wtorek, 5 marca 2013

Czy liczby 444 można używać jako noża o trzech ostrzach

Wspominałem tu niedawno, że od pewnego czasu forma mojej współpracy z „Warszawską Gazetą” przybrała formę stałego felietonu. Kiedy napisałem pierwszy z nich, policzyłem sobie ilość słów, i okazało się, że jest ich 444. Ponieważ wiem, że niektórzy z nas lubią się bawić liczbami, uznałem, że dobrze będzie sprawdzić, czy te cztery czwórki coś oznaczają; no bo co jeśli się okaże, że za tym też stoją jakieś demony? No i okazało się, że nie; że 444 to tak zwana liczba „anielska”, która akurat oznacza same dobre rzeczy, choćby „intuicję oraz wewnętrzną mądrość”, a i to jeszcze nie wszystko.
No i od tego czasu, w każdy wtorek, siadam i piszę kolejne 444 słowa. Dziś jednak pomyślałem sobie, że jeśli kolejny dzień minie, a ja nic nowego nie zamieszczę na swoim blogu, uznałem, że dla Piotra Bachurskiego napiszę jeszcze raz coś wieczorem, a tu puszczę tekst, w oryginalnym zamyśle przeznaczony dla nich. Raz, byście zobaczyli, czym ja się zajmuję poza tym blogiem, no a poza tym – sami powiedzcie, czyż nie było warto? Jeśli uznacie, że tak, proszę pamiętać, że numer konta jest tuż obok.



Wydawałoby się, że natłok negatywnych wrażeń stał się w ostatnich dniach tak intensywny, że trudno doprawdy trafić na coś, co by mogło zaskakiwać. A mimo to, wiadomość o chorej dziewczynce, która nie doczekawszy pomocy lekarskiej, bo tak zwane procedury uniemożliwiły dyspozytorowi w pogotowiu wysłanie do niej karetki, zwyczajnie zmarła, zrobiła wrażenie chyba nawet na młodzieży działającej biznesowo, jako „Młodzi Demokraci”.
Oczywiście, jak to się zwykle w takich sytuacjach dzieje, społeczny gniew kierowany jest pod adresem lekarzy, no i osobiście tej jednej osoby, która miała nieszczęście odebrać tamten telefon. Ja jednak, staram się trzymać zdrowego rozsądku, i znacznie chętniej myślę o owych procedurach, które ostatnio stały się w Polsce niemal religią, i które, o ile na poziomie różnego rodzaju urzędów, wiele zdezorganizować nie są w stanie, to jak idzie o służbę zdrowia, niosą wyłącznie nieszczęścia, włącznie z tym największym – śmiercią.
Otóż jestem sobie w stanie świetnie wyobrazić, jak wygląda organizacja pracy w pogotowiach. Siedzi człowiek przy telefonie, przed sobą ma jakiś wydany przez pięć ministerstw bryk z przepisami, i czeka na telefony od ludzi w potrzebie. Dzwoni ten telefon, a on, nie tak jak to było jeszcze w złotych czasach PRL-u, kiedy w pierwszym odruchu wysyłał karetkę, a jednocześnie instruował osobę po drugiej stronie, co ma robić, zaczyna zadawać serię obowiązkowych pytań, na które odpowiedzi następnie konsultuje z rozłożonymi przed sobą instrukcjami, i wtedy dopiero kieruje dzwoniącego do odpowiedniej instancji. Bo wie, że za każdy proceduralny błąd będzie musiał zapłacić utratą pracy, albo, w najlepszym wypadku, premii. Tak to sobie właśnie wyobrażam, więc całe moje oburzenie na myśl o tym zmarłym dziecku nie idzie tam, lecz w stronę tych, którzy w pewnym momencie uznali, że najlepszym sposobem na dorobienie się, jest stworzenie systemu, gdzie można sobie pozwolić nawet na zbrodnię zabójstwa, bo odpowiedzialność i tak spadnie wyłącznie na tych, którzy się nie załapali.
Otóż wszystko wskazuje na to, że to, o czym dotychczas mówiliśmy troszkę na zasadzie ironicznego komentowania osiągnięć Donalda Tuska i jego ekipy, realizuje się w tempie, które robi wrażenie. Mam na myśli totalny reset czegoś, co już nie nazywa się gospodarką, służba zdrowia, czy wymiarem sprawiedliwości, ale zwyczajnie – państwa. Wydaje się, że niedługo przyjdzie nam zgasić światło, przyczaić się gdzieś w kąciku, i już tylko czekać na wybuch.
Jak niektórzy wiedzą, uczę trochę w „Tauronie”, czyli firmie, która zajmuje się energetyczną obsługą Polski południowej. Dziś jeden z moich uczniów powiedział mi – jak najbardziej poważnie – że jeśli marzę o spokojnej starości, mam wyjechać na wieś, kupić sobie świnie, wykopać studnię, ewentualnie wybudować wiatrak. Będę bezpieczny. W przeciwnym wypadku, pozostaje jedynie modlitwa. Ewentualnie emigracja do Francji i tam próba upomnienia się o swoje pieniądze, które oni od pewnego czasu sobie od nas bezczelnie ściągają.

