poniedziałek, 7 października 2013

Pierdzące gluty, czyli o tryumfie idei liberalnej

Kiedy poznałem moją żonę i się w sobie zakochaliśmy, ja od niej właściwie nie oczekiwałem niczego, poza tym, by była taka jak już i tak jest, natomiast ona ode mnie chciała dwóch rzeczy: pierwsza to ta, bym przestał pić kawę z cukrem, a druga, bym jej obiecał, że będą ją regularnie woził w Tatry. Ponieważ uważałem, że gra jest warta świeczki, natychmiast przestałem słodzić kawę, a co do Tatr, to jej złożyłem uroczystą obietnicę, że owszem, Tatry ma jak w banku. Niestety, po paru pierwszych – a może już zaledwie po pierwszym – razie, jakoś nam te góry przestały wychodzić, no i, o ile sobie potrafię przypomnieć, do Zakopanego wybraliśmy się wspólnie chyba tylko raz, kiedy dzieci były jeszcze bardzo małe.
Jak idzie już tylko o mnie, ostatni raz w Zakopanem byłem jakieś dziesięć lat temu, przy okazji szkolnej wycieczki, no i to wszystko. Ponieważ jednak, jak wspomniałem pod poprzednią notką, żona moja obchodziła właśnie swoje mocno okrągłe urodziny, pomyślałem, że zrobię jej taki oto prezent, że gdzieś w Kościelisku wynajmę dla nas pokój na jedną dobę, i ona tam sobie będzie mogła popatrzeć na góry, no i trochę pochodzić po dolinach.
Pokój był fantastyczny, pogoda jeszcze lepsza, widok idealny prosto na Czerwone Wierchy, na chałupie, w której mieszkaliśmy, powiewała biało-czerwona flaga, a właściciel nas od razu przestrzegł, że jeśli ktoś przy nim o Polsce mówi „ten kraj”, to on go odsyła do miasta z powodu braku miejsc. A więc wszystko, jak to się kiedyś mówiło, było tip-top. Minęła sobota, wypiliśmy urodzinowe wino, poszliśmy spać, a w niedzielę rano spakowaliśmy się, i pojechaliśmy do Zakopanego, żeby stamtąd udać się do Kuźnic, a z Kuźnic pod górę najpierw do kościoła na mszę, no i jeszcze trochę wyżej, by przez chwilę chociaż, rzucić okiem na okolicę. No i w końcu zeszliśmy z powrotem do Zakopanego.
Jak już wspomniałem wcześniej, w Zakopanem ostatni raz byłem jakieś dziesięć lat temu, i już wtedy wiedziałem, że to jest miejsce, od którego trzeba się trzymać jak najdalej. Dziś jest znacznie, znacznie gorzej. A więc mamy dokładnie to samo, co wówczas, z tą różnicą, że dziesięć razy bardziej, natomiast to co nowe, to już tylko owo dojmujące wrażenie, że miasto zostało opanowane przez tak zwaną „prywatną inicjatywę”, tyle że już nawet nie w wydaniu peerelowskim, ale w stricte afrykańskim.
Co mam na myśli, mówiąc o „prywatnej inicjatywie”? Otóż tam wszystko, jak idzie o usługi, działa od początku do końca, a więc mamy sklepy, knajpy, transport, noclegi, turystyka, tyle że ma się przy tym nieustanne wrażenie, że zamiast państwa, które to wszystko organizuje od strony, że tak powiem, wizualnej, nad całością czuwa czy to jeden człowiek, czy grupa ludzi, którzy reprezentują wszystko, tylko nie miasto Zakopane. Tu się odnosi wrażenie, jakby miasto Zakopane, to był czyjś prywatny biznes, o który ten ktoś troszczy się tak jak o biznes, a więc z takim nastawieniem, by z niego wyciągnąć, ile się da, po jak najmniejszych kosztach.
Ja nie bardzo jestem w stanie znaleźć słowa dla opisania tego, co tworzy panoramę miasta. Oczywiście, mamy ten straszny, kompletnie zapuszczony dworzec PKP, mamy tłum tych kobiet z kartkami z wybazgranym słowem „pokoje”, mamy ten tłum busów z kierowcami, nawołującymi turystów do korzystania z transportu, czy to do Doliny Chochołowskiej, czy do Kuźnic, czy gdziekolwiek w okolicy, gdzie po wykupieniu biletu za 4 złote, możemy pójść w góry, mamy wreszcie te Krupówki, które już w tej chwili nie różnią się niczym od centrum Władysławowa, czy sopockiego Monciaka. Te jakieś budy z kinem „7D”, gdzie można nie tylko obejrzeć film, ale jeszcze poczuć prawdziwy smród, potrząść się na fotelu, a może i dostać czymś w łeb. Te stragany, gdzie możemy sobie kupić albo pluszaki-poduszki, albo zabawkę pod nazwą „Pierdzące gluty”. Jest tam też ów opuszczony, ledwo trzymający się kupy, z powybijanymi szybami, piękny góralski dom, a nieco dalej kwitnącą budę z tureckim kebabem. No i mamy też te wyprodukowane domowym sumptem plakaty rozwieszone gdzie tylko się da, oskarżające czy to jakiegoś lokalnego władcę, czy aż Unię Europejską o rozkradanie Podhala. Mieliśmy też okazję, jeszcze znacznie wcześniej, obejrzeć sobie dokładnie ów zgiełk jakichś najbardziej egzotycznych przydrożnych reklam, nawtykanych niemal jedna na drugiej, i wywalonych na całej trasie od Krakowa do Zakopanego, które nie mówią nic nikomu, ale za to sprawiają, że cały ten odcinek, wygląda jak handlowa oferta skierowana albo do producentów żwiru, albo do klientów burdeli.
To wszystko robi oczywiście wrażenie, ale osobiście nie znajduję sposobu, by to wszystko jakoś w miarę krótko i celnie opisać słowem. Jak sięgam pamięcią, Zakopane zawsze miało ambicję stać się poważnym europejskim ośrodkiem turystycznym, takim jak podobne, gdzieś we Włoszech, czy w Szwajcarii. Z tego, co zdążyłem zauważyć, jedynym śladem owej wymarzonej Europy, jest bardzo porządny kibel na dworcu, czysty i błyszczący, prowadzony przez nie wiem kogo, bo nie udało mi się zidentyfikować języka, którym ci ludzie się posługują.
Ktoś się spyta, po jasna cholerę myśmy się zapuścili na te Krupówki. Otóż powód był jeden. Żona moja, mając na uwadze nasze dzieci, które zostawiliśmy w domu, by zajmowały się psem, postanowiła przywieźć im jakieś pamiątki. Przeszliśmy więc całą tę ulicę od góry do dołu, i wszędzie widzieliśmy albo góralskie skarpetki, albo ciupagi, albo te pluszaki-poduszki, no i „pierdzące gluty”. Myślę wciąż o tych glutach i mam bardzo mocne przekonanie, że tu właśnie można znaleźć owe piętnaście mocnych słów, które opiszą problem. Niestety, poza tymi dwoma, nie jestem w stanie wymyślić nic.

