poniedziałek, 9 lipca 2012

O solidarności szczególnej

Ciekawy jestem, czy ktoś poza mną i Coryllusem zwrócił uwagę na pewną stosunkowo, zwłaszcza w Salonie24, nową tendencję. Otóż z jednej strony pojawiła się bardzo wyraźna próba marginalizowania tego co my tu robimy, czy to przez fizyczne spychanie naszych tekstów w niebyt i – konsekwentnie – zarzucanie nam, że jesteśmy nieudacznikami z przerośniętymi ambicjami, a z drugiej, wszystko wskazuje na to, że moje i jego pisanie tak bardzo zaprząta uwagę wielu, że z tym nieudacznictwem sprawa robi wrażenie mocno naciąganej.
Wszyscy pewnie wiemy, kim jest bloger przedstawiający się jako Matka Kurka. Myślę, że gdyby niezależne ośrodki badania blogosfery przeprowadziły jakiś ranking odnośnie blogów, Matka Kurka znalazłby się, obok Kataryny, Rybitzkiego i może jeszcze kogoś, na samym jego szczycie. Otóż moim zdaniem – pomijając fakt, że on obiektywnie stoi znacznie wyżej ode mnie – Kurka jest faktycznie blogerem bardzo dobrym, bardzo sprawnym i często sprawniejszym ode mnie. Niedawno napisał on naprawdę świetny tekst o FYM-ie, tekst o jakim ja mógłbym tylko marzyć, i kiedy wydawało się, że na tym wszystko się zacznie i skończy, okazało się, że już pod sam koniec Matka Kurka nie mógł się powstrzymać, by nagle nie wspomnieć o mnie. Jednym tylko zdaniem, ale za to kompletnie niepotrzebnie, no i przez to bardzo znacząco.
Czego on ode mnie chciał? Otóż niemal nic. Jego tekst w ogóle nie był o mnie. Jemu tylko przyszło do głowy, by na sam koniec swojego tekstu obrazić FYM-a w taki sposób, by mu zasugerować, że on znalazł się już tak dramatycznie nisko, że niedługo skończy jak Toyah. A więc ja. No i ja się zastanawiam nad dwiema rzeczami. Pierwsza to taka, czemu bloger tak wybitny i cieszący się takim uznaniem, zaprząta sobie głowę kimś takim jak Toyah. To raczej ja powinienem o nim wciąż pisać, z nim polemizować i w ten sposób próbować na nim wjechać możliwie wysoko. A tu wygląda na to, że jest dokładnie odwrotnie. Że to on nie potrafi się beze mnie nawet zająć tematem tak prostym jak FYM i jego biznes.
Druga rzecz która mnie tu dość mocno zastanawia, to już sama wewnętrzna logika tego co napisał Kurka. No bo skoro dnem dla takiego FYM-a jest pozycja jaką zajmuje Toyah, to skąd Kurka w ogóle o mnie wie? Przecież to nie ma sensu. O ile oczywiście nie jest tak, że moja pozycja w blogosferze stała się wręcz symbolicznie podła. No ale tu też się to wszystko nie dopina. Bo weźmy taką Kasię Tusk i jej blog. To on wydaje się być symbolem najgłębszego upadku, a mimo to trudno sobie wyobrazić, by Matka Kurka napisał FYM-owi, że on skończy jak Kasia Tusk i liczył na to, że w ten sposób sprawi FYM-owi przykrość. No i słusznie. No ale w takim razie, czego on chce ode mnie? Czyżby było coś, czego on mi zazdrości? Myślę że tak, ale żeby o tym powiedzieć, pozwolę sobie na pewną starą już historię.
Otóż kiedyś, zaraz po tym jak wygrałem konkurs Onetu na blog roku, nadeszły wakacje i Coryllus poinformował u siebie na blogu, że wyjeżdża i w związku z tym nie będzie przez jakiś czas pisał. Wtedy więc grupa osób, która lubiła czytać jego blog postanowiła zebrać pieniądze na laptop dla Coryllusa. Coryllus na tę propozycje przystał z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że jemu oczywiście laptop by się przydał, a drugi to ten, że on wiedział, że ja mam wciąż nieużywany laptop, który dostałem od tego Onetu, i który od dłuższego czasu bez sukcesu usiłuję sprzedać. A więc wymyślił sobie Coryllus, że jeśli uda się zebrać pieniądze na laptop dla niego, w ten sposób będzie można pomóc i mnie. I w ten sposób rozpoczęła się ta przedziwna zbiórka, której ostatecznym celem miała być pomoc finansowa dla mnie i mojej rodziny.
Niestety, pieniędzy było wciąż za mało. To znaczy, było ich może wystarczająco dużo, by kupić Coryllusowi coś używanego, jednak za mało by zapłacić mi za mój laptop z Onetu. A Coryllus nie chciał laptopa. On chciał laptop, który ja wygrałem w konkursie Onetu. Bo on chciał mi pomóc. W pewnym momencie doszło do tego, że Coryllusowi zaczęto proponować, że mu laptop sprezentują, jednak on konsekwentnie odmawiał, bo myślał o mnie. No ale niestety, ponieważ pieniędzy było za mało, Coryllus postanowił, że to co dostał zwróci i obaj zostaniemy bez laptopa i bez pieniędzy. I wtedy zgłosił się do niego ktoś, jakiś Tomek czy Paweł, zapytał, ile brakuje do laptopa, no i co trzeba przysłał. I w ten sposób plan się ostatecznie zamknął.
Po co ja o tym wspominam? Otóż chciałem napisać o solidarności. Pewnej szczególnej solidarności, która występuje tylko na poziomie zaznaczonym przez moje i Coryllusa pisanie. Solidarności tak innej od wszystkich, że nawet nie za bardzo nadającej się do opisania. No i przede wszystkim, solidarności tak wyjątkowej, że przez brak możliwości jej zdefiniowania, budzącej autentyczną wściekłość ludzi złych i głupich. Co to za solidarność? Na czym polega jej szczególność? Wydaje mi się, że to jest solidarność, która wynika z dobrze pojętego poczucia interesu. Ona nie jest wynikiem jedynie odruchu serca – choć to oczywiście też – lecz czymś znacznie głębszym. Za nią stoi przekonanie, że jeśli ona zadziała jak należy, wszyscy będą mieli z tego korzyść. A jak idzie o blogi, ta korzyść jest prosta. Jedni będą mogli pisać, a inni czytać. I dzięki temu wszystkim będzie lepiej. I moim zdaniem, to jest coś absolutnie niezwykłego.
Wśród zarzutów jakieś podnoszone wobec Coryllusa, na pierwszym miejscu oczywiście jest tamten laptop. Że on wyżebrał laptopa i powinien się tego wstydzić. Jak idzie o mnie, na celowniku jest już samo to ciągłe żebranie. Niedawno doszło wręcz do tego, że ktoś mi zasugerował, że ponieważ żebranie jest przestępstwem, to że ja biorę pieniądze za to pisanie, też jest przestępstwem. Ciekawe swoją drogą że ta wściekłość dominuje wśród tak zwanych naszych. Chciałem napisać, że mnie to dziwi, jednak chyba jednak tak nie jest. Tamci doskonale wiedzą o co chodzi. Taki Matka Kurka na przykład. I dostaje cholery. Naszym pozostaje tylko tępa bezradność.
Dobra więc. Skorośmy sobie pewne sprawy wyjaśnili, chciałem coś zakomunikować. Otóż, jak niektórzy wiedzą, nasza najstarsza córka skończyła w zeszłym roku studia na wydziale biotechnologii. Kiedy dostawała się na tę swoją biotechnologię, był rok 2006, nasz Uniwersytet Medyczny przyjmował właśnie pierwszy rocznik, i wydawało się, że to jest naprawdę coś. Ja osobiście miałem wobec niej taką nadzieję, że ona skończy studia, zostanie wybitnym biotechnologiem, a ponieważ ta dziedzina wiedzy będzie mocno w cenie, może się zdarzyć, że ona nawet nam będzie mogła na starość jakoś pomóc. Dziś po tych sześciu już latach wiadomo, że nic z tego pewnie nie będzie. Chociaż… pojawiła się pewna szansa. Po podjęciu studiów podyplomowych, po bezskutecznym wysyłaniu swojego CV gdzie się tylko da, przyjęto ją na jakiś poważny kurs w Krakowie, z taką obietnicą, ze jeśli przez miesiąc będzie się tam dzień w dzień udzielała, a na koniec pokaże że się nadaje, ma szansę otrzymać pracę w pewnym naprawdę ważnym ośrodku.
No i jest kolejne zmartwienie. To jej codzienne jeżdżenie do Krakowa będzie nas kosztowało. W dodatku, przez to, że ona sama przez ten miesiąc nie będzie mogła opiekować się pewnymi trojaczkami, za co dotychczas dostawała skromne pieniądze na drobne potrzeby, dla niej to też ewidentna strata, zwłaszcza gdy bez gwarancji końcowego powodzenia. W związku z tym chciałbym się zwrócić do tych, którzy czytają ten blog i widzą w tym bezpośrednią codzienną korzyść, proszę nam coś wrzucić, z wyłącznym przeznaczeniem na ten Kraków starszej Toyahówny. A jeśli to się uda, myślę, że nawet tamten stary laptop Coryllusa tego nie przebije. Dziękuję.

