piątek, 5 kwietnia 2013

Wielka Brytania

Wspominałem tu już przy paru okazjach o pewnym, moim zdaniem, z pewnego szczególnego punktu widzenia, wyjątkowym, programie telewizyjnym, a mianowicie czymś, co się nazywa „Rozmowy w toku”, a którego pierwszą gwiazdą jest tefauenowska dziennikarka Ewa Drzyzga. Na czym polega wyjątkowość owej audycji? Przede wszystkim musimy uszanować fakt, że jest ona nadawana nieprzerwanie już od 13 lat – ostatnio wręcz codziennie – co samo w sobie stanowi już swoisty rekord, zagrożony chyba już tylko przez „Szkło kontaktowe”, i co musi świadczyć o tym, że ludziom program się bardzo podoba, a po drugie, jej tematem, że tak powiem, założycielskim jest perwersja w sensie rozumianym ekstremalnie. A zatem, jeśli gdzieś kogoś na przykład podnieca torturowanie małych dzieci, albo przebieranie się za zwierzęta, albo smarowanie się ekskrementami, albo współżycie z psami przebranymi za zakonnice – można liczyć na to, że Ewa Drzyzga któregoś dnia zaprosi go do swojego programu, i poprosi, by opowiedział widzom o swojej pasji, a tam będzie mógł liczyć na sympatię i zrozumienie.
Jeśli gdzieś znajdzie się troje, lub czworo dzieci, które fizycznie znęcają się nad swoimi rodzicami i w dodatku za każdy tego typu wysiłek każą sobie płacić żywymi pieniędzmi, wystarczy, że zadzwonią do TVN-u i powiedzą, że chciałyby się swoimi refleksjami podzielić z ogólnopolską widownią, przy pierwszej wolnym terminie zostaną dowiezione na miejsce i poproszone o szczerą wypowiedź przed kamerami. A kto wie, czy może też nie w obecności psychologa. I tak, jak mówiłem, nikt nie będzie ani na nie krzyczał, ani z nich szydził, ani – przede wszystkim – się dziwił.
Przyznam, że nigdy nie miałem okazji obejrzeć tej audycji od początku do końca, więc jest całkiem możliwe, że stali jej widzowie zarzucą mi jakieś nieścisłości, ale z tego, co sam już wiem, i o czym mi też opowiadano, tak to mniej więcej wygląda. I oto okazuje się, że „Rozmowy w toku” to w żaden sposób nie jest pojedynczy wybryk jakiejś Ewy Drzyzgi, czy choćby kogoś, kto ją do tej roboty wynajął, ale mając coś takiego jak te „Rozmowy” jesteśmy częścią świata cywilizowanego i nowoczesnego. I że aby to zobaczyć nie musimy sięgać aż do Ameryki i choćby ich Jerry’ego Springera, ale wszystko mamy tu u nas w Nowej Europie, a konkretnie w Wielkiej Brytanii.
Otóż dowiaduję się właśnie, że tam na Wyspach, podobnie jak u nas Ewa Drzyzga, niezwykłą wręcz popularnością, cieszy się człowiek nazwiskiem Jeremy Kyle i jego program pod tytułem „Jeremy Kyle Show”. Gdybym miał opisać ten z kolei przypadek, powiedziałbym może, że to jest dokładna kopia programu Drzyzgi, z tą różnicą, że tam już nie ma ani zrozumienia, ani wynajętych psychologów, ale nieustanna walka, podczas której, jeśli między tym Kylem a zaproszonymi gośćmi nie dochodzi do mordobicia, to tylko dlatego, że telewizyjna ochrona na nie im nie pozwala. Oto wczoraj udało mi się obejrzeć fragment jednego z tych „shows”. Proszę rzucić okiem:



Gdyby komuś potrzeba było wyjaśniać, krótko opowiem, w czym rzecz. Otóż ten starszy pan to jest człowiek, który w czasie gdy owa rozmowa miała miejsce miał 15 dzieci z różnymi kobietami, z czego większość z dwiema dwudziestoparoletnimi damami, z którymi do niedawna jeszcze wspólnie żył. Jedna z nich jest to jego żona, druga zaledwie kochanka, jednak oni nigdy, jako osoby przywiązane do tradycyjnych wartości, nie żyją w trójkącie, ale ich życie jest tak zorganizowane, że kiedy jedna z nich, z nim i ze swoimi dziećmi, mieszka w domu, druga spędza czas ze swoimi dziećmi w przyczepie kampingowej. Nie mam tu pewności, ale chyba jakoś tak to wygląda.
Facet nazywa się Phillpot, podobnie jak te kobiety, nie pracuje, natomiast wszyscy utrzymują się z pomocy społecznej. W końcu 15 dzieci to duże obciążenie, i państwo brytyjskie nie może tu pozostawać obojętne. Phillpot zresztą wcale nie ukrywa, że on te dzieci płodzi wyłącznie po to, by otrzymywać coraz większy zasiłek. Taki ma właśnie plan.
Oglądamy więc ten program, patrzymy na tego człowieka, później tam pojawiają się te kobiety, Kyle prowokuje tradycyjną awanturę, publiczność śmieje się i bije brawo, ale nas już ten program sam w sobie nie interesuje, bo w międzyczasie znaleźliśmy się już w dzisiejszej Anglii i czytając wiadomości dowiadujemy się, że oto nie dalej jak wczoraj wspomniany Phillpot został skazany przez brytyjski sąd na dożywocie z możliwością zwolnienia po 15 latach pod zarzutem „nieumyślnego spowodowania śmierci”, a ta ohydna idiotka dostała 17 lat.
Cóż takiego się stało? Otóż proszę sobie wyobrazić, że oni sobie tak we trójkę – a licząc dzieci, w dziewiątkę – mieszkali między tą przyczepą, a domem, i któregoś dnia kobieta nr2 zaczęła coś kombinować, co Phillpotowi i kobiecie nr1 się nie spodobało, więc tych dwoje uknuło bardzo inteligentną intrygę, polegającą na tym, że spalą swój dom w taki sposób, by wina poszła na kobietę nr2, i w ten sposób na jednym ogniu upieką aż trzy pieczenie: pozbędą się tej suki, wydębią odszkodowanie za spalony dom, a w dodatku może jeszcze coś ekstra za uratowane z pożogi dzieci.
Niestety plan na każdym możliwym poziomie nie wypalił, a więc przede wszystkim, kiedy oni zobaczyli ten ogień, wpadli w panikę i na te dzieci machnęli ręką, no a poza tym cała reszta też się z czasem też wysypała, no i wczoraj, właśnie ze względu na ów „manslaughter”, dostali te swoje nędzne wyroki za spalenie żywcem 6 dzieci. Niechcąco.
Jak kto chce, wszystko co jest potrzebne do tego, by całą sprawę zrozumieć od początku do końca, może sobie dziś obejrzeć w Internecie. A więc przede wszystkim to miejsce – bardzo typowe angielskie miasteczko, z tymi pięknymi, równymi – też tak bardzo typowymi – jednorodzinnymi domkami, tych ludzi – zwykłych, typowych Anglików, których możemy zobaczyć zarówno jak wyprowadzają na spacer swoje pieski, lub gdy wracają z pracy lub z meczu metrem, ewentualnie, gdy grzecznie piją sobie piwo w którymś z londyńskich pubów i ile jeśli zdarzy im się nas potrącić, nieodmiennie klepią nas po ramieniu i mówią „sorry mate”.
A kiedy już sobie obejrzymy tych ludzi, jak się kręcą wokół tych spalonych ciał, jak idą smutni jak jasna cholera za tymi sześcioma trumnami, jak płaczą (proszę sobie wyobrazić, że oni potrafią płakać), popatrzmy jeszcze raz na nich, jak siedzą tacy rozbawieni w telewizyjnym studio u tego Kyle’a, i ani im do głowy nie przyjdzie, że choć to wszystko nie tam się zaczęło, to tam właśnie nabrało sił. A potem może machnijmy ręką na te całą pieprzoną Anglię i włączmy sobie telewizję TVN w dowolny dzień tygodnia, i zobaczmy, jak się owa stal hartuje tu, u nas. Popatrzmy na Ewę Drzyzgę, posłuchajmy słów tej zatrudnianej tam regularnie pani psycholog, spójrzmy na twarze tych ludzi… nasze twarze. I zrozummy wreszcie, że innego świata już nie ma. Przez chwilę próbowaliśmy o niego walczyć. Jak idzie o mnie, próbowałem go trochę opisać w książce o biustonoszu i dolarach. Ale wygląda na to, że on nas ostatecznie nie przekonał.
Ciekawe, czego zabrakło.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy zareagowali na mój miniony apel. Wieści są wciąż jednak nie najlepsze. Przed nami weekend, a później poniedziałek. Proszę o pamięć. I, jak zawsze, dziękuję.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Kryjmy się! Idą nasi z kropidłem.

