Kiedy poznałem moją żonę i się w sobie zakochaliśmy, ja od niej właściwie nie oczekiwałem niczego, poza tym, by była taka jak już i tak jest, natomiast ona ode mnie chciała dwóch rzeczy: pierwsza to ta, bym przestał pić kawę z cukrem, a druga, bym jej obiecał, że będą ją regularnie woził w Tatry. Ponieważ uważałem, że gra jest warta świeczki, natychmiast przestałem słodzić kawę, a co do Tatr, to jej złożyłem uroczystą obietnicę, że owszem, Tatry ma jak w banku. Niestety, po paru pierwszych – a może już zaledwie po pierwszym – razie, jakoś nam te góry przestały wychodzić, no i, o ile sobie potrafię przypomnieć, do Zakopanego wybraliśmy się wspólnie chyba tylko raz, kiedy dzieci były jeszcze bardzo małe.
Jak idzie już tylko o mnie, ostatni raz w Zakopanem byłem jakieś dziesięć lat temu, przy okazji szkolnej wycieczki, no i to wszystko. Ponieważ jednak, jak wspomniałem pod poprzednią notką, żona moja obchodziła właśnie swoje mocno okrągłe urodziny, pomyślałem, że zrobię jej taki oto prezent, że gdzieś w Kościelisku wynajmę dla nas pokój na jedną dobę, i ona tam sobie będzie mogła popatrzeć na góry, no i trochę pochodzić po dolinach.
Pokój był fantastyczny, pogoda jeszcze lepsza, widok idealny prosto na Czerwone Wierchy, na chałupie, w której mieszkaliśmy, powiewała biało-czerwona flaga, a właściciel nas od razu przestrzegł, że jeśli ktoś przy nim o Polsce mówi „ten kraj”, to on go odsyła do miasta z powodu braku miejsc. A więc wszystko, jak to się kiedyś mówiło, było tip-top. Minęła sobota, wypiliśmy urodzinowe wino, poszliśmy spać, a w niedzielę rano spakowaliśmy się, i pojechaliśmy do Zakopanego, żeby stamtąd udać się do Kuźnic, a z Kuźnic pod górę najpierw do kościoła na mszę, no i jeszcze trochę wyżej, by przez chwilę chociaż, rzucić okiem na okolicę. No i w końcu zeszliśmy z powrotem do Zakopanego.
Jak już wspomniałem wcześniej, w Zakopanem ostatni raz byłem jakieś dziesięć lat temu, i już wtedy wiedziałem, że to jest miejsce, od którego trzeba się trzymać jak najdalej. Dziś jest znacznie, znacznie gorzej. A więc mamy dokładnie to samo, co wówczas, z tą różnicą, że dziesięć razy bardziej, natomiast to co nowe, to już tylko owo dojmujące wrażenie, że miasto zostało opanowane przez tak zwaną „prywatną inicjatywę”, tyle że już nawet nie w wydaniu peerelowskim, ale w stricte afrykańskim.
Co mam na myśli, mówiąc o „prywatnej inicjatywie”? Otóż tam wszystko, jak idzie o usługi, działa od początku do końca, a więc mamy sklepy, knajpy, transport, noclegi, turystyka, tyle że ma się przy tym nieustanne wrażenie, że zamiast państwa, które to wszystko organizuje od strony, że tak powiem, wizualnej, nad całością czuwa czy to jeden człowiek, czy grupa ludzi, którzy reprezentują wszystko, tylko nie miasto Zakopane. Tu się odnosi wrażenie, jakby miasto Zakopane, to był czyjś prywatny biznes, o który ten ktoś troszczy się tak jak o biznes, a więc z takim nastawieniem, by z niego wyciągnąć, ile się da, po jak najmniejszych kosztach.
Ja nie bardzo jestem w stanie znaleźć słowa dla opisania tego, co tworzy panoramę miasta. Oczywiście, mamy ten straszny, kompletnie zapuszczony dworzec PKP, mamy tłum tych kobiet z kartkami z wybazgranym słowem „pokoje”, mamy ten tłum busów z kierowcami, nawołującymi turystów do korzystania z transportu, czy to do Doliny Chochołowskiej, czy do Kuźnic, czy gdziekolwiek w okolicy, gdzie po wykupieniu biletu za 4 złote, możemy pójść w góry, mamy wreszcie te Krupówki, które już w tej chwili nie różnią się niczym od centrum Władysławowa, czy sopockiego Monciaka. Te jakieś budy z kinem „7D”, gdzie można nie tylko obejrzeć film, ale jeszcze poczuć prawdziwy smród, potrząść się na fotelu, a może i dostać czymś w łeb. Te stragany, gdzie możemy sobie kupić albo pluszaki-poduszki, albo zabawkę pod nazwą „Pierdzące gluty”. Jest tam też ów opuszczony, ledwo trzymający się kupy, z powybijanymi szybami, piękny góralski dom, a nieco dalej kwitnącą budę z tureckim kebabem. No i mamy też te wyprodukowane domowym sumptem plakaty rozwieszone gdzie tylko się da, oskarżające czy to jakiegoś lokalnego władcę, czy aż Unię Europejską o rozkradanie Podhala. Mieliśmy też okazję, jeszcze znacznie wcześniej, obejrzeć sobie dokładnie ów zgiełk jakichś najbardziej egzotycznych przydrożnych reklam, nawtykanych niemal jedna na drugiej, i wywalonych na całej trasie od Krakowa do Zakopanego, które nie mówią nic nikomu, ale za to sprawiają, że cały ten odcinek, wygląda jak handlowa oferta skierowana albo do producentów żwiru, albo do klientów burdeli.
To wszystko robi oczywiście wrażenie, ale osobiście nie znajduję sposobu, by to wszystko jakoś w miarę krótko i celnie opisać słowem. Jak sięgam pamięcią, Zakopane zawsze miało ambicję stać się poważnym europejskim ośrodkiem turystycznym, takim jak podobne, gdzieś we Włoszech, czy w Szwajcarii. Z tego, co zdążyłem zauważyć, jedynym śladem owej wymarzonej Europy, jest bardzo porządny kibel na dworcu, czysty i błyszczący, prowadzony przez nie wiem kogo, bo nie udało mi się zidentyfikować języka, którym ci ludzie się posługują.
Ktoś się spyta, po jasna cholerę myśmy się zapuścili na te Krupówki. Otóż powód był jeden. Żona moja, mając na uwadze nasze dzieci, które zostawiliśmy w domu, by zajmowały się psem, postanowiła przywieźć im jakieś pamiątki. Przeszliśmy więc całą tę ulicę od góry do dołu, i wszędzie widzieliśmy albo góralskie skarpetki, albo ciupagi, albo te pluszaki-poduszki, no i „pierdzące gluty”. Myślę wciąż o tych glutach i mam bardzo mocne przekonanie, że tu właśnie można znaleźć owe piętnaście mocnych słów, które opiszą problem. Niestety, poza tymi dwoma, nie jestem w stanie wymyślić nic.
Dziękuję za wszystkie dotychczasowe gesty i proszę nie odchodzić.
Dziękuję za wszystkie dotychczasowe gesty i proszę nie odchodzić.