czwartek, 5 lipca 2012

O wsparcie dla Marka Kondrata

Kiedy od czasu do czasu rano udaję się do pracy, od razu za rogiem spotykam dziewczynę, która daje mi gazetę „Metro”. Wsiadam w tramwaj, jadę parę przystanków, wysiadam na Rondzie, a tam już na mnie czeka pewien chłopak, od którego biorę kolejny numer owego „Metra” i, tak jak poprzedni, wyrzucam do kosza. Wsiadam w kolejny tramwaj, jadę parę przystanków, i tam spotykam wciąż tę samą dziewczynę z „Metrem”, biorę swój egzemplarz, wyrzucam go i idę zarabiać na chleb. Kiedy kończę pracę, ona wciąż tam jest, więc znów biorę to pieprzone „Metro”, wciskam je do kosza, i właściwie dalej już mam spokój.
Dziś było o tyle inaczej, że jakimś cudem rzuciłem okiem na pierwszą stronę, przeczytałem następujący tytuł: „Już wiemy, dlaczego Polacy mówią ‘stara bieda’”. Następnie spojrzałem na zamieszczone niżej informacje, grzecznie się z nimi zapoznałem i pomyślałem, że oto coś się wydarzyło.
O co poszło? Otóż okazuje się, że najlepiej zarabiający aktor na świecie, Tom Cruise, zebrał przez cały zeszły rok 75 milionów dolarów. Na drugim miejscu są Leonardo DiCaprio i Adam Sandler z 37 milionami, a czwarta z kolei, to aktorka – Kristen Stewart i jej 34,5 miliony za filmowy hit zatytułowany „Zmierzch”. Po co „Agora”, wydawca „Metra” publikuje te dane? Po to mianowicie, by pokazać, że jednak my Polacy, jak idzie o wymiar międzynarodowy, wleczemy się w ogonie komercyjnego sukcesu. Okazuje się bowiem, że nasz najwybitniejszy artysta teatralny i filmowy Marek Kondrat, przez cały zeszły rok zarobił zaledwie 188,3 tysiąca dolarów, a więc tyle co Tom Cruise przez jeden dzień, co oznacza, że oto właśnie mamy do czynienia ze „starą polską biedą”.
Artykuł w „Metrze” właściwie zaczyna się i kończy tą jedną informacją. Że Marek Kondrat zarabia tylko tyle co Tom Cruise przez jeden dzień, i na tym polega polska bieda. Użyłem jednak słowa „właściwie” nie bez przyczyny. Otóż już pod sam koniec tego przedziwnego tekstu, który redakcja „Metra” zdecydowała się umieścić na pierwszej stronie, jest jednak coś jeszcze. Okazuje się, że te nędzne zarobki Kondrata to tylko wpływy z reklamy Banku ING. Ile on dostaje z bycia wielkim polskim aktorem – nie wiemy. „Metro” mówi nam, ile się płaci za aktorstwo Toma Cruise’a, DiCaprio, czy tej dziewczyny ze „Zmierzchu”. Jak idzie o Kondrata, na tym poziomie, nie wiemy nic.
A ja to uważam za skandal. Bo dla mnie nie ulega wątpliwości, że Marek Kondrat to ktoś o niebo lepszy od jakiegoś DiCaprio. Przynajmniej nie musiał się prostytuować w powszechnie znanym kiczu pod tytułem „Titanic”. Kondrat to jest autentyczny Mistrz. Jeśli ma się okazać, że on, aby zarobić głupie 183,3 tysiąca dolarów, musi ciężko harować dla jakiegoś holenderskiego, czy hiszpańskiego banku, i w ten sposób pokazywać światu naszą polską biedę, to ja się na to nie zgadzam. Tak, proszę państwa, dalej być nie może. Apeluję, żeby reżyser Koterski nakręcił drugą część „Dnia Świra” i spróbował sprzedać go w Stanach. Miejmy nadzieję nadzieję, że teraz, kiedy po Euro 2012 Polska jest na ustach całego świata, może pójść łatwiej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Skoro bieda – to bieda. Proszę pozostać ze mną i wspomagać ten blog w każdy możliwy sposób. Dziękuję.

