niedziela, 19 lutego 2012

Gdy System burzy mury

Coryllus napisał znakomity tekst, poświęcony niezwykle interesującemu zdarzeniu. Otóż w Warszawie został zorganizowany marsz na rzecz obrony Telewizji Trwam przed agresją Systemu, który właściwie zanim się jeszcze utworzył, natychmiast został przejęty przez tak zwane prawicowe środowiska medialne, i przekształcony w protest na rzecz czegoś, co zostało zdefiniowane jako „wolne media”. Wprawdzie w marszu nie wzięła udziału większość przedstawicieli owych „wolnych mediów”, a więc, znanych nam skądinąd, „autorów niepokornych”, natomiast jako swojego przedstawiciela wysłali oni Rafała Ziemkiewicza, który podziękował zebranym za ów bardzo miły jego sercu gest, i obiecał, że uczyni wszystko, by ich nie zawieść. Proszę mi pozwolić przytoczyć za Coryllusem słowa Ziemkiewicza:
„Przyszedłem podziękować ludziom, którzy tu przyszli. Nie po to, by stawać na czele, bo jesteśmy jako dziennikarze od czegoś innego, ale podziękować ludziom za to, że nas wspierają. Nas, czyli dziennikarzy, który starają się odkłamywać propagandę, którzy się starają odkłamywać salon i tę wizję Polski, która jest narzucana Polakom za pomocą mediów elektronicznych, a która ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co za czasów PRL-u. Żyjemy znów w czasach totalnego zakłamania, i trzeba kruszyć te szczeliny, tę skorupę. I każdy, kto nas w tym wspiera i usiłuje zwrócić uwagę społeczeństwa na to, że jest ogłupiane systematycznie i okłamywane tak jak za PRL-u, robi coś bardzo ważnego, za co należy się głęboka wdzięczność ze strony dziennikarzy”.
Coryllus, starając się jakoś skomentować to wystąpienie, użył słowa „bezczelność”. Mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga świetnie rozumieją coryllusowe intencje, no i, oczywiście, jego gniew. Zbiera się pięć, a może siedem, a kto wie czy nie, jak twierdzą niektórzy, 15 tysięcy osób, w swojej podstawowej większości wyłącznie w celu zaprotestowania przeciwko odmowie przyznania telewizji ojca Rydzyka miejsca w nowym systemie telewizyjnego przekazu, i na to pojawia się Rafał Ziemkiewicz i zaczyna się kłaniać i dziękować za poparcie. Przychodzi być może 15 tysięcy ludzi, dla większości z których nie są żadnym problemem rzekome prześladowania braci Karnowskich, Bronisława Wildsteina i Rafała Ziemkiewicza przez system dystrybucji mediów w Polsce, ludzi którzy prawdopodobnie rynek mediów obserwują przede wszystkim przez pryzmat nieustających prób ze strony bezbożnego Systemu, by zniszczyć ojca Rydzyka i jego dzieło, i nagle przed sobą widzą Rafała Ziemkiewicza, jednego z najbardziej hołubionych w III RP dziennikarzy i autorów książek, który się zgina w pasie i mówi skromnie: „Dziękuję wszystkim, możecie dalej na mnie liczyć”. Przecież to jest chamstwo z tych absolutnie największych i właśnie najbezczelniejszych.
Ale wbrew pozorom, to bardzo dobrze, że Ziemkiewicza coś podkusiło, by tam przyleźć i powiedzieć to co powiedział, bo nie umiem sobie wyobrazić lepszej demonstracji dla tego, co ja tu od paru wpisów próbuje powiedzieć. System ma w obecnej chwili dwóch realnych wrogów – wrogów śmiertelnych, wrogów, którzy, dopóki nie zostaną ostatecznie pokonani, będą wciąż stwarzać dla Systemu śmiertelne niebezpieczeństwo. Są to mianowicie ojciec Tadeusz Rydzyk i Jaroslaw Kaczyński. Poza nimi nie ma nic. Są tylko oni. W momencie gdy oni zostaną wyeliminowani, przedpole zostanie całkowicie oczyszczone. Kiedy oni zostaną zniszczeni, Polska na długie, długie lata zostanie pozbawiona jakiejkolwiek nadziei na odrodzenie. Kiedy oni odejdą, nawet cud nas nie uratuje. Ojciec Rydzyk i Jarosław Kaczyński są dziś prawdopodobnie jedynymi przywódcami, którzy faktycznie wciąż jakimś cudem operują na granicy Systemu. Cała reszta została przez System pożarta i skutecznie zneutralizowana. Ja tu kiedyś zwracałem uwagę na taką, często przez nas wszystkich oglądaną, scenę, kiedy to Jarosław Kaczyński idzie korytarzem, z wysoko podniesioną głową, wypięta piersią, wzrokiem skierowanym prosto przed siebie, pozostawiający cały świat bezradny za sobą. Wbrew docinkom, szyderstwom, kpiącym uśmiechom i złośliwym komentarzom, idzie dumny i w jakiś cudowny sposób całkowicie obojętny. Ktoś kto całym sobą informuje wszystkich zainteresowanych, że oni nie są w stanie nawet go dotknąć. Najwyżej go zabiją. Jakże to mało…
A parę dni temu miałem też okazję przyjrzeć się w akcji ojcu Rydzykowi – pisałem tu o tym – kiedy to tym razem on szedł tym samym korytarzem, tyle że jego akurat otaczała już nieco inna aura, aura człowieka który, owszem, podobnie jak Kaczyński, też się niczego nie boi, tyle że o ile za Kaczyńskim stało jego przekonanie o tym, że ma rację i że wszystko najgorsze co go mogło spotkać, już go spotkało, za ojcem Rydzykiem szła pewność, że Wiara – tak, własnie ta Wiara – może tylko zwyciężać. No i podczas gdy Kaczyński czuje do nich wyłącznie zimną pogardę, ojciec Rydzyk pełną dobroci litość. I stąd pewnie, jak gdyby zupełnie mechaniczny odruch, ta ręka wyciągnięta do tego nieszczęśnika z mikrofonem. Natomiast nie ulega dla nas przy tym najmniejszej wątpliwości, że i jeden i drugi – każdy na swoim, ściśle wydzielonym polu – są ponad to wszystko. Z dala od tego wszystkiego. Wobec tego wszystkiego kompletnie obcy. Oni obaj są całkowicie poza tym światem i pozostaną poza nim, dopóki go nie zdobędą i nie przekształca tak, by się dało w nim zwyczajnie zyć.
Kim w tym wszystkim jest Rafał Ziemkiewicz ze swoimi aspiracjami? Przepraszam bardzo, ale jaką on kruszy skorupę? Jaką on poszerza szczelinę? Tygodnik „Uważam Rze”, wraz z całą Respubliką, został niedawno, jak wiemy na zamówienie Systemu, wykupiony przez jedną z agend owego Systemu. I cóż to dziś chce nam przekazać Rafał Ziemkiewicz? Że on wraz ze swoimi kolegami kruszy jakieś mury? Poszerza szczeliny? Przecież to jest chore. On chce, żebyśmy mu uwierzyli w to, że on w jakikolwiek sposób stanowi siłę pozasystemową , bo go TVN24 nie zaprasza do komentowania wydarzeń? A niby po co im on? Jak na dziś, oni parytet mają załatwiony w stopniu wsytrarczjącym. Z polityków mają Kurskiego i Kamińskiego, z dziennikarzy zawsze znajdzie się miejsce dla Semki, czy Lisieckiego. Nawet mamy swojego przedstawiciela kabaretu w postaci Marcina Wolskiego. I, błagam, niech mi nikt nie mówi, że oni są tam w jakikolwiek sposób cenzurowani. Że oni muszą się pilnować. Gadają dokładnie to co chcą, i nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że jeśli spróbują się mitygować, natychmiast zostaną odpowiednio nakręceni.
I na to wszystko, pojawia się Rafał Ziemkiewicz i dziękuje tym wszystkim, którzy już rzygają na to zakłamanie, że on im dziękuje za wsparcie? Bo co? Bo bez tego wsparcia System mu zamknie „Uważam Rze?” i on nie będzie miał gdzie pisać? Bo mu książek nie będą chcieli wydawać? Spokojna głowa. Niech on przez najbliższe lata śpi spokojnie. Nic mu nie grozi. „Niepokorne dziennikarstwo” cieszy się całkowitym wsparciem Systemu.
Oczywiście, zachowanie Ziemkiewicza i ten bandy uzurpatorów robi wrażenie, jednak to co przeraża najbardziej, to reakcja nas, ludzi którzy, wydawałoby się stoimy obok tego wszystkiego, i nie mamy żadnego interesu w podtrzymywania tego kłamstwa. Można ją bardzo wyraźnie zaobserwować właśnie pod wpisem na blogu Coryllusa, w komentarzach naszych polskich patriotów, Tych, którzy, kiedy już ostatecznie trafi jasny szlag Donalda Tuska i jego czarny projekt, będą odbudowywać morale naszej Ojczyzny. Otóż wszystko wskazuje na to, że oni już dziś, całkowicie bezwarunkowo zaakceptowali ów stan rzeczy, gdzie z jednej strony będziemy my, a z drugiej nasi trenerzy – ci którzy siłą rzeczy, przez swoje doświadczenie, talenty i odwagę doszli o wiele dalej, niż którykolwiek z nas. Oni nas poprowadzą, a my będziemy ich uczniami. Dokładnie tak samo jak 30 lat temu zgodziliśmy się, by nas poprowadzili Frasyniuk, Michnik i Celiński. No bo przecież, któż inny? Prawda? Któż inny?

