niedziela, 28 kwietnia 2013

O niezapłaconych rachunkach i kolczyku w języku

Nie wiem, czy poniższy tekst będzie najkrótszym, jak dotychczas napisałem, ale biorę bardzo mocno pod uwagę, że tak – ten będzie najkrótszy. No, ale są rzeczy, które – a już na pewno na tym blogu – nie dość, że nie wymagają dodatkowych słów, to od niepotrzebnych komentarzy wręcz cierpią.
Otóż moja młodsza córka opowiedziała mi coś, co się jej przydarzyło, a ja od razu sobie pomyślałem, że byłoby najlepiej gdyby ona to mogła opowiedzieć tu na tym blogu. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, to ja postaram się, najlepiej jak potrafię, odtworzyć tę historię.
Proszę posłuchać, co mi opowiedziała moja młodsza córka. Postaram się być możliwie dokładny:
„Szłam sobie po Mariackiej, a przede mną szła pani z malutkim, takim może trzyletnim chłopczykiem. Nagle chłopczyk zapytał: ‘Mamusiu, a gdzie my idziemy?’, na co ta mama zaczęła na niego ryczeć: ‘Ile razy mam ci powtarzać? Idziemy zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku! Zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku!!! Czy ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? Zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku!!!! Co za dziecko! Co za dureń!!! Ile razy mu trzeba powtarzać najprostsze rzeczy?'”
I tak bez końca.
Zapytałem moje dziecko o coś, co akurat dla mnie zawsze stanowi kwestię podstawową – jak wyglądała ta kobieta? Na co usłyszałem: „No właśnie tak”.
A zatem tak. Jak? No tak. Ile razy trzeba powtarzać tę jedną, jedyną rzecz. Trzeba zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku.

Jutro zaczynamy kolejny tydzień. Dla wielu z nas czas wypoczynku i chwili odprężenia. Dla mnie jednak, przede wszystkim, czas bez pracy. Po prostu bez pracy. A zatem, proszę wszystkich, którzy są w możliwościach, o wsparcie tego bloga. Może uda nam się wyjechać choć na jeden dzień w góry. Powiedzmy do Rycerki. To tam, gdzie kiedyś, jeszcze w złotych latach PRL-u, kupiliśmy ten cholerny biustonosz. Dziękuję.

sobota, 27 kwietnia 2013

Być jak Tomasz Terlikowski

Nadszedł weekend, a wraz z nim kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". Myślę, że stanie się to naszym zwyczajem, no i że tak będzie dobrze.

Miałem okropny koszmar. Śniło mi się, że zadzwoniła do mnie Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” i zapytała, czy nie zgodziłbym się udzielić jej wywiadu. Pomysł był oto taki, że im bardzo zależy na tym, by zainicjować debatę na temat prawicowego obłędu, i uznali, że ja, jako wybitny przedstawiciel tak zwanej patriotycznej części politycznej sceny, oraz osoba szczególnie niezrównoważona, idealnie pokażę zjawisko, o którym „Wyborcza” chciałaby opowiedzieć swoim czytelnikom. W moim koszmarze, redaktor „Gazety Wyborczej” zapewniła, że wywiad będzie miał aż sześć stron, zostanie opublikowany w piątkowym wydaniu, będzie nosił tytuł „Smoleńscy mordercy nie unikną kary”, i że wszystko, co powiem, zostanie najpierw przez mnie autoryzowane, a następnie wiernie opublikowane. No i śniło mi się, że ja tę propozycję przyjąłem.
To był straszny sen. Śniło mi się, że do tej rozmowy doszło i że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak obiecywała mi redaktor z „Gazety Wyborczej”; że ja powiedziałem dokładnie wszystko co chciałem, mogłem mówić wszystko, co chciałem, i z każdym swoim słowem czułem, że oto wreszcie mam okazję powiedzieć to, co przez tyle lat nam mówić nie pozwalano, i że ja jestem tym, który jako pierwszy, przez swoją determinację i odwagę, powiedział to, co powiedzieć należało.
I śniło mi się, że ten wywiad się ukazał. Dokładnie w kształcie, jaki mi redakcja „Gazety” obiecała, i że żadne moje słowo nie zostało ocenzurowane, i że to był początek mojej kariery, jako przedstawiciela polskiej patriotycznej prawicy.
Od tego czasu zacząłem być zapraszany do różnego rodzaju debat w TVN24, Polsacie i TVP Info. Któregoś dnia wystąpiłem nawet w programie Tomasza Lisa i tam z gorącym sercem broniłem wartości, polskiej tradycji i mówiłem wszystko, co powiedzieć należało. Wreszcie Bogdan Rymanowski zaprosił mnie, jako stałego gościa do programu „Kawa na ławę”, bym przedstawiał tam opinie w imieniu tak zwanych mediów społecznych, a Monika Olejnik zaczęła mnie regularnie gościć w swojej audycji w Radio Zet.
Moja sława w pewnym momencie stała się tak wielka, że mainstreamowe media nadały mi przydomek „Oszołom z Katowic”, a ja sam, ile razy pokazywałem się publicznie, w ten sposób się przedstawiałem: „Hej, witam Was, Kochani! To ja Wasz Oszołom z Katowic. Przyszedłem powiedzieć Wam prawdę. Wbrew propagandzie Tuska i jego postkomunistycznej bandy”.
I wreszcie, w tym niekończącym się koszmarze, w pewnym momencie okazało się, że występuję w programie TVN24 obok Tomasza Terlikowskiego. On, jako Talib z Warszawy, a ja, jako Oszołom z Katowic, rozmowę prowadził redaktor Morozowski, który się praktycznie nie odzywał. Mówiliśmy tylko my. Terlikowski bronił życia poczętego, ja odsłaniałem prawdę o Smoleńsku, a po programie, Morozowski nas uściskał, a my udaliśmy się wspólnie do stołówki ITI, gdzie zjedliśmy polski żurek oraz pierogi z kapustą. Oczywiście na koszt tych zdrajców. No i wtedy się obudziłem.

