czwartek, 30 sierpnia 2012

O tryumfie liberalizmu i nadchodzącej katastrofie

Kto jeszcze pamięta, jak zorganizowaliśmy tu akcję na rzecz sfinansowania miesięcznego szkolenia starszej Toyahówny w jednej z krakowskich firm biotechnologicznych, może się zastanawiać jak owo szkolenie wypadło i co z niego dziś mamy.
Zanim przejdę do rzeczy, króciutko przedstawię tło. Otóż moje dziecko w zeszłym roku skończyło studia magisterskie na Wydziale Biotechnologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, i od tego czasu podjęło bardzo intensywne próby na rzecz znalezienia odpowiedniej dla siebie pracy. Efekt tego przez miniony rok był taki, że w końcu udało jej się wreszcie trafić pewną rodzinę z trojgiem małych dziewczynek, którymi podczas nieobecności rodziców nie miał się kto zajmować, no i została wynajęta jako au pair.
Od samego początku jednak, Toyahówna miała oko na pewną bardzo, co wynikało z informacji na stronie internetowej, poważną krakowską firmę biotechnologiczną, której oferta była nieustannie obecna w różnych właściwych temu miejscach. Wysyłała więc tam raz za razem swoje CV, jednak bez jakiejkolwiek reakcji. No i przyszedł ten lipiec, kiedy to nagle ci państwo – czy może raczej ten pan – nawiązali kontakt i zaproponowali jej, by się zgłosiła na miesięczne szkolenie. Pomysł szkolenia był taki, że ona będzie zwyczajnie przez miesiąc dla nich pracowała, oni będą obserwować jej pracę, na końcu zorganizują jej egzamin, i jeśli przejdzie pomyślnie całą procedurę, zostanie zatrudniona. Wtedy to właśnie zarządziłem pamiętną zbiórkę.
Pojechała więc starsza Toyahówna do Krakowa, i pierwsze, co ją zdziwiło, to to, że firma znajduje się w zwykłym mieszkaniu. Wyżej jacyś ludzie, niżej podobnie, a miedzy nimi te badania. Drugie, że mimo iż owa firma działa na rynku już siedem lat i jest jedną z dwóch największych w Polsce firm trudniących się ustalaniem ojcostwa, pracują tam wyłącznie dziewczyny takie jak ona – tuż po studiach. Trzecie, że tak naprawdę, jedynymi zatrudnionymi tam osobami są dwie dziewczyny w biurze plus laborantka – opiekunka tego szkolenia, z tym że ona akurat wyłącznie na umowę o dzieło za jakieś marne tysiąc złotych z hakiem. Natomiast już każdy następny do tej roboty, to wyłącznie na szkolenie. W cyklu miesięcznym.
Jedyne co tam było w standardzie, to praca. Prawdziwa praca, wykonywana na zlecenia napływające z całej Polski, od osób prywatnych i jak najbardziej poważnych instytucji.
Jeździła więc Toyahówna dzień w dzień do Krakowa, bez żadnej umowy, żadnego zaświadczenia, żadnego ubezpieczenia, żadnych gwarancji, no i żadnej zapłaty, siedziała tam od rana do wieczora, i robiła wszystko co trzeba było robić, najsolidniej jak potrafiła – jak najbardziej na konto właściciela firmy. Minął miesiąc i proszę sobie wyobrazić, że kiedy spytała, co dalej, szef powiedział jej, że niech sobie robi co chce, bo co dalej, to już nie jego biznes. On ma całe stosy mniej lub bardziej świeżych aplikacji, i sobie z pewnością poradzi. Dosłownie. Wyszła stamtąd i nikt nawet na pożegnanie nie podniósł głowy.
No a dziś wreszcie, po wielodniowym dobijaniu się, otrzymała ów certyfikat, że pracowała sumiennie i odbyła szkolenie. Aby odebrać owo zaświadczenie, przyjechała tam na miejsce, no i zobaczyła, że tam już się szkoli ktoś nowy.
Jak mówię, firma, której nazwy i nazwiska właściciela tu nie wymieniam, bo moje lękliwe dziecko mi zakazało, jest jedną z dwóch głównych tego typu firm w Polsce. Jak się też dowiaduję, w kraju znajduje się około 60 firm biotechnologicznych, mniej więcej tyle co w Estonii. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, niech sobie sprawdzi, ile to w owej Estonii mieszka ludzi. Ale jest jeszcze coś. Opowiadam tę historię pewnemu znajomemu, z Warszawy i on mi mówi, że opisany przeze mnie system szkoleń, to bardzo popularna w dzisiejszej Polsce praktyka. W takiej Warszawie to podobno wręcz moda. Kiedy się okazało, że zatrudnianie na umowy śmieciowe choć jest okay, to jednak ma swoje wady, ktoś wymyślił ów system szkoleń.
Skoro już jesteśmy w temacie, a nie chcę, by mi zarzucono, że załatwiam tu wyłącznie swoje sprawy, opowiem pewną historię. Otóż w firmie, gdzie uczę troszkę angielskiego, są dyrektorzy, i owi dyrektorzy mają tak zwane asystentki. Ostatnio okazało się, że firma potrzebowała jednej więcej, więc ogłoszono publiczny nabór. No i przyjęto dziewczynę. Standard. Blondynka. Wysoka. Szczupła. Ani mądra, ani głupia. Jak mówię, standard. Pytam więc mojego dyrektora – trochę z myślą o mojej córce – co trzeba mieć, żeby dostać tego typu pracę. On mi na to, że nic. Wystarczy umieć robić kawę, dobrze by było też znać trochę język, no i lepiej żeby nie była zbyt głupia. I ledwo co sobie pomyślałem, że nie jest najgorzej, on mi dorzucił coś jeszcze. Na to ogłoszenie, nadesłanych zostało ponad 200 zgłoszeń.
I już na sam koniec, jeszcze jedna refleksja. Kiedy zdawałem na anglistykę, informacja była taka, że nie jest łatwo, bo na jedno miejsce jest aż siedmiu kandydatów. Bardzo dużo. Wygląda na to, że dziś, jak idzie o uczelnie, proporcje w wielu wypadkach się odwróciły. Tu na przykład, jak widzimy, na jedno miejsce mamy aż 200 chętnych. Ostro, czyż nie?Wszystkich ewentualnie chętnych do komentowania liberałów, proszę bardzo, aby dziś się jednak powstrzymali. Będę niegrzeczny.

Tradycyjnie już natomiast, proszę wszystkich, którym być może akurat zbywa, o finansowe wsparcie tego bloga. Wygląda na to, że to jest właśnie przyszłość. Tak zwana samopomoc. Dziękuję.

