się na tematy muzyczne, a drugi oświadczył, że obrażając Metheny’ego, obrażam też i jego i zażądał, bym się wytłumaczył, dlaczego uważam Metheny’ego za oszusta i uzurpatora.
Próbowałem trochę tę rozmowę pociągnąć i sprawę naświetlić, napięcie jednak było tak duże, że nic z tego nie wyszło. W tej sytuacji proponuję zapoznać się z jednym rozdziałem z mojej książki o muzyce zatytułowanej „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, a dostępnej w bardzo pięknej oprawie w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Rozdział, dla napisania którego wspomniany Pat Metheny stworzył moim zdaniem bardzo skuteczną inspirację.

Nie umiem sobie dziś przypomnieć wszystkiego tak dobrze, ale wydaje mi się, że Pat Metheny pojawił się w mojej świadomości właściwie wraz z pierwszą wydaną przez siebie płytą. Może zresztą to akurat nie był jego debiut, tylko pierwsze, co on nagrał dla ECM-u, albo którejś z tych wielkich wytwórni, które miały ambicję ukazać tak zwaną „ludzką twarz jazzu”? W każdym razie, on się pojawił, a ja sobie pomyślałem, że oto przed nami przyszłość jazzu.
Był koniec lat 70., i ludzie tacy jak Marcin Kydryński, nie wspominając już o Annie Marii Jopek, prawdopodobnie gdzieś w piaskownicy dopiero sobie nucili piosenki Trubadurów, a ja już oczyma wyobraźni widziałem Kydryńskiego na wielkiej plazmie w jakimś tandetnym wnętrzu Warszawy, czy Gdańska lat 2000, jak siedzi ze szklanką Pilznera i opowiada, jak on lubi sączyć to swoje piwko pod ten swój dżezik.
Straszny był ten mój pierwszy kontakt z muzyką Pata Metheny’ego. Owa świadomość jazzu wypranego ze wszystkiego, co w nim było zawsze najważniejsze, a więc przede wszystkim tej drapieżności, tego rytmu, pulsu… tej krwi, a więc tego co w Ameryce lat 50. było niemal zakazane, jako zbyt zwierzęce, by biały człowiek mógł się w czymś takim babrać.
Pierwszy raz zobaczyłem Metheny’ego, kiedy w roku 1980 pojechałem zarabiać pieniądze do Niemiec. W pokoju, w którym przez kilka dni mieszkałem, był mały czarno-biały telewizor, a ja, podekscytowany tym, że po raz pierwszy w życiu mogę sobie oglądać prawdziwą, zachodnią telewizję, oglądałem wszystko jak leci, no i w pewnym momencie pojawił się Metheny ze swoim zespołem. To co mnie uderzyło, to ta jego gitara, ustawiona na środku sceny na jakimś wymyślnie zaprojektowanym stojaku, w taki sposób, żeby on nie musiał grać na niej normalnie, jak klasyczny gitarzysta, ale wokół niej łazić, i, muskając ją to z jednej, to z drugiej strony, wysyłać te puste, nicnieznaczące dźwięki w stronę tych kołyszących się bezmyślnie durniów. No i on sam, z tymi swoimi loczkami, i uwodzicielskim uśmiechem, dokładnie tak samo pusty i bez znaczenia, jak ta idiotyczna gitara.
Jak już wspomniałem, był to rok 1980, a więc czasy, kiedy dla przeciętnego fana czy to jazzu, czy rocka, skazanego na ofertę programową Telewizji Polskiej, transmisja koncertu gwiazdy tej wielkości, co Pat Metheny, to było naprawdę coś. Tymczasem wystarczyło parę minut, bym ja, słuchając tej tandety, poczuł się zmuszony przełączyć kanał na jakikolwiek inny, nawet jeśli skutkowało to koniecznością oglądania któregoś ze znanych na całym świecie z wyjątkowego smaku i humoru, niemieckiego programu rozrywkowego.
