piątek, 13 kwietnia 2012

Moje Kinderszenen

Poniższy tekst już tak naprawdę był tu przedstawiony, tyle że w nieco innej wersji. I, mimo że jego charakter zdecydowanie bardziej odpowiada temu co się dzieje tutaj niż w Salonie24, wstawiłem go jednak na tamten blog, wiedząc, że tam znajdzie więcej czytelników, którzy go nie mieli okazji jeszcze czytać. A wierzę, że on jest na tyle mocny, ze nie wypada go za bardzo chować. Zwłaszcza w dniach takich jak te.
No i stało się tak, że nasz kolega raven59 – być może też z tego powodu, że go wcześniej nie miał okazji czytać – zaczął mnie bardzo naciskać, by go wkleić tutaj. Tłumaczyłem mu, że on już tu w pewnym sensie był – na nic. A więc ponieważ co rozkaz to rozkaz, bardzo proszę, przeczytajcie go sobie i mam nadzieję, że zarówno ci, którzy go sobie tylko przypomną, jak i ci, którzy go wcześniej nie znali, będą mieli podobną satysfakcję. No i jeśli tak się stanie, będę wdzięczny za każdy grosz. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.
Od tamtej soboty minęły już dwa lata, ale wiemy przecież świetnie, że czas płata różne figle i wcale nie tak rzadko dochodzi do sytuacji, że człowiek kładzie się spać wieczorem, rano wstaje, i z przerażeniem widzi, że mijają kolejne tygodnie, a za chwilę miną kolejne miesiące, a ten dzień, kiedy to w smoleńskiej mgle rozbił się samolot z polską szachownicą, a 96 osób znajdujących się w środku, wśród nich Lech i Maria Kaczyńscy, zostali rozszarpani na strzępy, będzie nam stał przed oczami jakby to było wczoraj.
Ktoś mnie zapyta, czemu ja z zawziętością godną lepszej sprawy powtarzam słowa o tej masakrze? Czemu ja nie mogę normalnie powiedzieć, że oto minęły cztery miesiące od katastrofy pod Smoleńskiem, albo – skoro już muszę gadać o Prezydencie – nie powiem normalnie, że właśnie dziś obchodziliśmy drugą rocznicę jego śmierci? Czemu ja wciąż przypominam te ciała, te porozkradane spinki, skrawki ubrań, zegarki, karty kredytowe? Czemu ja wciąż, z maniakalnym zawzięciem, wspominam to biedne, zdeformowane do granic wyobraźni szczątki Przemysława Gosiewskiego? Czemu ja wciąż gadam o tej krwi?
Powiem że sam się nad tym zastanawiam i nie do końca wiem, co odpowiedzieć. Najprościej byłoby powiedzieć, że ja wciąż o nich myślę, i że każdy kolejny dzień mijający od tego udręczenia wypełniam głosami, obrazami i wspomnieniami związanymi z tamtymi ludźmi, z tym co się z nimi stało, a nawet i z tymi, którzy po nich zostali. Być może najprościej byłoby powiedzieć, że za tym moim zaplątaniem stoją tamte tak już wydawałoby się stare zdjęcia Ewy Kaczyńskiej w dniu pogrzebu, które wciąż tworzą pulpit i mojego komputera i telefonu. A może to chodzi o to, że ja zwyczajnie o tym dniu i o tych ludziach nie potrafię zapomnieć, ale też zapomnieć nie chcę. Co więcej, ja chcę o nich pamiętać w wymiarze, który uważam akurat tu za podstawowy. A więc w wymiarze który mam ochotę nazywać męczeństwem.
Pamiętam publiczne reakcje jakie wywołała publikacja książki Jarosława Marka Rymkiewicza o warszawskiej masakrze roku 1944, zatytułowanej ‘Kinderszenen’. Pamiętam, że to właśnie w stosunku do niej formułowano tego typu zarzuty, które sprowadzały się do jednego – że Rymkiewicz nurza się w krwi i że tu jest chore. Pamiętam, że kiedy ja czytałem tę książkę, byłem wypełniony niczym więcej jak tylko pełnym wzruszenia uniesieniem, jednak ani nie wiedziałem, skąd ono się bierze, ani jednak też tego wiedzieć nie potrzebuję. Dziś, kiedy myślę o tym rozbitym na rosyjskim błocie polskim samolocie, wiem, że to jest dokładnie to samo, a ja jestem emocjonalnie zanurzony w tym samym wymiarze, który opisywał w swojej książce o Powstaniu Warszawskim Rymkiewicz. Ale wiem też coś więcej – że wściekłość jaką u niektórych wzbudzały tamte emocje, i wściekłość, jaką budzą emocje – przecież nie tylko moje – dzisiejsze, to jest dokładnie ta sama wściekłość. Jest to wściekłość skierowana przeciwko wydawałoby się kompletnie obcej kulturze, czy może wręcz obcej cywilizacji, która nagle przestaje być czymś, co oglądamy przez szybę samochodu, lub przez turystyczną lornetkę, ale która nagle agresywnie wkracza w nasze życie i pokazuje się jako jak najbardziej alternatywna oferta.
Kiedy dziś słuchamy pełnych oburzenia komentarzy dotyczących politycznych rzekomo źródeł tej tak fatalnie przedłużającej się żałoby, kiedy słyszymy najróżniejszych komentatorów serdecznie ubolewających nad tym, jak to źli, podli i zakłamani ludzie bezwzględnie wykorzystują ból rodzin osób pogrzebanych w podsmoleńskim błocie, kiedy słuchamy apeli o to, żeby wreszcie już skończyć z rozgrzebywaniem tej tragedii, żeby usunąć te krzyże, zdmuchnąć świeczki, żeby zabrać te zdjęcia, żeby wrócić do normalnego życia, a sprawy zostawić doświadczonym rosyjskim i polskim prokuratorom, mamy naturalną skłonność do tego, żeby sądzić, że za tym wszystkim kryje się polityka. Zwyczajna polityka. Jak zawsze od tylu już lat. I nie tylko za tym, ale za wszystkim. Że nawet jeśli jedni wciąż apelują o to, by wysprzątać tę krew i wydrapać ten wosk, bo boją się, że i ta krew i ten wosk ich w końcu pochłonie, to drudzy wciąż gadają o kwietniowej tragedii, bo w ten sposób chcą zdobyć kilka dodatkowych punktów w sondażach, a ten sposób – bo to jest tylko sposób – wydaje się do tego celu zwyczajnie i po prostu najlepszy.
Otóż nie mam pewności jak jest u innych, ale jeśli idzie o mnie i ludzi mi bliskich, jestem absolutnie pewien, że tu polityka nie ma nic do rzeczy. Jak idzie o nas, ja po prostu wiem, że ta katastrofa to znak, symbol i doświadczenie, znacznie przekraczające wszystko to, co może nam dać doraźna polityka. To jest właśnie coś na miarę tego opisanego przez Rymkiewicza wybuchu z okupowanej Warszawy roku 1944. Dopiero co pisałem tekst o inwazji protestanckiej pobożności, i przy tej okazji znów przypomniał mi się film Mela Gibsona o męce Jezusa i cała ówczesna histeria skierowana pod adresem tego co Gibson pokazał i w jaki sposób to pokazał. A więc ten jeden stały argument: Po co w ogóle o tym gadać? I to jeszcze gadać w sposób tak nieprzyjemny? To jest właśnie ten sam wymiar. Wcale nie polityczny, ale kulturowy.
Minęły dwa lata od katastrofy rządowego tupolewa i od śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Wszystko co się stało przez te miesiące, każe mi mieć pewność, że ta śmierć i to męczeństwo nie było wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, ale że za nimi stała czyjaś podła, najpodlejsza myśl. Ale też wszystko, co się przez te miesiące dzieje, każe mi się obawiać, że jest całkiem możliwe, że nigdy już się nie dowiem, czy moje podejrzenia są słuszne, czy nie, i że już do końca moich dni, będę skazany na kłamstwa i bezczelne pomówienia. I jest mi oczywiście z tego powodu bardzo źle. Natomiast jest coś znacznie ważniejszego niż to, czy przyczyny tej katastrofy zostaną wyjaśnione, a nawet czy źli ludzie zostaną ukarani, a ofiary tego zła otrzymają swoją sprawiedliwość. Myślę sobie, że z pewnego punktu widzenia, dla mnie i dla wielu ludzi, których znam, najważniejsze pozostaną i tak już tylko te ostatnie sekundy przed ostatecznym końcem tego lotu, myśli i słowa ludzi zgromadzonych w tym jednym, tragicznym miejscu, ten strach, ten ból, ta bezradność i wreszcie ta krew i to cierpienie. Ta – znów muszę wrócić do tego nieszczęsnego ciała Przemysława Gosiewskiego – niewyobrażalna rzeź. Ten znak, ten symbol, ten głos umęczonej Ojczyzny.
Tak więc to cośmy otrzymali, widzę jako karę i jako dar. I, przepraszam bardzo, ale jeśli dziś jakiś wyżelowany dziennikarz mówi mi, żebym przestał, bo moje gadanie go denerwuje, to ja oczywiście rozumiem jego zdenerwowanie. Powiem wręcz, że ja je rozumiem bardzo dobrze. Rozumiem je, bo wiem świetnie, jak to jest kiedy człowiek się boi, ale wiem też że od strachu jeszcze gorszy bywa kontakt z obcym.
„Bo coś się tu dzieje, a pan nie wie, co to jest. Prawda, panie Jones?”