Ponieważ w ostatnich dniach znów tu i ówdzie po naszej, prawicowej, części sceny politycznej pojawiają się pojedyncze demonstracje utraty wiary, pragnę ogłosić dobrą nowinę: walka trwa, a co więcej, wszystko wskazuje na to, że pomału zdobywamy kolejne przyczółki. Oto jeszcze nie umilkły echa spektakularnego poszerzenia prawicowej oferty na rynku mediów papierowych aż o dwa nowe tytuły w postaci tygodników „W Sieci” i „Do Rzeczy”, jeszcze nie przestaliśmy się radować z faktu, że telewizja „Republika” otrzymała od prezesa Dworaka upragnioną koncesję, jeszcze nie zdążyliśmy otrzeć z naszych twarzy łez wzruszenia, jakie wywołała błyskawiczna akcja państwa Terlikowskich, rozbijająca od wewnątrz „Gazetę Wyborczą”, a oto, jak się dowiadujemy z prawicowego portalu wpolityce.pl, wrocławskie środowiska katolicko-patriotyczno-prawicowe powołały do życia ruch mający na celu niedopuszczenie do zapowiadanego na czerwiec koncertu irlandzkiej piosenkarki Sinead O’Connor.
Portal wpolityce.pl na szczycie swojej strony informuje o wydarzeniu wielkim tytułem „Najpierw podarła zdjęcie papieża, teraz chce koncertować we Wrocławiu. Katolicy mówią ‘NIE’!”, a niżej przytacza wypowiedź wrocławskiej radnej, niejakiej Zawartko z Klubu Radnych Rafała Dutkiewicza, o następującej treści:
„Jest to artystka, która opluwa Ojca Świętego na scenie. Nie mogę się z tym pogodzić, żeby osoba, która w 1997 r. otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Wrocławia, czyli Ojciec Święty Jan Paweł II, była szkalowana. To jest ktoś dla nas bardzo ważny i bliski. Chciałabym, aby kultura we Wrocławiu, która jest na dobrym poziomie, tego poziomu nie straciła i chciałabym, aby ten poziom był zawsze bardzo wysoki, żebyśmy byli dumni z tego. Tym bardziej, że przed nami Europejska Stolica Kultury 2016”.
Felieton niniejszy, jak zdążyliśmy się już pewnie zorientować, ma charakter mocno ironiczny, i powiem szczerze, że mój oryginalny plan był taki, by go w tym nastroju pozostawić do samego końca. Niestety, wygląda na to, że nie dam rady. Czytam bowiem po raz już kolejny opinię owej Zawartko na temat Sinead O’Connor i Jana Pawła II i jedyne co mi przychodzi do głowy, to myśl, że żartów nie ma. Jest tylko jak najbardziej poważne zidiocenie, w dodatku zidiocenie na oczywistych usługach Systemu. A więc nie żartujmy już.
Otóż ja świetnie pamiętam dzień, w którym Sinead O’Connor podarła to zdjęcie. Pamiętam też błyskawiczną reakcję aktora Joe Pesci, który chyba już tydzień później w tym samym programie, w którym O’Connor – nie po raz pierwszy zresztą i nie ostatni – zrobiła z siebie durnia, osobiście skleił podarte przez O’Connor zdjęcie i ogłosił, że gdyby w kluczowym momencie był na miejscu, „dałby jej zwyczajnie w pysk”. Pamiętam też Madison Square Garden i ową wielotysięczna publiczność, która całkowicie spontanicznie i bezlitośnie wybuczała tę kretynkę, doprowadzając ją do tego, że ona nie miała innego wyjścia jak się ze zdenerwowania wyrzygać. I pamiętam też wiele różnych innych sytuacji, kiedy to, co ona zrobiła dziś już ponad 20 lat temu, ją ostatecznie i na zawsze zdeterminowało.
Pamiętam to wszystko, ale też wiem – i powiem szczerze, że się nie potrafię nadziwić, jak takie rzeczy się mogą dziać – że jako kompozytorka, piosenkarka i artystka, Sinead O’Connor od tego czasu jest już tylko lepsza. Dziś ona jest już i stara i brzydka i prawdopodobnie jeszcze bardziej słabo przytomna, niż przed laty, natomiast, jak mówię, artystycznie ona nigdy nie była tak wybitna. A trzeba nam wiedzieć, że O’Connor nigdy nie była byle kim, i że na tę opinię zasługiwałaby nawet wtedy, gdyby na jej poparcie miała tylko tę jedną piosenkę, cover „Nothing Compares 2 U”Prince’a, którego wykonaniem – tak jak wcześniej przed nią Joe Cocker, czy Jimi Hendrix – przebiła mistrza. I oto kiedy nagle Sinead O’Connor przyjeżdża do Polski, na wieść o tym zdarzeniu, nagle aktywizuje się jakaś banda rzekomo ultra-pobożnych pajaców, którzy ogłaszają, że nie dopuszczą do profanacji, bo oni kochają Naszego Ojca Świętego, a ową deklarację nagłaśnia jeden z głównych prawicowych portali, czyniąc to w dodatku w imieniu podobno szalenie oburzonych polskich „katolików”. Przepraszam bardzo, ale ja sobie nie życzę, żeby za ochronę mojego katolicyzmu brali się redaktor Pyza z radną Zawartko. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ja sobie bardzo dobrze radzę bez ich usług, a poza tym, mam bardzo poważne podejrzenia, że ich walka z Sinead O’Connor jest mniej więcej tak samo brudna jak intencje, jakie za tym stoją.
O co chodzi? Otóż, wbrew pozorom, wcale nie najbardziej o to, że ja uważam, że fakt iż O’Connor to wybitna artystka, a wybitni artyści podlegają szczególnej ochronie, choć z drugiej strony – czemu nie? To co mnie w tym wszystkim rusza, to jedno jedyne zdanie z wystąpienia Zawartko, mianowicie to: „Chciałabym, aby kultura we Wrocławiu, która jest na dobrym poziomie, tego poziomu nie straciła i chciałabym, aby ten poziom był zawsze bardzo wysoki, żebyśmy byli dumni z tego”.
Otóż ja nie jestem aż tak bardzo dobrze zorientowany odnośnie tego, jaki konkretnie poziom reprezentuje kultura we Wrocławiu, i jaki stosunek jej wybitni przedstawiciele mają do Ojca Świętego, podobnie jak nie wiem, jaki poziom reprezentuje kulturalna oferta Poznania, Warszawy, Gdańska i Krakowa, by wymienić zaledwie symbole tego co w Polsce najlepsze i najbardziej wystawne, ale mam poważne przekonanie, że jak idzie o poziom artystyczny, żadna z tych propozycji nawet się nie umywa do tego, co ma do pokazania Sinead O’Connor. To jeśli idzie o poziom artystyczny. Jak idzie natomiast o wymiar moralny, to jestem nawet jeszcze bardziej przekonany, że tu musi być znacznie, znacznie gorzej.
I nikt niech w tej chwili nie liczy, że padną jakieś nazwiska. Bo to nie jest tekst o satanizmie, ale zaledwie o paru zakłamanych durniach i jednej biednej wariatce, która niewykluczone, ze któregoś dnia poszła na ów deal z Diabłem, dzięki któremu otrzymała niezwykły talent i poharataną duszę do kompletu. To jest tekst o niej i o tym, że ona przyjeżdża do Polski, by nam pośpiewać, natomiast nie widzę najmniejszego powodu, by przy tej okazji brać udział w autoryzowaniu czegoś, co Zawartko nazywa kulturą na poziomie, a co się sprowadza do lokalnych odpowiedników czystego płuca Daniela Olbrychskiego, czarnego języka jakiejś Wójciak, zięciny Agnieszki Holland, a już, pewnie przede wszystkim – skoro już jesteśmy przy polityce – tego całego gówna, które się tak fatalnie rozlało, że normalny człowiek boi się już zrobić choćby krok w obawie, że się poślizgnie i wywali na pysk.