Myślę zresztą, że fakt, iż to moje spotkanie z Patem Methenym „na żywo”, przez to, że miało miejsce akurat w Niemczech, miał swoje bardzo podstawowe znaczenie. W końcu, to nie kto inny jak Niemiec Manfred Eicher, ma szczególne zasługi dla sprowadzenia jazzu, i to często jazzu naprawdę najwyższej klasy, w wykonaniu najbardziej wybitnych muzyków, do poziomu najbardziej obrzydliwej konsumpcji. Poczynając od okładek tych płyt, niezmiennie przedstawiających obrazki o estetyce przemawiającej do gustu prezesa międzynarodowej korporacji, dla którego muzyka jest wyłącznie sposobem na uwiedzenie kolejnej dupy, a kończąc na samej produkcji – dokładnie powtarzającej pomysł stojący za wyborem takiego a nie innego opakowania.
To było coś nieprawdopodobnego patrzeć, jak z muzyki takich nawet artystów jak Art Ensemble of Chicago, czy Anthony Braxton, ów Eicher był w stanie zrobić coś, na co, gdyby to puścić w pierwszej z brzegu galerii handlowych, nikt z tych kręcących się w poszukiwaniu tanich wrażeń bałwanów, nawet by nie zwrócił uwagi.
Nie będę oczywiście udawał, że ECM nie dostarczył mi żadnych wrażeń. Przez jakiś niezwykły talent Manfreda Eichera do gromadzenia wokół siebie naprawdę wielkich muzyków, całkiem znaczna liczba wydanych przez niego tytułów, to naprawdę fantastyczna muzyka, na tyle fantastyczna, że nawet on tym swoim tandetnymi zamiłowaniem do tego, by każdą perkusję nagrywać dokładnie w taki sam sposób, żeby ona broń Boże nie grała, a tylko „szeleściła”, do tego, by każdy kontrabas brzmiał dokładnie tak, jakby na nim grał jeden i ten sam basista, i żeby ogólne brzmienie każdej płyty było podobne do poprzedniego i nastepnego – nawet on nie był w stanie zepsuć i geniuszu samych muzyków, jak i piękna poszczególnych kompozycji.
A zatem, czy to cała seria kolejnych płyt Johna Surmana, czy wczesne płyty Jana Garbarka, a więc Afric Pepperbird, czy Sart, What Comes After Terje Rypdala, płyty Dave’a Hollanda, Gnu Gigh Kenny Wheelera, Keith Jarrett ze swoimi solowymi koncertami – to wszystko do dziś wypełnia moje życie radością.
Keith Jarrett tworzy tu zresztą sytuację wręcz symbolicznę. Ja pamiętam jego koncerty z Bremy i Lozanny, z czasów kiedy jeszcze nie było płyt CD. Jak ktoś nie wie, należy zwrócić uwagę, że Jarrett miał zawsze bardzo ciekawy zwyczaj grając nucić. To jego nucenie, czy może bardziej podśpiewywanie, było czymś, co, dla mnie przynajmniej stanowiło nieodłączny element jego sztuki. Ono, przez tę swoją spontaniczność i naturalność, a jednocześnie swego rodzaju dzikość, nadawało jego grze element tak strasznie ludzki. I oto, proszę sobie wyobrazić, jakiś czas temu kupiłem sobie wydanie tych koncertów na CD… i okazało się, że tam już tego śpiewu nie ma. Nic. Zero. Ten kretyn Eicher postanowił wszystkie dźwięki nie-fortepianowe wyrzucić. Został tylko sam fortepian. Wspaniały, bezbłędny, doskonały, to fakt, ale bez tego śpiewającego Jarretta nawet w połowie tak fascynujący.
Możliwe zresztą, że to nie Eicher, ale sam Jarrett zażyczył sobie, żeby ten jego śpiew usunąć. Nie zdziwiłbym się. Nie ma bowiem nic gorszego, jak wpaść w złe towarzystwo.