czwartek, 12 kwietnia 2012

Nasi tworzą historię

Jak już tu informowałem, tak się stało, że postanowiłem ów swój, od czasu zeszłorocznej kampanii szczątkowy, blog w Salonie24 uaktywnić, i dziś, mimo wcześniejszych bardzo poważnych wątpliwości co do tego, czy postępuje słusznie, dziś już wiem, że słusznie jak najbardziej. Przede wszystkim, główny cel tego posunięcia, a więc wsparcie Coryllusa w jego walce o wolność słowa, został spełniony wręcz z nawiązką. Mimo że nasze teksty z zasady nie trafiają nawet na główną stronę Salonu, jesteśmy tam obaj bardzo mocno czytani i komentowani. W dodatku udało się stworzyć coś, czego się już zupełnie nie spodziewałem i czego nawet wcześniej nie planowałem, a mianowicie autentyczny front. Dziś jest mam wrażenie tak, że te teksty – jak mówię czytane i komentowane bardzo szeroko – zaczynają funkcjonować, jakby były pisane przez jedną osobę. A to, wbrew być może pozorom, jest bardzo dobrze. Bo w ten sposób ów atak jest na pewno mocniejszy. I nawet jeśli niekiedy poszczególne poglądy moje, czy poglądy Coryllusa komuś się nie spodobają, to nie można nam odmówić ani szczerości ani uczciwości w tym co robimy.
Oczywiście fakt, że zacząłem pisać również w Salonie może być jakoś tam niebezpieczny dla tego bloga. A wiąże się to z tym, że ponieważ od początku założyłem sobie, że na Salonie będę załatwiał sprawy bardziej doraźne, natomiast tu będziemy się jak dotychczas nurzać w naszych codziennych refleksjach, ja muszę pisać więcej, a przez to może się zdarzyć, że nie uda mi się zostawiać tu jak dotychczas jednego tekstu dziennie, czy choćby nawet jednego na dwa dni. Ponieważ jednak mam przykre wrażenie, że to co ja tu piszę z jakiegoś powodu ostatnio wzbudza nieco mniejsze zainteresowanie, niż jeszcze parę miesięcy temu, moje ewentualne wyrzuty sumienia muszą być też trochę mniejsze. Weźmy tekst, który wstawiłem od razu w poniedziałek, tuż po tym, jak uznałem, że wszyscy zdążyli odpowiednio ochłonąć po rekolekcjach Don Paddingtona. Dopiero wczoraj miałem okazję zauważyć, że nim się zainteresowało więcej niż parę osób. A wcześniej? Przepraszam bardzo, ale ci co widzieli – to widzieli.
Mimo to, oryginalnie tekst który wrzuciłem wczoraj do Salonu był pisany z myślą o nas. Pierwsza moja myśl była taka, by to co ja sądzę o dwuletnim już śledztwie smoleńskim prowadzonym przez FYM-a napisać na ten blog. Ostatecznie jednak on poszedł tam z dwóch powodów. Po pierwsze, ja naprawdę bardzo chciałem, żeby tekst o Dominikanach jednak został przeczytany przez wszystkich na których przyjaźni mi zależy, a zatem uznałem, że lepiej będzie jak on tu trochę jeszcze pobłyszczy. Inna sprawa, że trochę mi też było głupio rachować się z FYM-em tu, gdzie on pewnie nawet nie zagląda i gdzie tak naprawdę to czym się on zajmuje nikogo aż tak bardzo może nie obchodzić. No ale w końcu uznałem, że sprawa jest na tyle ważna, że coś na ten temat powiedzieć powinienem i tutaj. I że dziś jest na to odpowiedni moment.
Pewnie wszyscy się jako tako w sprawie orientują, jednak na wszelki wypadek przypomnę, o co chodzi. Otóż jeden z ważniejszych polskich blogerów Free Your Mind, lub, jak kto woli, FYM, opublikował ostatnio w Sieci ponad tysiącstronicową książkę poświęconą wyjaśnieniu przyczyn Katastrofy Smoleńskiej. Materiały do niej FYM zbierał, gromadził i zapisywał na swoim blogu w Salonie24 przez niemal dwa lata i – co warto zauważyć – przez ten czas nie zajmował się absolutnie niczym innym. O ile przed Katastrofą on głównie prowadził swoją walkę z Systemem na poziomie tępienia wszelkich pozostałości po PRL-u, czy to w osobach jego głównych bohaterów, czy prowadzonych przez nich dziś biznesów, od pamiętnego sobotniego poranka, postawił on sobie jako jedyny cel wyjaśnienie przyczyny Katastrofy i udowodnienie winy wszystkim osobom za nią odpowiedzialnym. W efekcie, doszedł FYM do wniosku, że do zabójstwa Prezydenta i pozostałych uczestników lotu nie doszło na lotnisku w Smoleńsku, lecz w innym miejscu, do którego polski samolot został zwabiony i gdzie już dokonano faktycznej egzekucji. Jak idzie o Smoleńsk, jest to zdaniem FYM-a jedynie starannie odegrany teatr i mistyfikacja, w której uczestniczą wszyscy, zarówno z jednej jak i z drugiej strony obserwowanego przez nas politycznego starcia. Zdaniem FYM-a, zabójstwo polskiego prezydenta było akcją przeprowadzoną na tak wysokim i tak szeroko zakrojonym poziomie, że dziś ani Tusk, ani co gorsza Macierewicz, ze strachu przed uwikłanym w to morderstwo światem, nie widzą żadnego interesu w ujawnieniu prawdy. I stąd książka FYM-a. By tę prawdę ukazać.
Dlaczego uważam za konieczne zajęcie się tym co robi FYM? W końcu przez to, że ta jego książka istnieje tylko w Sieci, jest ona dostępna możliwie najmniejszej publiczności, i o jej istnieniu nie wie pewnie nikt poza najbardziej skoncentrowanymi obserwatorami salonowego blogowania, no i pewnie tymi, którzy blogosferę obserwują zawodowo, a więc służbami specjalnymi na usługach obecnej władzy. Owszem, to prawda. Książka FYM-a wraz z zawartymi w niej rewelacjami to nisza mniej więcej tak głęboka i egzotyczna jak ten blog. Mimo to ja wciąż twierdzę, że z tym co robi FYM należy walczyć. Przede wszystkim, choć sam FYM nie ma tu większego znaczenia, on stanowi część właśnie tej niszy, która jako całość zawsze może zostać wykorzystana do walki z czymś co posiada już realną silę i, mówiąc bardzo ogólnie, jest uosabiane przez Jarosława Kaczyńskiego. Zawarte w książce tezy, podobnie zresztą jak jej wyjątkowo tandetny, przypominający wszystko to co w blogosferze najgłupsze i najbardziej niskie, język, stanowi idealne narzędzie do uderzenia – jeśli tylko nadarzy się odpowiednia okazja – w to co ma choćby minimalne możliwości, by zdobyć dla nas upragnione zwycięstwo.
Ledwo co wczoraj, dzięki uprzejmości jednego z komentatorów, miałem okazję obejrzeć rozmowę, jaką TVP przedstawiła z Antonim Macierewiczem z jednej strony i posłem Platformy Obywatelskiej Olszewskim (jakby ktoś nie kojarzył, to ten przypominający karykaturę młodego esesmana z współczesnych polskich seriali o wojnie). I proszę sobie wyobrazić, że przez całą tę rozmowę działo się tak, że podczas gdy Macierewicz na zimno – wiemy jak on to potrafi robić – próbował przedstawić wszystkie dotychczasowe ustalenia dotyczące Katastrofy i postawić wstępne zarzuty, Olszewski wciąż z Macierewicza kpił, na okrągło powtarzając trzy słowa: mgła, hel i strzały. Macierewicz przypominał, że Komisja Parlamentarna ani razu nie sformułowała tezy o strzałach, helu i mgle, i że to wszystko wyłącznie perfidna propaganda – Olszewski niewzruszony rechotał i wciąż wracał do tego samego. A ja miałem pewność, że gdyby FYM był choćby tak ważny jak mu się wydaje, oprócz tej mgły, tych strzałów i tego helu, Olszewski wciąż gadałby z tym swoim szyderczym uśmiechem o dwóch samolotach i o smoleńskiej atrapie. A Macierewicz dla każdego w miarę przytomnego widza byłby tylko żałosnym durniem. I dopiero wtedy ten program miałby swój sens.
Ktoś powie, że to co ja piszę to może i prawda, tyle że skąd ja wiem, że faktycznie nie było tak, że były dwa samoloty, że jeden, puściusieńki, został do Smoleńska podrzucony w stanie w jakim go dziś oglądamy, natomiast ten prawdziwy został gdzieś w głębi Rosji wypatroszony i wraz z całą swoją zawartością unicestwiony. Skąd ja wiem, że nie jest tak jak pisze FYM, że te ciężarówki, które owego sobotniego poranka przyjeżdżały do Smoleńska, nie przyjeżdżały po to, by zabrać trupy, ale by te trupy tam podrzucić? Otóż ja to wiem przede wszystkim stąd, że ja czegoś takiego zakładać nie mam najmniejszego powodu. I że czegoś takiego ja sobie zwyczajnie nie umiem wyobrazić. A jeśli ktoś mi powie, że to jest powód zbyt kiepski, to do tego dorzucę jeszcze to, że ja mam bardzo poważne podejrzenia, że i sam FYM też nie jest do końca o tym przekonany. A skąd ja to wiem? Stąd mianowicie, że on tej swojej wręcz epokowej pracy nie opublikował w formie papierowej. On ją złożył, zatytułował, oprawił jak należy i wrzucił do Internetu, by móc ją sobie sam wraz ze swoimi znajomymi od czasu do czasu poczytać. On najpierw stworzył dzieło swojego życia, coś tak rewolucyjnego, że jeśli nadejdą kiedyś normalne czasy, on FYM będzie cytowany w książkach do historii, a następnie zrobił wszystko, żeby broń Boże nikt się o tych jego odkryciach nie dowiedział. Ja oczywiście rozumiem, że dziś jest naprawdę ciężko wydać cokolwiek w taki sposób, by móc to następnie z powodzeniem spopularyzować i sprzedać. Wiem świetnie, że prawdopodobnie większość wydawnictw, do których FYM by się zgłosił ze swoją książką by go pogoniło – albo z powodów osobistych, albo biznesowych. Wiem, że nawet gdyby on w końcu to gdzieś komuś wrzucił, musiałby się bardzo namęczyć, żeby sprzedać tej książki choćby tysiąc egzemplarzy. Ja to wszystko wiem. Jednak mimo wszystko jest różnica między obawą przed tego typu ryzykiem, a zwykłym wyrzucaniem swojego bądź co bądź dzieła na śmieci. To z czym mamy do czynienia to sytuacja, że powstało coś wedle wszelkich pozorów epokowego, a jednocześnie jego autor ogłasza, że on nigdy nic takiego nie mówił. I to sprawia, że dla mnie FYM jest całkowicie niewiarygodny.
Na koniec wypadałoby, jak sądzę, zaproponować jakąś w miarę sensowną odpowiedź na pytanie, po co on to w takim razie robi, skoro nie po to, by poinformować świat o czymś tak niesamowitym jak zamach na tak niewyobrażalną skalę a jednocześnie spisek o tak rozległym i głębokim charakterze? Otóż ja już w komentarzu w Salonie24 zasugerowałem jedną ewentualność. Że FYM mianowicie do tego stopnia boi się tego co sam odkrył, że nie wie do końca co z tym swoim odkryciem zrobić. Że on się zwyczajnie boi, że jeśli on z tym czymś wyjdzie do szerokiej opinii publicznej służby go zwyczajnie zabiją. Więc siedzi z tą swoją smutną internetową książką i się trzęsie ze strachu. Moim zdaniem jednak, gdyby to było prawdą, z powodów na tyle oczywistych, że nie chce mi się tu nawet w nie wchodzić, trzeba by było nam uznać, że FYM albo zwyczajnie zgłupiał, albo autentycznie zwariował. I to by właściwie było rozwiązaniem najlepszym. Bo każde inne jest już – dla niego przede wszystkim – fatalne. Robiąc bowiem to co on robi, FYM wyłącznie zabagnia naszą tragedię, naszą walkę i naszą nadzieję. Sprowadza to wszystko do wymiaru jakiegoś internetowego idiotyzmu, nawet nie wartego splunięcia. Po to by wszyscy się z nas tylko śmiali i pokazywali nas palcami. A tego byśmy mu wybaczyć już nie mogli.
Nie bardzo jest ten dzisiejszy tekst w nastroju tego bloga, niemniej mam nadzieję, że jakoś tam się nam wszystkim przydał. Jeśli ktoś uważa, że tak jest, bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta, no i o kupowanie książki. Ona jest wydana w takiej formie, że można ją wziąć do ręki, poczuć zarówno jej wagę, jak i jej wielkość. I żeby każdy mógł mieć pewność, że ja się jej ani nie boję, ani nie wstydzę. Dziękuję.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Idzie wiosna - będą grillować

W piątkowy wieczór, tuż po transmisji Drogi Krzyżowej z Watykanu, TVP Polonia pokazała nam wnętrze czegoś co wyglądało na bardzo nowoczesny kościół, w ławkach siedzieli ludzie, a na zaimprowizowanej scenie miotała się jakaś przebrana w białe szaty młodzież, klaskała i śpiewała piosenkę z takim oto przesłaniem, że Jezus nas kocha – Alleluja! Po polsku. Nie wiem jak długo transmisja tej uroczystości trwała, bo w pewnym momencie, gdy pierwszy szok minął, wyłączyłem telewizor. Jednak wyglądało na to, że tak właśnie wyglądał plan Telewizji Polskiej na ów wielkopiątkowy wieczor – najpierw tradycyjna transmisja Drogi Krzyżowej, a następnie precz z tymi smutkami, niech wszyscy widzą prawdziwie radosne chrześcijaństwo, Jezus żyje!