Przypominam, że mam u siebie dobrych kilkanaście egzemplarzy zarówno Liścia, jak i Elementarza. Każdy kto zakupi oba za 60 złotych, bez dodatkowych już kosztów, otrzyma płytkę z pełnym, ponad godzinnym, zapisem naszej, a więc Kamiuszka, Gabriela, Orła i blogera Toyaha, rozmowy dla VOD Gazeta Polska o Diable. Jak mówię, 60 zł to jest cena, natomiast, jesli ktoś ma coś luźnego ponad to, bardzo proszę. I dziękuję.

czwartek, 25 kwietnia 2013

O fałszu nie do zniesienia, z nadzieją na upragnione światło

Miałem już nie pisać o wódzie, bo raz że ktoś mnie zacznie podejrzewać o to, że ja pije więcej, niż piję, a od czasu, jak któregoś dnia wpadłem na moją koleżankę Ginewrę cały śmierdzący piwem, szczególnie mi zależy, by tu nie było żadnych nieporozumień, a dwa, że wydaje mi się, że wszystko, co miałem do powiedzenia na temat uzależnień i relacji między nimi, a tak zwaną „dupą”, w jakiej się znajduje człowiek uzależniony, już powiedziałem. Więc po co się dalej popisywać?
Stało się jednak tak, że, jak już wspominałem parę dni temu, kupiłem mojej żonie i jednemu z dzieci tygodniki „Sieci” i „Do Rzeczy”, i nie ma dnia, bym nie przeczytał czegoś jeszcze bardziej szczególnego, niż to, co mi się zdarzyło przeczytać dzień wcześniej. I oto trafiłem na tekst Piotra Skwiecińskiego o Aleksandrze Kwaśniewskim, a dokładnie o tym, jak to on chlał, kiedy był jeszcze prezydentem, no a później też, czyli mniej więcej zawsze. I jaki to wstyd i żenada dla kogoś, komu przyszło odgrywać rolę osoby publicznej.
Samego tekstu nie przeczytałem, bo mi się nie chciało, i ograniczyłem się tylko do leadu, a więc: „Kwaśniewski, czyli historia się powtarza, jako farsa. Wszystko wskazuje na to, że obserwujemy koniec Aleksandra Kwaśniewskiego. Koniec tyleż widowiskowy, co pouczający. A zarazem – nieco żenujący”. Obejrzałem sobie natomiast cztery zdjęcia, ilustrujące artykuł Skwiecińskiego. Dwa z nich przedstawiają Kwaśniewskiego nawalonego, jedno Kwaśniewskiego nawalonego być może, natomiast czwarte najprawdopodobniej trzeźwego Skwiecińskiego.
Problem jaki mam, pisząc ten tekst, jest taki, że ja używam słowa „najprawdopodobniej” bardzo świadomie. Rzecz bowiem w tym, że ja tak naprawdę nie wiem, czy na tym zdjęciu Skwieciński jest trzeźwy, czy może równie pijany, jak Kwaśniewski, tyle że to jest zdjęcie pozowane, więc diabli wiedzą, co się tam działo przed i po?
Zanim ktoś mnie spyta, czemu ja się znowu dopieprzam do ludzi, tym razem w osobie Bogu ducha winnego Skwiecińskiego, podzielę się pewnym kompleksem, który, jak idzie o tego człowieka, prześladuje mnie od kilku lat, a dokładnie od jesieni roku 2008. Jesienią owego roku udałem się mianowicie do Warszawy na tak zwane „3 Urodziny Salonu”. Wielokrotnie opowiadałem najróżniejsze przygody, które mi się podczas tego wieczoru przytrafiły, natomiast na temat jednej z nich milczałem, jak zaklęty. Otóż chodzi o to, że w pewnym momencie wpadłem na Piotra Skwiecińskiego we własnej osobie, który był pijany jak bela. On nie był pijany w taki sposób, że coś tam pokrzykiwał, poklepywał ludzi po plecach, i śmiał się głośniej, niż wypada. On był pijany tak, jak są pijani ludzie, którym pozostaje już tylko bardzo się starać, by się nie wyrzygać. On był pijany tak, jak mnie się zdarzyło jeden raz w życiu, tyle że byłem wówczas kompletnie sam i na szczęście nikt mnie nie widział.