Wszystkich, którzy lubią tu przychodzić i czytać te teksty, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. To jest w tej dla chwili podstawowe źródło przeżycia. Dziękuję.

niedziela, 13 lipca 2014

Czy poseł Szejnfeld je świeczki?

Nie wiem, ilu czytelników tego bloga ma dzieci, które potrafią się samodzielnie i dobrowolnie angażować w sprawy publiczne, ja jednak mam, i oto wczoraj syn mój przyszedł do mnie z informacją, że tuż po zakończeniu meczu Holandia-Brazylia, polityk Platformy Obywatelskiej Adam Szejnfeld na swoim twitterowskim profilu poinformował: „No to mamy finał Niemcy-Holendia”. Dosłownie.
Ja już tu miałem parę razy okazję komentować kwestię owego Twittera i oczywistego obłąkania, z jakim cały szereg publicznych osób potrzebuje od rana do wieczora zapisywać tam każdą swoją myśl, i przyznaję, że rozwiązanie tej akurat zagadki wciąż pozostaje poza moimi możliwościami. Ile razy gdziekolwiek słyszę, lub widzę, jak któryś z nich znów „zaćwierkał”, mam nieustanne wrażenie, że tu mamy do czynienia z oczywistym i jednoznacznym uzależnieniem. A zatem, jeśli jest tak, że każdy z nich, czy to Sikorski, czy Szejnfeld czy nawet ruski minister Ławrow kilkanaście razy dziennie czują przymus, by się na owym Twitterze zaprezentować w sprawie dowolnej, to robią to na dokładnie na takiej samej zasadzie, jak to się dzieje w przypadku człowieka, który musi sobie zapalić, bo inaczej oszaleje. A z kolei media, z jakiegoś niewytłumaczalnego dla mnie powodu, każdy ten wybryk muszą, nawet jeśli nie skomentować, to przynajmniej o nim poinformować – choćby na zasadzie ilustracji. A zatem – nałóg?
I mamy dziś posła Szejnfelda, który właśnie obejrzał mecz o trzecie miejsce między przegraną Brazylią i pokonaną przez Argentynę Holandią, zobaczył, że Holandia wygrała 3-0, uznał, że oto Holandia awansowała do finału, gdzie grać będzie z Niemcami, włączył laptopa, zalogował się na Twitterze i napisał to niezwykłe zdanie: „No to mamy finał Niemcy-Holendia”.
I niech nikt nie myśli, że ja się tu nabijam z Szejnfelda, że on uważa, że ów mały wielki europejski kraj nazywa się „Holendia”. Oczywiście, że nie. Tu Szejnfeldowi po prostu palec się poślizgnął, albo – co oczywiście bardziej prawdopodobne – przy sobocie zapił. Nie chodzi mi też tak naprawdę o to, że on oglądał ten mecz, będąc w przekonaniu, że to jest mecz półfinałowy. W końcu, nie każdy musi się znać na sporcie i nie każdy też musi tak bardzo dokładnie śledzić historię tych akurat mistrzostw. Moja ciocia ze wsi na przykład nie wie, że w ogóle mają miejsce jakieś mistrzostwa, a władze Północnej Korei, jak słyszę, oficjalnie informują swoje społeczeństwo, że ich drużyna narodowa odnosi na wspomnianych mistrzostwach sukcesy. Szejnfeld zatem może być jak moja ciocia, albo koreański reżim. Powiem więcej. Tu nawet nie chodzi o to, że Szejnfeld, wyśmiany przez internautów z powodu swojej omyłki, zachował pokerową twarz i oświadczył, że wszyscy ci co go krytykują nie mają za grosz poczucia humoru, bo on tylko sobie robił takie jaja. Ja do dziś pamiętam, jak przed wielu, wielu laty Marek Gaszyński, występując, jako ekspert w teleturnieju „Wielka Gra”, zadał jednemu z uczestników pytanie, który z gitarzystów zespołu The Beatles, George Harrison, czy John Lennon, był leworęczny, a następnie się tłumaczył, że on chciał tylko zadać podchwytliwe pytanie. Rzecz polega na czyś kompletnie innym, a mianowicie na owym obłąkanym „ćwierkaniu” i pytaniu bez odpowiedzi: czemu oni to robią? Czemu oni uważają, że muszą tam nieustannie czuwać i zapisywać każdą swoją myśl. Mało tego. Czemu ta dziwna aktywność stała się nagle częścią naszego życia, tak jak galerie handlowe, czy codzienne debatowanie na temat zła, jakie Polsce czyni Jarosław Kaczyński lub Donald Tusk i jest w ten sposób traktowana przez popularną kulturę? Jak element nowej cywilizacji.
Jest sobotni wieczór, poseł Szejnfeld właśnie skończył oglądać mecz i zanim jeszcze poszedł się wysikać, wskoczył na Twittera i wrzucił ten idiotyzm. Bezmyślnie, bezrefleksyjnie, instynktownie, jak zwierzę. I czemu? Po co? Czy on chciał w ten sposób coś zademonstrować, coś potwierdzić, czymś nam zaimponować? A może oni tam mają taką umowę, że kto nie twittuje, to frajer? No ale znowu, skąd taka myśl?
Część z nas pewnie zauważyła, że w Salonie24 udziela się człowiek nazwiskiem Leszek Budrewicz, jak sam się przedstawia „dziennikarz, pisarz, poeta, wykładowca akademicki, działacz struktur podziemnych ‘Solidarności’, w młodości wicemistrz Polski w piłce wodnej. Laureat nagrody miesięcznika ‘Odra’ za reportaż o powodzi we Wrocławiu w 1997 roku”, i przy okazji brazylijskich mistrzostw wstawia kilkanaście notek dziennie o takiej mniej więcej treści: „Mundial; aa razie czas dla ukladu Niemcy – USA. Portugalia strzelia na razei jedna bramke fajnje Ghanie, w meczu drugim obawy: czy sie nie umowili?”, ewentualnie „Algieria do przerwy trzy strzelila – Korei. Trzy bledy w obrnie (jedjen bramkarza) i z wyrwonanego meczzu sie zrobila egzelucja...” i dalej w tym stylu; jak mówię – kilkanaście razy dziennie. Czytamy te notki, drapiemy się po głowie, kombinujemy, co to takiego się na naszych oczach wyprawia i dochodzimy do wspólnego wniosku: pijak, wariat, albo jedno i drugie. No ale w tym momencie pojawia się ktoś, kto nam mówi: „No wiesz? Jak możesz? Przecież to dziennikarz, poeta, były mistrz sportu, no a co najważniejsze, działacz i patriota! Tak się nie godzi!”
To może pamiętamy jeszcze tego doktora uniwersytetu, wybitnego specjalistę od literatury staropolskiej, od którego ludzie, widząc jak on podczas mszy rezurekcyjnej, je tę świeczkę, odsuwają się z obrzydzeniem, bojąc się, że on im poda rękę usmarowaną jakimś świństwem, albo że ich choćby dotknie. Jak mówią mi znajomi, on się przechadza po uniwersyteckich korytarzach, śpiewa operowe arie i obmacuje studentki, a ja się zastanawiam, czy on też „ćwierka”? A jeśli tak, to o czym?
No więc kiwamy ze zrozumieniem głową i wracamy do Szejnfelda, wybitnego polityka, byłego ministra, laureata wielu wyróżnień za zasługi dla Polski, i wchodzimy znów na ten Twitter, a tam: „No to mamy finał Niemcy-Holendia” i triumfalny okrzyk: „Ale was bałwany nabrałem!”
Tak, tak: „Because something is happening here and you don’t know what it is, do you, Mr Jones?”