Wielka sobota przyniosła nam prawdopodobnie wiele innych ciekawych manifestacji tak zwanej nowej, świeckiej pobożności, ja jednak zwróciłem uwagę na pokazaną przez telewizję TVN24 rozmowę prowadzoną między trzema osobami, reprezentującym trzy różne spojrzenia na coś co nazywamy Duchem. Z lewej strony siedział znany niektórym z nas zbyt dobrze ateista Zbigniew Mikołejko, zaprezentowany jednak jako „mistyczny agnostyk”, obok niego siedziała znana nam z działalności w branży charytatywnej Janina Ochojska, przedstawiona z kolei jako „katoliczka, która się przyznawać do swojego katolicyzmu nie wstydzi”, a z prawej Lejb Fogelman – człowiek w kapeluszu. Rozmowę prowadziła Katarzyna Kolenda-Zaleska, a więc ktoś kogo nie jestem w stanie odpowiednio opisać, nie narażając się z jednej strony na zarzut chamstwa, a z drugiej przestępczego oszczerstwa. Jednak muszę przyznać, że jeśli dziś wspominam ten program, to właśnie przede wszystkim dzięki Kolędzie-Zaleskiej. Ona to bowiem najpierw, przedstawiając Mikołejkę, powiedziała, że on wprawdzie jest owym „mistycznym agnostykiem”, ale na pewno „znacznie bardziej wierzącym”, niż wielu z tych co za wierzących powszechnie uchodzą, a następnie ogłosiła, że jej osobiście najlepiej się chodzi do kościoła do warszawskich Dominikanów. Deklaracja ta – co należy podkreślić – stanowiła zresztą uzupełnienie wcześniejszej, która padła z usta Ochojskiej, gdy ta oświadczyła, że ona wprawdzie jest zadeklarowaną katoliczką i się tego swojego katolicyzmu nie wstydzi, natomiast przyznaje, że często się jej zdarza, że będąc w kościele na Mszy Świętej, nie czuje wspólnoty z innymi wiernymi, i najlepiej spędza się jej czas u Dominikanów w Krakowie.
Niestety nie umiem powiedzieć, o czym państwo rozmawiali i co z tej ich rozmowy dla nas mogło wyniknąć, bo, podobnie jak wcześniej, przy okazji tych wielkopiątkowych radosnych pląsów, telewizor wyłączyłem, natomiast pozostała ze mną cała masa najróżniejszych refleksji, które z kolei doprowadziły mnie do pewnego wspomnienia. Otóż jakiś czas temu, nudząc się jak mój pies, pomyślałem sobie, że sprawdzę, jakież to my mamy kanały w naszym telewizorze, o których dotychczas mogłem nie mieć pojęcia. Zacząłem więc przy pomocy pilota przewijać tę ofertę, i kiedy już przeleciały wszystkie stacje włoskie, wszystkie stacje arabskie, i nawet wszystkie programy erotyczne, pojawiła się część religijna, a w niej coś co się nazywa The Religion Channel. Nie umiem oczywiście dokładnie powiedzieć, co to za program, bo – jak się czytelnicy tego bloga mogą spodziewać – nie zabawiłem tam wystarczająco długo, by zostać tu ekspertem, ale z tego co się zdążyłem zorientować, jest to stacja telewizyjna prezentująca telekazania dostarczane wiernym przez niektóre z tych chyba już ponad 20 tys denominacji protestanckich, jakich dorobiła się Ameryka. Ja akurat trafiłem na coś –sprawdziłem to oczywiście w wikipedii – co na tym tle stanowi zjawisko wybitne, a mianowicie na kaznodzieję nazwiskiem Joel Osteen, który jest przywódcą kościoła o nazwie Lakewood Church.
Okazuje się, że Osteen uznany został przez stację ABC za jedną z 10 najbardziej wpływowych postaci w Stanach Zjednoczonych, jego kościół jest najbardziej liczną kongregacją w całym kraju, a telewizyjne kazania jakie on głosi gromadzą przed ekranami 7 milionów widzów tygodniowo. Występ na który ja akurat natrafiłem miał miejsce na stadionie chyba baseballowym, Osteen stał na skromnej scenie, przed nim siedziało jakieś 50 tysięcy, a może więcej ludzi, i wszyscy wyglądali, jakby udało im się własnie ujrzeć Pana Boga. Samo kazanie nie było długie, trwało może 20 może 25 minut, natomiast – jak mówię – efekt jakie ono wywarło na zgromadzonych na stadionie ludzi był absolutnie porażający. Oni najzwyczajniej w świecie oszaleli. Co mówił Osteen? Przyznać muszę, że na mnie największe wrażenie zrobiły dwa fragmenty tego wystąpienia. Na samym początku był zwykły dowcip. Otóż była sobie wioska, gdzie mieszkali sami katolicy, a wśród nich znalazł się jeden jedyny protestant. No i było tak, że w każdy piątek – Osteen akurat mówi, że w każdy piątek Wielkiego Postu – ów protestant w swoim ogródku grillował steki wołowe, co irytowało katolików, którzy go postanowili skutecznie nawrócić. Pokropili mu więc głowę wodą i oznajmili: „Urodziłeś się jako baptysta, dorastałeś jako baptysta, a dziś jesteś katolikiem”. Rok później, przy okazji kolejnego Wielkiego Postu, mieszkańcy wioski wychodzą przed swoje domy i czują, że śmierdzi grillowaną wołowiną. Zachodzą do swojego sąsiada, patrzą, a on smaży stek, polewa go wodą i mówi: „Urodziłeś się jako krowa, dorastałeś jako krowa, a teraz jesteś rybą”.
To pierwszy fragment. Drugi był już pod sam już koniec kazania i stanowił taką oto historię: Był sobie oto pewien dobry, pobożny protestant, który zakochał się w jakiejś Europejce, którą chciał sprowadzić do Stanów Zjednoczonych, by ją tam poślubić. Niestety biurokratyczne przepisy wymagały od niej posiadania wizy, a procedury uzyskania owej wizy były strasznie żmudne i długotrwałe. Chodził więc ów pobożny człowiek do urzędów i prosił urzędników o tę wizę aż wreszcie trafił na jednego, który był okropnie niegrzeczny, wręcz chamski, i robił wszystko, by całą pobożnemu człowiekowi życie utrudnić. Ostatecznie poinformował go, że jego narzeczona w Europie będzie musiała czekać na wizę 5 lat. Pobożny człowiek był oczywiście bardzo wzburzony, jednak nie dał po sobie poznać najmniejszego gniewu, a wręcz przeciwnie, każdą kolejną złą wiadomość przyjmował z uprzejmą radością i wiarą. I oto nie minął miesiąc, jak ów niegrzeczny urzędnik dzwoni do niego i informuje, że wiza na niego czeka. „Jak to się stało?” – pyta pobożny człowiek. „Jak to możliwe, że coś co miało trwać 5 lat, trwało zaledwie jeden miesiąc?” Jestem pewien, że nie muszę nikomu nic wyjaśniać. Wszyscy jak się tu spotykamy jesteśmy na tyle inteligentni, by odpowiedź na tę zagadkę już znać. Tak. To owa uprzejmość, radość i wiara sprawiły, że zły urzędnik się nawrócił. Możemy się nawet domyślić, że to był rasowy katolik. A nawrócił się nie przez tę rybę – a więc Krzyż – lecz przez porządny kawałek wołowiny, czyli radość płynącą ze Zmartwychwstania.
Ktoś pewnie zapyta, co było w środku. Co wypełniało owo kazanie, poza tymi dwiema anegdotami? Otóż tam nie było nic, co by przekraczało wielkość jednego zdania. Merytorycznie ono w całości było oparte na cytacie z Pierwszego Listu do Koryntian o tym, że „Bóg złożył wszystko u Jego stóp”, a przekaz jest taki, że jeśli na wszystkie nieszczęścia będziemy patrzeć z tej perspektywy, uzyskamy nową siłę. I przez dwadzieścia minut Osteen powtarza to jedno zdanie w najróżniejszych sekwencjach, i jestem pewien, że gdyby on nie był mistrzem świata w tym co robi, pies z kulawą nogą nie chciałby go słuchać. Każde jedno zdanie wypowiedziane przez naszego księdza Don Paddingtona zawiera więcej treści niż całość tego co ten stadion traktuje jako Słowo Boże. To co słyszymy – wraz z tymi 50 tysiącami zebranych na tym stadionie – to czysta retoryka, czysty pijar. I tu akurat musze przyznać, że to jest tak dobre, że gdyby taki Donald Tusk, nawet znając angielski tak jak go zna, zechciał rzucić okiem na ten występ, zwariowałby z podniecenia i poprosił Ostachowicza, by ten go nauczył, co robić, by umieć gadać jak Osteen.
Dlaczego tamto wystąpienie Joela Osteena przypomniało mi się przy okazji sposobu, w jaki tegoroczne święta Męki Śmierci i Zmartwychwstania Naszego Pana Jezusa zostały potraktowane przez System? Sam do końca tego wyjaśnić nie jestem w stanie, jednak wydaje mi się, że chodzi o to, że to co mogliśmy obejrzeć w piątek po transmisji z Watykanu i w sobotę w wieczornym programie „Fakty po Faktach”, to nie przypadek lecz kierunek. A ów kierunek można opisać przy pomocy jednego zdania: „Koniec z tym Krzyżem”. Dość już tego marudzenia. Chrześcijaństwo to radość i miłość, a nie jakieś dąsy. To piękny okrzyk „Alleluja!”, a nie jakieś skrwawione serca. I oczywiście, każdy z nas wie, że to nic nowego. W końcu wszyscy świetnie pamiętamy co ta banda oszustów zrobiła z filmem Mela Gibsona – i z samym Gibsonem – po tym, jak on nakręcił swoją „Pasję”. Pamiętamy naprawdę bardzo dobrze, jak bez śladu wstydu, z idealną bezczelnością, najbardziej szanowani recenzenci objaśniali, że przez ten film Mel Gibson sięgnął dna. Dlaczego? To już oczywiście wyjaśnione nie zostało. Ważne, że doszło do kompletnej porażki. A więc wszyscy wiemy, że dla Systemu i dla ludzi, którzy stoją na początku i końcu projektu który został nam właśnie przedstawiony, największym realnym zagrożeniem jest wiara w Krzyż jako coś co w ostateczności staje się Bramą. Wiara w to, że na początku każdej ostatecznej radości musi stać ów Krzyż. Dlatego oni ten Krzyż tępią na każdym kroku. I dlatego prawdopodobnie w tym roku po raz pierwszy odważyli się w Wielki Piątek odcisnąć ten swój ślad. Właśnie w taki sposób.
A co z tą nieszczęsną Kolendą? Co z tą Ochojską, która potrafi się naprawdę poczuć częścią tej Wspólnoty, dopiero gdy zajdzie do Dominikanów w Krakowie? Ja właściwie nie mam wątpliwości, że dla nich najbardziej odpowiednią religią była nauka głoszona przez Kościół z Lakewood i jego papieża Joela Oesteena. Że gdyby one były na tyle zorientowane w tym co się dziej w świecie, by zainteresować się tymi szamanami, machnęłyby ręką na tych Dominikanów – i to zarówno w Krakowie jak i w Warszawie – i zapisałyby się do tych już naprawdę wybitnych chrześcijan. Jestem też przy tym wręcz pewien, że gdyby Zbigniew Mikolejko postanowił zamiast w agnostycyzm, nieco bardziej zainwestować w ów rzekomy mistycyzm, też by się tam z nimi udał. I byłoby im tam w trójkę naprawdę świetnie. Tylko Fogelman by zostal, bo jemu akurat poza tym kapeluszem więcej nie potrzeba.
Pozostaje jeszcze kwestia Dominikanów. Tuż obok mojego domu znajduje się tak zwany Kościół Garnizonowy. Dziwny to kościół. W Katowicach wojska już nie ma, natomiast kościół wojskowy trwa. Coraz mniejszy, coraz biedniejszy, z jednym tylko księdzem-proboszczem, któremu pomagają dobrzy ludzie i dochodzący z Kościoła Oblatów ojciec-staruszek. Kościół ten jest jednak w każdą niedzielę pełny, i jeśli ktoś chce wiedzieć, dlaczego, to dowie się pewnie, że może jest tak dlatego, że to jest takie miejsce, które wygląda mniej więcej tak samo jak kiedyś, a może dlatego, że tam wciąż nie zlikwidowano balasek, dzięki którym ludziom jest łatwiej przyjmować Komunię Świętą. Jak mówię, w Katowicach nie ma już wojska, więc ten kościół jest tu trochę nie na miejscu, ale ponieważ, a może mimo to, że jest to wciąż jedyne miejsce, gdzie są odprawiane msze za pomordowanych w Katyniu i Smoleńsku, imieniny Józefa Piłsudzkiego, rocznica Bitwy Warszawskiej, gdzie każda inna patriotyczna uroczystość ma szanse znaleźć odpowiednią odprawę, a poza tym tuż obok znajduje się pomnik katyński, jakoś to wszystko wciąż funkcjonuje. Niedawno dowiedziałem się, że wszystko zmierza jednak w tę stronę, by ten kościół przestał być kościołem wojskowym, a został zmieniony na coś innego. Jest też propozycja, by wzięli go Dominikanie. I to jest dopiero wiadomość! To jest dopiero coś co naprawdę poraża. Przepraszam bardzo, ale ja jednak się dziś jeszcze pomodlę, żeby Dominikanie akurat zostali tam gdzie są i służyli duchowemu rozwojowi Janiny Ochojskiej i Katarzyny Kolendy Zaleskiej. Przynajmniej do czasu, jak one wybiorą Joela Osteena. A później się zobaczy.
Dziękuję wszystkim - oni wiedzą - którzy zechcieli przed Świętami wesprzeć finansowo ten blog. Nawet nie wiecie, jakie to było ważne. Jednocześnie proszę wszystkich o to, by o mnie nie zapominali.