środa, 29 sierpnia 2012

O Jezusie z Łomnicy i grzechu niecierpliwości

Portal tvn24.pl stanowi dla mnie źródło pewnej specyficznej wiedzy, dokładnie na takiej samej zasadzie na jakiej inne osoby, o podobnym do mojego politycznym usposobieniu, traktują na przykład Onet. A więc podczas gdy inni, ile razy chcą się dowiedzieć, co knuje System, zaglądają do Onetu, ja klikam tvn24.pl.... i już wiem wszystko co mam wiedzieć.
Zajrzałem tam wczoraj, i w jednej chwili uderzyła mnie, zamieszczona na samej górze, i ilustrowana pięknym zdjęciem informacja, zatytułowana „Skarb w drewnianym Kościółku”, o tym, że w malej wiosce koło Zbąszynia o nazwie Łomnica, zatrudniony tam od niedawna proboszcz natrafił na niezwykłe znalezisko, mianowicie jedną z dwóch istniejących dziś na świecie kopii cudownego wizerunku Chrystusa z Manopello. Wedle relacji TVN-u, obraz ten od 250 lat wisiał sobie w głównym ołtarzu kościoła, przez nikogo nie niepokojony, nie wywołujący zainteresowania ani wiernych, ani obsługujących parafię kolejnych proboszczów, gdy nagle pojawił się nowy ksiądz i odkrył ów najprawdziwszy skarb.
Gdyby się tak nie zdarzyło, że sprawę owego wizerunku znałem już dużo wcześniej, przypuszczam, że przeczytawszy tę informację wyklikałbym sobie to Manopello, i zobaczyłbym oczywiście, że Jezus z Łomnicy w żadnym wypadku nie może stanowić kopii Jezusa z Manopello. Po prostu. I to nie dlatego, że wprawne oko eksperta między oboma obrazami dostrzeże znaczące różnice, ale dlatego, że to są dwa zupełnie inne wizerunki. To są, że tak to ujmę, dwa inne Chrystusy.
Kto wie, ten wie, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi wspomnieć, że na świecie znane są dwa wizerunki Jezusa, o których mówi się, że nie zostały uczynione ręką ludzką. Jeden z nich to Jezus z Całunu Turyńskiego, drugi to właśnie ten z Manopello. Tylko te dwa. Wszystkie inne znane nam obrazy Jezusa oparte są wyłącznie o te dwa świadectwa. Rzecz w tym, że twarze z Całunu i z Manopello przedstawiają Jezusa w dwóch całkowicie różnych momentach Jego życia. Na Całunie widzimy Jezusa umęczonego, z zamkniętymi oczami, oblewanego krwią i potem, podczas gdy na obrazie z Manopello mamy Jezusa Zmartwychwstałego, z otwartymi oczami, radosnego. A więc, jak mówię, wystarczy zajrzeć do Internetu, by zobaczyć, że Jezus z Łomnicy to nie jest Jezus Zmartwychwstały.
Ponieważ sprawę obrazu z ołtarza w Łomnicy znałem wcześniej, pierwsze co zrobiłem, to zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego księdza, który akurat w tej kwestii jest pierwszym ekspertem, by się od niego może dowiedzieć, o co k… chodzi? Co się k… dzieje? No i mi mój ksiądz wszystko opowiedział. Zanim jednak dojdę do tego, tym, którzy nie wiedzą co to w ogóle jest Łomnica i czym dla tamtejszych parafian jest ów Jezus, przedstawię w czym rzecz.
Otóż odkrycie, o którym informuje tvn24 nie jest żadnym odkryciem. Kiedyś oczywiście odkryciem było, dziś jednak nim już nie jest. Dokładnie od pięciu lat, sprawa jest powszechna tak jak powszechny jest nasz Kościół. Kiedy to pięć lat temu do Łomnicy zawitał ówczesny proboszcz ksiądz Rafał Krakowiak, natychmiast zauważył ten niezwykły, czarno-bialy, sporządzony na jedwabiu, maleńki obraz Jezusa i spytał ludzi, czy wiedzą co to takiego. Ponieważ wersji było tyle ile parafian, a najczęściej powtarzała się opinia, że to zdaje się jest głowa Jana Chrzciciela, ksiądz Krakowiak przeprowadził prywatne śledztwo, związane przede wszystkim z przetłumaczeniem z łaciny na polski znajdującego się przy obrazie watykańskiego dokumentu – o którym zresztą TVN pisze, że nikt na niego nie zwrócił uwagi – i ustalił, że jest to prawdopodobnie kopia watykańskiej ikony Chusty Świętej Weroniki, którą do Łomnicy przywiózł z Rzymu budowniczy kościoła, człowiek nazwiskiem Garczyński.
Ustaliwszy to co ustalił, proboszcz Krakowiak nie pobiegł ze sprawą do mediów, ale postanowił, że z umieszczonego w samym sercu ołtarza wizerunku Jezusa uczyni przedmiot lokalnej pobożności. Napisał więc słowa specjalnej Nowenny, zorganizował budowę w pobliskim lasku pięknej Drogi Krzyżowej i zachęcił mieszkańców, by każdego piątku po mszy, oddawali cześć Jezusowi, czy to kierując do niego modlitwy, czy zostawiając osobiście sporządzone karteczki z prośbami. I tak też przez kolejne pięć lat, w każdy piątek, Łomnica czciła swego Zapłakanego Chrystusa.
Czytam tekst z portalu tvn24, a przy okazji informacje podane przez lokalne poznańskie media, ale też ogólnopolskie portale takie jak Wirtualna Polska i Onet, i wszędzie powtarzają się następujące słowa: „Nikt nie zwrócił uwagi”, „Na razie to tylko przypuszczenia”, „Być może kościół kryje coś jeszcze”, a od księdza Krakowiaka dowiaduję się, ze obrazek z Jezusem został już zdjęty z ołtarza i, w obawie, że ktoś go będzie chciał ukraść, ukryty w nieznanym miejscu. Mówi mi też ksiądz Krakowiak, że on darzył ten obraz takim nabożeństwem, że przez pięć lat nigdy nie znalazł w sobie na tyle odwagi, by go choćby dotknąć. Dziś on, co można było podobno obejrzeć w telewizji, już został wielokrotnie obmacany, choćby przez redaktorów TVN-u.
Ale jest jeszcze coś. Otóż ponieważ sprawa stała się ogólnopolska, dowiedziała się o niej i poznańska Kuria, w związku z czym istnieje plan, by ten obraz z Łomnicy w ogóle zabrać. I myślę, że to jest ten właśnie moment, kiedy ktoś spyta, że zaraz, ale kto w ogóle sprowadził do Łomnicy TVN24? I kto im naopowiadał tych bzdur? Już mówię. Otóż to wszystko stanowiło w gruncie rzeczy bardzo świątobliwy pomysł nowego proboszcza. Pojawił się on na swojej nowej placówce, zobaczył ten obraz, coś tam poszukał, coś posprawdzał, i uznał, że właściwie będzie dobrze, jeśli on zainteresuje ogólnopolskie media tym Jezusem, bo to i pojawią się sponsorzy i może samo państwo dołoży trochę grosza do remontu kościoła, może zaczną zjeżdżać się turyści – i to nie tylko z Polski, ale i z całego świata – a wszystko to pójdzie na jego konto. Konto skromnego, pobożnego wiejskiego proboszcza.
Takie to prawdopodobnie były kalkulacje proboszcza Kucińskiego, zanim jeszcze został ogólnopolską gwiazdą. Prawdopodobnie, bo tak naprawdę wszystkiego nie wiemy i wiedzieć już nie będziemy. Natomiast znamy efekt. Żadni sponsorzy się nie pojawią. Minął jeden dzień, i całą sensację szlag trafił. Jedynym praktycznym efektem całego tego szaleństwa będzie to, że zapewne pobożni mieszkańcy Łomnicy nie będą już mieli okazji zanosić swoich biednych, własnoręcznie nabazgranych karteczek z prośbami do tego swojego Umęczonego Biedaka. I przez co to wszystko? Przez, jak to mi wyjaśnia ksiądz Krakowiak, zwykłą ludzką niecierpliwość.
Mówi mi jednak ksiądz Krakowiak coś jeszcze. Otóż istnieje takie publiczne przekonanie, ze Kościół trzyma swój majątek po to tylko, by karmić nim swoich kapłanów. Otóż nic bardziej błędnego. Majątek Kościoła jest gromadzony tylko w jednym celu. By Kościół nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji, by poczuć, że bez wsparcia państwa nie przeżyje. Najwidoczniej, nowy proboszcz parafii w Łomnicy tego nie wiedział. Obawiam się, że za to będzie musiał teraz wiele wycierpieć. Prawie mi go żal.

