piątek, 7 lutego 2014

Alleluja! Wykończyliśmy Owsiaka.

Z pełnym szacunkiem, muszę przyznać, że bloger Matka Kurka, nie dość, że był pierwszym blogerem, o jakim w życiu słyszałem, to był jeszcze pierwszym internetowym komentatorem, na jakiego trafiłem jeszcze zanim dowiedziałem się, że coś takiego, jak blogi w ogóle istnieje. Jeszcze zanim zacząłem prowadzić ten blog, by poczytać sobie najnowsze informacje, wchodziłem na stronę Onetu, no i tam oczywiście, siłą rzeczy, trafiałem na zamieszczone pod kolejnymi informacjami komentarze. Matka Kurka był komentatorem pierwszym, i, tak naprawdę jedynym, który robił wrażenie kogoś, kto wie, czego chce. W dodatku, jego komentarze były bardzo starannie i bardzo sprawnie napisane, a poza tym zawsze długie, o długości przeciętnych felietonów, co wciąż mi się kazało zastanawiać, skąd ten człowiek ma na to wszystko czas, i czemu on ów czas poświęca na, było nie było, zwykłe onetowe pyskówki.
Zwróciły też owe teksty moją uwagę z jeszcze jednej przyczyny. Otóż teksty Kurki, nie dość były tak pełne nienawiści do Jarosława i Lecha Kaczyńskich i tego co oni reprezentują, że nawet mnie to imponowało, to jeszcze były pisane z równie imponującą sprawnością, na każdym możliwym poziomie. A więc, w tamtych czasach, Matka Kurka to był dla mnie ktoś naprawdę specjalny.
Po pewnym czasie zacząłem prowadzić ten blog i na Matkę Kurkę trafiłem ponownie, już jako na blogera Salonu24. W tamtych czasach System był reprezentowany przez wielu drobnych internetowych publicystów, pierwszą trójkę jednak stanowili Matka Kurka, Azrael i Galopujacy Major. Dwaj ostatni jeszcze parę lat pociągnęli, natomiast Kurka, przez to, że swoją działalność w znacznym stopniu skoncentrował na zakładaniu fikcyjnych kont i konstruowaniu kolejnych prowokacji, został zmuszony do usunięcia się z Salonu24 i założenia osobnego, prywatnego już zupełnie, bloga.
Z Matką Kurka miałem jedną okazję. Otóż któregoś dnia on postanowił uruchomić blog rzekomo prowadzony przez słodką naiwną studentkę, która jest wprawdzie zwolenniczką Prawa i Sprawiedliwości, jednak bardzo ją boli, że ten PiS jest tak agresywny, i że jego zwolennicy są tak okropni. Ów blog w jednej chwili zdobył sobie ogromną popularność w Salonie24, do tego stopnia, że nawet sam Igor Janke zechciał zaszczycić go swoją obecnością i pogratulować owemu „dziecku” wrażliwości i mądrości.
Wyszło jednak tak, że ja zorientowałem się, że ten blog to prowokacja, napisałem na ten temat tekst, no i sprawa się wysypała. Potem okazało się, że za ową prowokacją stał bloger Matka Kurka, którego jedynym celem było pokazanie, jaka to hołota ci zwolennicy PiS-u, zwłaszcza ci, którzy atakują Bogu ducha winne dziecko. Sam Kurka wszystko opisał w osobnym wpisie na swoim blogu, w którym nie dość, że opublikował moje imię i nazwisko plus zdjęcie, to obrzucił zarówno mnie, jak i Prawo i Sprawiedliwość stekiem obelg.
Po 10 kwietnia 2010 roku, ni stąd ni z owąd, Matka Kurka zmienił sojusze, i postanowił – jak się okazuje, bardzo skutecznie – zyskać opinię wybitnego publicysty prawicowego. To co mnie tu akurat uderzyło, to przede wszystkim fakt, że, choć Matka Kurka o 180 stopni zmienił poglądy, to nie zmienił formy i sposobu owych poglądów prezentowania. Z mojego punktu widzenia, teksty, które dziś pisze Matka Kurka, są pisane dokładnie przez takiego – nie tego, ale takiego – samego człowieka, co przed laty, tyle że prezentują diametralnie odmienne poglądy. I z tym samym, co wtedy sukcesem.