Dziękuję za wszystkie dotychczasowe gesty i proszę nie odchodzić.

sobota, 5 października 2013

Zabić Gila

No i kiedy wydawało się, że kłamstwo ostatecznie i nieodwołanie tryumfuje, wszystko się popruło, i z tak starannie szytej intrygi nie została nawet jedna nitka. Portal TVN24, a jak się domyślam, również telewizja, opublikował wiadomość, że oto w komputerze księdza Gila znaleziono materiały pornograficzne o tak niewyobrażalnej drastyczności, i w tak niewyobrażalnych ilościach, że prawdopodobnie mamy do czynienia z rekordem świata. Czytamy te rewelacje, a tymczasem ksiądz Gil siedzi w swojej wiosce u rodziców i powtarza, że jest całkowicie niewinny, a wszystkie medialne doniesienia to wynik ciężkiej i okrutnej prowokacji.
Dlaczego uważam, że dzisiejszy tekst w TVN24 to gwóźdź do trumny tego niebywałego przekazu? Otóż po raz nie wiadomo który, wszystko się zaczyna i kończy na starej, sprawdzonej zasadzie: Co za dużo, to niezdrowo. Ja rozumiem, że przychodzi jakieś biedne dominikańskie dziecko i mówi, że ksiądz Gil je obmacywał za cukierki, a potem w komputerze księdza śledczy znajdują dziesięć, sto, niech będzie i pięćset zdjęć rozebranych małych chłopców. Ja bym to przyjął. Zdarza się. Nawet wśród księży. Nawet wśród nauczycieli. Co ja mówię nauczycieli? Nawet wśród ministrów rządu i sędziów. Natomiast, kiedy ja czytam o tych 86 tysiącach zdjęć, o tym nielegalnym pistolecie, o tych jakiś prochach, które znaleziono u niego na plebanii, to… przepraszam bardzo, ale ja mam już prawie 60 lat i mnie nie można robić w durnia ot tak sobie.
Jest sobie ten ksiądz na dalekiej Dominikanie, od wielu lat gwałci te dzieci, grozi im bronią, terroryzuje całą okolicę, w pewnym momencie wyjeżdża na wakacje do Polski, i nagle po miesiącu okazuje się, że któreś z tych umęczonych przez niego dzieci idzie na policję i wszystko ujawnia. A cóż takiego się stało, że po tylu latach ta zmowa milczenia została przerwana? To tylu lat trzeba było, żeby specjaliści od pornografii dziecięcej wpadli na te 86 tysięcy zdjęć w komputerze jednego księdza? 86 tysięcy??? Jak w ogóle można być tak bezczelnym?
Oglądam fragment rozmowy z księdzem Gilem dla TVP. Dziennikarz po raz dziesiąty patrzy księdzu prosto w oczy i po raz dziesiąty zadaje to samo pytanie: „Czy ksiądz molestował te dzieci?” Na to ksiądz – również po raz dziesiąty – odpowiada: „Nie”. I następuje znacząca cisza, podczas której dziennikarz przebija księdza swoim dziennikarskim okiem, a my już wiemy wszystko. Molestował, pieprzony klecha.
86 tysięcy wstrząsających, najbardziej brutalnych zdjęć z dziecięcą pornografią. Jestem pod wrażeniem. Ta Dominikana to musi być fantastyczne miejsce. Mam nadzieję, że ksiądz Gil tam już w życiu nie postawi swojej stopy. Natomiast tych wszystkich tak zwanych dziennikarzy, którzy wzięli w tym udział gorąco zachęcam. Tam są z całą pewnością też małe dziewczynki. Zróbcie sobie wakacje. Mogą się wam spodobać. Zasłużyliście sobie.