Zachęcam wszystkich przyjaciół tego bloga do kupowania książki o liściu i zachęcaniu do kupna tych, którzy jej jeszcze nie mają, no i, tradycyjnie, bardzo proszę o finansowe wspieranie tego projektu i przy okazji mojej mojej rodziny. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

piątek, 17 lutego 2012

O duchach w świecie materii

Jechałem sobie rano autobusem do pracy i, jak co dzień, sprawdzałem, co słychać w Sieci. I oto nagle, kiedy wpisałem „toyah.pl” zostałem przekierowany na nazwa.pl, czyli stronę firmy od której kupiłem sobie ten adres, z zachętą, bym sprawdził, czy domena toyah.pl nie jest przypadkiem wystawiona na sprzedaż. Spróbowałem raz jeszcze, i jeszcze raz i kolejny raz, i za każdym razem, zamiast na blog, byłem kierowany do tej strony z ewentualną ofertą kupna mojej domeny. Pierwsze co sobie pomyślałem, to to, że pewnie coś im się tam poprzestawiało, i za chwilę wszystko się uporządkuje. Kiedy jednak sytuacja się przeciągała, i jakakolwiek próba wejścia na blog kończyła się w ten dziwny sposób, pomyślałem sobie, że właściwie a niby czemu nie miałoby się zdarzyć coś takiego, że toyah.pl przestałby działać, i to działać ostatecznie? Że oczywiście toyah1.blogspot.com, jako raczej pozostający poza wpływami Systemu, pozostałby nietknięty, natomiast podstawowy adres tego bloga, zostałby faktycznie wystawiony na sprzedaż, z tym zastrzeżeniem, że jak idzie o mnie, to ja już go kiedyś miałem i to mi powinno wystarczyć.
Oczywiście, ani nic takiego, jak widać, się nie stało, ani też – co muszę być może naiwnie przyznać – takiego rozwiązania na poważnie nie brałem pod uwagę, natomiast wciąż mi po głowie chodzi ta jedna myśl, że a niby czemu nie, no i jeszcze jedna – jakie ja bym mianowicie miał możliwości obrony wobec tego typu agresji? Oczywiście mógłbym napisać w tej sprawie specjalny tekst, który by się jak najbardziej na blogu ukazał, natomiast ci którzy by go przeczytali, to już by pewnie byli bardziej ci, którzy mnie w tej sytuacji postawili. Z całą pewnością naturalnie ten temat u siebie na blogach poruszyliby niektórzy z tych, dla których to co ja tu piszę, ma jakieś znaczenie. I być może nawet na Nowym Ekranie zrobiłaby się z tego drobna, parodniowa awantura. Ale na tym, z całą pewnością by się skończyło.
Na pewno też mógłbym sam spróbować zorganizować w tej sprawie jakąś akcję, albo wytaczając nazwie.pl sprawę, lub nawet interweniując u miejscowego posła Prawa i Sprawiedliwości. Mógłbym pisać do gazet, mógłbym nawet napisać do samego Premiera, lub – skoro już wpadamy w absurdy – wyjść na ulicę z tablicą na kiju i rozpocząć publiczny protest. Jestem pewien jednak, że każdy z nas świetnie wie, że jedynym tego wszystkiego efektem mogłoby się stać najwyżej to, że ktoś by mi zwrócił przekazem tych parę złotych za niewykorzystany czas korzystania z domeny. I tyle. Więcej nie stałoby się nic.
Ktoś mi powie, że Polacy dziś z całą pewnością mają znacznie więcej problemów, niż to, że komuś pomyłkowo – z całą pewnością pomyłkowo – odebrano domenę, i to problemów znacznie bardziej serio. Że mój żal o to, że istnienie, lub nieistnienie tego bloga, tak naprawdę mało kogo interesuje jest co najmniej bezczelny. No i że on z całą pewnością świadczy o tym, że mi się już mocno w głowie od tych paru komplementów poprzewracało. Proszę więc pozwolić mi wyjaśnić, skąd mi się to wszystko dziś wzięło. Otóż parę dni temu, nasz kolega Coryllus dostał kolejnej cholery, tym razem w związku z tym, że w którejś z najświeższych wypowiedzi, Andrzej Zybertowicz wezwał do tworzenia tak zwanych Archipelagów Polskości, które pod troskliwą opieką specjalnie sprowadzonych „coachów”, będą jednoczyły wszelkie bardziej i mniej drobne patriotyczne inicjatywy w Polsce, których, zdaniem Zybertowicza, są dziś „tysiące”. Ponieważ Coryllus nie tylko uznał, że tworzenie tego rodzaju coachingu jest kosmicznym skandalem, ale że w dodatku to gadanie o „tysiącach” inicjatyw, to kompletna bzdura, poprosił tych, którzy się z nim nie zgadzają, by mu zechcieli wskazać choć jedną z owych patriotycznych inicjatyw. Ponieważ strach na czytelników bloga Coryllusa padł tak blady, że nikt, w obawie że zostanie wyśmiany, nie spróbował wymienić choćby tylko Klubów Gazety Polskiej i Solidarnych2010, zgłosiłem się ja i napisałem Coryllusowi, że być może Andrzej Zybertowicz miał na myśli mój blog. W końcu, jak by nie patrzeć, to że ja go swego czasu stworzyłem, było jak najbardziej inicjatywą i nieskromnie twierdzę, że na jej początku stał mój patriotyzm. Wprawdzie ja do jej kontynuowania nie potrzebuję tego, by mi Zybertowicz wysyłał jakiegoś coacha, który mi powie, jak ja mam ten blog prowadzić, by Archipelag Polskości rozkwitał, zwłaszcza, że tym coachem mógłby zostać Łukasz Warzecha na przykład, a ja bym tego nie zniósł, jednak wciąż twierdzę, że ten blog zupełnie dobrze kwalifikuje się do tego, by został uznany za inicjatywę patriotyczną.
A więc, mając w pamięci ów mój komentarz na blogu Coryllusa, zacząłem sobie myśleć, że skoro Andrzej Zybertowicz planuje objąć swoim patronatem te „tysiące” patriotycznych inicjatyw, jakie pojawiły się w Polsce w ostatnich latach, to może, gdyby System z jakiegoś powodu uznał, że ten mój blog się nie nadaje do tego, by się szarogęsić w publicznej przestrzeni, i tę myśl wprowadził w życie, on by jakoś zechciał mnie wziąć w obronę? A skoro on, to może i jego znajomi, no i – konsekwentnie – wszyscy ci, których on by o zdarzeniu poinformował? W końcu ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby rząd Donalda Tuska przepchnął przez Parlament ustawę faktycznie delegalizującą działalność Klubów Gazety Polskiej, oni by jakoś zareagowali. Jednak dokładnie tak samo jak nie mam wątpliwości co do tego, nie mam też najmniejszych wątpliwości, że gdyby ten blog został urzędowo, lub quasi-urzędowo, skasowany, Andrzej Zybertowicz nawet by nie mrugnął okiem. Nie mrugnąłby okiem ani Zybertowicz, ani Sakiewicz, ani Pospieszalski, ani w ogóle nikt z tego patriotycznego towarzystwa. Nie mrugnąłby okiem nikt. Zero. Nikt. Z wyjątkiem tych kilku osób, które ten blog czytają i wspierają – nikt.
Skąd ja to wiem? Stąd mianowicie, skąd wiem różne inne rzeczy, a więc z życia i doświadczenia. A moje doświadczenie jest takie, że oni wszyscy mają w nosie wszystko, o ile nie dojdą do wniosku, że ich zaangażowanie może przynieść jakieś korzyści im samym. I odwrotnie. Jeśli tylko zobaczą, że owo zaangażowanie może im, już nawet nie zaszkodzić, ale sprawić kłopot, lub choćby zabrać cenny czas, angażować się nie będą. No dobra. Niech będzie, że oni też mogą trochę powalczyć, jeśli trzeba się będzie wstawić za kolegą. Kiedy niedawno w wywiadzie z Janem Dworakiem pewnym momencie któryś z Karnowskich szturchnął troszeczkę Piotra Lisiewicza, dziennikarza Gazety Polskiej, Tomasz Sakiewicz temu wydarzeniu poświęcił cały osobny tekst na niezależnej.pl.
