środa, 9 maja 2012

Niszcz Polskę... z faszyzmem można poczekać.

Wciąż patrzę na zakończenie poprzedniej notki – tej o Śpiewaku i jego szwindlu – i jakoś mi głupio z powodu tej „cipki”, którą zdecydowałem się tam umieścić. Oczywiście, głupio nie na tyle, żeby się z niej wycofywać, czy choćby przyznawać do błędu, ale zwyczajnie – głupio, bo boję się, że bez odpowiedniego wyjaśnienia – a wyjaśnienia nie było – ktoś mógłby sobie pomyśleć, że to jest właśnie to co mam w głowie, nie daj Boże na co dzień. Bo nie mam.
A wszystko zaczęło się od tego, że, jak wiemy, ja piszę kolejną książkę, i ona mnie tak wciąga, a jednocześnie tak mnie wykańcza, że pod koniec dnia, jedyne na co mam ochotę, to siedzieć rozwalony w fotelu i gapić się w ścianę. A jeśli ta ściana jest zasłonięta telewizorem, to i w telewizor. Powiem więcej – jeśli ten telewizor jest włączony, i to włączony choćby i na kanał pod nazwą „Polsat Cafe” – to też nic nie szkodzi. Jak idzie o mnie, wszystko mi jedno. I tak to właśnie było, że siedziałem sobie przed zasłonięta przez telewizor ścianą, a tam we wspomnianym telewizorze leciał dokumentalny film produkcji nieznanej o południowoamerykańskich transwestytach, w prawym górnym rogu widniał napis Polsat Cafe, natomiast w roku górnym lewym – żółty trójkąt z liczbą 12.
Nie będę ukrywał, że przynajmniej od czasu gdy jednym z naszych czołowych parlamentarzystów został przebrany za kobietę człowiek o przezwisku Anna, rozumiem i zmuszony jestem akceptować fakt, że publiczne prezentowanie pewnego rodzaju perwersji stało się czymś normalnym. Może być oczywiście tak, że jeśli ktoś chce opublikować felieton na przykład w Salonie24, lub napisać tam jakiś komentarz, ów tekst zostanie opatrzony ostrzeżeniem: „Uwaga! Wchodzisz na właśnie ryzyko”. W końcu tu chodzi o interes państwa. Natomiast trudno już jest sobie wyobrazić, by chwilę przed pojawieniem się na ekranie posła Anny Grodzkiej, w lewym rogu ekranu ukazywał się żółty trójkąt z wyrysowaną elegancko liczbą 18, lub wyświetlany był tekst informujący, że rodzice mają zasłonić dzieciom oczy. Raz że nie wypada, a dwa, że w dobie Internetu, nie takie rzeczy one mają okazję oglądać. Co ja mówię – Internetu? Pierwsza część „X-manów”, czy „Facetów w czerni”, swoje już potrafi zrobić.
Film o transwestytach, to było jednak już co innego. On przede wszystkim – zachowując całe swoje obrzydlistwo – był materiałem w sposób oczywisty propagandowym, mającym na celu wyjaśnienie wszystkim zainteresowanym, lub nie, że jeśli któremuś mężczyźnie przyjdzie do głowy, by zostać kobietą – lub ewentualnie na odwrót – to i nawet lepiej, bo to i świat się przez to staje lepszy pod każdym względem, a i robi się kolorowej. Poza tym, warto wiedzieć, że w takim Meksyku istnieje region, gdzie właściwie, jeśli ktoś rodzi się mężczyzną, to pierwsze co robi, natychmiast się zmienia w kobietę. I wcale nie musi nawet do tego przechodzić plastycznych operacji, czy kuracji genetycznych, ale normalnie – przyczepia sobie perukę, zakłada sukienkę i dopiero wtedy jest pełnoprawnym obywatelem. I to jest jak najbardziej w porządku. Film był długi jak cholera, i – jak mówię – jego cały sens i zamiar sprowadzał się do tego, by każdy wiedział, że tak jak jest – jest źle. Ma być inaczej. A zatem, muszę uznać, że Polsat Cafe, oznaczając swoją prezentację informacją, że oto jest program dla dzieci – miał na oku właśnie te dzieci. A to, już aż tak bardzo mi się nie podobało.
No ale w końcu wspomniany dokument szczęśliwie dobiegł końca, pojawiły się reklamy – o ile dobrze zauważyłem, nie reklamujące prezerwatyw – a po reklamach zaczął się kolejny film, też dokumentalny, tym razem jednak o urokach życia w związkach lesbijskich, i korzyściach z niego płynących. Na żółtym trójkącie w dalszym ciągu widniała liczba 12, tyle że – być może z tego powodu, że już było po północy – tym razem było znacznie ostrzej. I to od samego początku. Pojawiło się bowiem jakieś ledwo co dorosłe dziecko, i opowiedziało nam jak to pewnego dnia poszło do koleżanki, no i tam tak jakoś wyszło, że one się zaczęły całować… i tak dalej i tak dalej, no i w końcu ono sobie uświadomiło, że inaczej już nie chce. No i wówczas padły tełowa: „Wtedy pierwszy raz w życiu poczułam jak cudowne jest lizanie cipki”.
W tym momencie wyłączyłem telewizor, poszedłem spać, a od rana już tylko sobie myślałem – co to jest za cholera? Czy jest już może tak, że te żółte trójkąty z informacją o tym, kto co może i powinien w swoim telewizorze oglądać, to już jest kompletna fikcja, czy za tym stoi może jakaś metoda? Czy to możliwe – ja programu Polsat Cafe nie oglądałem nigdy wcześniej, a i od tego czasu też tam nie zaglądałem, więc nie wiem – że oni mają tam wszystko dozwolone od lat 12? Że tam jest tylko ta jedna plansza, i nawet jeśli od godziny 2 w nocy Polsat Cafe zaczyna transmisję pornograficznych stron internetowych, to ta dwunastka tam nadal wisi? A może oni mają jednak programy, których dzieciom, w obawie przed interwencją KRRiT, nie pozwalają oglądać? Na przykład film „Lewy Czerwcowy”, albo dokument o zbrodni katyńskiej? Tyle że taka jest właśnie polityka, by polskie dzieci uczyły się o cipkach i na tych cipkach wyrastały?
Otóż obawiam się, że ta druga opcja jest prawdziwa. Oni oczywiście są bezczelni i głupi, ale nie na tyle bezczelni i nie na tyle głupi, by ryzykować jakieś przypadkowe kary. Oni muszą świetnie wiedzieć, że jeśli po północy nadadzą film o zaletach bycia transwestytą, lub o lesbijkach i przyjemnościach płynących z „lizania cipek” – nic im nie będzie. Bo taki jest plan i taka potrzeba chwili. Ludzi – a już z całą pewnością ludzi młodych – nie wolno pozostawiać samych sobie. Obowiązek tworzenia nowego społeczeństwa jest naszym wspólnym obowiązkiem.
Niedawno syn mój znalazł w Internecie ofertę kupna T-shirtów z wydrukowanym napisem „Kurwa”. T-shirty te produkuje jakiś mieszkający w Niemczech Polak i robi to na skalę przemysłową. Przemysłową, co znaczy ma otwartą linię i sklep i odpowiednio bogatą ofertę. Jak sam tłumaczy, chodzi o to, by z okazji zbliżających się Mistrzostw Europy w piłce nożnej, wypromować Polskę, a tym samym dać Polakom dać satysfakcje i powód do dumy. Dlaczego „kurwa”? Odpowiedź jest prosta. „Kurwa” to znak rozpoznawczy Polski. Polski znak handlowy. Polskie logo. Każdy kto usłyszy o Polsce w świecie, powinien znać słowo „kurwa”. Każdy kto do Polski przyjedzie, powinien to słowo umieć zastosować. A my powinniśmy mieć satysfakcję, że tak jak inne kraje, my też mamy czym się pochwalić. Że mamy coś naprawdę swojego.
Przepraszam bardzo, ale to nie jest przypadek. To w żaden sposób nie jest przypadek. To też nie jest błąd. Podobnie jak nie było wczoraj błędem poinformowanie przez Wirtualna Polskę o tym, że 64% Polaków nie chciałoby mieć Władimira Putina jako prezydenta informacją następującej treści: „Głosów krytykujących nowego - starego prezydenta Rosji jest tylko garstka. Zdecydowana większość Internautów WP zazdrości Rosjanom tak charyzmatycznego przywódcy”.
Nie. To nie jest błąd. Dlatego, proponuję, by – kiedy już przyjdzie czas – się nie patyczkować.