Żona moja ma dziś okrągłe urodziny, i z tej okazji postanowiłem ją wywieźć na weekend w góry, żeby sobie pooddychała. Z tego też względu, mogą nastąpić drobne zakłócenia w komentowaniu. Proszę się nie gniewać, no i o nas, jak zawsze pamiętać. Dziękuję.

piątek, 4 października 2013

Precz z Gronkiewicz, czyli o niekulturalnym kłamstwie

Zbliża się warszawskie referendum, i ja oczywiście mam szczerą nadzieję, że ta dziwna kobieta dostanie baty, które może wreszcie zetrą jej z twarzy ten idiotyczny uśmiech. Natomiast – co dla części z nas nie powinno stanowić jakiegoś zaskoczenia – bardzo mi się nie podoba sposób, w jaki wokół tego referendum chodzą i jedni i drudzy. Proszę zwrócić uwagę: mi nawet do głowy nie przyjdzie, żeby ekscytować się tym referendum, bo uważam, że demokracja to jest wspaniała rzecz, albo że moim zdaniem następny prezydent Warszawy będzie od Waltz dużo lepszy. Ja, jeśli tak czekam na to lanie, to wyłącznie z powodu, który znakomicie niedawno wyłuszczył Michał Kamiński. Chodzi mi mianowicie o to, by się móc w ów poniedziałkowy poranek cieszyć wraz z Macierewiczem i Rydzykiem. No i przynajmniej raz ujrzeć te znikające zęby prezydent Waltz, a przy okazji pot na czole Michała Kamińskiego.
I uważam, że to nie są tylko moje emocje. Z punktu widzenia czystej praktyki sprawa jest jasna: jednym chodzi o to, by usunąć Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska prezydenta, albo przez to, że ona zachowuje się tak, że jej się zwyczajnie nie da lubić, albo ze względów czysto politycznych: chodzi o to, by Platforma dostała po nosie, a usunięcie Waltz będzie tu bardzo skutecznym argumentem. Drugim natomiast chodzi o coś odwrotnego. Gronkiewicz trzeba obronić, nie dlatego, że przecież każdy widzi, że Warszawa nam kwitnie – bo to że nie kwitnie wie każdy – ale przez to, że albo z niej, na ów mocno perwersyjny sposób, jest w porządku babka, albo – i tu przede wszystkim – chodzi o to, żeby utrzeć nosa PiS-owi.
A zatem, sprawa jest idealnie przejrzysta, i jedyne co można w tej sytuacji zrobić, jak idzie o udział w tym referendum, to postępować w zgodzie ze swoim własnym interesem. A więc zwolennicy status quo mają siedzieć w domu, natomiast ci, co już nie mogą na Gronkiewicz patrzeć, mają pójść i ją usunąć.
Parę dni temu grupa reżimowych celebrytów wydała wspólną deklarację, w której wzywają do zbojkotowania referendum. Nie piszą oni jednak, że Waltz jest fantastyczną panią prezydent, nie sugerują, że ona jest bardzo miłą i porządną kobietą, ani też nie przyznają, że chodzi przede wszystkim o to, by dokopać PiS-owi. Oni oświadczają, że ich aktywność jest wyłącznie skutkiem przekonania, że referendum jest bez sensu. Oni nawet przyznają, że wśród nich są tacy, co nawet nie do końca popierają politykę Waltz, ale skoro przecież w przyszłym roku i tak mamy wybory, to po jakie licho tej pięknej jesieni się tak angażować?
Ale druga strona działa wręcz identycznie, a więc niemal staje na głowie, by nie przyznać tego co oczywiste, lecz tylko kłamać, kłamać, kłamać. Zabrał więc głos prof. Gliński, oznajmiając, że tu wcale nie chodzi o najprostszy rodzaj politycznej zemsty, czy choćby kalkulacji, ale o demokrację i prawo obywateli do osobistej ekspresji. I że kto tego nie chce uszanować – ten powinien się wstydzić. On już w tej swojej obłudzie posunął się do tego, że nagle wyciągnął Tuskowi jakiś przepis z Kodeksu Karnego, gdzie jest napisane, że nie wolno wywierać okołowyborczych nacisków na ludzi nam podległych. Tak jak by Tusk w jakikolwiek sposób zastraszał idących na referendum warszawiaków.