środa, 4 lipca 2012

Wszyscy chcemy dotknąć Mario Balotelliego

Jak już pewnie każdy kto miał okazję to zauważyć, zauważył, zakończone dopiero co mistrzostwa w piłce nożnej wzbudziły we mnie znaczne zainteresowanie, i to zarówno jak idzie o same mecze, jak i całą oprawę, jaką wokół nich zbudowała reżimowa propaganda. A więc mecze z zainteresowaniem oglądałem, kibicując wybranym przez siebie drużynom, szydziłem z tych wszystkich bałwanów, którzy potrzebowali dopiero piłki, by odkryć w sobie miłość do Ojczyzny, a wszelkich kłamców starałem się jak najskuteczniej niszczyć. O durniach i kłamcach miałem tu już parokrotnie pisać, a więc dziś troszeczkę o kibicowaniu.
Otóż tak już mam od małego dziecka, że, jak idzie o podział na piłkarską północ i południe, wbrew popularnym tendencjom, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, zawsze kibicowałem północy. Jak mówię, nie wiem, skąd się to u mnie wzięło, ale ile razy grała Hiszpania z Holandią, kibicowałem Holandii, a ile razy Anglicy stawali przeciwko Włochom, byłem za Anglikami. Powiem więcej – ile razy z Portugalią grali Niemcy, ja chciałem, żeby zwyciężyli Niemcy. Czy to przez to, że dla mnie Polska jest częścią Północy raczej niż Południa, czy też dlatego, że jak idzie o piłkę, zawsze mi bardziej imponowało to protestanckie wyrachowanie, niż katolickie szaleństwo. Nieważne. Tak jest i już.
Kiedy więc grali Niemcy z Włochami, kibicowałem jak zawsze Niemcom, jednak w miarę upływu czasu, widząc jak fantastycznie grają Włosi, jacy są silni i szybcy i zdeterminowani, pomyślałem sobie, że ja bym chciał, żeby to oni zdobyli mistrzostwo. Że oni jak nikt inny na to zasługują. Wystartowali z tak słabymi notowaniami, a potem najpierw wyeliminowali Anglików, teraz w tak fantastycznym stylu eliminują Niemców – niech więc wygrywają. No i zacząłem kibicować Włochom.
I w tym momencie w przestrzeni publicznej pojawiło się zjawisko określane powszechnie jako „Balotelli”. Kto to jest Balotelli, a więc ktoś o kim jeszcze trzy tygodnie temu nie słyszał niemal nikt? Otóż jest to włoski piłkarz, charakteryzujący się dwiema cechami. Pierwsza z nich nie wyróżnia go w jakiś specjalny sposób, a polega na tym, że potrafi niekiedy kopnąć mocno i celnie piłkę, druga natomiast stawia go rzeczywiście wysoko – otóż ów Balotelli, jak to wynika z tego co się o nim opowiada, jest kompletnym idiotą. Idiotą znacznie większym niż jakikolwiek znany nam wcześniej piłkarz, aktor, czy dziennikarz. Czemu to on nagle stał się takim bohaterem? Czy może przez to, że strzelił Niemcom dwie bramki? Może trochę tak, ale nie sądzę. W końcu nie on jeden, i też, nie oszukujmy się, te jego gole nie były jakoś wyjątkowo piękne. Na przykład bramka Błaszczykowskiego była ładniejsza. Myślę więc, że tu poszło o co innego. O to, że on jest taki inny. Wariat? Może. Głupek? Niewykluczone. Cham? Czemu nie. To wszystko nieważne. To co się liczy to to, że on się zachowuje, jakby go wyjęto prosto ze swego czasu kultowego programu MTV pod tytułem „Jackass”. A to w pewnych kręgach daje przepustkę do bycia gwiazdą. Myślę, że idealnym symbolem tego rodzaju patologii był pisarz Kuczok i jego wypowiedź, w której oświadczył, że dla niego Balotelli jest jak Mozart, a on w nim jest zwyczajnie zakochany. Tak to właśnie Kuczok powiedział: „zakochany”.
Po co ja o tym Balotelli się tak rozpisuję? Otóż po to mianowicie, by poinformować, że kiedy zobaczyłem co się dzieje, uznałem, że Włochom kibicować już nie mam ochoty. Pomyślałem sobie, że jeśli w finałowym meczu przeciwko Hiszpanom ten kretyn zdobędzie jakąś rozstrzygającą bramkę, my się z tego szaleństwa nie wygrzebiemy do końca świata. I że na temat wielkości Balotelliego już nie tylko będą rozprawiać Pilch z Kuczokiem, ale wszyscy. Tusk, Kalisz, Mucha, Olbrychski, Olejnik, a kto wie czy też nie Bronisław Wildstein. Że nagle okaże się, że – w obliczu fatalnej porażki, jaką te mistrzostwa przyniosły Polsce – bohaterem naszej zbiorowej świadomości stanie się już nie Kuba Blaszczykowski, czy Robert Lewandowski, lecz jakiś naturalizowany włoski murzyn-idiota, z niezwykle inteligentnie doczepioną atrapą metrowego penisa. A zatem, kiedy w minioną niedzielę widziałem jak ten bałwan beczy po laniu jakie mu urządzili Hiszpanie, czułem wyłącznie satysfakcję. I czułem ją też następnego dnia, kiedy gruchnęła wieść, że on po meczu, zamiast z kolegami wrócić do hotelu, polazł gdzieś w Krakowie do burdelu i zaginął. I czuję wręcz dziecięca radość nawet dziś, kiedy sobie myślę o Kuczoku, który w tej chwili zapewne się kręci po swoim ukochanym Chorzowie i się rozgląda z jakimś lepszym Mozartem.
Okazuje się jednak że wspomniane wyżej beczenie Balotelliego zrobiło wrażenie nie tylko na mnie. Oto przeczytałem dziś na portalu onet.pl, że niejaka Izabella Łukomska-Pyżalska prezes drużyny piłkarskiej Warta Poznań, napisała do Balotelliego list. Artykuł w Onecie ilustrowany jest zdjęciem tej dziwnej kobiety i jeszcze bardziej kuriozalnym tytułem, który sugeruje, że ta Pyżalska jest „piękna”. Pozwolę tu sobie na pewną dygresję. Otóż ja już jakiś czas temu zauważyłem pojawienie się kosmetycznego procederu pod nazwą botoks. Gdyby ktoś nie wiedział, polega on na tym, że do warg pacjentki wpompowuje się jakiś plastik, który te wargi rozdyma do karykaturalnych rozmiarów i sprawia, że dana kobieta wygląda tak jakby dzień wcześniej jej mąż-menel jej za coś tam wlał. Otóż „piękna” pani Pyżalska jest piękna w tym właśnie sensie i tylko w tym. No i jako ta piękność, pisze list do Balotelliego. List jest tak szczególny, że zacytuje go tu w całości. Proszę się trzymać krzeseł:
„Przede wszystkim pragnę zaznaczyć, że jestem naprawdę pod wrażeniem Twojego występu na Euro 2012. Nie ulega wątpliwości, że zostałeś jedną z największych gwiazd turnieju. Chciałbym mieć takiego utalentowanego zawodnika w mojej drużynie. Nie rozumiem jednak, jak to możliwe, że twardziel taki jak Ty zaczął płakać po meczu finałowym w Kijowie.
Myślę, że mocno pracujesz nad swoim wizerunkiem - wizerunkiem silnego faceta, z odrobiną szaleństwa i nieprzewidywalności. Łzy do tego nie pasują, więc postanowiłam przekazać Tobie kilka chusteczek. Proszę, przestań płakać. Nadszedł czas, aby pokazać się z jak najlepszej strony w klubie, wygrywać trofea. Pokaż światu prawdziwego Balotelliego, prawdziwego wojownika, a nie płaczka.
Z pozdrowieniami,
Izabella Łukomska-Pyżalska, Prezes Warty Poznań S.A.”
Myślę że każdy kto przeczytał to co zacytowałem wyżej, słusznie doszedł już do wniosku, że ta Pyżalska to jest naprawdę ktoś. Że coś takiego jak ten list owej kobiecie daje dożywotnią przepustkę już nawet nie do tego, by zostać ministrem sportu w rządzie Platformy Obywatelskiej, ale prezesem PZPN-u, a może nawet szefem redakcji sportowej „Gazety Wyborczej”, TVN24 i TVP w jednym. Więcej. To że ona najpierw ten list postanowiła napisać, a potem go wysłała i opublikowała, świadczy o tym, że kiedy już Donald Tusk uda się na jakąś placówkę do Brukseli, ona może nawet zastąpić go na stanowisku premiera. I powiem szczerze, że ja nawet, zgodnie z zasadą, ze czym gorzej tym lepiej, takim rozwojem wypadków bym się ucieszył. Wygląda jednak na to, że w tym wszystkim jest jeszcze drugie dno. Otóż ta Pyżalska wysłała temu Balotelliemu swoje zdjęcie. Napisała ten tekst i do niego dołączyła zdjęcie. A to by świadczyło o tym, że jej ambicją nie jest kariera polityczna. Ona ma inne nadzieje. A te nadzieje wynikają dokładnie z tej samej fascynacji, jaką wcześniej zaprezentował pisarz Kuczok. Różnica jest tylko taka, ze Kuczok jednak – choć z tymi celebrytami do końca nigdy nie wiadomo –pozostaje chyba na poziomie platonicznym, a tu mamy już do czynienia z autentyczna desperacją.
A nam wszystkim pozostaje się już tylko zastanawiać, czy ten obłęd sięga nieco szerzej, czy to tylko Kuczok, Pyżalska i paru innych, czy to już może koniec. No i jeszcze coś. Czy prezes piłkarskiej drużyny Warta Poznań to już elita, czy zaledwie drobny biznes. Od odpowiedzi na to pytanie, wbrew pozorom, zależy wcale nie tak mało.