Ale moje doświadczenie ma też wymiar bardzo konkretny i bardzo osobisty. Pamiętam jak już po Katastrofie Smoleńskiej – co tu akurat jest bardzo ważne, choćby ze względu na to że to był czas gwałtownego tworzenia się wspomnianych wyżej „Archipelagów Polskości” – zamieściłem w Salonie24 kilka zdjęć upamiętniających zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta, ale też choćby tylko i jego wnuczki. Znalazłem te zdjęcia w Internecie, gdzie są dostępne do dziś, opublikowałem je na blogu, i wtedy spółka „Agora” zwróciła się do Igora Janke, by mój wpis wraz z tymi zdjęciami usunął, bo to są ich zdjęcia i oni sobie nie życzą, bym ja je u siebie wklejał. Wydawałoby się, że ktoś taki jak Igor Janke, a więc przedstawiciel mediów, pozornie przynajmniej, „Agorze” obcych, powinien tę sytuację wykorzystać do bardzo zdecydowanej obrony „swojego” blogera, ale przede wszystkim do bezkompromisowej kampanii przeciwko szczególnie perfidnej cenzurze. Nic takiego się nie stało. Janke natychmiast położył uszy po sobie, usunął cały mój wpis do czasu tych zdjęć tam już nie będzie, a kiedy już wszystko się uspokoiło, nawet się nie zająknął, że coś się tak naprawdę stało. Po kilku miesiącach wprawdzie odezwał się Janek Pospieszalski, ale też bardzo przypadkowo i mocno obok prawdziwego problemu.
Nic takiego. To proszę sobie przypomnieć coś innego. W roku 2010 otrzymałem nagrodę Onetu dla politycznego bloga roku. Najpierw myślałem sobie, że to mi w zupełności wystarczy, ale tak się jakoś stało, że kiedy w następnym roku dostałem informację o kolejnej edycji konkursu, postanowiłem zgłosić się ponownie. I nagle się okazało, że Onet postanowił mnie do konkursu nie dopuścić. Ponieważ nie mógł tego zrobić w sposób oficjalny – startuje każdy kto ma na to ochotę – oni zdecydowali udawać, że ja się nie zgłosiłem. Wysyłałem zgłoszenie, oni tego zgłoszenia nie przyjmowali, pytałem ich, dlaczego, a oni wyjaśniali, że nie dostali zgłoszenia, i żebym wysłał je raz jeszcze. Wysyłałem je ponownie… i wszystko odbywało się tak jak poprzednio. W końcu zrezygnowałem, opisałem sprawę na bogu… i nic. Jakby nie stało się nic.
I znów ktoś powie, że co ja sobie wyobrażam? Że mi się zdecydowanie za dużo wydaje. Że jeśli sądzę, że ten blog ma jakiekolwiek znaczenie, jestem w dużym błędzie. I okay. Niech tak będzie, choć nie sądzę, żeby on znaczył mniej od większości pozostałych. Ba! Od niemal wszystkich pozostałych. A poza tym, w końcu ja sobie tej nagrody nie wymyśliłem. Ja ją autentycznie dostałem. W roku 2010 Onet uznał oficjalnie, że w całym poprzednim roku, ten własnie blog był najlepszy wśród politycznych blogów w Polsce. A przy okazji kolejnej edycji stanął na głowie, by go do konkursu nie dopuścić. Dlaczego? Oczywiście mieć pewności nie mogę, ale sądzę, że dlatego, iż wiedział, że ja się zakwalifikuję do finału, i tam już oni nie będą mieli innego wyjścia, jak mi dać tę nagrodę znowu. A tego zrobić nie chcieli.
Ale zaryzykuje i powiem coś jeszcze. Ja uważam że za tym postępowaniem stały dokładnie te same powody, dla których dziś ani „Gazeta Polska”, ani „Uważam Rze”, ani Janke w Salonie ani razu, ani jednym słowem się nie zająknęli, że jest do kupienia bardzo w końcu patriotycznie motywowana książka o liściu. Pamiętam jak Piotr Lisicki kiedyś krótko wspomniał, że mój tekst o Annie Walentynowicz jest „najpiękniejszym” tekstem o Walentynowicz, jaki on w życiu czytał. No ale wtedy ja jeszcze byłem nikim i mu pewnie w żaden sposób nie przeszkadzałem. Dziś tamten tekst jest jednym z tekstów zamieszczonych w tej książce. Czemu on więc choć jednym zdaniem o niej nie wspomni? Ot tak, w ramach wspierania oddolnych inicjatyw patriotycznych. Dla dobra Ojczyzny. A Zybertowicz? Niech sobie ją kupi i da w prezencie jednemu ze swoich coachów, żeby ten ocenił, czy jeszcze co ze mnie będzie.
Jak jednak mówię, nie wiem. Może się mylę. Może przyczyny i tu i tam były inne. Natomiast to wiem na pewno – że numer z odrzuceniem mojego zgłoszenia był zrobiony celowo. To był przejaw bardzo ciężkiej agresji. Czy może szeroko pojęty obóz patriotyczny zainteresował się tym, że doszło do aż tak owego nadużycia w stosunku do jednej z owych patriotycznych inicjatyw, o którym on tak bardzo dużo lubi gadać. Czy może Igor Janke, jako przedstawiciel najpoważniejszego niezależnego rzekomo portalu blogerskiego w Polsce, zadał chociaż Onetowi pytanie, dlaczego oni wykluczyli z tego konkursu ubiegłorocznego laureata? Oczywiście że nie. I jest czymś kompletnie nieważnym, czy on tego nie zrobił dlatego, że go to mało obchodziło, czy dlatego, że on sprawy w ogóle nie znał. Bo efekt i tak jest ten sam. On to wszystko co się dzieje poza jego własnym interesem ma głęboko w nosie. Ale przecież nie tylko on. Całe to podobno dobrze Polsce życzące towarzystwo dobrze życzy wyłącznie sobie.
Jeśli ktoś się tu w tym momencie uśmiecha z zażenowaniem, że ja znów ględzę o tym Janke, tak jakby mi się coś stało z rozumem, opowiem coś bardzo ciekawego na temat tych bardziej „naszych” z jego kumpli dziennikarzy, a mianowicie o tzw. niepokornych z „Uważam Rze”. W najświeższym numerze znalazłem przedziwny tekst Eryka Mistewicza. Otóż Mistewicz szydzi z Wojciecha Maziarskiego, że ten zasugerował jakoby prasa stanowiła IV władzę, filar obywatelskiego społeczeństwa i gwaranta demokracji. Mistewicz tłumaczy temu dziwnemu człowiekowi, że jego ten typ refleksji może tylko kompromitować, skoro już od wielu, wielu lat powszechnie wiadomo, że prasa nie reprezentuje niczyich interesów poza interesami, powiedzmy, reklamodawców. Że oficjalny rynek prasowy stanowi część Systemu, który jeśli ma cokolwiek na względzie, to z pewnością nie wolność i rozwój demokracji. Że jest nawet wręcz odwrotnie, i tu cytat: „Dotychczasowe media, sytuując się jako jedyni obrońcy wolności i demokracji, tłamszą demokrację. Obsadzając siebie w roli strażników jej wartości, odmawiają jednocześnie tego prawa innym. Tak jak odmawiają użytkownikom sieci, zbiorowej mądrości”. Ktoś pewnie się zaciekawi, jak tego rodzaju informacja została przyjęta przez kolegów Mistewicza z „Uważam Rze”. Oczywiście oni mogli ten jego felieton zwyczajnie odrzucić, no ale, jak wiemy, z kolegami tak się nie robi. A więc co zrobili? Zwyczajnie. Umieścili tę myśl jeszcze raz wcześniej, w podtytule, tyle że zamiast mediów „dotychczasowych” dali media „tradycyjne”. Proste, czyż nie?
To bowiem jest, proszę miłych państwa, jedno towarzystwo. Powtarzam to po raz kolejny i będę to powtarzał do znudzenia. Że jest tak, że oni mają swoje interesy, a to co nas dotyczy, w ogóle nie stanowi ich sprawy. Niekiedy, owszem, nasze drogi się zejdą, ale jeśli nagle na siebie wpadniemy, to nawet nie będziemy mieli powodu, by się na chwilę choćby zatrzymać. No i najważniejsze. Oni nie są przyjaciółmi. To są wrogowie jak cała reszta. Gdybyśmy byli silniejsi, moglibyśmy oczywiście ich wykorzystać jako tak zwane mięso armatnie, ale ponieważ jesteśmy tylko tu i tylko w ten sposób, możemy o nich zwyczajnie zapomnieć. A jeśli ktoś nas spyta, jak to możliwie, że nie ma nikogo, zupełnie nikogo, możemy się pocieszyć, że nie jest aż tak źle. Wczoraj widziałem w telewizji naprawdę piękną scenę. Akurat było tak, że z posiedzenia komisji kultury wracał ojciec Tadeusz Rydzyk i został zaczepiony przez jakiegoś nieznanego mi bałwana z TVN24 – oni ostatnio chyba naprzyjmowali nową partię zezowatych z krzywą szczęką – który się do ojca Rydzyka zwrócił z prośbą by ten coś mu tam zechciał powiedzieć do mikrofonu. Wówczas. Rydzyk zatrzymał się, uśmiechnął się dobrodusznie i powiedział mniej więcej tak: „Ja pana naprawdę szanuje, ale rozumie pan, no nie. Naprawdę nie. Wszystkiego dobrego panu życzę”. Powiedział to i uścisnął dupkowi dłoń. Dupek nawet nie drgnął. Tyle tylko, że, chyba zupełnie odruchowo, zdążył zareagować i wyciągnąć tę swoją rękę. I to było piękne. Że mamy wciąż tych dwóch ludzi, którzy unoszą się z wręcz niebiańską godnością nad tą całą hałastrą. I nic już ich nie jest w stanie dotknąć. Nic.