Coś mnie ostatnio nosi, ale to pewnie przez tę nędzę, która mnie znów zaczęła straszyć. Słuchajcie! Jest tak, że ja mam jutro trzy bardzo ważne terminy i niemal grosza przy duszy. Gdybym mógł prosić o jednorazowy wysiłek, będę bardzo zobowiązany. Jak zawsze zresztą. Gdyby ktoś nie wiedział, numer konta jest tuż obok. Przepraszam i dziękuję.

środa, 3 kwietnia 2013

Państwo Terlikowscy obserwują śluz

Przypuszczam, że większość z nas wciąż jeszcze pamięta, jak to swego czasu, dzisiejszy redaktor naczelny tygodnika „Uważam Rze”, Jan Piński, został wydelegowany do przeprowadzenia próby umieszczenia na rynku prawicowych mediów czegoś co wówczas nosiło roboczą nazwę „Wręcz Przeciwnie”, a co zakończyło swoją karierę na jednym, pierwszym numerze. Czemu owo pismo zakończyło swoją karierę jeszcze zanim zdążyło na dobre wystartować? Powód był jeden i bardzo prosty. Otóż poszło o okładkę, na której zostali przedstawieni przebrani za księży Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Okazało się, że autorzy nowego projektu, próbując przejąć część prawicowej opinii publicznej, nie wzięli pod uwagę tego, że nawet ta jej część, do której nowy magazyn miał być adresowany, to durnie zaledwie potencjalnie, i że nad nimi dopiero trzeba popracować. No i szlag cały ów projekt, wraz wydanymi na niego pieniędzmi, w jednej chwili trafił.
Tygodnik „Wręcz przeciwnie” już na starcie zebrał całą śmietankę tak zwanej „prawicowej” publicystyki, zaczynając od Korwina-Mikke, a kończąc na Robercie Gwiazdowskim, jednak autorem, który stał się prawdopodobnie głównym sprawcą owego jednodniowego tryumfu i jednocześnie upadku pisma był nie kto inny, jak Tomasz Terlikowski. Otóż, jak się okazało, autorem okładkowego tekstu, który – jak się możemy domyślać – miał otwierać główną bramę do podstawowego profilu pisma, a który miał się sprowadzać do hasła „Dość już cynicznego wykorzystywania Kościoła przez polityków wszystkich opcji!” był ów właśnie publicysta. To on właśnie miał zaproponować prawicowemu czytelnikowi nowe spojrzenie na polską politykę, gdzie podejrzanym już nie tylko jest Donald Tusk, ale również Jarosław Kaczyński, i że jeśli my, polska prawica, mamy prowadzić moralną rewolucję, to powinniśmy ją skierować przeciwko wszystkim wrogom naszej wiary i naszego Kościoła.
Jak już jednak przypomniałem, plan się nie powiódł z tej prostej przyczyny, że jego autorzy zabrali się za jego wdrażanie od tyłu, i skierowali go do ludzi na ten przekręt całkowicie nieprzygotowanych. Dziś, kiedy mamy zarówno odnowione „Uważam Rze”, czy odpowiednio opracowane „Do Rzeczy”, kiedy swoje pierwsze sukcesy odnotowuje obywatelski ruch Pawła Kukiza, widać wyraźnie, że z dawnych błędów zostały wyciągnięte wnioski i że wszystko jest prowadzone z odpowiednią czujnością i rozwagą.
Przyznaję, że nie mam żadnych informacji co do tego, jaką rolę tym razem przewidziano dla Tomasza Terlikowskiego, niemniej, wnioskując z rozmowy, jakiej niedawno magazynowi „Wysokie Obcasy” udzieliła jego żona, muszę uznać, że on akurat przeskoczył od razu trzy kolejne szczeble, i zamiast piąć się po drabince kariery, poszedł na skróty i od razu wylądował na samym szczycie, a więc w okolicach tak zwanej „Gazowni”. A robiąc to, wykazał się taka gorliwością, że zdębieliśmy nie tylko my, ale chyba nawet sami organizatorzy tego szczególnego przedsięwzięcia i ich pierwszoszeregowi pracownicy.
Rozmowa „Wysokich Obcasów” z Terlikowską stanowi ewenement na skalę dotychczas nieznaną. Kiedy już się przez to wszystko przebrnie, a daję słowo, że jest przez co, jedyne co normalny człowiek jest w stanie uczynić, to wziąć zimną kąpiel, zrobić rundkę po śniegu wokół domu, a następnie zadać to jedno, jedyne narzucające się pytanie: „Dlaczego?” Dlaczego Terlikowska – rozumiem, że jednak po wcześniejszych konsultacjach ze swoim mężem – postanowiła pójść do Agory i opowiedzieć tym ludziom o tym, jak to my katolicy regularnie spędzamy czas w naszych łazienkach i obserwujemy rozciągliwość i barwę śluzu z pochw własnych, lub naszych żon.
Ja świetnie sobie zdaję sprawę z tego, że w tym momencie, zdecydowana większość osób, które nie miały okazji czytać wynurzeń Terlikowskiej dochodzą wniosku, że ja fantazjuję. Że ja oto mam jakiś dziwny, bardzo pokrętny plan, do realizacji którego jest mi potrzebne przesadne wykpienie Terlikowskiej, a tym samym lekkie naciągnięcie jej wypowiedzi w takim kierunku, by ją można było skompromitować, a ten tekst odpowiednio uwznioślić. Otóż nie. Ja nie wiem, jak dokładnie długi jest wspomniany wywiad, bo znam go wyłącznie z Sieci, ale to jest rozmowa bardzo długa i faktem jest to, że ona niemal w całości jest skoncentrowana na tym śluzie. Terlikowska opowiada o tym, jak to ona współżyje ze swoim mężem Terlikowskim, jak to owo współżycie się fantastycznie realizuje, jaką rolę w owym współżyciu pełni wspomniany śluz, a jeśli temat na moment schodzi na liczne Terlikowskich potomstwo, to czytamy o synku tych państwa i o jego zabawach „siusiakiem”, by już za chwilę skoncentrować się na tym, jak to red. Terlikowski, aby, dla jakiejś nieistotnej akurat dla nas przyczyny, oddać swoją spermę do analizy, nie uprawiał grzesznego samogwałtu, ale zwyczajnie seks z panią Terlikowską przy użyciu prezerwatywy.
Ktoś mnie spyta, o co ja mam pretensję? Że Terlikowska szczerze opowiada o swoim życiu małżeńskim i erotycznym? No tak, zgadza się, ja mam do niej o to bardzo poważne pretensje. Uważam bowiem, że, jak idzie o tego typu tematykę, najlepiej byłoby ją zostawić na przykład Danielowi Olbrychskiemu i ewentualnie jednej z jego licznych żon. Że wówczas nie pojawiłby się problem konsystencji śluzu z pochwy pani Olbrychskiej? A jakiż to jest dla nas kłopot? Jestem pewien, że nasze życie na tym szczególnie by nie ucierpiało, a ewidentna korzyść z tego byłaby taka, że czytelnicy „Wysokich Obcasów” nie mieliby tak zwanej „beki”. I to nie byle jakiej „beki”, bo skierowanej wobec pobożnych katolików.
Bo na tym to właśnie od początku do samego końca polegało. Taki był oryginalny cel projektu pod tytułem „Życie katolickich talibów w relacji Małgorzaty Terlikowskiej”. Agora, za pomocą swoich emisariuszy, zwróciła się do Terlikowskiej o tę rozmowę, mając na celu tylko jedno: swoim może bardziej wymagającym czytelniczkom pokazać, co to za banda pajaców ci katolicy, a tym, którzy oczekują wyłącznie wspomnianej „beki” jej skutecznie dostarczyć. Na tym to właśnie polega, a jeśli Terlikowski i jego żona tego nie rozumieją – w co szczerze wątpię – to znaczy, że oni zatracili podstawową orientację w realnym świecie.
Inna sprawa, że jeśli ja mam rację i oni wiedzą, co czynią, nie mamy innego wyjścia, jak uznać, że ten ich cały katolicyzm to gówno warty biznes, dla powodzenia którego oni już są gotowi na wszystko, a bez którego i on i ona równie dobrze mogą się zapisać do Towarzystwa Świetlistych Kręgów, gdzie nie będzie miał znaczenia ani śluz, ani woda święcona, dzięki której on jest zawsze taki jak trzeba.

Tradycyjnie, wszystkich tych, którym się ten tekst spodobał, proszę o wsparcie dla tego bloga. Co komu zbywa proszę kierować na podany obok numer konta. Dziękuję.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Na co idiotom algorytmy

