poniedziałek, 29 lipca 2013

Cugowskim pod żebro, czyli jak przeżyć upały stulecia

Wróciłem właśnie z trzydniowego pobytu w Sławatyczach, a więc miejscu, o którym pisałem parokrotnie i nigdy chyba nie udało mi się tak do końca opowiedzieć, dlaczego stanowi ono dla mnie coś, co mogę traktować, jak przedsionek Nieba, a przy braku tegoż, jego cudowny substytut. Nie udało mi się, i jako że chyba już tej niemożności nigdy nie pokonam, będę się trzymał zwykłego, apodyktycznego stwierdzenia: to było, jest i pozostanie moim Niebem na Ziemi.
Kiedyś, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, kiedy wszystko było o wiele łatwiejsze i kiedy to chyba każdy z nas czuł się człowiekiem nieskończenie bardziej wolnym, spędzałem tam całe wakacje i nie byłem sobie nawet w stanie wyobrazić, że mógłbym sobie ten czas dać odebrać. Również dużo później, kiedy dzieci były jeszcze małe, a przez panią Toyahową pojawił się też Przemyśl, trzeba było czas dzielić między oba te miejsca, ale wciąż nie mogłem sobie wyobrazić, by nie pojechać do Sławatycz przynajmniej na tydzień. Dziś ten czas straszliwie się kurczy, a ja zauważam, jak łatwo się jest nam przystosować do tego, co konieczne, i jak nagle nawet z głupich trzech dni można wycisnąć naprawdę niewiele mniej, niż to, do czego kiedyś potrzebowałem miesięcy. Ta świadomość, trzeba przyznać, jest trochę straszna, zwłaszcza gdy sobie uświadomić, jak to będzie, gdy nadejdzie czas, gdy będzie nam musiał wystarczyć nie dzień, nie godzina, ale choćby i ta jedna, tak niezwykle intensywna, kto wie, czy już nie ostatnia, chwila. Ale fakt jest faktem – człowiek naprawdę potrafi wiele.
A zatem wróciłem z tych Sławatycz wczoraj późną nocą, dziś rano musiałem wstać o 6 rano, by zasłużyć na ten cholerny powszedni grosz, i teraz próbuję napisać coś, co będzie najbardziej odpowiednie na ten straszny upał, który tu jest tak bardzo dokuczliwy, a na który tam, wśród tych liści, cieni i drewnianych ścian mogliśmy sobie beztrosko gwizdać. A więc coś, co z jednej strony będzie odpowiednio interesujące, a z drugiej nie będzie zmuszało nikogo do szczególnego emocjonalnego wysiłku. Coś w sam raz na ten żar, który wali nas tak bezlitośnie po głowach i wymaga od nas już tylko czystej gnuśności.
Byłem więc przez miniony weekend w Sławatyczach i proszę sobie wyobrazić, że tak jak każdego roku, wybrałem końcówkę lipca. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że to wciąż lipiec a więc jeszcze kilka dni, kiedy mogę się bezpiecznie napić z moim kuzynem, który, jako osoba niezwykle religijna, w sierpniu nawet nie spojrzy na otwartą flaszkę, natomiast drugi związany jest z tym, że ostatni weekend miesiąca to zawsze tak zwane „Dni Sławatycz”, które akurat dla mnie nie stanowią żadnej konkretnej okazji, ale zawsze można pójść na miejscowe boisko piłkarskie, spotkać starych znajomych, i sobie bezkarnie – i za darmo! – popróbować lokalnych przysmaków. Ale nawet i bez tego, hasło „Dni Sławatycz” jakoś przyciąga: Przyjedź. Będą „Dni Sławatycz”. Pójdziemy na stadion. Popatrzymy, jak się dziewczyny wystroiły.
Tym razem było tak, że przyszedł pan Bolek, który ma już 92 lata i tym razem już zupełnie na poważnie zapowiada, że nie dożyje wiosny, myśmy ten stadion sobie odpuścili, ale za to, z czystej troski o jego zdrowie, namówiliśmy go, żeby się z nami napił czegoś normalnego, on się z oporami zgodził, no i było przyjemnie. Potem, już późnym wieczorem, poszliśmy jednak ów stadion zobaczyć, żeby się dowiedzieć, co słychać… i okazało się, że to jest końcówka. Była oczywiście jedna i druga karuzela, stoiska z lokalnymi produktami wszelkiego rodzaju, ławy gotowe na przyjęcie miłośników piwa „Perła”, a nawet estrada, na której występował jakiś lokalny artysta typu, na ile jestem w stanie to dobrze nazwać, elektro-disco-dance-techno, natomiast poza nami nie widać było, by okazja przyciągnęła wiele osób. Aż boję się o tym myśleć, ale nie wykluczam, że na sobotni wieczór Polsat mógł przygotować ofertę znacznie ciekawszą. Życie.
Zwróciłem natomiast uwagę na coś moim zdaniem niebywale ciekawego. Zanim jednak przejdę do rzeczy, muszę zrobić pewną dygresję. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, bardzo dużo i często słucham muzyki. Na koncerty, z różnych względów regularnie nie chodzę, ale, owszem, niekiedy mi się zdarza. Weźmy taki, organizowany w Katowicach Off Festival, na który polazłem w zeszłym roku, rok wcześniej, i, o ile dobrze pamiętam, trzy lata temu również. To co mnie za każdym razem doprowadzało do szewskiej pasji, to fakt, że większość występujących artystów był nagłośniona skandalicznie źle. I nie mam tu na myśli tylko tych bardzie podrzędnych grajków, ale nawet największe gwiazdy. Nagłośnienie stanowiło zawsze największą plagę. Ktoś kto się na sprawie nie zna, może pomyśleć, że nie ma nic prostszego. Wystarczy odpowiednio podkręcić odpowiednie instrumenty i szafa gra! Za cicho są bębny, dajemy głośniej bębny; nie słychać basu, wzmacniamy bas; wokal jest zagłuszany dajemy więcej pary na mikrofon. Nic bardziej mylnego. Nagłośnienie to osobny dział sztuki muzycznej, i stąd się bierze to, że są koncerty, na których nie da się wytrzymać, bo albo czegoś nie słychać, albo coś nam zagłusza całą resztę, albo bas jest tak wibrujący, że po paru minutach chce się zwyczajnie wymiotować. I, jak mówię, dotyczy to wszystkich, niezależnie od klasy, sławy i pieniędzy. Opowiadał mi kolega z Kolonii o koncercie, jaki dawał w jego mieście sam Prince, a który musiał został przerwany po 10 minutach przez samego „bossa”, z takim skutkiem, że ostatecznie dźwiękowcy zostali wyrzuceni z pracy, a latami wyczekiwany koncert szlag trafił.