niedziela, 3 marca 2013

O durnych aktorach i jeszcze durniejszych dziennikarzach

Trudno mi powiedzieć, czy mamy do czynienia z jakąś starszą już wypowiedzią Roberta Mazurka, czy może to jest co, czym on postanowił się z nami podzielić dopiero na fali ostatnich wydarzeń, ale owa opinia dotarła do mnie dopiero parę dni temu, a dziś została nagle powtórzona na moim blogu w Salonie24 przez komentatorkę Ekwidystantę. Chodzi mianowicie o to, że wspomniany Mazurek określił aktorów, jako grupę zawodową jeszcze głupszą od dziennikarzy, co na pierwszy rzut oka robi wrażenie wyjątkowej ekstrawagancji, ale wszystko wskazuje na to, że Mazurek nie żartował.
Skoro już jesteśmy przy Mazurku, to zatrzymajmy się na nim, dziennikarzu z całą pewnością nie najmądrzejszym, ale też jednak nie takim, który intelektualnie mógłby się choćby zbliżyć do choćby takiego Macieja Knapika, by już nie wspominać o Knapika redakcyjnej koleżance Katarzynie Kolendzie Zaleskiej. A mimo to wystarczy spojrzeć na jego zdjęcie, które on z całą pewnością musiał osobiście zaakceptować i zatwierdzić, jakie w każdy poniedziałek publikuje tygodnik „W Sieci”, żeby widzieć, że jego opinie na temat aktorów są, nawet jeśli słuszne, to odrobinę bezczelne. Mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga wiedzą, o co mi chodzi, bo nie bardzo wiem, jak inaczej mogę to, co chcę powiedzieć, wyjaśnić.
A przecież, jak mówię, Mazurek to typowy w tej branży przeciętniak, a kto wie, czy nawet nie ktoś mieszczący się wyżej przeciętnej. Skoro jesteśmy przy zdjęciach i tygodniku „W Sieci”, rzućmy okiem na jego wydanie z mijającego tygodnia, gdzie w pewnym momencie widzimy kolorowe, całostronicowe zdjęcie, nie, nie Jerzego Urbana, który ostatnio „autorom niepokornym” służy jako pierwsze źródło inspiracji, ale jak najbardziej „naszego” Krzysztofa Feusette. Stoi ten Feusette z wbitym prosto w obiektyw aparatu super-groźnym spojrzeniem, w pozie jakby za chwilę miał wysączyć przez zęby ów kultowy już w niektórych środowiskach tekst: „Na ziemię, psy! I morda w piach!”, a ja już się tylko zastanawiam, co go powstrzymało, by jeszcze sobie wsadzić między wargi zapałkę i spróbować wyglądać jak Brudny Harry. Czemu on tak się komicznie ustylizował? Otóż poszło o to, że inny dziennikarz, Tomasz Lis napisał, zdaje się, że na Twitterze, jakiś tekst, w którym wspomniał nazwisko Feusette, no i ów Feusette postanowił go wykończyć, a po to, by go w tej akcji jakoś wesprzeć, redakcja „W Sieci” uznała, że tak będzie dobrze. A więc oprócz Mazurka, mam tego Feusette, a przecież to też nie jest koniec.
Moja koleżanka z Salonu24 Ekwidystanta sugeruje, że Mazurek ma rację, i że aktorzy od dziennikarzy są głupsi. Już zamierzałem z nią podjąć w tej sprawie polemikę, ale ledwo zacząłem pisać odpowiedni komentarz, pomyślałem, że sprawa wymaga zdecydowanie więcej uwagi, a przez to i miejsca, no i stąd te refleksje. No bo popatrzmy na tych dwóch: Mazurka i Feusette, dziennikarzy oczywiście trzymających dość jednoznaczny standard, jednak raczej wyższy niż niższy. Kogo moglibyśmy im przeciwstawić spośród aktorów. Tak by nikt nam nie zarzucił, że nie jesteśmy niesprawiedliwi? Powiedzmy, że weźmiemy tu Cezarego Pazurę, lub nawet tego Holendra, którego nazwisko akurat wyleciało mi z głowy, ale który jest przez wielu z nas odpowiednio szanowany. Czy zatem Pazura i ten drugi są od Mazurka i Feusette głupsi? No, może od Mazurka tak, ale jak idzie o Feusette, wcale już takiej pewności nie mam. A Mazurek mnie przekonuje, że od niego też.
Ja wiem, że on tego bloga nie czyta, ale gdyby jednak jakimś cudem to robił, to zapewne by zaprotestował, krzycząc, że on wcale nie miał na myśli Pazury, tylko Olbrychskiego. A więc świetnie. Proszę uprzejmie. Weźmy Olbrychskiego. Weźmy choćby i Kondrata. No ale każdy chyba przyzna, że cokolwiek byśmy myśleli o Mazurku, czy nawet o Feusette, Olbrychski to zupełnie inna kategoria wagowa. Jeśli decydujemy się na Olbrychskiego, czy z aktorek Krystynę Jandę, to ja byłbym za tym, by w tej konkurencji dziennikarze nie wystawiali Mazurka, ale, powiedzmy, Tomasza Wołka, czy Kolendę-Zaleską. A jeśli już mówimy o Wołku, to czy nie znajdzie się ktoś, kto powie, że Łukasz Warzecha wcale nie jest gorszy? Albo, skoro pojawiła się postać Kolendy, to czy nie powie nam nikt, że jesteśmy niesprawiedliwi wobec Dominiki Wielowiejskiej? Zresztą, wszyscy pewnie zdajemy sobie sprawę z tego, że tu akurat możliwości jest znacznie więcej.
