środa, 15 sierpnia 2012

Cały naród wspiera Józefa Bąka

Od kilku dni cała Polska żyje sprawą niejakiego Józefa Bąka, który – zupełnie niezależnie od skali problemu – tak się złożyło, jest synem Donalda Tuska, premiera rządu RP, i który – też zupełnie niezależnie od tego, że, jak to się złożyło, jest synem Premiera – wszedł w biznesowe relacje z pewnym bardzo podejrzanym towarzystwem. Gdyby ktoś, kto własnie znalazł się w Polsce zupełnie przypadkiem i nie miał bladego pojęcia, o jakim to szemranym towarzystwie jest mowa, powiem tylko że chodzi o interesy, za które w takich Stanach Zjednoczonych na przykład albo człowiek strzela sobie w łeb, albo z automatu idzie siedzieć na paręset lat do kozy. Historia zna odpowiednie przypadki. A więc, z jednej strony mamy cała kupę oszukanych na często bardzo ciężką gotówkę ludzi, a z drugiej owego Józefa Baka i jego kumpli. No a między jednymi a drugimi osobę Premiera, który, tym swoim tradycyjnie bardzo refleksyjnym tonem, kieruje do nas apel, byśmy się od niego i od jego rodziny odczepili.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak opowiedzieć trzy historie – jak najbardziej autentyczne – dotyczące trzech osób, może nie tak wiekowo i biznesowo zaawansowanych jak wspomniany Józef Bąk, niemniej również próbujących się utrzymać na powierzchni zdarzeń.
Byłem niedawno w Warszawie na ślubie syna mojego kuzyna. Tak jak to się dzieje w przypadku ślubu, po nim jest wesele, a skoro wesele, to po weselu trzeba pójść gdzieś spać. Najczęściej do hotelu. Ponieważ jestem osobą ciekawą świata, uciąłem sobie pogawędkę z pewnym bardzo młodym człowiekiem, który w owym hotelu jest zatrudniony jako recepcjonista. Jest to otóż chłopak, który do Warszawy przyjechał z małej miejscowości w południowo-wschodniej Polsce, zaocznie studiuje tam administrację, a w ciągu tygodnia siedzi w tej recepcji. Kiedy przyjechałem do wspomnianego hotelu, była sobota i godzina 15.00. Już w trakcie wesela, a więc późno w nocy zobaczyłem, że on tam wciąż siedzi i nieco przysypia. Zapytałem więc, jak się układa jego czas pracy. Powiedział mi ów chłopak z małej miejscowości w południowo-wschodniej Polsce, studiujący zaocznie administrację w Warszawie, że on tam jest od ósmej rano, pracę kończy o 8.00 kolejnego ranka i bardzo jest zadowolony, bo następnym razem będzie musiał być na miejscu dopiero w poniedziałek o 16.00. Zadowolony, bo niekiedy jest tak, że on musi wracać do pracy o 16.00 tego samego dnia. Ile za tę pracę dostaje? 1300 zł. Jakieś umowy? Zwyczajnie. Śmieci. Ma jeszcze rodzeństwo. Brata i siostrę. Oni też się uczą i pracują. To tu to tam.
Oto bardzo zdolna, ambitna i chętna do pracy absolwentka biotechnologii. Po roku bezskutecznego wysyłania do wszystkich możliwych miejsc swojego CV, otrzymała propozycję udziału w miesięcznym treningu w pewnej renomowanej krakowskiej firmie zajmującej się badaniem DNA, z zapewnieniem ewentualnego zatrudnienia. Przez ten miesiąc zdobyła pewne doświadczenie i wydała kilkaset złotych na dojazdy. Mimo tego, że już po paru dniach okazało się, że sposób działania owej firmy polega na korzystaniu z pracy takich jak ona, za darmo, bez jakichkolwiek umów i socjalnych zabezpieczeń, z ewentualną obietnicą jakichś parusetzlotowych śmieci w przyszłości. Z tego co można zobaczyć dziś, żadnej propozycji nie będzie. Nie trzeba. Na biurku piętrzą się kolejne podania chętnych do treningu.
Wreszcie trzeci przypadek. Oto chłopak. Niezwykle inteligentny i zdolny, znający w stopniu zaawansowanym trzy języki, wciąż studiujący, udał się w te wakacje do Coventry. Znalazł pracę w magazynie w jakimś większym sklepie. Właściciel sklepu płaci mu siedem funtów za godzinę, oferuje pełne ubezpieczenie i obsługę socjalną. Już we wrześniu, jak się dowiaduje, przysługiwać mu będzie tygodniowy płatny urlop. Chłopak bardzo kocha Polskę. Bardzo tęskni i nie może się już doczekać aż wróci do domu i na studia na uniwersytecie. W zeszłym roku pracował jako bileter w kinie. Płacono mu pięć złotych za godzinę, co oznaczało, że kiedy na przykład w minione święta przedzierał te bilety przez 10 godzin, za tę pracę dostał równo 50 złotych. Oczywiście, wciąż nie posiada jakiegokolwiek konta w ZUS-ie. We wrześniu wraca do Polski i, jak mi mówi, czuje pewien niepokój.
Oglądałem dziś konferencję prasową premiera Donalda Tuska. Żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości, pan premier już na samym początku oświadczył, że bardzo kocha swoje dziecko i jako ojciec nie pozwoli, by mu się stała jakakolwiek krzywda. A ja jestem pewien, że nie kłamie. Tu akurat nie kłamie.

Powyższy tekst opublikowałem wczoraj na swoim blogu w Salonie 24 i w odpowiedzi na niego otrzymałem komentarz od pewnego internauty zaczynający się od pytania: "To źle że pracują?", a dalej wyjaśniający nam, że młodzi ludzie bardzo lubią pracować na tak zwanych umowach śmieciowych, bo w ten sposób zarabiają więcej. I to jest własnie kapitalizm o który walczyliśmy. I tak dalej. Na to zgłosił się zaprzyjaźniony z nami Janek Mucha z Kanady z refleksją taką oto, że ileż to lat musi jeszcze upłynąć zanim oni się zorientują, że coś ich dusi. Swoją odpowiedź powtórzę tutaj: Nastąpi to w dniu, kiedy podobne kartki jak na oddziałach Amber Gold, z informacją, że punkt jest nieczynny do odwołania, pojawią się też w galeriach handlowych. A już niezależnie od wszystkiego, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tego, równie dobrze mogę się zwinąć. Na dobre. Dziękuję.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Nikt się nie spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji

Nie umiem powiedzieć, kiedy System zauważył, że z tymi Radwańskimi sprawa jest mocno niebezpieczna, natomiast wiem, że owej kwestii poświęciłem dwa wpisy na swoim blogu – oba w styczniu zeszłego roku. Oczywiście, większości tego co się wokół nas dzieje, widzieć nie jestem w stanie, natomiast z tego co do mnie jakimś cudem dociera, mogę się domyślić, że poszło o to, że pewnego dnia na oficjalnej stronie Agnieszki i Urszuli Radwańskich pojawił się link do filmu Joanny Cichockiej „Mgła”, a obok niego następujący tekst:
„Oświadczamy, że rzucanie niepopartych dowodami insynuacji wobec osób zmarłych jest niezgodne z zasadami cywilizacji zachodniej, do której należymy. Potępiamy brak szybkiej i adekwatnej reakcji władz polskich na hańbiące potwarze wobec żołnierzy Wojska Polskiego, rzucone bez dowodów przez MAK w ostatecznym Raporcie dotyczącym katastrofy samolotu Tu-154M 10”.
Postępek tenisistek spotkał się z natychmiastową reakcją Systemu na wszystkich możliwych poziomach. Otóż najpierw, jak się zdaje, zareagował Internet. Na portalu o nazwie „Pardon”, na który przypadkiem wszedłem w poszukiwaniu dokładniejszych informacji, a który, z tego co widzę, stanowi jedną z delegatur Systemu w Sieci, opublikowano zdjęcie jednej z dziewcząt w jakimś nieudanym zagraniu i podpis informujący, że Radwańska to ślamazara. Potem odezwała się „Gazeta Wyborcza” i ustami Wojciecha Fibaka ogłosiła, że Radwańskie to wieśniary. Kolejne dni przynosiły tylko kolejne ataki, i zastanawiam się już tylko, czy wśród nich były informacje o tym, że one były zawsze brzydkie i głupie, czy tylko tak mi się wydaje, kiedy widzę co się wokół Agnieszki Radwańskiej dzieje dziś.
Pisałem wówczas te swoje refleksje na temat rosnącej agresji wobec sióstr Radwańskich i zastanawiałem się, jak to będzie, gdy Agnieszka Radwańska doświadczy jakiejś widowiskowej porażki, to podszczypywanie zmieni się w bardzo poważne bombardowanie, i okaże się, że one nagle przestały być Isią i Ulą – dwiema ślicznymi, zgrabnymi blondynkami – ale Urszulą i Agnieszka Radwańską – i tylko tyle, i nic ponad to? Co będzie, gdy głos telewizyjnego komentatora relacjonujący ich występy stanie się nagle zimny, z lekka nutą szyderstwa – pewnie mimo wszystko szczegół nie bez znaczenia dla samopoczucia jednej i drugiej. I także, jeśli w tej czy innej francuskiej, czy australijskiej gazecie, nagle przy ich nazwisku pojawi się epitet „polska faszystka”. Bo, choć pieniądze sa ważne, System nie żąda pieniędzy, lecz wyłącznie wierności.
Skończyła się Olimpiada i, jak już o tym pisałem wcześniej, był to dla mnie czas dość sympatyczny. Wprawdzie nie jest już tak, jak to miało miejsce w latach mojego dzieciństwa, kiedy lata między kolejnymi igrzyskami wyznaczały też bieg mojego życia, ale wciąż lubię patrzeć na walczących sportowców. Widzę też jednak przy tym, że dzisiejsza Olimpiada, to nie jest w żaden sposób Olimpiada z tamtych lat. Przede wszystkim wtedy, proszę sobie przypomnieć, tenisa tam nie było. Dlaczego? Dlatego, że igrzyska olimpijskie z samej swojej zasady były świętem sportu wyłącznie amatorskiego, a tenis zawsze był zawodowy. Po prostu. Oczywiście sportowcom tak zwanego bloku wschodniego było znacznie łatwiej, bo myśmy, jak wiadomo, mieli wyłącznie sportowców-amatorów, jednak oficjalna zasada była taka – Olimpiada to czysty sport.
Z tym już dziś mamy ostateczny koniec. Wystarczy popatrzeć na to, w jaki sposób organizowana jest uroczystość otwarcia i zamknięcia Olimpiady, wystarczy obejrzeć sobie finał męskiej koszykówki i tych wszystkich zawodników, których nazwiska znajdują się na liście 100 najbogatszych sportowców na świecie. Olimpiada stała się jeszcze jednym biznesem dla tych, którzy dzielą pieniądze i tych, którzy w tej puli maja swój udział, i – nie oszukujmy się – wśród nich ta biedna Karolina Michalczuk, czy nawet ten bufon Majewski są niczym, jak tylko maleńką śrubką, która gdzieś tam ma to wszystko dokręcić.
Hasło do ostatecznego ataku na Agnieszkę Radwańską dała jej porażka w pierwszym pojedynku w Londynie i jej wypowiedź – jak najbardziej prawdziwa i uczciwa – że ona po tej porażce nie płacze, bo jej kariera jest budowana z dala od owego czteroletniego cyklu olimpijskiego. Że ona swoją pozycję tworzy dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc; że ma to szczęście, że z tenisa żyje i że nikomu nic z tego tytułu nie musi zawdzięczać. Czego się więc w związku z tym dowiedzieliśmy? Że ona na uroczystość otwarcia założyła krótką spódniczkę jak jakaś dziwka. I paznokcie sobie, suka jedna, pomalowała. A żebyśmy już na zawsze zapamiętali, z jakim chamstwem mamy do czynienia, to mogliśmy wysłuchać opinii jednego zapaśnika, jednego ciężarowca, jednego biegacza, który tak bardzo chciał wystąpić w Londynie, ale mu się nie udało, że jaka ta Radwańska jest straszna. Taka niepolska i taka niesportowa.
A ja sobie już tylko myślę, że skoro nadszedł czas niszczenia Agnieszki Radwańskiej, to ja też jej coś dorzucę od siebie. Otóż moim zdaniem ona stanowi typowy przypadek owego politycznego rozkraczenia, które nigdy nikomu poza Systemem nie przynosi żadnego pożytku. Najpierw pójdzie na demonstrację smoleńską, później oświadczy publicznie, ze to tata nie ona. Najpierw zażąda szacunku dla ofiar Katastrofy, a za chwilę pobiegnie do Ewy Kopacz, by z nią się ściskać i wymieniać prezentami. Najpierw zgodzi się firmować swoją osobą i swoimi sukcesami te gangi, którym sport jest potrzebny wyłącznie do transferowania pieniędzy, o jakich nam się nawet nie śniło, a po chwili powie, ze tak naprawdę, to ona z nimi wiele wspólnego nie ma. No i za to własnie w tej chwili obrywa. Bo gangi bardzo szybko rozpoznają, kto jest słaby.
A miała się zachować jak choćby Rafael Nadal. Który od początku się na tę całą Olimpiadę uczciwie wypiął. Bo wie kim jest i o co walczy. I dziś nikt ani z niego nie kpi, ani się na niego nie wścieka, ani nie komentuje kształtu jego spodenek, ani wreszcie nie każe mu być skromnym jak jakaś bokserka z małej wioski pod Świdnikiem. Którą, swoją drogą oni wszyscy, gdyby tylko mieli taki interes, spaliliby na stosie. Z szyderczym uśmiechem. A później kazaliby jej mówić „Przepraszam”.