A więc przeszedł obok mnie Skwieciński, pijany jak bela, taki biedny i skoncentrowany wyłącznie na tym, by się nie wywalić, a ja sobie myślałem, co za czort go opętał? Czemu on się tak fatalnie wystawił? Czemu on nie wziął pod uwagę tego, że jest w końcu osobą publiczną, i to go do czegoś zobowiązuje? Choćby do tego, by zadbać o to, by po latach ktoś, kto jest mu osobą całkowicie obcą, nie musiał go kojarzyć wyłącznie z kimś, kto się zawsze musi nawalić. A tak się niestety stało. Ja dziś widzę zdjęcie Skwiecińskiego pod tekstem poświęconym Kwaśniewskiemu i jego nodze i widzę go dokładnie w tym stanie, co przed pięcioma laty. Walczącego z siłami biologii, fizyki i przyrody, i walkę tę na całej linii przegrywającego.
A więc powstaje pytanie, czemu ja się znęcam nad Skwiecińskim, który – co jest bardzo prawdopodobne – ma na sumieniu tylko tyle, że lubi sobie golnąć? I to ja, a więc ktoś, dla kogo flaszka stanowi w pewnym sensie wręcz obsesję. Otóż, jak idzie o mnie, niech Skwieciński będzie sobie zwykłym pijaczkiem, człowiekiem o bardzo słabej głowie, ciężkim alkoholikiem, względnie kimś, kto się nie potrafi oprzeć – tak jak ja – miłej atmosferze. To co mnie dziś dręczy, to fakt, że on będąc jednym z wymienionych wyżej typów, a jednocześnie osobą publiczną, postanawia nagle napisać tekst wyśmiewający chlanie prezydenta Kwaśniewskiego. Przepraszam bardzo, ale to już jest wyjątkowa bezczelność. Zwłaszcza w sytuacji, gdy ja widziałem Kwaśniewskiego setki razy, w tym pijanego razy trzy, natomiast Skwiecińskiego tylko raz, i to właśnie ten jeden raz.
Ale to też nie jest największy problem. To że Skwieciński, sam nie dbając w ogóle o dobrą opinię, zarzuca dokładnie to samo innym. U nich to jest, zwłaszcza ostatnio, wręcz plaga. On jest zaledwie jednym z dziennikarzy, w dodatku dziennikarzem, któremu w tej walce szczurów przypadło miejsce po stronie tak zwanej opozycji, gdzie wszystkiego jest mniej, i w znacznie gorszej jakości. To, co mnie wręcz niszczy wewnętrznie, to to, że on jest tak naprawdę zaledwie przykładem czegoś znacznie szerszego. Mam tu na myśli coś, co można określić bardzo wulgarnym zawołaniem: „A chuj tam!” Fakt, że ta obelżywość dobiegła nas ze strony tak zwanych „naszych”, jest wyjątkowo upokarzający.

Bardzo proszę wszystkich, którzy czytają te teksty i znajdują w nich czy to pocieszenie, czy codzienną inspirację do walki, o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. A ja mogę tylko obiecać, że te pieniądze nie pójdą na wódkę. Niestety, te czasy jeszcze wciąż daleko przed nami. Dziękuję.

środa, 24 kwietnia 2013

Dlaczego pijacy to złodzieje? Dlaczego kurwy kradną?