No dobra. Zapomnieliśmy o aktorach. Do ścisłej czołówki największych bałwanów w branży wybraliśmy – to znaczy ja wybrałem, ale myślę, że nikt się na mnie za to nie pogniewa – Daniela Olbrychskiego i Krystynę Jandę. Ustaliliśmy już, że Wołek i Kolenda mają bardzo mocną konkurencję; czy ma ją też tych dwoje? No dobra. Powiedzmy Maja Komorowska i Wojciech Pszoniak. O tak! Pszoniak zwłaszcza. No a dalej? Kto poza Pszoniakiem? Andrzej Chyra? Czy ja wiem? Jeśli nie brać pod uwagę tego, że on nie wie, jak ma na imię Prezydent RP, a to w końcu nie jest rzecz aż tak bardzo kompromitująca, to o nim wiele nie wiem. Zamachowski? Może. Jerzy Stuhr? Jan Nowicki? No dobra, oni by się z całą pewnością nadawali.
Muszą jednak Państwo przyznać, że nie jest aż tak łatwo. Aktorów znamy całą masę, ale nie jest tak prosto zacząć od Frączewskiego, przez Gajosa, by skończyć na Annie Seniuk i powiedzieć, że oni są głupsi od Macieja Knapika, Andrzeja Morozowskiego, Jarosława Kuźniara, Justyny Pochanke, czy Jacka Pałasińskiego, że wspomnę tylko przedstawicieli jednej jedynej stacji telewizyjnej. A gdzie Polsat? Gdzie TVP? Gdzie wreszcie Superstacja z jej czołową gwiazdą Janiną Paradowską?
Otóż moim zdaniem, Robert Mazurek, twierdząc, że aktorzy są głupsi od dziennikarzy, jest w bardzo dużym błędzie. Te wszystkie lata spędzone w zawodzie, który polega wyłącznie na tym, by się ćwiczyć w sztuce kłamstwa doskonałego, musiały uczynić w mózgach aktorów szkody niewyobrażalne. Nie da się zachować człowieczeństwa, jeśli owo człowieczeństwo zostaje niejako zakwestionowane już na samym początku tej kariery. Mam jednak wrażenie, że wielu aktorów, szczególnie tych zaczynających dopiero karierę, zdając sobie sprawę z zagrożeń, bardzo dba o to, by skoro już mają upaść, to żeby przynajmniej się przy tym za bardzo nie potłuc. Czemu tak jest? Nie wiem? Może dlatego, że jak by na nich nie patrzeć, oni mają pewien talent, który sprawia, że są jednak artystami. Oczywiście, jak idzie o ludzi takich jak Olbrychski, Pszoniak, czy Nowicki, dla nich nie ma już żadnego ratunku, ale kiedy czytam, czy oglądam jakieś występy któregoś z tych mniej zaawansowanych, odnoszę wrażenie, że z nimi można by było przynajmniej spróbować porozmawiać. Mam tu na myśli choćby Krzysztofa Majchrzaka, czy nawet tego lansera Lindę.
Jak idzie o dziennikarzy, ja nie jestem w stanie wskazać na jednego, z którym miałbym ochotę zamienić choćby jedno słowo. Tam już mamy czyste nieszczęście. Czy to jest Tomasz Terlikowski, czy Bronisław Wildstein, czy oczywiście Żakowski ze swoim bratem bliźniakiem Najsztubem, ja bym się im nawet bał podać rękę. A popatrzmy na tych wszystkim młodych, dopiero startujących w tym zawodzie, jak jakaś Arletta Zalewska, czy ta cizia z Polsatu, która regularnie twittuje z blogerem Wszołkiem. Przepraszam bardzo, ale to ja już chyba wolę towarzystwo Moniki Olejnik.
O tak! Robert Mazurek pewnie bardzo by chciał wierzyć w to, że on i jego koledzy są w jakikolwiek sposób lepsi od Janusza Gajosa, Piotra Fronczewskiego, czy Anny Seniuk, ale nic z tego. Tu nawet nie ma porównania. Jak już bardzo chcą, niech się próbują potykać z jakimiś politykami, choć też im nie wróżę wielkiego powodzenia. No, najwyżej, jak trafią na tego dziwnego człowieka w sukience i doczepionym biustem, bo już Palikot może się okazać zbyt twardy.
Chciałbym jakoś ładnie i możliwie spektakularnie zakończyć tę, samą w sobie spektakularną, bo aż ociekającą celebrytami, notkę, i nie przychodzi mi do głowy nic poza tym, by wstawić tu pewne zdjęcie. Już może bez komentarza. Bo ono komentuje się samo zupełnie dobrze. Proszę się mocno złapać krzeseł, nabrać głęboko powietrza, i do dzieła:

Jeszcze raz o szacie z czerwonego jaspisu

Dziś, w ramch uzupełniania przekazu, chciałbym przedstawić tekst, który bliźniaczo z poprzednim zamieściłem w Salonie24. Jeśli i on otrzyma zero komentarzy, oczywiście przeżyję to, natomiast nie jestem pewien, czy się nie zaniepokoję. No ale próbujmy.

Zwykle, jeśli w ogóle biorę to do ręki, to wyłącznie z trzech względów, z których żaden akurat nigdy nie stał u początku owego projektu. Pierwszy to taki, by ten chłopak, czy dziewczyna, którzy z rozdawania tego czegoś żyją, nie musieli marznąć i szybciej mogli wrócić do domu, drugi, to ten, by zmniejszyć liczbę potencjalnych owej agresji ofiar, a trzeci, by mieć tę przyjemność, jaką niezmiennie odczuwam, kiedy wrzucam tę kupę papieru do najbliższego kosza na śmieci. Dziś rano jednak, kiedy wracałem tramwajem z lekcji, rzuciłem okiem na półeczkę, gdzie zwykle są wkładane poszczególne egzemplarze „Metra”, i od razu uderzył mnie wielki tytuł: „Papież marzeń według młodych katolików”. Zobaczyłem ową zapowiedź i w jednej chwili wiedziałem, że z tego tytułu powstaną dwa teksty. Oba napiszę zaraz po powrocie do domu, jeden z nich umieszczę na swoim blogu, a drugi tu, w Salonie24. Oba będą się zaczynały identycznie, niemniej każdy z nich traktować już będzie o czymś zupełnie innym.
O co chodzi? Otóż tytuł, jaki Agora uznała za najlepszy do tego, by przyciągnąć uwagę zdążających z samego rana do pracy Polaków nie jest niczym specjalnym. To jest zaledwie kolejny etap akcji, jaką System uruchomił po zapowiedzi abdykacji Ojca Świętego Bendykta XVI, a którą to akcję z właściwym sobie zapałem podjęli wszyscy, poczynając od lisowego „Newsweeka”, a kończąc na jak najbardziej naszej „Gazetę Polską”. Powiedzmy sobie może, o jakiej akcji mowa. Chodzi mianowicie o to, by ową rezygnację pokazać z jednej strony, jako porażkę współczesnego Kościoła, z drugiej, jako wielką szansę na to, by po odejściu Benedykta, Kościół Katolicki dokonał odpowiedniej ekspiacji za wszystkie krzywdy uczynione postępowi, i wreszcie przyjmie optykę, jaką od lat proponuje mu współczesny świat, a wszystko to podlane najbardziej podłym sosem medialnej sensacji.
Początek, o czym zresztą już tu pisałem, był utrzymany w atmosferze nieukrywanej wściekłości, że oto Benedykt XVI ogłasza abdykację, i to ani nie pytając nikogo o zdanie, ani nie ogłaszając wcześniejszych konsultacji, ani choćby nie zamawiając właściwych sondaży wśród osób wierzących, którzy z całą pewnością liczyli na to, że on im będzie papieżował aż do śmierci. Doszło wręcz do tego, że Agora – ta sama, która dziś, językami wytypowanych przez siebie umyślnych, przedstawia swoje życzenia odnośnie tego, jaki ma być nowy papież – zamówiła nawet specjalne badania, gdzie zapytano Polaków, czy papież miał prawo zrobić to, co zrobił.
Dziś, widząc prawdopodobnie, że to wszystko jest niczym walenie grochem o ścianę i łbem o beton, System zmienił taktykę, przybrał minę poważnego doradcy i zaczął nas pouczać, pokazując jednocześnie, co nam grozi, jeśli z tych dobrych nauk nie zechcemy skorzystać. Przy okazji, przedstawił nam listę najlepszych spośród wszystkich kardynałów, kandydatów, i zachęcił nas, byśmy absolutnie demokratycznie, bez jakichkolwiek nacisków wybrali jednego z nich. I to jest etap, który tak zgrabnie się ujawnił w dzisiejszym wydaniu dziennika „Metro”. Przyłazi więc ta banda wynajętych, deklarujących swoje przywiązanie do Kościoła, przygłupów i mówi, że nowy papież powinien więcej korzystać z Twittera, że powinien być gotów wyjaśnić wszystkie seksualne afery, musi być skromny i mieć dystans do siebie, no i koniecznie musi „mówić wiernym o swoich relacjach z Bogiem”. Tak, zwłaszcza to. Powinien mówić wiernym „o swoich relacjach z Bogiem”.
Jest jeszcze jednak coś więcej na otwierającej dzisiejsze wydanie „Metra” stronie. Otóż mamy piękne zdjęcie siedzącego na kanapie i trzymającego w ręku papieską mitrę człowieka, siedzącego obok na podłodze pieska, a pod spodem podpis: „Kolumbijskiemu krawcowi trafiła się nie lada fucha. 43-letni Luis Abel Delgado z miasta Cali w zachodniej części kraju, wysoko Andach, został wyznaczony przez watykańskich urzędników do uszycia stroju dla nowego papieża”.
A ja już tylko chciałem powiedzieć, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że oni wszyscy są zwyczajnie opętani. Czytam o tym, jak to temu „kolumbijskiemu krawcowi trafiła się nie lada fucha” i dochodzę do wniosku, że te wszystkie nasze nędzne spekulacje odnośnie tego, czy oni są jeszcze tylko głupi, czy może już tylko źli, są funta kłaków warte. Tu nie wchodzi w grę ani jedno ani drugie. Mamy tego krawca w papciach, tę kanapę, obok tę figurkę Matki Boskiej, nawet i tego pieska, grzecznie siedzącego przy jego nogach i ten tekst: „nie lada fucha”. No to jest, stary, kurwa, fucha nie lada! Wyobrażasz sobie, stary, kurwa, ile on za to wziął? I pomyśleć, kurwa, że zwykły krawiec, kurwa.
To nie jest, zło. To nie jest głupota. To jest diabeł w całej okazałości.
Kto miał okazję, zobaczył wczoraj w telewizji tę uroczystość. Mówię o okazji, bo to naprawdę była chwila. Zamknięto te drzwi i nastąpił koniec. Jeszcze wcześniej można było ujrzeć ten biały helikopter, jak odlatywał po raz ostatni. Można było zobaczyć ten helikopter i usłyszeć ów przejmujący krzyk wiernych. I to też była zaledwie chwila. To był moment. Watykan został pusty. I znów ożyje za parę dni. I nit nie wie, kim będzie człowiek, który tam zamieszka. Ani oni, ani my. Jedno jednak wiemy na pewno. On przyjdzie i założy na siebie piękny – on będzie z całą pewnością piękny – strój, który z myślą o Nim i o nas powstaje w dalekiej Kolumbii. W ramach tej fuchy. Fuchy, której charakter w tych durnych pałach się nie jest w stanie zmieścić już nigdy, nawet, kiedy będą już szczęśliwie dla nas zdychać. On się tam nie zmieści dokładnie tak samo, jak nie jest w stanie się tam zmieścić cała prawda o tym, co się stało wczoraj. Kiedy ten helikopter odleciał, a te drzwi się zamknęły.
Już naprawdę na sam koniec chciałbym wrócić do początku tego medialnego spisku. Kiedy oni usłyszeli tę wiadomość i struchleli. Tam oczywiście musiał być i strach i wściekłość, ale oprócz tego jeszcze owo kompletne niezrozumienie. Jak można było tak nagle, ni stąd ni z owąd, bez żadnych nacisków, bez żadnych widocznych interesów, odejść? Wstać i wyjść. I jeszcze przy tym bezczelnie coś tam mruczeć o Duchu Świętym.
Kto wie, czy to nie o to chodziło temu, który w swojej wypowiedzi dla Agory apelował o to, by nowy papież jednak zechciał go informować o swoich sprawach z tym no… jak mu tam? Bogiem. I żeby człowiek w przyszłości nie był tak ordynarnie zaskakiwany.