Jak zwykle , proszę o wspieranie tego bloga, a w międzyczasie, proszę sobie obejrzeć tę Twarz.





wtorek, 28 sierpnia 2012

Dla Dominiki

Był rok może 1979, może 1980 - myślę, że, zupełnie jak dziś, koniec sierpnia - moi rodzice spędzali lato na wsi, a ja zbijałem bąki w domu w Katowicach. Byłem już za stary, żeby jeździć z nimi na wakacje, a z kolei nie miałem na tyle zorganizowanego życia towarzyskiego, by aktywnie radzić sobie z tego typu wolnością. Zbijanie bąków polegało więc na tym, że z paroma wybranymi kolegami siedzieliśmy u mnie, lub u nich w domu, piliśmy wódkę, palili papierosy, słuchaliśmy muzyki i patrzyliśmy jak nam czas płynie.
Któregoś wieczora spędzałem czas z moim kolegą Kazikiem Hickiewiczem, dziś daleko od nas bardzo, bo aż w Nowym Jorku, no i strasznieśmy się upili. Kiedy już przyszła na nas pora, Kazik postanowił że czas do domu, a ja mu zaoferowałem, że go odprowadzę na dworzec, by już dalej sobie sam pojechał do swoich Gliwic. Jednak kiedyśmy się już pożegnali, coś mi strzeliło do głowy, by zamiast wracać do domu, pójść sobie na miasta i spróbować może troszkę wytrzeźwieć. Chodziłem więc po pogrążonych w peerelowskiej nocy Katowicach i w pewnym momencie spotkałem bardzo – jak do dziś mi się zdaje – ładną, zupełnie samotną dziewczynę. Siedziała sobie ona na ławce na przystanku autobusowym, i, jak mówię, robiła wrażenie. To że ona była taka sama i taka ładna, ale też trochę i przez to, że ja z kolei byłem niesiony pijacką odwagą, zrobiła na mnie takie wrażenie, że ją zaczepiłem i – pamiętam to do dziś – zapytałem, jak to jest, ze tak piękna dziewczyna chodzi tak całkiem sama po nocnym mieście. Ona mi odpowiedziała, że się spóźniła na autobus, czy coś w tym stylu, ja jej więc zaproponowałem, by poszła ze mną na spacer, ona powiedziała, że czemu nie… i tak sobie poszliśmy przed siebie.
Do dziś nie mam pojęcia, kim ona była. Czy była zwykłą dziewczyną, która spóźniła się na nocny autobus, czy może jakąś drobną kurwą polująca na pijanych bałwanów, w każdym razie kiedyśmy tak szli, w pewnej chwili zatrzymała się obok nas milicyjna nysa i kazali nam wejść do środka. Milicjanci najpierw oczywiście zapytali nas, czemu się kręcimy nocą po mieście, potem nas zaczęli starannie legitymować i spisywać, w końcu mi powiedzieli, że mam sobie iść w cholerę, a ty zostajesz z nami. A ja, i trochę niesiony tym, że do tego czasu w owej dziewczynie byłem prawie zakochany, ale też trochę wypitą z moim kolegą Kazikiem Hickiewiczem wódką, próbowałem oczywiście protestować, że co z nią będzie, dlaczego, po co, i takie tam, ale milicjanci bardzo stanowczo poinformowali mnie, że jeśli się tam będę dalej kręcił, to się mną zajmą na poważnie, wyszedłem biedny i przestraszony z tego radiowozu na upalną nocną ulicę i poszedłem do domu. A oni odjechali.
Jak mówię, nie mam pojęcia kim była tamta dziewczyna i nie wiem też, co się z nią dalej stało. Czy oni jej zrobili jakąś krzywdę, czy może, wręcz przeciwnie, zawieźli ją do domu, żeby ją ochronić przed nocnymi niebezpieczeństwami owego najdziwniejszego świata Peerelu. W każdym razie pamiętam ją do dziś, no i przypominam ją sobie też zawsze, ile razy idę z moim psem na nocny spacer, i widzę samotne dziewczyny wędrujące po ulicach wciąż tego samego miasta.
Skąd te myśli? Otóż strasznie wiele się od tamtych lat zmieniło. Przede wszystkim oczywiście najprawdopodobniej raczej nie ma już niebezpieczeństwa, by dwoje spokojnie idących ulicą ludzi zostało zatrzymanych bez żadnego powodu przez patrol policji, nie mówiąc już o tym, że zatrzymana kobieta zostanie w majestacie prawa zgwałcona. Ja jednak sobie dumam nad czymś innym. Otóż gdybym to dziś miał się upić z moim kolegą Hickiewiczem, a następnie ruszyć w nocne miasto, od pięknych samotnych dziewcząt bym się nie opędził. Każdego wieczora, po 23 wychodzę z moim psem na ostatni przed snem spacer, i widzę te dziewczyny, wracające samotnie do domu najwidoczniej z tak pięknie kiedyś zwanych wieczorków. I zastanawiam się, czemu nikt ich nie odprowadza? Czemu one są takie same? Przecież to są często naprawdę bardzo ładne dziewczyny. Wystrojone, wyszykowane, zgrabne i eleganckie. Wracają same do domu, bo nikt im nie zaproponował, że je odprowadzi. Bo zapewne w momencie jak wstały, mówiąc, ze na nie już czas, jedyne co usłyszały to to okrutne „nara”. A może nawet i nic nie usłyszały, bo usłyszeć nie miały od kogo.
I kiedy się zastanawiam, gdzie są ci chłopcy, to widzę niekiedy i ich. Nawalonych, brudnych bałwanów w bejbolówkach, lub w kapturach, wyżelowanych, pokrzywionych straceńców, bez rozumu, bez ambicji i perspektyw. I tylko raz na jakiś czas, pomiędzy jednych a drugich, spadnie kromka z masłem, wyrzucona z okna na piątym piętrze przez pewną Dominikę, która powoli umiera. Jak oni wszyscy. I tylko mój pies idzie spokojnie, jakby nic już nie istniało poza tym spacerem. Zadowolony jak jasna cholera. Mój labrador.

W późnojesiennej książce tych tekstów będzie dużo, dużo więcej. One cały czas powstają i mam nadzieję, że dojrzewają. Jak my. Niektóre jednak już chciałbym pokazać dziś. Jako zapowiedź zmiany, która musi nastąpić. Proszę bardzo, wspierajcie ten blog. Bo tak się składa, że akurat nic innego mi nie pozostaje. Dziękuję.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Walki w klatce - epilog