Wprawdzie komentować, jak widać, się Wam kompletnie nie chce, ale wiem, że – wbrew nadziejom paru trolli – tu ze mną wciąż jesteście. Dziękuję za wszystko. Proszę mnie wspierać. I tak, i tak, i jakkolwiek.

wtorek, 3 lipca 2012

O tym jak Rosjanie i Niemcy polubili Polskę

Jak tu akurat wiadomo, z zawodu i z tak zwanego powołania, od zawsze jestem nauczycielem języka angielskiego. Pamiętam jak kiedyś uczyłem grupę psychologów – jeden z nich, mam wrazenie, dziś nawet czyta ten tekst – pracujących w ośrodku pomocy osobom uzależnionym od alkoholu. Otóż mieszkał tam – bo ten ośrodek zorganizowany był na zasadzie domu – pewien człowiek imieniem Jurek, z zawodu malarz pokojowy. Tak się złożyło, że mieliśmy do pomalowania mieszkanie, więc poprosiliśmy tego Jurka, no i on nam wszystko idealnie odmalował. Pracował u nas przez wiele dni i dużo nam opowiadał nam o tym, jak to jest być alkoholikiem i jak wygląda walka z nałogiem. Z tych jego opowieści zapamiętałem właściwie tylko jedną informację: wystarczy jeden kieliszek. Jeden raz. Ten jeden pieprzony raz. Dalej już jest droga w dół.
To jakże dramatyczne wspomnienie pojawiło się w mojej głowie przy okazji prawdę powiedziawszy gówno wartej, jednak ponieważ wszystko tak czy inaczej jest gówno warte, a głupio też wpaść w nastrój owego buddyjskiego skretynienia, gdzie chodzi tylko o to by się uśmiechać i mruczeć, będę pisał tak jak piszę dotychczas. Ktoś zatem kto przez ostatnie dni czy tygodnie nie stracił swojego zwykłego kontaktu z telewizją, może uznać te moje dzisiejsze refleksje za całkowicie trywialne i niewarte uwagi, niemniej wydaje mi się, że nadmierny kontakt z rzeczywistością – podobnie zresztą jak tego kontaktu brak – w niektórych kontekstach może się okazać zabójczy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy owa rzeczywistość jest w sposób jak najbardziej oczywisty patologiczna.
No bo spójrzmy na wspomnianą telewizję. Przyznaję bez zbędnej dyskusji, że od wielu już lat – a te lata sięgają niekiedy głęboko w lata PRL-u – starałem się dość dokładnie obserwować wszystko, co się działo na poziomie bezpośredniej medialnej propagandy. A zatem ani nie uszło mojej uwagi żadne bardziej znaczące nazwisko z tego sztabu, przez co, kiedy na przykład Kisiel publikował listę swoich tak zwanych „typów”, świetnie wiedziałem, o kim i o czym mowa, ani też nigdy nie miałem żadnego powodu, by kiedykolwiek czuć się bardzo zaskoczonym rozwojem wydarzeń. I to oczywiście bardzo sobie chwalę. Podobnie też było przez wszystkie kolejne lata III RP, i dziś tak samo, stojąc tu gdzie stoję, mam poczucie pewnej siły, którą daje wiedza.
Tak się jednak stało, że na dobrą sprawę, od początku Euro 2012, a w rzeczywistości już jakiś czas wcześniej, z nie do końca przeze mnie zdefiniowanego powodu, telewizję przestałem oglądać. Ostatnie trzy tygodnie to praktycznie już były tylko mecze, które, przyznaję, oglądałem z dużą przyjemnością. I, proszę sobie wyobrazić, że wszystko wskazuje na to, że byłem bardzo blisko od tego, by coś autentycznie stracić. Mianowicie, wspomniany wcześniej, kontakt z rzeczywistością. W miniony czwartek jednak poszedłem z moimi dziećmi na połączoną z oglądaniem meczu Niemcy-Włochy wizytę do pewnych bliskich nam państwa, których na wyraźnie sformułowane żądanie mam wieczny zakaz tu identyfikować, i tam przez jakieś półtorej godziny oglądałem telewizję TVN24. Otóż owe półtorej godziny, nie dość że w całości było wypełnione tematem mistrzostw, to w dodatku tematem ujętym w taki sposób, by przekaz formułowany był w jednym kierunku – Polska odniosła wielki, cywilizacyjny sukces, a to wyłącznie dzięki fantastycznemu wysiłkowi Platformy Obywatelskiej. No i stało się. Wystarczyło wziąć raz. Wystarczył ten jeden cholerny kieliszek. A dalej poszło już jak z płatka.
Jak mówię, z reżimową propagandą jestem od wielu wielu lat za pan brat i widziałem naprawdę wiele, poczynając od najwcześniejszego Gierka i jego służb, po Jerzego Urbana i Wiesława Górnickiego, kończąc na słynnych duetach Uberman – Szykuła, oraz Reszka – Majewski. Czegoś takiego jak w ówczesny czwartek, następnie w upalny sobotni wieczór, i wreszcie wczoraj, po zakończeniu meczu Włochy-Hiszpania, obserwować nigdy nie miałem okazji. Szlag jednak trafił czwartek z Marcinkiewiczem, Olejnik, Fibakiem i aktorem Malajkatem. Szlag trafił nawet ową sobotę, kiedy to na ułamek chwili – daje słowo, że to był ułamek chwili – włączyłem TVN24, a tam jeden z tych szczególnych dziennikarzy, których nazwiska Dobry Bóg mi zwyczajnie nie pozwala zapamiętać, rozmawiał ze znanym powszechnie Tomaszem Wołkiem, jakimś senatorem Platformy Obywatelskiej i człowiekiem nazwiskiem Waldemar Dąbrowski, dziś dyrektorem teatru, a wcześniej – jak to czasem bywa – wszystkim i nikim, kiedy to Tomasz Wołek zasugerował, że ponieważ ten sukces polśni nam jeszcze tylko przez jakiś czas, należy skorzystać z okazji i ostatecznie zlikwidować kibolstwo. Popatrzmy na dzień ostatni, a więc występ człowieka imieniem Agaton.
Zanim jednak zajmiemy się tym czymś, znów chciałbym sobie pozwolić na pewne wspomnienie. Swego czasu, jak może niektórzy pamiętają, gazeta codzienna „Dziennik” zorganizowała ankietę wśród najbardziej wpływowych osób polskiej kultury pod tytułem „Czy Polska jest sexy?”. Projekt polegał na tym, że ci właśnie wybitnie Polacy mieli przesyłać do Redakcji teksty o Polsce, w których oni będą pisać, co o tej Polsce sądzą. Wynik tego sprawdzianu był taki, że Polska to żałosne gówno i każdy porządny obywatel powinien się wstydzić, że przyszło mu być tego czegoś częścią. Dziś po latach, mogę nie najlepiej to wszystko odtwarzać, ale wydaje mi się, że najbardziej wdzięcznym przedstawicielem tamtej opinii był pisarz Stefan Chwin. Otóż napisał on dla „Dziennika” bardzo, bardzo dużo, ale dziś, na potrzeby tej refleksji, przytoczę tylko jeden fragment tamtej wypowiedzi:
„Chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści”.
I oto, jak się okazuje, wystarczyły jedne mistrzostwa Europy w piłce nożnej, by tamten nastrój nagle się diametralnie zmienił. By się okazało, że nie, nie jesteśmy już „kłębiącym się w przejściach podziemnych dresowatym ludem z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza”. Nie możemy nim być, choćby przez to, że, jak się okazało, poznańską strefę kibica przez te trzy tygodnie odwiedziło 700 mln ludzi, a wszyscy byli piękni i radośni. I wreszcie cały świat zobaczył, jaka Polska jest sexy. Ale to wszystko mało. Atmosfera zrobiła się tak podniosła, że oni o wygłoszenie słowa poprosili dziennikarza „Polska The Times”, wspomnianego już człowieka imieniem Agaton, który wspólnie z towarzyszącym mu dziennikarzem TVN24 zwrócili się do mnie, bym przestał już wreszcie karmić te swoje kompleksy i zrozumiał w końcu, że Polska to wielki, wspaniały, europejski kraj, ze wspaniałymi, wykształconymi, znającymi języki obce ludźmi. Że Hiszpania wygrała ten finał i że cały świat wie, że z jednej strony do tego zwycięstwa by nie doszło, gdyby nie te nasze drogi, stadiony i cudowna atmosfera, a z drugiej gdybyśmy te mistrzostwa organizowali sami, bez Ukrainy, byłoby jeszcze lepiej i jeszcze bardziej sexy.
W pewnym momencie Agaton powiedział coś takiego (cytuję z pamięci): „Fantastycznie się stało, że do organizacji tych mistrzostw wybrano cztery najważniejsze miasta w tym kraju”. A dla mnie to zdanie, razem z „tym krajem” i tymi czterema „najważniejszymi” miastami, to jest już prawdziwy wyczyn. Bo o co chodzi? Staje przed nami człowiek o imieniu Agaton i oznajmia, że Wrocław, Poznań, Warszawa i Gdańsk to są „najważniejsze” polskie miasta, że Polska to jest „ten kraj” i że jeśli ten „dresowaty lud z lumpeksu” nie pojmie, że oto dostał od świata złoty róg, to jak zwykle wszystko zaprzepaści. A ja sobie myślę, co można na ten rodzaj impertynencji powiedzieć. Jakich swoich retorycznych talentów mogę użyć, by tego człowieka zwyczajnie wdeptać w ziemię? Jego, a może przede wszystkim tych, co go opłacają. I dochodzę do wniosku, że znaleźliśmy się w miejscu, gdzie o retoryce mowy już być nie może. Tu jedyne co można zrobić to zmusić Agatona, by się położył, i się przez chwilę nie ruszał. A następnie mu nasrać na głowę.
Na swoim blogu dotychczas zamieściłem grubo ponad tysiąc tekstów. Jeśli prześledzić tak zwane „tagi”, ponad setka z nich w ten czy inny sposób dotyczy Polski. A ja tu mogę dodać, że w każdym z nich, ilokrotnie pojawiało się słowo „Polska”, było ono wypowiadane z najwyższą miłością szacunkiem, i dumą. Właśnie – z dumą. Każdy mój tekst, ile razy przyszło mi deklarować swoją polskość, był tu całkowicie jednoznaczny. I teraz, tylko dlatego, że ta banda zepsutych darmozjadów nagle dostrzegła szansę na dalsze bezkarne pasożytnictwo w roznieceniu dumy narodowej, mają oni czelność stawać przede mną i mi tłumaczyć, że bycie Polakiem to jednak piękna rzecz? Bo w strefie kibica pojawiło się aż 700 mln. ludzi? I że ja nie powinienem się już dłużej wstydzić? O nie! Tu żadnej litości być nie może.
To jest zresztą nieważne. Skończyły się mistrzostwa, polska drużyna, wylosowawszy jakimś niezwykłym cudem najsłabszą grupę, zakończyła swój start w eliminacjach na ostatnim miejscu, w dodatku w atmosferze wzajemnych oskarżeń i pretensji, natomiast jeśli rozejrzymy się wokół siebie, widzimy niemal wyłącznie udekorowany biało-czerwonymi flagami entuzjazm. Wczoraj na zmianę pokazywano ujęcia z Madrytu i Poznania i naprawdę nie było sposobu ustalić, gdzie panowała większa radość. W związku z czym? Hiszpanów oczywiście zrozumieć jest łatwo, natomiast jak idzie o tę bandę idiotów w wielkich biało-czerwonych cylindrach – wyjaśnienia nie ma. Przepraszam bardzo, ale nie widzę żadnego innego powodu dla tej histerii jak to, że Irlandczycy okazali się tak fantastycznymi kibicami, a to podobno dzięki temu, że ich tak nastroił sukces Platformy Obywatelskiej w skutecznym dołączaniu nas do Europy.
W tej chwili mam telewizor wyłączony, meczu żadnego nie ma, mistrzostwa się skończyły, a jutro kolejny zwykły dzień. Ale postanawiam zaryzykować i włączam swój TVN24, by sprawdzić stan przekazu. Otóż okazuje się, że Sąd Najwyższy wydał wyrok w swego czasu znanej dość sprawie pewnych państwa z Zabierzowa, których oszukała udzielająca tak zwanych „pożyczek niebankowych” firma i skutkiem tego nieudanego interesu oni są dziś bez domu. Od początku tej historii minęły już trzy lata, i we wrześniu sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia. Dziennikarze TVN24 chwalą się, że to dzięki temu, że oni nagłośnili sprawę. „w tunelu zapaliło się światełko”. A więc dobrze. Wracamy do codzienności. Może jeszcze tylko jeden dzień, czy dwa.
Czy ktoś może nie wie, o czym ja mówię? Przepraszam, ale jaśniej już nie potrafię.