Przepraszam za to, że nie ma dziś nowego tekstu, ale pewne niespodziewane zdarzenia trochę mnie nadwyrężyły psychicznie i nie bardzo jestem w stanie się skoncentrować na pracy. Mam nadzieję, że spotka mnie z Waszej strony zrozumienie, no i że ten blog wciąż będzie tak jak dotychczas traktowany z życzliwością. Dziękuję.

piątek, 1 marca 2013

Kill 'em all, czyli o ludziach, co nienawidzą poniedziałków

Zwykle, jeśli w ogóle biorę to do ręki, to wyłącznie z trzech względów, z których żaden akurat nigdy nie stał u początku owego projektu. Pierwszy to taki, by ten chłopak, czy dziewczyna, którzy z rozdawania tego czegoś żyją, nie musieli marznąć i szybciej mogli wrócić do domu, drugi, to ten, by zmniejszyć liczbę potencjalnych owej agresji ofiar, a trzeci, by mieć tę przyjemność, jaką niezmiennie odczuwam, kiedy wrzucam tę kupę papieru do najbliższego kosza na śmieci. Dziś rano jednak, kiedy wracałem tramwajem z lekcji, rzuciłem okiem na półeczkę, gdzie zwykle są wkładane poszczególne egzemplarze „Metra”, i od razu uderzył mnie wielki tytuł: „Papież marzeń według młodych katolików”. Zobaczyłem ową zapowiedź i w jednej chwili wiedziałem, że z tego tytułu powstaną dwa teksty. Oba napiszę zaraz po powrocie do domu, jeden z nich umieszczę na swoim blogu w Salonie24, a drugi tutaj. Oba będą się zaczynały identycznie, niemniej każdy z nich traktować już będzie o czymś zupełnie innym.
Napisałem te słowa i nagle zdałem sobie sprawę, że trochę pofantazjowałem. Otóż widząc ten tytuł, pomyślałem sobie o tekście pisanym z myślą o Salonie, natomiast to, co powstaje w tej chwili, przyszło mi do głowy dopiero po zajrzeniu do samego już tekstu, gdzie „marzenia młodych katolików” są przez Agorę relacjonowane na bieżąco, a konkretnie mam na myśli marzenie jakiegoś Piotra Żyłki, „członka redakcji Deon.pl, twórcy Projektu faceBóg”. Otóż marzeniem tego Żyłki jest to, by przyszły papież korzystał więcej z Facebooka i Twittera.
Jeśli jednak ktoś sądzi, że ja teraz się poznęcam najpierw nad Żyłką, a następnie po kolei się będę zabierał za pozostałych kretynów, którzy uznali za stosowne podzielić się z Agorą swoimi refleksjami odnośnie tego, jak ma wyglądać Kościół po odejściu Benedykta, jest w poważnym błędzie. Zarówno bowiem Żyłka, jak i jego duchowi partnerzy, z mojego punktu widzenia nadają się wyłącznie do tego, by im powyrywać języki, a ponieważ moja wrodzona łagodność nie pozwala mi na jakąkolwiek brutalność, machnę na nich ręką.
Ja dziś mianowicie chciałem przekazać parę refleksji dotyczących wspomnianego przez Żyłkę Twittera, tego co on robi z ludźmi, no i oczywiście, co nas czeka w momencie, gdy tej formie komunikacji ze światem będą się oddawać już nie tylko ministrowie Sikorski, Graś i Gowin, ale również kolejni papieże. Otóż, jak wiemy z medialnych doniesień, w dniu wczorajszym, na Twitterze jak najbardziej, minister Graś poinformował swojego kumpla Gowina, że przed nim ciężkie trzy dni, bo już w piątek premier Tusk poinformuje go o jego przyszłym losie. Kiedy Gowin przeczytał, co się święci, natychmiast – również, naturalnie, na Twitterze – odpowiedział Grasiowi następującymi słowami: „I don’t like Mondays”. Po co on to zrobił, i czemu w takiej formie, powiem zupełnie uczciwie, że nie rozumiem. Natomiast staram się oczywiście domyślić, i jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że on po pierwsze uznał, że trzeba zareagować, po drugie, że trzeba zareagować stwarzając pozory maksymalnego luzu, a po trzecie, że nie zaszkodzi się przy okazji pochwalić znajomością współczesnego – no, powiedzmy, że współczesnego – popu. Czy też języka? Nie sądzę. Jak idzie o tytuły piosenek, tu każdy dureń potrafi błysnąć.
Co mnie w tym uderzyło? Czy może to, że ci ludzie rozmawiają ze sobą wyłącznie przez Twittera? A może to, że tam w tej Platformie toczy się jakaś nawalanka? Czy może wreszcie to, że mija 6 lat, jak ta banda zdrajców objęła w Polsce władzę i nic nie wskazuje na to, by miała ja kiedykolwiek utracić? Nie. Jak to jeszcze przed wielu laty wspominało o tym Radio Erewań, lepiej już było.
Mnie zainteresowało to, że od tych krętactw, mózg Jarosława Gowina jest już tak opuchnięty, że on zwyczajnie zdążył zatracić wszelkie instynkty. On pisze do Gowina „I don’t like Mondays”, a ja sobie myślę, że równie dobrze mógł napisać „Kill’Em All”, czy „Fuck you”. Inna sprawa, że, jak to już zauważyłem pisząc poprzedni swój tekst, w środowiskach związanych z tym, co się dzieje w publicznej domenie, panuje już tak wielka desperacja, że wielu z nich prawdopodobnie nawet nie korzysta z ubikacji. W tym amoku robią pod siebie. Jak psy. A skoro tak, to prawdopodobnie, nawet gdyby Gowin na tym Twitterze wkleił swoje rozbierane zdjęcia, nie zmieniłoby to zupełnie nic.
My jednak staramy się w tym wszystkim zachowywać zimną krew i mieć na wszystko oko, więc opowiem, w czym rzecz. Otóż, co być może Gowinowi jest wiadome, „I Don’t Like Mondays” to tytuł piosenki zespołu Boomtown Rats, zespołu stworzonego przez jednego z największych nieudaczników minionego trzydziestolecia, człowieka nazwiskiem Bob Geldof, a jednocześnie – czego on już albo wiedzieć nie może, albo ewentualnie wie, tyle że tego co robi nie kontroluje – wspomnienie o pewnym strasznym zarówno w swoich intencjach, jak i skutkach zdarzeniu. Otóż w pewien zimowy poniedziałek, 29 stycznia 1979 roku w San Diego w Kalifornii 16-letnia Brenda Ann Spencer zasadziła się w oknie swojego domu z karabinem, który dostała w prezencie urodzinowym od swojego taty i zaczęła strzelać do wychodzących z miejscowej podstawówki dzieci. W efekcie, zabiła dwoje dorosłych i raniła ośmioro dzieci plus policjanta. O ile nam wiadomo, nigdy, ani wtedy ani później, nie wykazała żadnych wyrzutów sumienia, a jedyne wytłumaczenie, jakie wypowiedziała, to, że ona „nie lubi poniedziałków, i chciała jedynie jakoś ożywić ten podły dzień”. Tego już nie wiem na pewno, bo studiowanie historii zła na świecie za bardzo mnie nie pociąga, ale jeśli jako wskazówkę traktować tekst piosenki, której tytuł tak zapadł w pamięć ministrowi Gowinowi, to ona jeszcze, na pytanie, jaki był powód, odpowiedziała, że powodu nie było, bo „do tego, by umrzeć, żaden powód nie jest potrzebny”.
Przy okazji pisania tego tekstu, jak się część z nas domyśla, skorzystałem z Wikipedii, i znalazłem informację, że owa Brenda, wówczas 16 –letnie dziecko, odsiaduje dożywocie w więzieniu gdzieś w Kalifornii, w zeszłym roku skończyła 50 lat, raz na dziesięć lat zwraca się o warunkowe zwolnienie, ale chyba jej tam za bardzo nie lubią, bo dopiero co, jej prośba ponownie została odrzucona i kazano jej znów wpaść w 2019 roku.
2019 rok. Kupa czasu. Z tego co wiem, minister Boni ma wszystko dokładnie rozplanowane na najbliższe 20 lat. Czy w tych wyliczeniach uwzględniono osoby Gowina i Grasia? Tego nie wiem. Natomiast mam w tej sprawie dwie dodatkowe refleksje. Jedna smutna, droga wesoła. Otóż obawiam się, że jeśli ta degrengolada będzie postępowała w dotychczasowym tempie, a tego Twittera jakimś cudem nie trafi jasny szlag, oni mogą nam zaserwować jeszcze taki numer, że jeszcze zatęsknimy za zimą roku 2013 i tą szczególną deklaracją solidarności w wykonaniu Jarosława Gowina.
Teraz już myśl radosna. Nawet jeśli stanie się tak, że kolejny papież będzie wręcz uzależniony od Facebooka, Twittera, i w dodatku jeszcze, konsekwentnie, od dziecięcej pornografii, to jak idzie o Kościół, niczego to nie zmieni. Bo to jest konstrukcja wzniesiona na jaspisie.