sobota, 7 kwietnia 2012

Don Paddington: Tadzik - część 3

Nie pozostało mi nic innego jak dowiedzieć się, dlaczego śmierć Jezusa jest do tego stopnia ważna, że ciągle się o niej mówi. I to nie tylko w kościele, ale nawet w jakichś debilnych dowcipach. Zauważyłem też, że ta śmierć – poprzez wszechobecny znak krzyża – jest nam ciągle pokazywana. Ktoś się bardzo starał, byśmy o tej śmierci nie zapomnieli, byśmy ciągle ją mieli przed naszymi oczyma. Dlaczego? Dlaczego?!!
Po powrocie do domu, zapytałem o te sprawy mamę. Pisałem pytania na kartce, a mama odpowiadała. Wywiązał się między nami taki dialog:
- Jezus umarł?
- No tak, umarł.
- Czy to jest ważne?
- Co jest ważne?
- To, że Jezus umarł?
- Jak możesz o coś takiego pytać? Oczywiście, że jest ważne. Dla mnie jest to bardzo ważne.
- Dlaczego?
- Co „dlaczego”?
- Dlaczego ważne jest dla ciebie to, że Jezus umarł?
- Bo On umarł za moje grzechy. Umarł, żeby mnie zbawić.
- Co to znaczy: umarł za moje grzechy?
- Co ci w ogóle przyszło do głowy, żeby mnie męczyć takimi pytaniami? Pogadaj o tych sprawach z księdzem. Na pewno lepiej ci to wszystko wytłumaczy niż ja. Ja prosta kobieta jestem. Nie umiem o tym wszystkim rozmawiać.
- Co to znaczy: umarł, żeby mnie zbawić?
- Daj spokój Tadzik. Porozmawiaj z księdzem. Zjesz kolację?
Do żadnego księdza oczywiście nie poszedłem. Postanowiłem trzymać się od tych panów z daleka. Do kościoła przestałem zaglądać. Przestałem też uczestniczyć w organizowanych przez parafię spotkaniach Anonimowych Alkoholików. Do picia – Bogu dziękować – nie wróciłem, ale muszę przyznać: brak mityngów AA bardzo dał mi się we znaki. Wytrwałem w trzeźwości chyba tylko dlatego, że cały czas myślałem o Jezusie i Jego śmierci. To było jak obsesja. I nie mogłem się z tego wyzwolić, ponieważ na moje pytania nikt nie dawał zadowalających mnie odpowiedzi.
Początkowo pytałem o Jezusa tych ludzi, o których wiedziałem, że są wierzący i praktykujący. Na przykład pana Stefana. Albo panią Irenkę. I siostrę pana Stefana też o to pytałem. I spotkanych na ulicy znajomych z grupy AA. I niektórych sąsiadów, z którymi dobrze żyłem. Wszystkie te zacne osoby, w swoich odpowiedziach właściwie nie wykraczali poza to, co powiedziała mi mama: „Jezus umarł za nasze grzechy”; „umarł dla naszego zbawienia”; „umarł za nas”; „umarł, bo bardzo nas kocha”. Kiedy zaś ich pytałem, co to wszystko znaczy i dlaczego jest to tak ważne, podobnie jak mama odsyłali mnie do księdza, albo odpowiadali na tyle mętnie, że nic z tego nie wynikało.
Bywały oczywiście ciekawe rozmowy. Na przykład z panią Anią, siostrą pana Stefana. Nie potrafiła odpowiedzieć na moje pytania, ale w odróżnieniu od innych osób, wcale jej to nie peszyło. „Wiesz co, Tadeuszu – powiedziała na koniec rozmowy – ja chyba rzeczywiście niewiele wiem o tych sprawach. Jestem niedouczona i w ogóle głupia blondynka. Tak sobie jednak myślę, że to bardzo dobrze, że pytasz o Jezusa. Bo wiesz, dla mnie jest On wzorem. Jeśli będę żyła tak jak On, to moje życie będzie dobre i piękne, a ja będę zbawiona. Myślisz, że dlaczego biegamy ze Stefanem z tymi torbami? Bo wiemy, że się to Jezusowi podoba. I że przez tę bieganinę stajemy się do Niego podobni. Tak to widzę. I więcej nic już nie powiem.”
Zacząłem czytać Pismo Święte. I Katechizm Kościoła Katolickiego, który dostałem w prezencie od pana Stefana. I inne mądre książki. Dzisiaj wiem, że odpowiedź na moje pytania jest tam zawarta, ale wtedy nie potrafiłem do niej dotrzeć. Te teksty wydawały mi się zbyt trudne, były pisane jakimś dziwnym językiem i niewiele z tego wszystkiego rozumiałem. Zniechęciłem się więc do książek, ale nie zaniechałem stawiania pytań. Do tego stopnia się wybezczelniłem, że zaczepiałem zupełnie obce mi osoby i pytałem o Jezusa. Początkowo robiłem to w ten sposób, że najpierw opowiadałem wiadomy dowcip o Jasiu, który nie wie, że Jezus umarł. Następnie pytałem rozmówcę, co go w tym dowcipie śmieszy, mając nadzieję, że rozmowa pójdzie w pożądanym przeze mnie kierunku. Szybko jednak z tej metody zrezygnowałem, bo chociaż niektórzy ludzie reagowali tak jak się spodziewałem, to jednak w większości patrzyli na mnie dziwnie i widząc we mnie gościa, który kpi z wiary, odchodzili. Najczęściej odchodzili bez słowa, choć bywały też przypadki, że głośno się oburzali i jeśli byli delikatni, pytali: „Jak panu nie wstyd?! Ze świętych rzeczy się wyśmiewać?!”, a jeśli byli mniej delikatni, używali pod moim adresem określeń uważanych powszechnie za obraźliwe. Wzbogacony o tę życiową mądrość, że jeśli nie chce się ludzi denerwować, to lepiej dowcipów im nie opowiadać, postanowiłem bezpośrednio pytać o Jezusa, grzecznie przed tym zapewniając, że nie mam żadnych złych intencji. Niewiele to zmieniło. Ludzie na moje pytania albo się śmiali, albo wzruszali ramionami, albo pukali się w czoło. Niektórzy byli speszeni, a jeszcze inni mieli do mnie pretensje, że wkraczam w ich prywatność. Owszem, bywali tacy, którzy dawali wciągnąć się w rozmowę, ale zazwyczaj słyszałem znane mi już zdania: „Jezus umarł za nasze grzechy”; „umarł dla naszego zbawienia”; „umarł za nas”; „idź pan do księdza”.
Nie chcę zanudzać, powiem więc tylko, jak to wszystko się skończyło. A skończyło się, ponieważ dotarłem do tak zwanej ściany. Przekonały mnie o tym dwa wydarzenia. Pierwsze było dotkliwe, a drugie groźne.
Dotkliwe wydarzenie związane było z utratą pracy. Pracowałem wtedy w jednym z podmiejskich ogródków działkowych, jako tzw. gospodarz, czyli stróż i konserwator. Wraz z rozpoczynającą się wiosną, pracy było dużo. Zaczęli pojawiać się działkowicze, co dla mnie było okazją, by popytać o Jezusa. Większość z nich traktowała mnie jak trochę natarczywego, ale w sumie nieszkodliwego wariata. Była też jednak pewna pani, która poczuła się dotknięta moim agresywnym atakiem na jej prywatność i doniosła na mnie do szefostwa. Pan prezes zarządu przypomniał mi, że zostałem zatrudniony na okres próbny i po przyjacielsku zwrócił mi uwagę, bym się opamiętał. Nie opamiętałem się i w dalszym ciągu chciałem z ludźmi o Jezusie rozmawiać, co w efekcie doprowadziło do kolejnej jakiejś skargi i z roboty mnie wylano. W ten sposób, po raz kolejny w życiu, stałem się pasożytem żyjącym z renty matki.
Groźne wydarzenie polegało zaś na tym, że poszukując odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, zaczepiłem na ulicy dwie dziewczynki wracające ze szkoły. Jak się okazało, chodziły do 5 klasy i uczestniczyły w lekcjach religii. Bardzo grzecznie ze mną rozmawiały, ale gdy zapytałem o Jezusa, jedna z nich zaczęła coś drugiej gorączkowo szeptać do ucha. Gdy ponowiłem swoje pytanie, ta szeptająca powiedziała, że spieszą się do domu, a gdy jeszcze raz zapytałem, dziewczynki po prostu uciekły. Chwilę później podjechał do mnie policyjny radiowóz i zostałem – jako groźny zboczeniec – zatrzymany. Nic z tego nie rozumiałem.
Wyciągnął mnie z tej sprawy niezawodny pan Stefan, którego nigdy nie widziałem tak przestraszonego jak wtedy. „Kochany! – mówił do mnie – Coś ty najlepszego zrobił? Jesteś po wyroku, niedawno wyszedłeś z więzienia, do tego jesteś alkoholikiem, którego wyrzucono z pracy, a ty w tym wszystkim zaczepiasz małe dziewczynki? Tadzik! Co ci strzeliło do głowy?”
Tak. To był moment, w którym się obudziłem w dzisiejszym świecie. Przez wiele lat upijałem się do nieprzytomności, a potem siedziałem w ciupie i stąd nie zauważyłem, jak bardzo rzeczywistość wokół mnie się zmieniła, a pod wieloma względami stanęła na głowie. Coś okropnego. Okropne było też to, że zajście z dziewczynkami znalazło swój finał w sądzie. I mogę się cieszyć, że skończyło się to wszystko na wyznaczeniu mi kuratora.
Zderzenie się z wyżej opisaną ścianą było bardzo bolesne. Przestałem ludzi pytać o Jezusa i Jego śmierć, co nie znaczy, że temat ten przestał mnie interesować. Wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że w tym właśnie okresie mojego życia pojawiła się we mnie fascynacja Jezusem. Bo mówiłem sobie, że jeśli dwa tysiące lat po Jego śmierci, za pytania Go dotyczące wyrzucają ludzi z pracy, albo oskarżają o zboczenia, to w takim razie Jezus jest Kimś naprawdę wyjątkowym. To nie była jeszcze wiara, ale było to coś, co Chrystus zauważył w jednym z uczonych w Piśmie, mówiąc do niego: „Niedaleko jesteś od królestwa Bożego”.
Wiara pojawiła się trochę później, a wraz z nią odpowiedź na przynajmniej niektóre z dręczących mnie pytań.
Stan, który tutaj opisuję trwał kilka lat. Stałem się wtedy zamkniętym w sobie, smutnym człowiekiem, który bał się odzywać do ludzi. Żyłem zwyczajnie. Nie piłem. Opiekowałem się mamą i by jej ulżyć, podejmowałem dorywcze prace, ale niestety, jakoś nigdzie nie mogłem zaczepić się na dłużej.
W końcu zacząłem pracować – oczywiście dzięki panu Stefanowi – we wspomnianej na wstępie stolarni. Pan Tomasz, mój szef, ma 60 lat, jest głęboko wierzącym człowiekiem, dużo wie i często ze mną rozmawia na tematy religijne. Pretekstem do tego są najczęściej obrazy, do których wykonujemy ramy. Często są to najzwyklejsze w świecie, pospolite i pozbawione większej artystycznej wartości wizerunki Pana Jezusa, czy Matki Bożej, które wiszą na ścianach prawie każdego polskiego domu. Ze względu jednak na to, że pan Tomasz współpracuje z kilkoma muzeami, zdarza się od czasu do czasu do oprawy obraz – bywa, że bardzo stary – o tematyce biblijnej, bądź przedstawiający jakiegoś świętego. I właśnie wtedy mój szef się rozgaduje, a ja – zaciekawiony – słucham. To jest dla mnie do dnia dzisiejszego jak katecheza. Coś pięknego i zbawiennego.
W początkach mojej pracy w stolarni pan Tomasz o nic mnie nie pytał, a ja niewiele mu mówiłem. Ponieważ chciałem być wobec niego uczciwy, powiedziałem mu, że jestem alkoholikiem i że siedziałem w więzieniu. Wiedział o tym – jak zresztą o wielu innych, tyczących mnie sprawach – od pana Stefana, ale w wyraźny sposób było mu miło, że sam mu o tym powiedziałem. Ponieważ obiecałem sobie, że już nigdy nie zapytam nikogo o Jezusa, nie pytałem o to także pana Tomasza. On oczywiście o Jezusie mówił, ale jakoś tak się składało, że nie dotyczyło to tego, co mnie najbardziej interesowało. Często świerzbił mnie język by dopytać o pewne sprawy, ale ostatecznie byłem wierny swojemu postanowieniu. Dzisiaj, gdy rozmawiam o tym z moim szefem, to kręci głową i mówi, że byłem po prostu głupi i że powinienem codziennie na kolanach dziękować Panu Bogu za to, że któregoś dnia do warsztatu przyszła Małgosia.