Przepraszam bardzo, ale ja tego uszanować nie potrafię. Bo ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że akcja na rzecz usunięcia Gronkiewicz-Waltz z Ratusza, to akcja w sposób jednoznaczny polityczna. Oparta na wielu różnie definiowanych interesach, ale polityczna. Co więcej, ja jestem przekonany, że tak jest właśnie dobrze, i że na tym akurat polityka od zawsze polegała: by walić w łeb wroga, i patrzeć, czy jeszcze dyszy. Tymczasem tu, jedni przychodzą i mówią: „Jesteśmy ludźmi, którzy, owszem, widzą szereg niedociągnięć ze strony władz miasta Warszawy, ale to referendum jest bez sensu”, a drudzy stają z jasnymi czołami i mówią: „Chodzi o wielką Warszawę”.
Otóż możliwe, że na poziomie ściśle organizacyjnym, tam jakieś plany istnieją. Natomiast jak idzie o ludzi, którzy albo pójdą odwoływać Waltz, albo będą siedzieć w domu, modląc się, by zawiodła frekwencja, im nie chodzi ani o jakiś ukryty czy jawny sens naszych działań, ani też o wielką Warszawę, lecz, z jednej strony, o to, że jedni nie lubią Waltz, a drudzy nie lubią Kaczyńskiego. I ja bym wolał, żeby i jedni i drudzy się tu zwyczajnie zdeklarowali, i przestali kręcić. Tak już na marginesie, uważam, że szczere postawienie sprawy tylko pomoże zwolennikom zmian.
W takich sytuacjach, przepraszam bardzo, ale ja czuję, że ostatnim prawdziwym politykiem jest Stefan Niesiołowski. Ten się w ogóle nie certoli, tylko wali ostro i prosto w ryj. Niesiołowskiemu ani w głowie zacząć coś tłumaczyć, że ten jest zły, a ten dobry, a my chcemy tylko, żeby było lepiej. On staje na mównicy i ogłasza, że tego Kaczyńskiego trzeba otruć, bo to pasożyt i szkodnik. A ja, jeśli uważam, że Niesiołowskiemu przydałoby się jakieś ciężkie doświadczenie, które go przywróci do stanu psychicznej równowagi, to wcale nie dlatego, że on używa brzydkiego języka, jest chamem, nienawistnikiem i ogólnie rzecz biorąc człowiekiem niekulturalnym. Ja, jeśli spojrzeć na mnie pod pewnym kątem, również używam brzydkiego języka, jestem chamem, nienawistnikiem i człowiekiem niekulturalnym, tyle że nie uważam tego za problem. Niesiołowski to ktoś, kto życzy nam wszystkim gwałtownej i bolesnej śmierci, i choć ja doskonale wiem, że to jego życzenie wynika trochę z jego obłędu, a trochę ze strachu, mam do tego, jak on się w tym wszystkim porusza, szacunek. Może nie szacunek szczególnie duży, ale z pewnością większy niż do jakiegoś Kraśki czy Wołka, którzy są bardzo kulturalni i oddani wartościom demokratycznym, ale i tak, w momencie gdy tylko spuszczę z nich oko, wbiją mi nóż pod żebro. Dlaczego? Bo mnie nie lubią, a nie lubią mnie wcale nie dlatego, że ja nie lubię demokracji.
A po co w ogóle piszę ten tekst? Po to mianowicie, aby zaapelować do tych z nas, którzy wiedzą, że zło trzeba tępić, i to tępić bezlitośnie i w samym zarodku, ale z jakiegoś powodu nie chcą, by ktoś pomyślał, że są tacy nieeleganccy. Machnijmy na ten fałsz ręką, bo on – jak każdy fałsz – jest zły. A już z pewnością gorszy od braku kultury, czy brzydkich słów. Oczywiście, lepiej jest mówić ładnie i się grzecznie uśmiechać, jednak nic tak nie wkurwia, jak ordynarne kłamstwo.