Przypominam wszystkim zainteresowanym, że w najbliższą niedzielę o godzinie 16.00 pod Namiotem Solidarnych w Warszawie odbędzie się spotkanie z blogerami Coryllusem i Toyahem. Mam nadzieje, że każde tego typu wydarzenie, to krok w stronę większej niezależności. Zanim jednak pojawią się widoczne tego efekty, proszę o uprzejme wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

O znakach w świecie demonów

Wspomniałem już o tym kiedyś, ale żeby jakoś zacząć, powtórzę. Sport interesuje mnie tylko wtedy, gdy jest jakiś konkurs, czy mecz, a ja akurat siedzę przed telewizorem. Poza tym, myśl o tym, że gdzieś ktoś biega, płynie, czymś rzuca, lub ewentualnie w coś kopie, nie zakłóca moich emocji w stopniu najmniejszym. Kiedy jednak użyłem słowa „interesuje”, miałem na myśli pełne znaczenie tego słowa. Kiedy już zacznę oglądać jakiekolwiek wydarzenie sportowe, nie mogę się oderwać. I nie ma znaczenia, czy jest to koszykówka mężczyzn, czy podnoszenie ciężarów kobiet, czy taniec ze wstążką, czy tenis stołowy – każdą z tych dyscyplin pochłaniam jak powietrze. Konsekwentnie więc, olimpiadę w Londynie oglądałem w jej najróżniejszych kształtach. Niezbyt często, nie za długo, ale za to w pełni demokratycznie.
Widziałem więc gimnastykę mężczyzn, podnoszenie ciężarów kobiet, siatkówkę mężczyzn, zapasy mężczyzn, rzut młotem kobiet, skok o tyczce mężczyzn, maraton kobiet, bieg na 5 tysięcy metrów kobiet, a nawet taniec z piłką, czy jak to coś się oficjalnie nazywa. Widziałem to wszystko, i było mi od początku do końca idealnie obojętne, kto wygra, a kto przegra, gdyż samo wzruszenie jakie czułem, oglądając twarze tych ludzi, w każdej sekundzie ich wysiłku, w każdej chwili ich radości, czy zmartwienia mówiło mi, że warto było.
Tak się złożyło, że zarówno ceremonię otwarcia i zamknięcia Olimpiady, obejrzałem tylko we fragmentach, ze znacznym zresztą poślizgiem, i, szczerze powiem – czułem się dokładnie tak samo, jak podczas każdej z uroczystości otwierających i kończących dowolne duże wydarzenie sportowe, tyle może, że tym razem było już najgorzej. Rozumiem oczywiście, że jeśli dwa, a może trzy miliardy ludzi na świecie czeka na kolejne igrzyska, a kwestia tego, jakie to piękne widowisko zgotują nam organizatorzy tym razem, dla większości z nich jest rzeczą wręcz podstawową, jak o to idzie, wyboru dużego nie ma. To musi tak wyglądać. To musi być coś, przy czym pojedyncze zwycięstwo, czy porażka pojedynczego człowieka reprezentującego jakąś całkowicie egzotyczną dyscyplinę sportową, nie ma już najmniejszego znaczenia. Jeśli taka Wielka Brytania wydała w tym roku ponad 10 miliardów funtów na to, by tegoroczna olimpiada była naprawdę najpiękniejsza i najbardziej wystawna, to z całą pewnością nie po to, by sprawić satysfakcję jakiemuś chłopakowi czy dziewczynie nie wiadomo skąd, dla których niekiedy sam ten występ to całe życie, a porażka, to czasem coś gorszego niż umrzeć.
Oglądałem wczoraj, już na sam koniec tej imprezy, The Who z tym bałwanem na czele, jak grali po raz pewnie już tysięczny od czasu jak się postarzeli to swoje „My Generation” i myślałem sobie, że nie ma takiej możliwości, by tak demolująca nasz spokój rozpacz Karoliny Michalczuk, bokserki ze wsi Brzezice niedaleko Świdnika, czy nieopisane szczęście Meseret Defar z Addis Abeby z tamtym świętym obrazkiem na twarzy kogokolwiek na tle tej tak bardzo nie-świetej pustki obchodziło. Bo i jedna i druga, zupełnie niezależnie od skali ich talentu, są jedynie pretekstem do tego, by raz na jakiś czas przetransferować pewną ilość pieniędzy, a zrobić to w taki sposób, by nikt niczego nie zauważył.
Zapowiadałem to jeszcze przed wyjazdem na ślub do Warszawy, że ten tekst będzie o tej etiopskiej biegaczce i tym geście, który wprawił w takie osłupienie cale zło tego świata. Ona dobiegła do mety, zdobyła ten swój kolejny medal, i w tym wręcz histerycznym szlochu, wyciągnęła ukryty na piersi obrazek Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus i pokazała go całemu światu. A świat zdębiał. Bo widział już wprawdzie wiele, w tym zwykły znak krzyża, który w wykonaniu tylu już sportowców, robi już pewnie tylko wrażenie na bardzo świeżej daty walczących ateistach z Biłgoraja, a dla większości pozostałych jest czymś równie istotnym, jak zaciśnięcie kciuka, czy skrzyżowanie palców. A więc ona, zanosząc się od tego płaczu, to wyjmowała, to znów przyciskała do piersi ten obrazek, a świat skamieniał. Bo oto nagle pojawiło się świadectwo o skali, z pewnego punktu widzenia i przynajmniej na tym polu, dotychczas chyba nieznanej. Zapowiadałem więc tekst o Meseret Defar jako o być może jednym z ostatnich szczerych świadków Jezusa, ale tyle jest ostatnio świadectw po jednej i po drugiej stronie, że nie sposób nie reagować.
Wspomniałem, że miniony weekend spędziłem na weselu. Proszę sobie wyobrazić, że w pewnym momencie podeszła do mnie pewna kobieta w zaawansowanej ciąży, żeby mi powiedzieć, że czyta i lubi ten blog. Otóż jest tak, że ona jest bardzo chora, ale by ochronić swoje nienarodzone dziecko, nie może się odpowiednio leczyć. No więc postanowiła chronić to dziecko, a ja oczywiście mam nadzieję, że większość z nas zdaje sobie sprawę, jak nasz Kościół traktuje ten rodzaj poświęcenia. No więc poznałem tę matkę, poznałem jej męża, obiecałem im wysłać swoją książkę, a teraz piszę ten tekst i myślę trochę o niej, trochę o Karolinie Michalczuk, bokserce spod Świdnika, o Meseret Defar, tej niezwykłej mistrzyni z Etiopii, no i znów wspominam to wczorajsze widowisko i, o ile coś mi się nie pomyliło, wydaje mi się, że tym razem Królowa się nie pokazała. Ani na spadochronie, ani w ogóle. Pewnie była zwyczajnie zajęta, ale mam też nadzieję, że jakimś tam swoim głębokim instynktem prawdziwego monarchy, zorientowała się, że nie ma co firmować tego balu demonów. Pewnie się mylę, ale co mi tam. Nie pierwszy raz i nie ostatni.
A zdjęcie poniższe dedykuję Agacie z Gdańska.

