niedziela, 11 listopada 2012

O chłoście śmiechu i zabójstwie na śmietniku

Nie wiem, czy wszyscy mieli okazję to zauważyć, ale kilka ostatnich tekstów Gabriela Maciejewskiego, to są najlepsze jego teksty. I najlepiej i najstaranniej napisane, i najciekawsze, i najdowcipniejsze, i w końcu najmądrzejsze. W mojej ocenie, dziś Gabriel jest bezwzględnie najlepiej piszącym w Polsce publicystą., i jeśli jest ktoś kogo nie znam, to przyznaję, że sobie tego nie potrafię wyobrazić.
Dla mnie osobiście to jest bardzo dobra wiadomość. Z dwóch względów. Przede wszystkim Gabriel jest moim kolegą i wydawcą, a więc jestem przekonany, że jeśli jemu będzie dobrze szło i będzie odnosił sukcesy, to ja się w jego cieple z pewnością ogrzeję. Po drugie mam wrażenie, że jeszcze parę tygodni temu on wpadł w stan, gdzie mu nawet chciałem powiedzieć, żeby się bardziej może starał, bo przy pewnym typie nonszalancji daleko nie pojedzie. No a tu, proszę. Mamy autora absolutnie wybitnego.
Napisałem mu to niedawno w którymś z komentarzy, a on mi odpisał, że to jest wszystko bardzo proste. Wystarczy czytać „Uważam Rze”, i każdy zdolny autor ma odpowiednią porcje inspiracji na cały tydzień. I owszem, jak idzie o inspirację, zgadzam się tu całkowicie, zwłaszcza, że to ja mu wcześniej zaproponowałem ów sposób. Ja z niego korzystałem całe lata, wprawdzie nie kupując „Uważam Rze”, bo to akurat, jak wiemy, jest projektem stosunkowo nowym, ale oglądając telewizję TVN24. Niestety, w końcu doszło – bo musiało dojść do zmęczenia materiału – i telewizor praktycznie wyłączyłem. Dziś muszę się męczyć sam ze sobą, jedynie od czasu do czasu sięgając po czy to jakąś gazetę, czy jakąś telewizję.
Niedawno, co zresztą od razu opisałem tu na blogu, trochę dzięki mojej córce, w telewizji właśnie, wypatrzyłem Romana Giertycha i jego nowego kumpla, niejakiego Kajdanowicza, kiedy to obaj dostali takiego amoku, że nagle z ich paszczy, niemal w jednym momencie, wypadła sugestia, iż numer ze smoleńską brzozą to robota PiS-u. Czy bez owego poświęcenia ów tekst byłby w ogóle możliwy? Oczywiście, że nie. Ale to jeszcze mało. Otóż okazuje się, że wspomniane środowiska medialne mają to do siebie, że intensywność tego kłamstwa jest u nich tak duża, że wystarczy tam zajrzeć choćby na krótką chwilę, by coś z tego mieć.
Weźmy choćby ten sam dzień. Ten sam wieczór. Siedziałem sobie tym razem zupełnie sam, wciąż uczepiony mojej fantastycznej komórki, gdy nagle do Szkła Kontaktowego zadzwonił jakiś człowiek i powiedział, że on opowie kawał. Ponieważ tak już mam, że ile razy ktoś mi chce opowiedzieć kawał, ja nastawiam uszu, tu też cały zamieniłem się w słuch. Dowcip był o tym, że umarł Bolek – brat Lolka – idzie kondukt pogrzebowy, a za trumną Lolek. No i strasznie płacze. Podchodzi do niego jakiś pan i pyta: „Dlaczego płaczesz, chłopczyku?” Na co ten odpowiada, że umarł mu braciszek i jemu jest smutno. Pan ów więc pociesza Lolka i mu mówi, by się nie przejmował, bo jego brat jest teraz w Niebie i mu u Świętego Mikołaja wyprosi jakieś ładne zabawki. Jednak Lolek jest niepocieszony i nadal płacze i mówi… no i tu już nie wiem, co mówi, bo tego fragmentu akurat nie zrozumiałem.
Mój telewizor jest tak wypasiony, że posiada funkcję, która pozwala to co przed chwilą było cofnąć, i puścić jeszcze raz. Czemu postanowiłem ten greps sobie odtworzyć? Czemu mi zależało, żeby się jednak dowiedzieć, jaka była puenta tego żartu? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ze wstępu jaki ów dowcipny telewidz zrobił, wynikało, że on nawiązywać będzie do sprawy Smoleńska i osobiście braci Kaczyńskich, no i chciałem wiedzieć, o co chodziło z tym pogrzebem. Drugi powód był taki, że kiedy dzwoniący do TVN-u pan wypowiedział puentę, której ja nie usłyszałem, prowadzący program Miecugow, a więc ktoś kto jak wiemy jest zły ale cwany, wyglądał na zniesmaczonego, natomiast goszczący akurat w studio człowiek nazwiskiem Przybylik, a więc ktoś zwyczajnie głupi, ale za to szczery do bólu, wręcz przeciwnie – mało się nie posrał ze śmiechu. A więc ja sobie pomyślałem, że musiało być ostro. I też z tego względu zależało mi, żeby usłyszeć tę końcówkę.
A więc skorzystałem z mojej fantastycznej funkcji cofania programu… jednak niestety, mimo kilku prób, nie udało mi się usłyszeć, co ten niby Lolek powiedział. Dlaczego? Otóż dlatego, że pan który zadzwonił do Szkła Kontaktowego, zapewne po to by zwiększyć dramaturgię żartu, deklamował tę kwestię komicznie płaczliwym tonem, i w dodatku głosem karykaturalnie piskliwym. No i ja tego co on mówił już do samego końca nie zrozumiałem.
Jak mówię, kiedy TVN-24 nadawał to swoje Szkło Kontaktowe, siedziałem w pokoju sam, natomiast reszta rodziny była porozrzucana po całym mieszkaniu. Kiedy po raz może piąty odtworzyłem ów idiotyczny szloch, z pokoju obok odezwała się moja starsza córka i bardzo zdenerwowana zapytała: „Kto to płacze? Wyłącz to, bo ja tego nie mogę wytrzymać”. No więc wyłączyłem wszystko. Włącznie z telewizorem. I teraz nadszedł moment, żeby przejść do części kulminacyjnej. Otóż muszę powiedzieć, czemu moje dziecko się tak zdenerwowało. Ponieważ ona jest wciąż bezrobotna, a bardzo nie chce żyć w stanie owej potwornej bezczynności, postanowiło zaangażować się w działalność dobroczynną. W związku z tym codziennie chodzi po jakichś kompletnie zubożałych osiedlach, domach i mieszkaniach i spotyka się z ludźmi żyjącymi na skraju, lub poniżej skraju nędzy. Z tego co mi opowiada, kiedy ona tam przychodzi, ci ludzie na ogół są tak zawstydzeni, że z tego wstydu płaczą. Ona pyta, czego najbardziej potrzebują, a oni płaczą i odpowiadają, że nie potrafią nic wymyślić. No i ona mi mówi, że to jest zwyczajnie nie do wytrzymania. A więc, kiedy ja próbowałem odsłuchać puentę tego żartu, jaki nadała nam telewizja TVN24, ona wciąż reagowała, jakby słyszała płacz tych ludzi. I w końcu kazała mi wyłączyć telewizor.
A ja sobie myślę, ze zaszliśmy już naprawdę bardzo daleko. Kto wie, czy nie najdalej. My idziemy uzbrojeni w te topory i amulety, z drugiej strony stoją oni – również wyposażeni we wszystko co jest na tej wojnie potrzebne, a między nami słychać płacz. Jeden prawdziwy, drugi będący parodią tego pierwszego. I w pewnym momencie ów płacz jest tak autentyczny, a i tak wspaniale zagrany, że zlewa się w jedno. I do nas należy, by ten węzeł rozplątać. Bo jeśli nam się to nie uda, jest już po nas.