Dziękuję za wszelkie wsparcie, jakiego doświadczyliśmy w minionym miesiącu. Bardzo proszę o nas nie zapominać, i jeśli tylko ktoś uważa, że warto tu przychodzić i czytać te refleksje, numer konta jest tuż obok. Dziękuję raz jeszcze.








środa, 27 lutego 2013

Ziew, czyli Prezydentowi poleciało z nosa

Dziś przedstawiam tu tekst, który został napisany raczej z myślą o Salonie24. Stało się tak przez to, że Coryllus prowadzi tam w ostatnich dniach bardzo ciężką walkę z przeciwnikiem wcale nie byle jakim, i uznałem, że jemu się należy jakieś wsparcie. Ponieważ jednak to, co poniżej z pewnością zainteresuje czytelników i tego, ściśle naszego już, bloga, pozwalam sobie zamieścić go i tu. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, a co więcej, jeśli ktoś uzna te myśli za inspirujące, zechce tradycyjnie już wesprzeć ten blog. Dziękuję.

Myślę, że większość z nas pamięta serię, nie tak bardzo zresztą dawnych, zdarzeń, zainicjowaną przez Rafała Ziemkiewicza, który w trakcie wywiadu dla „Nowego Ekranu” najpierw się wysmarkał w chusteczkę, a następnie starannie zbadał owego smarkania wynik, a zakończoną zbiorowym, na oczach zgromadzonej publiczności, chlaniem w wykonaniu uczestników debaty w Klubie Ronina. Pamiętamy zarówno same przypadki tego szczególnego buractwa, jak i nasze zdziwienie i to wciąż powracające pytanie: „Czemu oni to robią?”
Wydaje mi się, że odpowiedź na wspomniane pytanie od samego początku była dwojaka. Część z nas owo zachowanie tłumaczyła osobistą klasą jego bohaterów, inni natomiast przekonywali, że to wcale nie chodzi o to, jakimi to ludźmi są Ziemkiewicz, czy Sakiewicz, bo akurat z nimi może być mniej więcej wszystko w porządku, natomiast głównym winowajcą są czasy, jakich przyszło nam od niedawna doświadczać; czasy, w których wszelkiego rodzaju hierarchie tak bardzo się poprzestawiały, że ni stąd ni z owąd może się okazać, że takie jak wyżej opisane przypadki nie dość, że przestają mieć jakiekolwiek większe znaczenie, to w dodatku one są rozpoznawane przez tak już nieliczną garstkę obserwatorów, że to znaczenie staje się idealnie wręcz zerowe.
Jak idzie o mnie, z początku skłaniałem się do teorii odpowiedzialności indywidualnej, a więc starałem się przekonywać, że wystarczy tych, którzy w tym akurat momencie zapełniają publiczną przestrzeń zastąpić ludźmi nowymi, nie skażonymi tym zepsuciem, i wszystko wróci nas swoje miejsce. Później jednak, doświadczając więcej tego typu przypadków, czy to w osobie Agnieszki Holland i tych dwóch smoków, lansujących się jeszcze w zeszłym roku na Oskarowej gali, widząc jak one wyglądają, co mają na sobie, i wreszcie jak się zachowują, czy będąc świadkiem choćby czysto estetycznej degeneracji, jakiej w ostatnich miesiącach ulegają nawet już pierwszoplanowi politycy reprezentujący tak zwaną „naszą” stronę, zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem jednak nie jest tak, że to nie oni zmieniają czasy, ale czasy zmieniły ich.
No i proszę sobie wyobrazić, że wczoraj byłem świadkiem wydarzenia, które chyba już ostatecznie przekonało mnie, że wszyscy znaleźliśmy się w miejscu, gdzie nie liczy się nic, poza ściśle doraźnym i partykularnym interesem, który to interes definiowany jest albo przez indywidualną potrzebę przeżycia, albo histeryczne wręcz pragnienie zachowania władzy przez tych, którzy tę władzę od sześciu już niemal lat utrzymują, lub od tej władzy są ściśle uzależnieni. A skoro tak, to, przepraszam bardzo, ale jakie ma znaczenie, że ktoś się pojawia na jednej z największych gal na świecie i wygląda, jakby właśnie skończył doić krowy, albo występując przed kamerami woła o flaszkę? Zdarzyło się to wczoraj pod wieczór, a odpowiedniej demonstracji dokonał nie kto inny, jak sam Prezydent RP Bronisław Komorowski. Poświęćmy temu eventowi osobny akapit. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ktoś z nas jakimś cudem, całkowicie nieoczekiwanie, włączył telewizor, a tam właśnie dobiegała końca rozmowa, jaką z Komorowskim przeprowadzał Kamil Durczok. Durczok powiedział „Dziękuję, panie prezydencie”, obaj wstali, no i w tym momencie, zanim jeszcze obraz zdążył przejść na coś bardziej neutralnego, Prezydent rozpiął marynarkę i wykonał gest, którego, mimo że tę scenę jeszcze wszyscy obejrzeliśmy parę razy, nikt z nas nie był w stanie jednoznacznie określić. Otóż on albo podciągnął sobie spodnie, albo [próbował wsadzić w te spodnie koszulę, która mu, kiedy jeszcze siedział, jakoś z tych spodni wylazła. Był to zresztą zaledwie moment, bo już sekundę potem, obaj bohaterowie wieczoru zniknęli z wizji, ale to cośmy zobaczyli, było nasze. Prezydent Komorowski wstał, rozpiął marynarkę i zaczął grzebać przy spodniach.
Ja oczywiście wiem, co już za chwilę usłyszę. Że niepotrzebnie się tak ekscytuję, bo przecież wszyscy wiemy, co to za typ ten Komorowski, i jedyne czemu się naprawdę można dziwić, to temu, że ja się czymś tak trywialnym i oczywistym postanowiłem w ogóle zajmować. Otóż nie. Moim zdaniem – przy całym szacunku dla kulturowych możliwości naszego prezydenta – to że on, wstając od dopiero co zakończonego wywiadu, uznał za konieczne podciągnąć sobie spodnie, to wcale nie jest nic takiego. On może i jest człowiekiem o bardzo szczególnej cywilizacyjnej i kulturowej konstrukcji, może i autentycznie nie wie, jak się pisze słowo „ból”, może wreszcie ta Ruska Buda to nie tylko jest jego miejsce wakacyjnego wypoczynku – takie nasze polskie Camp David, z wszelką obciążającą je symboliką – ale nie oszukujmy się: on naprawdę nie ma wielu stałych obowiązków, innych niż to, by publicznie nie podciągać spodni. Myślę, że wszyscy wiemy, że – podobnie zresztą, jak się to się dzieje w przypadku Donalda Tuska – cały towarzyszący mu ekspercki wysiłek, skoncentrowany jest właśnie na tym, żeby on jednak publicznie nie podciągał spodni. Od czasu jak mu zgolono tę wąsy, on już naprawdę nie musi nic. Ma nie podciągać publicznie spodni, nie smarkać, nie dłubać w nosie i nie pluć. A jeśli to robi, to oprócz tego, że on po prostu taki jest, my się dowiadujemy czegoś znacznie ważniejszego. Dowiadujemy się mianowicie, że tam już nikt o takie głupstwa nie dba. No i jeszcze czegoś – tym razem już wręcz tragicznie powaznego – że prawdopodobnie my wszyscy doszliśmy do momentu, gdzie na takie głupstwa nie zwracamy uwagi. Dlaczego? Bo sami, podobnie jak oni, jesteśmy zbyt zajęci walką o przetrwanie.
Mój serdeczny kolega Gabriel Maciejewski w ostatnich dniach napisał cała serię bardzo ważnych tekstów, wskazujących na to, że w polskiej przestrzeni medialnej dochodzi do bardzo poważnych ruchów, mających na celu kompletne owej przestrzeni przeprofilowanie. Widzimy to na rynku prasowym, obserwujemy delikatne bardzo zapowiedzi pewnych zmian w mediach elektronicznych, i oczywiście nie możemy zlekceważyć tego, co się dzieje tu w Salonie24. Uważam oczywiście, że to wszystko są bardzo istotne rzeczy i nie wolno nam nawet na moment spuszczać ich z oka, natomiast ja bym chciał zwrócić uwagę na sposób, w jaki to wszystko się odbywa, na sposób w jaki zachowują się główni bohaterowie tego przekrętu. Rzecz bowiem w tym, że oni nawet nie próbują zachowywać pozorów. Wszystko za co oni się biorą, jest dalej już prowadzone na tak zwanego „czystego bezczela”. Z nimi jest trochę tak, jak z tym kieszonkowcem, który wkłada nam rękę do kieszeni, a jak my go za tę rękę łapiemy, to on nam oburzony ją wyrywa i krzyczy „Odczep się pedale!”.
Albo jeszcze gorzej. On nam ją wyrywa, i nic nawet nie mówiąc, biegnie do najbliżej stojącego, kolejnego Bogu ducha winnego człowieka, i próbuje jemu z kolei coś wyszarpać. I patrzymy na jego oczy, a tam nie ma ani śladu jakiejkolwiek myśli, ani choćby podstawowego skupienia, ani owego słynnego już cwaniactwa, ani nawet tej starej, nudnej rutyny. Jest tylko ten strach i desperacja. A jeśli w trakcie tego wszystkiego poleci coś z nosa, to się najwyżej wytrze w rękaw.
Obawiam się, że to jest właśnie to, co oni nam zgotowali przez te kilka długich lat i co nam zostawiają na chwilę przed swoim ostatecznym upadkiem. Ja wiem, że to bardzo niepolitycznie jest mówić takie rzeczy, ale, biorąc pod uwagę wszystko, a więc i polskie szkolnictwo i edukację, polską kulturę, polski wymiar sprawiedliwości, polskie rolnictwo, polską służbę zdrowia, wygląda na to, że tu nawet nie można mówić o zwykłej zdradzie.