Jak już pisałem przy okazji poprzedniego wpisu, ledwo ciągnę. Jak idzie o dzisiejszy dzień, to właściwie już w ogóle nie ciągnę. Bardzo więc proszę wszystkich w możliwościach o wsparcie dla tego bloga. Dziękuję.
Przy okazji przypominam, że w najbliższą niedzielę o godzinie 16 pod namiotem Solidarnych w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu odbędzie się spotkanie z blogerami Coryllusem i Toyahem. Mam nadzieję, że będzie i wesoło i refleksyjnie. Zapraszam wszystkich.

piątek, 10 sierpnia 2012

Uwaga! Będą się bronić

Wszystko się zaczęło od tego, że w Salonie24 znalazłem bardzo ironiczny tekst, w którym autor postanowił wykpić coś co wcześniej znalazł w którymś z blogów na newsweek.pl, a co z kolei wyszydzało znak krzyża, jaki przed swoją słynną obroną rzutu karnego na Euro2012 wykonał polski bramkarz Przemysław Tytoń. Ponieważ przedmiot tych kpin robił wrażenie naprawdę niezwykłe, udałem się za tym tropem i trafiłem na ów krąg wyznaczony przez blogi Newseeka i trafiłem na najpierw na bardzo ciemne zdjęcie jakiegoś łysego człowieka z flaszką piwa, a podpisującego się jako Erwin Wencel, a później już na jego teksty.
Muszę przyznać, ze mimo swojej wieloletniej kariery jako blogera i w końcu człowieka, który wiele widział, ów Erwin Wencel zrobił na mnie wrażenie. Faktem jest, że czegoś takiego, co znalazłem w tekstach jakie ów człowiek publikuje w portalu newsweek.pl dotychczas nie miałem okazji czytać. Jest to bowiem autentycznie ekstremalny wybuch najbardziej wulgarnej pogardy, gdzie wydaje się, że żadne granice już nie istnieją. Nie będę ani do tego bloga likował, tym bardziej oczywiście nie będę dawał żadnych cytatów, wystarczy że wszystkich ciekawych, o czym mówię, zachęcę, by użyli swojej najbardziej chorej wyobraźni, a znajdą się właśnie tam, gdzie ja miałem okazje zajrzeć. No, może aż tak, ale z pewnością skutecznie się do twego miejsca zbliża.
Dyskutowaliśmy tu trochę ostatnio o chamstwie, i wydaje mi się, że to wszystko co ów Erwin chce nam powiedzieć, z całą pewnością pomogłoby nam ustalić pewne fakty, jednak nie o niego najbardziej mi tu chodzi. To co mnie akurat najbardziej w tym wybuchu najbardziej prymitywnego prostactwa uderzyło, to to, w jaki sposób jego autor tłumaczy swoje prawo, a nawet swój obowiązek, do tego, by tego typu retorykę, a przy okazji rozwiązania, proponować. Otóż on robi dwie rzeczy. Przede wszystkim, on bardzo chytrze zastrzega, że za to co on na tym swoim newsweekowym pisze, odpowiada w takim samym stopniu jak on – administrator portalu i sam właściciel tytułu. Więc to po pierwsze. Po drugie natomiast wyjaśnia ów człek, że jego agresja jest aktem samoobrony, zarówno w sensie czysto ludzkim jak i prawnym. W tym swoim przekonaniu o słuszności swoich działań, posuwa się bowiem do tego, że cytuje odpowiedni ustęp kodeksu karnego, który mówi, że „nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej…” i tak dalej…
I to jest właśnie to, co mnie tak zainteresowało. Ten własnie argument. Że tu chodzi wyłącznie o obronę konieczną. Uważam bowiem, że w ten sposób otrzymaliśmy odpowiedź na nasze wszystkie dotychczasowe pytania, a jednocześnie zapowiedź tego, co nas czeka, jeśli się w jednej chwili nie uspokoimy. Oni się zwyczajnie będą musieli bronić. A jak bronić? No to już wiemy. Wszystko zależy na ile poczują się zagrożeni. Proszę zwrócić uwagę na to, co nam sugeruje Erwin Wencel, bloger portalu newsweek.pl. On zdaje sobie sprawę, że tam gdzie się znalazł może zainterweniować prawo, i chyba jednak nie chodzi o to, że on używa słów powszechnie uważanych za obelżywe – w końcu bez przesady, za to że ktoś o kimś powiedział, że jest „chujem”, jak nas uczy przypadek Zbigniewa Hołdysa, póki co nie wsadzają. Jemu z całą pewnością musi chodzić o coś więcej. Gdyby to tylko był ten „chuj” i parę jeszcze innych brzydkich słów, które tam się tak gęsto pojawiają, on ani by nie wspominał o ewentualnej współodpowiedzialności Piotra Bratkowskiego, który ma za zadanie moderować treści na portalu, ani też właścicieli tytułu. Nie cytowałby in extenso zapisu kodeksu o obronie koniecznej, zwracając taką uwagę na fragment o przekraczaniu granic owej obrony, gdzie jak byk stoi, że „w razie przekroczenia granic obrony koniecznej, w szczególności gdy sprawca zastosował sposób obrony niewspółmierny do niebezpieczeństwa zamachu, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia”.
Zastanawiam się więc, co ten Wencel kombinuje takiego, że aż mu się chciało sięgać do kodeksu karnego? Możliwe że nic. Może być tak, że to jest jakiś biedak coś tam dłubiący na klawiaturze swojego peceta, bo to i nie ma z kim pogadać o swojej niechęci do Kaczorów, i też do „Szkła kontaktowego”, dodzwonić się nie sposób, i ostatecznie mu zostaje ten blog. Może być tak, że tu, jak ona nas wielokrotnie uspokaja, chodzi wyłącznie o to, by sobie trochę poświntuszyć. Ja bym jednak brał pod wagę, że jemu po głowie już wkrótce zaczną chodzić rozwiązania bardziej interesujące, niż bezkarne rzucanie bluzgów. Zwłaszcza że przy okazji tekstów, jakie on już napisał, można znaleźć parę prawdziwych konkretów, jak choćby ten o „przypierdalaniu w ryj”, czy o „gonieniu z kijami i widłami”.
Jednak to wszystko jest nieistotne. I tak do niczego mądrego tu nie dojdziemy. Rzecz w tym, ze jest mowa o przekraczaniu granic obrony koniecznej, za co się należy albo nadzwyczajne złagodzenie kary, albo wręcz od niej odstąpienie. I ja bym proponował się nad tym elementem skupić. I nam – bo w końcu, jak już mówiłem tu parę razy, na nich należy mieć bardzo uważne oko – ale też tym, których ten dziwny bardzo człowiek określa jako „nolens volens” biorących udział w jego szczególnym przedsięwzięciu. Bo jak przyjdzie co do czego, to jego się potraktuje, jako osobę obłąkaną, a nas nie uratuje nic.

Ledwo ciągnę. Jeśli ktoś ma jakiś luźny grosz, a ma ochotę wesprzeć ten blog, będę bardzo zobowiązany. Numer konta obok. Dziękuję.