Małgosia jest córką pani Ani, a tym samym siostrzenicą pana Stefana i jego ukochaną chrześniaczką. Poznałem ją krótko po moim wyjściu z więzienia i krótka też była to znajomość, ponieważ Małgosia jest okropną kobietą. Po pierwsze jest przemądrzałą polonistką i to jeszcze z jakimiś naukowymi tytułami, a ja z polonistką miałem ostatni raz styczność w szkole średniej i do dzisiaj jest to dla mnie wspomnienie dość bolesne. Po drugie, nie wiem dlaczego, ale wszyscy Małgosię lubią, stąd też gdy się gdzieś pojawia, ludzie zachowują się jakby dostali jakiejś głupawki: uśmiechają się, przysuwają się do niej i koniecznie chcą, by Gocha poświęciła im całą swoją uwagę. I nie mam tu na myśli mężczyzn, którzy niekiedy tak reagują na widok jakiejś seksbomby. Małgosia żadną seksbombą nie jest, wygląda jak maleńka kulka puchu, chwali sobie staropanieństwo i niedługo będzie miała 40 lat, głupieją zaś na jej widok tak mężczyźni, jak i kobiety. No i na koniec, po trzecie: Małgosia jest zapalonym kibicem piłki nożnej. Gdy się poznaliśmy, ta okropna kobieta przyniosła mi w prezencie równie okropny, kowbojski kapelusz kibica w barwach narodowych i zaprosiła – jak się później dowiedziałem: z poduszczenia pana Stefana – na jakiś mecz reprezentacji Polski, który miał być w Poznaniu rozgrywany. Nie znoszę kapeluszy. W ogóle nie znoszę jakichkolwiek nakryć głowy i bardzo się zimą męczę, gdy z powodu mrozu muszę moją łysinę nakrywać jakąś czapką. Nie przepadam też za sportem i zupełnie nim się nie interesuję. Na prezent Małgosi i jej zaproszenie zareagowałem więc dość niegrzecznie, tym bardziej, że – jak zauważyłem – moja mama była z powodu obecności Gośki tak bardzo rozanielona, iż nic tylko usiąść, płakać i zazdrościć, że to nie o mnie chodzi. Powiedziałem więc Małgosi, że kapeluszy nie noszę, dorośli faceci biegający za kawałkiem skóry nic mnie nie obchodzą, a ci, których widok owych facetów podnieca, muszą być do cna pojebani. Moja mama oczywiście nic nie słyszała, ale pan Stefan zachłysnął się kawą. Gośka natomiast, jakby nigdy nic dojadła ciasteczko – jest bowiem strasznym łakomczuchem – po czym uściskała mamę, ucałowała wujaszka, podała mi rękę na pożegnanie, popatrzyła z uśmiechem w oczy, powiedziała: „Pojebana żegna się z pojebanym”, i wyszła. Prawda, że jest okropna?
Nie widziałem jej potem przez kilka lat, choć dowiedziałem się później, że moją mamę często odwiedzała. Zawsze jednak starała się o to, by pojawić się w naszym mieszkaniu dopiero wtedy, gdy miała pewność, że jestem nieobecny.
Małgosia znała pana Tomasza. Kiedyś pan Stefan przyprowadził ją do stolarni i tak się tam Gośce spodobało, że często szefa nachodziła, by sobie z nim o obrazach pogadać, albo posłuchać jak gra na gitarze i śpiewa piosenki Seweryna Krajewskiego, czy Piotra Szczepanika. Przestała przychodzić, gdy zacząłem pracować u pana Tomasza, ale któregoś dnia, nagle, ku naszemu zaskoczeniu wtargnęła do warsztatu. Zesztywniałem na jej widok, bo patrząc na jej roześmiany pyszczek zdałem sobie nagle sprawę, że właściwie zupełnie o niej zapomniałem i przez te wszystkie miesiące nawet do głowy mi nie przyszło, by ją przeprosić za moje chamskie zachowanie. Zacząłem więc coś do niej mamrotać, ale ona tylko machnęła ręką, mrugnęła do mnie i zaczęła czarować szefa, który oczywiście dostał głupawki.
Okazało się, że Małgosia wraca prosto z Częstochowy, gdzie jako prelegent brała udział w jakimś bardzo mądrym sympozjum naukowym, poświęconym staropolskim tekstom maryjnym.
- Fajnie było – mówiła – ale zdenerwował mnie jeden z biskupów, bo na pożegnanie, dziękując nam za obecność, gadał bardzo długo i ciągle używał frazy: „Maryja paczała na Jezusa”. No nie! Mówić w ten sposób to sobie może jakiś rezerwowy obrońca Legii Warszawa, ale nie biskup! No normalnie coś strasznego! Moje polonistyczne uszy bardzo źle to zniosły i dlatego wpadłam do pana, panie Tomku, by odreagować.
Przedstawiła nam skrót swego wykładu o pobożności maryjnej w XVIII wieku, który to skrót sprowadzał się do zaśpiewania jakiejś zapomnianej pieśni, po czym, przypatrując się bacznie wykonywanej właśnie przez nas, pełnej rocaille’owych motywów ramie, zaczęła ni stąd ni zowąd narzekać na rokoko i na wszystko, co ono ze sobą – zwłaszcza w sferze wiary – przyniosło.
Opowiadała nam, że w czasach rokoka ludzie zaczęli Boga lekceważyć, bo bardziej ich pociągały wyszukane formy mebli, zabaw, intryg, miłostek, peruk i porcelanowych bibelotów. I wydawało się wtedy, że jest to postawa bardzo rozumna, a przy tym światowa i elegancka. Najgorsze jest zaś to, że rokoko ciągle w naszych umysłach panuje, bo także i dzisiaj za rozumne, światowe i eleganckie wielu ludzi uważa wypinanie się na Pana Boga, z jednoczesnym wywyższaniem tego, co błahe i zmysłowe.
- To bardzo głupie, lekceważyć Boga. – powiedziałem, wtrącając do jej wywodu swoje trzy grosze – Jeśli ktoś wierzy w Boga, to musi przecież wiedzieć, że Bóg jest potężny i jeśli się Go obrazi, albo zlekceważy, można zostać przez Niego ukaranym. Tyle tylko, że Bóg ma takie wymagania, że ludzie obrażają Go nawet wtedy, gdy starają się Go nie obrażać. W sumie więc na jedno wychodzi: wierzysz, albo nie wierzysz, lekceważysz, albo nie lekceważysz, obrażasz, albo nie obrażasz – i tak czapa.
- Ale jeśli ktoś nie wierzy, to tego wszystkiego nie wie i choć też zostanie ukarany bo Boga lekceważy, to przynajmniej nie musi się na zapas tej kary bać, i może bez zbędnych wyrzutów sumienia hulać, jakby rzeczywiście piekła nie było, tak? – spytała.
- No… tak.
- To w takim razie, lepiej być wierzącym, czy niewierzącym?
Milczałem. A Małgosia uśmiechnęła się do mnie i powiedziała naprawdę bardzo ciepło, wręcz pieszczotliwie:
- Widzisz, biedny pojebańcu, dokąd cię to rokokowe myślenie doprowadziło?
Ponieważ w dalszym ciągu milczałem, a pan Tomasz nie protestował, że robota stanęła (akurat przy Gosiuni zacząłby protestować: niemożliwe po prostu!), Małgosia poprosiła, bym jeszcze raz opowiedział o panu Krzysiu.
Opowiedziałem. Zawsze chętnie to czyniłem i czynię, bo wydaje mi się, że jestem to winien Panu Krzysiowi i pani Zofii.
Po raz kolejny w swoim życiu mówiłem więc o swoim pijaństwie, o zmarnowanym małżeństwie i rodzinie, o ruchliwej drodze, ludziach na przystanku, ciężarówce, o panu Krzysiu i jego poświeceniu, o bezpiecznym, przydrożnym rowie, o kacu, gazecie i policjantach, w końcu o pani Zofii i więzieniu.
Gdy skończyłem, Małgosia mnie poprosiła, bym jednym słowem opisał to, co czuję w związku z tym wydarzeniem. Protestowałem, że jednym słowem opisać się tego nie da, bo tam jest wstyd, i żal, i smutek, i strach, i… Upierała się jednak przy tym jednym słowie, więc, po długim namyśle, wypowiedziałem je.
- Wdzięczność.
- Wdzięczność?
- Tak, wdzięczność. Jestem panu Krzysiowi wdzięczny.
- Wdzięczny? Za co?
- Jak to za co? Uratował mnie. Umarł zamiast mnie. Zginął, bym ja mógł żyć. Poświęcił się dla mnie. Życie mi darował. Dał mi szansę, bym coś sensownego ze swoim życiem zrobił. To mało?
Wtedy Małgosia wskazała paluszkiem na wiszący w warsztacie krzyż – piękny krzyż z pasyjką zrobioną własnoręcznie przez pana Tomasza – i spytała:
- To mało?
Gadaliśmy długo. I to nie tylko w warsztacie, bo nawet cierpliwość mojego szefa ma swoje granice.
I chciałbym teraz, na koniec, powiedzieć jedno: Jeśli ktoś nie rozumie, dlaczego śmierć Jezusa jest ważna, dlaczego nie można jej lekceważyć i robić sobie z niej jakichś jaj, dlaczego ludzie noszą krzyże na piersiach, wieszają na ścianach domów, czy stawiają przy drogach – to niech sobie przypomni opowieść o Tadziku i panu Krzysiu. Tam wszystko jest. Wystarczy zamienić imiona: zamiast „Tadzika” wstawić swoje imię, zamiast „Krzysia” wstawić „Imię, które jest ponad wszelkie imię”.
Wiem, że na pewno pojawi się jakiś mądrala, który powie na przykład, że alkoholu nie używa i stąd ta opowieść go nie dotyczy. Dotyczy, dotyczy. Bo ten alkohol i to co on z nami robi, to znak naszej nieświadomości. Gdy przychodzimy bowiem na świat, nie jesteśmy świadomi, że wskutek grzechu Adama i Ewy wpadamy pod ciężarówkę, tzn. w łapy złego ducha. A on nas nienawidzi i pragnie nas zniszczyć. I to zniszczyć nie tylko chorobą, biedą, czy fizyczną śmiercią, ale przede wszystkim tym, co określa się mianem potępienia – czyli wiecznym, czyli nigdy się nie kończącym nieszczęściem. Mamy wielkiego farta, że Jezus stoi z boku i nie mogąc patrzeć na to co się dzieje, nadstawia za nas karku i ginie zamiast nas. Ratuje nas. Wszystkich. Także tych, którzy wyzywają Go od najgorszych, bo im życie utrudnia jakimiś zasadami, albo nie dał kasy czy zdrowia. Ginie zamiast nas i przenosi nas w bezpieczne miejsce. Dzięki temu, że Jezus zrobił ten piękny wynalazek w postaci Kościoła, niektórzy ludzie doświadczają tego ratunku i przenosin w bezpieczne miejsce, w momencie swojego chrztu. Gdy to zrozumiałem, dwie daty stały się dla mnie ważne: 25 stycznia 2004 roku – dzień w którym pan Krzysiu oddał za mnie życie; i 28 czerwca 1964 roku – dzień chrztu, tzn. moment, w którym Jezus, kosztem własnego życia, wyrwał mnie z łap złego ducha. Ta druga data jest ważna także z tego względu, że my głupiejemy i choć świadomi niebezpieczeństwa, wracamy w objęcia TegoKtóryNasNienawidzi, bo myślimy, że tak będzie lepiej, mądrzej, czy piękniej. Ochrzczony człowiek ma możliwość powrotu w bezpieczne miejsce – znowuż kosztem życia Jezusa – jeśli szczerze żałuje i równie szczerze chce się poprawić. A co będzie zwieńczeniem pobytu w bezpiecznym miejscu? Jak to co? Jezus podzieli się z nami swoim zmartwychwstałym, wiecznie radosnym, wiecznie bezbolesnym życiem.
To chyba wszystko…
Aha, jeszcze jedno. Gdy siedziałem w więzieniu i zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia, zastanawiałem się, co bym zrobił, gdyby pan Krzysiu mnie uratował, ale by przy tym nie zginął. No, może byłby ranny, pokiereszowany, ale by nie zginął. Albo co bym zrobił, gdybym był świadomy tego co się dzieje, tzn. byłbym trzeźwy i porządny i na moich oczach pan Krzysiu by zginął, ratując mój tyłek. Otóż myśląc o tym, wyobrażałem sobie siebie, jak siedzę w szpitalu przy łóżku pana Krzysia, trzymam go za rękę, dziękuję mu i z płaczem go przepraszam. Albo siedzę nad jego zwłokami, płaczę i usiłuję zapamiętać rysy twarzy człowieka, który mnie ocalił.
Rozmawiałem o tym trochę ze współwięźniami i każdy przyznał, że jeśli w takiej sytuacji postąpił bym inaczej: wzruszył ramionami i powiedział, że o żaden ratunek nie prosiłem i że ten, który się dla mnie poświęcił jest mi obojętny, obcy i daleki – to byłaby ze mnie wielka świnia i zwykła ludzka swołocz.
Przypomniało mi się to, gdy Małgosia mówiła o Mszy Świętej, tzn. o tym, że każda Msza uobecnia mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Katolicy wierzą po prostu, że Msza, to Najświętsza Ofiara – czyli za każdym razem gdy są na Mszy, są obecni przy Jezusie, który za nich umiera i dla nich zmartwychwstaje. No bo jak nie być wtedy przy Jezusie? Lepiej być świnią i zwykłą ludzką swołoczą?
Tak. To już naprawdę wszystko. Niech wam Pan Jezus błogosławi. I niech błogosławi Małgosi. I wszystkim ludziom, dzięki którym jestem tam, gdzie jestem. Dziękuję.