Jeśli komuś powyższy tekst sal choć odrobinę satysfakcji, proszę łaskawie wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Przypominam niezmiennie, że w księgarni u Coryllusa jest do kupienia książka o liściu i Elementarz. Bardzo serdecznie polecam. Dziękuję.

poniedziałek, 2 lipca 2012

O czarach, jak zawsze z nadzieją, że po raz ostatni

Rola pani Toyahowej w naszym domu sprowadza się w znacznej mierze do tego, że ona trzyma wszystko w tak zwanym pionie. Oczywiście, kiedy jest na miejscu, wszystkie nasze myśli skoncentrowane są na tym, by ona była zadowolona, co samo w sobie jest sytuacją dość niekomfortową, natomiast jak jej nie ma, to tak wyczekiwane poczucie wolności zaczyna już po paru godzinach zwyczajnie męczyć. A chodzi właśnie o ów wspomniany wcześniej pion. No bo w końcu – a nie zapominajmy, że to jest zaledwie pierwszy z brzegu przykład – jak długo można leżeć bezczynnie, tonąć w dodatku w brudnych kubkach i talerzach?
W miniony czwartek żona moja została przez swoją szkołę wysłana do Brukseli na jakieś szkolenie, z którego wróciła wczoraj. Przedwczoraj wszyscy, pozbawieni koniecznego nadzoru, znaleźliśmy się w takim stanie zidiocenia, że pod wieczór włączyliśmy telewizor, w którym najpierw obejrzeliśmy fragment zdubbingowanego w wersji niemieckiej filmu pod tytułem Gang Olsena, nadawanego – jakże by inaczej – przez telewizję Silesia, następnie parę fragmentów amerykańskiego „Mam Talent”, by wreszcie trafić na coś, co się nazywa Mango Telezakupy, a tam występ na żywo człowieka o imieniu David, który przez telefon odpędzał złe duchy. Wbrew temu co się może wydawać, ów David jest jak najbardziej Polakiem i obsługuje lokalną polską publiczność, a idea programu jest taka, że jeśli ktoś ma w rodzinie jakieś zmartwienie, dzwoni do tego Davida, a on za pięć złotych za minutę przy pomocy wahadełka, czterech kart i zaklęcia usunie szkodliwą energię.
Ktoś powie, że to nic takiego. Każdy kto ma w domu satelitę, wie że tego typu specjalistów jest wszędzie całe mnóstwo i oni na całym świecie, przez 24 godziny na dobę, ciągną pieniądze od durniów, których ileś tam zawsze musi się znaleźć. Z owym Davidem jednak sprawa jest szczególna. Otóż na mnie przede wszystkim zrobił wrażenie komunikat eksponowany przez cały czas trwania seansu na dolnym pasku” to jest ostania okazja by skorzystać z pomocy Davida zanim on się uda na urlop. A to moim zdaniem musi świadczyć o tym, że ten David to nie byle kto. To człowiek, który ogłasza: „Słuchajcie. Ja jutro jadę na urlop, więc kto nie zdąży, niech się spodziewa najgorszego. Macie jeszcze tylko 23 minuty, a dalej – przykro mi, ale nie będę mógł już nic zrobić”, a na to wszyscy rzucają się do telefonów i proszą: „Davidzie, błagam. Córka zakochała się w złym człowieku, i już nie wiem co robić”.
Druga rzecz to sam David. Otóż ten człowiek, jak idzie o elokwencję i ogólną prezencję, wygląda tak, jakby redakcja Mango Telezakupy przez rok szukała kandydatów do prowadzenia tego czegoś, i kiedy już wydawało się, że się nikt nie zgłosi, przylazł on, więc go od razu wzięli. Ja wiem? On przypomina aktora Henryka Gołębiewskiego, tyle że trochę bardziej jak z ulicy, no i o pustce w oczach jeszcze głębszej, niż ta, którą czasem widzimy u spikerek Superstacji. Siedzi więc ten David, tasuje karty i prosi, żeby dzwonić, bo on zaraz jedzie na urlop, więc go nie będzie. Dzwoni telefon, on pyta, w czym rzecz, dzwoniąca pani (kiedy oglądałem program, dzwoniły tylko kobiety) mówi o co chodzi, on układa na stole krzyż z czterech kart i mówi (za każdym razem niezmiennie tak samo), że w piątym pokoleniu wstecz doszło do wypływu złej energii, ale on ją zaraz usunie. Wyciąga wahadełko, zaczyna nim kręcić nad kartami, szepce jakieś niezrozumiale zaklęcia adresowane, jak sam mówi, do Archanioła Gabriela, następnie, jak ksiądz w konfesjonale, wykonuje znak krzyża i ogłasza, że sprawa załatwiona. No i prosi o kolejny telefon, bo on zaraz jedzie na urlop.
Otóż, jak idzie o poziom bezczelności, ja czegoś takiego nie miałem okazji doświadczyć od czasu lektury „Głowy na tranzystorach” Hanny Ożogowskiej, kiedy to Marcin z Kostkiem, aby zarobić na zwrot długu, urządzili małym dzieciom cyrk w którym sztuka pod tytułem „zdalnie-sterowany człowiek” polegała na tym, że kiedy Marcin się łapał za ucho, to Kostek pokazywał język, i ten numer kosztował każde dziecko 50 groszy. Ale nie o to najbardziej mi chodzi. Pisząc ten tekst, mam na myśli przede wszystkim tę parodię spowiedzi. Ów David, autentycznie, ile razy robił ten swój porządek na pięć pokoleń do tylu, udawał księdza, szepczącego modlitwę i wykonującego znak krzyża. I ja sobie wtedy powiedziałem, że tu w ogóle nie ma żartów. To jest bowiem czysty satanizm, który nawet nie jest skierowany do tych biednych dzwoniących tam pań (bo prawdę powiedziawszy, jeśli ktokolwiek tam dzwonił, to najczęściej tylko po to, by sprawdzić jedynie, czy to się dzieje naprawdę i się od razu rozłączyć), ani też i nawet do nas (bo nie sądzę, by ten program razem z nami oglądało więcej niż sto osób). Tam nie chodziło ani o propagandę, ani tym bardziej oczywiście pieniądze. Ten program sam w sobie stanowił czarnoksięski rytuał na cześć Szatana. Tylko tyle i aż tyle. Tam nie chodziło ani o te złotówki za minutę, ani o to wahadełko, ani o to co on tam gadał, ale tylko o te dwa elementy, tę szeptaną modlitwę i znak krzyża. Po co. Po nic. Żeby były.