Bardzo wszystkich proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Inaczej, leżymi i kwiczymy. Oni bowiem, jak już zostało wspomniane wyżej, błędów raczej nie popełniają. Poważnie. Dziękuję.

niedziela, 6 maja 2012

Żydokomuna, czyli jak zrobić geszeft na Polakach

Otrzymałem ostatnio prezent od pewnego kolegi. Książkę. Książka jest gruba i przez to, że ma wyraźną czerwoną okładkę i duży czarny tytuł, rzuca się w oczy. Tak się składa, że u nas w domu książek jest bardzo dużo. Tak się składa, że właściwie w każdym pokoju, choćby i w kuchni, są półki, a na tych półkach leży pełno książek. Książki się przez te półki przelewają, i nie ma już dla nich miejsca, a więc one leżą na stole, na biurku, na pianinie, na szafie, na komodzie, czasem na podłodze – wszędzie. Czasem się zastanawiam, po ciężką cholerę myśmy tyle tego nazbierali i odpowiedzi nie znajduję. Fakt pozostaje faktem. Te książki nas zalewają.
No i teraz, na domiar złego, dostałem właśnie ten prezent. Ową grubą, czerwoną książkę, z wielkim czarnym tytułem i teraz, wśród wszystkich innych książek, leży i ona, i czeka aż znajdziemy też dla niej miejsce. Leży sobie albo na stole, albo na stoliku, albo na komodzie, i ile razy ktoś przychodzi na wizytę, ona mu natychmiast wpada w oko – bo, jak mówię, jest gruba, no i ma tę wielką, czerwono-czarną okładkę – i reakcja jest zawsze jedna: uniesione brwi, ironiczny uśmiech, i dyskretna zmiana tematu. O co chodzi? Oczywiście nie o te kolory, lecz o ów wielki czarny tytuł: „Żydokomuna”.
Moja reakcja jest również zawsze taka sama, a więc wzruszenie ramion i krótka informacja: „Śpiewak. Paweł Śpiewak”. I wtedy – niemal zawsze – każdy z naszych inteligentnych znajomych bierze książkę w ręce ponownie, zagląda raz jeszcze – tym razem uważniej – na okładkę, i z mądrą miną zaczyna przerzucać kartki. Bo tym razem już sprawa jest czysta. To nie jest jakieś toruńskie gówno. To sam Paweł Śpiewak. Człowiek z samego Krakowa. I to nie z tamtego Krakowa, ale z Krakowa tego.
Przeczytałem tę książkę, i już wiem, dlaczego Paweł Śpiewak ją napisał. Otóż on ją napisał prawdopodobnie w podwójnym celu. Pierwszy, bardzo ważny, żeby poinformować wszystkich zainteresowanych, że z jego naukowych badań wynika, że czegoś takiego, jak żydokomuna w ogóle nigdy w Polsce nie było. I to wcale nie najbardziej dlatego, że u nas nie było Żydów, lub że Żydzi nie wstępowali zbyt chętnie w szeregi partii komunistycznej, ani też nawet nie dlatego, że to nie Żydzi właśnie tworzyli trzon kierownictwa komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Ależ nie. To akurat jakoś się tam potwierdziło, natomiast zdaniem Śpiewaka nie mamy prawa mówić o żydokomunie, bo każdy Żyd, który zostawał się komunistą, natychmiast wyrzekał się swojego żydostwa. A więc, jeśli działo się coś złego, to nie przez Żydów, lecz przez zwykłych tępych komunistów, którzy Żydami być nie chcieli.
To powód pierwszy, dla którego Śpiewak wydał tę książkę. Ważny, jednak, jak sądzę, nie najważniejszy. A zatem nim się nie będę w ogóle tu zajmował. Zwłaszcza że się na tym kompletnie nie znam, a myślę również, że z pewnością lepiej będzie, jak na ten temat Śpiewak porozmawia sobie z Michnikiem. Mogą nawet tę debatę przeprowadzić w wielkim basenie z kisielem. Znacznie ważniejsza wydaje się w tym wypadku bowiem chęć, by tę „Żydokomunę” sprzedać i coś tam na niej zarobić. A zatem, powody są, jak zwykle, bardzo podstawowe i naturalne, natomiast jak idzie o egzotykę, ona jest już drugorzędna. Czy ja mam do Śpiewaka pretensje, że on myśli o pieniądzach? Ależ w życiu! Ja sam, na przykład, ostatnio zwłaszcza, o pieniądzach myślę nieustannie, a więc wszystko świetnie rozumiem. A więc pretensji nie mam. Dlaczego jednak myślę, że Śpiewak ostatnio bardzo potrzebuje podreperować swoją sytuację finansową? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wrócić do okładki.
Oto przed mną duża czerwona okładka, wielki gruby napis „Żydokomuna” i gdzieś w kącie, maleńkimi literkami napisane nazwisko autora. Moim zdaniem, ten rodzaj wystawy jest wręcz rewolucyjny. Podejrzewam, że zgadzając się na to, by jego książka – przypominam, poświęcona udowadnianiu, że coś takiego jak żydokomuna to głupi mit – miała taki tytuł i taką okładkę, Paweł Śpiewak otworzył bardzo szeroko drzwi do czegoś całkowicie nowego. Mam bowiem bardzo silne podejrzenie, że już niedługo, taki Dawid Warszawski na przykład wyda książkę pod tytułem „Pod żydowskim butem”, Seweryn Blumsztajn coś, co zatytułuje „Pejsy unurzane w polskiej krwi”, a Lejb Fogelman wspomnienia zatytułowane sprytnie i po prostu „Żydowskie zbrodnie”. Wydadzą ci państwo te swoje ksiązki, wystawią je w księgarniach w całej Polsce, a jak ktoś będzie na tyle nieprzytomny, by za nie zapłacić żywą gotówką, przeczyta sobie, że to tylko taka ironia, bo tak naprawdę najgorsi byli Polacy.
Za Żydami pójdą oczywiście komuniści z przejściowymi kłopotami finansowymi, i taki Leszek Miller dajmy na to napisze coś pod tytułem „PRL - czas zbrodni i pogardy”, a Czesław Kiszczak wyda wywiad rzekę i nada jej tytuł „Zabijałem w imię czerwonej gwiazdy”.
I kiedy oni wszyscy się wreszcie odkują, otrzepią swoje spracowane dłonie i otworzą flaszkę za zdrowie tego głupiego Polactwa, na które, jak się okazuje, zawsze można było liczyć.