Tradycyjnie już proszę wszystkich o wspieranie tego bloga, albo przez kupowanie książek, albo prze bezpośrednią pomoc pod podanym obok numerem konta. Bez niej, nas nie ma. Zwyczajnie. Nie ma.

sobota, 10 listopada 2012

Gdy osinowy kołek nie wystarczy

Siedzieliśmy sobie wczoraj ja i starsza Toyahówna w pokoju, w którym trzymamy telewizor, ona oczywiście załatwiała jakieś swoje facebookowe sprawy, ja w swojej wypasionej komórce przeskakiwałem z mojego blogu na blog Gabriela, i odwrotnie, obok szumiał wspomniany telewizor, gdy nagle moje dziecko powiedziała coś takiego: „To jest niesamowite! Jeden coś powie, drugi kończy. Tamten zacznie, następny kończy”. Podniosłem głowę, spojrzałem w telewizor, a tam w najlepsze sobie gawędzili Ryszard Kalisz, Roman Giertych i człowiek bez imienia, nazwiskiem Kajdanowicz.
Tematem rozmowy był Jarosław Kaczyński, i jak słusznie zauważyła Toyahówna, chodziło o to, by każdy z nich powiedział parę słów na jego temat, w taki sposób, by zainspirować drugiego, i w ten sposób pomóc skonstruować wspólny przekaz, który pod koniec audycji doprowadzi do wniosku, że Jarosława Kaczyńskiego należy zamknąć gdziekolwiek.
Od momentu gdy ona zwróciła uwagę na to co się tam wyprawia, słuchałem już wszystkich trzech bardzo uważnie, no i nagle nastąpiło coś zupełnie niespotykanego. Przemawiał akurat Giertych i mówił mniej więcej tak: „To co robi teraz PiS służy wyłącznie Rosjanom. To że wymyśla sztuczną mgłę, hel, trotyl…”.
W tym momencie wtrącił się Kajdanowicz, i dopowiedział: „Brzozę…”. Na co Giertych, w pierwszej chwili, widocznie z rozpędu, potwierdził: „Brzozę”, ale natychmiast się ugryzł w język i dorzucił: „No nie. Brzoza była już wcześniej”, i bez mrugnięcia okiem nadawał dalej, na co po paru kolejnych sekundach usłyszeliśmy głos Kajdanowicza: „Ale ja mówię o brzozie teleskopowej. Nie słyszał pan o brzozie teleskopowej?”
Oczywiście, jak znam życie, każdy z nas znajdzie sobie w tej historii coś dla siebie i zrobi z tym, co uzna za stosowne. Mnie jednak najbardziej spodobał się numer z ową „brzozą teleskopową”. Otóż ja słyszałem wielokrotnie o helu, o mgle, nie mówiąc już o trotylu, natomiast o brzozie teleskopowej dowiedziałem się dopiero od Kajdanowicza. Oczywiście, może być tak, że on czyta FYM-a i od niego czerpie informacje. Jednak nie sądzę. Myślę, ze owego teleskopu nie było nawet u FYM-a. Biorąc pod uwagę fakt, że Kajdanowiczowi jednak zajęło parę sekund, by się wytłumaczyć z tego idiotyzmu, mam też niemal stuprocentową pewność, że jemu ten teleskop wyszeptali do uszka będący na miejscu specjaliści. Wszyscy wiemy, że każdy z nich ma tam obwinięty wokół karku kabelek i przez ten kabelek ktoś tam do nich cały czas mówi. I tak też musiało być w tej sytuacji.
To zatem jest pierwsza rzecz, która mnie zachwyciła. Sam ów teleskop. Druga to jednak szybkość z jaką System zareagował. To było niesamowite! Ja w tej chwili oczywiście nie umiem sobie przypomnieć, ile tych sekund upłynęło od czasu, gdy Giertych powiedział, że „brzoza była już wcześniej”, do chwili gdy Kajdanowiczowi podrzucono ten teleskop, jednak myślę, że maksymalnie trzy sekundy. Może nawet dwie. Jestem naprawdę pełen podziwu.
No więc tak. To jest niewątpliwie podziw. Ale też strach. No bo spójrzmy. Mamy tego Kalisza, Giertycha, Kajdanowicza i tę całą bandę, że się tak wyrażę, operatorów, i wszystko to działa jak świeżo naoliwiona ruska maszyna. Oczywiście Kajdanowicz to kretyn, ale za to kretyn ze szczególnie precyzyjnie sfokusowaną koncentracją. Czytałem kiedyś felieton Peggy Noonan o muzułmańskich terrorystach, i napisała ona coś takiego:
„Osobno, ci mężczyźni – bo to są mężczyźni mniej więcej między 17 a 45 rokiem życia, co oznacza, że pod względem płci i wieku odpowiadają amerykańskim przestępcom odsiadującym wyroki w amerykańskich więzieniach – nie tylko są ‘wypełnieni nienawiścią’ i ‘złem’, choć to oczywiście też. To są przy tym w sposób oczywisty ludzie emocjonalnie i intelektualnie prymitywni. Ich umysły, mimo że szybkie i mocno skoncentrowane, są bardzo ograniczone, i otępiałe. A zatem ich bezczelna arogancja stanowi zarówno ich siłę, jak i ich potencjalny problem”.
I oczywiście to, że można naprawdę się spodziewać, że oni wszyscy – i Kajdanowicz i Giertych i Kalisz – skończą bardzo marnie, właśnie przez ową arogancję, która ich w końcu zgubi, to obraz tych trzech androidów i ich konstruktorów wypuszczonych na to biedne, kompletnie bezbronne społeczeństwo, musi budzić pewien respekt.
Obawiam się, że – jak już zapowiedziałem w poprzedniej notce – sam topór nie wystarczy. A amulety też trzeba znaleźć bardzo specjalne.