Kiedy jesienią zeszłego roku przez chwilę uczyłem u Salezjan w Świętochłowicach, zdarzyło mi się trafić na dwoje dzieci, które potrafiły układać kostkę Rubika na poziomie mistrzowskim, a mówiąc „mistrzowskim” nie mam na myśli głupiej minuty, czy dwóch, ale 10, czy 15 sekund. Mówiąc „mistrzowskim”, nie mam na myśli tego, co ja na przykład potrafię zrobić, a więc ułożyć te kolory według pewnego systemu dla idiotów, gdzie jakikolwiek mamy przed sobą układ kolorów, do celu idziemy zawsze tą sama drogą, ale tak zwany algorytm.
Rozmawiałem z jednym z tych dzieci – pierwsza klasa gimnazjum – i ono mi powiedziało, że jeśli nie jest w stanie przekroczyć tych 15 sekund, to tylko przez to, że zna zaledwie niezbędnych 25 algorytmów, a więcej mu się uczyć nie chce.
Otóż parę dni temu, Toyah junior poinformował mnie, że oto pewien Brytyjczyk, po kilku latach pracy, stworzył algorytm właśnie, który umożliwił mu napisanie programu do zastosowania w telefonach komórkowych, dzięki któremu będziemy mogli w jednej chwili otrzymać streszczenie dowolnego tekstu. Brytyjczyk ów, to nikt szczególny; człowiek taki jak każdy z nas; można by powiedzieć, że ktoś na poziomie któregoś ze wspomnianych przeze mnie miłośników zabawy z kostką Rubika. To jednak, co go zdecydowanie od nich różni, to fakt, że po tym jak on stworzył ten swój niezwykły program, zgłosiło się do niego Yahoo i kupiło go od niego za 18 mln dolarów.
Mówi mój syn, że on o tym czymś dowiedział się z relacji dwóch nieznanych mu radiowych dziennikarzy, przy czym to, co na nim zrobiło wrażenie szczególne – można by powiedzieć, że w pewnym sensie nawet większe od informacji podstawowej – to komentarz jednego z nich, który wyraził żal, że to jemu do głowy nie przyszło coś tak prostego. Że przecież to się wydaje takie oczywiste – że ludzie będą gotowi zapłacić naprawdę ciężkie pieniądze za program, który dostarczy im streszczenie dowolnego tekstu. A więc wyszło na to, że w tym wypadku, prawdziwa sztuka nie polegała na napisaniu tego algorytmu – bo to przecież potrafi każdy głupek, nawet zatrudniony na etacie w jednej ze stacji radiowych – ale na trafieniu pomysłu. A więc nie liczy się ani talent, ani praca, ani wyobraźnia, ale zwykły spryt.
Pomyślałem sobie o tych algorytmach któregoś z minionych świątecznych dni, po tym, jak w którymś z komentarzy pod swoim tekstem w Salonie24 znalazłem link do piosenki zaśpiewanej przez niejaką Dorotę Osińską w ramach nadawanego przez publiczną telewizję programu „Voice of Poland”, i owej piosenki z pewnym zainteresowaniem wysłuchałem. Zanim jednak przejdę do rzeczy, wygląda na to, że bez osobnego akapitu, poświęconego wyjaśnieniu, co to za program ów „Voice of Poland” się nie obejdzie. Proszę zatem posłuchać.
Wspomniany program, podobnie jak wiele innych tego typu, polega na tym, że w telewizyjnym studio siedzi sobie, dobrane według jakiegoś, nieistotnego dla nas klucza, jury, i owo jury ma za zadanie oceniać występujących przed nim amatorów. W interesującym nas przypadku mamy do czynienia z wokalistą kiedyś popularnego zespołu TSA, Markiem Piekarczykiem, kiedyś popularna piosenkarką Justyną Steczkowską, córką wokalisty kiedyś popularnego zespołu Perfect, Grzegorza Markowskiego i paroma innymi, nieznanymi mi akurat osobami. I oto na scenę wchodzi owa, przerażona i wyglądająca jak siedem nieszczęść, okularnica, i zaczyna śpiewać. A śpiewa tak, że najpierw ze wzruszenia zaczyna płakać Steczkowska, po niej Piekarczyk, i pewnie po Piekarczyku zaczęłaby płakać Markowska, gdyby nie to, że ma za zadanie wyglądać, jakby właśnie dostała czymś ciężkim w łeb. Osińska więc śpiewa, publiczność wrzeszczy z podniecenia, Steczkowska z Piekarczykiem leją autentyczne łzy, tymczasem my zaglądamy za kulisy, a tam mąż i dziecko Osińskiej na pograniczu emocjonalnego kataklizmu.
Występ się kończy i teraz już sama Osińska, widząc reakcję publiczności, i słysząc, jak Piekarczyk opowiada, że warto było żyć te 60 lat, by dożyć takiej chwili, też zaczyna płakać. Jeszcze tylko, jak się okazuje, ona musi powiedzieć, kogo z pośród jury ona wybiera na swojego trenera, wskazuje Piekarczyka i oboje, przytuleni i zapłakani, znikają za kulisami. Tyle youtube.
Ktoś powie, że to przecież nic takiego. Oto jeszcze jeden zwykły program telewizyjny, zaprojektowany tak, by idiotom dostarczać tanich wzruszeń, tyle że tym razem nie w TVN-ie i nie w Polsacie, ale w TVP. Otóż nie. Aby zrozumieć, o co mi chodzi, popatrzmy, co na temat Doroty Osińskiej mówi wikipedia:
„Występowała na scenach muzycznych i teatralnych w Polsce a także w USA, Kanadzie, Niemczech i Francji. Jej dotychczasowy repertuar tworzyli m.in.:Włodzimierz Korcz, Jerzy Satanowski, Zygmunt Konieczny, Magda Czapińska, Jacek Cygan, Ernest Bryll.