Przyszliśmy na stadion w Sławatyczach, grał ów nieznany mi elektroniczno-disco-techniczno-dance’owy artysta, a ja już w momencie zbliżania się na miejsce, słyszałem, że dźwięk jest idealny, wręcz krystalicznie czysty. Ani zbyt głośny, ani za cichy, w sam raz, by go było doskonale słychać z każdego miejsca stadionu i najbliższej okolicy. Sama muzyka, wiadomo, to było jakieś byle co, natomiast nagłośnienie – widać było od samego początku, że oni mieli dźwiękowca, który znał się na swojej robocie najlepiej na świecie. A zatem, można było bez ryzyka błędu obstawiać, że oni to co robią – jakkolwiek byśmy się do danego stylu i tych akurat muzycznych gustów ustawiali – traktują z najwyższą powagą. Oni wiedzą, że mają występować na stadionie w Sławatyczach, dla nie wiadomo ilu ludzi, i że nie mogą sobie pozwolić na żadną fuszerkę.
Niedawno przy jakiejś okazji tu na blogu ktoś postawił pytanie, czy ja wolę zespół Weekend z ich piosenką „Ona tańczy dla mnie”, czy folkowe propozycje Kapeli ze wsi Warszawa, i ja bez mrugnięcia okiem odpowiedziałem, że oczywiście wybieram Weekend. Ktoś pewnie pomyślał, że to pewnie dlatego, że ja wybieram ludzi, kto wie, czy nie takich jak my, jeśli ich tylko postawimy przeciwko bandzie satanistów. Otóż to oczywiście też, ale nie przede wszystkim. Rzecz w tym, że, co by nie mówić o tych disco polowcach i ich przeboju, to jest w swoim gatunku prawdziwa klasa, a oni w tym, co robią, są nieskończenie bardziej uczciwi nie tylko od tych wariatów zasadzających się na całą chrześcijańską kulturę ze swoimi czarami i gusłami, ale od wielu, wielu innych, tak zwanych „ambitnych” artystów.
Miniony tydzień upłynął nam częściowo na dyskusji, co tu zrobić z paroma „naszymi” autorami, którzy postanowili się sprawdzić w krótkim opowiadaniu kryminalnym i uznali, że się przed nami popiszą na łamach opanowanego przez siebie tygodnika „Sieci”. Jednak w tym samym numerze „Sieci” pojawiło się jeszcze coś – wywiad mianowicie z liderem słynnej grupy muzycznej, a wcześniej, przez jakiś czas nawet senatorem Prawa i Sprawiedliwości, Krzysztofem Cugowskim. Wywiad, dokładnie taki sam, jak jego bohater, natomiast znalazł się tam pewien fragment, który mnie zainteresował. Otóż w pewnym momencie Ryszard Makowski, wydelegowany przez „Sieci” do tej rozmowy, pyta Cugowskiego o piosenkę „Sen o dolinie”, która w pewnym sensie otworzyła zespołowi drogę do kariery, a która została napisana do, za granicą, owszem, jednak w Polsce wówczas kompletnie nieznanej, melodii równie znanego i jednocześnie nieznanego Billa Withersa „Ain’t No Sunshine”. Makowski oczywiście na ten temat nie wie nic, więc gada coś o rzekomym plagiacie, podczas gdy problemem nie był żaden plagiat, ale zwyczajnie tekst napisany do cudzej melodii, tyle że nie podpisany nazwiskiem autora. To jednak co nas interesuje, to reakcja Cugowskiego. Otóż Cugowski wyjaśnia, że przecież oni wcale nie ukrywali tego, że to jest piosenka Withersa z polskim tekstem, tyle że ze względu na to, że (ja nie żartuję!) w komunie nie wolno było śpiewać zagranicznych piosenek, oni musieli przeprowadzić pewien bardzo chytry „myk” i jako autora muzyki wpisali jakiegoś fikcyjnego Wilhelma Kępy. Że to niby taki polski Bill Withers. Bo gdyby tego nie zrobili, to, jak rozumiem, piosenka nie mogłaby się ukazać.
Każdy z nas, gdyby trzeba było wziąć udział w konkursie na wytypowanie największej bezczelności minionego 50-lecia, miałby coś swojego do opowiedzenia. Jak idzie o mnie, ja chyba wybiorę Cugowskiego i numer z tym „Kępy”. Budka Suflera debiutowała w roku 1974 i w tym samym roku któryś z nich wpadł nas pomysł, żeby zaśpiewać po polsku tego Withersa, jako ich oryginalny numer. Rok 1974 to już, jak wiemy, mocno rozpasany Gierek, więc nie ma mowy o tym, by jakiś Walicki, albo inny ubek, wyskakiwał z hasłem „Polska młodzież śpiewa polskie piosenki”, ani tym bardziej, by tego typu hasło zostało przez kogokolwiek potraktowane serio. Zresztą już nawet w latach 60 słynni Polanie jedną stronę swojej płyty poświęcili własnym wersjom słynnych przebojów angielskiego i amerykańskiego rocka, śpiewanych w dodatku po angielsku, i nikt ani nie protestował, ani sprzedaży tej płyty nie zakazywał. A taki Michaj Burano, o ile pamiętam, nie wspominając o wczesnym Niemenie, śpiewał wyłącznie amerykańskie i angielskie przeboje i nie musiał udawać, że to jest polski folklor cygański. Tymczasem mamy rok 1974, Budka Suflera robi ten najbardziej geszeft z „Ain’t No Sunshine”, a dziś, Cugowski na łamach konserwatywnego, prawicowego tygodnika bezkarnie plecie jakieś androny o gierkowskiej cenzurze, która mu nie pozwoliła się przyznać, że on śpiewa numer jakiegoś zagranicznego artysty.
A więc to jest właśnie prawdziwy kłopot. Nie że tamci są „nie nasi”, a nasi są „nasi”. Nie jest też w ogóle niczym znaczącym to, że jakaś Nosowska tworzy podobno muzykę „ambitną”, podczas gdy inni cwaniacy z Białej Podlaskiej próbują się wbić w rynek wiejskich dyskotek. Rzecz w tym, że ten podział jest najzwyczajniej w świecie do niczego. Bo w ostatecznym rozrachunku możemy się nagle dowiedzieć takich rzeczy, że lepiej nam w ogóle było się tą muzyką nie zainteresować. Nie tylko zresztą muzyką. A Krzysztof Cugowski jest tu zaledwie jednym – co z tego, że szczególnie drastycznym – przypadkiem. Jak wielu, wielu innych, na wszelkich poziomach życia publicznego.