Serdecznie proszę o wspieranie tego blogu pod numerem konta, który jest tuż obok. Przypominam również, że mam w domu trochę swoich książek – odpowiednio po 40 i 30 złotych – i wysyłam je z osobistą dedykacją. No i bez opłaty pocztowej.

piątek, 9 listopada 2012

O toporach, amuletach i zimnej pustyni

Ponieważ pewnie każdy z nas, w mniejszym lub większym stopniu, uodpornił się na tak zwane newsy, i byle co go nie poruszy, myślę, że nikomu tu nie muszę objaśniać, skąd się wziął stan w jakim się znalazłem, a który sprawia, że nawet amerykańskie wybory spłynęły po mnie równiusieńko, nie zostawiając nawet pojedynczego śladu. Z jednej strony oczywiście sytuacja ta mnie cieszy, bo zawsze to lepiej mieć umysł czysty niż uświniony jakąś, jak to mawia Coryllus, satanistyczną propagandą, z drugiej jednak wciąż czułem, że przez ów brak wrażliwości mogę przegapić coś, co akurat bardzo by mi się mogło przydać, i bez świadomości czego wpadnę w tarapaty. No i nagle się okazuje, że wszystko jest idealnie pod kontrolą, i ja wciąż mam oczy i uszy szeroko otwarte, i co trzeba widzieć – widzę jak najbardziej.
Kilka dni temu na przykład szedłem sobie na spacer z moim psem, i na słupie ogłoszeniowym zobaczyłem plakat. Plakat przedstawia ponury zimowy pejzaż, na tle tego pustkowia stoi sześć osób, nad nimi unosi się jakaś zdecydowanie okultystyczna gwiazda, w którą wpisany jest napis „Nord”, a nad tym wszystkim nazwa: Kapela ze wsi Warszawa. News jest taki, że w katowickim kinoteatrze „Rialto” 11 listopada tego roku (właśnie tak – 11 listopada) odbędzie się koncert zespołu i że – co widać wyraźnie w rogu plakatu – mecenasem całego przedsięwzięcia jest Narodowe Centrum Kultury.
W czym rzecz? Otóż jak niedawno zarówno ja jak i Coryllus wspominaliśmy przy kilku okazjach o owej Kapeli ze wsi Warszawa, pochylając się nad faktem, że jest to projekt ściśle satanistyczny w tym sensie, że skierowany niemal wyłącznie na afirmację i propagowanie kultu pogaństwa. Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że dla przeciętnego słuchacza, który piosenki śpiewane przez ten zespół zwyczajnie lubi, i o ile nie wsłucha się jakoś szczególnie w ich teksty, uważa, że to jest po prostu fajna muzyka dla fajnych ludzi. Tymczasem prawda jest taka, że obok najbardziej drastycznych performansów w wykonaniu zespołów black metalowych, trudno jest wskazać na przykłady bardziej agresywnego satanizmu. Powiem więcej. Ze względu na fakt, że black metal z biegiem lat strasznie się uteatralnił, jego przekaz praktycznie utonął w tej całej tandecie i stracił swoją siłę. Neo-pogaństwo prezentowane przez Kapelę ze wsi Warszawa jest skupione niemal wyłącznie na owej propagandzie. Jeśli się wsłuchać w to co oni nam mówią, tam nawet nie ma muzyki. Jest tylko owa treść. No i obraz. Ten śnieg i ta pustka. No i oczywiście logo Narodowego Centrum Kultury.
Niedawno zamieściłem tu na blogu wiersz Zbigniewa Herberta, w który na samym końcu pojawia się zalecenie, jak należy się wyprawiać na daleką drogę:

„…musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu
opatrzyć na drogę

w miseczkę z gliny
proso mak
kościany grzebień
groty strzał
pierścień wierności

amulety”

Nie wiem, czy to jakoś stanowiło nawiązanie do tego wiersza, czy jemu te amulety przyszły do głowy ot tak sobie, natomiast uderzyło mnie bardzo to, że o amuletach w swoim dzisiejszym tekście wspomniał właśnie Coryllus, pisząc o pustyni na którą on nie wchodzi bez „topora w ręku i kieszeni pełnych amuletów”. Otóż mnie się wydaje, że to co dziś przeżywamy to całkowicie nowa faza tej samej co dotychczas wojny, tyle że teraz toczona na poziomie jak najbardziej metafizycznym. To jest wojna w gruncie rzeczy na amulety. Na znaki i na amulety. Topór oczywiście zawsze się może przydać, ale to co decyduje o zwycięstwie to siła amuletu właśnie.
Kiedy szatan rodził pogańskie święto Hallowe’en, już wtedy ów konflikt sprowadzał się tak naprawdę do wojny między silami dnia i nocy. Kiedy w ciepłym słońcu śródziemnomorza rozleniwieni ludzie zażerali się winogronami i czcili Pomonę – boginię miłości i urodzaju, na dalekiej Północy – owym czczonym przez Kapelę ze wsi Warszawa „Nord” królował nieśmiertelny Nergal, a ludzie siedzieli pochowani po lasach i znosili mu dary, licząc na odkupienie. No i z całą pewnością zbroili się w amulety. A ja jestem pewien, że mają je do dziś. Mam tę pewność, bo ich wciąż widzę i słyszę, jak nimi pobrzękują.
Dotarło do mnie coś jeszcze. Oto przeczytałem w Sieci, że gdzieś w Poznaniu jest lotnisko pod nazwą Ławica i ktoś zamówił u pewnego londyńskiego artysty instalację, która miała tam sobie stać i to lotnisko zdobić. Ów artysta, niejaki Nick Hornby wymyślił więc sobie, że on skonstruuje coś, co będzie przypominało fragment porzuconego pod Smoleńskiem wraku polskiego tupolewa. No i w tym momencie do akcji wkroczył lokalny aparat administracyjny i zarządził, by to co ten Hornby zamyślił sobie w barwach biało-czerwonych przemalować na niebiesko. Z bardzo szczerym wytłumaczeniem. Chodziło jak najbardziej o to, że oryginalna instalacja za bardzo kojarzyła się ze Smoleńskiem. A to było złe. A więc tę biel i czerwień zamalowano na niebiesko.
Czy mnie to może dziwi? Nie bardzo. W końcu wiem jak jest i nie muszę wiedzieć już nic więcej. Natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że wojna wchodzi na coraz wyższe poziomy i dziś jest wojną jak mówię o charakterze ściśle duchowym. Natomiast jak idzie o rolę jaką w niej pełni ów wrak, to wszystko wskazuje na to, że oni właśnie świetnie to wiedzą. Oni. Ludzie z Północy. Nie ze Wschodu. Z Północy.