O książce szczęśliwie już było wyżej. Teraz tylko pozwolę sobie powtórzyć stałą prośbę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 15 lutego 2012

Towarzystwo Świńskiego Truchtu wzywa do akcji

Ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że zajmowanie się tu tak zwanym dziennikarstwem prawicowym i tak zwanymi prawicowymi publicystami jest zajęciem co najmniej jałowym. Piszę „co najmniej”, bo sama jałowość może by i aż tak bardzo nie szkodziła, natomiast istnieje obawa, że w pewnym momencie ktoś może dojść do przekonania, że ja, walcząc z tą ostatnią już częścią polskich mediów, która stara się przekazywać prawdę o naszej rzeczywistości, zwariowałem, i zacznie mnie traktować tak, jak niektórzy traktują choćby naszego kolegę Coryllusa. Z drugiej jednak strony, mam nadzieję, że nikt nie sądzi, że jeśli ja nie polemizuję z dorobkiem publicystycznym tak wybitnych przedstawicieli mediów stricte reżimowych, jak Jacek Żakowski czy Janusz Majcherek, to dlatego, że ja im nie mam nic do powiedzenia. Otóż ja mam im do powiedzenia bardzo dużo – i nie tylko do powiedzenia – tyle że zwyczajnie z nimi gadać mi się nie chce. Natomiast z braćmi Karnowskimi jak najbardziej.
Ktoś z kolei powie mi w tym momencie– a niewykluczone że to będzie wspomniany Coryllus – że tak jest jeszcze gorzej. Że Karnowscy od Żakowskiego są jeszcze gorsi, i przedstawi mi na to swoje dowody. I ja jak najbardziej biorę pod uwagę taką możliwość. Że czym dłużej będziemy się tu tak męczyć ze sobą i z tym wszystkim, co nas otacza, tym coraz częściej będzie dochodziło do sytuacji, że już nie nazwisko na przykład Marii Czubaszek będzie wywoływało reakcje sprowadzające się do wzruszenia ramionami i pełnego poczucia wyższości pytania: „Że też ci się chce słuchać tego babska”, ale już choćby wspomnienie samego, żeby się już trzymać towarzystwa dawnej „Trójki”, Marcina Wolskiego. Tyle że w jaki sposób ma to zmienić sytuację tego bloga? Czy to znaczy, że w ogóle już z nikim rozmawiać nie warto? Że ja już mam się tylko zajmować głoszeniem Słowa Bożego? Jak, nie przymierzając, Tomasz Terlikowski?
Jak zatem widzimy, jesteśmy troszeczkę na rozdrożu. I stoimy tu kompletnie sami, ze swoim rozczarowaniem i nieufnością do wszystkich i wszystkiego. Myślę ostatnio o tym dużo i bardzo się staram odpowiedzieć sobie na pytanie, co sprawiło, że jest tak właśnie jak jest. Kto jest temu najbardziej winien, i konsekwentnie – na co trzeba mieć przede wszystkim oko? Przepraszam bardzo jeśli kogoś tu urażę, ale gdziekolwiek bym próbował szukać, dochodzę do wniosku, że wrogiem są przede wszystkim media. Nie media tak zwane mainstreamowe, nie liberalne, nie lewicowe, ale wszystkie. Media, w jakikolwiek sposób stanowiące część Systemu. A więc i media Lisa i media Lisickiego i media Sakiewicza. Bez jakiegokolwiek rozróżnienia. Dlaczego tak uważam? Najprościej oczywiście – a przy okazji, niewykluczone, że najbardziej celnie – byłoby powiedzieć, że dlatego mianowicie, że Lis z Lisickim z całą pewnością są „na ty”. Że „na ty” są ze sobą Karnowski i Wołek, Ziemkiewicz i Żakowski, Semka i Wielowiejska i wreszcie Sakiewicz i Stasiński. Że oni wszyscy są ze sobą dokładnie tak samo zakolegowani, jak – po stronie podobno przeciwnej – Kalisz z Cymańskim i Kurski z Szejnfeldfem. To jest jedno towarzystwo, i jakkolwiek byśmy się starali tu szukać jakichś wciąż jeszcze niezajętych miejsc, to ich nie znajdziemy.
Tak by było oczywiście najprościej, jednak chyba tylko wtedy, gdybyśmy chcieli przekonywać tych co już i tak wiedzą, lub choćby się tylko domyślają. A zatem wypada troszkę ten temat podrążyć. Otóż jestem pewien, że wszyscy, którzy się tu na tym blogu regularnie spotykamy, zgodzimy się co do tego, że gdyby nie media, Platforma Obywatelska już dawno przestałaby istnieć, a wspomnienie o niej ograniczałoby się wyłącznie do jakichś nikomu niepotrzebnych uwag gdzieś na blogach. W ciągu minionych 5 lat było tyle okazji, żeby ten dziwny projekt – wraz z tą dziwną załogą – wysłać na Księżyc, lub jeszcze wyżej, że jeśli tak się nie stało, to wyłącznie dzięki temu, że System stworzył wokół niego pas ochronny, który gwarantuje, że choćby nie wiadomo co się działo, do rewolucji nie dojdzie. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że cała klasa polityczna, ale w ogóle cała polska inteligencja, znajdują się w tak dramatycznym kryzysie, że trudno jest naprawdę kogokolwiek bronić. Fakt pozostaje jednak faktem. Jeśli obecna władza w Polsce, z premierem, prezydentem i ministrami, ale też i wymiarem sprawiedliwości i mediami radzą sobie wciąż tak dobrze, to w żaden sposób nie dlatego, że mamy słabą opozycję. A to jest właśnie to, co słyszymy z każdej możliwej strony. Że gdybyśmy mieli opozycję z prawdziwego zdarzenia, to już dawno mielibyśmy od tego dziadostwa święty spokój. Że przy tak marnej opozycji, nie ma się czemu dziwić, że zło, korupcja, kłamstwo i to wszechogarniające amatorstwo tryumfują.
I to jest coś co mnie nieustannie zadziwia. Proszę zwrócić uwagę. Nikt normalny chyba nie kwestionuje faktu, że niemal każdy element tej układanki działa na najgorszym możliwym poziomie. Że zarówno państwo, jak i cała sfera aktywności prywatnej, pogrążone są w totalnym kryzysie. Zbliża się Euro 2012, a my już wiemy, że ta nasza szansa na wielki polski skok cywilizacyjny została ostatecznie i do końca zmarnowana. Nie będzie ani dróg, ani stadionów, ani dworców, ani lotnisk. Może co najwyżej pojawi się parę nowych galerii handlowych. Dlaczego? Z czyjej winy? Przede wszystkim bezprzecznie z winy rządu, ale też z winy wszystkich tych, którzy w to Euro w ten czy inny sposób byli zaangażowani, i potrzebowali na nim coś tam zarobić. Ale przecież nie chodzi tylko o Euro. Policja, sądy, prokuratura, urzędy, Poczta Polska, ZUS, polska sztuka, film, muzyka… można by wymieniać, powoli przestają istnieć. Nawet banki, o których się mówi, że stanowią tę zieloną wyspę na polskiej współczesności, jeśli wciąż tak dobrze funkcjonują, to wyłącznie dlatego, że wokół jest wystarczająco dużo tej wyżej wymienionej nędzy, by im akurat się powodziło. Bo jeśli się zastanowić, to ten akurat biznes jest akurat z tego wszystkiego najprostszy do opanowania. Gdyby mnie ktoś umożliwił uruchomienie czegoś w rodzaju banku, a on by wyglądał tak, że z naszych czterech pokoi trzy zostałyby przeznaczone na skład pieniędzy przynoszonych przez ludzi, a jeden na pieniądze przeznaczone do pożyczania, to ja bym musiał tylko zorganizować porządny system egzekucji długów, a wtedy nawet nie musiałbym tego interesu doglądać. Zresztą spójrzmy, jak działają te wszystkie firmy, rozlepiające ogłoszenia na murach, z których każde zaczyna się od słów „Nie jesteśmy bankiem”, a kończy „Starszym obywatelom zapewniamy darmowy transport”. A więc ta cała gadka o tym, że polskie banki świetnie sobie radzą w czasach kryzysu, to zwykłe zawracanie głowy. Dokładnie tak samo świetnie sobie radzi ów lokalny bandzior, który chodzi wkoło, daje w mordę i zabiera ludziom pieniądze.
I w tym całym nieszczęściu, przychodzą do nas dziennikarze i informują, że to wszystko przez opozycję. Że gdyby opozycja była na poziomie, to można by było przejąć władzę i powoli zacząć wszystko odbudowywać. Niestety, z taką opozycją tego zrobić się nie da. Z taką opozycją, o jakiejkolwiek zmianie nie ma co nawet marzyć. Że gdybyśmy mieli opozycję z prawdziwego zdarzenia, to wspólnie z dziennikarzami – oczywiście tymi naszymi – zrobilibyśmy w jednej chwili porządek. Swoje media już mamy, odpowiednie przyczółki „na mieście”, w postaci Klubów Gazety Polskiej i Solidarnych 2010, a podobno ostatnio nawet jakichś Archipelagów Polskości, służących wszystkim potwierdzonym patriotom odpowiednim coachingiem. Nawet owym coaching, jak najbardziej. No i teraz tylko jeszcze przydałaby się nam porządna reprezentacja polityczna. A tu, niestety, jest kłopot, bo Jarosław Kaczyński jest zbyt mało profesjonalny, jak na wyzwania współczesności.
I ja właśnie o to mam żal do tak zwanych „naszych” dziennikarzy. O to, że oni postanowili uczestniczyć w tej naszym wspólnej boju, nie mając kompletnie pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi i co jest czego przyczyną i powodem. Oni uznali nagle, że skoro społeczeństwo jakoś już tam się zorganizowało, że te 20, czy 30 procent to siła stosunkowo duża i względnie stabilna, to fakt, że i oni jakoś się w to zgodzili zaangażować i będą pisać wyłącznie prawdę, sprawia, że droga do zwycięstwa staje się prosta. Niech no tylko ten PiS zrobi u siebie porządek, to może nawet w samym środowisku dziennikarskim zawrze i kto wie, czy do nas nie dołączą też inni? Choćby tak jak to niedawno zrobili Majewski z Reszką.