Ja Matce Kurce nie wierzę. Uważam, że on jest nieszczery i, co gorsza, całkowicie niesamodzielny. Dlaczego? Już wyjaśniam. Otóż ja sobie nie wyobrażam, by człowiek tak głęboko błądzący, a jednocześnie tak inteligentny i publicystycznie sprawny, jak Matka Kurka z roku 2008, potrafił się aż tak zmienić, zachowując dokładnie ten sam co wtedy typ sprawności i inteligencji, co wtedy. To jest zwyczajnie niemożliwe. Ja wiem, że ludzie się zmieniają. Zmienił się choćby inny bloger, Cezary Krysztopa. Jednak Krysztopa, to przy Kurce prosty, skromny, ciężko naiwny chłopak, który, cokolwiek o nim nie mówić, zwyczajnie budzi zaufanie, jako przynajmniej ktoś szczery. Kurka nawet nie zadał sobie trudu, żeby swoją przemianę uwiarygodnić psychologicznie. A więc, powtarzam, ja mu nie wierzę.
Ale było coś jeszcze. Wszyscy pamiętamy, jak Matka Kurka w którymś ze swoich już nowych tekstów nazwał premiera Tuska i prezydenta Komorowskiego słowami „ruskie cwele”, no i to go zaprowadziło przed sąd. Ja sobie bardzo łatwo wyobrażam, co ja bym poczuł, gdybym któregoś dnia oszalał i o czy to Prezydencie, czy Premierze wypowiedział się w ten sposób, i za to zająłby się mną prokurator. Ja bym najzwyczajniej w świecie – pardon my French – posrał się ze strachu. Nie Kurka. Ten ani na moment nie stracił rezonu, a wręcz przeciwnie, niezmiennie głosił, że on się niczego nie boi, a wręcz tej rozprawy się nie może doczekać. No i się doczekał, i skończył jako bohater. Sąd uznał, że nie stało się nic.
Przepraszam bardzo, ale ja nie wierzę, żeby Matka Kurka, dziś już znany publicznie jako jakiś Wielgucki, był samotnym jeźdźcem, walczącym o wolną Polskę, z wyłącznym wsparciem swoich czytelników. To jest zwyczajnie niemożliwe. Zwyczajnie i po prostu.
A więc, kiedy dotarły do mnie wiadomości o tym, jak to Wielgucki obraził Jerzego Owsiaka i za to Owsiak podał go do sądu, nie miałem żadnych wątpliwości, że nadchodzący proces to koniec Owsiaka, a nie Wielguckiego. Kiedy dotarły do mnie informacje, że Wielgucki pozostaje równie spokojny o dzisiejszy wyrok, jak był spokojny w przypadku sprawy o brzydkie potraktowanie Prezydenta i Premiera, wiedziałem, że on nie jest sam. Kiedy wreszcie parę dni temu pojawiły się rewelacje, że sąd odrzucił wszystkie wnioski strony skarżącej, a przyjął wszystkie strony pozwanej, wiedziałem, że jest już po Owsiaku.
Dzisiejsze doniesienia o tym, że Owsiak rzuca w cholerę całą tę swoją Orkiestrę, bo nie może już znieść hejterstwa uprawianego przez blogera Matkę Kurkę, mnie, owszem, nieco zaskoczyły, jednak głównie z tego powodu, że nie spodziewałem się, że wszystko pójdzie tak szybko. Z mojego punktu widzenia, to wszystko było do przewidzenia od pewnego już czasu. Ktoś mnie teraz może poprosić o to, bym powiedział, kim jest moim zdaniem Piotr Wielgucki i jakie interesy stoją za akcją, by zakończyć ostatecznie projekt Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Na to pytanie odpowiadam z prawdziwą radością. Otóż ja tego nie wiem, i nic mnie to nie obchodzi. Jeśli będę się miał tego dowiedzieć, to się dowiem. Powiem jednak szczerze, że jest mi to doskonale obojętne.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