Moja ciocia, siostra mojej mamy, któregoś dnia, kiedy siedzieliśmy sobie u nas na wsi i oglądaliśmy telewizję, rzuciła następujące zdanie: „Popatrz na niego. Obraca tymi oczami, jakby chciał cos ukraść”. Opis ten dotyczył występującego akurat przy jakiejś okazji Donalda Tuska, natomiast na mnie zrobił takie wrażenie, że do dziś go pamiętam, nawet nie ze względu na swoją celność – on faktycznie wyglądał tak, jakby akurat kombinował, żeby coś zbroić – ale przez owo słowo „ukraść”. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy, że jak to się stało, że w kulturze ludowej grzech kradzieży został uznany za coś tak strasznego, że wszedł do sfery symboli czegoś najgorszego.
Na blogu tym, ledwo co wczoraj, pojawił się nowy komentator, podpisujący się nie wiedzieć czemu Roman G, i zgłosił do mnie pretensje o to, że, chcąc dokuczyć kompozytorowi Preisnerowi, zelżyłem go od „pijaków”. Wedle argumentacji Romana G, ponieważ we wspomnianej wcześniej kulturze wiejskiej istnieje zbitka „pijak i złodziej”, ja w ten sposób tak naprawdę nie szkodzę Preisnerowi, ale samemu sobie, pokazując, że nie umiem skutecznie argumentować. Co miałem na ten temat do powiedzenia, napisałem już w kolejnych komentarzach pod tamtą notką, natomiast wciąż nie potrafię przestać myśleć o tych pijakach i złodziejach, i o tym, dlaczego te dwa pojęcia w ludowej mądrości zostały tak mocno uwypuklone.
I oto wydaje mi się, że znalazłem na ten dylemat odpowiedź. Mam bowiem bardzo silne wrażenie, że zarówno w tym wypadku, jak i w wielu innych, kiedy to nasi wieśniacy próbowali najkrócej jak się tylko da, przekazać nam coś bardzo podstawowego, stoimy przed czystą, niezwykłą zupełnie w swojej prostocie, prawdą. Z punktu widzenia ludzi żyjących w środowiskach wciąż jeszcze nieskażonych panoszącym się wokół nas kłamstwem, człowiek czyniący zło, czyni je, ponieważ uległ pokusie Szatana. I to jest początek i koniec wszystkiego. Jest Szatan i jest zło. Jest zło, ponieważ skusił nas Szatan. W jaki sposób owo kuszenie się odbyło? Tu oczywiście mogło być różnie. Dla wspomnianego wieśniaka, w sposób zupełnie naturalny, musiała być to wódka. Nie burdel, nie kokaina, nie hazard, nie banki wreszcie, ale zwykła wóda. A jeśli wóda, to zło. Jakie zło? Tu też, jak sądzę pewne cywilizacyjne ograniczenia nie pozostawiały wielkiego wyboru. Cóż złego bowiem mógł zrobić prosty wieśniak, który wpadł w alkoholizm? No, oczywiście mógł pobić żonę, ale wydaje się bardziej prawdopodobne, że to ona by mu wlała najpierw. Mógł z całą pewnością kogoś zabić sztachetą, tyle że wówczas równie dobrze sam mógł oberwać, więc mieliśmy w pewnym sensie pojedynek równych sił. Mógł wreszcie, jeśli był wiejskim urzędnikiem, człowieka, który zwrócił się do niego o pomoc, oszukać. Wieś jednak to tylko wieś, i urzędnik jako taki mógłby być dla nas interesujący wyłącznie statystycznie, natomiast jak idzie o tak zwane życie – to nie o niego mogło tu chodzić. Chodziło mianowicie o zwykłego pijaka i złodzieja. Właśnie złodzieja. Kogoś, kto widzi coś, co ma ochotę mieć, więc to sobie bierze.
Pisałem o tym w swoim „Elementarzu”. Dziadek mój, ojciec Mamy i wspomnianej wcześniej cioci, miał piękny brzozowy las. Kiedy byłem dzieckiem, to był też mój las, moje życie i moje szczęście. Dziadek również ten las kochał i o niego dbał. Kiedy jednak był już na tyle stary, że nie był w stanie się nim ani zajmować, ani nawet go doglądać, las ów w ciągu zaledwie paru lat został całkowicie rozkradziony w ten sposób, że okoliczni mieszkańcy powycinali na swoje potrzeby wszystkie znajdujące się tam drzewa. Opowiedziałem tę historię pewnemu góralowi, u którego swego czasu lubiliśmy spędzać część wakacji. Proszę sobie wyobrazić, że ja, mimo że się bardzo staram, nie umiem powiedzieć, jaki inny występek mógłbym opisać, by zrobić na nim takie wrażenie, jakie zrobiła na nim historia o tym skradzionym lesie. O tym złodziejstwie. No dobrze. To było niemal już dwadzieścia pięć lat temu, więc gdybym mu opowiedział o tym, jak pewna matka z Sosnowca zamordowała swoje dziecko i dzięki temu stała się ogólnanarodową celebrytką, on by pewnie coś brzydkiego mruknął pod nosem. Nie sądzę jednak, by to nim tak poruszyło, jak ta kradzież.
Czy ludzie, którzy wycięli mojemu dziadkowi las byli wszyscy pijakami? Może tak, może nie. Tego nie wiemy, i chyba nie jest to dla nas dziś bardzo ważne. Natomiast nie mam wątpliwości co do tego, że każdy z nich musiał się wcześniej w jakiś swój szczególny sposób dać zniewolić. Zniewolić przez co? Przez kogo? Oczywiście nie przez Tego Który Niesie Wolność, ale Tego Który Niesie Kajdany. To jest bardzo oczywiste. A jeśli dał się zniewolić, reszta poszła już prosto z górki. Jak to mówiliśmy będąc dziećmi – na pazurki. Prosto w objęcia grzechu.
A zatem wracamy do myśli, która stała na początku tych refleksji. Mamy grzech i mamy zło. Cała reszta, to już wyłącznie kwestia słów i sposobu jak ich użyjemy, by ten grzech i to zło opisać. No i jeszcze coś. Co tego typu rozważania mają wspólnego z podstawowym celem tego bloga, który, jak wiemy, został powołany do tego, by komentować przede wszystkim politykę? Otóż, aby to wyjaśnić, a przy okazji się usprawiedliwić, pozwolę sobie lekko zmienić ów piękny moim zdaniem w swojej prawdziwości opis, i zamiast pijaków i złodziei, dać kurwy i złodziei. Jestem pewien, ze wciąż pozostaniemy w okolicach owych prawd podstawowych.
A skoro już nam się ostatnio zgadało na temat kompozytora Preisnera, a tylu jeszcze innych czeka w kolejce, gotów jestem się z tego pijaka wycofać. Tak naprawdę, ja nawet nie mam powodu myśleć, że on pije. Podobnie, jak nie wiem, czy chleje człowiek, o którym moja ciocia powiedziała, że patrzy jak złodziej. I niech mi nikt nie mówi, że jestem mało elastyczny.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Bez tego się nie wyratujemy. Dziękuję.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Zbigniew Preisner słyszy głosy