Wszystkich serdecznie proszę o wspieranie nas pod podanym obok numerem konta. Bez tej pomocy nie będzie ani tego bloga, ani nas, ani nic. Dziekuję.

Apokalipsa 2015

Kończy się tydzień, a zatem nie zaszkodzi pewnie rzucić okiem na „Warszawską Gazetę”. Polecam.

Ponieważ spędzam upojny tydzień na wsi, pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi zobaczyć, co słychać w mainstreamie, zajrzałem więc do lokalnego marketu i od razu nadziałem się na dwa kolorowe tytuły: pierwszy z nich to oczywiście nasz tygodnik „W Sieci”, a drugi – też już podobno nasz – „Wprost”. Ponieważ jednak chciwość wydawców osiągnęła już poziom, gdzie za mniej niż 6 złotych nikt nikomu nic nie sprzeda, a wakacyjny budżet jest jak zawsze napięty, musiałem oczywiście wybierać. Tym razem dylematu nie było. Jeśli bowiem z jednej strony w ofercie jest podsłuchany przez jakiegoś Nisztora Giertych, a z drugiej aktor Rewiński, któremu skończyły się żarty, to przepraszam bardzo, ale wolę Giertycha – tu przynajmniej mam szansę na jakąś satysfakcję. I jak się okazuje na naukę.
Jak wiemy już dziś pewnie wszyscy, od kilku tygodni System, wykorzystując swoje służby, i z powodów, których do końca nie znamy, choć oczywiście możemy się domyślać, robi wszystko, by doprowadzić do upadku rząd Donalda Tuska. Walka jest ciężka, z pewnością krwawa, z dużym prawdopodobieństwem dla reżimu przegrana, jednak najwidoczniej przez te siedem lat ów nowotwór o nazwie Platforma Obywatelska wgryzł się w strukturę polskiego państwa z taką złośliwością, że naprawdę jest na co patrzeć i co podziwiać. Popatrzmy jednak na to, któż to taki, widząc, że najbardziej podstawowe narzędzia demokratyczne, takie jak choćby kartka wyborcza, zostały nam odebrane, postanowił ostatecznie nas wyręczyć. Popatrzmy na ludzi, którzy wykonują dziś za nas tę robotę. Oto tygodnik „Wprost”, pismo wydawane przez jakieś dziwne towarzystwo krążące między wschodnią Ukrainą a naszym WSI, i oto dziennikarze tacy jak Michał Majewski, Piotr Nisztor, czy sam Sylwester Latkowski. My ich oczywiście wszyscy w mniejszym lub większym stopniu znamy, ale przecież nawet gdybyśmy ich widzieli po raz pierwszy w życiu, to wystarczyłoby przyjrzeć się tym twarzom, żeby wiedzieć z kim się ma przyjemność. Przecież to są ludzie, którzy zamiast niszczyć Belkę z Giertychem, równie dobrze mogliby występować w trzeciorzędnych francuskich produkcjach w roli morderców-psychopatów.
A zatem tak właśnie wygląda ta wojna o wyzwolenie Polski spod tego strasznego nieszczęścia. To nie my. To oni ostatecznie wyprowadzą Tuska, Grasia, Kopacz i całą tę menażerię z ich gabinetów i postawią przed sądem. I tak właśnie zadziała demokracja w wersji HD. A co nam zostanie? Tego już niestety nie wiemy. Prawdopodobnie oczywiście władzę obejmie Prawo i Sprawiedliwość z premierem Jarosławem Kaczyńskim. Na jakich jednak zasadach? Z jakimi narzędziami? Na jakim poziomie niezależności? Tego nie wiemy tym bardziej.
Jedno jest pewne. Donbas wyjdzie z tego wszystkiego zdecydowanie wzmocniony, a tygodnik „Wprost” będzie już się mógł zająć wyłącznie szczuciem na Kościół, propagowaniem wszelkich zboczeń i demoralizowaniem polskiego narodu. No a bracia Karnowscy oczywiście, jako ludzie władzy, też swoją część dostaną. Nawet komik Rewiński będzie mógł wrócić do kabaretu.