Jeśli komuś spodobał się powyższy tekst, lub jakieś inny na tym blogu, bardzo proszę o wspieranie nas pod podanym obok numerem konta. Jak na dziś, to jest podstawowa gwarancja naszego przeżycia. Dziękuję.

czwartek, 3 października 2013

To żyje

Pamiętam, jak jeszcze za starej komuny, pojechałem z moim wujkiem na polowanie. Wujek był lekarzem – wybitnym bardzo zresztą – a przede wszystkim niezwykle dobrym, uczciwym i porządnym człowiekiem. Wspominałem tu zresztą o nim przy okazji apelu o to, by z terenów dawnej Rzeszy wysiedlić całą ludność wraz ze zwierzętami, a na tym, co po nich zostanie, posadzić kartofle.
Otóż mój wujek, poza tym że pomagał ludziom, a przede wszystkim kobietom, był też zapalonym myśliwym, no i stąd pomysł, by któregos dnia zabrać mnie na polowanie. Jechaliśmy na to polowanie, a ja mu opowiedziałem dowcip o tym, jak to umarł Breżniew i towarzysze mu w trumnie wywiercili otworki, żeby robaki miały się jak wyrzygać. Tu od razu uwaga dla wszystkich tych, którzy najbardziej na świecie nienawidzą nienawiści – szczególnie nienawiści skierowanej przeciwko bolszewii – że tamto był PRL, i wśród normalnych ludzi nienawiść do bolszewii była jeszcze w modzie.
Otóż ja opowiedziałem wujkowi ten kawał, a on mi powiedział coś takiego: „Kawał dobry, ale pamiętaj, że jak my tam już do tego lasu przyjedziemy, możemy spotkać mojego kolegę myśliwego, Jasia Szczęsnego, który bardzo źle znosi takie żarty, więc mu go nie opowiadaj”. Zapytałem się oczywiście, kto to taki ten Szczęsny, że go nie śmieszą dowcipy o robakach rzygających Breżniewem, a on mi powiedział, że Szczęsny to dziś już starszy pan, który we wczesnych latach 50-tych został wyrzucony z UB za „nadużycie władzy”. Ja wtedy wprawdzie byłem bardzo młody, ale już się potrafiłem domyśleć, że ktoś, kogo na początku lat 50-tych wyrzucono z UB za „nadużycie władzy”, to musi być niezłe ziółko. Zresztą ów fakt mój wujek mi natychmiast potwierdził, opowiadając historię o tym, jak to myśliwi kiedyś sobie popili, a on, korzystając z okazji zapytał Szczęsnego: „Jasiu, a jak wyście mordowali tych żołnierzy, to jak to się odbywało? Tam był jakiś sąd, pluton egzekucyjny, jakaś ceremonia?” Na to Szczęsny odpowiedział: „Normalnie Heniu. Normalnie. Brałem giwerę i waliłem w łeb”.No więc, to był ów Jasiu Szczęsny, któremu, niech Bóg broni, miałem nie opowiadać dowcipu o Breżniewie.
Oczywiście potraktowałem słowa mojego wujka bardzo poważnie, ale zacząłem się przy tym zastanawiać nad tym Szczęsnym i jego towarzyszami z lat młodości. Gdzie oni są? Co oni robią? Jak żyją? Czy wszyscy polują, czy może część z nich kocha zwierzęta, i nawet muchy by nie skrzywdziła? Mijały lata, PRL przeszedł do historii, przyszedł kapitalizm, a ja w pewnym momencie usłyszałem, że koledzy Szczęsnego – a kto wie, czy nie i on sam – okupują głównie dwie korporacje: spółdzielnię „Społem” i ogródki działkowe. Dowiedziałem się, że owe dwa podmioty stanowią ostatni realny bastion komuny – tej komuny prawdziwej i nieskażonej upływem czasu – i wedle jakiejś niepisanej umowy, nie podlegają jakimkolwiek negocjacjom i są nie do ruszenia. O polowaniach mowy akurat tam nie było. Inna sprawa, że cóż mnie to może obchodzić?
Dziś przeczytałem w internetowym wydaniu TVN24 wiadomość, że wczoraj późnym popołudniem w Warszawie na ulicy Żwirki i Wigury jakiś pan postrzelił z rewolweru innego pana, no a ponieważ uczynił to jak najbardziej publicznie, został zatrzymany przez policję. Jak się jednak dowiadujemy, obaj panowie byli byłymi wojskowymi, obaj działali w branży działkowej, a człowiek z rewolwerem to wręcz prezes stowarzyszenia owych działkowców. TVN24 podaje za policją, że to nie była wojna gangów, ale zwykłe nieporozumienia na tle osobistym. Dowiadujemy się również, że prezes tych ogródków miał na broń pozwolenie, więc w pewnym sensie jest czysty.
TVN podaje jednak coś jeszcze. Otóż, jak się dowiadujemy, obaj panowie byli „właścicielami ogródków działkowych”. I sprawa się w ten sposób domyka. Otóż dwóch staruszków pokłóciło się prawdopodobnie o swoje ogródki, a że jeden był byłym wojskowym, i w dodatku miał broń, to wziął i kolegę ustrzelił. Bardzo zabawne. Z komentarzy, jakie czytam pod tą informacją wnioskuję, że faktycznie zabawne.
A ja się zastanawiam nad czymś już innym. Otóż do zdarzenia, jak już napisałem doszło w biały dzień. Człowiek z rewolwerem, ów rewolwer prawdopodobnie ze sobą nosił zwyczajowo, w dodatku jeszcze – skoro on ani nie próbował uciekać, ani się jakoś szczególnie tłumaczyć – ów emerytowany wojskowy prawdopodobnie też uznał, że skoro go nagle wzięła jasna cholera, to strzelił „do skurwysyna”. No bo co miał robić? Dyskutować o racjach? A skoro tak, to ja też sobie myślę, że jest bardzo prawdopodobnie, że ci staruszkowie, których ja od czasu do czasu spotykam w moim parku, jak spacerują małymi grupkami w tych swoich kurtkach do pasa i czapkach z daszkiem, też są uzbrojeni. I mają naprawdę dużo do opowiedzenia na temat naszej jakże skomplikowanej historii.
Niedawno spotkałem swojego szkolnego kolegę, który – jak się okazało nałogowy czytelnik mojego bloga – zanim zdążyłem go zapytać o zdrowie, wyskoczył do mnie z jasnym i krótkim pytaniem: „Czy ty uważasz, że ten kretyn Macierewicz mówi prawdę, kiedy gada o tych wybuchach?” Na to ja, zanim jeszcze zdążyłem się go zapytać o zdrowie, odpowiedziałem, że tak, jak najbardziej, wybuchy były. I w tym momencie on dostał takiej cholery, jakiej ja w życiu nie widziałem. I teraz, kiedy wspominam to spotkanie, myślę sobie, że to całe szczęście, że on jest za młody, by polować. A przynajmniej by polować w pewnym bardzo szczególnym towarzystwie. Natomiast bardzo bym był ciekawy wiedzieć, ilu ich jeszcze pozostało. Bo zbliżają się wybory, i PiS wygra. A wtedy – niech nas wszystkich Bóg broni.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. To jest w tej chwili coś, bez czego nas nie ma. Dziękuję.

poniedziałek, 30 września 2013

Kto im przyniósł ten kij, kto im podkuł te buty?