piątek, 6 kwietnia 2012

Don Paddington: Tadzik - część 2

Do spowiedzi poszedłem jakoś tak pół roku później, w okolicach rocznicy śmierci Pana Krzysia. Nie planowałem tego, ale tak właśnie wyszło. W ciągu tych sześciu miesięcy dużo w moim życiu się zmieniło: podjąłem pracę, byłem w szpitalu na kolejnym odwyku, zacząłem chodzić na przyparafialną grupę AA, zacząłem interesować się jak żyje Danka i córki, przestałem pić. To nie znaczy, że wszystko mi się udawało: zupełnie na przykład nie wyszło pojednanie z Dranką i córkami. Nie uwierzyły, że chcę się zmienić. Nie stałem się też wtedy wierzącym człowiekiem, choć dzięki grupie AA miałem – jaki taki – kontakt z parafią. Ale myślałem o spowiedzi, rozumiejąc ją wtedy bardziej jako swego rodzaju terapię, a nie sakrament. A skoro terapia, to i terapeuta – oby dobry – w osobie księdza. Zacząłem się dowiadywać, który z poznańskich księży jest dobrym spowiednikiem. Znajomi polecili mi pewnych zakonników. Poszedłem do nich w którąś niedzielę, z zamiarem przystąpienia do Sakramentu Pokuty. W przyklasztornym kościele była akurat Msza Święta, a kazanie głosił jakiś młodziutki zakonnik. Bardzo dowcipnie i elokwentnie wskazywał na to, że człowiek, który ma o sobie zbyt wysokie mniemanie, naraża siebie na skarcenie ze strony Boga i ludzi – skarcenie, którego skutkiem jest często (zrozumiałe w tej sytuacji) ośmieszenie i upokorzenie. Mówił zaś o tym wszystkim, odwołując się do przykładu, który – z pewnych względów – dość dobrze utkwił mi w pamięci. Brzmiało to mniej więcej tak:
Moi drodzy, jest czas kolędy. Nasze domy odwiedzają księża, by się z nami pomodlić i z nami porozmawiać. No, także po to, by przyjąć ofiarę (uśmiech). W związku z owymi wizytami duszpasterskimi, słyszałem ostatnio pyszną historię, dotyczącą młodego księdza wikariusza, pracującego w jednej z poznańskich parafii. Otóż ksiądz ten znany jest wśród swych parafian z tego, że ma o sobie wysokie mniemanie. Uważa się za bardzo dobrze wykształconego i wysoce kulturalnego człowieka. Posługuje się staranną polszczyzną, do swej starannie wyprasowanej, czarnej sutanny zawsze nosi białą koszulę z mankietami i złotymi spinkami, buty na wysoki połysk ma wyczyszczone, słowem: sprawia wrażenie bardzo eleganckiego, wręcz dystyngowanego kapłana, który dziwnym zrządzeniem Opatrzności jest zmuszony, by zniżać się do poziomu zwykłych ludzi (uśmiech). Otóż, któregoś dnia, podczas kolędy, ksiądz ten został przez pewną rodzinę zaproszony na kolację. Kapłan zaproszenie przyjął i gdy już wszystkich owego dnia odwiedził, pojawił się w gościnnym domu. Od samego progu zastrzegał się, że nie będzie pił alkoholu; no, ewentualnie zdegustuje lampkę wina, o ile będzie to włoskie wino (uśmiech) . Gospodarze byli zdziwieni życzeniem księdza, ponieważ – przynajmniej na razie – żadnego alkoholu mu nie proponowali, tym niemniej uznali, że takie najwyraźniej panują obyczaje w wyższych, kapłańskich sferach (uśmiech). Ksiądz zaś miał jeszcze jeden problem, natury, że tak powiem, fizjologicznej. W efekcie chodzenia całe popołudnie po kolędzie i spożycia po drodze kilka kaw, czuł bardzo silne parcie na pęcherz, krótko mówiąc, chciało mu się siusiu (uśmiech). Ale czyż człowiek tak dystyngowany jak on, na dodatek kapłan w białych mankietach i koneser włoskich win, mógł tak po prostu powiedzieć gospodarzom, że chce się wysikać, albo – mówiąc delikatniej – że chce skorzystać z toalety? Oczywiście, że nie. Przecież byłoby czymś uwłaczającym dla jego kapłańskiej godności, gdyby w ogóle dał do zrozumienia, że ktoś taki jak on podlega potrzebom zmuszającym go do skorzystania z tak przyziemnych, mało wykwintnych urządzeń jak ubikacja (uśmiech). Dlatego też, zanim zasiadł do stołu, spytał wyniośle: „Gdzie tu mógłbym umyć ręce?” Gospodarze oczywiście zaraz zaprowadzili go do łazienki; ksiądz wchodzi, zamyka za sobą drzwi i w tym momencie spostrzega, że znalazł się w pułapce. Okazało się bowiem, że w domu owych państwa, łazienka i ubikacja były w dwóch, odrębnych, nie połączonych ze sobą pomieszczeniach. Ponieważ pytał gdzie może umyć ręce, wskazano mu łazienkę, ale przecież tak naprawdę, nasz ksiądz wikariusz chciał skorzystać z ubikacji (uśmiech). A ubikacja jest za ścianą (uśmiech). I co teraz w tej sytuacji począć? Na pewno nie wyjdzie z łazienki i nie powie gospodarzom, że chce zrobić siusiu, bo przecież powiedzenia tego za wszelką cenę starał się uniknąć. Może w takim razie wstrzymać się aż do końca kolacji i powrotu na plebanię? Nie, nie da rady – parcie na pęcherz jest zbyt duże. Cóż więc zrobić? Ksiądz wikariusz nie zastanawiał się długo. Rozpiął sutannę, wyjął ze spodni co trzeba i zaczął sikać do umywalki. I w tym właśnie momencie otwierają się drzwi, a przerażony kapłan słyszy głos pani domu: „Proszę księdza, zapomniałam podać ręcz…” (śmiech kaznodziei i wiernych w kościele).
Ja się nie śmiałem. Pewnie nie mam poczucia humoru. I nie chodzi mi tutaj o to, że czcigodny ojczulek przeszarżował, bo chcąc być mówcą inteligentnie ironicznym, stał się nieautentycznym kaznodzieją, co dla mnie – wówczas laika dalekiego od wiary, a tym bardziej od wewnątrzkościelnych animozji – było oczywiste. Bardziej niż śmieszno było mi straszno z innego powodu. Otóż, gdy słuchałem tego opowiadania (nie ważne w tym momencie, czy mówiło ono o faktach, czy też najprawdopodobniej zostało przez – złośliwego wobec diecezjalnych księży – zakonnika wymyślone), przypomniało mi się więzienie. W więzieniu jest bowiem tak, że toalety są zainstalowane w celach. Zazwyczaj są one umieszczane za jakimś otwartym od góry przepierzeniem, czy chociaż parawanem, ale to wcale nie oznacza, że więzień siadając na kibelku ma zapewnione poczucie intymności. Bo wypróżnianie się jest samo w sobie czymś krępującym, a w więzieniu poziom tego naturalnego skrępowania wzrasta wraz ze świadomością, że w celi, poza tobą, siedzi trzech albo czterech, generalnie niezbyt miłych i łatwo popadających w rozdrażnienie facetów, którzy mogą się wkurzyć, doświadczając wydobywających się z kibla zapachów czy odgłosów. Dlatego też, by zapewnić pożądaną intymność tak załatwiającemu się, jak i znajdującemu się metr dalej towarzystwu, więźniowie wiadome czynności ukrywają nie tylko za cienką ścianką przepierzenia czy parawanu (w przeszłości nie zawsze zresztą istniejących), ale przede wszystkim za bardzo solidną zasłoną grypsery, to znaczy za zasłoną słów i obyczajów, które mają sprawić wrażenie, że wypróżniania z nikim nie dzielisz, ba, że w ogóle tego wypróżniania nie ma. Ot, taki więzienny „wersal”, by dało się w celi razem przeżyć. Zresztą, mniejsza o szczegóły. Ja chcę tylko powiedzieć, że ten ksiądz, tak prześmiewczo opisywany przez ojca kaznodzieję, był dla mnie kimś, kogo doskonale rozumiałem. Oczywiście nie pochwalam sikania do umywalki, ale nawet ono, w całej swej obrzydliwej niestosowności, było dla mnie, byłego więźnia, obroną poczucia intymności. Ten ksiądz usiłujący sprawić wrażenie, że nie musi korzystać z ubikacji, albo mówiący: ”Gdzie tu mógłbym umyć ręce”, był w moich oczach nie tyle kimś na kształt odpychającego chama, co raczej facetem, którego pewnie (podobnie jak osadzonych) nie da się lubić, ale da się go szanować za to, że pewne rzeczy stara się zachować tylko dla siebie, bo ma w sobie poczucie wstydu wyznaczone przez jakieś konieczne w życiu tabu. Krótko mówiąc: Ja po prostu rozpoznałem w owym sikającym do umywalki księdzu bratnią duszę i pomyślałem sobie, że jeśli mam iść do spowiedzi, to tylko do kogoś takiego. To było jak olśnienie! Coś mi mówiło, by nie szukać w księdzu dobrego spowiednika; trzeba raczej szukać księdza, który ma bratnią duszę. Żeby było jasne: gdy mówimy o bratniej duszy, to zazwyczaj mamy na myśli przyjaciela, albo przynajmniej kogoś, kto nas rozumie. Ale wtedy, dla mnie, kimś z bratnią duszą mógł być tylko ktoś (nawet ktoś – dla kaznodziejskiego efektu – wymyślony), w kim wyczuwałem kogoś bliskiego, to znaczy takiego jak ja. Ten ksiądz sikający do umywalki nie był moim przyjacielem i nie wiem czy by mnie zrozumiał. Był mi jednak bliski, ponieważ miał tak samo poranione, tak samo chore, tak samo popieprzone serce jak ja. Tylko gdzie znaleźć księdza z takim sercem, z taką duszą? Odnosząc wrażenie – być może mylne – że w klasztorze gdzie są tak dobrzy kaznodzieje, raczej takiego nie napotkam, nie zdecydowałem się na spowiedź i wyszedłem z kościoła. Tak naprawdę stchórzyłem. Bałem się podejść do konfesjonału, choć wiedziałem, że powinienem to zrobić. Kiedy jednak pojawił się pretekst (w postaci niezbyt mądrego kazania), którym mógłbym usprawiedliwić swoje obawy, skwapliwie z tego pretekstu skorzystałem. Później dowiedziałem się, że moje zachowanie było typowe i nie tylko ja jeden – powodowany strachem czy wygodą, stwarzałem sobie sztuczne trudności, by moment przystąpienia do spowiedzi odwlekać, odwlekać, odwlekać… Dzisiaj już wiem, że spowiednik jest tylko narzędziem i w ogóle nie ma znaczenia, czy jest dla nas bratnią duszą czy nie.
Uświadomiłem to sobie jeszcze tego samego dnia, dzięki panu Stefanowi, którego zastałem w domu po powrocie z kościoła. Pan Stefan był naszym sąsiadem. Mieszkał w tym samym bloku, dwa wejścia dalej. Poznał mamę w trakcie przeprowadzki na Rataje. Widząc ciężarówkę z meblami, a obok jakąś bezradną staruszkę, po prostu podszedł i spytał w czym pomóc. Od tamtego czasu, a już zwłaszcza od momentu gdy mama ogłuchła, opiekował się mamą, zresztą przy wydatnym współudziale swej – jak mawiał – „żonusi”, to jest pani Irenki. Pan Stefan to w ogóle niesamowity gość. Nigdy w życiu nie spotkałem tak prawego w swej prostocie, pracowitego i bezinteresownie życzliwego człowieka. Zawsze był w biegu, bo ciągle ktoś oczekiwał jego pomocy, a on nie umiał odmówić. Potrafił się zapożyczyć, by inni mogli spłacić długi; własne buty z nóg ściągał, by inni nie chodzili boso. Razem z siostrą założył nawet fundację, której działalność sprowadzała się do gromadzenia starych ciuchów, lodówek i kuchenek gazowych, którymi potem obdarowywali będących w potrzebie. I ciągle – podobnie jak siostra – chodził z jakimiś ogromnymi torbami, bo albo akurat coś komuś zawoził, albo coś od kogoś przywoził. Panu Stefanowi zawdzięczałem pracę po wyjściu z więzienia. Załatwił mi posadę tzw. „gospodarza ogrodów działkowych”, czyli człowieka, który pilnował na terenie działek porządku, będąc w jednej osobie cieciem, oberogrodnikiem i konserwatorem. Bardzo lubiłem pana Stefana i wiele mu zawdzięczałem. Gdy mnie zobaczył, serdecznie się ze mną przywitał, a potem, wyczuwając, że jest ze mną coś nie tak, posadził mnie na tapczanie, sam usiadł na krześle i głęboko się do mnie pochylając, ściszonym głosem spytał, jakie mam zmartwienie. Ci, którzy znali pana Stefana wiedzieli, że jeśli odzywa się do kogoś w tonie i pozie spiskowca, to tym samym bardzo poważnie tę rozmowę traktuje. Po chwili wahania opowiedziałem mu więc szczerze o swoich problemach ze spowiedzią: że to jest trudne, że nie mam zaufania do księży, że pewnie żaden mnie nie zrozumie, że na pewno księdza z bratnią duszą nie znajdę. Pan Stefan pokiwał na to głową i powiedział: „Kochany! Po tym co mi powiedziałeś, nie jestem dużo mądrzejszy. A już zupełnie nie wiem, o co ci chodzi z tą duszą księdza. Nie obraź się, ale wygląda mi to na jakieś głupoty. Jak ja idę do spowiedzi, to nie myślę o księdzu. Myślę o moich grzechach i o Panu Bogu, którego będę prosił żeby mi te grzechy odpuścił. To wszystko. No! Stefciu musi lecieć, bo żonusia czeka z obiadem.” Poklepał mnie po kolanie, założył kurtkę, pożegnał się z mamą i wyszedł. Chwilę później wyszedłem i ja. Całe popołudnie włóczyłem się po osiedlu, a wieczorem przystąpiłem do spowiedzi
Dlaczego to wszystko opisałem? Otóż wcale nie dlatego, by dać świadectwo swego nawrócenia. Moja przemiana, choć oczywiście bardzo dla mnie ważna - a aniołom w niebie radości przysparzająca – jest właściwie tylko pretekstem, by opowiedzieć o czymś znacznie ważniejszym i piękniejszym.
Przejdźmy więc do sedna sprawy. Przystąpiłem do spowiedzi… i nie otrzymałem rozgrzeszenia. Nie otrzymałem rozgrzeszenia, ponieważ uparłem się, by nie żałować za pewne grzechy. Sprawa wyszła zupełnie przypadkiem, gdy na pytanie spowiednika o żal za grzechy, szczerze odpowiedziałem, że owszem, żałuję, ale nie za wszystko. Żałowałem za to, że zabiłem człowieka, że piłem, że rozwaliłem swoją rodzinę, że w ogóle skrzywdziłem wielu ludzi. Natomiast miałem problem z tymi wszystkimi mszami co niedzielę, modlitwami, komuniami, postami. Wiedziałem oczywiście, że jeśli człowiek to zaniedbuje, to jest to uznawane za grzech i trzeba się z tego wyspowiadać. Ale żałować, że się nie pościło, albo na mszy nie było? „Przecież przez to – mówiłem spowiednikowi - że nie będę na niedzielnej mszy nikogo nie krzywdzę, nawet przykrości nikomu nie robię… no, może mamie, bo jej bardzo zależy, żebym chodził do kościoła i oczywiście żałuję, że się przeze mnie martwi. No i dlatego idę czasem do kościoła, albo mówię jej, że idę, by była spokojna. Ale przecież rzecz nie w tym, by być na niedzielnej mszy dla zadowolenia mamy, czy taty… Mnie się to wydaje takie jakieś bez sensu. Niech mi ksiądz powie, co jest tak naprawdę złego w tym, że zamiast do kościoła idę na spacer, albo że zjem kurczaka w piątek? Nie potrafię za coś takiego żałować. Zabiłem Pana Krzysia i wpędziłem jego mamę do grobu – w porządku: to jest konkretne zło, które popełniłem, którego się wstydzę, które mi ciąży i za które trzeba odpokutować. To jest jasne. Dlatego tu przyszedłem. Ale te wszystkie inne rzeczy…” I tak dalej, i tym podobnie. Mówiłem, mówiłem, mówiłem. Spowiednik był cierpliwy. Nie przerywał. Miałem nawet wrażenie, że lekko przysypiał. Wreszcie, gdy mój słowotok się skończył, zauważył spokojnie, że moje przemyślenia są niewątpliwie bardzo interesujące, ale nie zmienia to faktu, że jeden z warunków dobrej spowiedzi, tzn. żal za grzechy, sprawia mi kłopot. A to z kolei powoduje, że on też ma kłopot, bo nie może mi udzielić rozgrzeszenia.
„Bo na mszę nie chodziłem?” – spytałem.
„Bo nie żałujesz – odpowiedział spowiednik – że w twoim życiu nie ma Jezusa, nie ma wdzięczności do Niego. Nie żałujesz, że Jezus umarł…”
„A co ma z tym wszystkim Jezus wspólnego? – przerwałem – Nie mieszajmy Go do tego. Ja tu przed księdzem całą moją duszę wylewam, a ksiądz…”
W tym momencie pomyślałem sobie, że nie ma sensu ciągnąć tego dłużej, ponieważ ja tego księdza zupełnie nie obchodzę. Sądziłem, że on ma mnie gdzieś, że nie chce mnie zrozumieć, że czuje do mnie jakąś niechęć i dlatego – powołując się na jakieś śmieszne preteksty i ględząc o Jezusie – odmawia mi rozgrzeszenia. Pełen pretensji i złości wstałem z kolan i wyszedłem z kościoła. I w swej głupocie powtarzałem sobie w duchu, że moja noga więcej w tym miejscu nie postanie. Tyle tylko tego dobrego, że nie nawkładałem księdzu od głupich buców.
Co działo się dalej? Właściwie nic. To znaczy nic dla tych, którzy oczekują na trzęsienie ziemi i tym podobne efekty specjalne. Wsiadłem do tramwaju i przejechałem kilka przystanków. Potem wsiadłem do następnego i znowuż przejechałem kilka przystanków. A potem do następnego. I do jeszcze jednego – cały czas korzystając z dobrodziejstwa sieciowego biletu. Próbowałem ochłonąć, bo czułem, że po tej nieudanej spowiedzi albo się zupełnie rozsypię, albo komuś – uczciwszy uszy – przypierdolę. I ochłonąłem, bo w tramwaju usłyszałem Dobrą Nowinę.
A było to tak: Jacyś dwaj chłopacy w wieku mniej więcej 18 lat, stanęli za mną w rzeczonym tramwaju i głośno opowiadali sobie dowcipy. Większość z nich była pieprzna i bardzo wulgarna, ale były też łagodniejsze w treści i formie. Między innymi był też ten:
Jasiu przygotowuje się do Pierwszej Komunii Świętej. W związku z tym, musi być dobry i mądry. Niestety, ks. Proboszcz jest niezadowolony z jasiowych postępów. Nie dość, że Jasiu źle się zachowuje, to jeszcze po prostu nic nie umie. Inne dzieci już dawno wszystko co trzeba pozaliczały, a on ciągle ma tyły.
Proboszcz - bardzo zdenerwowany - wzywa rodziców Jasia i tłumaczy im, że czasu zostało bardzo mało, a ich synek zamiast się uczyć, zbija bąki i jak nic nie umiał, tak nie umie
- Nie dopuszczę go do Pierwszej Komunii! On nic nie wie, nic! – wykrzykiwał gniewnie proboszcz – nie zna modlitwy Ojcze nasz, nie pamięta Dziesięciu Bożych Przykazań, ba – on nawet nie wie, że Pan Jezus umarł!
Ależ, księże Proboszczu – odzywa się tata Jasia – przecież my mieszkamy daleko za wsią, pod lasem. Nikt nas nie odwiedza żeby pogadać, gazet nie kupujemy, telewizor zepsuty, a zresztą ostatnio ciągle prąd wyłączają… No, Pan Jezus umarł, umarł… My nawet nie wiedzieli, że On chorował!
Trudno się dziwić, że ten dowcip przykuł moją uwagę. Nie do końca rozumiałem na czym polega jego śmieszność (chłopcy chyba też tego nie rozumieli), ale ponieważ dotyczył Jezusa, który nagle, kilkanaście minut wcześniej pojawił się jako przyczyna, dla której nie dostałem rozgrzeszenia, zacząłem ten dowcip analizować. Nic z tej analizy nie wyszło, bo jak się okazało, o Jezusie myślałem dokładnie tak samo jak tata Jasia. No bo faktycznie, co to w ogóle za informacja, że Jezus umarł? Wszyscy, w ten czy w inny sposób umierają. Jezus umarł, Kopernik umarł, Napoleon umarł, mój tata umarł, i siostra, i wujek Edek - brat mamy – umarł, i mój teść umarł. Jednych znałem, innych nie znałem. Gdy umarł ktoś, kogo znałem, to się może nawet trochę przejąłem, a gdy umarł ktoś, z kim nigdy nie miałem do czynienia, to jego śmierć ani mnie ziębiła, ani parzyła. Normalne! A tutaj nagle wszyscy chcą, bym się przejmował śmiercią jakiegoś Jezusa. No dobra: wiem, że Jezus był wspaniały, dobry, mądry, i że pomagał innym, i że wrobili Go jakimiś oskarżeniami, i że nie dał rady się wybronić i go zabili. To wszystko jest przykre i nie powinno się zdarzyć, ale na miłość boską!: On żył dwa tysiące lat temu! Ja go nie znałem! Dlaczego więc ma mnie obchodzić śmierć jakiegoś obcego faceta, który żył w czasach, gdy mnie jeszcze w planie nie było?