A teraz, drogi dzieci, nauczymy się rysować pentagram

Jak już tu kiedyś wspominałem, mam ucznia, który mieszka w Białymstoku, a więc od Katowic daleko bardzo, ale dzięki zdobyczom współczesnej techniki, możemy się regularnie spotykać za pomocą Internetu i spędzać czas miło i pożytecznie. Otóż wczoraj, podczas wspólnej – słowo „wspólnej” chciałbym tu podkreślić szczególnie mocno – nauki języka angielskiego, on mi wspomniał o tym, jak to dostał ofertę, by kupić sobie komórkowy telefon firmy Pentagram, który podobno nie dość, że jest w ogóle dobry, to dodatkowo trzyma baterię przez aż cztery dni. Ponieważ jednak przede wszystkim niezbyt mu się podobała sama nazwa, a poza tym, w ramach rutynowego sprawdzenia oferty, obejrzał sobie jakiś filmik reklamujący produkty firmy Pentagram, którego cała warstwa estetyczna oparta była na obrazkach prosto z piekła, z kupna telefonu zrezygnował.
To co mnie zainteresowało w tej historii, to akurat może nie tyle ów oczywisty satanizm promowany przez firmę Pentagram, co fakt, że ja również miałem ostatnio kontakt z ową firmą, i jeśli nawet niedobrowolny, to jak najbardziej praktyczny, i o nim właśnie dziś chciałem opowiedzieć.
Otóż ponieważ zbliżał się ku końcowi mój abonamentowy okres w Orange, zadzwoniła do mnie pani z firmy z Orange biznesowo stowarzyszonej, z propozycją przedłużenia umowy na kolejne dwa lata, za co, jeśli tylko ich propozycję przyjmę, otrzymam od nich telefon Sony Xperia Z1 za jedyne 49 złotych, plus całą kupę darmowych połączeń i esemesów. Ponieważ ja jestem już tak zepsuty, że, jeśli idzie o usługi tego typu, nie zgadzam się na nic powyżej złotówki, ostatecznie utargowałem następującą ofertę: ja przyjmuje abonament nie dwu, ale trzy letni, natomiast oni za złotówkę dają mi nie tylko ową Xperię, ale jeszcze wypasiony tablet.
Wprawdzie tablet, i mnie osobiście, jak i również mojej żonie, że już nie wspomnę o moich dzieciach, był jak psu na budę, niemniej ofertę przyjąłem i stałem się – to muszę przyznać bez awantur – bardzo szczęśliwym posiadaczem telefonu komórkowego Sony Xperia Z1. Ponieważ jednak wraz z telefonem dostaliśmy ów tablet, rzuciliśmy na niego okiem, i pierwsze co się okazało, to – macie Państwo rację – to, że mamy do czynienia z produktem firmy Pentagram. Następne, co udało nam się tam zauważyć, to to z kolei, że tablet już na drugi dzień, jak to się popularnie mówi, zdechł. Ponieważ w firmowym pudełku znajdowała się instrukcja obsługi, gwarancja, i jeszcze jakieś papiery, a informacja na gwarancji informowała, że należy wszystko w komplecie spakować i zamówić kuriera, który uszkodzony sprzęt odbierze, wszystko śmy odpowiednio skompilowali i zaczęliśmy szukać odpowiedniego adresu.
Już wkrótce okazało się, że firma Pentagram nie świadczy usług gwarancyjnych, bo tym akurat zajmuje się firma o nazwie APN Service. Żeby jednak skontaktować się z tymi ludźmi, należy odnaleźć w Internecie ich stronę, zalogować się tam, ustaliwszy wcześniej swoją osobistą nazwę i hasło, wypełnić bardzo dokładną ankietę, no i czekać na pojawienie się kuriera. Wszystko zrobiłem jak należy, kurier przyszedł, tablet odebrał, po krótkim czasie wrócił, naprawiony tablet oddał… i tym razem również, po zaledwie paru godzinach działania, tablet zdechł ponownie.