Pani Toyahowa, wprawdzie, ile razy zaczynam coś pomrukiwać na temat tego, że kiedyś było lepiej, na mnie krzyczy, a co gorsza robi to dokładnie w taki sam sposób, jak to ma w zwyczaju w chwilach, kiedy ją informuję, że mnie bolą nogi, albo, że w ogóle jestem zmęczony. Dlaczego „co gorsza”? Dlatego mianowicie, że to wskazuje wyraźnie, iż nie mamy do czynienia ze sporem intelektualnym, ani nawet historycznym, ale ze zwykłym stwierdzeniem faktu, że moje opinie nie mają tu żadnego znaczenia, bo jestem starym, wiecznie marudzącym dziadem. A zatem, to, co mnie spotyka, to jeszcze jeden wariant tej samej, jakże irytującej, choć klasycznej wręcz, insynuacji ograniczającej się do słów: „Jesteś pijany i zdenerwowany”.
A mimo to, są sytuacje, kiedy ja jestem absolutnie przekonany, i nie ma siły, która by mnie tu przesunęła choćby o milimetr, że było lepiej. No, weźmy na przykład ostatnie wydarzenia: O ile czegoś nie przegapiłem, nie wydaje mi się, żeby kiedyś matki i ich partnerzy tłukli na śmierć swoje małe dzieci. Nie przypominam sobie, bym za Gierka, czy nawet za Jaruzelskiego, ale też i nawet za Wachowskiego, czytał tyle na temat tego, że gdzieś jakaś para – najczęściej dziewczyna i jej chłopak, lub kolega chłopaka – najpierw, połamali swojemu paromiesięcznemu dziecku sześć żeber, a następnie je, zapewne w humanitarnym odruchu skrócenia cierpień, zabili. Może czegoś nie pamiętam, ale też nie przypominam sobie, bym gdzieś czytał, że jacyś młodzi wsadzili swoje paromiesięczne dziecko do piekarnika i je upiekli, bo doszli do przekonania, że ono jest Golumem.
A więc, musimy jednak przyjąć, że coś się dzieje. Że ów natłok wydarzeń tego typu nie może być wynikiem jakiegoś szczególnego przypadku. To nie jest tak, że, czy to z powodu globalnego ocieplenia, czy może jakichś plam na słońcu, czy może wejścia Polski do europejskiej wspólnoty, nagle matki i ojcowie w Polsce zaczęli po kolei i masowo zabijać własne dzieci. Nie wierzę również w to, że owa fala zabójstw jest spowodowana tym, iż rodzice sobie popili i stracili rozum, albo że przyszli goście, w telewizji był ciekawy program, dziecko się darło, no i ktoś tam nie wytrzymał. Nie sądzę wreszcie, że to wszystko jest z tej biedy, tej beznadziei i tego powszechnego lęku o przyszłość; że ci młodzi są tak zestresowani, że czasem zwyczajnie im nie wytrzymują nerwy, no i się odgrywają na tych najsłabszych.
To wszystko, moim zdaniem, możemy bardzo łatwo wykluczyć, choćby z tego względu, że za komuny ludzie chlali wcale nie mniej, niż dziś, telewizja – ze względu na ubogość oferty – potrafiła wciągać znacznie bardziej, niż dzisiaj, no i wreszcie ludzie też mieli swoje zmartwienia, prawda? A może się mylę? Może nie mieli?
Poza tym, ja mam bardzo mocne przekonanie, że gdyby tu szło o wódkę, nawet tę sprzedawaną gdzieś po trzy złotę za flaszkę, czy zwykłe zbydlęcenie, to byśmy coś na ten temat słyszeli. Uważam, że gdyby to o to chodziło, do nas by natychmiast przyszedł jakiś psycholog i wytłumaczył, jak to do tego typu nieszczęść dochodzi. Tymczasem tu mamy kompletną ciszę. Dowiadujemy się, że gdzieś znów, skutkiem ciężkiego pobicia, zmarło jakieś niemowlę, i poza tym, o tych, którzy je zamordowali nie wiemy nic. Można by uznać, że, zwyczajnie, coś jednemu czy drugiemu strzeliło do łba, i stało się. Jaka więc tu jest tajemnica?
Otóż, moim zdaniem, tu musi chodzić o narkotyki. I nie jakieś szczególnie wyrafinowane, bo te jednak kosztują, ale albo o zwykłą trawę, albo jakieś dopalacze. A więc to, co jest przez część jak najbardziej oficjalnego establishmentu wręcz reklamowane, jako całkowicie naturalne i bezpieczne.
Gdyby stało się wiedzą powszechną, że któraś z tych mam, z którymś z jej tak zwanych partnerów, czy kolegów partnera, czy z byłym partnerem, się zwyczajnie tak najarali, iż od tego dymu by się im poprzewracało we łbach, należałoby się zainteresować tak zwanym kontekstem. A to mogłoby się już okazać bardzo niewygodne. I nie można by sprawy zamknąć jakąś pozorowaną dyskusją w telewizji, czy na łamach prasy, z której wniosek byłby tylko taki, że może lepiej zalegalizować, bo to, co dziś jest na rynku, to jakieś świństwo. Trzeba by było uczciwie i do końca odpowiedzieć na parę pytań i podjęć kilka poważnych kroków. A jednym z pierwszych byłoby wyciągnięcie z tej knajpy, gdzie całkiem niedawno ucinał sobie z Robertem Mazurkiem pogawędkę, Kamila Sipowicza i postawienie przed prokuratorem. A to nie leży w niczyim interesie. Przykro mi to mówić, ale obawiam się, że faktycznie w niczyim.
Przychodzi kolejny dzień i znów czytamy, że gdzieś w Polsce, jak to śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski, „Łódź Kaliska albo Kutno”, zostało zatłuczone na śmierć kolejne małe dziecko, a potem oglądamy tę wychudzoną, czarnowłosą wampirzycę, i jakiegoś durnia w czapce, lub w kapturze, jak ich wloką do radiowozu, lub po schodach do budynku któregoś z komisariatów. I znów ani słowa o tym, co się tak naprawdę stało. I obawiam się, że się tego nie dowiemy tak długo, aż to wszystko, Bóg da, wreszcie trzaśnie. No i wtedy się dopiero przerazimy.