Kiedy myślę o wszystkich szkodach, jakie Polsce wyrządziła władza Platformy Obywatelskiej, największa z nich, jaka mi dziś przychodzi do głowy, powiem uczciwie, ma dla mnie bardzo niejasne pochodzenie. Otóż ja autentycznie nie jestem pewien, czy do nieszczęścia, o którym myślę, doszło w wyniku jakiegoś perfidnego planu przygotowanego na najwyższych piętrach Systemu, czy może tego co się stało, nikt tak naprawdę ani nie chciał, ani tym bardziej nie przewidział, ale doszło do tego jakoś tak przypadkiem, na marginesie zupełnie innych ciągów zdarzeń.
Doświadczenie podpowiada mi, że ponieważ mało co dzieje się przypadkowo, szczególnie tam gdzie chodzi o rzeczy wręcz tworzące historię, ktoś tu się w pewnym momencie musiał wykazać niezwykłą wręcz pomysłowością. Jest mi bardzo trudno uwierzyć, by ludzi tak złych i zdemoralizowanych, jakimi niewątpliwie są ci co dziś trzymają władzę – a mówię o władzy realnej, a nie ledwie o ekspozyturze – mógł spotkać aż taki uśmiech losu. Mam nadzieję, że jednak los, jakkolwiek byśmy go rozumieli, nie może być aż tak okrutny. A zatem, oni to sobie musieli tak właśnie zaplanować.
O czym mówię? Otóż proszę zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce, od kilku już dobrych lat, wszyscy robią wrażenie jakby żyli tylko po to, by utrzymać się przy życiu, żywiąc się jednocześnie nadzieją, że to tylko jeszcze trochę, a później się wszystko uspokoi i będzie można przynajmniej podnieść głowę. I wcale nie mam tu na myśli zwykłych ludzi. Kiedy mówię o tej walce o przeżycie, mam na myśli dokładnie wszystkich, zaczynając na samym dole, a kończąc tam, gdzie z pozoru nie ma już ani zmartwień, ani lęków, ani nawet zwykłych codziennych kłopotów. Gdyby ta katastrofa – bo to jest autentyczna katastrofa – dotyczyła tylko tak zwanych dołów, mógłbym nawet uznać, że coś się gdzieś po drodze nie do końca udało, i pewna część społeczeństwa została nieco z tylu. Trudno. Jak to mówią, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Problem jednak w tym, że to się dzieje na każdym dokładnie szczeblu tej drabiny. Jeśli ktoś ma spokój, to być może wyłącznie ci dwaj, co tę drabinę trzymają.
A zatem, wszyscy jesteśmy zajęci tylko tym, by przeżyć. O nas zresztą nie ma co mówić, bo akurat my doskonale wiemy, jak to z nami jest. Chciałbym się dziś skupić na tych, o których mamy zwyczaj myśleć jako o ludziach, którym się udało, i na których tak często liczymy, że albo się wreszcie wsłuchają w nasz głos, albo się zreflektują i zwrócą w stronę tego co dobre. Otóż prawdziwe nieszczęście polega na tym, że oni nawet jeśli się zreflektują i nawet jeśli się zwrócą w stronę tego co dobre, ów ich gest nie będzie miał żadnego praktycznego znaczenia, z tego względu, że każdy z nich zostanie w jednej chwili ściągnięty na ziemię, a jego uwaga natychmiast skupi się na tym, co na dziś dla niego akurat jest najważniejsze. A więc na walce o przeżycie.
Oglądałem niedawno drobny fragment programu w TVN24, kiedy to poseł Dera, z jakimś półprzytomnym miłośnikiem marihuany, dyskutowali kwestię jej legalizacji. Kiedy się zastanawiałem, jak to możliwe, że poseł Dera, człowiek już przecież w swoim wieku i z pewną reputacją, zgadza się w ogóle występować w jednym programie z praktycznie ściągniętym z ulicy żulem jako stroną w dyskusji, uświadomiłem sobie, że Dera tak naprawdę nie ma wyjścia. Jeśli on nie wystąpi, wystąpi kto inny, a po kilku kolejnych takich gestach, ślad po nim nie zostanie.
Podobnie zresztą jest z tym biedakiem z woreczkiem zasuszonej trawy w kieszeni. Nawet gdyby mu przyszło do głowy, że on jednak skończy z tym paleniem i postanowi żyć jak normalny człowiek, nie może tego zrobić, bo w ten sposób być może straci jedną i niepowtarzalną szansę na to, by w tym całym chaosie, przynajmniej pozornie, być kimś. On znalazł tę maleńką niszę, której się musi trzymać, nie może z niej choćby na moment ustąpić, bo zaraz przyjdzie ktoś inny i zajmie jego miejsce. A więc tu akurat oni obaj – i Dera i ten narkoman – jadą dokładnie na tym samym wózku – wózku, który pozwala im zwyczajnie żyć.
I tak samo jest akurat z całą polityką. Tam wszyscy wiszą, uczepieni zębami i pazurami czego się im uczepić udało, i boją się wykonać jakikolwiek ryzykowny ruch, bo może się okazać, że to będzie ich ruch ostatni. A tam na dole już czekają następni. W tym oczywiście ci, którzy jakiś czas temu sami się głupio puścili. I proszę się zastanowić, jak w takiej sytuacji można w ogóle rozmawiać o Polsce, o rozwoju, o walce z korupcją, o budowie dróg, o naprawie systemu sprawiedliwości, o służbie zdrowia, o edukacji, o finansach? Jak można nawet o tym wszystkim myśleć, skoro wszystko zostało tak zorganizowane, że najważniejsze to dożyć do jutra?
Myślę że często się zastanawiamy, skąd w tej polityce tyle agresji, i jak to się stało, że tylu porządnych przecież ludzi, z biegiem lat ogarnęła taka brutalność i bezwzględność. Skąd oni wszyscy zrobili się tacy okrutni i źli? No własnie stąd, że oni wszyscy walczą o przeżycie. Każdy z nich wie, że w chwili gdy przestanie się starać, na jego miejsce wskoczy ktoś od niego lepszy i go zwyczajnie z tego centymetra kwadratowego strąci. I co się stanie wtedy. O, wtedy to już będzie się można w tej sprawie zwrócić do jego żony i dzieci. Na przykład.
I w ten oto sposób działa polska polityka, gdzie naprzeciwko siebie stoją dwie grupy przerażonych ludzi, z których i jedni i drudzy plują na siebie i warczą… a my nagle uświadamiamy sobie, że oni się zachowują w ten sposób wyłącznie wtedy, kiedy mają przed sobą publiczność, podobnie jak oni, napuszczoną wzajemnie na siebie, i – podobnie jak oni, plującą na siebie i warczącą – w głębokim przekonaniu, że ktoś komuś chce coś odebrać. Kiedy bowiem publiczności nie ma, oni wszyscy siadają zdyszani, i już w pełnej zgodzie i zrozumieniu wspólnego losu, czekają na następny punkt programu.