Rzecz w tym, że ja mam już prawie 60 lat, kupę najróżniejszych doświadczeń, jeszcze większą kupę codziennych zmartwień, i nie bardzo mi się chce użerać w sprawie jakiegoś tabletu, który tak naprawdę w ogóle nie jest mi potrzebny, a za który na dodatek, przynajmniej teoretycznie, nie zapłaciłem złamanego grosza. Biorąc to pod uwagę, uznałem, że się nie będę wygłupiał, i ponownie wchodził w internetowe konszachty z firmą APN Serrvice, która reprezentuje firmę Pentagram, a z których obie reprezentują firmę Orange, tylko zajdę do człowieka, który tu w okolicy naprawia laptopy i zapytam go, w czym rzecz.
I proszę sobie wyobrazić, że ów miły, ciężko i uczciwie pracujący człowiek powiedział mi po pierwsze, że on się tego tabletu nawet nie zamierza dotykać, bo to jest coś, co jest produkowane w taki sposób, żeby działało przez chwilę i do jakiejkolwiek naprawy się nie nadawało, a po drugie, żebym machnął na to całe gówno ręką, bo z niego i tak już nic nie będzie. Ponieważ też całość owej transakcji handlowej jest oparta na jakiś bardzo skomplikowanych procedurach, ja nie dostanę za niego nawet grosza. No bo, jeśli tak, to ile? Złotówkę?
I oto całość historii związanej z tabletem, który otrzymałem za dodatkowy rok abonamentu od firmy Orange. Teraz jednak przychodzi czas na refleksje, i od razu muszę zapowiedzieć, że jeśli nawet ów Szatan się tu pojawi, to w sposób bardzo, ale to bardzo dyskretny – tak dyskretny, jak to, jeśli tylko zechce, potrafi jedynie on. Otóż mamy firmę o nazwie Pentagram, której cały publiczny wizerunek, jak słyszę, oparty jest na aluzjach do Szatana, a jej działalność biznesowa sprowadza się do tego, by produkować jakieś jednoznaczne i ewidentne gówno, podpinać się z tym gównem pod promocyjne oferty firm już bardzo poważnych, i żyć długo i dobrze. Ja, przygotowując się do pisania tego tekstu, trafiłem w Sieci na informację, że firma Pentagram ma odpowiednie kontakty już nie tylko z Orange, ale również z samą „Gazetą Wyborczą”. Ona również w swoich akcjach promocyjnych korzysta z usług tej dziwnej firmy. A więc, wygląda na to, że, jeśli idzie o produkcję gówna, mamy do czynienia z prawdziwym potentatem.
W tej sytuacji, ja już mam tylko jedną refleksję, i mam nadzieję, że ją zrozumieją wszyscy. Od czasu, gdy wraz z Okrągłym Stołem, którego rocznicę akurat obchodzimy, wkroczyliśmy w czas Nowej Polski, zmieniło się naprawdę wiele.
Oprócz tej refleksji, mam jeden żart, i tu, jak znam życie, może być różnie. Otóż mam propozycję, zarówno do francuskiej firmy Orange, jak i do polskiej firmy Agora. Jak powszechnie wiadomo, uczę angielskiego, i przędę jak przędę. Proponuję więc obu taki deal. Spróbujcie sprzedawać swoje produkty, obiecując, że za jakieś tam wyrzeczenia, każdy chętny otrzyma darmowy kurs języka angielskiego. Wy mi za te lekcje zapłacicie, a kiedy już oni wszyscy do mnie przyjdą, i ja im powiem, żeby spierdalali, bo jestem zajęty, może się zrobić pewien smród, jednak jestem pewien, że wszyscy Państwo sobie znakomicie poradzicie. W końcu, nie z takimi problemami mieliście do czynienia.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