Śpiewała u boku takich wykonawców jak: Zbigniew Wodecki, Irena Santor, Alicja Majewska, Stanisława Celińska, Magda Umer, Zbigniew Zamachowski, Krzysztof Kolberger, Grupa MoCarta.
W 2004 roku pod opieką Włodzimierza Korcza nagrała swój debiutancki album pod tytułem „Idę”. Płytę wydały Agencja Fonograficzna Polskiego Radia (na rynku polskim) i agencja artystyczna The Paderewski Symphony Orchestra of Chicago (na rynku amerykańskim). Promocji albumu towarzyszył specjalnie na tę okazję przygotowany recital pt. ‘Wpadłam na chwilę’ w reż. Laco Adamika, którego premiera odbyła się w Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej.
22 stycznia 2010 odbyła się premiera drugiej płyty artystki pod tytułem ‘Kamyk zielony’ z piosenkami, których teksty napisała Magda Czapińska. Premierze towarzyszył spektakl w warszawskim Teatrze Rampa.
Życie zawodowe związała z Teatrem Rampa. Po rolach w spektaklach ‘Sztukmistrz z miasta Lublina’, ‘Brat naszego Boga’ i ‘Jajokracja’, wykonuje piosenki u boku aktora Roberta Kowalskiego.
W marcu 2013 roku wzięła udział w programie TVP2 The Voice of Poland wykonując piosenkę ‘Calling You’ z filmu ‘Bagdad Cafe’”.
A więc mamy sytuację czystą, prawda? A więc widzimy z pełną przejrzystością, o co w tym wszystkim chodzi, czyż nie? Wiemy już więc od początku do końca, w czym rzecz, i jaki typ bezczelności za tym wszystkim stoi. I wydaje mi się, że każde kolejne słowo na ten temat byłoby całkowicie zbędne. Jest jednak coś, co wymaga wyjaśnienia. Otóż każdy, kto oglądał choć fragment tego cyrku, widział wyraźnie, że zarówno Piekarczyk, jak i Steczkowska, jak i sama Osińska autentycznie beczeli. To nie było udawane. Oni naprawdę wierzyli, że na tę jedną chwilę Osińska stała się tą szarą myszką w grubych okularach i ich tak cudownie zaskoczyła. Mamy na youtubie ten filmik, i każdy, kto tylko ma ochotę, może sobie zobaczyć, że mamy tam zarówno autentyczne łzy i autentyczne wzruszenie. Oni wszyscy zachowują się, jakby naprawdę uwierzyli, że mają do czynienia z wydarzeniem.
Jest taki film Martina Scorsese „Król Komedii”, gdzie Robert de Niro gra prawdziwie uzdolnionego, choć psychicznie kompletnie zdemolowanego, stand-uppera. Otóż on, równolegle z realizowaniem swoich artystycznych ambicji, walczy o serce pewnej barmanki, a że emocjonalnie jest pogrążony w owej telewizyjnej popkulturze, wyobraża sobie, jak to któregoś dnia owa barmanka go wreszcie zechce, a ich związek zostanie potwierdzony podczas jednego z telewizyjnych show. Jego obłęd bowiem polega między innymi też na tym, że on już nie jest w stanie dostrzec różnicy między telewizyjną fikcją, a życiem.
I oto wygląda na to, że w błyskawicznym tempie my również zaczynamy osiągać to, co dotychczas wydawało się nam ponurym żartem. A mianowicie sytuację, gdzie przyjmujemy kłamstwo, widząc je, rozpoznając je, znając jego naturę, ale tylko dlatego, że ono realizuje nasze najskrytsze marzenia, gotowi jesteśmy je zaakceptować jako prawdę. Uważam, że szefowie polskiego przemysłu rozrywkowego, widząc, że świat nam zwyczajnie uciekł i że już nawet nie ma czego gonić, machnęli na to wszystko ręką i postanowili, że, zamiast starać się utrzymać dystans, oni najpierw stworzą replikę tego, co tam już jest od lat i funkcjonuje tak dobrze, a następnie w nią uwierzą. Oczywiście, to będzie tylko podróbka, w dodatku podróbka na tyle udana na ile pozwalają możliwości, ale to będzie nasza własna podróbka, na poziomie naszych marzeń i aspiracji. Stąd też te wszystkie talent shows, te Fryderyki, te festiwale filmowe w Gdyni, te smokingi, te suknie, muszki, te piosenki, te zespoły, te wzruszenia… te łzy.
I nie łudźmy się. To wcale nie jest problem związany tylko z tą tak dobrze nam znaną kulturą pop. Czasy, kiedy mogliśmy się beztrosko pośmiać z najbardziej gównianych programów rozrywkowych, kiedy mogliśmy z tym szczególnym poczuciem tryumfu powiedzieć, że oto rozpoznaliśmy te ich pokrętne ścieżki, są już dawno za nami. Wygląda na to, że to, co tak jasno widzimy na przykładzie programu „Voice of Poland”, to nie przyczyna, ale skutek. I nie problem, ale zaledwie drobny element problemu.
Wygląda na to, że to kłamstwo zaakceptowaliśmy w przestrzeni znacznie, znacznie szerszej – również tej dziś dla nas wyznaczanej przez politykę. Uznaliśmy, że nie potrzeba ani wysiłku, ani talentu, ani pasji, aby osiągnąć coś, o czym będziemy mogli powiedzieć, że jest autentyczne i prawdziwe. Że coś takiego jak algorytm jest jak psu na budę. Ale to już temat pewnie na kolejną refleksję. Znacznie bardziej demolującą. I nie bardzo nawet wiem, czy skoro ledwo co z martwych powstał Nasz Pan, wypada mi wpadać w aż tak ponury nastrój.