poniedziałek, 25 lutego 2013

"Rzeczpospolita" zdiagnozowała ciążę, Fiutowski aplikuje leczenie

Wspomniałem tu już kiedyś o tym, że żona moja, z jakiegoś niezbadanego przeze mnie powodu, w każdą sobotę, jeśli tylko nie zapomni, kupuje weekendowe wydanie „Rzeczpospolitej”. Pojawia się więc w kuchni to coś, i stopniowo, godzina za godziną, zamienia się w zestaw luźno porozrzucanych stronic, które służą głównie do tego, by rzucić na nie okiem, kiedy przy śniadaniu nie ma na czym go zawiesić. Spojrzałem więc i dzisiejszego ranka na to, co nam w miniony weekend podał prezes Hajdarowicz do czytania i dowiedziałem się, że w krakowskim szpitalu im. Rydygiera trwa spór między szpitalem, a częścią lekarzy co do etycznego wymiaru mordowania nienarodzonych dzieci.
A wszystko zaczęło się od tego, że pewien lekarz anestezjolog zauważył, że w ostatnim czasie raptownie zaczęła wzrastać liczba przeprowadzanych w szpitalu aborcji, z tak zwanych wskazań. Kiedy szpital zaczął być wręcz oblegany przez panie ściskające kolejne dokumenty i sytuacja zaczęła się robić podejrzana, ów lekarz poprosił, by więcej na niego nie liczyć, no i wtedy zrobiło się zamieszanie. Bo oto z jednej strony pojawiła się opinia reprezentującej go kancelarii prawnej, w której prawnicy dowodzą, że świętym prawem każdego lekarza jest odmówić czy to zabicia dziecka, czy choćby współuczestniczyć w jego zabójstwie, ze względów ściśle etycznych, a z drugiej opinia przeciwna, napisana również przez prawników, tyle że reprezentujących zabójców, wskazującą na to, że lekarz takie prawo, owszem, ma, o ile za każdym razem się o nie zwróci i je otrzyma.
„Rzeczpospolita” swój artykuł tytułuje w następujący sposób: „Medycy powołują się na sumienie i odmawiają udziału we wszystkich legalnych zabiegach. Prawnicy uważają, że każdą kobietę trzeba zbadać oddzielnie”. I oczywiście już widzimy, jak to się robi na trasie Kraków-Warszawa. Najpierw więc mamy nie lekarzy, tylko jakichś „medyków”, którzy odmawiają udziału we „wszystkich legalnych zabiegach”, no a już w kolejnym zdaniu „prawników”, którzy proponują, by „każdą kobietę badać oddzielnie”. No patrzcie państwo! Kto to widział, żeby lekarz odmawiał udziału we wszystkich legalnych zabiegach? Legalnych! No i czyż to nie rzecz poza dyskusją, że każdą kobietę należy badać oddzielnie? Jak oni, ci medycy, mogą kwestionować coś tak oczywistego? I to jeszcze istnieje jakaś kancelaria prawna, która twierdzi inaczej? Ach ci adwokaci! Nie ma się co dziwić, że ludzie na nich wołają „papugi”.
Zobaczmy więc, co na ten temat mówią nie jakieś kancelarie, ale prawnicy, a więc osoby poważne. Oto jedna radca prawny Katarzyna Przyborowska informuje, że protestujący lekarz „nie spełnia” i „się uchyla”, a kolejna radca prawny Jolanta Budzowska „jest takiego samego zdania”. I dodaje: „Klauzula sumienia nigdy nie zwalnia automatycznie lekarza z obowiązku udzielania pacjentowi informacji o jego stanie zdrowia, rozpoznaniu, proponowanych oraz możliwych metodach leczenia”. A ja z tego rozumiem tyle, że poszło o to, że do szpitala im. Rydegiera pewnego dnia zgłosiła się kobieta w ciąży, i zwróciła się do lekarza, który następnie stał się powodem całego zamieszania, a którego nazwiska nie znamy, żeby wyskrobał jej dziecko, na co ten, zamiast przeprowadzić tę cholerną aborcję i w ten sposób poinformować ją, na co ona choruje, i jak tę jej chorobę leczyć, ogłosił, że on jej ani badać, ani leczyć nie będzie, bo mu na to sumienie nie pozwala, więc niech ona sobie dalej choruje. No i teraz ci medycy, jego koledzy, się buntują, że oni też się tak chcą migać od roboty, i nawet najwybitniejsi prawnicy nie są w stanie przekonać ich, że błądzą.
Myślę, że stali czytelnicy tego bloga wiedzą już, że to nie może tak naprawdę chodzić o to, że ja postanowiłem pokazać, jak media kłamią i manipulują, no i pokazałem. Przepraszam bardzo ewentualnie rozczarowanych, ale ja tego typu emocje zostawiam blogerom prawdziwym, prawdziwie zaangażowanym. Ja tu dziś przyszedłem w zupełnie innej sprawie, choć nie ukrywam, że opisana wyżej historia mnie, owszem, zainspirowała. Chodzi mi mianowicie o wypowiedź tej laluni Jolanty Budzowskiej, z kancelarii o fantastycznej wręcz nazwie „Fiutowski i partnerzy”, a konkretnie ów fragment o odmowie leczenia. Otóż ja podejrzewam, że kiedy ona piętnując owego lekarza za odmowę leczenia, była szczerze przekonana, że tu rzeczywiście chodziło o leczenie. Jestem pewien, że gdyby nawet i teraz ją posadzić na krześle, kazać się skupić i zapytać, jakiego to leczenia odmówiono kobiecie, za którą ona się tak ujmuje, ona by odpowiedziała, że jak to jakiego? Aborcji przecież. A gdyby ją zapytać, czy ciąża to choroba, to ona by natychmiast, bez mrugnięcia okiem, odpowiedziała, że pewnie, że tak; że on sama była kiedyś w ciąży, czuła się fatalnie, i wyzdrowiała dopiero wtedy, gdy się dowiedziała, że już w ciąży nie jest. A to jest bezpośredni dowód na to, że aborcja leczy. Chorobę występującą pod nazwą „ciąża”.
I to właśnie o to mi chodziło. Nie o to, by wskazywać na to, co wyprawiają media. Bo, jak się dobrze zastanowić, to media tak naprawdę wcale nie kłamią. One pokazują pełną i czystą prawdę. Prawdę o tym, w jakim miejscu jesteśmy my, w jakim miejscu są one, i w jakim wreszcie miejscu znalazł się nasz świat. Czytajmy zatem „Rzeczpospolitą”. Wsłuchujmy się w komunikaty, jakie wysyła do nas świat ustami swoich przedstawicieli. Wchłaniajmy każde kolejne ich słowo. Żebyśmy, kiedy przejdzie co do czego, nie czuli się jakoś szczególnie zaskoczeni.
W porównaniu z tym, czym przyszło nam się zajmować ostatnio, dość lekki ten tekst. Mimo to, mam nadzieję, że przyniesie on nam wszystkim to, co przynieść miał od samego początku. Świadomość, że o ile będziemy mieli oczy i uszy szeroko otwarte, nic nam nie grozi. Jeśli ktoś tak go odebrał, a jest w możliwościach, bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod zamieszczonym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 23 lutego 2013