czwartek, 6 lutego 2014

Terlikowski atakuje

Swego czasu, po tym jak dowiedzieliśmy się, że w nowopowstałym tygodniku polskiej prawicy o nazwie „Wprost przeciwnie” – inna sprawa, że upadłym zanim jeszcze zdążył na dobre powstać – zatrudnił się Tomasz Terlikowski, napisałem na jego temat pewien tekst. Chodziło o dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że Terlikowski napisał do pierwszego numeru tego czegoś tekst pod tytułem "Kościół Tuska kontra Kościół Kaczyńskiego”, a redakcja tego dziwnego pisma postanowiła zilustrować ów tekst okładką ze zdjęciem Kaczyńskiego i Tuska, przebranych za biskupów, i udzielających sobie nawzajem komunii, co w odpowiednich środowiskach spowodowało tak duży szok, że cały interes w jednej chwili padł. Drugi powód, dla którego zająłem się Terlikowskim, to ten, że on, jakby tego było mało, również zgodził się na to by pisać dla owego „Wprost przeciwnie” stały felieton, pod tytułem „Z pamiętnika katolickiego taliba”, czy jakoś tak – nieważne.
Napisałem tamten tekst, sprawę zakończyłem, jednak Terlikowski nie dość, że pozostał, to jeszcze się rozpanoszył, jak nigdy dotąd. Dziś można odnieść wrażenie, że on jest wszędzie, a jego jedynym zadaniem jest pojawianie się na gwizdek ze strony Systemu i wygłaszanie opinii, które dla każdego przytomnie myślącego człowieka i katolika stanowią oczywistą oczywistość, ale z punktu widzenia Systemu właśnie tworzą doskonały pretekst do tego, by wszcząć kolejną awanturę. Wygląda na to, że Tomasz Terlikowski nadaje się do tej roboty, jak nikt inny. I ma nazwisko, i pewną popularność, również pewną pozycję w środowisku, no i oczywiście tak zwane „gadane”, więc można go wypuścić w każdym momencie, a on już zrobi resztę.
Na czym polega rola Terlikowskiego? Sprowadzając rzecz do karykatury, on się nadaje wyłącznie do tego, by pojawić się w którymś z głównych reżimowych mediów i powiedzieć na przykład, że homoseksualizm to grzech, i na tym koniec. W tym momencie, ludzie porządni i świadomi kwestii podstawowych, nie dowiadują się niczego nowego, natomiast ze wszystkich stron rusza propagandowa kampania wymierzona przeciwko już nie tyle Terlikowskiemu, co przeciwko Kościołowi i owym ludziom wierzącym, gdzie już nawet oryginalny temat się nie pojawia, ale jest natomiast bardzo dużo powodów, by tylko szydzić, szydzić i szydzić.
Bardzo niedawno przeczytałem na Onecie, że jacyś naukowcy za granicą odkryli, że mózg kobiety i mężczyzny się jednak różnią. Mnie oczywiście informacja ta w najmniejszym stopniu nie zainteresowała, choćby z tego względu, że aby to wiedzieć, ja nie muszę czytać Onetu; wystarczy, że każdego dnia mam przy sobie trzy kobiety i zachowuję podstawową przytomność umysłu. Wygląda też na to, że owa informacja nie zainteresowała tęż nikogo więcej, bo temat zszedł z tapety, i został zastąpiony przez coś nowego.
Tak się jednak stało, że szefostwo Onetu uznało, że szkoda tak fajny temat tak zostawić i o pomoc zwróciło się do samego Tomasza Terlikowskiego. Okazuje się bowiem, że kiedy on coś takiego wygłosi, owa – normalnie tak trywialnie nieciekawa – opinia natychmiast nabiera znaczenia szczególnego, i można się wtedy skutecznie ponabijać z „katoli”.
Teraz znowu, ten sam Terlikowski napisał przedstawił tekst, w którym poinformował nas wszystkich, że wedle badań naukowych dziecko poczęte jest człowiekiem. I znów, my to oczywiście wszyscy wiemy, ale Systemowi to nie wystarczy. Chodzi o to, by coś takiego powiedział Terlikowski. Dopiero wtedy jest o czym pogadać. W reakcji więc na tekst Terlikowskiego, wystąpił znany bloger Salonu24 Józef Moneta i opowiedział historię o tym, jak to w Ameryce pewna kobieta zaszła w ciążę i krótko potem, kiedy się okazało się, że ma bliźniaki, zachorowała i umarła. Ponieważ szpital, w którym ona zmarła, ani nie potrafił jej uratować, ani nie podjął nawet próby ratowania tych dzieci, one zmarły również. I oto Józef Moneta strasznie szydzi z tego, że ojciec tych dzieci postanowił zasądzić dla szpitala ciężkie odszkodowanie z powodu śmierci jego dzieci, twierdząc, że one, kiedy zmarły, były ludźmi, podczas gdy szpital – no i oczywiście każdy normalny człowiek – uważa, że nie. W ogóle tekst blogera Józefa Monety utrzymany jest w mocno prześmiewnym tonie, bo to, panie, tu jakieś embriony, tam jakiś obłąkany i pazerny pewnie ojciec, a tu jeszcze ten Terlikowski, który coś bredzi na temat życia.
A ja zaczynam już bardzo mocno podejrzewać, że ten Terlikowski jednak nie jest głupi. To jest zwyczajnie niemożliwe. Tam musi być jakiś plan. Tego typu rzeczy nie dzieją się w naturze. W związku z tym, bardzo serdecznie zachęcam wszystkich, byśmy mieli oko i na niego i na tę całą „Frondę”, która mu służy, jako narzędzie pracy. Pracy w sposób jednoznaczny zleconej.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Proszę Pani! Finiszujemy