I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że poruszając się w znanym nam wszystkim napięciu, raz po raz narażam się na ryzyko ośmieszenia się. Wiem, że to moje dmuchanie na zimne niekiedy może wyglądać dość głupio, a moja reakcja na numer z Davidem może bardzo łatwo okazać się wybitną tego demonstracją. Stało się jednak tak, że jak już nas obleciał odpowiedni strach i to Mango zamknęliśmy w cholerę, przełączyliśmy kanały na końcowe może10 minut słynnego polskiego filmu „Wojna polsko-ruska”. Scena była taka, że po plaży biega aktor Borys Szyc z jakaś sepleniącą kurwą, oboje są albo zaćpani, albo pijani – nie wiem – Szyc jest ubrany w biało-czerwony dres z orzełkiem i napisem „Polska”, później oboje udają się na jakieś bardzo eleganckie typowo-warszawskie osiedle, niewiadomo dlaczego całe udekorowane biało-czerwonymi flagami, gdzie najpierw się pieprzą, a później on goły wyłazi na balkon i krzyczy, że jest dobrze.
Przypominam, że chodzi o kultowy polski film „Wojna polsko-ruska”, nakręcony według równie kultowej powieści jeszcze bardziej kultowej pisarki Masłowskiej, z papierami prosto z Agory. A więc nie mówimy w tej chwili o jakimś gównie zatytułowanym Mango Telezakupy nie wiadomo dla kogo. To jest poziom najbardziej elitarny, zapełniony takimi nazwiskami jak Kuczok, Krajewski, Koterski, czy Pilch. A mimo to, nagle stoimy w obliczu takiego oto faktu – to jest dokładnie ten sam rodzaj przekazu, jaki mogliśmy podejrzeć w przypadku udającego spowiednika Davida. Ten sam rodzaj przekazu, i skonstruowany na dokładnie tak samo co tamten amatorskim – amatorskim w sposób bezczelnie szyderczy – poziomie, Zarówno ten film, jak i tamte czary wyrastają z jednego źródła i mają tylko jeden cel. Rzucić urok na to wszystko co tradycyjnie było symbolizowane przez tę pierwszą i ostateczną jedność Bóg-Honor-Ojczyzna.
A więc, jak mówię, nie ma żartów. To w ogóle nie jest zabawa. I byłoby bardzo źle, gdybyśmy zupełnie niepostrzeżenie dali sobie wmówić, że nic się nie dzieje.

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za Waszą obecność i solidarną pomoc. Bez niej nie byłoby w ogolę o czym gadać. Nie byłoby nic.Proszę o mnie nie zapominać.

niedziela, 1 lipca 2012

Już mu łeb zdeptano, jako obiecano!

W jednym z ostatnich tekstów wspomniałem o tym jak z księdzem Paddingtonem i grupą małych dzieci z miejscowej podstawówki pojechaliśmy do wsi Obra, by zwiedzić mieszczące się w starym i niezwykle pięknym pocysterskim kompleksie seminarium duchowne Ojców Oblatów. Dzieci z którymi tam byliśmy, były zwykłymi wiejskimi dziećmi, a że w znacznym stopniu wyszły spod ręki i serca swojego księdza, stanowiły grupę, która potrafiła zrobić wrażenie, szczególnie gdy przyszło im śpiewać na pełen głos „Chwalcie łąki umajone”. A nie należy też zapominać o dwóch paniach nauczycielkach.
Najpierw ksiądz Paddington odprawił dla nas wszystkich Mszę Świętą, a po mszy, po samym kościele i po jego podziemiach prowadzał nas młody bardzo chłopak, jeszcze kleryk, a ja sobie tylko myślałem, że to jest naprawdę niesamowite, jak on – człowiek w końcu tak młody i siłą rzeczy przecież niedoświadczony – potrafi być sprawny w kontaktach z ośmiolatkami. W kościele znajduje się wielki obraz przedstawiający św. Jana Nepomucena trzymającego swój obcięty przez głupiego i występnego króla język. Kleryk najpierw urządził dzieciom konkurs na to, by zgadywały, co on takiego trzyma w ręku, a po tym, jak już dzieci wyczerpały swoją wyobraźnię do końca, zaczynając od ptaszka, a kończąc na jajku, kleryk poinformował ich że to jest nic innego jak język św. Jana, i opowiedział im historię owego języka ze szczegółami. Nie trzeba dodawać, że dzieci były zachwycone.
Następnie zeszliśmy do krypty, żeby obejrzeć trumny z pochowanymi tam zakonnikami plus centralnie położony sarkofag Karola Antoniewicza. Kleryk opowiedział dzieciom o tym, że cholera to nie tylko brzydkie słowo, ale też okropna choroba, a następnie, jak to Antoniewicz zmarł zaraziwszy się tą właśnie cholerą od pewnego biedaka, któremu niósł Komunię Świętą. Dzieci słuchały w skupieniu, przyglądały się tym trumnom i tylko jeden chłopczyk zapytał, czy się nie zarazimy cholerą, ale po zapewnieniu kleryka, że nic mu nie grozi, dumał nad tą niezwykłą tajemnica z wszystkimi.
W pewnym momencie, kiedy staliśmy przed ołtarzem, kleryk pokazał nam pewną absolutnie niezwykłą rzecz. Otóż ponieważ jest to kościół należący kiedyś do Cystersów, po obu stronach prezbiterium znajdują się tak zwane stalle, czyli chóry zakonne, w których Cystersi mieli zwyczaj siedzieć i śpiewać na zmianę, raz ci z lewej, a raz ci z prawej. Otóż to co dla nas tu interesujące, to to że aby wejść do któregokolwiek z nich, trzeba było stanąć na stopniu skonstruowanym na kształt skrzydlatego smoka, który oczywiście miał symbolizować Szatana. Oryginalna myśl więc była taka, by przystępując do tych śpiewów najpierw zdeptać Diabła.
Kiedy opowiadający nam o tym wszystkim kleryk zwrócił nam uwagę na to deptanie, a w dodatku w jego glosie nie zauważyłem nawet śladu zawstydzenia tak oczywistym przejawem jakże niechrześcijańskiej nienawiści, pomyślałem sobie, że gdyby w tamtym miejscu i w tamtym momencie pojawiła się obok nas jakaś dziennikarka lokalnego dodatku do „Gazety Wyborczej”, byłoby już po nas. Oczywiście po nas by było już wcześniej, za samo sprowadzenie tych dzieci w tak okropne miejsce, gdzie nic tylko te podziemia, te trumny i obcięte języki, nie wspominając już o niebezpieczeństwie złapania cholery, ale myślę, że ta nienawiść by nas pogrążyła ostatecznie.
No ale jakoś nam się upiekło. Mam tylko nadzieję, że to wszystko przez to, że do takich ekscesów jak ten, do którego doszło w miniony poniedziałek w kościele w Obrze, dochodzi w Polsce każdego dnia, w dziesiątkach miejsc, i różnego rodzaju szamani, czy to z ”Wyborczej”, czy z jakichś ośrodków krzewienia kultury świeckiej o nieokreślonych nazwach, musieliby się rozdwoić, żeby opanować choćby małą tego cząstkę. I że akurat, dalej będzie już tylko – z ich punktu widzenia, naturalnie – gorzej, i w efekcie nie pozostanie im nic innego jak słuchać po raz sześćset sześćdziesiąty szósty najnowszej płyty grupy muzycznej pod nazwą Kapela ze wsi Warszawa – tak długo aż im języki porosną włosami.