Jak wiemy, moja poprzednia książka nie była zatytułowana „Lizanie cipki”. Przygotowuję kolejną, i ona też będzie zatytułowana w sposób bardziej adekwatny. Czy to mi da jakieś pieniądze? Mam nadzieję, że tak. Bo jeśli nie – to po mnie. Póki co, proszę o wsparcie. Każde, a ja obiecuję, że pozostanę uczciwy do końca. Dziękuję.


piątek, 4 maja 2012

O bohaterach, tchórzach i durniach

Dzisiejszy wpis, przez to że w jakimś stopniu dotyczy osoby Igora Janke, właściciela Salonu24, zapewne bardziej by się nadał na ten nowy blog w Salonie24 – i myślę, że w końcu tam też wyląduje – jednak przez swoje zobowiązania wobec tego miejsca i tych, co się czują z nim związani, najpierw powiem tych parę słów właśnie tu. Otóż, jak może już kiedyś wspominałem, do Igora Janke mam sentyment, który wynika wyłącznie z pewnego mojego kompleksu. Od pierwszej chwili kiedy go spotkałem, pomyślałem sobie, że oto wzór eleganckiego mężczyzny; że gdybym ja tak wyglądał, moje życie byłoby znacznie ciekawsze i pełne sukcesów. Igor Janke jest wysoki, przystojny, uśmiechnięty, grzeczny – gdyby moja córka przyprowadziła do domu kogoś takiego, nie wahałbym się ani chwili.
Z drugiej strony jednak – nie oszukujmy się. Janke to mainstreamowy dziennikarz, bardzo ważny element Systemu, w dodatku ktoś, kto swoje zadania wykonuje na odcinku tak zwanej „niezależnej opinii publicznej”, a zatem jeśli on zdradza, ta zdrada robi wrażenie znacznie gorszej, niż to się dzieje w przypadku takiego… ja wiem? Wołka. Krótko mówiąc, chodzi o to, że od Igora Janka przede wszystkim wymaga się więcej. Ponad to też, jeśli taki Igor Janke coś powie, to w odbiorze ludzi dobrych, choć naiwnych, jego opinia bardziej się liczy, niż opinia kogoś kto naturalnie jako cymbał i oszust funkcjonuje w sposób naturalny. I nagle okazje się, ze z tym Igorem Janke sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana niż nawet mi się dotychczas wydawało.
I oto wczoraj w Salonie24 Igor Janke najpierw opublikował, a następnie zawiesił z pełną czerwoną wystawą na samym szczycie, swój tekst zatytułowany: „Kaczyński popycha Ukrainę w stronę Moskwy”. Cytuję w całości ten duży tytuł, bo on sam właściwie załatwia całą sprawę. W nim jest wszystko. Literacko, realizuje on od początku do końca poetykę jaką znamy z Onetu, lub z „Gazety Wyborczej”, a intelektualnie jest tak głupi, że znacznie lepiej by się czuł w którymś z owych wymienionych wyżej ośrodków propagandy, gdzie wszyscy przecież wiedzą, jak jest, tyle że przede wszystkim muszą kłamać i robić obywatelom wodę z mózgu. Bo cóż to może znaczyć, ze Jaroslaw Kaczyński popycha Ukrainę w objęcia Moskwy? Przede wszystkim jakie Jaroslaw Kaczyński ma możliwości popychania Ukrainy gdziekolwiek, w dodatku Ukrainy, która w objęcia Moskwy z przerwami wpychana jest przez swoich własnych przywódców i obywateli z przerwami od pierwszego dnia, kiedy to ze statusu plemienia, uzyskała status państwa? Mamy ową biedną Ukrainę, podzieloną za zgodą i przy aktywnym współudziale swoich własnych obywateli dokładnie na pół, gdzie jedna jej część sławi zbrodnie Bandery, a druga zbrodnie rosyjskiej cerkwi, a tu się pojawia polityczny komentator i analityk Igor Janke i ogłasza, że Jaroslaw Kaczyński, wzywając do skutecznej obrony uwięzionej Julii Tymoszenko, popycha Ukrainę w ręce Rosji. Popycha! Szkoda, że nie zechciał Igor Janke użyć słowa „wpycha”. Tak by było zgrabniej. I jeszcze bardziej w stylu.
No ale popatrzmy, co dalej. Pierwsze słowa tekstu Igora Janke są równie mocne: „Przyznam, że jestem bardzo, bardzo niemile zaskoczony. Aż nie chce mi sie wierzyć w to, co czytam. Kaczyński przyłącza się do niemieckich apeli o bojkotu Euro2012 na Ukrainie. To nie tylko poważny błąd. To polityczna głupota. Działanie na krótka metę, wbrew polskiej racji stanu”. Oto tekst człowieka, który słynie z tego, że na jakiekolwiek pytanie, choćby zupełnie najprostsze, nie jest w stanie odpowiedzieć jednoznacznie. Nie jest w stanie opisać jednego zdarzenia przy pomocy jednego krótkiego słowa: „tak”, lub „nie”. Oto człowiek, któremu pokażemy zło w postaci najczystszej i poprosimy komentarz, a on zanim cokolwiek powie, będzie musiał najpierw przełknąć ślinę i zmarszczyć czoło. Jarosław Kaczyński zobaczył zdjęcie Julii Tymoszenko w ukraińskim więzieniu, wysłuchał opinii tych, którzy na sprawie się znają, zauważył płynące z całego świata protesty przeciwko temu traktowaniu, poczekał tydzień aż polski rząd zechce zrobić cokolwiek – COKOLWIEK! – a ponieważ się nie doczekał, wydał oświadczenie wzywające polskie władze by przyłączyły się do światowych protestów… i nie trzeba było czekać ani sekundy, by zobaczyć, jak Igor Janke wyskakuje na scenę i woła: „To nie tylko poważny błąd. To polityczna głupota”.
Ale oczywiście Igor Janke nie tylko potrafi krzyczeć. On również potrafi analizować. Jego radykalizm nie bierze się z powietrza. On wszystko ma starannie przemyślane. Otóż chodzi o to, że: „Skutek bojkotu będzie moim zdaniem taki: Ukraińcy odetną się jeszcze bardziej od Zachodu, a skoro jedne drzwi się zamykają, to natychmiast otworzą sie inne drzwi. Putin znakomicie odnajduje się w takich sytuacjach i umie je wykorzystać. Zapewne poda pomocną dłoń swojemu przyjacielowi”. Tak to teraz będzie. Kaczyński zbojkotuje ukraińską część mistrzostw Europy w piłce nożnej, a Putin w jednej chwili otworzy Ukraińcom swoje drzwi, i on wpadną pod ruski but. Tak politykę Rosji wobec Ukrainy widzi Igor Janke – czołowy polski polityczny komentator. Siedzą Putin z Miedwiediewem na tym swoim Kremlu i nie bardzo wiedzą, jak się za tę Ukrainę zabrać, bo to i Bandera, i Europa, i jeszcze te mistrzostwa, a tu nagle, zupełnie jak gwiazdka z nieba, na ratunek przybywa im Jaroslaw Kaczyński. Oto szczyty politycznego dziennikarstwa i politycznej analizy.
Zejdźmy więc trochę niżej, na poziom zwykłej, codziennej polityki, oraz zwykłej codziennej wrażliwości. Jarosław Kaczyński uznał za konieczne wesprzeć siedząca w kijowskim więzieniu Julię Tymoszenko. Zrobił to jako ważny polityk i jako człowiek. Jako człowiek, miał do tego gestu prawo choćby trzymając w pamięci to, że ona przyjechała na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego i oddała mu ów honor. I to moim zdaniem zupełnie wystarczy. Jednak Jaroslaw Kaczyński zadziałał również jako polityk. Stojąc z jednej strony w obliczu narastającego światowego sprzeciwu wobec tego, co się dzieje na Ukrainie, a z drugiej wobec kompletnej – ostatnio chyba już systemowej – bezradności polskich władz, zabrał glos, na który Polska czekała. On jako jedyny. W sytuacji, w której z jednej strony polska scena polityczna opanowana jest przez postkomunistyczny prorosyjski obóz zdrajców, a z drugiej przez bandę walczących o przeżycie zabójców, on jeden został, by dać świadectwo. Dziś wiemy na pewno – jeśli jakimś nieszczęśliwym splotem okoliczności, Julia Tymoszenko w tym więzieniu umrze, glos Jarosława Kaczyńskiego będzie jedynym, który pozwoli nam Polakom zmyć ze swoich twarzy ten brud wstydu. Wychodzi na to, że poza nim, na najwyższym poziomie polskiej polityki, nie było nikogo, kto by potrafił zadbać o dobre imię Polski.
I wcale nie chodzi o to, kto to taki Julia Tymoszenko. Nie ważne dziś jest to, co ona tak naprawdę ma za uszami i na ile ona sama sobie zgotowała swój dzisiejszy los. Chodzi o to, że świat protestuje, a Donald Tusk, Bronisław Komorowski i cała reszta głupców już tylko wpatrują się w tę piłkę. I gdyby nie Jaroslaw Kaczyński, nie mielibyśmy już naprawdę nic.
A Igor Janke? No, wygląda na to, że jemu już naprawdę pozostała tylko ta prezencja. Co za upadek!