Wszystkich przyjaciół tego bloga proszę o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, nie widzę dla nas żadnej sensownej przyszłości. Dziękuję.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

O dwóch żywiołach - ruskim i argentyńskim

Dziś, troszkę z boku, od świątecznego stołu, i z zaśnieżonej drogi na Mszę, przedstawiam tekst, który się znalazł w najświeższym numerze "Warszawskiej Gazety". I jak zawsze, zgodnie z tę smutną i dla mnie upokarzającą bardzo tradycją, proszę o wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Myślę, że nie trzeba wielkiego doświadczenia, by w momencie, kiedy zapowiedziano uroczystą mszę, inaugurującą pontyfikat papieża Franciszka, przewidzieć, że cokolwiek tam się wydarzy, i tak zostanie przyćmione przez występ naszego pana prezydenta Bronisława Komorowskiego. I ja więc czekałem, aż oba te dziwadła się do Watykanu wybiorą, przy pierwszej lepszej okazji dadzą sobie w towarzystwie Papieża strzelić fotę, a następnie pan Prezydent podzieli się z nami swoimi refleksjami.
No i się doczekałem. Poproszony o komentarz odnośnie przeżytej Mszy Świętej, Bronisław Komorowski powiedział, co następuje:
„Homilia krótka, zwarta, z szacunkiem dla wszystkich uczestników. Bardzo blisko Ewangelii i chciałoby się powiedzieć: warto to naśladować. Taka jest rola i miejsce Kościoła we współczesnym świecie i myślę, że wielu duchownych sobie to przemyśli”.
A ja sądzę, że to jednak okrutne ze strony dziennikarzy, żeby do prezydenta Komorowskiego zwracać się akurat w tej sprawie. No bo pomyślmy, cóż on może mieć do powiedzenia, jak idzie o kościelne nabożeństwo? W czym on może być bardziej odkrywczy, czy choćby tylko interesujący od przeciętnego durnia, który zajdzie w niedzielę do kościoła, a gdy go w domu spytają, jak było, odpowie, że ksiądz był gruby, albo stary, albo że mówił niewyraźnie, a kazanie było długie, lub na szczęście krótkie? Cóż takiego Komorowskiego i jego żonę może obchodzić jakakolwiek Msza Święta, jeśli odrzucić tę satysfakcję, że człowieka posadzono w pierwszym rzędzie?
No więc stało się to, co się stać musiało. Polazł do niego któryś z dziennikarzy, zapytał o wrażenia, no i usłyszał, że było w porządku, bo kazanie na szczęście nie było długie, a poza tym obyło się bez trucia o polityce i takich tam. Tylko Jezus, Apostołowie, no i ta… religia. I że on z papieżem apelują do innych duchownych, żeby sobie ten przykład przemyśleli.
Ktoś powie, że jestem dla Prezydenta niesprawiedliwy. Z jednej strony kpię, że on na temat papieskiej homilii nie ma nic do powiedzenia poza tym, że była na tyle krótka, że człowiek nawet nie zdążył zasnąć, by już chwilę potem zwrócić uwagę na fakt, że do merytorycznego komentarza jednak doszło. Muszę więc przyznać, że faktycznie mnie poniosło. To prawda – prezydent Komorowski nie tylko opisał swoje wrażenia, ale również podzielił się z nami refleksją bardziej intelektualną. Można by rzecz, że wręcz teologiczną.
A zatem, w ramach zasłużonego zadośćuczynienia, pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jedną wypowiedź naszego prezydenta odnośnie papieża Franciszka:
"Żywiołowość Argentyńczyków stwarza szanse na lepszy kontakt typu emocjonalnego".
Otóż to jest naprawdę coś. Myślę sobie jednak, że z punktu widzenia kogoś takiego, jak Bronisław Komorowski, pozostawiać musi pewien niedosyt, że papieżem nie wybrano patriarchy Cyryla, lub choćby któregoś z zaprzyjaźnionych biskupów. Tu bowiem, do owej żywiołowości doszłaby jeszcze okazja, by się od czasu do czasu normalnie, po ludzku, wspólnie nawalić.

czwartek, 28 marca 2013

W przeddzień Swego Zmartwychwstania

Miałem na ten święty czas ochotę napisać coś zupełnie innego. Ot tak, żebyśmy sobie spokojnie nabrali nowego oddechu na dni, które przyjdą po, i które znów nas złapią za gardło i zmuszą do nowego wysiłku. Żebyśmy sobie zwyczajnie odetchnęli. No ale przyszła pani Toyahowa i poprosiła, byśmy jednak spróbowali oddać głos tym, po których nie koniecznie moglibyśmy się spodziewać aż tyle. Aż tyle, a na pewno nie więcej, niż od pozornie znacznie bardziej zaufanych dostarczycieli Dobrej Nowiny. A zatem - posłuchajmy. Niech dziś dzieje się wola kobiety, która jest wciąż przy mnie i tak cierpliwie mnie wspiera. Dla nas wszystkich - Bolesław Leśmian. A jak ktoś się ma ochotę zabawić (w końcu, czemu nie?), proszę wpaść na osiejuk.salon24.pl




W przeddzień swego zmartwychwstania, w przeddzień żywota

Bóg, leżąc w mogile, żmudne liczy chwile,

A przykuła go do ziemi ciała ciężkota.