Otóż nic podobnego! To jest diagnoza tak kompletnie błędna, że gdyby nie to, że tak wielu z nas ją przyjmuję, byłoby mi wręcz wstyd o niej pisać i z nią dyskutować. Prawda jest bowiem taka, że jeśli cokolwiek ma się w Polsce zmienić, początek tym zmianom nie ma dać Jarosław Kaczyński i jego partia. Oczywiście, byłoby świetnie, gdyby tam się coś poprawiło. Byłoby znakomicie, gdyby nagle każdy z nich się zabrał do roboty i pokazał, że mu zależy na Polsce. Powiem szczerze, że mi by nawet wystarczyło, gdyby nie tylko Jarosław Kaczyński, ale wszyscy pozostali politycy PiS-u przestali się kumplować z tą całą bandą zdrajców i zaprzańców. Nie zmienia to jednak faktu że wszystko musi się zacząć w mediach. Dopóki media – choćby i te tak zwane „nasze” – będą stanowiły część Systemu, nie ma w ogóle o czym mówić. A media się nie zmienią – mam tu wciąż na myśli wyłącznie media prawicowe, bo tamte mnie nie interesują – dopóki ich bazę stanowić będą durnie i osły bez pojęcia i bez kręgosłupów.
Czy stało się coś, co mi kazało pisać dziś ten tekst, właśnie w takim kształcie? Owszem. Wprawdzie to nic takiego, ale owszem – stało się. Otóż poszło, jak się można domyślać, o „Uważam Rze” i Karnowskich. Prawdopodobnie w celu zaznaczenia swojej otwartości na inne środowiska i udobruchania wszystkich tych, których po ubiegłotygodniowej rozmowie z ojcem Rydzykiem udobruchać należało, tym razem przeprowadzili oni rozmowę z przewodniczącym KRRiT Janem Dworakiem, poświęcili ją niemal w całości próbie przekonania Dworaka, że radio i telewizja kłamią, i w tej rozmowie od początku do końca polegli. Ktoś się spyta, czemuż to mianowicie polegli oni przy zadaniu, wedle wszelkich danych, tak nieprzyzwoicie prostym? Otóż z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że oni nie są w stanie dyskutować z Dworakiem na temat medialnej opresji, bo zwyczajnie nie mają o niej pojęcia, a drugi to ten, że oni się jak zwykle – czy to z lenistwa, czy ze zbyt dużej pewności siebie – do tej rozmowy kompletnie nie przygotowali. Karnowscy, próbując zaczepiać Dworaka o brak pluralizmu w mediach i o medialne manipulacje, od samego początku przyjęli jego metodę, a więc wyszli z założenia, że wszystko zależy od tego, by sprawiedliwie porozkładać wpływy, wpuścić na antenę kilku „niepokornych” dziennikarzy, upomnieć paru wariatów, by przestali wykorzystywać antenę do manifestowania swoich prywatnych obsesji, a wszystko się ułoży. Słysząc te idiotyzmy, Dworak zrobił to co się wręcz narzucało, a więc poinformował Karnowskich, że on się oczywiście stara wszystko bardzo sprawiedliwie podzielić, ale że przecież każdy widzi, że pluralizm już jest i ma się dobrze. O czym świadczy choćby to, że ukazuje się taki magazyn jak „Uważam Rze”, a jak idzie o telewizję, to chyba każdy widzi, jak się ostatnio bezlitośnie krytykuje rząd.
Daję słowo, że tak było. Dokładnie tak to wyglądało. Jeden z Karnowskich, prawdopodobnie po to, żeby ostatecznie Dworaka pogrążyć, i w najgłębszym przekonaniu, że świetnie wie, jak to zrobić, zwrócił się do niego w taki oto sposób: „Nie można mówić o zdrowej demokracji, kiedy wszystkie główne stacje telewizyjne chwalą rząd dzień po dniu”. Gdybym nie wiedział, kto tu jest kim i że prawdopodobnie jednak mamy tu tylko do czynienia ze zwykłą tępotą dwóch panów, musiałbym uznać, że oto mamy tak zwaną ustawkę, gdzie para reżimowych dziennikarzy prowadzi udawany wywiad z reżimowym urzędnikiem, gdzie wszyscy się wcześniej umówili, że pytania muszą być ostre, a odpowiedzi spokojne i nie znoszące sprzeciwu. No bo co to się tu dzieje? Karnowscy są naprawdę przekonani, że problemem naszych mediów jest to, że one chwalą rząd. Oni naprawdę widzą rzeczywistość w ten sposób, że media od rana do wieczora, wbrew faktom i wbrew najbardziej przejrzystej rzeczywistości, chwalą rząd, zgnuśniała opozycja na te kłamstwa nie jest w stanie przedstawić choćby pozorów aktywności, a biedny naród daje się tu tak fatalnie nabierać? Otóż wygląda na to że tak. Że oni dokładnie w ten sposób to widzą. Reżimowe media chwalą nieustannie rząd, a oni – niepokorni dziennikarze – bez pomocy silnej opozycji nie sa w stanie się przebić.
Nie ma się więc co dziwić, że Dworak – człowiek, który, w odróżnieniu od tych dwóch bęcwałów świetnie wie, co się dzieje – z zupełnie czystym sumieniem może na to odpowiedzieć, ze ależ on się zgodzić nie może. Przecież każdy widzi, że ostatnio rząd jest nieustannie we wszystkich telewizjach atakowany, za „aferę lekową, opóźnienia w budowie autostrad, ACTA, Stadion narodowy, a teraz już i wiek emerytalny”, i że oczywiście, wciąż można ich atakować jeszcze bardziej, ale niedługo, kiedy już wejdą te multipleksy, na pewno Karnowscy będą mieli jeszcze więcej powodów do satysfakcji.
A ja akurat podejrzewam, że on specjalnie wspomniał o tych multipleksach, żeby ich skutecznie sprowokować do zadania pytania o Rydzyka, gdzie ich – jak już wspomniałem, kompletnie nieprzygotowanych – rozniósł na strzępy. A im nawet nie przyszło do głowy, by go spytać, dlaczego, skoro jest taki serdeczny i szczery, do ojca Rydzyka zwraca się per „pan”, i, zamiast tego – naprawdę! – błagali go, żeby jako „człowiek ‘S’, wyrosły z tradycji katolickiej”, zechciał wesprzeć polski patriotyzm. A w tej sytuacji oczywiście, to on ma rację, a nie Karnowscy. Czy dlatego, że on stoi po stronie światła, a oni po stronie ciemności? Ależ skąd! Tu w ogóle chodzi o co innego. Sprawa polega na tym, że on wie, że reprezentuje System i czego ów System od niego wymaga, a oni, nieboraczki, tego nie wiedzą, a ponieważ są całkowicie bezwolni, wystarczy ich odpowiednio popchnąć, by robili dokładnie to, czego się od nich oczekuje. Karnowscy – a z nimi cała reszta tej naszej prawicowej żurnalistyki – są szczerze przekonani, że jeśli rząd krytykuje jedynie Miecugow z Morozowskim, to ta krytyka jest niepełna, ta krytyka krytyką nie jest. Dopiero sytuacja, kiedy obok Miecugowa i Morozowskiego pojawi się Lisicki z Wildsteinem, to ludzie pojmą, co tak naprawdę się wyprawia i odwrócą się od złych rządów Donalda Tuska. Oni są o tym przekonani, bo zwyczajnie nie mają pojęcia, że stan, w jakim dziś znalazła się Polska, jest utrzymywany we względnej stabilności nie dzięki prostemu kłamstwu, ale dzięki bardzo skomplikowanej manipulacji. Że nawet jeśli wszystkie informacyjne i publicystyczne programy we wszystkich telewizjach i stacjach radiowych, i wszystkie poważne analizy we wszystkich poważnych dziennikach i magazynach, nagle zamienią się w antyrządową strzelnicę, to większość społeczeństwa w najlepszym wypadku pozostanie na stan w jakim znalazła się Polska obojętna. Dlaczego? Bo za tym strzelaniem nie będzie stał jakikolwiek poważny plan, poza jednym – że wszystko ma zostać tak jak jest. Z dominującym poczuciem beznadziei i równie powszechnym życzeniem, by wreszcie Jarosław Kaczyński zdechł.
Napisałem, że Karnowscy są tępi. Czy tak jest w rzeczywistości? Możliwe. Ale możliwe jest też inne wyjaśnienie tej zagadki, i, powiem szczerze, że ono mnie być może przekonuje jeszcze bardziej. Otóż biorę pod uwagę, że za tym co oni robią i mówią, nie stoi jakieś szczególne bałwaństwo, ale że ich determinuje to, że są częścią branży dziennikarskiej, a więc branży, która się niemal w całości sprostytuowała na rzecz Systemu, i że ci wszyscy ich koledzy, którzy biorą udział w tym procederze, to nie są jacyś tam błądzący zwolennicy Platformy Obywatelskiej, lecz normalni kolaboranci. I gdyby im to przeszkadzało, to by się z tego uwikłania wyzwolili. Tyle tylko że im to akurat w ogóle nie przeszkadza. Dlatego właśnie sobie wmawiają, że to nie chodzi o System, ale wyłącznie o ludzkie postawy. O walkę prawdy z kłamstwem na poziomie czysto indywidualnym. Że kiedy oni piszą, że są „autorami niepokornymi”, oni autentycznie w to wierzą. Bo inaczej musieliby uznać, że nie są nawet dysydentami. I że to oni tak naprawdę są winni temu, że w Polsce dzisiejszej tryumfuje przemoc i kłamstwo. A gdyby to uznali, następnym krokiem musiałoby być to, że zaczęliby się zwracać do Dominiki Wielowiejskiej per „proszę pani”. A tego nie zrobią. Bo to jest całe ich życie. I, powiem uczciwie, że ja to jestem w stanie zrozumieć i przyjąć. Tylko niech oni przestaną wreszcie pieprzyć, że to wszystko przez marną opozycję. Bo słuchając tych idiotyzmów, można dostać jasnej cholery. A cholera, jak wiemy, jest bardzo niezdrowa.