Ponieważ bardzo ładnie nam tu wyszła poprzednia notka, będąca powtórzeniem mojego ostatniego felietonu dla „Warszawskiej Gazety”, pomyślałem sobie, że ze względu na nasze wspólne sprawy, zamieszczę dziś kolejny tekst, jaki napisałem dla Piotra Bachurskiego, a który w tej sytuacji oczywiście już się okazać będzie mógł tylko tutaj. Bachurski zatem dostanie coś nowego, a my tymczasem czytajmy o Preisnerze.

Zbigniew Preisner i jego kompozytorska twórczość zajmują mnie o tyle, o ile jestem gdzieś z wizytą, i gospodarze nagle wyciągną dołączoną do „Gazety Wyborczej”, czy do któregoś z kolorowych magazynów, płytę z jego muzyką, i powiedzą: „Posłuchaj, jakie to piękne”. Poza tym, na jego temat nie wiem nic, i, prawdę powiedziawszy, kiedy przed chwilą dowiedziałem się, że ów człowiek zapowiedział pozwanie do sądu Prawa i Sprawiedliwości za bezprawne wykorzystanie jego utworu, pierwsze, co pomyślałem, to to, że ciekawe, że on jeszcze żyje.
No i okazało się, że nie dość, że żyje, to jeszcze kopie. Przy okazji wyszło coś jeszcze – jeśli wziąć pod uwagę sposób, w jaki on wymachuje tymi kopytami, można z bardzo dużym prawdopodobieństwem przyjąć też, że on chleje. I to chleje tak, że aby to wiedzieć, nie trzeba go ani widzieć, ani słyszeć. Wystarczą informacje o tym, co on zrobił, czy, co powiedział. Takie rzeczy na trzeźwo się nie dzieją.
Wiadomość, która kazała mi się zastanowić nad stanem, w jakim znalazł się Presiner, krótko mówiąc, sprowadza się do tego, że on dostał cholery na PiS za rzekome wykorzystanie jego melodii dla propagowania smoleńskich emocji, a kiedy go jednoznacznie zapewniono, że to jest jakaś plotka, on stwierdził, co następuje:
„Co mnie obchodzi oświadczenie PiS? Wiem, że to było wykonywane o godz. 19.55 w czwartek, kiedy manifestacja szła z Wawelu na Rynek Główny. Mam na to świadków, moich kolegów, współpracowników, którzy to słyszeli na rogu Rynku i ul. Grodzkiej”.
A więc, jak rozumiem, było tak, że paru kolegów Preisnera siedziało 18 kwietnia w knajpie na Grodzkiej, kiedy zobaczyli ludzi z białoczerownymi flagami i usłyszeli melodię, którą rozpoznali, jako melodię Preisnera. Któryś z nich złapał za telefon i zameldował: „Ty, Zibbi. Jest 19.55, siedzimy z Kawą i Rzepą przy Rynku i Grodzkiej, obok idzie jakaś pisobolszewia i grają twój numer. No wiesz – ten wzruszający, o tym tam… no wiesz? Rób młyn”.
No i mamy to, co mamy. Presiner biega od stacji do stacji i drze mordę, że pisowcy go wciągają w ten pieprzony Smoleńsk, a on już na to rzyga, i sobie nie życzy, i jeśli oni go natychmiast nie przeproszą, to on dostanie jeszcze większej cholery i wtedy dopiero świat zobaczy, jaki wygląda apokalipsa. Na to przychodzi PiS i tłumaczy, jak dziecku, że jemu musiało się coś pomylić, ewentualnie źle usłyszał, lub ktoś go nabrał, a ten wciąż swoje: „Nic mnie to nie obchodzi. 19.55. Róg Rynku i Grodzkiej. Koledzy mówili. Żądam przeprosin”.
Wydaje się, że w tej sytuacji najprościej byłoby uznać, że Preisner od tej wódy zwyczajnie zwariował i przestać go traktować poważnie. Jak jednak uczy przykład Lecha Wałęsy – a przecież nie tylko jego – można się spodziewać, że dalej już będzie tylko weselej.