czwartek, 9 sierpnia 2012

O Drodze i Bramach

Ponieważ moje wczorajsze tłumaczenie felietonu Peggy Noonan nie wywołało jak dotychczas jakiejkolwiek widocznej reakcji, a ja jestem głęboko przekonany, że poziom tego tekstu jest tak wysoki, że mógłby dostarczyć nam inspiracji na długie dni, pomyślałem sobie, że w tej sytuacji może ja go przynajmniej skomentuje tak jakbym to zrobił, gdyby przyszło mi go właśnie przeczytać i się nim wzruszyć.
Jeśli komuś się chciało przeczytać to co napisała Noonan, wie, że główna myśl jaką ona przedstawia jest taka, że ona rozumie, dlaczego na rzecz obrony życia tak bardzo się aktywizują ludzie dla których owo życie jest świętością, natomiast ona w żaden sposób nie jest w stanie pojąć, skąd u ludzi, którzy życia nie traktują jako świętości, tyle serca wkładają w walkę o to by tryumfowała śmierć. No i dochodzi do wniosku, że oni wszyscy w jakiś sposób muszą być w śmierci zakochani. Tak jak my kochamy życie, oni są zafascynowani śmiercią. Zafascynowani tak mocno, że owa fascynacja budzi w nich autentyczna pasję.
Otóż, przy całym moim szacunku do Noonan i jej zaangażowania, mam tu nieco inne zdanie. W moim przekonaniu, ludzie, którzy doprowadzili do śmierci Terri Schiavo, ale przecież nie tylko jej, i nie tylko jak idzie o eutanazję, ale też o aborcję w jakiejkolwiek znanej nam formie, tak naprawdę nie są zakochani ani w życiu ani w śmierci. Ich poglądy nie mają nic wspólnego z tym, co oni sądzą na temat świętości życia, czy piękna śmierci. Jest bardzo prawdopodobne, że większość z nich się zwyczajnie, jak każdy z nas, wzrusza zarówno na widok rodzącego się dziecka, jak i umierającego człowieka, tyle tylko, ze kiedy dochodzi do sytuacji takiej, że trzeba się opowiedzieć za, lub przeciwko eutanazji, czy aborcji, oni wszyscy wybierają śmierć, a robią to tylko dlatego, że po przeciwnej stronie mają nie życie, jak twierdzi Noonan, ale tych których tak naprawdę nienawidzą. A nienawidzą ich z zupełnie innych niż wyżej wspomniane powody.
Ludzie, którzy z takim zaangażowaniem walczyli o to by Terri Schiavo można było zgodnie z prawem zabić, to ludzie, którzy uważają, że ocalona Schiavo to zwycięstwo Kościoła Katolickiego. To jest trochę tak, jakbyśmy my urządzali demonstracje przeciwko odłączeniu pani Schiavo od aparatury powstrzymującej życie nie dlatego, że uważamy życie za świętość, lecz dlatego, że dla nas najważniejsze jest by dosolić tym wszystkim liberałom. Jakbyśmy uznali, że jeśli prawo pozwoli odebrać życie czy to osobie cierpiącej, czy jeszcze nienarodzonej, to w ten sposób liberalizm odniesie kolejne zwycięstwo, czego – z jakiś innych zupełnie względów – bardzo nie chcemy.
Uważam że cała ideologiczna wojna, jaką dziś przeżywamy, czy to na poziomie walki o prawo do aborcji, do eutanazji, powszechnego stosowania in vitro, finansowania antykoncepcji, czy legalizacji prostytucji, nie wynika stąd, że jedni są za życiem, a drudzy za śmiercią. Przykład in vitro zresztą dobrze to pokazuje. Przecież wszyscy ci, co tak bardzo dążą do tego, by owe zabiegi stały się jak najbardziej powszechne, nie robią tego z myślą o tych wszystkich zamrożonych, czy unicestwionych zarodkach, ale o tych dzieciach, które dzięki temu będą żyły! Umieściłem tu ten wykrzyknik trochę przewrotnie, bo oczywiście świetnie wiem, że tu też to życie, podobnie jak ta śmierć, są nieistotne. Z punktu widzenia ich interesów, to co jest ważne, to tylko to, by Święty Kościół Powszechny został zmieciony z powierzchni Ziemi. A żeby to osiągnąć, trzeba Go nękać. Nękać nieustannie.
No i teraz pojawia się pytanie następne i chyba podstawowe: Co im wszystkim przeszkadza Kościół? Terri Schiavo mają w nosie. Jak dla nich, ona równie dobrze może żyć co i umrzeć. O ile oczywiście ktoś nie nakręci na ten temat jakiegoś bardzo poruszającego filmu, z taką czy inną tezą. Wtedy może zajmą stanowisko. Małżeństwa które nie mogą mieć dzieci, mogą albo liczyć na in vitro, albo na jakąś mniej lub bardziej skuteczna kurację, ewentualnie mogą tych dzieci nie mieć w ogóle. Dla bojowników o tak zwaną „wolność wyboru”, to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Dla nich nie ma też znaczenia to czy kobiety będą dzieci rodzić, czy je zabijać przy pomocy tych czy innych tabletek. O ile oczywiście nie przeczytają na ten temat jakiejś ciekawej książki, która ich wciągnie i odpowiednio wzruszy. Oni chcą tylko jednego, niezależnie od tego, czy dzień jest ładny, czy brzydki, i czy im się w życiu powiodło, czy są dziś jakoś cholera smutni. Żeby tylko wreszcie ten cholerny Kościół szlag trafił. Z tymi Jego wszystkimi wymaganiami, konfesjonałami, karteczkami do spowiedzi, i z tymi księżmi, którzy sami wciąż żrą i się na okrągło pieprzą, a do innych mają pretensję, że nie chce im się chodzić na niedzielną mszę. A później jeszcze przychodzą i gadają coś o in vitro. A nam się własnie in vitro bardzo podoba!
Myślę, że tak to właśnie działa. Wszyscy ci ludzie, którzy wkładają tyle w serca w to, by wciąż i wszędzie promować śmierć, to są dokładnie ci sami, co z drugiej strony widzą, że Kościół Katolicki to w tej chwili ostatnie miejsce na Ziemi, gdzie wszystko jest dokładnie w tym samym punkcie co przed dwoma tysiącami lat. A więc tam gdzie padły te słowa: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem i nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze Mnie”. I że tej Prawdy „nawet bramy piekielne nie przemogą”. I ta sytuacja ludzi tych tak bardzo wyprowadza z równowagi, że oni z tego zwyczajnie dostają małpiego rozumu. Do tego stopnia, że aż ni z gruszki nie z pietruszki zaczynają głosić pochwałę śmierci.
Opisałem kiedyś na tym blogu moje wrażenia z pewnego obiadu z udziałem dużej grupy wiejskich księży. Sam oczywiście zostałem posadzony w pomieszczeniu obok, niemniej jednak miałem okazję patrzeć na biesiadujących. Otóż oni wszyscy, a większości z nich kompletnie nie znałem, wyglądali i zachowywali się tak, że ja nagle zrozumiałem, o co chodziło z tymi „bramami piekielnymi”. I nie chodzi mi o to, ze oni byli jakoś szczególnie ładni, albo tym bardziej mądrzy. Wcale nie. To byli zwykli wiejscy księża, jestem pewien, że znaczna część z nich tak samo durna i zepsuta jak ich koledzy, ale kiedy tak siedzieli razem, w tych swoich sutannach i jedli to co im podano pod nosy, i sobie przy tym obiedzie wesoło rozmawiali, tacy swobodni i pewni siebie, nie można nie było poczuć tego kompletnie nie z tej ziemi dostojeństwa. Dostojeństwa – powtórzę to – które nawet nie jest ich zasługą. Dostojeństwa na które oni nawet nie mają wpływu.
Niedawno rozmawiałem z pewnym moim kolegą i on mi powiedział bardzo ciekawą rzecz. Otóż on nie znosi Jarosława Kaczyńskiego za to za co ja go tak bardzo lubię. Za to mianowicie, że kiedy on idzie otoczony tym wianuszkiem dziennikarzy, z tym swoim bezczelnie wypiętym brzuchem, nie patrząc ani w lewo, ani w prawo, lecz idąc prosto przed siebie, tam gdzie wie, że ma iść, robi wrażenie takiego właśnie księdza. Tak właśnie powiedział ów mój kolega. Że Kaczyński zachowuje się jak wiejski proboszcz. I to go doprowadza do szału.
A zatem – powtórzę to raz jeszcze – tak to właśnie wygląda. Za to oni właśnie nas nienawidzą. Za to że my już wiemy. Wiemy wszystko co wiedzieć nam trzeba. A to co my wiemy im się bardzo, ale to bardzo nie podoba. Dlaczego? Bo jeśli to przyjmą, będą musieli się też bardzo zmienić. Będą musieli zmienić być może nawet wszystko. A tego już zrobić w najmniejszym stopniu nie zamierzają. Ze zwykłej wygody. I strachu. I wygody.
Pozostaje jeszcze tylko jedna kwestia. Kto im tę wygodę zapewnił? To oczywiście my akurat również wiemy, tyle że to już temat na zupełnie inne refleksje.