Tradycyjnie już proszę wszystkich o wspieranie tego bloga, albo przez kupowanie książek, albo prze bezpośrednią pomoc pod podanym obok numerem konta. Bez niej, nas nie ma. Zwyczajnie. Nie ma.

czwartek, 8 listopada 2012

Prawica, lewica, dialog

Już miałem o tym nie pisać, sądząc że w końcu są pewne granice obsesji, ale nagle sobie uświadomiłem, że dopiero co wyszydziłem Różę Thun, a chwilę po niej samego zięcia państwa Dziadzia, przez co nikt mi już uczciwie nie może zarzucić, że się wyłącznie czepiam naszych, a zatem czemu nie? No proszę mi powiedzieć – czemu nie? Zwłaszcza gdy w gruncie rzeczy wcale nie jest takie pewne, czy kabareciarz Górski jest bardziej nasz niż powiedzmy pieśniarz Kukiz.
Mam nadzieje, że wszyscy mniej więcej wiemy, kto to taki ten Górski. W końcu blog ten czytają głównie osoby, które tęsknie wypatrują dnia, kiedy polska prawica się odrodzi, przejmie w Polsce władzę i uruchomi cały nowy system egzekucji prawa i sprawiedliwości, a zatem pojawienie się postaci takiej jak Górski, a więc z jednej strony przedstawiciela jak najbardziej ordynarnego mainstreamu, a drugiej kogoś kto w ramach owego mainstreamu postanowił szydzić z władzy, nie mogło pozostać niezauważone.
Na wszelki jednak wypadek przypomnę, że ów Górski to artysta kabaretowy, lider projektu o nazwie „Kabaret Moralnego Niepokoju” i jego najnowszej odsłony, która polega na tym, że za stołem siedzi grupa śmieszków, wszyscy udają że są ministrami w trakcie posiedzenia rządu, no i wszyscy oni odstawiają – jak to nazywa młodzież – bekę z rządu i osobiście Donalda Tuska. Projekt ów jest prezentowany kabaretowej publiczności przy różnych okazjach, między dowcipami na temat tego, że Jarosław Kaczyński się zesrał, a Lech Kaczyński zarył dziobem w błoto, i wszystkim się podoba równie bardzo jak to co było przed jak i po.
Ponieważ jednak, jak już wspomnieliśmy pomysł programu sprowadza się do szydzenia z Donalda Tuska i jego kompanii, tu i ówdzie pojawiają się opinie, że ten Górski jest jednak nasz, a więc zasługuje na specjalne traktowanie. Ja w stosunku do owych opinii byłem mocno zdystansowany, uznając że mogę znieść naprawdę wiele, choćby i nawet Łukasza Warzechę, natomiast Górskiego nie biorę. A tu tymczasem zaglądam do ostatniego numeru „Uważam Rze” i okazuje się, że on faktycznie jest już nasz. Wprawdzie nie do końca, ale jak najbardziej nasz. Otóż okazuje się, że ów Górski wydał niedawno książkę i redakcja naszego sztandarowego tygodnika robi jej darmową klakę, zamieszczając z Górskim na temat owej książki rozmowę. Co to za książka? Okazuje się mianowicie, że wydawnictwo „Znak” zwróciło się do zaprzyjaźnionego ze sobą dziennikarza Mariusza Cieślika, żeby przeprowadził z Górskim wywiad-rzekę na temat tego, jak to mu przyszło do głowy się śmiać z Tuska, a oni to im opublikują. I to jest oczywiście news. Jak już natomiast idzie o to, co dalej, to dalej mamy już tylko standard: wszyscy są znakomicie świadomi, że pies z kulawą nogą nie kupi tego czegoś, więc uznano, że trzeba uderzyć do publiczności prawicowej, bo ona z jednej strony jest odpowiednio głupia, a z drugiej odpowiednio obywatelsko zaangażowana, co w połączeniu może przynieść te parę tysięcy sprzedanych egzemplarzy, a więc jakieś tam skromne fundusze na przeżycie.
Ja wiem, że zwracając uwagę na te oczywistości, bez sensu się powtarzam. Jednak muszę to zrobić skoro zależy mi na tym, by zwrócić uwagę na coś tu moim zdaniem zupełnie nowego. Otóż proszę zauważyć, że jakkolwiek dotychczas środowisko reprezentowane właśnie w „Uważam Rze” starało się nam podrzucać najróżniejsze typy spod ciemnej gwiazdy, wmawiając nam jednocześnie, że to jest nasza przyszła elita, nie mieliśmy chyba dotychczas jeszcze przypadku tak drastycznego, jak z tym kabareciarzem, a przy okazji z wydawnictwem „Znak”. Jeśli bowiem stałą robotę w „Uważam Rze” mają takie nawet postacie jak Mistewicz czy Rolicki, to zawsze możemy sobie powiedziec, że to jest trochę tak na zasadzie kontrowersji. Że my nikogo nie odrzucamy, że nam zależy na różnorodności i takie tam. Jak idzie jednak o tego Górskiego, mamy moim zdaniem do czynienia z autentycznym znakiem. I to znakiem podwójnym. Pierwszy to taki, że już nikt nie może mieć wątpliwości, że chodzi wyłącznie o biznes, a drugi, że ów biznes jest obsługiwany całkowicie demokratycznie, a więc dopuszczeni są wszyscy, o ile naturalnie przedstawią odpowiednie zaświadczenie.
A więc zdecydowanie coś się zmienia. W tym samym numerze „Uważam Rze” pojawia się nagle tekst, zajmujący całe dwie strony, a napisany przez prezesa któregoś z banków, niejakiego Stańczaka, oraz znanego nam z dawnych lat, kiedy jeszcze po Polsce kręcił się biznesmen Krauze – Wiesława Walendziaka, w którym obaj panowie informują nas, że Unia Europejska to fantastyczny projekt i wszyscy powinniśmy dążyć do unii jeszcze pełniejszej i jeszcze bardziej uniwersalnej. Oczywiście redakcja już teraz pod tym tekstem zapowiada, że za tydzień oni przedstawią swoją z tym czymś polemikę, ale, jak się to mówi, mleko się rozlało i każdy normalny człowiek nie może tego nie zauważyć. I dalszy też komentarz jest jak sądzę zupełnie nam zbędny.
Ale jest jeszcze coś, kto wie czy nawet nie lepszego. Otóż, jak tu niedawno wspominałem, stałym bardzo publicystą „Uważam Rze” jest Łukasz Warzecha, który ma tam swój kącik, polegający na wymyślaniu fikcyjnych rozmów między Donaldem Tuskiem a jego ministrami, czy doradcami, gdzie wszyscy oni są w najbardziej brutalny sposób biczem warzechowej satyry gnojeni. Warzecha się przy tym absolutnie nie oszczędza i odstawia chamstwo, które z tamtej strony mieliśmy okazję obserwować chyba tylko na wybranych blogach. I oto dziś on sam nagle przedstawia scenkę, gdzie Tusk chyba z Grasiem śmieją się z Jarosława Kaczyńskiego, jak to on zrobił z siebie durnia z tym trotylem i rzekomym zamachem. Że oni całą sytuację zaaranżowali, żeby Kaczyńskiego wypuścić, a on dureń dał się – jak to on – pięknie naszym dwóm spryciarzom sprowokować. Ja akurat tego Warzechy nie czytam na tyle często, by znać jego wszystkie ścieżki, ale wydaje mi się, że dotychczas cały pomysł tego projektu był taki, że oto Tusk i jego ekipa to kretyni, a my mamy się z tego śmiać. Dziś nagle okazuje się, że kretynem jest Kaczyński.
A ja sobie myślę, że to, w połączeniu z książką Górskiego, Walendziakiem, no i – o czym nie wolno zapominać – niedawnym oświadczeniem Lisickiego w sprawie Gmyza i „Rzeczpospolitej” robi dość szczególne wrażenie. Bo, z jednej strony, mamy ten relacjonowany na najwyższych obrotach Smoleńsk, ten wręcz histerycznie anonsowany Marsz Niepodległości, te bale wolności, a z drugiej ta wręcz jednoznaczna deklaracja Lisickiego, że on nie planuje zrobić nic takiego, co by mogło Hajdarowiczowi się nie spodobać. No i nagle ten Walendziak.
Kiedy ostatnio troszeczkę pisałem o sprawie Gmyza, zasugerowałem, że przyjdzie czas, kiedy Hajdarowicz się weźmie i za „Uważam Rze”, ani mi do głowy nie przyszło, że to już się stało jakiś czas temu. Tyle że w nieco bardziej dyskretnym tonie. I że żadnego buntu nie będzie. I że właściwie to co widzimy, mocno już przypomina nam końcową scenę z „Animal Farm” Orwella, kiedy nagle okazuje się, że nie sposób rozróżnić, kto człowiek, a kto świnia.