Hurrrra! Jesteśmy naprawdę mocni! Dzięki naszym esemesom, nasza wspaniała nauczycielka i jej blog najpierw awansował na 16 pozycję, a od wczoraj, również, po wkroczeniu do akcji wczoraj po południu naszego kolegi Coryllusa, Nasza Pani jest już na 5 miejscu. Wbrew pozorom, to jednak wciąż nie jest nic bardzo pewnego. Pamiętam, jak w 2008, kiedy sam startowałem ze swoim blogiem w konkursie Onetu, w ciągu ostatniej doby, po akcji przeprowadzonej przez korwinowców, pod batutą Stanisława Michalkiewicza, przesunąłem się z drugiego miejsca na siódme. Dziękuje za dotychczasowy, i bardzo proszę o zdwojony wysiłek. Dziękuję.
Przypominam: Żeby zagłosować, nie trzeba wiele: wystarczy za jedyne 1,23 zł. wysłać SMS-a o treści B00131 na numer 7122. Zwracam tylko uwagę, że w numerze bloga znak "0" to cyfra zero. Trzeba też pamiętać, aby nie wstawiać w treść SMS-a spacji!
Mamy jeszcze tylko 2 i pół godziny.

środa, 5 lutego 2014

Proszę Pani - już prawie meta

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy odpowiedzieli na mój apel o poparcie bloga ProszęPani, o szkole i uczeniu. Od wczoraj awansowaliśmy na 16 miejsce, niemniej, aby trafić do półfinału, musimy jeszcze przegonić sześć innych blogów, między innymi blog doradców podatkowych, blog o pozycjonowaniu stron w Internecie, blog kołczów i trenerów, blog na temat handlu nieruchomościami, blog nieprzyjaciół firmy Apple, a nawet blog który „zamieszcza informacje o nowościach i promocjach, porady ekspertów, promuje ciekawe inicjatywy, prezentuje inspirujących”.
A więc, jak widzimy, może być ciężko. W końcu, kogo obchodzi jakaś głupia podstawówka i te dzieci, które się tam bez sensu kręcą, prawda?
Niemniej jednak, proszę o dodatkowy wysiłek, również wśród znajomych.Na moje oko, wystarczy jakieś sto głosów i jesteśmy w domu.
Przypominam: Żeby zagłosować, nie trzeba wiele: wystarczy za jedyne 1,23 zł. wysłać SMS-a o treści B00131 na numer 7122. Zwracam tylko uwagę, że w numerze bloga znak "0" to cyfra zero. Trzeba też pamiętać, aby nie wstawiać w treść SMS-a spacji!
Głosowanie niestety trwa już tylko zaledwie do czwartku, a więc do 6 lutego do godziny 12:00. Czasu więc bardzo mało.