Jak kiedyś powiedział Jack Torrens, „I’ve been away. But I’m back”. Nie pisałem troszkę dłużej, bo tekst o Polakach i Żydach bardzo się spodobał, i pomyślałem, że niech będzie sobie troszkę dłużej tu eksponowany. Dziękuję wszystkim za dobre słowa. Dziękuję również za finansowe wspieranie tego bloga. Oczywiście proszę o dalszą, stałą pomoc. Również przez kupowanie książki. I tu, i w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” i w Poznaniu u Karmelitów na Działowej, i w Warszawie w Alejach KEN w sklepie Foto-Mag.

niedziela, 12 lutego 2012

O trefnej ofierze w koszernym kanale

Jak już tu parokrotnie podkreślałem, współczesne polskie kino interesuje mnie dokładnie tak samo jak współczesna polska literatura, czy współczesna polska rozrywka, a więc w ogóle. Zero. Kiedy się dowiaduję, że oto na ekrany kin wchodzi film, który stanowi najzabawniejszą komedię od czasu nawet nie „Testosteronu”, ale „Samych swoich”, wzruszam ramionami. Kiedy czytam, że oto reżyser słynnego „Dnia świra” nakręcił film jeszcze lepszy i jeszcze mądrzejszy od tamtego, wiem, że on prawdopodobnie nakręcił film od oryginału – co wydawałoby się niemożliwe – jeszcze gorszy i jeszcze głupszy, i to wcale nie dlatego, że tamten był taki wybitny, ale dlatego, że zło i głupota mają to do siebie, że się lubią wzajemnie napędzać. I stamtąd już dobrego wyjścia nie ma.
Ale jest jeszcze gorzej. Kiedy słyszę, że nasi faktycznie najwybitniejsi artyści kina, czyli Andrzej Wajda czy Agnieszka Holland, pracują nad nowym filmem, dzięki któremu, on powtórzy artystyczny sukces „Brzeziny”, a ona „Aktorów prowincjonalnych”, wiem, że to nieprawda. To znaczy, prawdą jest być może to, że pracują, natomiast nie ma takiej możliwości, by oni powtórzyli jakikolwiek swój wcześniejszy sukces. Z tej to mianowicie prostej przyczyny, że oni od lat już nie są artystami, lecz wyłącznie emisariuszami wielkich politycznych interesów w sferze tzw. kultury. A więc ludźmi, którym talent i artystyczna wyobraźnia nie są do niczego potrzebne, bo każdy swój ruch i każdą swoją myśl mają starannie zaprojektowane w jakimś tam ichniejszym ministerstwie planowania. Konsekwentnie więc, kiedy przeczytałem kilka poważnych recenzji najnowszego filmu Agnieszki Holland „Ciemność”, z których wszystkie jednym głosem ogłosiły, że oto powstał film znacznie lepszy zarówno od „Pianisty” Polańskiego, jak i „Listy Schindlera” Spielberga, wiedziałem, że to musi być jakaś gigantyczna bzdura. Agnieszka Holland nie jest w stanie, nie dość, że nakręcić filmu lepszego od tamtych dwóch, to nawet filmu dobrego. A to z wyżej przedstawionego względu – Spielberg i Polański, co by o nich nie mówić, to jednak artyści, natomiast Holland jest dziś wyłącznie człowiekiem do wynajęcia i politycznym celebrytą. Trochę tak, jak, przy całym szacunku, zmarła niedawno Wisława Szymborska.
Nie poszedłem więc do kina na najnowszy film Agnieszki Holland. Ryzyko, że cała ta eskapada skończy się tak, że ja po kilkunastu minutach będę musiał wyjść z kina, i w ten sposób stracę swoje 20 złotych, było zbyt pewne, a poza tym ja – już nawet choćby z tych entuzjastycznych recenzji – wiedziałem, co tam na mnie czeka. Mianowicie opowieść o tym, jak to pewien lwowski kanalarz, cynicznie, z rządzy zysku i za ciężkie pieniądze, opiekował się grupą kilkunastu Żydów, ukrywających się przed Niemcami w kanałach, ale przez ten swój kontakt z ludzkim nieszczęściem, przeżył oczyszczenie, i ostatecznie postanowił, że on od nich nie będzie brał pieniędzy i będzie ich chronił za darmo. Ale nie tylko o tym. Opowieść bowiem też o tym, jak to pewien Polak udowodnił sobie i światu, że człowiek swoją wielkość nosi w sobie, i to wbrew wychowaniu, wbrew środowisku, i wbrew kulturowej determinacji. Jak to niejaki Socha – Polak i katolik – pokazał sobie i nam, że są wartości większe niż wiara, ojczyzna i służba narodowemu dziedzictwu. Że można osiągnąć zbawienie, nawet gdy się jest już tylko tym jedynym sprawiedliwym. Ja nie muszę słuchać co mi ma do powiedzenia Agnieszka Holland, by umieć ocenić prawdziwość tej historii.
Muszę jednak przyznać, że w zdarzeniu tak właśnie pokazanym jest coś co może uwieść. Bo czyż nie jest tak, że powinniśmy pomagać ludziom z dobroci serca, a nie dla własnej korzyści? Czy może to nieprawda, że wystarczy choć odrobina tej dobroci, choćby jeden jej podmuch, by człowiek stał się lepszy. Czy wreszcie nie jest czymś oczywistym, że ów Socha, lwowski kanalarz, źle robił, chroniąc tych Żydów, bo widział w tym swój interes, natomiast postąpił dobrze, chroniąc ich, kiedy tego interesu już nie było? No i najważniejsze – czy to jednak nie szlachetne ze strony Agnieszki Holland, Żydówki i osoby, dla której polskość nie przedstawia przecież większej wartości, że ona postanowiła spopularyzować w świecie postać dobrego i szlachetnego Polaka? Nawet jeśli on tę swoją dobroć i szlachetność otrzymał niejako w darze od znajdujących się na jego łasce i niełasce Żydów? Przecież tu naprawdę jedyne co nas może jeszcze interesować, to to, czy ten film jest zwyczajnie dobrze nakręcony i zagrany.
Otóż nie. Sprawa wygląda zupełnie inaczej. A ja to wiem, bo naprawdę bardzo się postarałem, by poznać historię przedstawioną w filmie „Ciemność” z relacji o wiele bardziej bezpośrednich, niż tej, jaka mi została dostarczona przez reżimową reżyser i zaprzyjaźnionych z nią recenzentów. Przeczytałem mianowicie książkę autorstwa Roberta Marshalla „W kanałach Lwowa”, na podstawie której to podobno Holland nakręciła swój film, ale też wysłuchałem niemal półgodzinnej relacji Krystyny Chigier, dziś już jedynej żyjącej bohaterki tamtych czasów, gdzie ona przedstawia to co wie i pamięta. I jeśli dziś zestawiam te dwie opowieści i to, co słyszę o filmie Holland od osob, które zaryzykowały i ten bilet jednak kupiły, to wniosek nasuwa mi się jeden. Ona miała temat wielki – można powiedzieć, że największy – i go najbezczelniej w świecie zmarnowała, wyłącznie dlatego, że jej interes, a interes prawdy, to są dwa zupełnie inne interesy. Ciekawe jest też to, że nawet w nocie z tyłu okładki wspomnianej książki Marshalla jest napisane, że Socha z początku pomagał żydowskim rodzinom „cynicznie” i „z rządzy zysku”, podczas gdy prawda jest taka – i, co ciekawe, ona w książce jest przedstawiona jednoznacznie – że on najpierw im pomagał niemal całkowicie za darmo, wręcz ofiarując im swój czas, zdrowie, siły i wreszcie życie, natomiast pod koniec, dodatkowo jeszcze – oprócz tego wszystkiego –zwyczajnie ich utrzymywał za swoje ciężko w najcięższych czasach zarobione pieniądze. W tej książce jest to przedstawione wyraźnie jak byk, z buchalteryjną wręcz precyzją, i to samo też zaświadcza we wspomnianym dokumencie Krystyna Chigier.
Jak więc było? Otóż Socha miał w pewnym momencie na utrzymaniu 21 osób i przez 14 miesięcy, za pieniądze, które najpierw dostawał od nich, a później swoje własne, kupował im żywność, i tę żywność przynosił im niemal w zębach. A należy pamiętać, że to nie było tak, ze on szedł do sklepu, kupował co trzeba, pakował towar do reklamówek, i całość dostarczał na miejsce. W ten sposób ów proceder, owszem, przedstawia w swoim filmie Holland. Jednak tu była okupacja. W rzeczywistości było dużo, dużo trudniej. To była nędza, pieniądz praktycznie nie istniał, większość handlu odbywała się w drodze wymiany, lub handlu całkowicie pokątnego, a na każdym rogu stał jakiś Niemiec. To była okupacja, i nie było tak, że Socha zachodził do sklepu i kupował towar dla ponad dwudziestu osób za pieniądze, których sam nie był w stanie zarobić, i niczym nie ryzykował. Dostarczanie przez ponad rok pożywienia dla tylu ludzi, w dodatku ludzi, których, w ówczesnej sytuacji, utrzymywanie przy życiu było aktem całkowicie nielegalnym, a wręcz kryminalnym, równało się szaleństwu. W swojej książce, Robert Marshall przedstawia bardzo solidne, boi żydowskie, wyliczenia, pokazujące, jakie tam wchodziły w grę pieniądze. Socha, jako kanalarz, mógł zarabiać około 150 zł. miesięcznie. Od Chigiera dostawał dziennie 500 zł., a więc możnaby było sądzić, że dziennie on i jego dwaj koledzy, z którymi działał na rzecz ukrywających się Żydów, otrzymywali wysokość swoich miesięcznych zarobków. Jednak wedle szacunków przedstawionych przez dr. Bullena z Imperial War Museum w Londynie, uwzględniających polityczne i gospodarcze realia okupowanego Lwowa, w ostatecznym rozrachunku, on i obaj koledzy kanalarze, na tym „biznesie” mogli zarobić nie więcej niż bochenek chleba dziennie.
A teraz rzućmy okiem, jak owo dostarczanie pożywienia wyglądało. Marshall opisuje je tak:
„Socha zajmował się oficjalnie utrzymywaniem w dobrym stanie lwowskich kanałów Kowalow, który był jego przełożonym, sprawdzał ich stan z ulicy. Do włazu spuszczano mała lampę naftową z przyczepionym do niej lusterkiem, dzięki któremu można było z góry obserwować płomień. Jeśli stał się on niebieski, oznaczało to, że kanałach pojawił się metan i należy zachować ostrożność. Następnie do kanału schodził Stefek Wróblewski i czekał, aż koledzy podadzą mu torby, w których znajdował się chleb i ziemniaki”. Sam Chigier tak opisywał przybycie Sochy i pozostałych:„Słyszeliśmy, jak zaczynają pełznąć w wodzie i błocie, na pół godziny przed ich przybyciem. Przeciskali się kilometr rurą o grubości czterdziestu centymetrów, trzymając torby pod pachą i lampy w zębach. Kiedy w końcu pojawiali się u nas, byli zziajani i wyczerpani”.
W swojej wypowiedzi dla TVP, Krystyna Chigier opowiada, że kiedy Socha wychodził z domu do pracy, jego żona przygotowywała mu kanapki. I on przychodził do nich z tymi kanapkami i każdą z nich zawsze dzielił na pół, by podzielić się z ukrywającymi się w kanałach dziećmi. Dziś pani Chigier mówi, że ona do dziś pamięta smak tamtych kanapek. Ale mówi coś jeszcze. Otóż, jak sobie można wyobrazić, w tych kanałach wszędzie żerowały wszy i wszelkie inne robactwo. I Socha regularnie zabierał od ukrywających się tam Żydów brudne, zawszone i zarobaczone ubranie, pakował je do worków, następnie w zębach wynosił je na zewnątrz, zanosił do domu, gdzie jego żona wszystko wygotowywała, prała i suszyła, a następnie Socha wkładał to z powrotem do worków i, znów w zębach, „swoim”, jak ich nazywał, Żydom, odnosił. I to wszystko za wspomniany wcześniej bochenek chleba.
Czy on to może robił ze złością? Czy on może narzekał na swój los? Czy może on dawał Żydom odczuć, że przez nich musi się męczyć. Wedle relacji Krystyny Chigier – nigdy. On zawsze był radosny i uśmiechnięty. Ona wciąż wspomina ten jego uśmiech, te białe zęby i tę radość. Natomiast Marshall pisze o jednym przypadku, kiedy Socha wpadł w marny nastrój. Otóż któregoś dnia Żydzi postanowili mu powiedzieć, że to co oni za swoje pieniądze dostają, to za mało. Że warunki, w jakich oni muszą żyć, są niedobre, żarcie złe, i że, ogólnie rzecz biorąc, oni nie dostają tego, za co płacą. To wtedy zobaczyli przed sobą Sochę, wcześniej „zawsze uśmiechniętego, przynoszącego im spokój i nadzieję”, po raz pierwszy i jedyny, „pełnego goryczy i wzruszonego do łez”. I, jak pisze Marshall, to od tego czasu można było zauważyć, że Socha stracił dla tego co robił entuzjazm. A mimo to, swoje zadanie wypełnił do końca. Zawsze z tym uśmiechem i radością.
W końcu przyszedł dzień, kiedy skończyły się pieniądze. I wiadomo było, że jeśli Socha i jego koledzy kanalarze mają dalej robić to co robią, to już tylko na własny koszt i na własne ryzyko. I to właśnie wtedy, Socha zaczął sam utrzymywać ukrywających się w kanale Żydów. Od tego momentu on tam przychodził już nie za darmo, ale w istocie za ciężkie pieniądze i ciężkie ryzyko. Tyle że jedno i drugie swoje! Swojej żony i swoich dzieci!!! Ale mamy coś jeszcze. Otóż, wedle relacji Marshalla, kiedy obaj jego koledzy zostawili go samego, po paru dniach, najpierw jeden, a potem też drugi, pojawili się znowu. I Sosze pomagali. Nawet bez obietnicy tego marnego bochenka.
Co z tego mamy w filmie Agnieszki Holland? Jak mówię, ja go nie widziałem i oglądać nie zamierzam, natomiast rozmawiałem z ludźmi, którzy, owszem, widzieli, więc wiedzą. I z wszystkich relacji jakie udało mi się zebrać – i to bez względu na to, czy to od osób, którym się film podobał, czy którzy uważają go za byle jaki – wynika, że z tego co zostało przedstawione wyżej, nie ma praktycznie niczego. Jest oczywiście Socha, są Żydzi, którym on pomaga, natomiast ile razy pytałem o to, czy o tamto, dowiadywałem się, że nie – tego akurat nie ma. Natomiast, owszem, tam co kilka minut ktoś się z kimś jak najbardziej – a jakże! – pieprzy, a z nad kanału nieustannie – a jakże! – słychać odgłosy Mszy Świętej akurat odprawianej w kościele, który, tak się złożyło, stał sobie nad tym kanałem.
To akurat też jest typowe. Krystyna Chigier, owszem, wspomina o tym, że nad nimi był kościół, natomiast ani jednym słowem nie skarży się, że oni musieli słuchać kościelnych pieśni. Jedyne odgłosy, jakie relacjonuje, to głosy bawiących się dzieci i ciągle zapewnienia Sochy, że i ona któregoś dnia będzie się mogła z nimi bawić. Oczywiście, Agnieszce Holland te dzieci są do niczego potrzebne. Natomiast ona musi mieć ten kościół. Jako symbol, ale przede wszystkim efekt. I to jest bardzo typowe. Przede wszystkim to, że z tak pięknej historii, nie zostało praktycznie nic. Że ona, w jakże typowy sposób, wszystko od początku do końca zmarnowała. Ale coś jeszcze. Że to najprawdopodobniej było przez Holland zamierzone. Jej akurat, prawdziwa historia Leopolda Sochy i jego dwóch kolegów, lwowskich kanalarzy, ani tak naprawdę nie zainteresowała, ani też zainteresować nie mogła. W końcu ani to jej życie, ani jej biznes. Dla niej, ciekawe i inspirujące w niej było tylko to co mogło służyć jej antypolskim wyobrażeniom. No i oczywiście ten seks. Gdyby ktoś się znudził.