Zarówno tych co są tu stale i bez szczególnej zachęty, ale też i przypadkowych wędrowców, tradycyjnie informuję, że kolega mój i człowiek wydający mi książki Gabriel Maciejewski zajął się ostatnio poszerzaniem rynku, również dla mojego „Liścia” i „Elementarza”. Dziś jest tak, że obie można zamawiać w każdej księgarni w Polsce, a nie zdziwiłbym sie gdyby i za granicą. Natomiast, jeśli ktoś woli przez Internet, to albo u Gabriela na stronie www.coryllus.pl, lub zwyczajnie – tu. Te same, tyle że z osobistą dedykacją, i z darmową wysyłką. No i oczywiście proszę wszystkich, którzy uważają, że coś im to moje pisanie daje, o uprzejme wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 7 listopada 2012

O naszych czerwonych karkach

Początkowy plan miałem dziś taki, by napisać z dwa kolejne rozdziały do mojej jesiennej książki o urokach PRL-u, jednak tak się złożyło, że pani Toyahowa wynajęła mnie do pracy w łazience, no i wyszło na to, że dziś już raczej do tych wspomnień nie siądę. Ponieważ jednak zostało mi trochę czasu do wyjścia na popołudniowe zajęcia, pomyślałem że się posnuję trochę po Sieci i zobaczę co słychać u konkurencji. Na pierwszy ogień poszedł jak najbardziej „nasz” portal wpolityce.pl… no i okazało się, że dalej już nie ma co zaglądać.
Otóż, jak się okazuje, Rafał Ziemkiewicz napisał książkę o nowoczesnej endecji i, z nadzieją, że uda mu się jeszcze trochę poszerzyć rynek, pokazuje ją aktualnie w co bardziej eksponowanych środowiskach. W ramach tego objazdu zajrzał też na Uniwersytet Warszawski, gdzie mu lokalny NZS zorganizował autorskie spotkanie, a wpolityce.pl zamieścił relację z tego eventu na swojej stronie.
Wbrew temu, co się niektórym z nas może wydawać, nie mam tu zamiaru komentować ani wystąpienia Ziemkiewicza, ani tego co tam się od początku do końca działo, bo jestem starym punk rockerem, i raz że się na tym co on tam gadał nie znam i się tym nie interesuję, a dwa, że obejrzałem tego wszystkiego zaledwie pierwsze parę minut. I właśnie o tych paru minutach chciałem dziś parę słów.
Otóż relacja zaczyna się od tego, że widzimy szkolne biurko, za biurkiem siedzi wielki jak to on Ziemkiewicz, za Ziemkiewiczem na ścianie wisi zielona tablica, obok Ziemkiewicza stoi jakiś żaczek z mikrofonem i zapowiada występ. I od razu okazuje się, że miał być jeszcze jakiś ważny profesor, i choć jeszcze nie dotarł, to pewnie za chwilę się pojawi, a tymczasem parę słów o głównym gościu, no i takie tam. Ziemkiewicz siedzi z poważną miną, skromnie znosi płynące z ust żaczka pochwały, i tylko dyskretnie kartkuje swoje dzieło. W pewnym momencie wpada ów spóźniony profesor, w kurtce, szybko się mości za biurkiem, tyle że ponieważ Ziemkiewicz zajmuje niemal całą jego przestrzeń, siada nieco z boku, a na kolanach kładzie sobie tak mały laptop… palmtop to się chyba nazywa, czy jakoś tak?
No i w tym momencie dochodzi do zdarzenia, które mnie już zwolniło z konieczności oglądania tego występu dalej, no i też stało się bezpośrednią przyczyną, dla której piszę ten tekst. Otóż profesor – zmęczony mocno, bo chyba na to spotkanie pędził – sięga ręką do czoła, wyciera je z potu, a następnie rękę wyciera o spodnie. Dokładnie tak – najpierw ten pot z czoła, a potem o spodnie. Wszystko oczywiście świetnie widać, bo, jak mówię, ze względu na Ziemkiewicza, za biurkiem miejsca już nie ma, a ja sobie myślę, że ja już coś podobnego kiedyś widziałem.
Proszę sobie wyobrazić, że kiedyś, jeszcze w dniach kiedy startował projekt pod nazwą Nowy Ekran, jego dyrektor zarządzający Łażący Łazarz poprosił mnie, bym dla nich pisał, no a ja się zgodziłem. W związku z tym też dość często tam zaglądałem. I oto któregoś dnia wspomniany Łazarz zamieścił tam nagranie video z rozmowy jaką przeprowadził z Ziemkiewiczem. I co tam widzimy? Jak mówię, widzimy, bo co słyszymy, to w sposób oczywisty znaczenia mieć nie może. Otóż w pewnym momencie, Ziemkiewicz z namaszczeniem wyciąga z kieszeni chusteczkę do nosa, starannie i dokładnie wysmarkuje w nią nos, a następnie zaczyna te smarki sobie oglądać. Łazarz kończy zadawanie pytania, Ziemkiewicz chusteczkę chowa do kieszeni i zaczyna już zwyczajnie zadawać szyku.
No i teraz ja mam takie pytanie? Do siebie i do nas wszystkich. Co ja sobie mam o nich myśleć? Co mam o nich myśleć, i co mam z tą wiedzą dalej robić? Czy mam może na to wszystko machnąć ręką i powiedzieć, że diabli tam z tym wszystkim, że to głupstwo, że ważny jest cel, a o resztę zatroszczymy się wtedy gdy już zdobędziemy tę władzę? Czy może mam jednak bić w dzwon, dmuchać w gwizdek i wrzeszczeć?
Dziś czytam opublikowany w najnowszym „Uważam Rze” wywiad braci Karnowskich z profesorem Roszkowskim Karnowscy w pewnym momencie pytają go, czy on nie sądzi, że oto w Polsce dokonuje się wręcz na naszych oczach wymiana elit. Że ci wszyscy zdrajcy i durnie odchodzą w niebyt, a na ich miejsce wchodzi owa nowa elita, elita patriotyczna, elita polska. I na to Roszkowski odpowiada, że tak, że właśnie z czymś takim mamy do czynienia. I że to daje nam naprawdę wielką nadzieję na upragnioną zmianę.
Oczywiście, kiedy oni rozmawiają na temat tych zmian, nie padają żadne nazwiska – co najwyżej skromnie schowana sugestia, że oto mówimy o samych Karnowskich i ich kolegach – a tym bardziej nikt nie wspomina ani o moim koledze Coryllusie, ani tym bardziej o mnie. I to mnie z wielu względów nie dziwi. Przede wszystkim jednak z tego powodu, że wszyscy pamiętamy, jak to na wręczeniu nagród za blog roku miałem na sobie marynarkę zapinaną na trzy guziki, i dowód tego obciachu w postaci pięknego kolorowego zdjęcia jest do dziś kolportowany przez wspomniane elity i aspirujące do nich środowiska.
W tej sytuacji chyba się jednak pójdę wysmarkać, a później to wszystko wytrę we wspomnianą marynarkę. Może mnie kto zaprosi?

Wszystkich którzy lubią tu przychodzić bez niepotrzebnej zachęty, ale też i tych co są tu po raz pierwszy, tradycyjnie informuję, że mój kumpel i wydawca Gabriel Maciejewski zajął się ostatnio poszerzaniem rynku dla naszych książek, w tym mojego „Liścia” i „Elementarza”. Dziś jest tak, że można obie zamawiać w każdej księgarni w Polsce, a nie zdziwiłbym sie gdyby i za granicą. Natomiast, jeśli ktoś woli przez Internet, to albo u Gabriela na stronie www.coryllus.pl, lub zwyczajnie - tu. Te same, tyle że z osobistą dedykacją, i z darmową wysyłką. No i oczywiście proszę wszystkich, którzy uważają, że coś im to moje pisanie daje, o uprzejme wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 6 listopada 2012