O nabytym zespole braku odporności na poważnie

Z tego co mówi najmłodsze moje dziecko, wynika, że ja to powinienem był wiedzieć już od lat, no ale fakt jest taki, że do wczoraj byłem ciemny jak tabaka w rogu. No i wczoraj właśnie dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak Kościół Latającego Potwora Spaghetti, i że Kościół ów właśnie złożył do odpowiednich instytucji wniosek o rejestrację jego lokalnej odnogi, pod nazwą Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Sprawa stała się stosunkowo głośna z dwóch względów. Przede wszystkim, wbrew temu, co by się mogło wydawać, owo „latające spaghetti” nie jest zaledwie inicjatywą paru lokalnych wariatów z Warszawy, czy Krakowa, ale istniejące już od lat międzynarodowe przedsięwzięcie z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, o pewnej bardzo wymiernej pozycji. Po drugie, z informacji jakie do nas docierają wynika, że, jak idzie o względy formalne, wniosek, jaki polscy organizatorzy projektu złożyli, spełnia wszelkie wymagania i nie bardzo widać możliwość, by ich nie zarejestrować, jako całkowicie równoprawnego w stosunku do innych, związku wyznaniowego. Czytam w jednym z komentarzy, że jakiś profesor z uniwersytetu, poproszony przez urzędników o prawną wykładnię sytuacji, w jakiej znajdują się owi dziwacy – skądinąd występujący pod nazwą „pastafarianie” – odpowiedział, że on jest całkowicie bezradny, ze względu na to, że istnieje zbyt wiele oficjalnie przyjętych definicji pojęcia „religia”, a przez to każda opinia będzie narażona na zarzut braku obiektywizmu.
Wspomniałem wcześniej o międzynarodowym wymiarze owego „wyznania”. Czytam oto w Sieci, że przed kilku laty, pewien obywatel Austrii nazwiskiem Niko Alm, deklarujący się właśnie jako „pastafarianin”, złożył oficjalną skargę do władz administracyjnych na to, że stosują wobec niego przepis wymagający od obywateli, którzy niezwiązani przepisami wiary, składają wniosek o wydanie dokumentu tożsamości, aby dołączali do wniosku zdjęcie bez nakrycia głowy. Do swojej skargi ów Alm dołączył deklarację, że on, jako członek Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, ma obowiązek noszenia na głowie durszlaka, oraz żądanie, by i on, podobnie jak członkowie innych Kościołów, miał prawo do zdjęcia ze swoim „świętym” nakryciem głowy – durszlakiem do odcedzania makaronu.
I proszę sobie wyobrazić, że wprawdzie austriacki sąd z początku potraktował tego Ulma tak jak on na to zasługuje, a więc odesłał go precz, niemniej po serii trwających aż trzy lata apelacji, przyznał mu rację, i wówczas Niko Ulm mógł już tryumfalnie paradować z prawem jazdy ozdobionym zdjęciem łba z durszlakiem.
Być może ktoś się zastanawia, kto to taki ten Ulm? Czy to jakiś przygłup o twarzy nałogowego onanisty, jakich czasem zdarza się nam minąć na ulicy? Czy może jakieś dziwadło, na obraz i podobieństwo dawnych artystów cyrkowych, których język angielski obdarzył określeniem „freak”? Czy to może jakiś świeżoupieczony imigrant z Afryki, który jak najbardziej słusznie uznał, że odpowiednia porcja ekscentryzmu pozwoli mu zrobić w tej Austrii karierę? Czy może ktoś choćby o twarzy tego nauczyciela akademickiego z Wrocławia, który ostatnio dostał zarzut zmuszania swoich studentek do seksu? Otóż w żadnym wypadku. Niko Ulm to człowiek wedle wszelkich pozorów całkowicie normalny, a kto wie, czy nie z pewnym przechyłem w stronę takiej wręcz filmowej atrakcyjności. Z tego co widzę, to może być naprawdę bardzo miły, sympatyczny i inteligentny człowiek – tyle że ateista.
I tu dochodzimy do sedna i do faktycznego przesłania dzisiejszego tekstu. Otóż jest tak, że od pewnego czasu coraz częściej zdarza nam się spotykać na swojej drodze zjawiska może nie tak szokujące jak ów Kościół Latającego Potwora Spaghetti, jednak wciąż często autentycznie szokujące. I niejednokrotnie podstawowy sens owych zjawisk sprowadza się przede wszystkim do szydzenia z chrześcijaństwa, ale nie tylko. Owe ruchy mają na uwadze wszelką religijność, tyle że może ze względów usprawiedliwianych polityką, czy osobistym bezpieczeństwem szydercy, chrześcijaństwo jest tu szczególnie popularne. Niezależnie od tego jednak, kto jest na celowniku, ci którzy trzymają palec na spuście, to autentyczni i nieustannie walczący ateiści.
Myślę, że dobrze by było się zastanowić, co takiego się stało, że oni się tak ostatnio rozpanoszyli, i że odnoszą jedno zwycięstwo za drugim. Czy może ostatnie lata przyniosły nam jakieś nowe dowody na to, ze Bóg umarł i pozostała już tylko wolność? Nie sądzę. W historii świata było zawsze bardzo dużo powodów, dla których człowiek mógł zwątpić w Jego istnienie, i to wcale powodów nie byle jakich. A mimo to, naprawdę nie było łatwo spotkać kogoś, kto publicznie i otwarcie szczycił się tym, że jest ateistą. Agnostykiem – owszem. Człowiekiem wątpiącym – jak najbardziej. Ale ateistą? Do tego trzeba było być naprawdę kimś. Dziś pierwszy lepszy, średnio rozgarnięty internauta, ma pod ręką całą garść bon motów skierowanych przeciwko ludziom, którzy wierzą. I jeśli spotykają go jakiekolwiek nieprzyjemności, to z wielu bardzo przyczyn, ale na pewno nie dlatego, że on uważa, że nie ma nic.
Otóż ja uważam, że kiedy wraz z inwazją postmodernizmu, którą przyniósł nam wiek XX, pojawiło się przekonanie, że naprawdę wszystko podlega dekonstrukcji, w tym momencie prawda stała się słowem powszechnie uważanym za obelżywe. I kiedy to piszę, wcale nie uważam, że przesadzam. Dziś, słowo „prawda” jest słowem obelżywym, i to nawet z punktu widzenia osób, które na co dzień ani się nad takimi kwestiami nie zastanawiają, ani też, w konsekwencji, nie zdają sobie nawet ze swoich przekonań sprawy. Gdyby ich zapytać, czy uważają, że prawda istnieje, oczywiście większość z nich gorąco by przytaknęła, jednak gdyby już chwilę później postawić ich wobec szeregu różnych zjawisk istnienie tej rzekomo nienaruszalnej prawdy kwestionujących, nie zauważyliby jakiegokolwiek dysonansu.
I ja dziś jestem przekonany, że ateizm ów stan rzeczy w jednej chwili zauważył, zidentyfikował ją i odpowiednio ocenił. A oceniając ją, doszedł do jedynego logicznie nasuwającego się wniosku, że świat który zaakceptował sytuację gdzie prawda nie istnieje, stał się światem pozbawionym jakiejkolwiek ochrony. No i ten świat zaatakował. Ostatnim tego przykładem tu u nas w Polsce, stał się wybór na posła człowieka ucharakteryzowanego na kobietę i wymagającego, by go jak kobietę traktować, a następnym krokiem, jak wiele dziś już na to wskazuje, będzie objęcie oficjalną autoryzacją przekonania, że durszlak może być w takim samym stopniu obiektem kultu religijnego, jak różaniec, czy krzyżyk na szyi.
Oto do czego doszliśmy. Nie ma już nic. Można wszystko. Niedawno w którymś z telewizyjnych programów wystąpił człowiek, ni to kobieta ni to mężczyzna, podpisany – inaczej niż to zwyczajowo ma miejsce – nie imieniem i nazwiskiem, ale jakimś dziwnym słowem-tytułem, którego nazwy i sensu nie umiałem spamiętać, i przedstawił się jako rzecznik któregoś z ruchów na rzecz promocji transeksualizmu. Mieliśmy więc ten telewizor, to studio, tę dziennikarkę, tego jakiegoś kosmitę, no i ten absurdalny tytuł na dole ekranu.
Myślę że czas to sobie powiedzieć. Nie oszukujmy się. Znaleźliśmy się w narożniku, skąd już nie ma ucieczki. Za nami już tylko ściana. I módlmy się o to, by się okazało, że jest ze skały. Najlepiej z jaspisu.

Dziękuję wszystkim za wszelkie dotychczasowe wsparcie. Bez niego nie bylibyśmy w stanie przeżyć. Bardzo proszę o dalszą pamięć.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...