Będę szczery swoją chłopską szczerością i powiem, że w tej chwili nie mamy nic i jeśli tu mi się nie uda czegoś wyprosić, to leżymy. I tak leżymy, ale wtedy leżymy jeszcze bardziej płasko. Powiedziałbym, że jesteśmy wbici w ziemię. Bardzo proszę o zrozumienie. I dziękuję.

sobota, 20 kwietnia 2013

Jarosław Gowin - człowiek z sercem po prawej stronie

Poniższy tekst ukazał się wczoraj w „Warszawskiej Gazecie”, jako kolejny z felietonów, które dzięki zainteresowaniu Piotra Bachurskiego mam okazję publikować tam od kilku miesięcy. Umieszczam go tu, raz, ponieważ zwykle dzielę się tym, co robię poza tym blogiem, a dwa, że, moim zdaniem, temat, który tu poruszyłem, z każdym dniem staje się coraz bardziej aktualny, i szkoda by było go ograniczyć tylko do jednego miejsca. Proszę o uwagę.
Jeśli ktoś powie, że w dniach po 10 kwietnia 2010 roku, demonstrowane przez oficjalną opinię publiczną żal i poruszenie, były większe, niż to, co obserwujemy dziś, kiedy to w wyniku eksplozji w Bostonie zginęły trzy osoby, nie będę się upierał i twierdził, że było inaczej. Niemniej to, co właśnie obserwuję, każe mi podejrzewać, że te różnice nie są jakoś szczególnie rażące.
Weźmy choćby jedną z pierwszych informacji, jakie do nas dotarły, kiedy już policzono straty i mniej więcej uprzątnięto teren ataku, a mianowicie, że cała kupa gwiazd amerykańskiego popu, takich jak Justin Bieber, Oprah Winfrey, czy Britney Spears wzięła udział w akcji pod hasłem „Modlitwa za Boston”. A to przecież nie wszystko. Wspomniana Britney Spears na przykład dodatkowo na Twitterze napisała: „Wysyłam moje myśli i modlitwy do Bostonu, moje serce jest z wami wszystkimi”.
Ja akurat nie przypominam sobie, żeby, skoro już mówimy o Twitterze, by taki Radek Sikorski w niedzielę 11 kwietnia napisał, że on swoje myśli i modlitwy wysyła do Smoleńska. Nie pamiętam też, żeby to zrobiła piosenkarka Dąbrowska, czy ktoś o podobnej pozycji. W ogóle, nie bardzo potrafię sobie przypomnieć nic, poza tymi biednymi ludźmi siedzącymi przed telewizorami i przecierającymi oczy ze zdumienia, widząc, jak toczy się debata, czy Wawel to dobre miejsce dla kogoś tak marnego, jak Lech Kaczyński i ta maszkara, jego żona. A tu, proszę. Łzy leją się jakby niebo się otwarło. Trzy osoby.
Ktoś powie, że to, co robię, to demagogia, że gdzie Polska, gdzie Ameryka, że Amerykanie zawsze lubili takie akcje, a my Polacy czcimy pamięć swoich zmarłych w samotności. No i dobrze. Jak już wspomniałem, jestem dziś bardzo zgodny.
Jednak nie mogę nie zauważyć, że wśród tych wszystkich reakcji na owo bostońskie nieszczęście, jest też jedna, która robi autentyczne wrażenie. Oto odezwał się minister Jarosław Gowin, ostatnio coraz częściej wymieniany, jako nowa nadzieja polskiej prawicy, i ogłosił, że „Wszyscy jesteśmy Bostończykami”.
No a ja znów nie przypominam sobie, by ów wybitny mąż kiedykolwiek po 10 kwietnia oświadczył, że „dziś wszyscy umarliśmy w Smoleńsku”. Z tego, co zdążyłem zauważyć i zapamiętać, on wówczas najczęściej albo robił miny, albo – jeśli już mu się udało zwalczyć gnuśność – to wzywał, by nie grać katastrofą, i nie szerzyć nienawiści. Czy jakoś tak.
Ktoś mi powie, że niepotrzebnie się czepiam tego człowieka, bo przecież mogło być znacznie gorzej. On równie dobrze mógł zamiast tego opowiedzieć żart o podmienionych nogach, lub o pijanym generale, a jak wiemy, tego nie zrobił. No i dobrze. Niech więc i tak będzie. Od czasu, gdy Lech Wałęsa wybrał czerwonych i prawica pozostaje wciąż bez nowych bohaterów, możemy przynajmniej liczyć na Gowina. Tygodnik „Sieci” już nawet zaczął przygotowywać teren pod przyszłe zwycięstwa. Polecam. Prawdziwa fantazja. Nasi atakują.