Śmierć mu w oczy wieje, a on samotnieje.

I śni mu się na wprost lica

Betlejemska błyskawica

I żłób i siano.



I śni mu się brzeg jeziora ozieleniały,

A smuga od łodzi po jeziorze chodzi,

I śnią mu się owe gaje, co tak szumiały,

Choć gajom boleśnie być marami we śnie!

A to wzgórze, to oliwne,

We wspomnieniach takie dziwne,

Takie dalekie!



I śnią mu się nasze twarze, niby niczyje,

Ręce nasze krwawe i lewe i prawe -

I to życie, co po śmierci nie wie, gdzie żyje,

Jeno szuka siebie po własnym pogrzebie.

Mówmy wobec jego zgonu

To, co mówi dzwon do dzwonu

Późnym wieczorem.



Nie zakłóćmy snu bożego, bożej niemoty!

Któż Boga obudzi pierwszy spośród ludzi?

Kto rozepnie w jego cieniu swoje namioty?

Cień się jego szerzy w bezbrzeż po bezbrzeży,

A my stójmy zwartym kołem

I śnijmy się Bogu społem,

Póki czas jeszcze.

środa, 27 marca 2013

O czarnej sztuce dekoncentracji

Ostatnie zamieszanie wokół telewizyjnego występu Abelarda Gizy, w którym ten skonstruował swój skecz wokół obrazu starych, biednych, pobożnych kobiet, ciągnących za sobą swoje stare, biedne, zdezelowane wózki na zakupy, zamiast standardowych warzyw, wypełnione trotylem, wywołało we mnie pewne dodatkowe refleksje. Mówiąc „dodatkowe”, mam na myśli wszystko to, co mi przyszło do głowy niejako obok tego, co oczywiste, a mianowicie pewną bardzo perfidną manipulację, co do której mam podejrzenie, że nie jest niczym absolutnie wyjątkowym, a wręcz przeciwnie – stanowi bardzo standardową sztuczkę Systemu. Mam na myśli odwracanie uwagi.
Pisałem tu już o tym skeczu. Po raz pierwszy oglądałem go w jego absolutnie finałowym fragmencie, kiedy to Giza opowiada o tych babciach, jak w tumanach śmiechu wylatują w powietrze. Nie miałem pojęcia, czego dotyczy cały żart, jaki jest kontekst tej ostatecznej rzezi, ale uznałem, że wobec czegoś tak poruszającego, nic już się nie może liczyć. Bo nie ma nic takiego, co by było w stanie to coś przebić.
I oto nagle okazuje się, że dla wszystkich tych, którzy, podobnie jak ja, tym wybrykiem się przejęli, to, co ma znaczenie, to właśnie to coś, o czym ja nawet nie mam pojęcia, a mianowicie jakiś żart z papieża, z którym tam podobno Giza wcześniej wyskoczył.
Otóż na mnie żarty z papieża nie robią wrażenia od czasu, gdy kiedyś w telewizji zobaczyłem aktora Ronina Williamsa, jak udaje schorowanego Jana Pawła II, który jeśli nie przysypia, to tylko po to by puścić kolejnego bąka. Nie robią one na mnie wrażenia, z dwóch względów. Przede wszystkim, ja uważam, że nie ma nic złego w żartowaniu z papieża, podobnie jak nie ma nic złego w żartowaniu z kardynała Nycza. Po drugie, zastanówmy się, cóż można wymyślić, jak idzie o kogoś takiego jak papież? Że on też puszcza bąki? No i co z tego? Pomijając fizjologię, nie zostaje nic. No ewentualnie jeszcze można powiedzieć, że to chuj. Szczególnie kiedy się jest poznańskim intelektualistą. To jest trochę tak, jak ja bym postanowił tu kpić z prezydenta Komorowskiego i ograniczać się do portretowania go, jak siedzi na kiblu i się napina. Przepraszam bardzo, ale ja tu mam znacznie więcej argumentów, niż prezydenckie gazy.
Z czym innym jednak mamy do czynienia, jak idzie o ludzi starych i chorych. Tu możliwości jest wiele. Przede wszystkim oczywiście, można ich przedrzeźniać, że są tacy niezgrabni i sypiący się; można wyprodukować całą kolekcję śmiesznych dźwięków i je eksploatować do znudzenia; można wreszcie wymyślić całą kupę gagów, gdzie się rozbawionej publiczności pokaże, jak można takiego starca unicestwić, zaczynając od tak zwanego „kopa w ryj”, po wspomniany wyżej trotyl. I to, powiem szczerze, na mnie wrażenie zawsze robi, tego nie lubię, i za to właśnie Abelarda Gizę jestem gotów tępić jak robactwo. Za to, że szydzi z kompletnie niewinnej starości, a więc z czegoś, co jest bardziej święte, niż dziesięciu papieży.
Tymczasem, tu mamy kompletną ciszę. Wszyscy natomiast emocjonują się tymi papieskimi bąkami. W opisywanym niedawno przeze mnie „Newsweeku” jest cały długi artykuł, ilustrowany zdjęciem przebranego za księdza Gizy, i roztrząsający dylemat, czy schodzenie na ten poziom jest cool, i czy nie należałoby go może za to wsadzić do więzienia. O trotylu – ani mru mru. A ja sobie myślę, że to wszystko musi być celowe. Nie ma takiej możliwości, żeby oni tych staruszek z wózkami nie zauważyli. Ja zwyczajnie nie wierzę, by oni nie brali pod uwagę, że obraz tych wysadzanych w powietrze biednych kobiet z wózkami może oburzać. Oni wciąż gadają o tym papieżu, bo wiedzą, że to jest bardzo bezpieczny grunt i że tu zarówno im, jak i samemu Gizie, niż nie grozi. I to jest, jak mówię, stara wredna sztuczka. Odwracanie uwagi.
Ale przypadek Gizy i jego świeżego wybryku to w gruncie rzeczy drobiazg. W końcu, z podobną, albo jeszcze większą agresją w stosunku do Kościoła mamy do czynienia dzień w dzień, na każdym możliwym poziomie publicznej debaty, i przy każdej okazji wszyscy oni stają na głowie, by tak to było rozgrywane do końca świata. Jedni będą bluźnić, a drudzy wołać o pomstę do ludzkiej, lub w ostateczności boskiej, sprawiedliwości. A to jest nic. Kompletne nic.