czwartek, 5 kwietnia 2012

Don Paddington: Tadzik - część 1

Nasz Ksiądz Don Paddington postanowił nam pomóc w te trzy przedświąteczne dni i podarować nam tekst swojego kazania. A zatem, w tym czasie będziemy czytać słowa Księdza. Od siebie mogę tylko ponowić swoją stalą prośbę o wspieranie tego bloga. Jestem pewien, że sam Ksiądz nie będzie miał nic przeciwko temu, by tym razem taca została przeznaczona na cel, ze tak powiem, partykularny.
Zapraszam. Dziś część pierwsza.
Jasiu przygotowuje się do Pierwszej Komunii Świętej. W związku z tym, musi być dobry i mądry. Niestety, ks. Proboszcz jest niezadowolony z jasiowych postępów. Nie dość, że Jasiu źle się zachowuje, to jeszcze po prostu nic nie umie. Inne dzieci już dawno wszystko co trzeba pozaliczały, a on ciągle ma tyły.
Proboszcz - bardzo zdenerwowany - wzywa rodziców Jasia i tłumaczy im, że czasu zostało bardzo mało, a ich synek zamiast się uczyć, zbija bąki i jak nic nie umiał, tak nie umie.
- Nie dopuszczę go do Pierwszej Komunii! On nic nie wie, nic! – wykrzykuje gniewnie proboszcz – nie zna modlitwy Ojcze nasz, nie pamięta Dziesięciu Bożych Przykazań, ba – on nawet nie wie, że Pan Jezus umarł!
Ależ, księże Proboszczu – odzywa się tata Jasia – przecież my mieszkamy daleko za wsią, pod lasem. Nikt nas nie odwiedza żeby pogadać, gazet nie kupujemy, telewizor zepsuty, a zresztą ostatnio ciągle prąd wyłączają… No, Pan Jezus umarł, umarł… My nawet nie wiedzieli, że On chorował!
Mam na imię Tadeusz. Jestem alkoholikiem…
Spokojnie, proszę się nie obawiać. To nie będzie świadectwo Anonimowego Alkoholika, opowiadającego o swej walce z piciem. Też taką walkę prowadzę i chętnie o niej kiedyś opowiem, ale teraz chcę mówić o czymś innym. Uprzedzam, że jestem dość gadatliwy i stąd rzecz może być nieco rozwlekła, ale mam nadzieję, że nie będę przynajmniej przynudzał. A owo „Mam na imię Tadeusz. Jestem alkoholikiem…” – to tak na dobry początek, by w ogóle jakoś zacząć…
Mam 48 lat. Z wykształcenia jestem elektrykiem. Dyplomowanym. Ale w tej chwili pracuję jako stolarz. Jestem ramiarzem. To taka dziedzina stolarstwa. Po prostu robię ramki do obrazów. Pracuję w tej branży ledwie pół roku, ale sporo już umiem tym bardziej, że uczę się od najlepszego w mieście fachowca. Mój szef – nawiasem mówiąc: z zawodu muzyk, w stolarstwie samouk – to taki lokalny autorytet w dziedzinie ramiarstwa. O ramkach i ramach wie wszystko. Wie też bardzo dużo o tym, co oprawia, a współpracując na co dzień z konserwatorami zabytków przy rekonstrukcji starych ram obrazowych, ciągle swoją wiedzę o malarstwie poszerza. Lubi też sztukę nowoczesną, choć jak mawia, nowoczesność bywa zbyt cienka w ramkach i zbyt cienka w treści. Dopóki nie zacząłem u niego pracować, pojęcia nie miałem, ile się trzeba napracować, żeby zrobić porządną ramkę: klejenie płyt, to raz; potem trzeba pociąć na listwy i oheblować; później specjalną maszyną sfrezować pod odpowiedni profil. Następnie wszystko pociąć, skleić, pozłocić, czy jakąś patynę dać. Mnóstwo rzeczy. Szef mnie uczy, jest cierpliwy, ja – Bogu dziękować – trwam w trzeźwości… Może popracuję w tym warsztacie parę lat. Podoba mi się tam. Lubię zapach drewna.
Wracając do tematu… Jestem żonaty i mam dwie córki. Żona i dzieci odeszły ode mnie 12 lat temu. Danka odeszła, bo nie mogła już ze mną wytrzymać, a córki się mnie bały. Cóż, trudno jest żyć z pijakiem, który prawie codziennie się awanturuje. Bo ja ciągle miałem pod adresem żony czy dzieci jakieś pretensje. Wiadomo jak to jest… Na początku niby wszystko ładnie, z dzióbków sobie spijaliśmy, a potem, ni stąd ni zowąd, żona przestała mi się podobać. I zacząłem się rozglądać za nowszymi modelami. Tyle tylko, że te nowsze modele nie chciały się zadawać z pijakiem. To było wkurzające. A winna wszystkiemu była oczywiście żona… W domu wygadywałem różne okropieństwa: na przykład, że dzieci nie są moje, albo że są głupie - po matce. I takie tam różne… Kiedyś jakiś ksiądz doradził żonie, że ma nie odpowiadać na moje zaczepki, bo co będzie z pijakiem gadać. Ma się modlić i Mszę w mojej intencji ofiarować. Powiedziała mi o tym teściowa, gdy kiedyś próbowała przemówić mi do rozumu. Wkurzyłem się wtedy mocno na Dankę. Ona w ogóle była zawsze bardzo pobożna, a mnie wydawało się to takie śmieszne i głupie… Ja wiarę miałem za nic, a na księży wyzywałem najgorszymi słowami. No to jak teściowa powiedziała mi o tej Mszy, to mówię Dance: „Jak ci się nie podoba, jak ci tak ze mną źle, to wypierdalaj kurwo do tych swoich katabasów”. Przepraszam, że pojawiają się w tym tekście wulgarne słowa, ale chcę pokazać jaki byłem. Może jeszcze jeden obrazek do kolekcji: kiedyś Danka straciła pracę. Przychodzi do mnie i mówi, że jest bez pieniędzy, a dzieci potrzebują. Ja wówczas na dom właściwie nic nie dawałem, tylko czynsz płaciłem i za prąd. Resztę przepijałem. No i żona mi mówi, że nie ma pieniędzy. „Twój problem – mówię – jak ci brakuje, to pożycz od swojej pierdolniętej mamusi, albo leć na trasę i dorabiaj jako tirówa”. Kawał chama był ze mnie. Nic jej wtedy nie dałem. A krótko potem, jak po jakiejś balandze nie mogłem doliczyć się kasy, to zrobiłem jej awanturę, że mi po kryjomu pieniądze podbiera. Zbiłem ją nawet wtedy… To wszystko trwało kilka lat. Zachowywałem się strasznie. Odeszła. Nawet się wtedy ucieszyłem – znowu życie kawalera: będzie można pić i bawić się, bez baby nad głową – tak myślałem. Potem, po raz kolejny, z powodu pijaństwa wyrzucono mnie z pracy. W międzyczasie był rozwód i podział majątku. Oddałem mieszkanie żonie, zamieszkałem z mamą i żyłem z jej renty. Byłem pasożytem na garnuszku matki, staruszki. I to przez kilka lat. Z żoną i dziećmi żadnego kontaktu nie utrzymywałem. Danka nie chciała. Nie dziwię się zresztą. Bała się mnie. I dzieci też się mnie bały. A mnie specjalnie nie zależało. Dużo wtedy piłem, bardzo dużo… Od czasu do czasu podłapywałem jakąś robotę, ale wystarczyło, że raz czy drugi zapiłem i wylatywałem. I tak żyłem, na łasce matki. I wtedy się to stało. Dziewięć lat temu, 25 stycznia. Tyle tylko, że ja z tego dnia mało co pamiętam. Wyszedłem rano na miasto – była ładna pogoda, odwilż – spotkałem się z kumplami i ostrośmy zapili: to wiem, a reszta… Reszty dowiedziałem się od innych. Według tych relacji, 25-tego po południu widziano mnie jak szedłem wzdłuż wylotowej trasy z miasta, konkretnie: wzdłuż ulicy Obornickiej. Jak już mówiłem, byłem całkiem pijany, ale pijak do domu trafi nawet narąbany jak stado zajęcy i ja w takim stanie, chociaż nic nie wiedziałem o Bożym świecie, idę tą drogą, bo gdzieś tam jest moje osiedle. Ta wylotowa trasa z Poznania jest bardzo ruchliwa, mnóstwo samochodów, a poboczem idzie sobie wesolutki Tadzik, to znaczy ja. Wesolutki, bo jak mi powiedziano, śmiałem się co chwila i coś tam sobie śpiewałem. Doszedłem już gdzieś na wysokość mojego osiedla. Tam jest taki przystanek autobusowy i stało trochę ludzi. I Tadzik, czyli ja, idzie i śpiewa i się zatacza. Auta dają po klaksonach, Tadzik nic nie słyszy, a ludzie na przystanku pokazują mnie palcami. Mówiono mi, że zatoczyłem się wtedy mocno na drogę. Prosto pod nadjeżdżającą ciężarówkę. A facet szybko jechał. Dzisiaj, na tym odcinku Obornickiej, co kawałek światła poustawiali i nie da się rozwinąć zbyt dużej szybkości, ale wtedy… Teraz, gdy jest już po wszystkim, idę od czasu do czasu popatrzeć na to miejsce. I zawsze wtedy myślę, czy ten kierowca mógł cokolwiek zrobić, żeby nie… No pewnie, mógł skręcić w prawo i pozabijać ludzi stojących na przystanku. Mógł też skręcić w lewo i zderzyć się z jakimś autem jadącym z naprzeciwka. Zresztą, co tam kierowca. Ważniejsze jest pytanie, czy ja – JA – mogłem coś zrobić, żeby nie… Ja, tam, w tym miejscu, nie mogę być zbyt długo. Gardło mam ściśnięte, łzy mi lecą. Zmówię zdrowaśkę i uciekam. Dosłownie uciekam. Bo przypominam sobie, że w tym momencie, gdy zatoczyłem się pod tira, nic nie mogłem zrobić. Nic... Ech, gadam jak potłuczony. Nic nie mogłem, bo spiłem się jak świnia i nawet do głowy mi nie przyszło, że coś trzeba robić, bo jeśli nie, to zginę. I co z tego, że walą na mnie tony żelastwa, że za chwilę będzie ze mnie miazga, skoro ja dzięki wódzie jestem w innym świecie, gdzie jest miło i sympatycznie – nic tylko śmiać się i śpiewać… Kierowca nic nie mógł zrobić, ja nic nie mogłem zrobić, a jednak, skoro piszę te słowa to znaczy, że żyję i w miarę dobrze się miewam. Dlaczego żyję? Bo zostałem uratowany. Nie, kierowca ciężarówki nie skręcił w lewo, czy w prawo. Uratował mnie Pan Krzysiu… Świadkowie nie potrafili sobie przypomnieć, czy stał wśród nich na tym przystanku, ale widzieli mężczyznę – Pana Krzysia jak się okazało – który podbiegł do mnie i z całej siły popchnął na drugą stronę drogi. Powinienem walnąć w samochód nadjeżdżający z przeciwnej strony, ale cudem jakimś, bez żadnego szwanku wylądowałem w rowie. Nic mi się nie stało. Nic! Żadnego złamania, obtarcia, potłuczenia. Nic! Ale Pan Krzysiu zginął na miejscu. Nie było ponoć co zbierać… Zrobiło się zamieszanie. Kierowca tira dał po hamulcach, facet przed którego szybą przeleciałem, spanikowany skręcił gwałtownie i wjechał do tego samego rowu, w którym moment wcześniej wylądowałem. Było kilka stłuczek i ogólny bałagan, a ja – w dalszym ciągu nieświadomy co się dzieje – przez nikogo niezauważony wygrzebuję się z rowu i odchodzę. Nim zaczęli szukać tego pijaka, który spowodował wypadek, mnie już tam nie było.
Obudziłem się wczesnym rankiem, w domu, z olbrzymim kacem. Leżałem na tapczanie, w ubraniu, butach i nieczystościach, a nade mną stała mama, narzekając na los, Boga i kogo tam popadło, że musi znosić i utrzymywać syna – degenerata. Krótko mówiąc: wszystko było tak jak zwykle. Jedyna różnica to ta, że kiedy wypiłem karton mleka, zaczęło mnie ostro czyścić. Leciało ze mnie górą i dołem – i tak przez pół dnia. Gdyby nie to, pewnie szybko wyszedłbym z domu, kaca sklinował i pogrążył się na powrót w błogiej nieświadomości. A tu – przepraszam za wyrażenie – sraczka. Musiałem siedzieć na miejscu – i to siedzieć dosłownie, na kibelku. Z łazienki właściwie nie wychodziłem. Siedziałem więc i trzeźwiałem, usiłując sobie przypomnieć co wczoraj robiłem, z kim się spotkałem, a przede wszystkim za co – albo dzięki komu – piłem. I co za świństwo piłem, skoro tak mi zaszkodziło. Coś tam sobie odtwarzałem w pamięci, ale zasadniczo niewiele tego było. Czarna dziura po prostu. Nie muszę chyba dodawać, że nie pamiętałem niczego, co dotyczyło Pana Krzysia. Po prostu nie byłem świadomy, że ktoś taki jak Pan Krzysiu istnieje i że w ogóle jest potrzeba, by na jego istnienie zwrócić uwagę. W końcu, z nudów, zacząłem czytać gazetę, którą mama rano przyniosła razem z bułkami i mlekiem. I pośród różnych informacji, natrafiłem na krótką notatkę, której treść pamiętam do dzisiaj i będę pamiętał do końca życia. Brzmiało to tak:
„Wczoraj w godzinach popołudniowych, doszło do tragedii przy ul. Obornickiej. Pod kołami ciężarówki zginął na miejscu 34-letni mężczyzna. Jak wynika z zeznań naocznych świadków, ofiara wypadku poniosła śmierć, ratując życie człowiekowi, który – jak wszystko na to wskazuje – był pod silnym wpływem alkoholu i wszedł nieostrożnie na oś jezdni. Wskutek zdarzenia, doszło do karambolu kilku pojazdów. Korzystając z powstałego zamieszania, sprawca zbiegł z miejsca wypadku. Policja podjęła czynności zmierzające do jego zidentyfikowania i ujęcia.
Podajemy jego rysopis: wiek – ok. 40-45 lat; średniego wzrostu, krępej budowy ciała; mocno łysiejący; resztki włosów długie, związane w tzw. kucyk; bujny, lekko szpakowaty zarost na twarzy. Ubrany był w niebieską, sportową kurtkę, z naszytymi pomarańczowymi paskami odblaskowymi, oraz ciemne spodnie.
Wszystkich, którzy mogą pomóc w zidentyfikowaniu sprawcy wypadku, prosimy o kontakt z policją.”
Przeczytałem ten tekst i początkowo właściwie nie zwróciłem na niego uwagi. Zacząłem czytać coś innego i jeszcze coś innego… i tak wertując ze wszystkich stron ową gazetę, znowu natrafiłem na tę notatkę. Coś kazało mi ją przeczytać powtórnie, a potem to już czytałem ją w kółko nie mogąc się zatrzymać – dopóki nie zrozumiałem, że to jest o mnie. Bez żadnych wątpliwości o mnie, bo w końcu ilu może być w rejonie Obornickiej takich jak ja czterdziestoletnich pijaków, jak ja mocno łysiejących, ale z kucykiem na łbie, jak ja z bujną, lekko szpakowatą brodą i jak ja ubranych w niebieską kurtkę z pomarańczowymi paskami? Z wrażenia się spociłem i nie powiem co jeszcze, siedząc w toalecie, zrobiłem…
Widzicie to? Siedzę na kibelku i czytam o sobie w gazecie! Czytam i dosłownie sram ze strachu… Może jednak – myślałem – nie chodzi o mnie. Może to jakiś inny pijak… No ale ta kurtka, ta broda, ten pierdolony kucyk. Przecież to ja, ja, ja! Zacząłem więc kombinować, co trzeba zrobić, żeby się z tego wszystkiego wywinąć. Mówiłem sobie: trzeba się ogolić, ostrzyc, kurtkę spalić i zniknąć na jakiś czas z miasta. Może sprawa przycichnie. Bo przecież ciągle słyszy się o tym, że w policji są same niedołęgi. Jeśli do tej pory po mnie nie przyszli, to znaczy, że nic o mnie nie wiedzą. No ale z drugiej strony – pytałem sam siebie - jak mogą nie wiedzieć? Przecież tyle razy spisywali mnie, gdy robiłem awantury żonie, mamie, sąsiadom, gdy się odlewałem na trawniku, albo spałem w piaskownicy… Nie, na pewno wiedzą o kogo chodzi i na pewno mnie znajdą. Ale jeśli wiedzą o kogo chodzi, to dlaczego w gazecie podają rysopis i proszą o pomoc w identyfikacji? No to chyba nie wiedzą. Nie, to niemożliwe, żeby nie wiedzieli… Takie właśnie myśli przelatywały mi wtedy przez głowę. Czy myślałem o Panu Krzysiu? Pewnie, że myślałem. Wyzywałem go najgorszymi słowami: „To wszystko przez niego. Po co jak głupi wbiegał pod tego tira? Porąbało go? Kto go w ogóle prosił? Tylko kłopotów mi narobił, kutas jeden. Za to, że komuś odpierdoliło, ja mam teraz odpowiadać?” Jeszcze raz przepraszam, że tak dosłownie o tym opowiadam, ale sądzę, że jest to potrzebne, by siebie z tamtych czasów dokładnie opisać.
Policjanci pojawili się jakoś tak w południe. Siedziałem w toalecie, z gazetą w ręku. A ponieważ na sam ich widok znowu zaczęło mnie czyścić i nie chciałem z kibelka zejść, więc mi przyłożyli. Bili tak, by bolało. Ale nie, nie mam pretensji. Tak właściwie, to powinni obić mi dupę do krwi. Czyśćca byłoby mniej…