Tekst jak tekst, w sam raz na ten prześliczny, letni wieczór. Ze swojej strony proszę o nas nie zapominać i w miarę możliwości nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 27 lipca 2013

Mały Książe na karuzeli

Ponieważ od wczoraj jestem u siebie na wsi, a ze względu na to, że w niedzielę wieczorem muszę być znów Katowicach, staram się te niepełne trzy dni wykorzystać maksymalnie intensywnie, nie pisałem nic ani wczoraj, ani też przedwczoraj. Wyrzuty sumienia mnie jednak gryzą, więc dziś, nieco wczesniej niż zwykle, wklejam najświeższy felieton dla "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, ze się spodaoba. No i obiecuje, że w poniedziałek zaczynam działać jak zawsze, a więc na okrągło.

Po wielu tygodniach napięcia, jakie opanowało świat, w tym oczywiście Polskę, narodził się przyszły król Brytyjczyków. Onet.pl poinformował o tym tytułem „Cała Polska na to czekała”, i nie oszukujmy się: skoro tak, to znaczy, że coś w tym być musi. Nawet jeśli nie cała, to znaczna jej część na to autentycznie czekała.
Oczywiście, jak to się zwykle dzieje w sytuacji, kiedy Brytyjczycy mają jakieś swoje święto, i ono cały świat stawia na równe nogi, pojawia się grupa bardzo, w swoim mniemaniu, inteligentnych, komentatorów, którzy natychmiast zaczynają się wywyższać nad proste pospólstwo, sterowane przez perfidne media, i pysznią się, jak to oni mają dość.
Zapluwają się owi przebiegli komentatorzy z satysfakcji, jak to przyłapali kulturę pop na głupstwie, i ani im w głowie, że to nie pop wykreował ową ogólnoświatową histerię, tylko sami Brytyjczycy ukształtowali przekaz popularny w taki sposób, że narodziny ich króla muszą być newsem dla całego świata. Ani jeden z nich, kiedy tak patrzy na tę ogólnoświatową ekscytację, i wyrzuca z siebie owe pogardliwe bon moty, nie pomyśli choćby przez chwilę, że każdy z nich jest od początku do końca wynikiem planu, na który on nie miał choćby najskromniejszego wpływu.
Na czym bowiem polega problem? Żeby to lepiej zrozumieć, przypatrzmy się czemuś, co się nazywa powszechnie „Londyńskim Okiem”, stoi w centrum Londynu i jest zaledwie karuzelą, jakich setki na całym świecie, a która tradycyjnie określamy, jako „diabelski młyn”. To jest coś, co znajduje się choćby w chorzowskim Parku Kultury, tyle że nieco większe, a przez swoje kompletnie bezsensowne położenie, budzi wyłącznie zdziwienie.
Użyłem słowa „budzi”, podczas gdy fakt jest taki, że akurat już nie budzi. Owa karuzela zdziwienie, a nawet w pewnym momencie pewnego rodzaju zażenowanie budziła, tak się jednak jakimś cudem stało, że już nie budzi. Dziś owo „oko” jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych architektonicznych obiektów na świecie, tak jak budynek opery w Sydney, wieża Eiffela, czy Mur Chiński. Przypominam – mówimy o zwykłej karuzeli, jakich setki na całym świecie.
Jakimś niezbadanym i nieopisanym manewrem, Brytyjczycy, niemal z roku na rok, sprawili, że nie dość, że to ich „oko” jest przedmiotem kultu na całym świecie, to każdy odwiedzający Londyn turysta czuje się w obowiązku wydać 20 funtów, czy nawet i więcej, żeby na to wleźć i móc powiedzieć, że tam był. Oto, jak Brytyjczycy, mając do dyspozycji wyłącznie przekonanie o swojej wielkości i kompletny brak jakichkolwiek kompleksów, potrafili światu sprzedać karuzelę.
A my się śmiejemy, że świat oszalał, i emocjonuje się narodzinami brytyjskiego króla? Jak idzie o mnie, to ja mam apel do moich rodaków: może choć raz spróbujmy wyciągnąć wnioski z tego, co nam postawiono przed samym nosem. W dodatku z pełnym opisem dla tych, co akurat przeżywają pewne intelektualne załamanie.

Tym wszystkim, którzy byli ze mną przez ostatnie dni, bardzo serdecznie dziękuję i proszę nie odchodzić. Bez Waszego wsparcia ten blog by nie istniał.

środa, 24 lipca 2013

Czy ktoś nam wymienił zamki?

Jak z pewnością stali czytelnicy tego bloga pamiętają, wśród kwestii, o których można by powiedzieć, że stanowią pewną moją obsesję, z obsesyjną, nomen omen, regularnością powraca sprawa banków i ich roli w naszym życiu społecznym. Ponieważ, podobnie zresztą jak w 99 procentach wszelkich innych zagadnień o charakterze technicznym, na temat ekonomii mam pojęcie niemal zerowe, nie umiem też dyskutować w temacie banków na poziomie innym, niż czysto emocjonalnym, a więc to, o czym będę dziś pisał proszę traktować, jako bardzo luźne refleksje, do których oczywiście jestem bardzo przywiązany, ale zaledwie refleksje.
Otóż – i w tej sprawie też już składałem wielokrotne deklaracje – mam głęboką pewność, że gdybym z jakiegoś powodu miał nagle przedstawić listę pięciu największych podłości tego świata, to kto wie, czy w tej piątce nie znalazłaby się lichwa, a więc oczywiście banki. Gdyby ktoś mnie poprosił, bym wskazał pierwsze trzy rzeczy, które należy uczynić, żeby świat się stał lepszy, na trzecim, a kto wie, czy nie na drugim miejscu znalazłoby się zdelegalizowanie lichwy, a więc oczywiście zburzenie wszystkich znajdujących się na kuli ziemskiej banków. Jeśli sprawa by tego wymagała, nawet bez uprzedniej ewakuacji personelu. Jeśli wreszcie ktoś mi powie, że nie mam pojęcia, o czym mówię, i zacznie mi tłumaczyć, jak to bez systemu bankowego życie na ziemi zwyczajnie przestanie istnieć, powiem mu, żeby swoje nauki wsadził w nos, bo ja w tę katastrofę zwyczajnie nie wierzę, i gadanie o niej uważam za wyjątkowo bezczelną propagandę. Moim zdaniem, gdyby w tym momencie wszystkie banki – niechby tylko ich centrale – zostały wystrzelone w kosmos, świat by wyłącznie odetchnął z ulgą.