A zatem, mamy tę publiczność, ale mamy też tych, którzy ową publiczność mają za zadanie utrzymywać w pełnej aktywności. Bo wiadomo, że bez niej to wszystko w jednej chwili traci sens. W końcu dla kogo „Newsweek” będzie projektował coraz bardziej antykościelne okładki, a Tomasz Sakiewicz drukował kolejne egzemplarze „Raportu Macierewicza”? A więc media. Niedawno pisałem trochę o tygodniku „Uważam Rze” i roli, jako pełni on po tak zwanej prawej stronie sceny politycznej. Ponieważ do tego co tam czytam mam stosunek bardzo krytyczny, spotkały mnie zarzuty, że przeze mnie przebija zwykła zawiść, bo ja bym chciał być tam gdzie są Ziemkiewicz, Semka, Wildstein, czy Karnowscy, a tymczasem okazuje się, że sobie nie zasłużyłem. No i się pieklę. Otóż uważam, że jest dziś bardzo dobra okazja, by, korzystając z tematu, wyjaśnić tę sprawę, a jednocześnie pokazać problem. Rzecz mianowicie polega na tym, że ja nie mam żadnego powodu, by wymienionym przez mnie redaktorom czegokolwiek zazdrościć. Nawet jeśli oni za swoją robotę dostają więcej pieniędzy niż ja. Mam bowiem bardzo mocne przekonanie, że ich sytuacja wcale nie jest taka wspaniała. Moim zdaniem, każdy z nich jest dokładnie w tym samym miejscu walki o przetrwanie, co wspomniany wcześniej przez mnie posel Dera, ten młody ćpun, no i pewnie też ja. A więc, ja naprawdę nie mam im czego zazdrościć.
Proszę zwrócić uwagę, jak działają główne media w Polsce, w tym właśnie „Uważam Rze”. One wszystkie – być może z wyjątkiem mediów toruńskich – realizują politykę Systemu. Utrzymanie status quo i zapewnienie utrzymania tym wszystkim, którzy ów System tworzą i wspierają. Mówi mi moja córka i moja żona, że ja nie powinienem walczyć z sojusznikami. I ja oczywiście to bardzo dobrze rozumiem, tyle że ja wcale nie uważam dziennikarzy z „Uważam Rze” za sojuszników, No może tylko sojuszników we wspólnej biedzie. Tak samo jak dziennikarzy z „Polityki” czy „Newsweeka”. Czy może ktoś zwrócił uwagę na to, jak są ostatnio robione wywiady braci Karnowskich? Każdy z nich ma na celu przede wszystkim zareklamowanie jakiegoś biznesu, który daje szanse przeżycia dla jakiejś rodziny. Czytamy rozmowę z Markiem Chodakiewiczem, a na ilustrującym rozmowę zdjęciu widzimy, jak obaj Karnowscy i sam autor trzymają w dłoniach jego nową książkę. Czytamy rozmowę z Krzysztofem Skowrońskim, a Krzysztof Skowroński w co drugim niemal zdaniu powtarza nazwę rozgłośni „Wnet”. Mamy koleiny wywiad z jakimś członkiem redakcji „Super Expressu” – i proszę bardzo, cała rozmowa z odpowiednim zdjęciem, o jego nowej książce. Myślę, że nawet ostatnia rozmowa z Pawłem Kukizem miała na celu zainteresowanie czytelników jego najnowszą płytą.
Ale nie trzeba czytać tych wywiadów, by wiedzieć o co chodzi. Piotr Gociek pisze relację o polskiej biedzie, i co chwilę podkreśla, że on ową biedę oglądał, a dziś ma przyjemność relacjonować, dzięki wyprawie zorganizowanej przez radio „Wnet”. Każdy kolejny felieton Eryka Mistewicza ma na celu wyłącznie propagowanie jego biznesu. W każdym niemal swoim felietonie, Waldemar Łysiak wspomina o swoich kolejnych książkach, z sugestią, żeby, jeśli ktoś chce wiedzieć więcej, tam zajrzał i uzupełnił swoją wiedzę. Ktoś się spyta, co w takim razie mają z tego Karnowscy i reszta? Odpowiedź jest prosta. Oni mają pracę, i to póki co, pracę zupełnie dobrą. Im się naprawdę udało. Był taki okres, kiedy nie bardzo wiedzieli, jaki będzie ich los, kiedy to jeszcze bali się pewnych zdecydowanych deklaracji, ale w końcu zauważyli tę lukę, najpierw ostrożnie włożyli tam stopę, potem druga, i okazało się, że jest dobrze. Był taki okres, kiedy wydawało się, że całą prawicową część elektoratu objęli już swoim protektoratem ojciec Rydzyk i Tomasz Sakiewicz, i dalej już ani rusz. Koniec. Ta przestrzeń została już wypełniona. Tymczasem, kiedy to „Wprost” trafiło w ręce jakichś patałachów, państwo, jak ostatni partacz, sprzedało swoje udziały w „Rzeczpospolitej”, okazało się, że jest szansa… no i oni ją wykorzystali. Przynajmniej ten Hajdarowicz ma tyle rozumu, że pozwala „autorom niepokornym” hasać. On wie, jak się robi biznes.
Ktoś mi powie, że to chyba dobrze, że nasze media się rozwijają i że dzięki temu owa przestrzeń wolności też się powiększa. Może i tak. Może to i dobrze. Ja jednak piszę o czymś zupełnie innym. Ja piszę o moich bardzo poważnych obawach, że to co mamy, to wcale nie jest to cośmy sobie wywalczyli, ale to co zostało na nas zesłane niemal jak przekleństwo. Chodzi bowiem o to, że jeśli mam rację, i cała nasza medialno-polityczna scena to zaledwie pewien bardzo czarny projekt, w którym to projekcie wszyscy odgrywają swoje role wyłącznie dlatego, że zostali do tej gry zmuszeni po to, by to już tak trwało zawsze, i w taki sposób, by nikomu nie przyszło do głowy, że można inaczej, to naprawdę nie mamy się z czego cieszyć.
A zatem, wszyscy ci, którzy wciąż marzą o Polsce i gotowi są na bardzo wiele – nawet zgadzając się na życie na granicy ekonomicznego ryzyka – by pomóc nam wszystkim do tej Polski dojść, w pewnym sensie stoją pod ścianą. Bo nie ma najmniejszych szans, by w tej ich walce pomógł im ktokolwiek z tych, do których tak naprawdę ten obowiązek zawsze należał, i za realizowanie którego oni wciąż przecież biorą pieniądze. Wychodzi na to, że oni wszyscy, którzy sami się przecież zgłosili, żeby nam tę Polskę wywalczyć, dali się w bardzo krótkim czasie tak ogłupić i spętać, że nagle dla Niej już czasu nie mają. Muszą walczyć o swoje. Już tylko o swoje.
29 września przez Warszawę ma ruszyć wielki marsz w obronie telewizji „Trwam”. Już ten poprzedni był absolutnie wyjątkowy. Zobaczymy jak będzie teraz. Swoją drogą, to jest niesamowite, jak się historia ciekawie toczy. Nagle może się okazać, że to wszystko runie dzięki jednej malej telewizji, którą, jak słyszę, w całej Polsce ogląda zaledwie 5 tysięcy osób.