wtorek, 4 lutego 2014

Proszę pani, czyli przygoda

Jak może niektórzy z nas zauważyli, na moim blogu www.toyah.pl, od dłuższego czasu jest link do bloga pewnej nauczycielki, który, kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, zrobił na mnie takie wrażenie, że moją pierwszą myślą, było: „Jaka szkoda, że ja tak nie potrafię. I to niekonieczenie nie potrafię pisać – choć to też – ale tak czuć, tak myśleć i tak być.
I oto, okazuje się, że nasza nauczycielka wystartowała w tym roku w konkursie Onetu o tytuł Blogu Roku 2103. W związku z tym, zachęcam wszystkich do głosowania na blog proszepani.blogspot.com.
Żeby zagłosować, nie trzeba wiele: wystarczy za jedyne 1,23 zł. wysłać SMS-a o treści B00131 na numer 7122. Zwracam tylko uwagę, że w numerze bloga znak "0" to cyfra zero. Trzeba też pamiętać, aby nie wstawiać w treść SMS-a spacji!
Głosowanie niestety trwa już tylko zaledwie do czwartku, a więc do 6 lutego do godziny 12:00. Musimy więc się bardzo spieszyć. W związku z tym, przepraszam wszystkich, którzy czekają na kolejny tekst, ale w tej sytuacji, do czwartku do 12.00 zostajemy tylko z tym apelem.
I niczym więcej. A ja w tym czasie zajmę się może pisaniem książki o języku. Jedną czwartą już mamy.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Weselmy się i radujmy! Niemcy sprzedają taniej.