Prezydent tańczy gangnam

Dziś pomyślałem sobie opowiedzieć tu króciutką, lekką dość historię, która ma jednak w sobie coś bardzo ważnego, a przy okazji, mam nadzieje, optymistycznego. Otóż proszę sobie wyobrazić, że oglądałem wczoraj fragment programu „Szkło Kontaktowe” i trafiłem akurat na fragment gdzie pokazano prezydenta Komorowskiego na jakimś spotkaniu z – diabli wiedzą – młodzieżą szkolną, czy może ze studentami? To co akurat zobaczyłem to był moment, kiedy te dzieci miały zadawać Prezydentowi pytania. W pewnym momencie zgłosiła się jakaś dziewczyna – z pozoru całkowicie zrównoważona – i zupełnie poważnie zapytała Komorowskiego „Czy polskie siły zbrojne przygotowane są na odparcie ataku zombie apokalipsa?”
Komorowski uśmiechnął się chytrze i zaczął coś bredzić o tym, że są różne zagrożenia, nawet z pozoru całkiem niewyobrażalne, ale polska armia ma to do siebie, że chyba najbardziej na świecie jest przygotowana na wszystko. Kiedy to usłyszałem, w pierwszej chwili pomyślałem sobie, ze ktoś postanowił sobie z Prezydenta zażartować, ale widząc że ta dziewczyna jest jak najbardziej poważna, na sali nikt się nie śmieje, a z kolei sam Komorowski tylko szarmancko podkręca wąsika, uznałem, że to musiała być jakaś szkolna wariatka i wszyscy postanowili zachować dyskrecję. Wyłączyłem telewizor i poszedłem do najmłodszej Toyahówny, która chce w przyszłości być psychiatrą i zbiera takie ciekawostki, a ona mi od razu powiedziała, że jestem kompletnie nieprzygotowany, bo „zombie apokalipsa” to jest hasło wśród intelektualnie rozszalałej młodzieży niemal tak samo popularne jak „gangnam style”, i jej zdaniem to że ta dziewczyna zadała Komorowskiemu takie właśnie pytanie musiało być na sto procent umówione. Że to że ona akurat go zapytała o stan gotowości polskiej armii na odparcie ataku „zombie apokalipsy” to dokładnie taka sama ustawka jak Róża Thun na żerdzi. Chodziło wyłącznie o to, by Komorowski mógł zabłysnąć, że on jest na bieżąco ze współczesną kulturą młodzieżową. Że on zna te żarty, zna ten język, ten sznyt, a przy okazji umie się w kontaktach z młodzieżą odpowiednio znaleźć.
A ja oczywiście od razu – czym jestem starszy, tym bardziej mnie ta refleksyjność dopada – wpadłem w zadumę. No bo proszę popatrzeć. Najpierw mamy europosłankę Thun wspinającą się z tym swoim opasłym dupskiem na ławkę w parku, w dodatku ławkę pomazana jakimś graffiti i częściowo połamaną przez okolicznych bandytów, a wszystko po to, byśmy sobie pomyśleli, że ta Platforma jest taka wypasiona nawet na poziomie starszych pań z torebkami. No a teraz nagle dają nam tego leśniczego, który oczywiście ma swój wiek, ale za to świetnie zna wszystkie najnowsze młodzieżowe grepsy.
O czym to świadczy? Na moje oko tylko o jednym: oni już autentycznie zaczynają pożerać własny ogon. Przez kilka dobrych lat – dopóki niemal kompletnie nie wyłysiał i nie utracił zmysłów –za pierwszego młodzieniaszka III RP, co to i U-2 posłuchał i też umiał rzucić lekki żart na temat marihuany, uchodził powszechnie Donald Tusk. Dziś czasy już się bardzo zmieniły, futbolowa jedenastka Platformy Obywatelskiej zdecydowanie opadła z sił i albo poszła w biznesy, albo wpadła w taki strach, że już nie jest w stanie zasnąć i się obudzić bez wrzasku, więc specjaliści od wizerunku uznali, że spróbują może odświeżyć kadry. A że sami są kompletnie pogubieni, zaczęli od Thun i zięcia państwa Dziadzia.
Bardzo dobrze. Na to czekałem długie lata. Mam nadzieję, że następnym krokiem będzie zaproszenie Anny Komorowskiej do programu „Mam Talent”. Ciekawy tylko jestem, co ona zaprezentuje? Hip-hop czy sztuczki na rowerze?

Wszystkich przyjaciół tego bloga, ale też i osoby tu goszczące po raz pierwszy pragnę zwyczajowo poinformować, że mój kumpel i wydawca Gabriel Maciejewski podjął ostatnio poważne kroki na rzecz poszerzenia rynku dla naszych książek, w tym mojego „Liścia” i „Elementarza”. Dziś sytuacja jest taka, że można obie zamawiać w każdej księgarni w kraju. Natomiast, jeśli ktoś woli przez Internet, to albo u Coryllusa na stronie www.coryllus.pl, lub u mnie tutaj. Dokładnie te same, tyle że z osobistą dedykacją, i bez kosztów wysyłki. No i oczywiście proszę wszystkich tych, którzy lubią tu bywać o uprzejme wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

PS. Bardzo przepraszam Dorotę z Gniezna za opóźnienie. Książkę wysyłam dziś.