Jeśli komuś ten tekst dał odrobinę satysfakcji, bardzo proszę wpłacić mi na podany obok numer konta cokolwiek. Będę wdzięczny. Poza tym, przypominam, że jest też do kupienia książka ze starymi felietonami z tego bloga. Wcale nie doraźnymi, które dziś nie mają żadnego znaczenia. Wybór był tak zrobiony, by, nawet po latach, każdy kto je czyta, miał z nich odpowiednią porcję satysfakcji. Zachęcam. Książka jest do kupienia tuż obok, na blogu. A poza tym, w Poznaniu, w Warszawie, i w Katowicach – odpowiednio u Karmelitów na ulicy Działowej, w Alei KEN w sklepie Foto-Mag i na ulicy 3 maja w księgarni „Wolne Słowo”. Dziękuję.

piątek, 10 lutego 2012

O emisariuszach Złej Nowiny

Może być oczywiście różnie, ale wygląda na to, że poniższy felieton stanowi największe z dotychczasowych wyzwań, a ja osobiście nigdy dotąd nie czułem takiej niepewności co do ostatecznego wyniku tego co tu przez te wszystkie lata robię. Dziś, kiedy się zabieram do poniższych refleksji, nie czuję nic poza lękiem, że tym razem temat mnie przerósł. No ale w końcu, kim byśmy byli, gdybyśmy się bali powiedzieć parę słów odnośnie tego, co nas dręczy, prawda?
Pamiętam jak kilka lat temu, po tym jak Bronisław Geremek zakończył życie w tym swoim mercedesie, a następnie – ku zdziwieniu wielu z nas – został pożegnany Mszą Świętą, koncelebrowaną przez trzech księży biskupów w Bazylice Archikatedralnej p/w Jana Chrzciciela w Warszawie, zamieściłem tu tekst , w którym napisałem, że tak jak jest, jest dobrze, a my ludzie wierzący, jeśli coś jeszcze możemy zrobić dla pogan, takich między innymi jak właśnie Bronisław Geremek, to akurat udostępnienie im tego świętego rytuału nie powinno być z naszej strony zbyt wielkim wyrzeczeniem. No bo, jak się zastanowić, co oni tak naprawdę mają na okazje tego typu jak śmierć? Tego pajaca przebranego za księdza i jakiegoś niedorobionego artystę z trąbką? Nie żartujmy. Jedyny autentyczny rytuał, jaki istnieje na tym świecie, jest w posiadaniu Świętego Kościoła Powszechnego, a reszta to żart.
Od tamtego czasu minęło kilka dobrych lat, i jeśli zaobserwowałem tu jakikolwiek ruch, to chyba tylko to, że moje przekonanie co do oczywistej nędzy – wszelkiej możliwej nędzy – czegoś takiego jak świecki pochówek wcale nie jest takie mocne i bezdyskusyjne. Od czasu gdy Żyd i ateista Bronisław Geremek został odprowadzony– na naprawdę wysokim poziomie – do grobu, przy akompaniamencie modlitw o boże miłosierdzie na rzecz zbawienia jego duszy, tak zwane „świeckie pochówki” stały się nagle swego rodzaju modą. Dziś akurat chyba pamiętam tylko tę tak okropnie smutną uroczystość pogrzebową Zbigniewa Religi, ale jednocześnie mam wrażenie, że chyba jeszcze co najmniej parokrotnie mieliśmy wszyscy okazję patrzeć, jak dobrze ów cyrk jest przyjmowany przez opinię publiczną. Dziwne. Ale trudno jest mi się tu spierać. Każdy ma to co chce.
Osobiście jestem człowiekiem bardzo wierzącym, w tym sensie, że bardzo chcę wierzyć, że kiedy umrę, moja dusza trafi choćby do Czyśćca, a dzięki modlitwom moich dzieci i żony, Dobry Bóg przyjmie mnie to Swojej Chwały. Piszę, że „bardzo chcę w to wierzyć”, bo – jak już tu raz chyba wspominałem – na tym akurat poziomie, mój racjonalizm wciąż walczy z przesądem i zwierzęcym lekiem co do tego, czy to wszystko rzeczywiście istnieje, czy może tak naprawdę nie ma nic, a moja wiara jest bzdurą i głupstwem. Boję się umrzeć i myśl o owej ewentualnej pustce autentycznie mnie obezwładnia. Ale jest jeszcze coś. Kiedy wspominam wiarę i męczeństwo tych, którzy dziś są już z pewnością w Niebie, myślę sobie, że moje szanse na zbawienie są w praktyce bliskie zera. Że tak naprawdę, jedyne co mi pozostaje, to wierzyć, że spekulacje niektórych teologów o pustym Piekle są jak najbardziej celne. No bo, oczywiście, ja rozumiem, że Pan Bóg jest nieskończenie sprawiedliwy, ale przy tym jednocześnie nieskończenie miłosierny, ale nie oszukujmy się. Tu żartów nie ma. No a potem i tak pojawia się znowu owa stara myśl, że może te moje dylematy są zwyczajnie śmieszne, bo tak naprawdę nie ma nic poza jakimś zgniłymi szczątkami, z którymi każdy może zrobić, co mu przyjdzie do głowy.
Moje myśli krążą wokół tego tematu właściwie stale, natomiast mam wrażenie, że ten ruch mocno przyspieszył od wczoraj, kiedy to doszło do kolejnego „świeckiego pochówku”, tym razem w Krakowie. Od razu muszę się zastrzec, że w odróżnieniu od wielu komentatorów, dla mnie osobiście było i jest zupełnie obojętne, jaki pogrzeb sobie wybrała Wisława Szymborska. Powiem więcej – było, i jest, dla mnie całkowicie obojętne, czy, za wstawiennictwem kardynała Dziwisza, Szymborska zostanie pochowana na Skałce, czy na Wawelu i czy ta uroczystość zostanie poprzedzona Mszą Świętą w Kościele Mariackim, lub w Katedrze na Wawelu, czy wesołą wyżerką w Jaszczurach. Śmierć to śmierć i – uwzględniając choćby to, co napisałem w poprzednim akapicie – nie moją sprawą jest się tu wtrącać. Stało się jednak tak, że – jak słyszymy – Wisława Szymborska nie pozwoliła sobie na żadne kompromisy, do końca zachowała postawę wyprostowaną, i zażyczyła sobie, by nad jej śmiercią nie wydziwiać, tylko normalnie ją spalić, a potem zakopać. Proszę uprzejmie. Jej sprawa, jej wola. A nam nic do tego.
I oto wczoraj też, czytając informacje na temat przebiegu owych uroczystości, dowiedziałem się paru rzeczy, które mnie najpierw autentycznie zadziwiły, a potem mną zwyczajnie wstrząsnęły. Bo oto, jak skądś słyszę, Wisława Szymborska, dzieląc się jakiś czas jeszcze przed śmiercią swoimi refleksjami z którymś ze swoich znajomych, wyznała, że ona sobie tak myśli, że jeśli trafi do piekła, to będzie musiała siedzieć przy jakimś piekielnym stoliku i rozdawać autografy. Owe spekulacje oczywiście mnie zdziwiły, bo przede wszystkim, z tego co wiem, nie ma absolutnie takiej możliwości, by Wisława Szymborska, gdyby w istocie miała trafić do Piekła, miała cierpieć tylko w ten sposób, że będzie musiała rozdawać autografy. Zwłaszcza gdyby jeszcze przy tej okazji mogła sobie porozmawiać ze swoimi, podobnie jak ona, potępionymi fanami. I trudno mi uwierzyć, żeby ona była w swoim zyciu aż tak tępa, by mieć tego typu nadzieje. Oczywiście, jest też możliwe, że, mówiąc to co mówi, a jednocześnie wiedząc, że tego Piekła w ogóle nie ma, Szymborska sobie tylko żartowała, a ponieważ – co też słyszymy – ona była bardzo inteligentną i wesołą kobietą, ów żart okazał się tak okrutnie przewrotny. A więc niech będzie. To był żart i swego rodzaju ironia pod adresem wszystkich tych naiwnych bałwanów, którzy uważają, że Bóg istnieje, a Jezus umarł za nasze grzechy. Ja to przyjmuję i, znów, tak jak poprzednio, nie mam więcej uwag. Nie moja sprawa.
Jednak stało się coś jeszcze. I to uważam za wydarzenie niezwykle dla nas wszystkich znaczące. Otóż podczas tych kuriozalnych uroczystości pogrzebowych, jakie każdy kto chciał, mógł sobie pooglądać w telewizji, osobisty sekretarz Wisławy Szymborskiej, a więc człowiek, który ją prawdopodobnie znał bardzo dobrze i miał z nią codzienny kontakt, wygłosił przemówienie, w którym opowiedział zebranym, jak to, jego zdaniem, Wisława Szymborska jest teraz w Niebie, siedzi sobie w tym fotelu i słucha Elli Fitzgerald, która – oczywiście – tez jest tam razem z nią. Mam nadzieję, że wszyscy rozumieją, o co mi chodzi. Umiera Wisława Szymborska, jej ciało, jak najbardziej zgodnie z jej wolą, niczym zużyta para butów, zostaje wywalone na śmieci, a na myśl o tym, by jednak jej zorganizować kościelny pochówek, przy akompaniamencie pobożnych modlitw i religijnych śpiewów, cała banda jej przyjaciół wybucha szczerym śmiechem, i proszę Andrzeja Seweryna, żeby coś ładnie z pamięci powiedział. I w tej sytuacji, ni stąd ni z owąd, jeden z nich przychodzi, staje przed nami, i, zupełnie na poważnie, zaczyna pleść jakieś farmazony na temat tego, jak to Wisława Szymborska jest teraz w Niebie i sobie chodzi na koncerty Elli Fitzgerald.