Jak zapowiedziałem w poprzedniej notce, jestem w trakcie pisania nowej książki. Nie będą to felietony, lecz coś zupełnie nowego. Powinna być gotowa jeszcze w maju. Jeszcze nie wiem, jak się uda ją wydać, ale pewne szanse są. Na razie, bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga, a wierzę, że wspólnie jakoś ten ciężki czas przetrzymamy. Dziękuję.


czwartek, 3 maja 2012

Podziękowania

Przepraszam wszystkich bardzo, że nic nowego nie napisałem, ale proszę sobie wyobrazić, że zabrałem się za pisanie książki. Nie będą to felietony, nie będzie to powieść i na razie nie powiem, co to będzie, bo nie chcę spalić. Ale mam nadzieje, że skończę jeszcze w maju. Wczoraj i dziś tak się rozpędziłem, że jestem ledwo żywy. Aż się boję, że wszystko idzie zbyt szybko. Ale już się cieszę. Bardzo.
Może dziś przypomnę jeszcze jakiś tekst sprzed lat, jutro spróbuję coś tu dać porządnego nowego do poczytania, a na razie chciałem bardzo podziękować wszystkim, którzy przez miniony miesiąc wspierali ten blog. Sami wiecie, jakie to ważne. Dziękuję. I proszę nie odchodzić.


Irkowi z Warszawy
Radkowi ze Szczecina
Niech żyje Nowy Dwór Mazowiecki!
Wojtkowi z Tychów
Dance z Warszawy
Leszkowi z Krakowa
Mojemu Człowiekowi w Szczytnie
Joli z Warszawy
Juliuszowi z Warszawy
Łukaszowi z Jeleniej Góry
Pawłowi z Warszawy
Mojej Kobiecie z Sieprawia
Mojemu Księdzu
Wioli z Janowic
Niech żyje Zakrzówek!
Szymonowi z Warszawy
Mojemu Człowiekowi z Przegędzy
Grabarzowi
Andrzejowi z Pruszcza
Michałowi ze Świecia
Krzysztofowi ostatnio już spod Szczecina
Moim Ludziom w Białymstoku – Anecie i Krzysztofowi
Moim Ludziom z Białej
Mojej Kobiecie w Gnieźnie
Braciom Szwedom
Michałowi z Warszawy
Mojemu Człowiekowi w Oświęcimiu
Rodakowi z Wilkowic
Krystynie z Gdańska
Izie z Ząbek
Mojej Kobiecie z Melomanów


Oczywiście niezmiennie moim Paypalowiczom: Heavymanowi, Ewie i Jurkowi, Witkowi, no i zawsze Arturowi. Za pracę.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Chrzanowski