Tekst Peggy Noonan najwyraźniej nie zrobił wrażenia. Trudno. Może innym razem. Natomiast mam nadzieję, że to co napisałem wyżej bardziej się spodoba, no i że ktoś zechce z tej okazji wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 8 sierpnia 2012

Peggy Noonan - Zakochani w śmierci

Nie wiem, ilu z nas wciąż pamięta sprawę sprzed kilku lat, dotyczącą zabójstwa pewnej podobno nieuleczalnie chorej kobiety nazwiskiem Terri Schiavo. Ponieważ w tych dniach mieliśmy parę tekstów na temat i nienawiści, i aborcji i szacunku do życia, chamstwa, elegancji, cywilizacji i takich tam, pomyślałem sobie, że nie byłoby źle – specjalnie z myślą o tym blogu – przetłumaczyć pewien tekst jeszcze sprzed lat, pięknie napisany przez wspominaną tu już kiedyś wcześniej Peggy Noonan. Proszę się skupić. Będzie mocno.

Bóg stworzył świat, lub nie.
Bóg stworzył nas, lub nie.
Jeśli tak, to maleńkie ludzkie życie zostało dotknięte świętością, i wciąż tą świętością jest wypełniane. Jeśli to prawda, musiałoby to dotyczyć każdego człowieka, a nie tylko tych wybranych. I znów, jeśli to prawda, każde ludzkie życie jest cenne, ma wartość nieskończoną, godne jest najwyższego szacunku.
Większość – może nie wszyscy, ale pewnie większość – z tych, którzy wspierają prawo Terri Schiavo do życia, wierzą w to co zostało powiedziane wyżej. I ta wiara tłumaczy ich pasję i ich emocje. Wierzą oni, że prowadzą walkę o ludzkie życie, które jest bezcenne i niezastąpione. Są jak owa słynna matka, która znalazła w sobie dość siły, by unieść tył swojego samochodu, by uwolnić przyciśnięte do ziemi dziecko. To jest właśnie ta desperacja, by ratować życie; to jest ów zastrzyk adrenaliny, który sprawia, że na ten ułamek sekundy stajesz się nad-człowiekiem, i robisz coś co jest niemożliwe.
I to jest właśnie to, co próbują robić oni.
Oni nie chcą, by niewinne ludzkie życie zakończyło się z przyczyn, które wyglądają na tak bardzo praktyczne, i tak bardzo z tego świata. Ów świat mówi, że jakość życia pani Schiavo jest super niska, a więc jej życie nie ma sensu. Odpowiadają więc oni na to: „A kto powiedział, że nie ma sensu? I czym w ogóle jest ów sens? Może sensem jest już samo życie?”
Emocji, jakie kierują ludźmi głoszącymi potrzebę odłączenia pani Shiavo od aparatury nie rozumiem. Co im każe się tak angażować? Czy to wszystko dlatego, że są oni tak pełni współczucia, i na samą myśl, że pani Schiavo cierpi, krwawią im serca? Ale przecież od samego początku, jak ta sprawa jest dyskutowana, nikt nigdy nie stwierdził, że Terri Schiavo dręczy fizyczny ból, tak jak to ma miejsce w przypadku osób konających na raka.
Jeśli jednak to jej ból każe im się tak o nią troszczyć, dlaczego wydają się zupełnie niewzruszeni bólem, jaki jej zadano, kiedy pozbawiono ją jedzenia i picia. I dlaczego argumentując za prawem pani Schiavo do tej śmierci, używają oni tak bardzo agresywnego języka? Przewodniczący Amerykańskich Demokratów nazwał Republikanów ludźmi „bez mózgu”. Michael, mąż pani Schiavo, o przywódcy parlamentarnej większości, Tomie DeLay, powiedział, że to „obleśna żmija”.
Każdy kto zabierał publicznie głos w obronie prawa pani Schiavo do życia otrzymywał maile, które robiły wrażenie jakby były dyktowane przez osoby psychicznie niestabilne, a pisane przez wariatów. Na portalu Democratic Underground ktoś napisał, że „faszystom należy skopać dupy”. W miniony wtorek twarz Jamesa Carville [popularny demokratyczny polityk – przyp. Toyah], kiedy przeklinał Republikanów, że chcą uratować życie pani Schiavo, wykrzywiło tak nieprawdopodobne szyderstwo, że aż można było ujrzeć jego dziąsła. Gdybyśmy nie wiedzieli, jaki to w gruncie rzeczy pan Nikt, moglibyśmy uznać, że oto przed nami pojawił się prawdziwy Szatan.
Czemu więc oni wszyscy tak bardzo zaangażowali się w to, by ta kobieta umarła?
Otóż mam wrażenie, że oni są w śmierci zakochani.
Czego symbolem jest dla nich życie Terri Schiavo? Co im chodzi po głowie, kiedy pomyślą, że ona jednak może żyć?
Dlaczego owa perspektywa życia tak strasznie ich złości? I znów, jeśli czujemy, że życie Terri Schiavo stanowi bezcenny dar od Boga, pasja z jaką go bronimy, jest oczywista. Pasja demonstrowana przez zwolenników śmierci już zrozumiała nie jest. Nie jestem w stanie pojąć ich pewności siebie. Jak idzie o samą wiedzę, osobiście nie mam pojęcia, czy jakakolwiek poprawa w leczeniu Terri Schiavo wchodzi w grę. Mam oczywiście taką nadzieję, wiedzy jednak już nie. I nikt z nas wiedzieć nie może, natomiast z pewnością możemy się „mylić stając po stronie życia”. Skąd jednak ci, co stają po stronie śmierci wiedzą, że nie ma mowy o poprawie, o wyleczeniu, o cudzie wyzdrowienia? Wygląda na to, że oni się wręcz zakochali w tych wciąż przez siebie powtarzanych frazach o „stanie wegetatywnym”, o „śmierci mózgowej”, o „korze mózgowej w stanie ciekłym”.
Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ludzie, którzy, zresztą podobnie jak ja, tak bardzo się angażują w ochronę wielorybów, uważają, że kampania na rzecz ratowania człowieka jest tak mało interesująca. Nie umiem zrozumieć ich braku emocji. A mimo to jest faktem, że ludzie poświęcający się walce o ratowanie wielorybów jakoś niezbyt często są jednocześnie ludźmi, których można spotkać wśród tych, którzy sprzeciwiają się aborcji. Działacze PETA, organizacji na rzecz etycznego traktowania zwierząt, ci sami, którzy opowiadają, jak to bardzo zależy im na tym, by skończyć z okrucieństwem wobec zwierząt, robią wrażenie, jakby problem późnej aborcji, która jest przecież jednoznacznym przykładem okrucieństwa, tyle że tym razem wobec człowieka, ich w żaden sposób nie interesował.
Nie potrafię pojąć, dlaczego ludzie, walczący o zaprzestanie wierceń na Alasce, na rzecz zachowania piękna lokalnej przyrody, nie wykazują najmniejszej ochoty, by się zaangażować walkę na rzecz ratowania piękna, jakie jest w człowieku.
Nie rozumiem, dlaczego ci wszyscy, którzy postulują wstrzymanie wykonywania kary śmierci, tak by każdy przypadek przejrzeć raz jeszcze pod kątem badań DNA – gest świadczący o wielkim współczuciu w stosunku do tych, którym udowodniono bardzo ciężkie przestępstwa – nie wykazują najmniejszego zainteresowania tym, by pewnej kobiecie, której nikt nigdy nie oskarżył o jakiekolwiek przestępstwo, też dać jeszcze jedną, może ostatnią szansę.
Istnieją w Ameryce kobiece organizacje, bardzo mocno zaangażowane w walkę o prawa kobiet dręczonych przez swoich mężów, kobiet bitych i pogardzanych. Wciąż z ich ust słyszymy o tym, jak to kobieta nie jest własnością mężczyzny. I świetnie. Tylko dlaczego owe dobre kobiety nie zaangażują się w walkę o życie Terri Schiavo. Jak by one wyjaśniły swój brak zaangażowania w tej sprawie? Jeśli pani Schiavo umrze, umrze z ręki swojego męża, i tylko z tej ręki. Bo to on właśnie zapewniał wszystkich, że ona bardzo chciała, a może chciałaby, a może tylko w pewnej rzekomej rozmowie lata temu mówiła, że by chciała umrzeć. Marna to podstawa do pozbawienia życia człowieka.
Osoby żądające, by ludzi cierpiących odłączać od aparatury mówią: „Ależ on musi mieć dość życia z tak bardzo uszkodzonym mózgiem!”. O tak! Z całą pewnością. Inna sprawa, że jeśli przyjąć tę argumentację, należy też założyć, że jakiś rodzaj emocji Terri Schiavo jednak odczuwa. Kto z nas nie czułby ogromnego smutku, wiedząc, że jest tak fatalnie niepełnosprawny? Ja pewnie bym płakała każdego dnia, Wy nie?
Popatrzcie jednak na swoje życie. Czyż w nim nie ma momentów, które sprawiają, że jest Wam niezwykle smutno, kiedy czujecie nieznośny ból, frustrację, lub jesteście zwyczajnie źli? Jednak mimo to, wciąż cieszycie się, że żyjecie, czyż nie? Ja tak. Nikt nie lubi leżeć na łożu śmierci. Mało kto tak naprawdę chce odejść.
Terri Schiavo prawdopodobnie umrze. I z jej śmierci nie będziemy mieli żadnego pożytku. Jedynym efektem jej śmierci będzie to, że ci, którzy tak bardzo się w owej śmierci zakochali, będą jeszcze bardziej wściekli i wygłodniali.
A ci, którzy się wciąż uczą – nasze dzieci – o Boże! Jakąż to straszną lekcję one właśnie odbierają. Jakież to straszne historie pomagają im się kształtować. Oglądają one dramat Schiavo w telewizji, słuchają o nim w radio. Przed oczami mają społeczeństwo – społeczeństwo, w którym żyją – które stoi na granicy uznania, wręcz zaakceptowania faktu, że uszkodzone życie jest życiem nadającym się wyłącznie na przemiał. Nasze dzieci dorastały w epoce aborcji, i stanowią część epoki, gdzie podobno nawet bardzo szanowani ludzie myślą z entuzjazmem o eutanazji. Dla naszych dzieci i dla świata, który one będą tworzyć nie może być dobrą sytuacja, kiedy one otrzymują właśnie ową nową lekcję. Lekcję, podczas której dowiadują się, że życie ludzkie nie jest cenne, nie jest święte, nie ma nieskończonej wartości.
Kiedy już to uznamy – że ludzkie życie nie jest w końcu czymś aż tak bardzo szczególnym – wówczas wszystko jest możliwe, i nic już więcej nie będzie dobre. Gdy społeczeństwo dochodzi do przekonania, że życie ludzkie z samej zasady nie jest warte tego, by trwało, stąd już wiedzie bardzo śliska droga do komór gazowych. Jeśli to uznamy, znajdziemy się w jednej chwili na drodze, która zakręca w okolicy masowego morderstwa w Columbine, i prowadzi już prosto do Auschwitz.
Póki co, znajdujemy się w Pinellas Park w stanie Floryda.