Niedawno zaobserwowałem, że w przestrzeni publicznej pojawił się problem tak zwanego e-sądu. Chodzi o to, że w celu wsparcia planu doprowadzenia polskiego społeczeństwa do ruiny i do ostatecznego zniewolenia, gdzieś w Lublinie powołano sąd, który wszelkie tak zwane kwestie dłużnicze rozwiązuje niejako z automatu i, jak się zdaje, w systemie 24-godzinnym. A zatem, wygląda na to, że to co planował swego czasu zrobić minister Ziobro w stosunku do drobnych przestępców, a co spotkało się z powszechną kpiną i oburzeniem, udało się zrealizować w postaci owego e-sądu i w stosunku do ludzi, którzy są bez pieniędzy. Różnica jest tylko taka, że tu się ani nie przesłuchuje, ani nie wysłuchuje, ani nie dyskutuje, tylko przyjmuje się skargi i wydaje jednobrzmiące decyzje.
Proszę więc sobie wyobrazić, że ja miałem do czynienia z tym szczególnym sądem. Przypomnę może, o co poszło. Otóż swego czasu – pisałem tu o tym – zadzwonili do mnie z firmy Tele Polska, przedstawiając się jednak nie jako Tele Polska, ale jako Telekomunikacja Polska, i w ten sposób naciągnęli mnie na podpisanie z nimi umowy. Kiedy się zorientowałem, że padłem ofiarą oszustwa, wypowiedziałem ową umowę i za to naturalnie zostałem przez Tele Polskę obciążony karą trzystu iluś złotych. Ponieważ skądinąd dowiedziałem się, że owo przedstawianie się ludziom jako Telekomunikacja Polska jest podstawowym biznesowym pomysłem Tele Polski, postanowiłem, że im nie dam ani grosza, no i śmy się z Tele Polską wzięli z barki. Ponieważ byłem na tyle dzielny, że nie uległem ani serii wyjątkowo paskudnych telefonów, ani ostatecznemu, tak zwanemu przedsądowemu wezwaniu do zapłacenia tym razem już chyba czterystu złotych, któregoś dnia otrzymałem pismo ze wspomnianego lubelskiego sądu skazującego mnie zaocznie na, tym razem już, pięćset złotych kary, z zastrzeżeniem jednak, że do dwóch tygodni mogę złożyć odpowiednie wyjaśnienia. Napisałem do nich list, oni mi odpowiedzieli i poinformowali, że moje odwołanie przyjęli, i sprawę skierowali do sadu powszechnego w Katowicach. I oto parę tygodni temu dostałem pismo z sądu w Katowicach, że oni sprawę umarzają, a po chwili informację z Tele Polski, że ci z kolei co do tych trzystu złotych się pomylili, i już im w związku z tym nie jestem nic winien. Koniec.
Czy ja w związku z tym chcę powiedzieć, że ten lubelski sąd to ludzcy państwo i że bardzo dobrze, że oni są? Pewnie, że nie. Natomiast bardzo chciałbym wiedzieć, czemu na przykład ostatnio taka „Gazeta Wyborcza” postanowiła im poświęcić niemal całą swoją pierwszą stronę, by opowiedzieć nam stek jakichś bzdur o tym, że jak któryś z nas trafi do tego sądu, to już po nim. Jaki oni mają interes w tym, żeby wokół tego e-sądu rozkręcić atmosferę prawdziwej histerii? Ja oczywiście biorę pod uwagę taką możliwość – a nawet uważam, że ona jest bardzo prawdopodobna – że tam się leje krew, natomiast nie mam powodu, aby sądzić, że w moim wypadku zastosowano jakąś szczególną procedurę. Z tego co widzę, tam się wszystko odbywa tak, że oni każdemu każą płacić, a jeśli komuś się płacić nie chce, w ciągu dwóch tygodni się odwołuje, i sprawa automatycznie idzie do zwykłego sądu. A dalej jest już różnie. Jak to w życiu. A zatem – jeszcze nie tak najgorzej. A już zdecydowanie lepiej, niż to się dzieje zarówno w przypadku takich firm jak Tele Polska, czy inne, nastawione wyłącznie na łupienie Bogu ducha winnych ludzi, jak powiedzmy banki – podkreślmy to – wszystkie banki. Banki, jako takie.
Powtórzę to raz jeszcze. Ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że ów lubelski e-sąd został powołany do życia przez System i jego celem jest wsparcie Systemu w niszczeniu człowieka. Co do tego nie może być żadnej wątpliwości. To jednak, że ze wszystkich innych instytucji, równie, a może – co znaczy, może? Znacznie bardziej – krwiożerczych, bezwzględnych i okrutnych, oni się nagle postanowili zająć tym sądem, bardzo mnie zastanawia. Bardzo bym chciał wiedzieć, dlaczego oni nie poświęcą swojej uwagi działalności prawdopodobnie setek innych, takich jak Tele Polska, firm, których jedynym celem nie jest rozstrzyganie czegokolwiek, ale jeden krótki skok na czyjąś kieszeń. Bardzo bym chciał wiedzieć, czemu oni nie chcą sobie z nami porozmawiać o tych wszystkich firmach, w których interesie powołano ów e-sąd? Czyżby chodziło o to, że tamten temat jest już znacznie mniej bezpieczny? Czyżby rzecz polegała na tym, że ten e-sąd prędzej czy później znakomicie się z tych wszystkich zarzutów wybroni, i okaże się, że tak naprawdę od początku nie było o czym gadać? A tymczasem prawdziwi zawodnicy będą skutecznie robić to, co robią dotychczas?
Tak właśnie sobie myślę. To jest jeszcze jeden stary, bezczelny numer z tak zwanym zaciemnieniem. Chodzi o to, by nam powiedzieć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, tyle że od czasu do czasu pojawia się coś, co należy pokazać palcem i bezlitośnie skrytykować, i jeśli tylko będziemy trzymać rękę na pulsie, nic nam nie grozi. I tak się to toczy. Zawsze w ten sam sposób. W oparciu o jedną jedyną zasadę – nie ruszać tego, co naprawdę groźne. Na każdym możliwym poziomie – czy to chodzi o jakiś głupi kabaret, czy wielką politykę, czy wreszcie powszechny system eksploatacji człowieka. Tam zawsze odbywa się gra pozorów. Prawdziwe natomiast strzelanie do celu zarezerwowane są na wypadek walki z tym, co mogłoby tę całą zarazę wypalić żywym ogniem. Tam oni zawsze świetnie wiedzą, jaka jest hierarchia. W końcu, nie oszukujmy się. Oni może i są głupi, ale pewnego szczególnego cwaniactwa nikt im nie odbierze.

Jeśli komuś powyższy felieton przypadł do gustu, a jeszcze, nie daj Boże, pozytywnie nastroił i zainspirował, proszę wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Bardzo za każdy gest dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...