Zmarł Wiesław Chrzanowski, a ja już wiem, że jutro „Gazeta Wyborcza” nie ukaże się z czarną okładką. Z jednej strony właściwie nigdy się tego po nich nie spodziewałem, ale też nie wyobrażałem sobie, by Wiesław Chrzanowski był w stanie zrobić coś takiego, by stać się bohaterem tego towarzystwa choćby w połowie tak, jak się nim stał Władysław Bartoszewski na przykład. Z drugiej strony, trochę mnie to jednak dziwi. W końcu, kto jak kto, ale On akurat miał wszelkie podstawy, by się stać autorytetem w najbardziej klasycznym znanym nam ujęciu. Był odpowiednio stary i zasłużony, nigdy nie zaangażował się politycznie po stronie umownie dziś nazywanej „pisowską”, w dodatku jeszcze znalazł się na tzw. „macierewiczowskiej liście agentów”, w dodatku nie wydaje mi się, by był bardzo niechętny temu, by przyjść czasem do TVN-u i coś poopowiadać. A więc czemu nie on? A tak się jakoś ułożyło, że on nie, i w ten oto sposób Wiesław Chrzanowski w pewien szczególny sposób z każdym kolejnym rokiem ginął we mgle historii.
Jak już wspomniałem, Wiesław Chrzanowski nie był „pisowcem”, jednak przy tym, jak sądzę, jeśli założymy, że nie był też osobą na tyle wyjątkową, by go medialna popularność kompletnie nie interesowała i zachowywał całkowitą odporność na różnego rodzaju zaszczyty, Jemu też nie za bardzo się podobała władza Systemu, i to Go, nawet jeśli nie skazało na popularne potępienie, to jednak wykluczyło z debaty po obu stronach. Czy chcę tym samym zasugerować, że Wiesław Chrzanowski był człowiekiem ideowo i szczerze stojącym po tak zwanym środku? Nie. Raz, że zawsze uważałem, że ów środek to mit, a dwa, że On akurat ideowo rozpoznawany był bardzo wyraźnie. Ale znów, co z tego? Roman Giertych również nosi na sobie ów narodowy bagaż, a wszyscy go kochają jak należy, i niewykluczone, że, jeśli tylko Platforma Obywatelska wcześniej nie zgnije, on tam ostatecznie w taki czy inny sposób trafi. A zatem, jest to jakaś zagadka. Że Wiesław Chrzanowski został przez System skazany na symboliczną ewaporację.
Jakie Wiesław Chrzanowski uczucia budzi we mnie? Powiem szczerze, że niemal żadne. I zastanawiam się, czy to może nie jest jakąś odpowiedzią na ów fakt Jego kompletnej nieobecności w życiu publicznym. Wygląda bowiem na to, że nawet na tym bezrybiu, jakim jest polska scena publiczna, wśród tej przerażającej nędzy, On akurat okazał się politycznie, ale i wizerunkowo, zbyt słaby. I kiedy właśnie odszedł do Pana, nikt nie będzie Go ani odpowiednio wspominał, ani cytował Jego wypowiedzi i opowiadał na Jego temat anegdot. Nie mówiąc już nawet o tym, że, jak widzę, nawet TVN24 nie zechciał na tę okazję zmienić swojego codziennego image’u. I wystarczy, myślę, sięgnąć pamięcią troszkę wstecz, ale i skorzystać z wyobraźni i rzucić okiem w pewnie nie tak odległą przyszłość, by zdać sobie sprawę z tego, że ta ostatnia wiadomość jest wręcz fatalna. To jest wiadomość tak przeraźliwie smutna, że brakuje słów by ten smutek wyrazić.
Zmarł Wiesław Chrzanowski, polski patriota, i wprawdzie nikt się szczególnie nie cieszy, ale też nie wydaje się, by Polska po Nim zapłakała. Może dlatego właśnie, mimo że sam akurat tej śmierci szczególnie mnie przeżywam, chciałbym Wiesławowi Chrzanowskiemu poświęcić jakieś choćby drobne wspomnienie. I chciałbym, żeby ono , nawet jeśli za bardzo nie zaświadczy o Nim, ani tym bardziej o mnie, zaświadczyło o nich. O tych co, jak już tu parokrotnie zostało wspomniane, „wracają wieczorem, warczą jak psy i krążą po mieście”. To też z myślą o nich to wspomnienie.
Jak może niektórzy pamiętają, kiedy Lech Wałęsa wygrał wybory prezydenckie, Wiesław Chrzanowski został powołany przez Jana Krzysztofa Bieleckiego na ministra sprawiedliwości w rządzie Wachowskiego i Wałęsy de facto. Ponieważ czasy wówczas były takie, że System Wałęsy nienawidził, a Bieleckiego uważał za kogoś kompletnie niepoważnego i swoją obecnością na tak wysokim stanowisku dowodzącego wyłącznie tego, że ten Wałęsa jest jednak wyjątkowo bezczelny, rząd ten od samego początku był traktowany z najwyższa pogardą. Jak idzie o nominację Wiesława Chrzanowskiego została ona oczywiście natychmiast zauważona przez „Gazetę Wyborczą”, która piórem jednego ze swoich komentatorów napisała, że oto po raz pierwszy w powojennej historii cywilizowanej Europy ministrem w rządzie został faszysta. Myślę że dziś mało kto tamten tekst pamięta, bo mało kto jest tak pamiętliwy jak ja. Ale ja, owszem, pamiętam. Kiedy Wiesław Chrzanowski został ministrem, dziennikarz „Gazety Wyborczej” nazwał Go – Polaka i patriotę, bohatera polskiej historii – faszystą. I ja im to pamiętam. I to między innymi stąd, ile razy o nich myślę, przychodzą mi do głowy słowa Psalmisty. Różne. Nie tylko te, które przywołałem wyżej.
I dziś to już koniec. Niech ten wpis będzie tylko dla Niego.