No i jak? Dzieje się, czyż nie? Na koniec wiadomość. Otóż otrzymałem pełny – a więc znacznie wykraczający poza to, co można obejrzeć w Internecie – zapis rozmowy, jaką jeszcze w zeszłym roku ja, Gabriel i Kamiuszek odbyliśmy wspólnie z Józefem Orłem w studio „Gazety Polskiej” na temat Diabła i jego ścieżek. Mam w związku z tym propozycję. Każdy, kto zakupi u mnie komplet w postaci książki o liściu, oraz „Elementarza” za 60 złotych, bez dodatkowych kosztów pocztowych, otrzyma dodatkowo płytkę z zapisem tej rozmowy. Jeśli ktoś książek nie potrzebuje, natomiast ma ochotę na płytkę – co łaska, w pełni wystarczy. Dziękuję i polecam.

piątek, 19 kwietnia 2013

Układ otwarty! Cieszmy się i radujmy!

Tuż obok tekstu – zajmowałem się nim we wczorajszej notce – zachęcającego do tego, by, jeśli ktoś tylko jest spragniony rozrywki na wysokim poziomie, a w dodatku ma jeszcze pewne ambicje intelektualne, zechciał zaprosić do siebie artystę estradowego Ryszarda Makowskiego, a on, dzięki swojemu niewymuszonemu poczuciu humoru i miłej powierzchowności, rozrywkę ową zapewni w jednej chwili, pojawiła się informacja, że oto filmowy przebój ostatnich miesięcy, a kto wie, czy nie lat, „Układ zamknięty”, przede wszystkim bije rekordy popularności, a w dodatku otrzymał nagrodę ufundowaną przez coś, co nosi nazwę „Pracodawców Rzeczpospolitej Polskiej”. Nagroda nazywa się „Wektor Nadziei”, wręczony został podczas uroczystej gali, a twórcy wspomnianego filmu otrzymali go za „odwagę w dążeniu do przedstawienia prawdy o problemach, z którymi zmagają się polscy przedsiębiorcy w starciu z bezwzględna machiną urzędniczą”.
Ja nie mam pojęcia, jak wyglądała ta gala, nie wiem, czy jej gościem honorowym był prezydent Komorowski, nie wiem nawet, czy ona przypominała w czymkolwiek galę – a może ją znacznie swoją wystawnością przerastała – która odbyła się nieco wcześniej, przy okazji premiery filmu. Nie wiem tego, i, choć pewne wyobrażenie na temat owej fety oczywiście mam, nie bardzo mnie ona interesuje. To bowiem, co autentycznie nie daje mi spać, to świadomość, że nasza patriotyczna wrażliwość i zaangażowanie są atakowane niemal z każdej strony albo przez szyderczy śmiech, albo przez tę nędzę, której niejako symbolem jest zarówno satyryk Makowski ze swoim zgnuśnieniem, jak i ten film. To jest naprawdę okropne, że po tylu latach tych wszystkich upokorzeń, okazuje się, że wybawienie przychodzi z tej właśnie strony.
Co mi się nie podoba u Makowskiego i towarzystwa, którego częścią on się stał i dziś jest jednym z prominentnych przedstawicieli, jest dosyć oczywiste, i pisałem o tym wczoraj. Co do filmu, sytuacja jest znacznie trudniejsza. Przede wszystkim, jak idzie o „Układ zamknięty”, ja z niego nie widziałem nawet owego, tak zwanego, trailera. Jak idzie o ten akurat film, jedyne, co o nim wiem, to to, że to jest jeszcze jeden produkt polskiej kinematografii lat, które powszechnie określamy jako III RP, no i oczywiście to, że wiernymi fanami filmu są prezydent Komorowski i Marek Goliszewski. Ktoś powie, że skoro ktoś taki, jak Komorowski, uważa film „Układ zamknięty” za rzecz wartościową, nam już nic więcej nie jest potrzebne. Ja jednak wciąż czuję, że to jest zbyt mało. W końcu, proszę mi powiedzieć, co ja zrobię, jak się jakimś cudem okaże, że jego ulubionym filmem nie jest „Miś”, ale „Ojciec Chrzestny” na przykład? Hę?
Proszę się jednak nie martwić. Nic nam nie grozi. Wszystko jest na swoim miejscu. Makowski odbiera telefony z propozycjami uwznioślenia przyjęć pierwszokomunijnych organizowanych przez młode prawicowe małżeństwa, a film „Układ zamknięty” jest tak samo do dupy, jak wszystko, co polska kinematografia stworzyła między rokiem 1980, a dziś, ze szczególnym naciskiem na czasy współczesne.