Kiedy pracowałem w szkole, miałem ucznia, który był ciężko uzależniony od narkotyków. Nie wiem, czy on to wie – choć sądzę, że wie – ale to akurat za moją sprawą jego uzależnienie zostało upublicznione, a on został wyrzucony ze szkoły z obietnicą, że będzie się mógł reaktywować, jeśli uda się na leczenie, ale tak właśnie było. Po roku pobytu w ośrodku, on wrócił do szkoły, zdał maturę, potem wyjechał do Irlandii, z owej Irlandii wrócił, zorganizował tu sobie jakieś życie, no i kiedyś go spotkałem, starannie wyszykowanego, jak szedł ulicą i – jak mi powiedział – próbował naiwnym ludziom wciskać karty Citi Banku. Jako osoba doświadczona, powiedziałem mu, żeby spróbował szkoły, na co on ze smutkiem pokręcił głową, że nic z tego – szkoły są już w całości obstawione. Tak naprawdę, wszystko jest już obstawione i nie bardzo widać realne możliwości rozwoju. A więc, wygląda na to, że on tę robotę już na dniach straci.
Pisałem o tym już też, czy to na blogu, czy w którejś z książek, więc nie będę się w tej kwestii dalej rozpisywał, natomiast chciałbym wskazać na inny nieco aspekt działalności banków, poza zwykłym udzielaniem konsumpcyjnych, czy celowych kredytów i sprzedawaniem kart, mianowicie obsługiwanie sprzedaży ratalnej. Jak wiemy – a wiemy to z pewnością wszyscy, bo każdy z nas miał nie raz okazje widzieć ludzi, którzy wyjeżdżają spod jakiegoś Media Marktu, czy Saturna, z potężnym kartonem – pomysł jest taki, że mamy ochotę na telewizor, czy lodówkę, idziemy do najbliższego hipermarketu, przedstawiamy dowód osobisty, pani za ladą sprawdza naszą wiarygodność finansową, i wracamy do domu, bogatsi o kolejny sprzęt. Przez najbliższe 12, czy 24 miesiące wysyłamy na podany numer konta jakąś drobną, lub mniej drobną, sumę, i wreszcie jesteśmy wolni i gotowi do kolejnego zakupu.
Może się oczywiście okazać, że nie jesteśmy w stanie uregulować długu i wtedy dany bank wchodzi na nasze konto, wszystko, co mu się należy, odbiera i szafa gra! Nas jednak – i jak podejrzewam banki przede wszystkim – interesują nie ci, którzy nie mają jak spłacać, ale ci, co spłacają i sobie świetnie z owym spłacaniem radzą. Co zrobić, żeby tych też wziąć za gardło? Co zrobić, żeby przede wszystkim tych wziąć za gardło? Co zrobić z tymi, którzy poczuli się na tyle mocno, że nie dadzą sobie wcisnąć głupiej karty kredytowej Citi Banku? W końcu to oni są nadzieją tego interesu; ci do końca zbankrutowani i tak są na straty.
Każdy z nas, który mieszka w mieście wie, że w ostatnich latach głównie trzy biznesy odnotowały wzrost: pierwszy, to wspomniane banki, drugi – lombardy, trzecie – nocne sklepy z alkoholem. Zniknęły księgarnie, drobne sklepy spożywcze, ciastkarnie, sklepy papiernicze, niektóre lokalne sklepy mięsne; banki, lombardy, i oczywiście nocne sklepy kwitną. Jak idzie o banki – każdy, kto ma z nimi do czynienia choćby w sposób pośredni, wie też, że one stają wręcz na głowie, żeby ludzie pożyczali od nich pieniądze. Bez żadnych praktycznie zabezpieczeń, bez dokumentów, bez zaświadczeń. Wystarczy przyjść i podpisać umowę.
Tu mam do opowiedzenia pewną anegdotę. Zaszedłem kiedyś do banku, który mnie obsługuje, i oczywiście dziewczyna, która tam pracuje zaproponowała mi kredyt. Kiedy jej odpowiedziałem, że to nie wchodzi w grę, bo ja akurat muszę dbać o to, by spłacić do końca moje bieżące zobowiązania, a nie troszczyć się o kolejne, ona się uśmiechnęła i powiedziała: „Ależ my się o nie zatroszczymy za pana”. Mądre te dzieci dziś, jak nie wiem co.
A więc wygląda na to, że mamy kryzys i nie tylko my musimy sobie radzić. Otóż wszystko wskazuje, że ci specjaliści od kart sobie poradzili. Jak już pisałem, nasza najmłodsza córka, uczennica modelowo zła i leniwa, zdała maturę, a następnie dostała się na studia. Zanim jednak do tego doszło, cała rodzina żyła w głębokim przekonaniu, że ona, nawet jeśli jakimś cudem ukończy to liceum, to nie dość, że się nie dostanie na żadne studia, to nawet nie zda matury. Aby ją jakoś zmobilizować do wysiłku, obiecaliśmy jej, że, jeśli ona tylko zda maturę, dostanie wymarzony laptop. No a ona ją wzięła i zdała. Ot tak! No i trzeba jej było kupić ten laptop. Oczywiście na raty. I oto, proszę sobie wyobrazić, że dziś system sprzedaży ratalnej nie funkcjonuje tak jak funkcjonował przez lata. Dziś on jest już jednoznacznie związany z kupieniem tak zwanej karty kredytowej. Na czym to polega? Sprawa jest prosta. Przychodzimy do sklepu, wybieramy laptop, podpisujemy dokumenty, pani za ladą sprawdza, czy przypadkiem nie jesteśmy już poza marginesem, daje nam ten laptop… plus kartę, na którą mamy spłacać swoje raty. Wszystko, co spłacimy, jest oczywiście do naszej natychmiastowej dyspozycji, a jeśli będziemy odpowiednio czujni, to po roku mamy nadal tę kartę, na niej czystą, żywą gotówkę do wydania, a z boku bank, który nas nienawidzi. Bo zamiar wcale nie był taki, byśmy zostali z tymi pieniędzmi. Zamiar był taki, byśmy tego laptopa nie spłacili do końca życia; bo przecież wiadomo, że pieniądze zawsze się przydadzą; zwłaszcza gdy istnieją w formie jakiegoś kawałka plastiku.
A więc, jak już wspomniałem, banki sobie jakoś poradziły z problemem, który mój były uczeń określił przy pomocy zdania: „Wszystko już obstawione”. Okazuje się, że nie wszystko. Wystarczyło trochę pomyśleć i sposób, jak można wejść nam prosto do naszych domów został pięknie opracowany. Mamy ich więc już u siebie. W przedpokoju. Za chwilę wejdą do środka. Bądźmy przygotowani. Zwłaszcza, że to z pewnością nie koniec.
No i najważniejsze: szykujmy broń. Wedle uznania.