Książka jest skończona i jest nam pięknie składana przez naszego człowieka. Mam nadzieję, że gdzieś za tydzień z lekkim hakiem, Gabriel wystawi ją w ofercie swojego wydawnictwa i będzie można zacząć robić zamówienia. Do tego czasu, proszę nas wspierać, bo na razie jest wyjątkowo nędznie. Dziękuję.

niedziela, 29 września 2013

Za co Jarosław Kaczyński nie lubi prof. Staniszkis?

Kończy się kolejny weekend, a więc mamy bardzo dobry moment, by przedstawić kolejny felieton z "Warszawskiej Gazety". Dziś o autorytetach.

Nie pamiętam, kiedy, ale jakoś niedawno prof. Jadwiga Staniszkis powiedziała, a mainstream podchwycił, że Jarosław Kaczyński jest jednak do niczego. Oczywiście wiem, że Staniszkis, przez tych, którzy nie uważają jej za pisobolszewickiego śmiecia, jest traktowana z najwyższą powagą, zwłaszcza gdy ona postanowi ocenić rządy Donalda Tuska, lub dyskretną władzę Systemu, mam jednak wrażenie, że jedyny okres, kiedy byłem w stanie podchodzić do jej wystąpień z minimalną powagą, to był czas, gdy wszystko się dopiero rozkręcało, a ja sam byłem młody i naiwny. Od tego jednak czasu tyle się między nami zdarzyło, że do jej słów mam stosunek całkowicie obojętny.
I gdyby ktoś myślał, że mnie martwi, że ona należy do osób, nie dość, że najczęściej zapraszanych do programu „Kropka nad i”, to przede wszystkim do tych z nich, którzy zaraz po Andrzeju Olechowskim, są przez Monikę Olejnik traktowani z najwyższą atencją, jest w błędzie. Ja nie wykluczam, że Olejnik jest zwyczajnie jej szkolną koleżanką, i ją po prostu bardzo lubi. A zatem, nie w tym rzecz. To, co sprawia, że na widok Staniszkis ziewam, to fakt, że ja nigdy nie wiem, czy ona akurat ma do Kaczyńskiego o coś pretensje, czy akurat jakiś do niego interes, a to mi wystarczy, by ją traktować bardziej jako przypadek psychologiczny, niż niezależny autorytet.
W czym rzecz? Otóż mam niemal stuprocentową pewność, że prof. Staniszkis ma na punkcie nieżyjącego już niestety Lecha i Jarosława Kaczyńskich osobistą obsesję. Z tego co wiem, i z jednym i z drugim ona od zawsze była zaprzyjaźniona, do tego wręcz stopnia, że nie tylko z Lechem, który akurat nie miał nic przeciwko temu, by choćby i z byle kim przechodzić na ty, ale także z Jarosławem, była po imieniu. A zatem, moim zdaniem, kiedy w roku 2005 PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech został prezydentem, ona była pewna, że któryś z nich da jej jakąkolwiek fuchę u siebie. Skoro nie ma mowy o ministrze, to cokolwiek, ale niech da. Tymczasem tu się nie stało nic.
Tego już nikt nie pamięta, ale ja owszem, jak ona się natychmiast obraziła, a potem, kiedy Jarosław został premierem, jej natychmiast przeszło, a kiedy znów się okazało, że nic z tego nie będzie, się uniosła. Do tego wręcz stopnia, że po upadku rządu, jawnie poparła Platformę.
No i dziś, kiedy PiS-u wraca do władzy, ona znów zaczyna lawirować. Raz powie, że nikt jak Kaczyński, by za chwilę ogłosić, że tam jednak by się przydał jakiś młodszy, który łatwiej ulegnie jej wdziękom. Wygląda na to, że Jarosław wciąż nie odbiera telefonów. Swoją drogą, chciałbym wiedzieć, dlaczego? W końcu takich ekspertów, jak ona, on chyba wielu nie ma, prawda? A tymczasem wychodzi na to, że on coś wie. Ciekawe co?