Przypominam wszystkim, którzy wciąż są do tylu, że wciąż jest do kupienia książka o liściu i elementarz. I u Coryllusa, i w Poznaniu u Karmelitów i w wielu innych miejscach. A jak ktoś już ma i książkę i trochę swobody ruchów, proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 30 czerwca 2012

Uniwersytety z ograniczoną odpowiedzialnością

Mój kolega Gabriel Maciejewski, znany nam troszkę bardziej jako Coryllus, ma ostatnio w głowie kilka tematów, które go absorbują w sposób zupełnie skandaliczny, a jednym z nich jest coś co on chyba trochę umownie określa mianem „uniwersytety”. Inna sprawa, że prawdę powiedziawszy, ja sam do końca nie wiem, czy to jest istotnie coś umownego, czy jak najbardziej dosłownego, bo Gabriel jest tak bardzo oczytany i tak pełen najróżniejszej wiedzy, że ja właściwie nie mam pojęcia, co on do mnie mówi. To znaczy, słucham go – lub też czytam – regularnie i z najwyższą przyjemnością, ale zdecydowanie bardziej dlatego, że nie znam nikogo, kto potrafi opowiadać w tak pasjonujący sposób, niż przez to, że jego wykłady dają mi jakakolwiek konkretną wiedzę. A więc wiem, jak mi się zdaje, że jego zdaniem cała historia świata, od narodzenia Pana do dzisiaj, to wyłącznie wojna między demonami a chrześcijaństwem, i że uniwersytety stoją bardzo zdecydowanie po stronie demonów. Poza tym, wszystko co mi pozostaje to już tylko czuć i zgadywać.
Przyznać jednak muszę, że te uniwersytety akurat mnie zainteresowały bardziej niż może i cała reszta. Chodzi bowiem o to, że ja od wielu już lat, mam niezwykle silne wrażenie, że uniwersytety w rzeczy samej są siedliskiem wszelkich trapiących nas dziś chorób. Jestem bardzo mocno przekonany, i wydaje mi się, że to przekonanie już tu w różny sposób wyrażałem, że z jakiegoś nie do końca przeze mnie rozpoznanego powodu, każdy kto przepracuje choćby kilka lat na którymkolwiek uniwersytecie, popada w rodzaj szaleństwa, przy którym to co się dzieje z niektórymi nauczycielkami w podstawówkach gimnazjach, czy choćby i w liceach, wydaje się być wakacyjną zabawą. Co ciekawe, nie tak jak w szkołach, tu nie może tu chodzić o to, że oni wszyscy są tak sterroryzowani przez studentów i ich rodziców, że aby tę agresję przeżyć, muszą uciec w psychiczną chorobę. Większość z nas świetnie bowiem wie, że jeśli w ogóle mamy mówić o terrorze, to tu mamy do czynienia z kierunkiem odwrotnym. Pracownicy naukowi na uniwersytetach mają władzę pełną i egzekwują ją z pełną swobodą i, można by powiedzieć, zamiłowaniem… gdyby nie ten właśnie fakt. Oni w swojej poważnej większości są obłąkani. I wcale nie mam tu na myśli tylko tych wręcz już przysłowiowych staruszków-wariatów, odjechanych naukowców, którym wszystko się kojarzy z nieskończonością. Mówię o wszystkich. Nawet o jakichś niedorobionych filologach uczących gramatyki opisowej. A to by wskazywało na to, że oni na tych uniwersytetach jednak cierpią. Dlaczego?
Żeby nie poruszać się wyłącznie w sferze publicystycznej retoryki, pozwolę sobie na parę przykładów z tak zwanego życia. Wiem przy tym z całą pewnością, że gdybyśmy nie rozmawiali ze sobą na blogu, lecz zwyczajnie przy flaszce w jakimś przytulnym kąciku, już w tej chwili podniósłby się las rąk i wszyscy zaczęliby wołać: „To może ja coś opowiem!” Tak się jednak składa, ze to ja tu jestem dziś szefem, więc proszę posłuchać. Studiowałem tę filologię w Sosnowcu i zajęcia z fonologii mieliśmy z człowiekiem nazwiskiem Ruszkiewicz. Z wyglądu przypominał on trochę młodego Stefana Niesiołowskiego i korzystał jedynie z dwóch zestawów ubrań. Wykłady prowadził w garniturze, zawsze tym samym, zajęcia – zawsze w tych samych spodniach i polo nieokreślonego koloru. Lubiliśmy go, bo się zabawnie jąkał i był zawsze w dobrym humorze. Nienawidziliśmy go, bo był kosmitą. Egzamin wyglądał u niego tak, że człowiek przychodził, udzielał odpowiedzi w sposób jednoznaczny całkowicie idealnych, na co Ruszkiewicz mówił: „P… p… panie kolego, idź się pan o… o… żeń” i wstawiał do indeksu dwójkę. Albo na egzaminie zadawał pytanie: „P… powiedz mi p… pan miasto w Polsce, gdzie mamy b… b… bezdźwięczne „l”. A po chwili sam odpowiadał „P… Przemyśl. Idź się pan p…. poucz”. I odsyłał studenta z dwóją na wrzesień.
Literatury uczyła nas kobieta o nazwisku Wiszniowska. Ta z kolei miała taki zwyczaj, że jeśli kogoś nie lubiła – najczęściej były to dziewczyny – patrzyła na którąś z naszych koleżanek, słuchała jak odpowiada na zadane pytanie i nagle jej przerywała uwagą: „Pani śmierdzi”. Zdawałem u niej egzamin wstępny. Siedziała wprost przede mną, jadła słonecznik i wypluwała w moją stronę skorupki. Kiedy byłem na trzecim roku, pokochała mnie. Bez względu na to, czy coś umiałem, czy wygadywałem kompletne bzdury, zwracała się do mnie „panie Krzysieńku” i dawała mi czwórkę. Zawsze czwórkę.
Praktycznego angielskiego uczył nas człowiek nazwiskiem Anthony Jeffrey i wieść niosła, że był on absolwentem Oxbridge. Lubiliśmy go niezmiernie, bo się z nami upijał, nie miał żadnych wymagań, a oceny do indeksu wpisywał jednobrzmiące: „Amazing!” I do tego datę – 3.14.3611.
Zajęcia z tak zwanej gramatyki kontrastywnej mieliśmy z doktorem Jakubczakiem. Był bardzo gruby – coś na kształt Piotra Semki – chodził w obcisłym elastycznym polo i w spodniach na szelkach, wszędzie ze sobą nosił siatkę na zakupy, wypełnioną całą kupą batoników Prince Polo i gazetą „Przyjaciółka” i wszyscy wiedzieli o nim, że uchodzi za „największego w Europie specjalistę od predykatów”. Baliśmy się go tak bardzo, że pewnego dnia, kiedy mu podczas zajęć puściły szelki i został w samych gaciach, nikt nawet nie sapnął. Egzamin wyglądał tak, że pisał go jednocześnie cały rok w czterech salach. On przyszedł, podał nam temat i powiedział, że wróci za półtorej godziny… i sobie poszedł. Przez te półtorej godziny wszyscy siedzieliśmy sami, cichuteńko jak trusie, i pisaliśmy najlepiej jak tylko mogliśmy. Po półtorej godzinie wrócił, zebrał prace i powiedział, żeby przyjść do niego za pięć minut, to poda wyniki. Na to spotkanie wysłaliśmy naszą koleżankę, pewną Ewę z Sanoka, która się niczego nie bała. Ewa do niego poszła, a on jej powiedział, że wszyscy oblali. Ewa zapytała go, jak on to zrobił, że sprawdził 60 prac w pięć minut, na co Jakubczak wysapał – on z reguły sapał – że on je tylko przejrzał i wyszło mu że wszyscy oblali. Na to Ewa sprytnie go poprosiła, by on jej powiedział, jaki ona zrobiła błąd, tak by na przyszłość wiedziała lepiej. Jakubczak powiedział jej na to, że jego najbardziej zdenerwowało to, że wszyscy pisali „container” zamiast „vessel”, na co Ewa pochwaliła się, że ona akurat napisała „vessel”. Odpowiedź brzmiała: „Widocznie gdzieś zrobiła pani jakiś inny błąd”.