Bardzo proszę o nas nie zapominać, wspierać ten blog i nie odchodzić. Dziękuję.

wtorek, 23 lipca 2013

Nie dać się zgrilować

Któregoś dnia, już jakiś czas temu, stałem sobie na przystanku autobusowym na mojej ulicy, czekając na autobus, który zawiezie mnie do Szopienic na lekcje. I oto obok mnie pojawiła się rodzina w składzie pan, pani i mała dziewczynka. Rodzina, jak rodzina – pełny standard, a więc coś, co mogło przypominać dom tak zwanej „mamy Madzi”, jeszcze zanim Madzia została zamordowana, a jej mamusia i tatuś trafili pod opiekuńcze skrzydła specjalistów od wizerunku. To, co jednak zwracało szczególną uwagę, to fakt, że pani tego pana najzwyczajniej w świecie bluzgała, równie najzwyczajniej w świecie lejąc po pysku. Mocno, metodycznie, i, co ciekawe, celnie. Nie wiem, o co ona miała do niego pretensje, bo ograniczała się wyłącznie do wyzwisk i gróźb, a on z kolei się praktycznie ani nie bronił, ani nawet nie odzywał, pokornie znosząc ciosy. A już jak idzie o dziecko, to ono w ogóle nie wyglądało jakby było sceną choćby w minimalnym stopniu zainteresowane.
Ale było jeszcze coś, co mnie uderzyło. Otóż zarówno ja, jak i inne osoby, które sobie stały na tym przystanku czekając na swoje autobusy, patrzyliśmy na to, co się dzieje z pełnym zażenowania zainteresowaniem, i to wszystko. Nikomu z nas nie przyszło nawet do głowy powiedzieć tej pani, żeby przestała tłuc swojego męża, bo on taki biedny, albo bo po prostu nie wypada. A więc obserwowaliśmy incydent, a ja w końcu, usłyszawszy jeszcze tylko, jak owa pani obiecuje swojemu mężowi, że jak idzie o dzisiejszą noc, nie ma na co liczyć, wskoczyłem do swojej dwunastki i odjechałem.
Jestem pewien, że część czytelników, zwłaszcza ta sprytniejsza, w tym momencie krzyknie, że oni wiedzą, do czego ja zmierzam, i żebym nie liczył na to, że mi pójdzie tak łatwo, bo bywa odwrotnie, i to wcale nie rzadko. Tyle że ja się jak najbardziej tu zgadzam: owszem, bywa odwrotnie. Prawie. Otóż innego dnia, pamiętam, że to było niedzielne przedpołudnie, szedłem sobie ulicą, jak to w niedzielny poranek, dość pustą, i oto minęła mnie para – tak jak poprzednia, w dość jednoznacznym standardzie, tyle że dziewczyna niosła jakąś smutną, czerwoną różę. W pewnym momencie chłopak coś do niej powiedział, ona dostała cholery, porwała tę różę na strzępy i wrzasnęła do niego coś w stylu: „Gdzie znajdziesz taką dziewczynę, jak ja?” I proszę sobie wyobrazić, że on, zamiast się rozpłakać, zaśmiał się szyderczo i rzucił z miną obojętną: „Na pierwszej lepszej imprezie”. W tym momencie ona się na niego rzuciła, klnąc jak szczególnie ordynarny szewc, i zaczęła go lać po łbie, po plecach i po wszystkim, w co umiała trafić, a on szedł przed siebie, nie zwracając na nią uwagi. Kiedy ona się zmęczyła, postanowiła go kopnąć w tyłek, niestety tu już jej poszło znacznie gorzej, przewróciła się, a on nie patrząc na nią poszedł dalej. Dziewczyna wstała, poryczała się i z policzkami uświnionymi czarnym tuszem pobiegła za nim. W tym momencie zadzwonił jej telefon, ona się natychmiast uspokoiła, wzięła swojego chłopaka pod rękę i zaczęła wesoło gawędzić. A więc, jak mówię – bywa też inaczej. Są też związki jak najbardziej udane.
Tak już na marginesie, biorąc pod uwagę, że ta pani z przystanku, traktowała przymuszenie swojego męża do jednorazowej abstynencji, jako karę wyjątkową, ten związek też mógł rokować nienajgorzej.
Czy zdarzyło mi się kiedykolwiek w życiu zobaczyć, jak to mężczyzna leje kobietę? Jak najbardziej. Na filmie. Nazywał się „Enough” i chodziło o to, że Jennifer Lopez ma córeczkę i męża skurwysyna, który traktuje ją jak szmatę, biję, gwałci, dręczy, ale ona ostatecznie ma już wszystkiego dość, zapisuje się na kurs walk wschodu, no i po długiej i niezwykle zaciętej walce sukinsyna zabija. Otóż ja mam wrażenie, że z osób, z którymi się spotykam na tym blogu, nie tylko ja widziałem ten film, i nie tylko na mnie on zrobił wrażenie. Podejrzewam wręcz, że na wielu z moich znajomych on zrobił wrażenie jeszcze większe niż na mnie. Powiedziałbym, że znacznie większe. Wrażenie takie wręcz, że niektórzy uznali, że opisana w filmie sytuacja stanowi standard. I to nie tylko w takiej Ameryce, ale jak najbardziej u nas, w Polsce. Powiem szczerze, że niektórzy z nas nie tylko obejrzeli ten film, ale wiele innych, równie interesujących, jednak nie tylko traktujących o mężach, którzy biją swoje żony, ale o gwałcicielach, którzy mordują prostytutki, rodzicach, którzy gwałcą swoje dzieci, a nawet o dzieciach, które mordują inne dzieci. I nie dość, że wszystko to, co tam zobaczyli, uznali za prawdę o naszym świecie, to jeszcze postanowili, że nie będą stać bezczynnie, tylko postarają się to zło zwalczyć.
Ja tu oczywiście, co pewnie dało się już dawno bez trudu zauważyć, ironizuję, jednak bardzo bym nie chciał, by ktoś pomyślał, że moim zdaniem nie ma kobiet dręczonych przez mężczyzn, i dzieci molestowanych seksualnie przez starszych, nawet jeśli owi starsi, to ksiądz proboszcz. Jestem pewien, że zarówno z jednym, jak i drugim rodzajem perwersji, wciąż musimy się to tu to tam borykać. Mało tego. Jestem głęboko przekonany, że ludzki grzech, czy zaledwie ludzki obłęd, potrafi sięgnąć wręcz gwiazd. Przecież nie sposób uznać, że to, o czym niekiedy czytamy, a więc że oto gdzieś jakaś mama, czy jej kochanek zatłukli na śmierć dziecko, to czysta propaganda. Tego typu przypadki mają miejsce. Powiem więcej: jestem pewien, że prawdziwa była również tamta historia o jakichś dwojgu dwudziestolatkach, którzy swoje dziecko upiekli w piekarniku. To się z całą pewnością zdarzyło. To się niewątpliwie zdarzyło. Oni to dziecko zapakowali do piekarnika i je upiekli.
Pozwolę sobie na moment zatrzymać się przy tym ostatnim nieszczęściu. Pamiętam, jak usłyszałem o tym po raz pierwszy, i zacząłem sobie zadawać pytanie, dlaczego? Co się musiało takiego stać, by on, czy ona – nieważne – wpadli na tak koszmarny pomysł i go zrealizowali? Odpowiedź zresztą otrzymałem natychmiast. Oni byli pod wpływem narkotyków. Jakich? Też nieważne. Z tego co wiem, jak dobrze trafić, to wystarczyć może nawet zwykła marihuana, tak ostatnio reklamowana choćby przez telewizję TVN24. Rzecz w tym, że oni się zaćpali i w pewnym momencie uznali, że to dziecko to diabeł, czy czarownik, a może jakiś po prostu wróg z jakiejś komputerowej gry, no i postanowili się bronić. A więc niewykluczone, że problemem nie jest to, że ci młodzi byli jakoś szczególnie agresywni, lub ewentualnie pozbawieni uczuć, czy zwykłego współczucia. Jest też możliwe, że im nie brakowało podstawowej świadomości, czym jest rodzicielstwo, lub choćby opozycja dobro-zło. Oni to wszystko mogli na co dzień bardzo dobrze rozumieć, tyle że się czegoś nażarli i od tego dostali pomieszania zmysłów.
Wróćmy do, opisanej przeze mnie na początku, historii z kobietą na przystanku autobusowym, lejącą swojego męża. Czy ona była zaćpana, czy choćby pijana? Z tego, co mogłem zauważyć, nie. To raczej on był lekko przypity. Ona tylko miała do niego o coś żal – może właśnie o to, że znów, zamiast pomalować okna, poszedł z kolegami na piwo – i dlatego postanowiła mu nakłaść po pysku, a z obojętnej reakcji tego dziecka, mogłem wnioskować, że to w tym domu był standardowy sposób wyjaśniania sobie nieporozumień. Patrząc zresztą na samo dziecko, nie miałem wrażenia, by ono było jakoś szczególnie źle traktowane, jeśli oczywiście przyjmiemy, że stałe oglądanie upokarzanego publicznie tatusia oznacza traktowanie normalne.
Czy z kolei tych dwoje w niedzielne przedpołudnie – a więc ten zobojętniały chłopak i ta dziewczyna z rozmazanym tuszem do rzęs, byli pijani, lub zaćpani? Też raczej nie. Ona go po prostu sprała, bo ją niegrzecznie potraktował, a on przyjął ten atak furii z obojętną rezygnacją.
Jestem pewien jednak, że gdyby stało się jakimż cudem tak, że on by zaczął ja publicznie wyzywać – choćby wyzywać – lub, nie daj Boże bić, nie uszło by mu to na sucho. Jestem pewien, że prędzej czy później znalazłby się jakiś napakowany byk, który by mu za to, co robi, zwyczajnie wpieprzył. Dlaczego? Bo bicie kobiet nie jest – w Polsce przynajmniej – przyjętym zwyczajem. Podobnie jak gwałcenie małych dzieci. I to nawet w wykonaniu księży. Powiem więcej. Przynajmniej w Polsce, nie jest zwyczajem gwałcenie młodych dziewcząt, dorosłych kobiet, i przystojnych chłopców przez innych przystojnych chłopców. To wszystko jest, póki co, tak zwana perwersja, a więc wynaturzenie, a więc egzotyka. W dodatku, jak podejrzewam, w dziewięćdziesięciu procentach powodowana przez wódę i dragi.
Czemu o tym wszystkim piszę? Z jednego tylko powodu, w dodatku powodu, który przez wielu może być uznany za zbyt trywialny, by służyć tu, jako usprawiedliwienie. Otóż przy okazji moich dwóch ostatnich notek, jakie zamieściłem w Salonie24, obu poświęconych bezużyteczności psychologii, jako nauki i praktyki, jeden z naszych kolegów skierował do mnie pretensję, a inny go w jednej chwili poparł, że bardzo niesłusznie traktuję psychologów z taka wzgardą, bo ich praca jest właśnie niezwykle potrzebna. W dobie, bowiem, kiedy mamy tyle przypadków molestowania seksualnego dzieci i stosowania przemocy wobec kobiet, ich obecność na posterunku jest wręcz nie do przecenienia. Otóż moim zdaniem sytuacja, w której tego typu głupstwa głoszą już nie tylko medialni propagandziści i przylepione do nich organizacje feministyczne, ale również niektórzy z nas, świadczy o tym, ze hasło „przemoc w rodzinie” ostatecznie się w publicznej świadomości skutecznie bardzo zapisało. A jeśli nagle się okazuje, że dla części z nas – a więc ludzi generalnie o poglądach konserwatywnych, i nie tak łatwo poddających się wpływom propagandy – coś tak idiotycznie fikcyjnego, jak paplanina o mało słonej zupie, staję się czymś realnym, to znaczy, że trzeba interweniować. Tu akurat trzeba koniecznie interweniować, bo jeszcze chwila, i się za nas wezmą tak, że się nie pozbieramy.

Bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie dowody pamięci, wyrazy solidarności i miłe słowa, jakich mi nie oszczędzono w minionych dniach. Proszę nie odchodzić.

niedziela, 21 lipca 2013

Nie ma Kaczorów - Polska prawica rośnie w siłę

Zgodnie z naszym weekendowym zwyczajem, przesyłam tu kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". mam nadzieję, że się spodoba.


A było tak. Felietonista tygodnika „Do Rzeczy”, słynny aktor, muzyk, kompozytor, pieśniarz, autor patriotycznych songów, przywódca ruchu na rzecz wprowadzenia do polskiego systemu wyborczego tak zwanych JOW-ów, Paweł Kukiz, napisał swój kolejny felieton – jaki felieton, o czym, i w jakiej sprawie, tego oczywiście wiedzieć nie mogę – i zakończył go zdaniem: „Szczecińscy radni PiS mają swoje kaczki”.
Widząc, co się dzieje, i co jeszcze stać się może, redaktor naczelny tygodnika, Paweł Lisicki, postanowił ratować sytuację, i owo zdanie Kukizowi zmienił w taki sposób, żeby po kaczkach nie zostało śladu. Kiedy Kukiz zorientował się, co mu uczyniono, wzięła go jasna cholera i ogłosił na Facebooku, że on akurat „kultu Kaczora” uprawiać nie zamierza, i że z Lisickim koniec.
W tym momencie, polskie środowiska prawicowe ogarnęła panika, o której natychmiast poinformował – prawicowy jak najbardziej – portal fronda.pl. W tej sytuacji, Lisicki natychmiast wysłał do Kukiza swoich umyślnych, którzy go serdecznie przeprosili, sprawę wyjaśnili… no i ostatecznie, po długich godzinach niepewności, co do przyszłości polskiej prawicy, Kukiz wydał oświadczenie następującej treści:
„Zareagowałem troszkę emocjonalnie na zmiany w felietonie, przyjmując, że intencją redakcji była obrona nienaruszalności imienia Jarosława Kaczyńskiego. Wyjaśniono mi, że intencja była zupełnie inna i to wyjaśnienie rozumiem. Chodziło o niefortunne użycie przeze mnie słowa ‘kaczki’. Liczba mnoga rzeczywiście mogła w tym wypadku zostać odebrana, jako naruszenie dobrej pamięci śp. Lecha Kaczyńskiego. Powinienem był napisać w liczbie pojedynczej i wówczas sprawy by w ogóle nie było”.
Od tego momentu wszystko poszło z górki. Redakcja „Do Rzeczy” zamieniła „kaczory” na „kaczora”, „Fronda” swój kasandryczny tekst z portalu usunęła, polscy patrioci odetchnęli z ulgą, zdrajcy pogrążyli się w swojej w bezsilnej wściekłości, i wszystko wróciło do normy.
A ja mam niestety problem. Bo wiem, że niby powinienem się cieszyć, że nie ma nieprzyjaciół na prawicy; że prawdziwym wrogom nie udało się nas podzielić; że droga do przyszłego zwycięstwa stoi otworem. I oczywiście, cieszę się bardzo, jednak jest coś, co każe mi się troszkę martwić. Bo oto, trochę w formie pokłosia po tym, do czego doszło między redakcją „Do Rzeczy”, a Pawłem Kukizem, dotarła do mnie informacja, że sprawą zajęła się „Gazeta Wyborcza”. Kiedy wydawało się, że im powinno było pójść w pięty, i że powinni się starać sprawę, jako kolejny sukces polskiej prawicy, przemilczeć, oni o tym, jak najbardziej napisali. W dodatku nie pokusili się nawet o najbardziej skromny komentarz. Zwyczajnie zrelacjonowani sprawę, a następnie tylko przypomnieli:
„’Do Rzeczy’ to prawicowy tygodnik, którym kieruje Paweł Lisicki. Tworzą go w większości byli publicyści ‘Uważam Rze’. Pismo ukazuje się od stycznia. Kukiz współpracuje z tygodnikiem od pierwszych numerów”.
Przepraszam bardzo, ale coś mnie w tym wszystkim niepokoi. Co to ma, do ciężkiej cholery, znaczyć, że oni nagle są tacy zadowoleni? Cholerni Żydzi!

Ponieważ moje ostatnie apele przyniosły, jak dotąd, bardzo mizerny efekt, a sytuacja przestaje już być nawet podbramkowa, nie mam wyjścia, jak ponownie prosić wszystkich, którym ten blog nie jest obojętny, o wsparcie. Przepraszam za obcesowość, ale nie bardzo mam wyjście. Dziękuję.