Tradycyjnie, proszę o stałe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy nie będziemy w stanie przeżyć. Dziękuję i mam szczerą nadzieje, że to już naprawdę niedługo.

piątek, 27 września 2013

Coryllus: Godzina "W" i flaga w psiej kupie

Mój kumpel i wydawca Gabriel Maciejewski na swoim blogu w Salonie24 opublikował tekst, który uważam za dziś dla nas absolutnie najistotniejszy. Co więcej, kiedy czytam komentarze, jakie tam się pojawiły – również ze strony tak zwanych „naszych” – jestem pewien, że moja pierwsza intuicja, a więc to, że ów tekst ukazać się musiał, była jak najbardziej słuszna. W czym rzecz? Otóż Prawo i Sprawiedliwość, w ramach politycznej jak najbardziej akcji, zachęcającej warszawiaków do udziału w referendum mającym na celu odwołanie prezydent Gronkiewicz-Waltz, opublikowało szereg plakatów z wielką literą „W”. W tym momencie – może niedokładnie w tym, ale po odpowiednim przeanalizowaniu sytuacji – System rzucił się PiS-owi do gardła, krzycząc, że oto doszło do profanacji Powstania Warszawskiego. Niestety, tak jak to ostatnio widzimy zbyt często, w ślad za Systemem ruszyli komentatorzy z każdej strony barykady, i jak najbardziej zgodnie z dyrektywą, zaczęli wyjaśniać, że PiS popełnił bardzo ciężki błąd. Jak zresztą zawsze. Mi osobiście opadły ręce. Na szczęście mamy Coryllusa. Miejmy nadzieję, że jego głos dotrze do jak najszerszej publiczności.



Pomysł użycia litery „W” nawiązującej do Powstania Warszawskiego w komunikacie dotyczącym referendum, które ma zdecydować o odwołaniu Hanny Gronkiewicz Waltz uważam za jeden z najlepszych i najszczęśliwszych. Oto po wielu latach dziamdziania, ogólnej niemożności, przelewania z pustego w próżne i zaniechań PiS zrobił wreszcie coś co pozycjonuje go właściwie wobec przeciwników. Godzina „W” na plakatach jest super. Przekonuje mnie o tym wycie Kuczyńskiego i miałczenie Dorna. To dobra droga i tym szlakiem należy iść dalej. Sprzeciw Powstańców Warszawskich uważam zaś za aberrację i pomyłkę. Ktoś tym szacownym i godnym podziwu ludziom źle podpowiedział, oni czegoś nie zrozumieli i wydali to swoje oświadczenie. Myślę, że się z niego wycofają.
Teraz uzasadnienie. Na obszarach zwanych komunikacją są tematy topowe i drugorzędne. One mogą być traktowane jako narzędzia w walce politycznej, ale mogą być też zawłaszczane. I tak się dzieje z Powstaniem Warszawskim i innymi Powstaniami. Ludzie z kręgu zwanego umownie kręgiem GW, choć wiadomo rzecz jasna, że chodzi o coś więcej, dobrze wiedzą co to znaczy zawłaszczyć temat albo obszar znaczeń i potem posługiwać się nim jak siekierą albo wielkim młotem. Powstanie Warszawskie i jego konteksty właśnie na naszych oczach poddawane są takiej operacji. Dlatego właśnie symbole Powstania powinny być jak najczęściej używane przez PiS jako narzędzia polityczne. Nie do przyjęcia jest argumentacja, że to są świętości i muszą być pieczołowicie przechowywane w jakimś magazynku, do którego klucz mają ludzie zaufani. Po pół roku bowiem na widok takiego zaufanego z kluczem w ręku będziemy się musieli rozejrzeć za solidnym kamieniem. Nie z wściekłości bynajmniej, ale dla własnego bezpieczeństwa. Nie będzie to bowiem sympatyczny staruszek w czarnym berecie, który pamięta walki na Czerniakowie, ale ktoś zupełnie inny.
Symbole Powstania, żeby przetrwać we właściwych, bliskich każdemu z nas kontekstach muszą być używane i wykorzystywane dzisiaj, w dobrej sprawie oczywiście. One muszą żyć po prostu, a nie stanowić jedynie jakiś okazjonalny rynsztunek kombatantów. To jest błąd, który prowadzi najpierw do wyizolowania ich ze zbiorowej pamięci, a potem do zawłaszczenia. Odwołanie pani Gronkiewicz jest dobrą sprawą i nie ma się tutaj co strachać. Godzina „W” nadchodzi.
Nie wiem czy wiecie, że na portalu „Wpolityce” reklamowany jest konkurs na komiks o Powstaniu Warszawskim. Premiera tego komiksu ma się odbyć w przyszłym roku, w 70 rocznicę wybuchu. Ponoć organizatorem jest GW, tym dziwniejsze wydaje się, że impreza ta jest reklamowana przez Karnowskich. Tak to się właśnie załatwia. PiS nie może użyć symbolu związanego z Powstaniem, a tamci mogą wyprodukować na jego temat dowolną narrację, a potem ją promować nie przejmując się żadnymi krytycznymi głosami. Kiedy Kuczyński widzi plakat z godziną „W” wyje, a kiedy widzi flagę wtykaną przez dwóch degeneratów w psią kupę siedzi cicho i jego wrażliwość nie jest naruszona w żaden sposób. Wobec takiego rozgraniczenia emocji w sercu i duszy pana Waldemara, nie ma się co, przepraszam za kolokwializm, ochrzaniać, trzeba robić swoje. Dobrze by było, gdyby PiS nie zszedł już z tej drogi i po prostu podejmował nadal równie dynamiczne, kontrowersyjne i celowe inicjatywy. Jeśli komuś się zdaje, że można zwyciężyć porozumiewając się z przeciwnikiem co do warunków jego ustąpienia to jest w błędzie. Takie propozycje zwykle oznaczają pułapki i kończą się bardzo tragicznie, nie tylko klęską, ale również totalnym wyszydzeniem schwytanego w taką pułapkę człowieka. Nie ma, powiadam, co się cykać, trzeba iść do przodu.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...