Jak wiemy – powtórzyłem to zresztą w powyższym tekście – i ja walczę o przeżycie. Rzecz w tym, że nie tylko. Bóg mi świadkiem, że nie tylko. Ja to się stało? Nie wiem. Może oni mnie za bardzo przycisnęli. Może mieli mi trochę darować. Może trzeba im było dłużej potrzymać mnie na krawędzi. Byłbym bardziej potulny. A tak? Szykuję się już na ów koniec września. Wraz z innymi. No i oczywiście uczciwie proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Do kogo pójdziemy?

Spotkanie moskiewskiego patriarchy z biskupem Michalikiem i wydany przez obu wspólny komunikat wzbudziły bardzo wyjątkowe zainteresowanie, i – tak jak to zwykle w tego typu wypadkach bywa – ton komentarzy, niezależnie od tego, czy dla gestu obu Kościołów życzliwy, czy wręcz przeciwnie, w moim odczuciu trafił całkowicie obok tego, co najważniejsze. Najważniejsze dla nas tu i teraz. Rzecz bowiem, w tym, że – a to nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości – szczególnie jeśli wspomnimy treść większości głosów próbujących komentować to co dopiero przecież miało się wydarzyć, Kościół po raz kolejny pokazał, że jest jedynym i autentycznym dysponentem tego wszystkiego, co z najczystszym sumieniem możemy nazwać dziedzictwem.
Do czego zmierzam? Otóż kiedy w telewizji patrzę na tego ruskiego popa i naszego arcybiskupa Michalika, jak podpisują ów dokument, a później czytam pierwsze jego słowa, stanowiące ni mniej ni więcej tylko cytat z Drugiego Listu do Koryntian: „W Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania”, mam poczucie, że oto realizuje się obietnica Chrystusa o bramach piekielnych, które Go nie przemogą. Kiedy się czyta tego typu dokument, którego faktyczna treść jest poświadczona – w sposób jak najbardziej usprawiedliwiony – przez ów cytat, nie można mieć najmniejszych wątpliwości co do tego, że choćby nie wiadomo jakie nowe doniesienia na temat występków naszych kapłanów serwowały nam media, i niezależnie od tego jak bardzo owe doniesienia byłyby prawdziwe, a nasza rozpacz słuszna, nasz Kościół – i w ogóle nasza wspólna Wiara – stanowi skarb, którego przecenić nie sposób.
Ja już oczywiście podejrzewałem to dużo wcześniej, i dawałem temu mojemu podejrzeniu niejednokrotnie wyraz, i na swoim blogu i wszędzie gdzie mnie ktoś chciał słuchać, że to czego my możemy oczekiwać od Kościoła i to co On nam może dać, przekracza znacznie wszelkie granice, które zdają się wyznaczać jacyś księża-pedofile, księża-pijacy, czy biskupi-zdrajcy. Przy okazji listu – no bo tak naprawdę, wbrew fałszywym świadectwom ludzi uznających się za ludzi Kościoła, mamy do czynienia zaledwie z listem, a nie aktem jakiegoś porozumienia – który skierowali do nas patriarcha Cyryl i arcybiskup Michalik, jeśli tylko odrzucimy kompletnie niepotrzebne uprzedzenia, będziemy mogli zobaczyć bardzo wyraźnie, że Kościół – i to dokładnie ten Kościół, z tymi biskupami i z tymi księżmi – jest jedyną stałą wartością jaką mamy tak naprawdę. I to pod każdym względem. Nawet tak pozornie nieistotnym, jak zwykła poezja języka.
Proszę bowiem zwrócić uwagę na język jakim ten list jest napisany. Proszę się nim zachwycić, a następnie proszę zauważyć, że ten język, ten właśnie język, to nie jest dowód literackiego kunsztu dwóch kapłanów, ich retorycznych zdolności, ale pewne dziedzictwo, którego właścicielem jest Kościół powołany do istnienia dwa tysiące lat temu przez Jezusa Chrystusa, a nam dziś cudownie panujący.
Ponieważ tekst, który czytamy, to w pewnym sensie też literatura, spróbujmy przez chwilę skupić się na literaturze. Jestem pewien, że wielu czytających ten felieton to osoby religijne, dla których uczestnictwo w cotygodniowym niedzielnym nabożeństwie to wręcz odruch. Proszę więc sobie przypomnieć słowa swoich księży – nawet tych najbardziej podłych i głupich – kiedy oni muszą odczytać jakieś życzenia, czy intencje i czują, że powinni je ubrać w jakieś szczególne, pobożne słowa. Proszę zwrócić uwagę, jak często owe słowa stanowią niemal wzór doskonalej retoryki. Jak one są pełne i wolne. A jeśli już to zauważymy, proszę sobie pomyśleć, skąd te słowa płyną? Skąd pochodzi ich wręcz oczywista siła? To nie jest współczesna polska czy światowa literatura. To nie są wykłady wybitnych uniwersyteckich profesorów. To nie jest wielka światowa poezja. To jest język Ewangelii, a więc czegoś co jest daleko bardziej wieczne niż to co przyzwyczailiśmy się traktować jak ważne.
Myślałem, że uda mi się uniknąć cytatów, ale wygląda na to, że dla bardziej precyzyjnego przedstawienia tego co chcę powiedzieć, bez tego nie damy rady. Proszę więc posłuchać:
„Pierwszym i najważniejszym zadaniem Kościoła po wszystkie czasy pozostaje nadal głoszenie Ewangelii Chrystusa. Wszyscy chrześcijanie, nie tylko duchowni, ale i wierni świeccy są powołani, by głosić Ewangelię Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa oraz nieść Dobrą Nowinę słowem i świadectwem własnego życia, zarówno w wymiarze prywatnym, rodzinnym, jak i społecznym”.
W reakcji na to przesłanie, dotarły do mnie głosy sugerujące, że jego słowa to nic nieznaczący bełkot. Bardzo przepraszam, ale jestem przekonany, że jeśli ktoś tak naprawdę uważa, a nie reaguje przy tym całkowicie odruchowo, padł ofiarą wielowiekowych zabiegów Systemu, którego od początku jedynym zadaniem było ukazać nam wszystkim Kościół jako parodię Szatana. Nie Szatana jako kpinę z Kościoła, lecz odwrotnie – Kościoła jako szyderstwo z Szatana. Jeśli ktoś nie widzi, że choćby ten maleńki fragment głosu Kościoła jest niczym innym jak dowodem Jego niepokonanej wielkości, dowodzi tym samym, że został skutecznie wciągnięty w to co zwyczajnie i po prostu złe.
Niedawno przechodziłem obok miejscowej księgarni handlującej głównie literaturą religijną. I na wystawie ujrzałem książkę zatytułowana – może coś popłatałem, ale chyba jednak nie – „Spowiedź jest spoko”. Na okładce siedzi dwóch, wyglądających jak najbardziej „spoko” młodych mężczyzn, z których jeden jest księdzem, i tego drugiego akurat spowiada. Ponieważ nie ma tam żadnego konfesjonału, a oni siedzą obok siebie na jakiejś ławeczce, księdza naprawdę nie jest tak łatwo rozpoznać. W końcu oczywiście, to się udaje, choćby dzięki temu, że jeden z nich ma przewieszoną przez szyję stułę. No ale ponieważ, jak głosi tytuł, spowiedź jest spoko, można się domyślić, że tak to właśnie miało od początku wyglądać. To jest ów nowy pijar, który ma uratować nasz Kościół. Otóż jestem bardzo mocno przekonany, że to akurat jest droga prowadząca do zguby. Tam jest wyłącznie ciemność. Drogę pokazują, jakkolwiek by to dla niektórych brzmiało szokująco, właśnie arcybiskup Michalik i patriarcha Cyryl. Nawet jeśli w rzeczywistości obaj są ludźmi zepsutymi i grzesznymi do szpiku kości.
Żyjemy w bardzo ciężkich czasach. Są wśród nas tacy, którzy twierdza, że to są już czasy ostateczne. Nie zapominajmy, że nie jesteśmy sami. Jeśli tylko pozostajemy członkami tego Kościoła, jesteśmy niepokonani. I doprawdy, nie ma najmniejszego znaczenia, czy po naszej prawej stronie stoi jakiś podły ksiądz, czy niemal tak samo podły polityk, czy wreszcie nas sąsiad – złodziej i kretyn. Bramy piekielne Go nie przemogą.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Muszę jakoś dociągnąć przynajmniej do końca sierpnia, a bez zwiekszonej pomocy, nic z tego nie będzie. Dziękuję.

sobota, 25 sierpnia 2012

Na co światu Norwegia?