niedziela, 29 kwietnia 2012

O ślinie, którą niesie wiatr ze Wschodu

Parę dni temu na tym blogu wspomniałem postać Richarda Nixona. Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że czasy mamy takie, że bardzo wiele osób, choćby i bardzo wykształconych i ciekawych świata, nie ma pojęcia kim był Richard Nixon, ani tym bardziej po co o nim w ogóle powinniśmy mówić. Wiem też jednak, że wielu z tych, którzy akurat o Nixonie słyszeli i w dodatku świetnie wiedzą, dlaczego spośród tylu prezydentów Stanów Zjednoczonych, o nim wspomina się częściej niż o innych, posiedli tę swoją wiedzę w oparciu o najbardziej ordynarny przekaz propagandowy. Oczywiście nie ma sposobu, by rozmowę o Nixonie sprowadzić do rozmowy o faktach, tak jak nie da się dyskutować postaci historycznych, czy w ogóle jakichkolwiek zdarzeń, w sposób rozstrzygający, z tej to prostej przyczyny, że historia – podobnie jak sam człowiek – jest materią zbyt skomplikowaną, by cokolwiek móc powiedzieć na pewno. Spójrzmy choćby na zdarzenia tak z punktu widzenia polityki czy moralności pozornie jednoznaczne, jak zagłada Żydów, czy komunistyczna rewolucja. Przecież do dziś wielu, i to wcale nie wariatów, gotowych jest poświęcić życie by udowadniać, że to wszystko wcale nie było takie proste. A my mamy mówić o Nixonie?
Postanowiłem jednak przywołać tę jego postać z dwóch względów. Pierwszy to oczywiście taki, że ja mam autentyczne przekonanie, że Richard Nixon wcale nie był mordercą i zakłamanym durniem, lecz wręcz przeciwnie – był prezydentem wybitnym, jednym z większych w amerykańskiej historii, i choć nie zamierzam tej swojej tezy udowadniać, bo, jak już wspomniałem, jest to absolutnie bezproduktywne, uznałem za pożyteczne dać świadectwo temu swojemu przekonaniu ot tak, dla porządku. Tak jak się daje świadectwa.
Drugi jednak powód jest może jeszcze nawet ważniejszy. Otóż jest faktem, którego się nie da zakwestionować, że Richard Nixon swego czasu, zanim jeszcze trafił do przekazu popularnego jako ofiara losu, kłamca, oszust, ale też i morderca dzieci – o czym później – był politykiem absolutnie wybitnym. W roku 1960 przegrał prezydenturę z Johnem Kennedym – dziś, co ciekawe, przez tych samych, którzy Nixona potępiają, uważanym za prezydenta jednego z największych – o tak niewielki ułamek procenta, że niektórzy do dziś twierdzą, że gdyby ten wynik zaskarżył, Kennedy prawdopodobnie by sobie przez wiele jeszcze lat spokojnie żył. W końcu jednak jak wiemy Nixon tym prezydentem został, i, co ciekawe, tym samym został chyba jedynym kandydatem, który zdołał się podnieść po wcześniejszej porażce. Chyba nie ma przypadku, o ile czegoś nie przegapiłem, by w Stanach Zjednoczonych pojawił się kiedykolwiek polityk, który najpierw znalazł w sobie wystarczająco siły, by kandydować w wyborach prezydenckich, przegrać, a potem zdobyć nominację raz jeszcze i ostatecznie tę walkę wygrać. A to musi o Nixonie jako o polityku świadczyć jednoznacznie dobrze.
Ale jest jeszcze coś. Nixon był prezydentem dwukrotnie, a jego zwycięstwo po pierwszej kadencji do dziś uchodzi za unikalne. Można powiedziec, że nikt przed nim i tym bardziej po nim nie odnotował tak miażdżącego zwycięstwa nad swoim kontrkandydatem. Nawet Reagan, nie wspominając już o Clintonie, czy Obamie – kolejnych dwóch bohaterach kultury masowej. I to znów może świadczyć tylko o tym, że Richard Nixon – zanim go historia znienawidziła, a medialna propaganda zrobiła z niego karykaturę – był politykiem najwyższego kalibru. A co mamy dziś? Opinię, że George W. Bush to w amerykańskiej historii prezydent absolutnie najgorszy… zaraz po Richardzie Nixonie.
I to jest właśnie przyczyna dla której uważam, że warto Nixona wspominać. I to wcale nie koniecznie ze względu na niego samego i jego polityczne sukcesy, bo jak mówię, tu zawsze pojawi się ktoś, kto ma coś przeciwnego do powiedzenia ale przez to, że historia jego sukcesu i upadku, prawdopodobnie jak żadna inna, fantastycznie komentuje to z czym mamy do czynienia dziś. Choćby tu, w Polsce. A mianowicie totalnym zwycięstwem popkulturowego kłamstwa.
Richard Nixon był prezydentem, który wszedł w okres swojego urzędowania z zadaniem zakończenia wojny w Wietnamie i postanowienie to praktycznie wypełnił. Nie zmieniło to jednak faktu, że trochę przez tę wojnę, ale przede wszystkim przez to, że przez znaczną część lat 60-tych amerykańskie społeczeństwo, zwłaszcza na poziomie szkół, uniwersytetów i środowisk artystycznych, było bardzo skutecznie poddane sowieckiej propagandowej manipulacji, społeczna atmosfera w Ameryce była już tak napięta, że cokolwiek Nixon by zrobił, cokolwiek powiedział, cokolwiek obiecał, popularny przekaz, stawiał go od początku na pozycji przegranej. On w roku 1972 oczywiście zdobył te swoje niemal 50 milionów głosów, jednak nie zmieniało to faktu, że od początku do samego końca tej prezydentury przez znaczną część popularnej opinii był traktowany jak ktoś kto zasługuje tylko na to by go opluć. Opluć w sposób jak najbardziej dosłowny. I ja dziś chciałem trochę opowiedzieć właśnie o tym pluciu.
Bob Greene, dziennikarz „Chicago Tribune”, na przełomie lat 60-tych i 70-tych, jak sam dziś przyznaje, stanowił dumną część towarzystwa, które na sam dźwięk nazwiska „Nixon” ogarniało czyste pragnienie mordu. Skąd takie napięcie? Greene za bardzo nam tu dziś nie pomoże, ale za to przeprowadził po latach wywiad z Nixonem, w którym pyta byłego prezydenta o to, jak on tamte nastroje odbierał. A Nixon mówi, ze owszem, on doskonale był ich świadom, ale starał się z nimi zyć i je na swój sposób ignorować. Opowiada w pewnym momencie, jak to zaraz na początku jeszcze pierwszej kadencji postanowił ogłosić wycofanie pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu, i kiedy przygotowywał się do tego wystąpienia, podeszła do niego śliczna 15-letnia dziewczynka i, krzycząc „ty morderco”, splunęła mu w twarz. Czy to pod wpływem tej historii, czy może dlatego, że już wcześniej dochodziły do niego relacje z tego plucia, Bob Greene przygotował i wydał książkę zatytułowaną „Homecoming”, niemal w całości złożoną ze wspomnień weteranów wojny wietnamskiej z dnia ich powrotu do Ameryki. Wspomnień o tym, w jaki sposób witano ich jeszcze na lotnisku, ale też i potem, kiedy już wrócili do domu. Ciekawa to bardzo książka. Greene wpadł na pomysł tej książki w taki sposób, że ponieważ wciąż słyszał – choć tylko w formie plotek – historie o tym, jak to powracający do domu żołnierze byli opluwani przez mijających ich ludzi, postanowił zwrócić się do tamtych żołnierzy sprzed lat z jednym pytaniem: ”Czy został pan opluty?” No i z tego powstała cała książka.
I czego się dowiadujemy? Otóż tak. To prawda. Ludzie pluli. Różni ludzie. I dzieci, i studenci, ale też i starsi; pluli hippisi, ale pluli też zwykli, niczym nie wyróżniający się obywatele. Pluli chłopcy i pluły dziewczęta. Pluli wszyscy, i plując wypowiadali słowa przeróżnie, a więc tak jak tamta dziewczynka do Nixona „you murderer”, ale też „baby killer”, „baby burner”, „fascist pig”. Różnie. Pluli żołnierzom w twarz, pluli pod nogi, ale często też pluli na medale, jakie ci żołnierze mieli przyczepione do piersi. A żołnierze? Cóż oni? To wszystko najczęściej byli 19, 20, czy 21 letni chłopcy, i, wedle niemal wszystkich relacji, musieli to znosić, bo byli w mundurach, a mundur stanowił zaszczyt i jednocześnie zobowiązanie. Więc tylko wycierali tę ślinę i przemykali pod ścianami. Opowiadają ci żołnierze w tej szczególnej ankiecie, że zdarzało się, że w barze odmawiano im obsługi, a kiedy siedzieli w sali odlotów, czekając na swój samolot, ludzie się od nich odsuwali. A oni siedzieli, z tymi medalami, wygoleni, ledwo dwudziestoletni i było im wstyd jak jasna cholera.