Zapraszam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Jakie tam cuda! Jednocześnie proszę wszystkich, którym spodobał się powyższy tekst o wsparcie dla tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 12 lipca 2014

Charlie Haden, czyli koniec muzyki

Poproszony o to, by się podzielić refleksją związaną z życiem i twórczością Milesa Davisa, Charlie Haden wspomniał, że on akurat przez całe swoje życie z Milesem nie zamienił jednego słowa, natomiast pamięta pewne zdarzenie. Otóż swego czasu w Nowym Jorku klasyczny kwartet Ornette’a Colemana grał serię koncertów i któregoś z wieczorów, Haden, jak zwykle grając z zamkniętymi oczami, zdał sobie w pewnym momencie sprawę z tego, że trąbka, którą słyszy, to nie jest trąbka Cherry'ego. Otworzył oczy, spojrzał… i uświadomił sobie, że kiedy on zatracał się w tych dźwiękach, na scenę wszedł Miles i zaczął grać z nimi tę tak bardzo przecież dla siebie obcą muzykę. I to był jedyny kontakt, jaki on z nim kiedykolwiek miał. Bez słów, bez jednego bezpośredniego spojrzenia.
Nie wiem do końca, na czym to uczucie i te emocje dokładnie polegają, ale wszystkie największe muzyczne przeżycia, o jakich potrafię w miarę składnie opowiedzieć, związane są z projektami, w których udział brał Charlie Haden. Jeśli chodzi o Hadena, zawsze miałem tak, że gdziekolwiek widziałem jego nazwisko, natychmiast musiałem się przyjrzeć, o co tym razem może chodzić. Z Hadenem było tak, że w momencie gdy się dowiadywałem, że na którymś z albumów Archie Sheppa kontrabasistą jest właśnie on, wiedziałem, że to będzie jedna z tych lepszych płyt Sheppa. Bez sensu, ale tak właśnie miałem. Jego gra na kontrabasie robiła na mnie największe wrażenie zawsze, nawet wtedy, gdy on się udzielał w jakichś kompletnie głupkowatych, zupełnie bezsensowych projektach, typu Quartet West, czy grając duety z tym idiotą Methenym. Najczęściej odchodziłem w poczuciu kolejnego zawodu, niemniej nigdy, nawet na moment, nie straciłem przekonania, że od śmierci Scotta La Faro, na jazzowej scenie nie było kontrabasisty tak wybitnego, jak właśnie on – Charlie Haden.
Charlie Haden przez całe życie był komunistą, i to z tych absolutnie najgorszych, spod znaku Lenina, Stalina i przewodniczącego Mao. Do klasyki przeszła jego deklaracja, że „każdy pojedynczy dźwięk, jaki on wypuszcza spod swoich palców jest dedykowany Wielkiej Czerwonej Rewolucji”. A mnie to ani trochę nie przeszkadzało. A dla mnie do dziś i tak jedną z najpiękniejszych kompozycji Hadena i jednym z najwspanialszych jego wykonań jest „Chairman Mao” zagrany z Old And New Dreams.
Ornette, Jarrett, Shepp, Carla Blay, Don Cherry, Alice Coltrane – to wszystko już zawsze będzie się dla mnie łączyło wyłącznie z kontrabasem Charliego Hadena. Zmarł wczoraj, w wieku zaledwie 75 lat. Nawet odejście Milesa nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. Nawet śmierć Johna Bonhama i koniec Led Zeppelin. Od wczoraj, z mojego punktu widzenia, muzyka, nie tylko jazzowa, w pewnym sensie się skończyła.