Zostałem więc zatrzymany przez policję. Nie było przecież większych trudności, by mnie zidentyfikować i odnaleźć. Jako pijaczek, byłem na osiedlu dość znany. Świadkowie wypadku bez problemu mnie rozpoznali. W czasie śledztwa dowiedziałem się, że mężczyzna, którego śmierć spowodowałem, to właśnie Pan Krzysiu, nauczyciel wychowania fizycznego w jednym z poznańskich liceów. W końcu stanąłem przed sądem. Wyrok, potem odsiadka. Normalnie. Złość na Pana Krzysia stopniowo, w trakcie śledztwa i procesu, zaczęła ze mnie schodzić, za to zaczęła mnie wtedy nurtować pewna zagadka, której dość długo nie mogłem rozwikłać: otóż próbowałem zrozumieć, dlaczego Pan Krzysiu to zrobił; dlaczego mnie ocalił, siebie przy tym narażając? Przecież to było jasne, że on nie zginął przypadkiem, lecz całkowicie świadomie wystawił swoje życie na niebezpieczeństwo, by z kolei moje, nic nie warte, przegrane życie ratować. Był moim znajomym? Nie. Krewnym? Nie. Przyjacielem? Nie. Zresztą, przyjaciół nie miałem. Większość krewnych daleko i żaden z nich nie był trzydziestokilkuletnim mężczyzną, a ci, którzy są na miejscu to matka, była żona i córki. Znajomi? Jedyni, z którymi się nie skłóciłem i których do siebie nie zniechęciłem, to tacy sami pijacy i degeneraci jak ja, niezdolni do heroicznych czynów, ba, w ogóle niezdolni do życia. A więc nieznajomy. Ale dlaczego nieznajomy człowiek, miałby się dla mnie aż tak bardzo poświęcać? Właśnie dla mnie? To już lepiej dla kotów i psów. Co one mają z tym wspólnego? No, normalnie… Na drogach, pod kołami samochodów ginie ich mnóstwo. Pomyślałem sobie wtedy, że byłoby czymś bardziej zrozumiałym, gdyby ktoś narażał swoje życie dla ratowania tych psów i kotów, bo ratować mnie – akurat mnie! – to przecież absurd. I właśnie to zasadnicze pytanie: „Dlaczego – zamiast za psy i koty – Pan Krzysiu umarł za mnie?” – pozostawało pytaniem na które nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Strasznie mnie to męczyło. Nie, to nie były wyrzuty sumienia. Jeszcze nie. One przyszły dopiero z Panią Zofią. Pani Zofia to matka Pana Krzysia. Pamiętałem, że śledczy, a potem pani sędzina coś tam o niej wspominali: że człowiek, którego zabiłem, to jej jedyny syn, że nikogo poza nim nie ma, bo mąż umarł w początkach małżeństwa, że bardzo schorowana, że na rencie inwalidzkiej i takie tam – jak myślałem wtedy – dyrdymały, żeby mnie zmiękczyć i sumieniem poruszyć. Nie zwracałem wtedy na to uwagi, zaprzątnięty – jedyną według mnie istotną – kwestią psów i kotów. Ni stąd ni zowąd, już po wyroku, Pani Zofia odwiedziła mnie w więzieniu. Wysoka, chuda jak szczapa, właściwie brzydka kobieta. Kiedy dowiedziałem się kim jest, chciałem oczywiście uciekać, ale powstrzymała mnie… powstrzymała mnie uśmiechem. Nie, nie chodzi o to, że byłem zaskoczony sytuacją, w której matka zabitego przez ciebie syna, serdecznie się do ciebie uśmiecha. Nie w tym rzecz… Ona po prostu uśmiechała się… jakby to powiedzieć? No po prostu, gdy Pani Zofia uśmiechnęła się do mnie, poczułem się… poczułem się jak w niebie. A ona dzięki temu uśmiechowi, z brzydkiej, zaniedbanej kobiety, przemieniła się w kogoś, na kogo chce się ciągle patrzeć i z kim się chce ciągle przebywać. Nie, to też nie to…Julia Roberts na przykład, gdy się uśmiecha, też fajnie wygląda, też chce się na nią patrzeć i z nią być. Ale tu nie chodziło o urodę, o ładny obrazek… Ja po prostu chcę powiedzieć, że gdy Pani Zofia uśmiechnęła się do mnie, ja rzeczywiście – czyli nie-metaforycznie – znalazłem się w niebie. Skąd to wiem? Ponieważ nigdy dotąd nie byłem tak szczęśliwy jak wtedy i wiem, że póki żyję tu na ziemi, nigdy już tak szczęśliwy nie będę. A oprócz tego czułem – czułem z namacalnym wręcz bólem – że nie jestem godny tego szczęścia doznawać… Jasne? Pewnie nie bardzo… No to nie wiem, jak to lepiej wyjaśnić. Tak czy inaczej – wracając do Pani Zofii odwiedzającej mnie w więzieniu – unieruchomiony jej uśmiechem słuchałem, co ma mi do powiedzenia. Mówiła niewiele. Powiedziała, że przeze mnie straciła jedynego syna. Że bardzo cierpi z tego powodu. Że mi przebacza. Że mnie kocha. Że pragnie, bym był szczęśliwy. Że myśli teraz o mnie, jak o synu. Że jestem jej synem. Że mam nie zmarnować śmierci Krzysia. Że się za mnie modli. Że Jezus mnie kocha. Że się już więcej – w tym życiu – nie zobaczymy. Potem jej uśmiech zgasł. Odeszła. Wróciłem do rzeczywistości i do celi. Nic z tego nie rozumiałem. Właściwie do dzisiaj niewiele z tego rozumiem… Nie, to nieprawda. Rozumiem już dużo. Ale jestem słaby i czasem, gdy robię coś złego, to wydaje mi się, że jak głupi byłem, tak głupim pozostałem…
Po wizycie Pani Zofii, nie myślałem już tylko o psach i kotach. W mojej głowie pojawiły się myśli także i o ludziach. Zaczęła mnie gnębić świadomość – wreszcie!!! - że ktoś przeze mnie poniósł szkodę. Mówię: wreszcie!!!, bo chociaż zasadniczo wyrzuty sumienia są czymś zwyczajnym i normalnym, to jednak w moim przypadku były czymś poniekąd nowym i zaskakującym. Ja przecież przez wiele lat znieczulałem swoje sumienie i właściwie doprowadziłem je do stanu całkowitego otępienia. Umiałem sobie wmówić, że za zło obecne w moim życiu są odpowiedzialni rodzice - bo za mało mnie kochali, żona - bo jest kurwą, dzieci – bo są, Bóg - bo Go nie ma i w ogóle wszyscy są winni, bo są głupi i bez sensu. No a Tadzik jest oczywiście bez zarzutu: cnót wszelkich bezdenna głębina. Tyle tylko, że życie mu nie wyszło. Kto więc tak naprawdę jest tutaj biedniutki i skrzywdzony? No kto? Jasne, że ja. Tak myślałem wtedy. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że jakoś tam siebie oszukuję, a krzywdy wielu ludziom przeze mnie wyrządzone, są najprawdziwsze w świecie. Ale potrafiłem sumienie wytresować w taki sposób, by siedziało cicho, by mnie nie niepokoiło. I ono posłusznie milczało. A gdy się odzywało, podsuwając mi przed oczy obrazy żony, dzieci, czy matki chociażby, to je zalewałem gorzałą i tyle. Tyle tylko, że w więzieniu trudno się było zalać. I gdy pojawiła się Pani Zofia i powiedziała co powiedziała, nie potrafiłem przed głosem sumienia uciec. Ono mnie męczyło…
Więzienie to pod wieloma względami wspaniałe miejsce. Jest wikt, opierunek, telewizja, filmy video, książki, a nawet – biorąc pod uwagę zasady, których przestrzegania więźniowie nawzajem od siebie wymagają – coś na kształt swoistego savoir vivre. Cele trochę ciasne, ale za to zaludnione znakomitymi w swej niewinności facetami. I w tej cudownej, radosnej, więziennej atmosferze siedzi osamotniony w swym smutku Tadzik, bo jest dręczony wyrzutami sumienia. Przesadzam oczywiście. Także i poza mną byli więźniowie, którzy podobnie jak ja dochodzili do prawdy o sobie, niemiłej prawdy… i bolesnej. Tym niemniej, pudło niekoniecznie sprzyja nawróceniu… Bywa, że jest wręcz odwrotnie. W więzieniu, gęstość zaludnienia metra kwadratowego przez bezkrytycznych względem siebie ludzi, jest największa na świecie. A są tam złodzieje, zabójcy, gwałciciele. Wśród nich ja, mały pikuś, siedzący za łażenie w mieście po pijaku. I patrzę z podziwem na tych bohaterów, którym sumienie nic nie wyrzuca poza tym, że dali się złapać. I przysłuchuję się ich radosnym planom, co zrobią – po wyjściu – facetom i babkom, przez których dali się zapudłować. A ja? Ja myślę ciągle o Panu Krzysiu, o Pani Zofii, o żonie, o dzieciach, o mamie… O krzywdach, które im wyrządziłem. W więzieniu widziałem straszne rzeczy i słuchałem o strasznych rzeczach, ale to było nic w porównaniu z tym, co działo się w mojej głowie. To była udręka. I nie mogłem się od niej wyzwolić, bo niby jak? Modlitwą? Spowiedzią? Przecież byłem niewierzący. Rozmową? Z kim? Mama mnie nie odwiedzała, bo mówiła, że boi się samego widoku więzienia. Zadzwoniłem do niej parę razy. Była dla mnie bardzo dobra. Prosiła, bym przestał pić. Jak zwykle zresztą. Potem płakała i kończyła rozmowę. Raz jeden rozgadała się, gdy poinformowała mnie, że nasze stare, duże mieszkanie na tzw. Piątkowie, zamieniła na mniejszą i tańszą kawalerkę, gdzieś na Ratajach. I długo mi opowiadała o firankach, dywanikach, doniczkach i filiżankach. I o dwóch papużkach, które ktoś jej – na nowe mieszkanie – sprezentował. Ale słuchać to mnie nie słuchała. Nie była w stanie. Gdy próbowałem mówić o swoim zmarnowanym życiu, o wyrzutach sumienia, o krzywdach, które ludziom wyrządzałem, zaczynała szlochać i odkładała słuchawkę. Mogłem jeszcze porozmawiać z kapelanem, albo z psychologiem. Kapelana szybko sobie odpuściłem. Zobaczyłem go pierwszy i chyba ostatni raz, gdy dla rozrywki poszedłem kiedyś na więzienną Mszę. I od początku ksiądz mi podpadł. Bo się głupio, według mnie, uśmiechał. I miał taką nalaną gębę. I pewnie z ust mu jechało. I był spocony. I był stary. I miał takie małe, rozbiegane oczka. I na pewno przychodził tu tylko i wyłącznie dla kasy. I jeszcze robił ludziom wodę z mózgu. I te gusła głupie odprawiał. I w ogóle był taki jakiś… dziwny? Tak go widziałem. A potem, po Mszy, podszedł do mnie, poklepał mnie po ramieniu, wyzwał od swego brata i zaczął gadać, że zauważył mój wielki smutek, że rozumie jak mi jest ciężko, ale trzeba to wszystko przyjąć, i że mam się nie załamywać, bo jeśli chcę, to mogę zacząć życie na nowo. Muszę tylko uwierzyć i zdać się na Jezusa. Coś we mnie wstąpiło, bo wydarłem się wtedy na niego: „Co ty pierdzielisz? Jakie nowe życie? A co ty w ogóle, bucu jeden, wiesz o moim życiu? I nie opowiadaj mi kurwa tych głupot o wierze i Jezusie!” W końcu nawkładałem mu od głupich, obleśnych pedałów i złodziei. Ksiądz nie poskarżył się na moje zachowanie, ale i tak nie chciałem go więcej widzieć. Pozostał psycholog. Pani psycholog. Tak w ogóle pełen profesjonalizm. Żadnego spoufalania się z więźniem, sucha rozmowa, surowe spojrzenie znad okularów i kilka analitycznych pytań, a w końcu podsumowanie: „Jesteście typowym przykładem alkoholika. Alkoholizm to choroba. Można to leczyć. Leczenie może być skuteczne tylko pod warunkiem, że alkoholik uzna, że jest alkoholikiem. Powinniście rozpocząć terapię. Terapia to takie leczenie. Jest to możliwe także w więzieniu. Będę o to wnioskować. Najpierw detoks. Potem spotkania w grupie terapeutycznej. No i przed wyjściem esperal, na wszelki wypadek. Że co? Dusza was boli? Idźcie do spowiedzi. Jesteście niewierzący, a kapelan to stary pierdziel? No to macie problem.” I tyle.
Terapię podjąłem. Bardzo mi to wtedy pomogło. Psychotropy zawsze pomagają, gdy człowieka trzęsie, choć tak samo jak alkohol uzależniają. Cóż, przynajmniej nie zwariowałem, gdy byłem na głodzie. Ale dusza bolała coraz bardziej.
Któregoś dnia wyszedłem na wolność. Niechcianą wolność. Bo niby co na tej wolności, będąc alkoholikiem i lekomanem, miałem robić? Zresztą, po co w ogóle cokolwiek robić? Wyszedłem bez radości. Z dużym lękiem. Z bluzgami na ustach. Bo gdy się jest bezradnym, to się bluzga (albo modli – ale tego jeszcze wtedy nie umiałem).
Do domu (siedziałem poza Poznaniem) dotarłem po trzech dniach. W tak zwanym międzyczasie próbowałem się utopić (nie wyszło: umiem pływać i zwyciężał odruch wychodzenia na powierzchnię); dwukrotnie (w mękach) się upiłem; spotkani po drodze jednodniowi koledzy od taniego wina, poranili mi plecy, gdy pijani, blachą konserwy (do dzisiaj nie wiem, dlaczego były trudności z użyciem zwykłego noża) wycinali mi esperal (nieskutecznie); w końcu jakieś wyrostki – dla zabawy – napadły na mnie i mnie skopały, słowem: smak wolności był rzeczywiście jedyny w swoim rodzaju.
Mama mnie przyjęła. Miałem nadzieję, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat, porozmawiam z nią szczerze o sobie, o moim życiu, o tym jak krzywdziłem ludzi, o moich pretensjach do niej, do Danki, do Boga, do całego świata… Niestety, nie dało się. Nie, nie chodzi o to, że się do mnie nie odzywała. Odzywała się, i to nawet często, ale były to monologi. Trudno jej się ze mną rozmawiało, bo straciła słuch. Nie całkowicie, ale na tyle mocno, że trzeba było krzyczeć, aby coś zrozumiała, a trudno się zwierzać krzycząc. Mama mówiła, że pod koniec mojego pobytu w więzieniu, zachorowała na grypę. Zamiast się położyć, chodziła i jak to się mówi, „grypę przeziębiła”. Wdały się powikłania i ogłuchła. Postarała się o aparat słuchowy, ale nie lubiła go nosić. Była bardzo nieszczęśliwa, bo przez tę swoją dolegliwość nie mogła się z nikim dogadać. Dla mnie jej głuchota też była udręczeniem, bo poza tym, że nie mogła w pełni zrozumieć wszystkich moich „spowiedzi”, to jeszcze na dodatek z wielkim zacięciem, z potencjometrem na maxa a uchem przy głośniku, słuchała Radia Maryja. Myślałem, że zwariuję, bo i głośno i bzdurno… Tak to odczuwałem… Raz jeden, na początku, chyba nawet pierwszego dnia po moim powrocie, zrobiłem mamie małą awanturę o radio. I o papużki, bo też były hałaśliwe, a w bonusie śmierdziały. Mama zrozumiała o co chodzi, bo się na nią głośno wydzierałem. Pokiwała głową i powiedziała: „Oho, wróciły stare dobre czasy z kłótniami i przekleństwami. Myślałam, że skoro ja niczego dobrego cię nie nauczyłam, to więzienie cię nauczyło. I przestań krzyczeć. To mój dom i będę słuchać tego, co mi się podoba. A radio mi się podoba. I papużki też! Jeśli ci to przeszkadza, włóż sobie watę w uszy. A od smrodu jeszcze nikt nie umarł. Idź spać i nie dyskutuj. Jutro pojedziemy na cmentarz. To cię uspokoi.” Rzeczywiście, pobyt na cmentarzu mnie uspokoił, a nawet więcej niż uspokoił… Pojechaliśmy na cmentarz na Miłostowie, gdzie są pochowani mój ojciec i zmarła w dzieciństwie siostra. Od początku jednak przeczuwałem, że mamie zależy byśmy odwiedzili inne groby – groby Pana Krzysia i Pani Zofii. Doprowadziła mnie do nich, zostawiła samego i poszła do ojca i siostry. Wróciła tak jakoś po godzinie, chwyciła mnie za rękę i jak małego chłopca wyprowadziła z cmentarza. Po drodze opowiedziała, jak to Pani Zofia, po widzeniu się ze mną w więzieniu, tego samego dnia, późnym wieczorem pojawiła się w naszym mieszkaniu. Zrobiła na mamie takie samo niesamowite wrażenie jak na mnie i to samo mniej więcej powiedziała. Także to, że w tym życiu już się więcej nie zobaczą. I prosiła, żeby od czasu do czasu, mama zapaliła świeczkę na ich grobach, żeby w modlitwie pamiętała. „Bo wie pani – mówiła – ja mam raka. Moje dni są policzone. Mąż nie żyje, Krzyś nie żyje, a teraz umrę ja. A w Poznaniu mam tylko kuzynkę. Ona zajmie się moim pogrzebem i powiadomi panią o mojej śmierci. Poproszę ją o to. Mam nadzieję, że nie zapomni. Ale to jest starsza kobieta, schorowana. O nasze groby nie będzie w stanie zadbać, a jej dzieci o mnie i o Krzysiu szybko zapomną. I tak sobie pomyślałam, że może pani… Zresztą, mniejsza o groby, zależy mi na modlitwie…” I wyszła. Mama nawet nie zdążyła się odezwać. Miesiąc później przyszedł od owej kuzynki telegram, z powiadomieniem o śmierci i pogrzebie Pani Zofii. Mama była na pogrzebie i od tamtego czasu, odwiedza groby Pani Zofii i Pana Krzysia przynajmniej raz w tygodniu.
Przez następne trzy dni, nie wychodziłem z domu, nic nie jadłem, ani nie piłem. Nie mogłem też zasnąć. Przeważnie siedziałem na krześle i gapiłem się przez okno. Czwartego dnia rano, razem z Radiem Maryja nuciłem Godzinki. Słów nie znałem i nie rozumiałem, ale melodia mi się podobała. A potem była transmisja Mszy Świętej. Też nic z Niej nie zrozumiałem, ale spodobały mi się usłyszane słowa pieśni: Idźmy tulmy się jak dziatki, do serca Maryi Matki: czy nas nęka życia trud, czy to winy czerni brud. Idźmy, idźmy ufnym krokiem, z rzewnym sercem, z łzawym okiem: serce to zna dzieci głos – odwróci bolesny cios. Spodobały mi się te słowa, bo słuchając ich, miałem przed oczyma Panią Zofię. Zjadłem śniadanie i pokazałem mamie kartkę z napisanym trzy dni wcześniej pytaniem: „Mamo, co ja mam robić?” Mama przeczytała, uśmiechnęła się i powiedziała: „Idź do spowiedzi.” Pełny, tym razem matczyny, profesjonalizm.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...