Ja oczywiście mam świadomość, jak bardzo metoda rozpoczynania tego typu tekstu od słów: „przypadkiem ostatnio usłyszałem” jest zużyta i skompromitowana, niemniej tu akurat jestem szczery jak jasna cholera. Ja rzeczywiście telewizji, że tak powiem, informacyjnej, nie oglądam od paru miesięcy, a dziś tak się stało, że włączyłem telewizor na ułamek chwili, i w tym momencie pojawiła się informacja o tym, że Norwegia posadziła tego swojego Breivika na 20 lat do paki, a on – uzyskawszy szansę wygłoszenia ostatniego oświadczenia – przeprosił wszystkich norweskich nacjonalistów za to, że zamordował tak mało osób. Ogłaszająca wyrok sędzia, wobec tego typu szaleństwa, zażądała wyłączenia Breivikowi mikrofonu, a ja w tym momencie wyłączyłem telewizor, i pomyślałem sobie, ze ci Norwegowie to faktycznie jest nie byle co. Najpierw obdarowali świat tym swoim nowoczesnym pogaństwem, a teraz jeszcze to.
Zaglądam na Onet.pl, a więc tam gdzie można zobaczyć ciemność w wydaniu wręcz doskonałym, i dowiaduję się, że cała sytuacja, a więc zarówno ów ciekawy wyrok, jak i zapowiadana możliwość zarówno skrócenia, jak i przedłużenia kary, no i to niezwykłe oświadczenie Breivika – wszystko to powoduje najróżniejsze, najczęściej bardzo mądre, komentarze. A więc część ekspertów twierdzi, że ten Breivik chyba jednak jest chory. Inni mówią, że nie ma się co oburzać, bo takie to jest to norweskie prawo, a on więcej przecież dostać już nie mógł, jeszcze inni z kolei przychodzą i tłumaczą, że z tego Breivika już nic nie będzie.
Czytam właśnie gdzieś w Sieci, że Breivik będzie miał w swojej celi bardzo skromne warunki. A więc mniej więcej takie jak zwykły człowiek w zwykłym mieszkaniu, tyle że jego komputer będzie w ten sposób zaprogramowany, żeby on ewentualnie nie mógł wygłaszać w przestrzeni publicznej swoich bardziej szokujących komentarzy. Generalnie jednak, ton komentarzy jest taki, że sytuacja w której ktoś zabija kilkadziesiąt niewinnych ludzi i w związku z tym czynem jedyne co możemy zrobić to powiedzieć, że oto mamy do czynienia z bardzo poważnym problemem, jest sytuacją niepokojącą. Oczywiście, Breivik jest dziwny, a z naszego punktu widzenia dziwny wręcz kosmicznie, a w związku z tym istnieje całe mnóstwo możliwości, by dyskusję na jego temat prowadzić bardzo długo i w wielu najróżniejszych kierunkach, niemniej, jak mówię, ogólny ton jest jeden. Czegoś tu brakuje.
Jak większość czytelników tego bloga wie, ja akurat jestem kimś kto uważa, że jedynym słusznym, i publicznie zrozumiałym postępowaniem w tej sytuacji byłoby obcięcie temu Breivikowi łba. Tym razem jednak ja mam jeszcze inne, dodatkowe pomysły. Otóż wydaje mi się, że najlepszym – powiedziałbym najczystszym – rozwiązaniem, byłoby niespodziewane ogłoszenie przez norweski sąd, że choć tak naprawdę wszyscy wiemy, że prawo jest takie jakie jest i możliwości są ściśle ograniczone, tym razem sytuacja jest szczególna i Brejvik, przepraszamy najmocniej, już następnego dnia zostanie stracony. Dziękujemy państwu bardzo. Rozprawa jest zakończona. Ja bym naprawdę dał wiele, by w tym momencie ujrzeć minę tego Breivika. Chciałbym bardzo posłuchać, co by ten dziwny człowiek miał do powiedzenia, gdyby zamiast dowiedzieć się o tym, że wszystko poszło zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, dowiedział się, że jednak nie – plany się nieoczekiwanie zmieniły. On jutro umrze. Na pewno. Umrze na pewno. Bardzo jestem ciekawy, czy w tej sytuacji on by zdołał z siebie wydusić owe słowa żalu, że okazał się tak ślamazarny. Czy może zacząłby wrzeszczeć. Dokładnie w ten sam sposób jak wrzeszczeli ci wszyscy ludzie, których on kiedyś po kolei i metodycznie mordował.
Tu akurat ryzyko jest nieduże, niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że są osoby, które mi powiedzą, że przeze mnie przemawia nieokrzesana rządza zemsty. Że widok wrzeszczącego ze strachu Breivika jest przede wszystkim moralnie pusty, a poza tym praktycznie nieskuteczny. Z niego nie ma żadnego pożytku. Co nam to da, że my go najpierw w tak podstępny sposób podejdziemy, wywołamy w nim ów piekielny strach, a następnie go zgładzimy? Jakie z tego powstanie dobro? Otóż dobro jest jedno i ono ogranicza się tylko właśnie do tego pierwszego momentu. Owego strachu i pewności, że Breivik, zamiast coś pleść na temat tego, jak to spaprał robotę, zacząłby zwyczajnie wrzeszczeć. O nic więcej. Jest wręcz przeciwnie. Nie ma najmniejszego dobra w tym, że oto Breivik właśnie rozpoczyna kolejne 20 lat swojego nędznego życia, a cały świat będzie dzień po dniu wypatrywał wiadomości, czy on już się nawrócił, czy może jeszcze trzeba mu dać trochę czasu. Bo z tego że on się nawróci, świat nie odczuje żadnego dobra. Jego nawrócenie nie będzie miało jakiejkolwiek wartości. To nie będzie żadne nawrócenie. To będzie kolejny etap tego samego opętania.
Oczywiście mogę tu akurat się mylić. Może się okazać, ze jego akurat nawrócenie będzie tak spektakularne, ze zatrzęsie się niebo. Może. Jednak uważam, że szkody, które już zostały poczynione przez to, ze cały tak zwany cywilizowany świat pochylił sie nad tym, żeby dać mu tę jedną, ostatnia szansę, pozostaną nienaprawione. To zgorszenie już woła o pomstę do nieba. Powtórzę. Rzecz w tym, że nawrócenie Brejvika żadną wartością być nie może. Świat nie potrzebuje tego, by Breivik się nawrócił. Jego nawrócenie nie jest w stanie stworzyć dla świata najmniejszego dobra. Jego nawrócenie może być jedynie z korzyścią dla niego samego. Jednak w moim odczuciu, na to, byśmy mieli się zajmować dbaniem o korzyści Breivika nas zwyczajnie nie stać.
Jeszcze raz. Breivik nie jest jakakolwiek wartością. Światu Breivik nie jest do niczego niepotrzebny. Nawrócony, czy nie. To on sam może być ewentualnie zainteresowany w tym, by oprzytomnieć. To jest jego biznes. Tyle że do tego nie jest potrzebne trzymanie go przez dwadzieścia lat w norweskim więzieniu. Żeby Breivik oprzytomniał, wystarczy go poinformować, że oto jego życie dobiegło końca. Nawet jeśli to spowoduję maleńką chwilę refleksji – to wystarczy. Będzie oczyszczony. Oczywiście z zastrzeżeniem, że komukolwiek z nas na tym zależy.

Dziękuję wszystkim za stałą obecność, solidarność i zrozumienie. Ten okres w moim życiu zostanie - jesli oczywiście zdążę - opisany. Wciąż jednak mamy ten dramatycznie nieruchomy sierpień, więc proszę w miarę możliwości nie odchodzić.