Jak mogłoby być powszechnie wiadomo, ale z całą pewnością nie jest, jeśli idzie o produkcję i sprzedaż energii elektrycznej w Polsce, a więc dostarczanie prądu do mieszkań i wszędzie, gdzie on jest używany ów interes kontrolowany jest przez cztery potężne firmy, które podzieliły sobie kraj na cztery, mniej więcej równe, części. Polska północno-zachodnia obsługiwana jest przez dwie wielkie firmy: Enea i Energa, Polska wschodnia i centralna przez Polską Grupę Energetyczna, południe natomiast, od Wrocławia po Tarnów, przez Tauron.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że, obok owych czterech gigantów, działa sobie też niemiecki koncern o nazwie RWE, którego ambicje dotychczas nie sięgały poza granice Warszawy, i to nie Warszawy, jako całego rejonu, ale wyłącznie miasta z najbliższymi przyległościami, takimi jak Piaseczno, Zielonka, czy Sulejówek. Już taki choćby Grodzisk Mazowiecki, czy Wołomin, płacą Polskiej Grupie Energetycznej, i RWE ich, podobnie zresztą, jak całej Polski, w ogóle nie dotyczy.
Ja wiem, że kiedy się to opowiada, sprawa nie robi może takiego wrażenia, ale proszę sobie wyobrazić mapę Polski, podzieloną na cztery wielkie obszary, gdzie nagle, w samym środku jednego z nich mamy małą różową plamkę, i to jest Warszawa, i okazuje się, że, właśnie jeśli chodzi o Warszawę, to tam nie dotarł ani Tauron, ani Enea, ani Energa, ani cała ta Polska Grupa Energetyczna, bo Warszawę mają Niemcy z RWE. I daję słowo, że kiedy to zobaczyłem, dreszcz mi przeszedł po plecach.
Ponieważ na pewien czas, moje obowiązki zawodowe rzuciły mnie w okolice związane z energetyką, i to okolice tego choćby rodzaju, że miałem tam właśnie miałem okazję widzieć zobaczyć wyżej opisaną mapę, i z osobami odpowiednio kompetentnymi udało mi się troszkę porozmawiać na temat tego przedziwnego RWE. Przy pierwszej więc okazji, zapytałem jednego z moich uczniów, jak to jest, że tu nie nastąpiło coś, co wydaje się stanowić wręcz standard w tak zwanej gospodarce rynkowej, zwłaszcza gdy chodzi nie o symbole, ale o realne pieniądze: przychodzi duży, bierze małego za kark, i małego w jednej chwili nie ma. Przecież tu by wystarczył jeden szybki ruch i do widzenia się z państwem. A tu tymczasem mamy tę potężną PGE z prawej, Eneę z Energą z góry i z boku, a stolica jak gdyby nigdy nic sobie sama przysłowiową rzepkę skrobie.
Odpowiedział mi uczeń, że, owszem, oni by bardzo chcieli tę Warszawę mieć dla siebie, choćby po to, żeby ta mapa tak głupio nie wyglądała, ale się nie da. Były podejmowane najróżniejsze próby, i każda z nich odbijała się od RWE, jak piłka od ściany. RWE ma Warszawę i to im wystarczy. Zwłaszcza że oni wcale nie są tacy mali. To jest wielka niemiecka firma, i oni swoje interesy prowadzą w skali o wiele szerszej, niż wyznaczanej przez szosę prowadzącą od Legionowa do Piaseczna. Dalej już nie rozmawialiśmy, bo i ja wiedziałem, że niczego się nie dowiem, a on sam, na moje pytanie, dlaczego, odpowiedział krótko „Polityka, panie Krzysztofie. Polityka”.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że kiedy ja już tylko czekałem aż coś się jednak stanie i Warszawa zostanie odbita, do naszych drzwi zapukał bardzo miły człowiek z zawieszonym na szyi identyfikatorem z nazwiskiem i zdjęciem, przedstawił się, że on jest z firmy energetycznej RWE i ma dla nas niezwykle interesującą ofertę. Otóż oni właśnie podpisali z polskim rządem umowę, która im pozwala przejmować od innych firm sprzedaż energii, a ponieważ oni dają cenę niższą, mają nadzieję, że niedługo przejmą całą sprzedaż, innym pozostawiając produkcję i ewentualnie remonty sieci.
Jak się pewnie domyślamy, ja nie mogłem go nie zapytać, jak to się stało, że RWE, które dotychczas obstawiało tylko Warszawę, i robiło wrażenie kogoś, kto raczej powinien dbać o to, by go polscy partnerzy nie wystrzelili w kosmos, nagle próbuje, i to najwyraźniej całkiem skutecznie, przejmować całą sprzedaż. No ale tu też się niewiele dowiedziałem, poza tym, że oni – co już wspomniałem – właśnie podpisali tę umowę z rządem i mogą działać, jak działają.
Stało się jednak coś jeszcze. Otóż jego bardzo zainteresowało, skąd ja znam tę mapę. Z tego bowiem, co on wie, ta mapa nie jest jakoś szczególnie szeroko publikowana. Powiedziałem mu więc, zgodnie z prawdą, że to przy okazji tych lekcji ją zauważyłem, no a on się bardzo ucieszył i powiedział mi, że jego dziewczyna dostała pracę, jako specjalistka od zaparzania kawy i takich tam, w pewnym, mieszczącym się akurat w Katowicach, klubie, który nie ma ani adresu, ani szyldu, ani oficjalnej nazwy, ale za to o wyjątkowej, z uwagi na towarzystwo, które się tam spotyka, pozycji. Tam się dużo mówi po angielsku, no i ona ostatnio szuka jakichś dobrych lekcji.
Ponieważ ja temu RWE podałem swój numer telefonu, to niewykluczone, że jeszcze się czegoś ciekawego dowiem, a ja nie omieszkam o tym poinformować czytelników tego bloga. W końcu, z kim mam o tym gadać? Z kolegami z katowickiego oddziału Prawa i Sprawiedliwości?

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...