sobota, 3 listopada 2012

O Róży co siadła na ławce

Przez znaczną część mojego życia siłą rzeczy byłem od rana do wieczora związany ze swoimi dziećmi. Stało się tak, że one rodziły się mniej więcej w odstępach trzyletnich, a zatem, kiedy pojawiła się młodsza Toyahówna, starsza miała już sześć lat, a Toyah trzy. A zatem, łatwo policzyć, że ja przez znacznie ponad dekadę niemal dzień w dzień chodziłem z moimi dziećmi na spacer do parku. Naszego Parku Kościuszki. Niedawno, kiedy znów tam zaszedłem, tym razem już z naszym psem, spotkałem pewną panią, która też tam była w ramach psich obowiązków i ona powiedziała i, że ma tego swojego pieska od ponad już roku, że mąż go gdzieś znalazł na ulicy, przyprowadził do domu, no i oni go bardzo kochają, a ona jeszcze nigdy wcześniej nie widziała, że ten nasz park jest taki piękny.
Otóż, jak idzie o mnie, to ja to wiem od dawna, a już na pewno od czasu, jak musiałem tam przez tyle lat chodzić z moimi dziećmi. To jest z całą pewnością park wybitny. Wcale nie duży, można go spokojnie przejść z jednej strony na drugą w dziesięć minut, a kiedy jest lato i wszędzie te liście, jest oczywiście inaczej, natomiast w zimie, wystarczy stanąć z jednego brzegu, by przy dobrym ustawieniu zobaczyć kominy Kopalni Wujek wznoszące się z przeciwnej strony. Szliśmy tam z moimi dziećmi, i kiedy one jeszcze były małe, to najczęściej na jeden z dwóch placów zabaw, a później, kiedy zabawy ich aż tak nie ruszały, to dochodziliśmy do centralnej alejki, siadaliśmy na ławce i siedzieliśmy, gapiąc się na przechodzących ludzi, lub na rozciągającą się przed nami, albo zaśnieżoną, albo pokrytą zielenią polankę, po której – jeśli tylko w pobliżu nie ma straży miejskiej – dziś biega nasz pies.
To wtedy też chyba po raz pierwszy pomyślałem sobie, że ja bardzo lubię Katowice, i że o ile ostatecznie skończę w Przemyślu obok mojej żony, której żadne negocjacje nie interesują, to do tego czasu, choćby ze względu na ten park, będę tu spędzał moje dni.
Przez to naturalnie, że ten park mnie tak na całe te lata wciągnął i dzięki tym latom, zwróciłem też większą uwagę na to, że dla pewnej wcale nie tak małej części młodzieży szkolnej ów park nie jest miejscem refleksji, lecz swego rodzaju przestrzenią niekończącej się wolności, która realizuje się w sposób w jaki wolę nie wnikać, natomiast manifestuje tym na przykład, że oni bardzo lubią przestawiać ławki – podkreślam, że ławki bardzo ciężkie, których już z powrotem nikt, a tym bardziej oni sami, nie przestawi – w taki sposób, by jeśli ich tam jest na przykład dziesięciu, wszyscy oni mogli sobie siedzieć w kupie.
Oczywiście, widziałem też przez te wszystkie lata przykłady zwykłego wandalizmu, i to wandalizmu wymagającego tek niezwykłej siły, że nie mam wątpliwości, że tam zwykła flaszka nic by nie pomogła. Jednak to mnie jakoś szczególnie nie złościło. Myślę że jak idzie o podstawowy wandalizm właśnie, polegający na przykład na wyrywaniu czegoś co jest wbite w ziemię, lub wywracaniu czegoś co na tej ziemi ma sobie spokojnie stać, sytuację mam opanowaną. Tu mamy do czynienia z tym typem agresji, który już lepiej jeśli jest skierowany przeciwko koszom na śmieci, niż w stronę drugiego człowieka. Natomiast jak idzie o to przestawianie ławek, w miarę jak mi przybywało lat, moje uczucia w stosunku do tych debili były tylko bardziej radykalne i wołające o bardziej radykalne rozwiązania.
Nie wiem, czy to jest kwestia tych ławek, i ich jakiegoś starannie ukrytego przed moją myślą metafizycznego wymiaru, czy może zwykłego starczego dopieprzania się do wszystkiego, co odstaje od mojego wyobrażenia świata, ale to właśnie one – te ławki – dręczą mnie szczególnie. Idę sobie przez park i widzę, jak na jednej z tych ławek siedzi sobie jakiś byczek w bejsbolówce z dziewczyną, i oni nogi, zamiast trzymać je zwyczajnie na ziemi, opierają sobie o drugą ławkę, którą on z odpowiednio wielkim wysiłkiem wcześniej tam przyciągnął. Widzę ich, i mam ochotę strzelać. Po prostu strzelać.