piątek, 24 sierpnia 2012

O publicystach głupich i gnuśnych - felieton doraźny

Wygląda na to, że wreszcie mnie moje przekonanie, że kto ma zrozumieć ten zrozumie, dopadło. I choć, szczerze powiem, wciąż nie mam zamiaru rezygnować z tej wiary, i trzymać dotychczasowy poziom, mam bardzo silne poczucie, że choć ten jeden raz muszę zrobić wyjątek i przemówić językiem prostym i czystym, jakbym – i błagam niech nikt nie traktuje tego jako ironii – występował w telewizji „Trwam”…
Znów mnie poniosło. Ponieważ jednak mamy dziś dzień dobroci dla osób czytających nieuważnie, chciałbym wyjaśnić kwestię telewizji „Trwam”. Osobiście – na szczęście jeszcze tylko przez parę najbliższych dni – do telewizji „Trwam” dostępu nie mam. Jednak wczoraj byłem z wizytą u bardzo bliskiej mi osoby, która – jak najbardziej ze względów politycznych – nie pozwoliła mi się tu eksponować, i prawdopodobnie po to, byśmy mogli się wspólnie pośmiać, telewizor został w pewnym momencie przełączony na telewizję ojca Rydzyka właśnie. Występował akurat pewien ksiądz i poseł Prawa i Sprawiedliwości, niejaki Piotrowicz, no i rozmawiano oczywiście o tym, jak to obecna władza nas zwyczajnie, najbezczelniej na świecie gnoi i niszczy. Słuchałem tego Piotrowicza i, powiem uczciwie, nie mogłem wyjść z podziwu, jaki on jest konkretny i jednoznaczny. Każde wypowiedziane przez niego zdanie było sformułowane w taki sposób, żeby nikt nie został z tyłu. By ani jedna osoba, która go słucha, nie odeszła od telewizora z poczuciem, że czegoś nie zrozumiała. I to mnie zwyczajnie poraziło. Owa umiejętność mówienia w taki sposób, by z jednej strony powiedzieć wszystko co powiedziec należy, a z drugiej zrobić to w taki sposób, by każde słowo dotarło absolutnie wszędzie. Żeby nawet mój cudowny znajomy, pan Bolek Załęski ze Sławatycz, mógł pokiwać głową i powiedzieć: „O tak. Własnie tak”. Otóż ja bym bardzo chciał tak umieć, ale obawiam się, że póki co, nic z tego. No i stąd pewnie też ta tak bardzo doraźna dzisiejsza notka.
Skoro więc to mamy wyjaśnione, przejdę do rzeczy. Otóż, jak wiemy, przedwczoraj opublikowałem tu tekst o tym, jak to w najnowszym numerze „Uważam Rze”, w formie specjalnego dodatku, opublikowano bardzo długi tekst Bronisława Wildsteina oparty niemal dosłownie na pomyśle, jaki stworzył mój Elementarz. To co mnie jednak w tym co zrobił Wildstein uderzyło, to nie sam fakt skorzystania przez niego z mojej myśli – w końcu, skoro on cierpi aż taką niemoc, niech się częstuje – ale to, że on ewidentnie potraktował swój tekst jako jej – profesjonalne oczywiście bardzo – uzupełnienie. O co mi chodzi, już wyjaśniałem. Kto chce, niech sobie proszę zechce jeszcze raz odpowiedni fragment przeczytać.
Ja nie mam też pretensji o to, że Wildstein pisze kolejny „alfabet”, a ja uważam, że przecież właścicielem tego pomysłu jestem ja. Owych „alfabetów” było już pewnie ze sto, i wszystkie, może z wyjątkiem „Alfabetu Kisiela”, mniej więcej równie fascynujące. Chodzi o to, że on pisze coś, co – proszę na to zwrócić uwagę – nawet sama redakcja „Uważam Rze” uznaje za konieczne skomentować odpowiednim objaśnieniem, opisując jako specjalny gatunek literacki o nazwie„silva rerum”. Nie jakiś „alfabet”, ale właśnie owo „silva rerum”. A więc, moim zdaniem, coś co Wildstein jednak podejrzał nie u Kisiela, czy Urbana, ale właśnie u mnie, ale ponieważ bał się zarzutu zbytniej dosłowności, uciekł się do paru gestów kamuflujących.
Jednak jak mówię, nawet nie to było powodem, dla którego pisałem o tym jego dziennikarskim popisie. Chodziło mi o to, że w momencie gdy ja sprzedaję ten swój Elementarz całkowicie samodzielnie, bez żadnych pośredników, bez żadnej reklamy, wręcz przy ostentacyjnym bojkocie wszystkich mediów mainstreamowych – w tym oczywiście, jak najbardziej, samych „autorów niepokornych” – na własny koszt, rachunek i ryzyko, Wildstein zanosi do zaprzyjaźnionego… co tam zaprzyjaźnionego – wręcz swojego własnego tygodnika, tekst, który z jednej strony bez mojego Elementarza nigdy by nie powstał, a drugiej jest tak beznadziejnie słaby i nieciekawy, że to wszystko wręcz zakrawa na jakąś prowokację. Natomiast koledzy Wildsteina zamieszczają to w formie „dodatku specjalnego”, ogłaszając z wielkim hukiem, i jeszcze większym portretem Autora, wielkie publicystyczno-literackie wydarzenie: „Oto Bronisław Wildstein opowiada nam świat!”. Koledzy Wildsteina, a więc ludzie, którzy mnie czy Coryllusa uważają za nie wartych jakiejkolwiek uwagi tandeciarzy z najniższych rejonów amatorskiego aspirowania.
Nie chciałem tego robić, ale proszę rzucić okiem na to, z czym tu mamy do czynienia:
„Frywolność. Brak powagi. Fundamentalna przypadłość naszych czasów. Wyrasta z infantylizmu. Jak dzieci, traktujemy wszystko jako zabawę lub grę. Wybieramy jak aktorzy role, i jak oni porzucamy je w momencie zdjęcia kostiumu. Nie zdajemy i nie chcemy zdawać sobie sprawy z konsekwencji naszych zaangażowań, a więc w każdym momencie możemy zrezygnować z nich na rzecz innych. Wybieramy przyszłość, a więc to czego nie ma, aby uwolnić się od tego co jest. W ten sposób nie musimy pamiętać, kim byliśmy przed chwilą. Możemy jakoby być każdym, a więc jesteśmy nikim…”.
Przepraszam bardzo, ale przysnąłem
Bardzo chciałbym być dobrze zrozumiały. Ja przecież wiem, że tych tak zwanych „alfabetów” było już bardzo dużo, i że nawet sam Wildstein jakiś czas temu opublikował w którejś z gazet coś co nazwał właśnie „alfabetem”. Inna sprawa, że tamto było pewnie jeszcze gorsze niż to co dziś czytamy w „Uważam Rze”. Natomiast jedno i drugie łączy coś, co moim zdaniem stanowi podstawowy grzech obecnego mainstreamowego dziennikarstwa – dramatyczną bylejakość, wynikającą prosto z równie dramatycznego lekceważenia okazywanego czytelnikowi. Bronisław Wildstein, od czasu gdy przestał pracować w telewizji, stara się – podobnie oczywiście jak ja – żyć z pisania, tyle że – i tu się ode mnie różni – on akurat wie, że aby publikować, w ogóle nie musi się starać. Wystarczy że siądzie i coś tam wyklika, a to, o ile tylko da się podciągnąć pod ową wymyśloną przez niego samego i jego kumpli, niepokorność – na sto procent przejdzie. Każdy możliwy bełkot! Wszystko! No i pisze ten swój – swoją drogą, bufonada zawarta w samym tytule jest też warta zastanowienia – „Świat według Wildsteina”, a oni go dekorują tym portretem i wklejają w sam środek kolejnego wydania jako – uwaga! – „dodatek specjalny”.
I kiedy ja o tym piszę, przychodzą do mnie różni, zarówno osoby życzliwe, jak i te, które na ten moment czekały cale lata, i mi mówią: „Pomyliłeś się, stary. Toś nie ty wymyślił ‘alfabet’". Im to więc, i tym i tamtym, chcę powtórzyć – to nie jest żaden „alfabet”. To się nazywa „elementarz”. Lub, jak kto woli… niech no rzucę okiem – silva rerum. Szkoda że tego nie wiedziałem, kiedy pisałem swoją książkę. No ale wtedy prawdopodobnie bracia Karnowscy też tego jeszcze nie wiedzieli.

Bardzo dziękuję Mojemu Człowiekowi z Podkowy Leśnej za dzisiejsze wsparcie. I jak zawsze przypominam – to trwa tylko dzięki Wam

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...