sobota, 20 lipca 2013

O psach Systemu, o tych, których one zagryzły, i o tym, jak się nie popłakać

Parę dni temu przyszło do mnie moje najstarsze dziecko i kazało mi się zapoznać z artykułem na – znanym nam skądinąd – portalu PCh24.pl. Że jest wstrząsający, i takie tam. Jak zawsze. Ponieważ staram się traktować moje dziecko poważnie, skorzystałem z podanego linku i sprawdziłem, co nam Krucjata Młodych ma do powiedzenia. I przyznam, że – mimo swoich wątpliwości, o których później – owszem, uważam, że warto było.
W czym rzecz? Otóż autor „Christiana Polonia”, bo w ten sposób musimy odcyfrować wpisany w internetowy adres skrót, niejaki Paweł Ozdoba, przypomina nam historię pewnej dziewczynki, która jeszcze w roku 1993 niezbadanym wyrokiem bożym przeżyła najbardziej okrutną aborcję, by po pięciu latach życia pełnego z jednej strony cierpienia, a z drugiej, doznawanej każdego kolejnego dnia, niezwykłej wręcz ludzkiej i bożej miłości, umrzeć. Po prostu umrzeć.
Tekst Pawła Ozdoby nosi – moim zdaniem głupi i kompletnie nieadekwatny do wagi sprawy – tytuł „Niezwykła historia małej Sary”, i dotyczy, jak już mówiłem, starego już bardzo zdarzenia, kiedy to, nawet jeśli nie Pawłowi Ozdobie, to niektórym z nas z pewnością znany, niesławny doktor George Tiller, przeprowadził nieudany zabieg aborcji, w wyniku czego czego urodziła się dziewczynka imieniem Sarah Elizabeth Brown.
Wszystko zaczęło się od tego, że do kliniki, którą, jako jeden z nielicznych w Stanach Zjednoczonych lekarzy-ginekologów specjalizujących się w tak zwanych późnych aborcjach, prowadził Tiller, przywieziono piętnastolatkę w dziewiątym miesiącu ciąży. Zabieg, polegający na wstrzyknięciu w serce dziecka chlorku potasu, przeprowadzał osobiście sam kierownik tej rzeźni, no i niestety – a może na szczęście – go spaprał. Błąd polegał na tym, że zamiast w serce, swoją strzykawką trafił w główkę dziecka, dziecko się urodziło, a następnie, mimo że obsługa kliniki wyrzuciła je na śmietnik, dzięki ofiarności jednej z pielęgniarek, jakoś przeżyło. Następnie zostało adoptowane przez miejscową rodzinę, no i żyło przez kolejne 5 lat, pozbawione wzroku, mowy, no i w ogóle chore.
Paweł Ozdoba kończy swój – jak już mówiłem, szalenie odkrywczy – tekst, informacją, że doktor Tiller to okrutny człowiek, i że powinniśmy wszyscy walczyć o życie nienarodzonych dzieci. End of story. A ja jestem zmuszony, nie wiem po raz który już, powtórzyć, że tak to się jakoś składa, że problemy ludzi, wśród których zmuszeni jesteśmy żyć, kończą się dokładnie w tym miejscu, w którym nasze się zaczynają. W tej sytuacji, jak najbardziej konsekwentnie, proszę o skupienie. Oto teraz dopiero czas na „historię” prawdziwie straszną – historię o tym, co było później.
Otóż, kiedy Sara się urodziła, została adoptowana przez rodzinę Brown, i otrzymała imię Sarah Elizabeth, wieść o tym, co się stało, zaczęła się rozchodzić. Wówczas dr Tiller zgłosił sprawę do sądu, i przybrani rodzice Sary otrzymali sądowy nakaz milczenia. Ponieważ jednak wiadomość o tej zbrodni była wiedzą powszechną, doszło do tego, że ledwo miesiąc później ktoś strzelił do siedzącego w swoim samochodzie Tillera – niestety niecelnie – raniąc go w oba ramiona. Ponieważ jego szczególna sława zaczęła zataczać coraz większe kręgi, Tiller zaczął nosić kamizelkę kuloodporną, nie przerywając jednak dotychczasowego procederu, wciąż służąc ciężarnym Amerykankom, jako ich zbawca i dosłownie ostatnia ucieczka. Minęło pięć lat, Sarah zmarła, minęły miesiące kolejne, i wtedy, do służącego do mszy – to był jak najbardziej pobożny luteranin – Tillera podszedł niejaki Scott Roeder, przyłożył mu pistolet do łba i go zastrzelił jak – nie ubliżając w niczym tym sympatycznym zwierzakom – psa.
Roeder został oczywiście natychmiast aresztowany i rozpoczęło się to, co my tu czasem nazywamy „topieniem fryt”. Pierwszy zabrał głos prezydent Obama i oświadczył, że to, co się stało, to odrażający akt nienawiści i pogardy dla człowieka, czy jakoś tak. Po Obamie przyszli następni i wszystko poszło zgodnie ze znanym nam cywilizacyjnym zwyczajem. Chodziło o to, by Roedera ustawić w takim miejscu, gdzie on nie będzie miał najmniejszych szans.
Rozpoczął się proces. I tam też wszystko było prowadzone zgodnie ze współczesnymi standardami. Mimo że początkowo, na wniosek obrony, sędzia zgodził się, by ława przysięgłych brała pod uwagę opcję zabójstwa w afekcie, ostatecznie zgoda ta została wycofana. Ile razy Roeder chciał w swojej obronie opowiedzieć, czym jest aborcja, sędzia mu nieustannie przerywał, tłumacząc, że, ponieważ on nie jest ekspertem, jego zdanie nie ma tu znaczenia. Kiedy obrona Roedera chciała powołać jako świadków byłego i obecnego prokuratora stanowego, którzy wcześniej bezskutecznie próbowali Tillera postawić przed sądem za to, co on wyprawia, sąd prośby odrzucał, wyjaśniając, że ich zeznania mogłyby wpłynąć na obiektywizm ławy przysięgłych. I tak to się wszystko toczyło, aż wreszcie rozprawa dobiegła końca, i ława przysięgłych – oczywiście, dzięki staraniom sędziego, w najmniejszym stopniu nieuprzedzona – po zaledwie 40-minutowej naradzie, jednogłośnie ogłosiła Roedera winnym morderstwa z premedytacją, a sędzia skazał go na dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie najwcześniej po 50 latach.
I to jest koniec tej historii. To co w tym wszystkim jednak jest, z pewnego punktu widzenia, najbardziej uderzające, to to, że jeśli ktoś w ogóle wciąż pamięta o tym, co się stało w mieście Witchita w Stanach Zjednoczonych najpierw roku 1993, a następnie w latach 1998, 1999 i 2000 – a nie ulega wątpliwości, że Paweł Ozdoba, a domyślam się, że nie tylko on, ani tego ani nie pamięta, ani w ogóle nie wie, ani też wiedzieć nie potrzebuje – nawet jeśli poszuka sobie odpowiednich informacji na temat owego dr. Tillera, nie znajdzie jakichkolwiek odniesień do sprawy Sary Elizabeth Brown. Jedyne, czego się dowie, to to, że był pewien lekarz, który dokonywał aborcji, i został zamordowany przez antyaborcyjnego działacza – wariata. I tyle.
Napisałem wcześniej, że mam nieodparte wrażenie, że moje problemy zaczynają się tam, gdzie innych się kończą. Jak się to ma do tego, co tu dziś postanowiłem opisać? Otóż chodzi o to, że to, co tak okropnie podnieca redakcję pisma „Polonia Christiana” – ale, nie oszukujmy się, przecież nie tylko ich – a więc cierpienie tej biednej dziewczynki i czarna dusza człowieka, który zniszczył jej życie, to – oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji – jest nic takiego. Oczywiście, łatwo jest nam się wzruszyć cierpieniem, najpierw okaleczonego, a następnie zamordowanego z zimną krwią dziecka, i złem wcielonym w jakiegoś abortera. Wydaje mi się, że znacznie więcej skupienia wymaga od nas zrozumienie, że on jest tylko pionkiem w znacznie większej grze, a ta dziewczynka zaledwie jedną z tysięcy bezbronnych owej gry ofiar. I że świat, który to wszystko stworzył, nasze wzruszenia ma głęboko w nosie. Nie zdziwiłbym się wręcz, gdyby światu nasze wzruszenia wyłącznie dobrze służyły, bo tak długo jak my się będziemy wzruszać, istnieje pewność, że nie zauważymy tego, co tu jest najbardziej istotne, no a przede wszystkim tych, co są najbardziej za to całe zło odpowiedzialni. Dlatego, ja bym proponował, by końcowy apel, jaki Paweł Ozdoba do nas skierował, a więc słowa: „Niech ta historia uświadomi nam bestialstwo i bezduszność, którym kierują się feministki oraz wszelkie instytucje wspierające zabijanie nienarodzonych dzieci” on sobie wsadził w nos, i przestał nam zawracać głowę, a my zamiast tego stanęli wyprostowani, czujni i świadomi. Przede wszystkim świadomi, a to, jak wiemy, wyklucza zbędne emocje.
Stójmy więc, jak nam radził swego czasu Herbert, wyprostowani, na jednej nodze, gotowi, i niech nam nawet do głowy nie przyjdzie, by się pobeczeć.