Skąd ja to wiem? Otóż właśnie dotarła do mnie wiadomość, że w hołubionym przez tygodnik „Sieci” – a przecież nie tylko – filmie „Układ zamknięty”, jako „ten zły”, występuje Centralne Biuro Antykorupcyjne dowodzone, jak się należy domyślać, zza pleców Jarosława Kaczyńskiego, przez Mariusza Kamińskiego. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę wiadomość, pomyślałem sobie, że to jest niemożliwe. Sprawa, o której traktuje film Bugajskiego dotyczy roku 2003, a więc czasów, kiedy o istnieniu CBA nawet System nie wiedział, a więc to pewnie chodziło o jakieś CBŚ, czy co tam wtedy zajmowało się wykańczaniem ludzi, których wykończyć należało, tyle że jakimś bałwanom się coś pomyliło. Tymczasem, jak się okazuje, to jest najprawdziwsza prawda. Autorzy filmu uznali, że dla większej dramaturgicznej wiarygodności, najlepiej będzie jeśli za złego tam będzie robił Kaczyński… oczywiście nie osobiście, bo klientela owego dziwnego projektu mogłaby tego nie przełknąć, ale reprezentowany przez to straszne CBA.
I się udało. Syn mój, który oryginalnie przyniósł mi tę informacje, mówi mi, że w ten sposób ten film jest szeroko odbierany. Że to jest relacja z czasów, kiedy rządził Kaczyński, a brudną robotę wykonywało za niego CBA.
I uważam, że najprawdopodobniej taki był pierwszy cel powstania tego filmu. Pokazać najpierw, jak to było strasznie w Polsce w czasach, gdy rządził Kaczyński z bratem i z tą bandą gangsterów, a następnie pozwolić przedstawicielowi Nowej Cywilizacji w osobie prezydenta Komorowskiego, wyrazić nadzieję, że już nigdy, i takie tam…
I okay. Wielokrotnie tu miałem okazję podkreślać, że ja wszystko świetnie rozumiem. Rozumiem i akceptuję. Oni mają swoje interesy, ja swoje. Oni swoje plany – my swoje. Powiem wręcz, że ja bym się bardzo zdziwił, gdyby któregoś dnia sprawy poszły w innym kierunku, i nagle by się okazało, że ta banda morderców ma uczciwe wobec nas zamiary. To co mnie jednak okropnie martwi, to sytuacja, w której główni przedstawiciele ruchu, który wielu z nas lubi określać pojęciem Polski Walczącej, okazują się być ludźmi obłąkanymi. Zwyczajnie obłąkanymi. I proszę mi uwierzyć, że kiedy używam tego słowa, jestem pełen swej wrodzonej łagodności. Bo nie ulega wątpliwości, że jeśli oni w jednej chwili się nie doprowadza do porządku, oni zwyczajnie zatęsknią za czasami, kiedy nam się w naszej dobroduszności i dziecięcej naiwności wydawało, że to jest zaledwie głupota.

System wspierania tego bloga jest tak zorganizowany, że wszystko odbywa się tak dyskretnie, jak to tylko możliwe. Czemu? Z dwóch powodów. Przede wszystkim, zależało mi od początku na tym, by to była pomoc, która dzieje się w kompletnej ciszy. Żeby ona była ograniczona wyłącznie do relacji między mną, a osobą, która wspiera. I, jak mówię, bez zbędnych słów. Drugi powód jest taki, że cała ta sytuacja jest dla mnie bardzo niezręczna, wolałbym, żeby jej nigdy nie było, i staram się – poza niezbędnymi apelami – o niej nawet nie wspominać. Kłopot w tym, że przez to właśnie, o tym, jak jest, wiem tylko ja. Chciałem więc poinformować, że z jakiegoś powodu – mam nadzieję, że to tylko czysty przypadek – od kilku dobrych dni, wszystko praktycznie stanęło. Przed nami tydzień, który nie mam pojęcia jak przeżyjemy. I chciałbym, żebyście to wiedzieli. I tyle. Dziękuję za obecność.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...