Nie jest też oczywiście tak, że wszyscy ankietowani przez Greene’a weterani potwierdzają to plucie. Wielu mówi, że to nieprawda. Że nikt nigdy nikogo nie opluł. Jest nawet pewien człowiek, który przeprowadza dowód, że historie o tym pluciu to wierutne kłamstwo. Owszem, zdarzało się, że ktoś ich zwymyślał, lub odmówił obsługi, niekiedy ktoś rzucił jajkiem, bywało że ktoś odpalał im pod nogami petardy, żeby zobaczyć jak odruchowo ze strachu padają na ziemię, ale plucia nie było. Są też tacy, którzy w ogóle nie mają złych wspomnień. Dla nich powrót był wyłącznie bardzo miłym i radosnym przeżyciem. Niemniej faktem jest, że wystarczająco wielu z nich potwierdza fakt plucia, by można było przyjąć, że w tamtych dniach to była autentyczna plaga. Że wtedy, na przełomie lat 60 i 70 w dobrym tonie było podejść do powracającego z Wietnamu żołnierza i go opluć. I rzucić w jego stronę: „Ile dzieci dziś zabiłeś?”
Czemu tak? Jeszcze raz muszę powiedzieć, że nie wiadomo. Ale pewne jest, że to był na tyle dobrze zorganizowany teatr, a aktorzy na tyle różnego pochodzenia i różnych talentów, że oni musieli mieć wspólnego nauczyciela, i to nauczyciela nie bylejakiego, który im najpierw powiedział, że mają przyjąć pewną rolę, następnie ich tej postawy nauczył, a następnie polecił ją konsekwentnie realizować. Dziś powszechnie znamy nazwisko zaledwie jedną z tych osób, które administrowali tamtą nienawiścią, a i to na szczeblu bardziej niż podstawowym. Oto Jane Fonda, słynna amerykańska aktorka, w Polsce znana niektórym choćby z tego, że w czasach PRL-u wsparła naszą tak zwaną „solidarnościową rewolucję”, w roku 1972 udała się z dwutygodniową wizytą do Hanoi, gdzie wzięła udział w starannie wyreżyserowanym na potrzebie komunistycznej propagandy teatrze, skutkiem czego wielu amerykańskich żołnierzy przytrzymywanych w wietnamskich więzieniach, zostało zamęczonych na śmierć. Nie będę tu opisywał tego wszystkiego, co ona przez te dwa tygodnie zrobiła i powiedziała. Kto będzie chciał, ma Internet, więc poradzi sobie i beze mnie. Chcę jednak wspomnieć jej wystąpienie po wielu już latach, w którym postanowiła przeprosić weteranów i ich rodziny, wprawdzie nie za to, za co powinna najbardziej, ale zaledwie za pewne nieistotne w całym kontekście zdjęcie. I wprawdzie nie do końca szczerze i bez większych istotnych konsekwencji, ale w na tyle charakterystyczny sposób, że pozwolę go tu sobie ową wypowiedź zacytować:
„Stało się to podczas ostatniego dnia mojego pobytu w Hanoi. Byłam tą wizytą fizycznie i emocjonalnie wykończona… Tłumacz powiedział mi, że żołnierze chcieli mi zaśpiewać piosenkę. Oni więc śpiewali, a on tłumaczył mi jej tekst. Była to piosenka o dniu, w którym w Hanoi na Placu Ba Dinh ‘Wujek Ho’ ogłosił niepodległość. Słuchałam tych słów: ‘Wszyscy ludzie stworzeni zostali równymi; mają swoje prawa; wśród nich życie, wolność i niepodległość”. To są słowa, które Ho wypowiedział podczas tej historycznej uroczystości. Zaczęłam płakać i klaskać. Nie powinniśmy traktować tych ludzi jak wrogów. Dla nich ważne są dokładnie te same słowa co dla nas, Amerykanów… Zaśpiewałam z pamięci piosenkę ‘Day Ma Di’, napisaną przez południowowietnamskich studentów w proteście przeciwko wojnie. Oczywiście to moje śpiewanie było porażką, ale wszyscy i tak byli zachwyceni, że przynajmniej spróbowałam. Skończyłam śpiewać. Wszyscy się śmiali i klaskali, ja też… Opowiadam to najszczerzej i najuczciwiej jak potrafię: ktoś (nie pamiętam kto) podprowadził mnie pod ten karabin przeciwlotniczy, a ja, wciąż się śmiejąc i klaszcząc w dłonie, usiadłam. Nawet nie bardzo zastanawiałam się, gdzie siedzę. Zaczęły strzelać aparaty… Możliwe, że to wszystko było ustawione, że Wietnamczycy to wszystko tak zaplanowali. Tego się już nie dowiemy. Ale nawet jeśli tak było, nie mam do nich pretensji. Wszystko biorę na siebie. Jeśli faktycznie zostałam wykorzystana, sama do tego dopuściłam… owa dwuminutowa utrata zmysłów będzie mnie prześladowała już zawsze… Jednak fotografia istnieje i mówi sama za siebie, niezależnie od tego, co ja sama sobie wówczas robiłam, czy myślałam. Jest mi z tym bardzo ciężko. Wielokrotnie już przepraszałam żołnierzy i ich rodziny z powodu bólu, jaki im sprawiłam tą fotografią. Nie było nigdy moją intencją krzywdzić kogokolwiek”.
Oczywiście głos kogoś takiego jak Jane Fonda, wzywający do tego by zabijać amerykańskich żołnierzy, i określający Richarda Nixona jako „nowego Hitlera”, musiał mieć dla owej szczególnej części amerykańskiego społeczeństwa pewne znaczenie, jednak mam nadzieję, że nikt z nas nie jest na tyle naiwny, by sądzić, że jakaś aktorka – choćby nie wiadomo jak ważna - mogła dojść do tego zupełnie sama. Nie ma takiego sposobu, by to ona była tam liderem. Zarówno bowiem Fonda, jak i to całe artystyczno-profesorskie towarzystwo, stali znacznie bliżej tych, którzy pluli, niż tych, którzy pluć kazali. A kim byli ci – możemy tylko przypuszczać. Podobnie jak możemy tylko przypuszczać, gdzie oni są dzisiaj, co porabiają, i jakie mają plany.
Myślę jednak, że moja wiara w to, że są wynaturzenia, których naturalny bieg historii nie jest w stanie tolerować, jest słuszna. Że zawsze, prędzej czy później musi dojść do tego, że ludzie, choćby najbardziej zaczadzeni, się obudzą i otrząsną ze swego szaleństwa jak ze złego snu. Wprawdzie taka Jane Fonda akurat dobrym przykładem tego przebudzenia nie jest, natomiast zacytowane wyżej oświadczenie daję i nam pewną satysfakcję, i nadzieję na coś bardzo szczególnego. Otóż bardzo bym chciał doczekać dnia, kiedy – z jakiegokolwiek na dobrą sprawę powodu – Donald Tusk zostanie zmuszony do tego, by siąść i napisać coś, co się będzie zaczynało od takich słów: „Stało się to tuż po tym, jak przyjechałem do Smoleńska. Byłem tą podróżą fizycznie i emocjonalnie wykończony… Tłumacz powiedział mi, że rosyjski premier chciał mi coś powiedzieć. On więc mówił, a tłumacz tłumaczył mi jego słowa. I wtedy on mnie objął, a ja się przytuliłem do niego. Sam nie wiem, jak to się stało…”. I dalej w ten sam sposób. Mam nadzieję, że tego dożyję. Czego wszystkim – w tym również oczywiście jemu – życzę.
Na koniec przytoczę pewną wypowiedź jednego z tych żołnierzy, którym udało się nie spotkać na swojej drodze Jane Fondy i jej protektorów, którego w dodatku nawet nikt nigdy ani nie opluł, ani nie zwymyślał, ale który swój żal w kwestii tego jak go powitano, gdy wrócił z Wietnamu, wyraził w sposób tak głęboki, że moim zdaniem wart zrelacjonowania:
„Nikt mnie nigdy nie opluł. I nie znam nikogo, komu by się to przytrafiło. Chociaż…
W grudniu 1968 roku miałem 20 lat i właśnie, po 13 miesiącach zabijania, czołgania się we krwi i spieprzania przed pociskami, wróciłem do kraju, i kelnerka w barze na lotnisku w San Francisco odmówiła mi sprzedaży piwa, tłumacząc mi, że prawo stanowe zakazuje podawania alkoholu osobom poniżej 21 roku życia. A ja sobie myślę, że jeśli dla kogoś kto był dwukrotnie ranny i jedynie cudem nie umarł to nie jest obrazą, to ciekawe, co nią jest.
Uczciwie powiem, że już chyba wołałbym by ona mnie jednak opluła”.
A ja od siebie, już na sam koniec proponuję wszystkim, byśmy jednak zechcieli traktować historię jako naukę.