I tak oczywiście można by w nieskończoność, oczywiście cytując też przy tym wspomnienia naszych przyjaciół i krewnych wszystkich pokoleń. A ja muszę tylko jeszcze wrócić do tego fragmentu moich refleksji, w którym wspomniałem, że uniwersytecki rodzaj obłąkania znacznie przewyższa nawet to, z czym mamy do czynienia w szkołach. Otóż chodzi o to, że ci ludzie niekiedy opuszczają swoje uniwersytety by popisywać się na zewnątrz. Pamiętam jak w drugiej klasie liceum z jakiegoś powodu chemii nas uczył niejaki Mrowiec – człowiek właśnie z Uniwersytetu Śląskiego. Wszyscy byliśmy bardzo poruszeni, bo fakt że nas będzie uczył jakiś doktor z Wydziału Chemii UŚ, traktowaliśmy jako wielkie wyróżnienie. Pamiętam, jak musieliśmy umieć coś, o czym dziś już nie mam bladego pojęcia, a co polegało na tym, by na tablicy zapisywać jakieś potwornie długie ciągi cyfr, liter i znaków. On mnie z tego pytał, wstawiał mi dwóję i odsyłał na miejsce nieodmiennie mówiąc: „Siadaj, debilku”. Po jakimś czasie umiałem te ciągi wręcz na pamięć. Umiałem je tak, że robiłbym je z zamkniętymi oczami zerwany z najgłębszego snu. Szedłem do odpowiedzi, rysowałem mu na tablicy wszystko jak należy, a on mi dawał dwójkę i mówił „Siadaj, debilku”. Ja go pytałem, co ja zrobiłem źle, a on mi mówił: „Naucz się, debilku, to będziesz wiedział”. W końcu wstawił mi siedem dwój pod rząd, i na wakacje wysłał mnie z poprawką. Nie wiem, na co on cierpiał, w każdym razie, w następnym roku wrócił na uniwersytet, a ja tej poprawki nigdy nawet nie zdawałem. Myślę, że nauczyciele z mojego liceum – też w znacznej większości mocno stuknięci – wiedzieli, że do ludzi z uniwersytetu ktoś bez wieloletniej praktyki psychiatrycznej nawet nie powinien podchodzić, więc mi to darowali. Tak na marginesie, to był bardzo zabawny wrzesień. Ja już byłem w trzeciej klasie, chodziłem cały miesiąc za panią z chemii i pytałem, kiedy mogę zdawać te poprawkę, a ona mnie przeganiała i mówiła, żebym nie zawracał jej głowy. W końcu dałem jej spokój.
Ja akurat miałem to szczęście, że studiowałem w PRL-u. Z tego co dziś się dowiaduję, obecnie jest jeszcze gorzej, choćby z tego względu, że dzisiejsi wariaci, jak już idzie o sam poziom zawodowy, są znacznie mniej sprawni i kompetentni. Inna sprawa, że ponieważ studenci też są dziś o wiele głupsi, niż byli lata temu, relacje właściwie są zachowane. Poza tym, w sposób całkowicie naturalny, dzisiejsi magistrowie, doktorzy, docenci, czy może nawet i profesorowie, też już są z nowego rzutu. Z zatem o kimś takim jak „największy w Europie specjalista od predykatów” nie ma co mówić. Pozostaje wyłącznie świr. No i oczywiście ta nieodmienna zagadka: „Lubi mnie, czy nienawidzi?” Bo tak naprawdę to jest jedyna istotny w tym interesie element. Szczególnie żywy, gdy się uwzględni znane nam wszystkim podziały polityczne, przy których problemy wynikające z tego, że się w latach 70-tych było pobożnym patriotą, wyglądają jak wesoły psikus. No ale to już jest temat na inną opowieść – no i na inne, bezpieczniejsze czasy.
Ktoś w tym, momencie powie, że ja tu załatwiam swoje sprawy. Otóż nic nie załatwiam, bo tu się nic nie da załatwić. Mamy bowiem do czynienia z uniwersytetem, a więc miejscem gdzie zwykle, obowiązujące w świecie cywilizowanym, reguły nie istnieją. Uniwersytet to świat gdzie przede wszystkim nie ma mowy o jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ja nie wiem, co musiałaby zrobić jakaś pani doktor, żeby ją wezwał na rozmowę dziekan, czy kto tam teraz rządzi, i powiedział jej, żeby się jednak wzięła w garść, bo pełni bardzo odpowiedzialną funkcję i przy tym nie reprezentuje tylko siebie. Zabić studenta? No, może. Może to by stanowiło jakiś argument. Tak jak jest, mamy do czynienia z sytuacją całkowicie patologiczną. Uniwersytet, a więc szkoła teoretycznie mająca decydować o rozwoju społeczeństwa, stanowi patologiczne środowisko poza wszelką, również wewnętrzną, kontrolą. I muszę to podkreślić raz jeszcze. Mnie wcale nie chodzi o rozliczanie się z jednym przypadkiem i z jednym okresem w naszej historii. To jest autentyczna patologia przekraczająca granice czasów i regionów. Uniwersytet. Widzimy to od dziesięcioleci, wciąż w nieco innej formie, a zawsze takie samo. Co to za cholera? Chyba jednak trzeba się będzie zwrócić do Coryllusa, i poprosić go, żeby nam to jakoś przystępnie wytłumaczył. Nie używając języka typu: „Termin ‘predykat’ może oznaczać funktor zdaniotwórczy od (co najmniej jednego) argumentu nazwowego”. I on wtedy nam powie, kiedy to się zaczęło, i kto to tak zorganizował. Mam nadzieję, że on nam tylko nie zasugeruje, że to wszystko przez Czechów. Bo to by dla mnie było już zbyt straszne.

Ostatnio zaktywizował się tu pewien troll, który uznał, że skoro ja nie publikuję ostatnio podziękowań za wpłaty na blog, oznacza to, że nie mam komu dziękować, a to świadczy o tym, że ten blog pada. Ma on rację o tyle, że faktycznie, jeśli przyjdzie taki czas, że nie będzie komu dziękować, ten blog padnie. Natomiast, póki co, sprawy się mają tak, że ja mam tak dużo tych wpłat, że spisywanie ich zabiera mi zbyt dużo czasu i po prostu odkładam tę robotę na kolejny dzień. Wiem że to brzydko z mojej strony, ale ponieważ staram się rekompensować to moje lenistwo kolejnymi wpisami, mam nadzieję, że spotkam się ze zrozumieniem. w każdym razie wszystkim dziękuję i proszę o mnie pamiętać, bo fakt jest taki, że ja w istocie z prowadzenia tego bloga żyję. No i z książek. Więc o nich też proszę pamiętać. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...