I od razu oczywiście zaczynam myśleć, skąd cholera oni mają ten swój nieustanny kłopot z nogami? Oni wiecznie muszą je o coś opierać, wiecznie muszą dla nich szukać jakiegoś punktu podparcia innego niż ziemia, gdzie będą mogli sobie je postawić. I to za wszelką cenę. Nawet jeśli ich to ma kosztować ów dodatkowy wysiłek polegający na ciągnięciu kilkadziesiąt metrów ciężkiej jak cholera betonowo-żeliwnej ławki.
Przez te wszystkie lata, kiedy chodzę do mojego parku, najpierw z dziećmi, a teraz z psem, nie mogłem też nie zauważyć owego dziwnego sznytu, polegającego na tym, że się nie siada normalnie na ławce, tylko na oparciu tej ławki, a obsrane kopyta trzyma się tam, gdzie za jakiś czas zechcą sobie posiedzieć inni ludzie. Nie mogłem tego nie zauważyć, a jednocześnie nie potrafiłem się temu nadziwić. No bo proszę zwrócić uwagę. Człowiek, który kiedyś tam wymyślił ławkę z oparciem wiedział dokładnie, że siedzenie powinno być odpowiednio wygodne, by się na nim wygodnie zmieścić, a oparcie po to, by nie siedzieć sztywno, lub żeby się nie garbić, tylko się wygodnie oprzeć. A więc – wygoda. Poszło o wygodę. Owemu wynalazcy ławki z oparciem nawet do głowy by nie przyszło, że ławka to ma być rura do siedzenia, i kawałek deski na której zmęczony wędrowiec zechce sobie położyć nogi. Tymczasem z jakiegoś dla mnie kosmicznego powodu, spędzająca czas w moim parku młodzie uważa, że tu właśnie został popełniony błąd. Miała być rura i deska. Tak by było najlepiej.
Powiem szczerze, że chyba ze wszystkich odkryć nowej post-PRL-owskiej cywilizacji, ten sposób siedzenia mnie najbardziej fascynuje. Przychodzi jakiś cymbał, widzi ławkę i zamiast sobie na niej wygodnie usiąść, musi na nią wleźć i usadowić swoją umęczoną dupę na tej żerdzi. A wszystko zdaje się po to, by mieć co zrobić z kopytami. Zastanawiam się nad tym zjawiskiem od lat i uczciwie powiem, że ono mnie pozostawia bezradnym dokładnie tak samo, jak wszystkie najbardziej skomplikowane zagadki ostatniego dwudziestolecia, w tym również kobieta nazwiskiem Róża Thun…
No właśnie, mamy tę Thun. Niedawno moja starsza córka przyszła do mnie z którąś z „Rzeczpospolitych”, gdzie Mazurek miał rozmową z tą właśnie damą. Przyniosła mi ten wywiad i krzyczy od wejścia: „Tatusiu, przeczytaj, jaka ona jest głupia”. Ponieważ, mimo że one są już ode mnie i od naszych lat parkowych oddalone o lata świetlne, staram się z moimi dziećmi utrzymywać choćby podstawowe relacje, wywiad przeczytałem, przyznałem, że owszem – ona jest najgłupsza. Głupsza od wszystkich. Nawet od – jeśli już mamy się trzymać Platformy Obywatelskiej – Bronisława Komorowskiego. Natomiast to, co mnie w tej rozmowie zainteresowało najbardziej, to zdjęcie. Proszę sobie popatrzeć. Tu jest cala odpowiedź na nasze wszelkie dylematy. To jest owa cywilizacja, do której my nie dorastamy. A ja już tylko mam nadzieję, że gdyby ilustracja wywiadu z Anną Fotygą, czy z Jarosławem Kaczyńskim sprowadziła się do czegoś takiego, nasze facebookowe i twitterowe towarzystwo obu by zniszczyło do punktu, gdzie po nich nie zostałaby choćby kropla krwi. Wyssaliby ich do końca.
Bo gdyby miało się okazać, że oni są tak nielubiani wyłącznie dlatego, że nie wiedzą, jak się siedzi na ławce i po co – to możemy się zacząć pakować.



Tradycyjnie już ostatnio, pragnę poinformować, że mój kumpel i wydawca Gabriel Maciejewski podjął ostatnio poważne kroki na rzecz poszerzenia rynku dla naszych książek, w tym mojego „Liścia” i „Elementarza”. Dziś sytuacja jest taka, że można obie zamawiać w każdej księgarni w kraju. Natomiast, jeśli ktoś woli przez Internet, to albo u Coryllusa na stronie www.coryllus.pl, lub u mnie tutaj. Dokładnie te same, tyle że z osobistą dedykacją, i bez kosztów wysyłki. No i oczywiście proszę wszystkich tych, którzy lubią tu bywać o uprzejme wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...