Ponieważ moje ostatnie apele przyniosły, jak dotąd, bardzo mizerny efekt, a sytuacja przestaje już być nawet podbramkowa, nie mam wyjścia, jak ponownie prosić wszystkich, którym ten blog nie jest obojętny, o wsparcie. Przepraszam za obcesowość, ale nie bardzo mam wyjście. Dziękuję.


czwartek, 18 lipca 2013

Co Polsce po wojsku? Co wojsku po Kościele? - Felieton ponury

Kiedy patrzymy na Polskę, którą zapewne nam już niedługo zostawią ci, co ją do końca przeżuli i wypluli, jak nikomu niepotrzebny śmieć, i użalamy się nad naszym i jej losem, zwykle zauważamy tylko to, co mamy przed oczami na co dzień. Będziemy tu więc mieli albo tę wszędzie panoszącą się biedę, kolejki w ośrodkach zdrowia, bezrobocie, rozgrzebane miasta i prowadzące do nich drogi, te lombardy na każdym rogu, te banki, te budki z kebabami, te sklepy ze starą odzieżą, wreszcie to, o czym możemy przeczytać w gazetach, czy usłyszeć w telewizji, a więc informacje o katastrofie budżetowej, natomiast już nawet nie będziemy mieli siły na to, by spojrzeć nieco w przyszłość i zapytać, co dalej. Nie znajdziemy ani siły, ale też i czasu, by rzucić okiem na to, co jest jednak jakoś tam ukryte, bo z natury rzeczy niedotykalne i niewidzialne, a poza tym, przez swoją swego rodzaju abstrakcyjność, w pewnym sensie kompletnie dla nas nierealne.
Weźmy na przykład informację, która pojawiła się przy okazji ogłoszenia przez Donalda Tuska zapaści budżetowej, i została w sposób naturalny kompletnie zlekceważona. Otóż MON wedle nowego, oszczędnościowego, planu, będzie miało zmniejszony budżet o ponad 3 mld złotych, z tym oczywiście zastrzeżeniem, że pensje nawet nie drgną. Jak się natomiast dowiadujemy z doniesień nadchodzących już zupełnie niezależnie od tych najświeższych, gdyby, jakimś dziwnym cudem, sąsiednia Białoruś zechciała uderzyć na Polskę, wystarczyłoby im pół dnia, by ich wojska zajęły cały kraj. I to oczywiście, również jest wiadomość nieistotna, budząca powszechne wzruszenie ramion, no bo o czym tu myśleć? O inwazji Białorusi na Polskę? A cóż to za temat?
Popatrzmy na przykład na pewien garnizonowy kościół, który, tak się złożyło, mamy tuż za oknem. To jest kościół szczególny, bardzo skromny, z bardzo konserwatywną atmosferą, kościół, który wielu ludzi uznało za swój jedyny i wieczny kościół, również nasz kościół. z początkiem nowego roku dostaliśmy nowego proboszcza, pułkownika Jerzego Niedzielskiego. Ja wiem, że księża, z którymi jestem zaprzyjaźniony, bardzo nie lubią, gdy ja coś takiego mówię, ale tu nie ma możliwości, by o tym nie wspomnieć. Otóż ksiądz Jerzy Niedzielski, to ksiądz wybitny. Przez te pół roku, jak tu jest, on ludzi, którzy przychodzą do naszego kościoła najzwyczajniej w świecie zaczarował. Nie będę wchodził w szczegóły, ale, jak kto chce, można go znaleźć na youtubie. Wystarczy wpisać nazwisko.
O co chodzi? Rzecz w tym, że on ledwo przyszedł, już od nas odchodzi. Dlaczego? Okazało się, że rząd kazał znacznie zmniejszyć liczbę kapelanów wojskowych, i biskup polowy musiał przearanżować całą administrację obsługi tych szczególnych parafii, no i Niedzielski zostaje przeniesiony tam, gdzie będzie bardziej przydatny. Sprawa jest jednak zrozumiała. Skoro nie ma wojska, to po ciężką cholerę komukolwiek kapelani i garnizonowe kościoły? Ale kogo to obchodzi poza tymi biednymi ludźmi, którzy żałują swojego ukochanego księdza? A czemu on odchodzi? Jak to czemu? Bo jest kryzys i nie ma pieniędzy. No a poza tym, jak już powiedzieliśmy, po co garnizonowi kościół, skoro nie ma garnizonu?
Niedługo po Smoleńskiej Katastrofie, nasz przyjaciel i samozwańczy, a przez nas z radością i dumą tu przyjęty, kapelan tego bloga, ksiądz Don Paddington, wygłosił cudowne kazanie, w którym przedstawił Polskie Wojsko, już tylko jako wspomnienie, jeśli wciąż niekiedy zaznaczające swoją obecność, to tylko w formie dekoracji wykorzystywanej na okoliczność imprez, takich jak właśnie pogrzeb ofiar smoleńskiego nieszczęścia. A ja sobie przypominam inną wypowiedź, jeszcze sprzed wielu, wielu lat, kiedy dziennikarz, dziś już nieco odsunięty na dalszy plan, Jan Ordyński szydził w Polskim Radio, że po ciężką cholerę Polsce jakieś wojsko, skoro Europa przede wszystkim jest ostatecznie bezpieczna, a poza tym, skąd nam, Polakom, w ogóle chodzą po głowie tak głupie myśli, jak stawianie oporu przeciwko potężnym sąsiadom? Czy myśmy może już od tego naszego nacjonalizmu oszaleli? Komu my się chcemy postawić? Rosji? Niemcom? Dziś pewnie do tej kolekcji Jan Ordyński dodałby jeszcze Białoruś.
Nie mamy wojska. Mamy tylko pewną skromną reprezentację, gdy trzeba się gdzieś ładnie pokazać. No i ten zdychający już ordynariat polowy ze swoimi kapelanami i rozsianymi po całej Polsce kościołami, które i tak, prędzej czy później zostaną, jak znam życie, przejęte przez Dominikanów i zamienione na akademickie ośrodki duszpasterskie, gdzie pobożni studenci będą mogli sobie pośpiewać przy dźwiękach gitary, bębenków i fujarki.

Przepraszam bardzo, ale znów mamy sytuację bardzo gardłową. Wakacje zawsze nas nieco przyginały do ziemi, tym razem jednak wygląda na to, że jest gorzej, niż kiedykolwiek. I nie ma wątpliwości, że jeśli tu mi się nie uda od Was niczego wyprosić, reszta miesiąca jest zwyczajnie nie do przeżycia. A, jak już wspominałem, prędzej pójdę na żebry do mojego teścia, niż wezmę kolejny kredyt. Co i tak wychodzi na jedno. Bardzo proszę o zrozumienie i dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...