Wszystkich, którym ten tekst w jakikolwiek sposób był potrzebny, proszę o wspieranie tego bloga. Zarówno w sposób bezpośredni, a więc przekazywanie wpłat na podany obok numer konta, jak i przez kupowanie mojej książki. Naprawdę warto. Dziękuję.

piątek, 27 kwietnia 2012

Platforma Obywatelska, czyli ryjem o ścianę

Gdyby ktoś pomyślał, że sprawa zabójstwa generała Papały przez małoletniego złodzieja samochodów mnie nie zainteresowała, jest w głębokim błędzie. Jest akurat wręcz przeciwnie. Ona mną tak wstrząsnęła, że mimo iż w pierwszej chwili chciałem od razu coś o tym napisać, to w efekcie uznałem, że i brak mi słów i właściwie też serca, by się do tego odpowiednio odnieść. No bo proszę spojrzeć, co tak naprawdę się stało? Wbrew atmosferze rozbawienia, która wydaje się dość powszechnie zapanowała, to co możemy obserwować wcale nie świadczy o tym, że nastał czas na żarty. Nigdy go za bardzo nie było, i jeśli się nam zdarzyło tu trochę niekiedy pośmiać, to raczej przez łzy, niż ze szczerego serca, ale tym razem wygląda na to, że rozpoczął się autentyczny horror. Dziś śmiać się nie ma już z czego.
Oto 15 lat temu został w Warszawie zastrzelony komendant główny policji, i w związku z tym zabójstwem nastąpiło powszechne, trwające ostatecznie wiele kolejnych lat, poruszenie. Czy słusznie? Oczywiście. Jak najbardziej. Może głupio jest się tu uciekać do przykładów z kultury popularnej, ale proszę sobie jednak przypomnieć, w jaki sposób Mario Puzo skomentował zastrzelenie szefa nowojorskiej policji przez Michaela Corleone. Można zabić jakiegoś bandytę, można zabić szefa mafii, można nawet zastrzelić – w końcu bywa różnie – jakiegoś przypadkowego przechodnia. Jednak każdy wie, że policjanta, i to w dodatku policjanta na stanowisku, się nie zabija. A jeśli komuś jakimś cudem taki gest przyszedł do głowy, musi się przygotować na wojnę. Wojnę totalną.
My wiemy, że Polska to nie Ameryka, Warszawa to nie Nowy Jork, a czasy też są już zupełnie inne, jednak dla wszystkich od razu stało się zrozumiałe, że próba wyjaśnienia tego zabójstwa i ujęcia winnego stała się zadaniem niemal podstawowym. Wiedzieliśmy też jednak niemal od początku, że ponieważ Polska to nie Ameryka, a Warszawa to nie Nowy Jork, no i czasy też nie te co kiedyś, tym razem te poszukiwania mogą potrwać bardzo długo. Powiem więcej. Ponieważ wiedzieliśmy, że Polska pod rządami Systemu stała się państwem quasi-mafijnym, te poszukiwania mogą się nie skończyć nawet za naszego życia. Że już prędzej dojdzie do kolejnej fali niewyjaśnionych – czy może wyjaśnionych-inaczej – samobójstw w naszych więzieniach, niż ten miły człowiek w krawacie zostanie pokazany palcem. Nawet jeśli jego pozycja w hierarchii będzie o piekło niżej od zajmowanej przez pamiętnego Baraniny.
A zatem, to wszystko braliśmy pod uwagę. Myślę sobie jednak, że nikt nie podejrzewał, że dojdzie do tego, że nagle pojawi się oficjalne oświadczenie jak najbardziej oficjalnej prokuratury, z którego dowiemy się, że słuchajcie moi kochani, jakież to śmieszne, ale nie uwierzycie, ten Papała normalnie został zastrzelony przez złodzieja samochodów. I, jak już wspomniałem wcześniej, w tym momencie oczywiście rozlega się powszechny śmiech, bo nawet bycie idiotą nie upoważnia do wszystkiego, jednak mnie do śmiechu nie jest ani trochę. Bo oto wygląda na to, że doszliśmy do ściany. Że dalej już nie ma nic. Tylko ta zimna jak śmierć ściana. To jest trochę tak, jak gdyby w wyżej wspomnianym „Ojcu Chrzestnym” Michael Corleone zastrzelił tego McCluskey’a, a władze Nowego Jorku natychmiast ogłosiły, że on zginął zastrzelony przez kelnera, który połasił się na jego zegarek. A ci co z nim jedli tak się przestraszyli, że natychmiast uciekli.
Albo że spadł po pijanemu ze schodów w pewnej kamienicy w Krakowie i zakrztusił się własną krwią. Prawda?
A zatem doszliśmy już do samego końca. A ów koniec jest jeszcze dodatkowo zaznaczany ową debatą, która się w tym temacie ciągnie już któryś dzień. Minęło 15 lat jak ktoś zastrzelił komendanta głównego polskiej policji, i wygląda na to, że przez te lata zmieniło się wiele, natomiast najbardziej radykalnym dowodem na to, że zrobiliśmy ten krok, jest to, że najwidoczniej wszyscy już uznali, że nie ma co się dalej wygłupiać. Że kto wie, ten wie, a kto nie, i tak już się nie dowie. Że teraz już naprawdę wszyscy mogą zacząć robić swoje. I że dopóki ten samolot leży tam gdzie leży, perspektywy kwitną. A ja się nie zdziwię, jak za parę tygodni łódzcy prokuratorzy ogłoszą, że właśnie się okazało, że Krzysztof Olewnik tak naprawdę pewnej nocy wpadł po pijanemu do tej dziury i tam niefortunnie zgnił.
Piszę ten tekst, i przyznam, że wcale nie mam pewności, czy to co ja sobie myślę jest do końca słuszne. Może w końcu się okazać, że mi się wszystko pomieszało, i w rzeczywistości świat mnie wyprzedził o parę długości, a ja tego nawet nie spostrzegłem. Jednak właśnie dziś stało się jeszcze coś, co każe mi przypuszczać, że to nie ze mną są problemy. Że to jednak polskie państwo poleciało na łeb na szyję. Oto dowiedzieliśmy się, że firma, która uzyskała kontrakt na dokończenie budowy autostrady A2 po Chińczykach, to od samego początku nie była żadna firma, lecz banda zbankrutowanych kumpli Kazimierza Marcinkiewicza, który im ten kontrakt załatwił pod stołem.
I teraz problem wygląda następująco. Pisałem tu o Marcinkiewiczu parę razy i zawsze nieodmiennie twierdziłem, że szczyt jego możliwości biznesowych to włóczenie się po Londynie z tym przewiązanym wokół szyi swetrze i rwanie jakichś biednych wiejskich dziewcząt, które tam wyemigrowały za chlebem. Tymczasem okazuje się, że on jednym szybkim ruchem wyrolował Donalda Tuska z tym całym jego nieszczęsnym rządem. A to świadczyć może tylko o jednym. Nawet Kazimierz Marcinkiewicz jest od nich lepszy. Nawet ktoś, z kogo Jarosław Kaczyński będzie się musiał tłumaczyć na Sądzie Ostatecznym jest lepszy od nich. A to z kolei oznacza już tylko to, że oni są najgorsi. Nie Kazimierz Marcinkiewicz. Oni. I to jest wiadomość, wbrew pozorom, optymistyczna.

Niedawno, przy którejś z okazji zauważyłem, że to co robię, robić już muszę. Raz, bo boję się zmarnować ten talent, a dwa, że z tego zwyczajnie żyjmy. Po prostu. Głupio mi to mówić, ale sytuacja jest dziś jak najbardziej dramatyczna. Wiadomo już, że ten rok jest zdecydowanie gorszy od poprzedniego, ale też wygląda na to, że nadchodzący miesiąc będzie jeszcze gorszy od mijającego. Bardzo więc proszę o to, by w miarę możliwości korzystać z podanego obok numeru konta i nas tu wspierać. A ja, jak mówię, i tak będę pisał. Inaczej i tak już być nie może. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...