Ucieczka z kliniki w Krainie Grzybów

Miniony tydzień spędziłem u siebie na wsi, z czego dwa dni z kuzynem (a tak naprawdę drugim bratem), który jest dla mnie prawdziwym źródłem wiedzy i inspiracji, jeśli idzie o zagadki życia i niestety również śmierci. Kuzyn mój jest wybitnym polskim ginekologiem, a jednocześnie jednym z czołowych obrońców życia poczętego. Jego pozycja zarówno w tak zwanej branży, jak i w środowiskach antyaborcyjnych, jest szeroko uznana i szanowana, poczynając lokalnie od kontaktu z pacjentkami, a w skali kraju na bezdyskusyjnie eksperckim poziomie.
Oczywiście, mając dla siebie zaledwie te dwa dni, staraliśmy się ograniczać do tak zwanego czerpania z życia, jednak oczywiście nie udało się uniknąć bieżących tematów, w tym w pewnym sensie sprawy kluczowej, a więc jednego zapłodnienia in vitro, jednej odmowy morderstwa i jednej ponurej zemsty. Odpowiedział mi mój kuzyn szereg niezwykle poruszających historii, z których jedną chciałbym tu powtórzyć.
Otóż któregoś dnia zgłosiła się do niego kobieta, a on podczas rutynowego badania wykrył u dziecka ciężką, dziś wciąż niestety nieuleczalną, chorobę serca, poinformował ją, że dziecko, jeśli nawet urodzi się żywe, żyć będzie bardzo krótko i prawdopodobnie te miesiące będą dla niego, dla niej i dla całej rodziny bardzo ciężkie. Jednocześnie, tak jak to robił już w życiu wielokrotnie, bardzo mocno, używając całej swojej wiedzy i wrażliwości, przekonywał ją, by była dzielna i urodziła. Bez rezultatu. Kobieta najpierw się kłóciła, potem dostała cholery, w końcu się obraziła i wyszła trzaskając drzwiami.
Następnym razem kuzyn mój spotkał tę kobietę po ponad dwóch latach. Przyszła do niego ponownie i opowiedziała mu swoją historię. Otóż kiedy od niego tamtego dnia wyszła, udała się prosto do Warszawy, do znanego nam dziś już wszystkim szpitala kierowanego przez słynnego doktora Romualda Dębskiego, by ten zabił jej dziecko. I proszę sobie wyobrazić, że tam, już na miejscu, po tym jak odbyła serię rozmów z pacjentkami, z aborcji zrezygnowała i postanowiła że jednak swoje dziecko urodzi. Cóż zatem takiego ona tam usłyszała? Co jej opowiedziały tamte kobiety? Jedną mianowicie rzecz: że oto w szpitalu dr Dębskiego panuje atmosfera, gdzie współczucie nie istnieje. Tam nie ma ani współczucia, ani litości, ani śladu miłości. Tam kobiety, które się zgłosiły by przerwać ciążę, traktowane są przez wszystkich, zaczynając na lekarzach, a kończąc na pielęgniarkach, jak towar. Tam króluje smutek i wieczna samotność. Nie wiem, co dokładnie one tej kobiecie opowiadały, ale ów obraz musiał być na tyle plastyczny, że ona wzięła nogi za pas i stamtąd zwyczajnie uciekła, a po kilku miesiącach urodziła dziewczynkę. Bardzo biedną i bardzo chorą.
Opowiedziała owa kobieta mojemu kuzynowi, że ona już wcześniej miała troje synów, którzy pojawienie się siostry potraktowali z największą radością i poświęceniem. A więc przez kolejne miesiące wszyscy trzej ją bezgranicznie kochali, opiekowali się nią, ale co może nie najmniej ważne, jej z pełnym oddaniem służyli. Do tego stopnia, że kiedy już była odpowiednio duża, okazało się, że to ona jest w tej rodzinie szefem. Oczywiście, wciąż będąc dzieckiem bardzo chorym, kursowała stale między domem a szpitalem, niemniej była dzieckiem bardzo szczęśliwym i, jak już wspomniałem, sprawiała, że szczęśliwy był ten dom. Tak opowiadała tę historię mojemu kuzynowi owa kobieta.
Któregoś dnia, kiedy dziewczynka miała mniej więcej półtora roku, serce jej ostatecznie nie wytrzymało i umarła. Umarła swojej mamie na rękach, przytulona do jej z kolei serca, otoczona miłością swojej rodziny, w tym owych trzech braci, którzy już wtedy świata poza nią nie widzieli. Jak relacjonuje matka, najstarszy syn do dziś mówi, że on by bardzo chciał, by jego siostra była pochowana w domowym ogródku, a nie na odległym cmentarzu.
I przyszła owa kobieta do mojego kuzyna po dwóch latach, by mu podziękować za to, że w pewnym momencie on, jako jedyny, powiedział jej, że tu tak naprawdę chodzi być może tylko o to, by móc dziecku założyć czapeczkę na głowę i je ochrzcić. Podziękować mu za to, że tak bardzo zadbał o jej córeczkę wtedy, gdy nikt inny tego zrobić nie chciał, albo nie potrafił, i jakoś tam pewnie pomógł jej zachować to życie.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jak głęboka i wzruszająca jest ta opowieść. Wiem, że tu właściwie niepotrzebne jest jakiekolwiek kolejne słowo. Nie mam wątpliwości, że w tak zwanej dyskusji nad prawną dopuszczalnością aborcji, najpierw obraz tych dzieci, owych trzech chłopców i ich siostry, a następnie ten kolejny, kiedy to dziecko umiera w objęciach swojej matki, musi stanowić argument ostateczny, ja jednak chciałbym dodać coś jeszcze, i tu niestety nie zaznamy już spokoju. Otóż mój kuzyn, człowiek, jak mówię, z pozycją w branży niepodważalną, zna ich obu osobiście: zarówno doktora Romualda Dębskiego, jak i naszego dziś bohatera – doktora Bogdana Chazana i mówi mi z uśmiechem, niemal na jednym oddechu, że Dębski to jest fantastyczny lekarz i kolega, człowiek niezwykle sympatyczny, uczynny, zawsze gotowy do tego, by służyć pomocą. Dębski to zdaniem mojego kuzyna świetny gość. W odróżnieniu od dr Chazana, którego on zna równie dobrze, i niestety czasem aż za dobrze.
Ktoś się zapewne w tym momencie na mnie oburzy i zapyta, po ciężką cholerę ja to powiedziałem? Po co, kiedy wszystko było już takie proste (i tak piękne), ja to postanowiłem jednym głupim akapitem zepsuć? Otóż ja niczego nie zepsułem. Wszystko co dotychczas się zdarzyło, zdarzyło się naprawdę. Ja ani jednego fragmentu tej historii przez to nie unieważniłem. A że mamy wszyscy w tym momencie kłopot, to dla mnie nawet lepiej. Przynajmniej nie czuję się taki samotny.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki i nie tylko. Proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...