Tradycyjnie już, jeśli komuś ten tekst się jakoś przysłużył, a uważa, że coś mi się za to tłumaczenie może należeć, nie będę się odganiał. Trzy standardowe strony. Wedle uznania. Oczywiście jeśli komuś przyjdzie do głowy go cytować, proszę to robić wyłącznie z powołaniem się na adres www.toyah.pl. Dziękuję.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Partia Ludzi Kulturalnych wciąż nad progiem

Trudno jest mi powiedzieć, kiedy w naszym życiu publicznym dokładnie pojawiło się pojęcie chamstwa, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy zaczęto o nim wspominać mniej więcej wtedy, gdy Lech Wałęsa politycznie się usamodzielnił, powstało Porozumienie Centrum, a Jarosław Kaczyński zaczął być publicznie osobą rozpoznawalną. Oczywiście, jak wszyscy wiemy, chamstwo jako termin słownikowy istniało już dużo, dużo wcześniej, niemniej to właśnie wtedy zaczęto o nim wspominać w sensie kategorii społeczno-politycznej, przeciwstawiając je naturalnie tak zwanej kulturze i elegancji. Właśnie tak. Zawsze razem. Kulturze i elegancji.
Jak to zwykle bywa, wraz z pojawieniem się nowych pojęć, pojawili się ludzie, którzy mieli pomóc owe pojęcia spersonifikować. W naszej sytuacji politycznej stało się tak, że po stronie kultury i elegancji stanął cały ówczesny establishment, reprezentowany przez „Gazetę Wyborczą” i jej polityczną reprezentację w postaci rządu i środowisk rząd popierających, natomiast chamstwo przypadło całej reszcie. W pewnym momencie doszło do tego, że jeśli ktoś uznał za stosowne w dowolnym sporze stanąć po stronie władzy, bardzo często swój wybór tłumaczył tym, że on wybiera ludzi kulturalnych i eleganckich, natomiast z tymi co nie potrafią jeść nożem i widelcem, a w dodatku się pocą, nie chce mieć nic wspólnego. Takie to więc były początki nowej demokratycznej polityki w Polsce.
Jak wyglądała owa elegancja i to chamstwo w praktyce? Wydaje mi się, że najbardziej drastycznym tego przykładem był opisywany tu już parokrotnie występ Jacka Kuronia w telewizji, kiedy to zapytany przez dziennikarza (że też, cholera ciężka, zapommnialem, który to z nich był), dlaczego podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu, odpowiedział, że on kiedyś siedział w jednej celi z pewnym esesmanem, no i ponieważ tak wyszło, że mu na przywitanie podął rękę, postanowił, że w tej sytuacji uścisku dłoni nie odmówi już do końca życia nikomu. Nawet komuś takiemu jak Jaroslaw Kaczyński. A więc to był przykład elegancji. Gdzie więc tu chamstwo? No chamstwo, to wiadomo – Jarosław Kaczyński. Wprawdzie tamta wypowiedź to jeszcze bardzo stare czasy, no ale jestem pewien, że każdy z nas potrafi wskazać bardzo dużo przykładów, kiedy to Jarosław Kaczyński właśnie pokazał jakim to on jest chamem.
Ja sobie oczywiście tu troszeczkę kpię, ale problem tak naprawdę jest znacznie poważniejszy. Niedawno przez całą Polskę przewinęła się dyskusja na temat chamskiego zachowania części uczestników uroczystości rocznicowych na Cmentarzu Powązkowskim. Chodziło o to, że kiedy pojawili się tam przedstawiciele władz, ludzie zaczęli buczeć, i to właśnie było to chamstwo. Chamstwo owo – buczenie na cmentarzu – było tak drastyczne, że dosłownie przez kilka dni, wszyscy akurat przebywający w kraju komentatorzy czuli się w obowiązku wyrazić swoje oburzenie. A ja jestem pewien, że i tak nie mieliśmy tego, co z pewnością byśmy przeżyli, gdyby wciąż jeszcze był wśród nas nie tylko Jacek Kuroń, ale i Andrzej Szczypiorski, Bronisław Geremek, czy Jerzy Turowicz na przykład, a więc ci, którzy najlepiej wiedzieli, w jaki sposób można wyrażać różnego rodzaju opinie w tak elegancki sposób, by nikt im nie mógł zarzucić, że są chamami.
Ktoś pewnie spyta, po co ja znów wracam do tematu, który, jak by nie było, ledwo co omawiałem przy okazji świętego oburzenia, jakie w związku z napowązkowym buczeniem ogarnęło naszego kolegę Michała Dembińskiego? W końcu w tej sprawie – zwłaszcza że i sama dyskusja była długa i treściwa – powiedziane zostało już niemal wszystko, a przede wszystkim, parokrotnie też, owa bardzo oczywista prawda, że chamstwa już od ponad dwóch lat nie ma. Zjawisko chamstwa, wobec przejmującej ciszy z jaką spotkało się choćby pewne wystąpienie Janusza Palikota, przestało istnieć. Myślę sobie jednak, że zostało jeszcze coś, co należy koniecznie powiedzieć. Otóż wydaje się, że tak naprawdę chamstwo stanowi zamierzchłą historię już od bardzo dawna. Ono zniknęło z listy moralnych i kulturowych kategorii właściwie dokładnie wtedy, kiedy stało się kategorią ściśle polityczną. A więc na początku lat 90. To właśnie wtedy, niemal w ciągu jednej nocy, postanowiono, że podział polityczny w Polsce biegnie między ludźmi niekulturalnymi, a ludźmi kulturalnymi, gdzie człowiekiem kulturalnym jest Jacek Kuroń, który wspaniałomyślnie podaje rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu, a niekulturalnym Jarosław Kaczyński, który tej reki nie chce pocałować.
I tu, skoro wróciło już to nazwisko, przejdę do konkluzji. Proszę zwrócić uwagę jeszcze raz na ów kuroniowy popis z esesmanem w roli głównej. Na pytanie o to podawanie ręki, Kuroń miał z dziesięć sposobów, by się zachować naprawdę elegancko. Ja na przykład, na jego miejscu odpowiedziałbym dziennikarzowi, że on gówno wie. Właśnie tak bym powiedział: „Gówno pan, panie jakiś tam, wiesz”. Albo może nieco ładniej, a więc na przykład „Odpierdol się pan ode mnie”. Zareagowałbym w ten sposób, bo jestem przekonany, że grzeczność, no i też zwykła ludzka lojalność, wymaga szczerości, a nie jakichś niby-intelektualnych krętactw. Niestety, Kuroń zachował się jak najgorszy prostak, i zaczął wspominać tamtego szkopa. A wspominając go, zrobił dwie rzeczy: ludziom głupim i niewrażliwym zasugerował, jaki to z niego fantastyczny facet o sercu jak worek, a Jarosławowi Kaczyńskiemu – oczywiście za nic w świecie prosto w oczy – dał do zrozumienia, że nie powinien zapominać, jakie miejsce zajmuje w hierarchii, i żeby się z tej ręki aż tak nie cieszył. I dzięki temu między innymi, do dziś w powszechnej świadomości to Kuroń funkcjonuje jako osoba niezwykle elegancka i kulturalna. A Jarosław Kaczyński wręcz przeciwnie. I w ten właśnie sposób, konsekwentnie, działa cała nasza przestrzeń publiczna.
Wczoraj, Michał Dembiński, z którym przez ostatnie dni jestem w stronie ciągłej polemiki, zamieścił u siebie na blogu tekst, w którym, w sposób niemal jednoznaczny, zasugerował podobieństwo między Jarosławem Kaczyńskim, a hiszpańskim generałem Franco. Piszę specjalnie „zasugerował”, bo tak to właśnie było. On nie napisał, że Kaczyński to faszysta. Aby tak napisać, Michał musiałby być szczery i odważny. A on szczery i odważny jest tylko wtedy, gdy w grę nie wchodzi polityka. A zatem on zaledwie elegancko sugeruje. Ni z gruszki ni z pietruszki, wyskakuje z suchą informacją na temat najnowszej historii Hiszpanii, tylko po to, by nagle podzielić się refleksją, że kiedy on myśli o niegdysiejszym Franco, to tak mu akurat po głowie chodzi dzisiejsza Polska. Ja się oczywiście po raz kolejny zdenerwowałem, bo ludzie kulturalni doprowadzają mnie najczęściej do szału, i napisałem Michałowi, że „gówno wie”. Ja wiem, że pewnie złośliwiej by było powiedzieć coś w rodzaju: „Uważam, stary, że nie masz racji”, no ale ja chciałem grzecznie. Jak kolega do kolegi. Z szacunkiem. No i okazało się, że zachowałem się jak cham i prostak.
W tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że ja już zupełnie od tego neo-PRL-u straciłem orientację. Wszystko mi się już popierdoliło. Tu Mazowiecki, tu Tusk, tam pisarz Stasiuk z aktorem Kondratem, gdzieś się nagle pojawia Wałęsa, za nim idzie Kutz z Palikotem, a nie należy zapominać o człowieku wręcz psychicznie kulturalnym, czyli redaktorze Tomaszu Wołku, by nie wspomnieć o Jarosławie Gowinie, a gdzieś w kącie się czai duch Lecha Kaczyńskiego siedzący na kiblu z flaszką wina między nogami i wygląda jak kartofel. Z tego wszystkiego naprawdę można stracić głowę. Mam nadzieję, że mnie Państwo rozumiecie.

Wiele wskazuje na to, że wrzesień będzie stanowił przełom. Czy tak będzie naprawdę - oczywiście nie wiem. Tak czy inaczej, proszę mi tę pomoc jeszcze trochę pociągnąć. A potem się zobaczy. Nawet nie wiecie jak bardzo bym chciał, żeby się to skończyło. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...