Przepraszam bardzo, ale co to się tu, do ciężkiej cholery, wyprawia? Ja nie mówię, że Szymborska poszła do Piekła. Że dla niej w Niebie nie ma miejsca. Z mojego akurat punktu widzenia, taka akurat ewentualność byłaby stanowczo bardziej interesująca, choćby przez to, że w ten sposób również i moje osobiste szanse, jak sądzę, znacznie by wzrosły. Tu w ogóle nie chodzi o to Niebo. To co mnie w tym miejscu uwiera, to sam fakt, że o tym Niebie gadają na tego akurat typu uroczystości. A jakiż to ich pieprzony interes? Co ich nagle obchodzi Niebo i Piekło? Skąd im w ogóle do głowy przyszło, żeby o tym w ogóle gadać? O swojej śmierci, ja, jak już wspomniałem, lękam się nawet myśleć, natomiast w ogóle sobie nie wyobrażam, żeby, kiedy już umrę, nagle jacyś moi znajomi uznali za stosowne publicznie się zastanawiać nad tym, w co ja się na przykład, drogą reinkarnacji, zamienię? I, konsekwentnie, skoro sama Szymborska z taką zawziętością lekceważyła sobie prostą ludową pobożność, a w swoim zapętleniu doszła wręcz do wniosku, że to wszystko „brechty i bzdury” (Barańczak), to niech się ci, co się nią zajmowali przez ostatnie lata, łaskawie odpieprzą od tego co do nich w najmniejszym stopniu nie należy. Jeśli im do czegoś koniecznie jest potrzebna jakaś bajka, bo nagle zauważyli, że zrobiło się dramatycznie sucho i byle jak, niech się właśnie na przykład zastanawiają, czy dziś dusza Wisławy Szymborskiej jest mrówką, czy kotem. To by było zdecydowanie bardziej na miejscu.
Z mojego punktu widzenia, Wisława Szymborska – jak najbardziej zgodnie ze swoim życzeniem – smaży się dziś w Piekle. Może też oczywiście być inaczej, ale tak sobie niestety rzeczywiście kalkuluję. Na ile się orientuję, ona ani przez jedną chwilę swojego życia – a trzeba przyznać, że czasu na refleksję miała wystarczająco dużo – nie brała pod uwagę, że kiedy umrze, zamieni się w cokolwiek innego, niż w kupkę śmieci. Tego swojego przekonania była tak pewna, że nawet nie wzięła pod uwagę możliwości, że dobrze by było na wszelki wypadek jakoś zabezpieczyć. Słyszałem jednak od ludzi znacznie bardziej wiernych niż ja, o tym, że podobno, kiedy człowiek umiera w jakiś szczególnie dramatycznych okolicznościach, może się zdarzyć, że w chwili śmierci jego wiara i miłość stają się nagle tak wielkie, że, choćby za życia był on największym zbrodniarzem – zostaje bezdyskusyjnie zbawiony. Czy tego typu doświadczenie stało się udziałem Wisławy Szymborskiej? Może. Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tak. Natomiast kompletnie nie rozumiem, co strzeliło do głowy temu bałwanowi, żeby na jej pogrzebie snuć tego typu spekulacje. I to mieszając w te swoje wizje osobę Elli Fitzgerald, która najpewniej rzeczywiście jest dziś w Niebie. Jak najbardziej. Dlaczego? Choćby z tego powodu, że była osobą wierzącą, a kiedy umierała, to – jak mogę podejrzewać – z imieniem Jezusa na ustach.
Czemu więc on się tak fatalnie wybezczelnia? W tym momencie niestety dochodzimy już do sedna. A ono jest dość ponure. Mam wrażenie, że to nie jest wcale tak, że to kulturowe napięcie, jakie mamy w sobie, każe nam – wbrew wszystkim i wbrew wszystkiemu – wierzyć, że coś tam jednak jest. To nie jest też tak, że my nie jesteśmy w stanie myśleć o życiu i śmierci inaczej niż przez pryzmat zbawienia, lub potępienia. Nie jest tak, że nawet najbardziej zawzięci ateiści tak naprawdę nie dopuszczają do siebie myśli o tym smrodzie i o tej nicości. Uważam że oni są szczerze i głęboko zanurzeni w swojej beznadziei. I jeśli dziś jeden z nich nagle zaczyna coś gadać o Elli Fitzgerald w Niebie, zwyczajnie sobie z nas stroi żarty. A robi to wcale nie dlatego, że tak mu nagle strzeliło do głowy, lecz dlatego, że jest emisariuszem czegoś, co ja bym określił jako Złą Nowinę. To jest bowiem, obawiam się, kierunek, który zaczyna obowiązywać. Nasza tradycyjna religijność nie ma być starta z powierzchni Ziemi i wyrzucona z naszej świadomości. O nie! Ona ma pozostać, tyle że w formie bajki. W formie pewnego rodzaju zabawy dla pokrzepienia czarnych serc. Obawiam się, że to wszystko zmierza w tym oto kierunku, że kiedy już Kościół będzie trwał jak ta ostatnia reduta, owe świeckie uroczystości pogrzebowe nagle staną się pełne niby-śpiewów, niby-modlitw, tyle że zamiast Pana Boga będziemy mieli jakiegoś wspominanego wcześniej Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, a kto wie, czy nawet nie Wisławy Szymborskiej. I z tego co dziś mamy, pozostanie tylko wieczny Jerzy Owsiak ze swoimi światełkami do Nieba.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga. W dowolny znany sposób. Dziękuję.

czwartek, 9 lutego 2012

Znów lezą?

Jak doniosła spółka „Agora”, a za nią część mediów i znaczna część politycznie ukierunkowanych, indywidualnych komentatorów, w dniu wczorajszym Jarosław Kaczyński pochwalił komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa za jej profesjonalizm i pełną poświęcenia pracę. Powiem zupełnie, że jeśli mnie ta reakcja być może dziwi, to wyłącznie z powodu jej stosunkowo marnego zasięgu. Na przykład, nie zauważyłem, żeby sprawą zajął się Onet, a skoro nie zauważyłem, oznaczać to musi, że nawet jeśli się zajął, to ze zdecydowanie mikroskopijnym zaangażowaniem. Telewizję oglądam w ilościach szczątkowych, więc nie potrafię autorytatywnie stwierdzić, czy wydarzenie to otrzymało wczoraj wieczorem zasłużoną porcję uwagi, ale, podobnie jak w przypadku Onetu, ośmielam się zgadywać, że nawet jeśli coś tam było, to dużo poniżej oczekiwań.
Ktoś powie, że moje zdziwienie jest mało uprawnione, bo Kaczyński przecież wcale nie pochwalił Służby Bezpieczeństwa, lecz wręcz przeciwnie – wyraził parokrotnie i bardzo dobitnie satysfakcję z tego że ona już należy do historii. Natomiast twierdząc, że dzisiejsza policja, jak idzie o skuteczność i profesjonalizm w działaniu, niestety w najmniejszym stopniu nie może się równać z tamtą organizacją, stwierdził akurat fakt. Powiedział coś tak trywialnie oczywistego, że zamiast się oburzać, powinniśmy się raczej zastanawiać, czemu Prezes nagle stał się taki nudny. I zgoda. Patrząc na sprawę bez uprzedzeń, można by było faktycznie machnąć na cała sprawę ręką, tyle że uprzedzenia są tu akurat kluczowe. Ja na przykład wciąż pamiętam, jak kiedyś, dawno już temu, kiedy Jarosław Kaczyński był w polityce już tylko jedną nogą, jego partia nie istniała, premierem był mistrz Buzek, a Polska politycznie wahała się gdzieś tak między mafiami Rosji i Ukrainy, w jednym z wywiadów, które wtedy już pewnie tylko ja czytałem, pożalił się, że to jego posłowanie nie ma najmniejszego sensu, bo jeśli uczciwy polityk nie ma na nic wpływu, nic nie może i wszystko wskazuje na to, że przyszłość wygląda dokładnie tak samo szaroburo, to kontynuacja tej zabawy tylko po to, by raz na miesiąc pobierać pensję, jest beznadziejna. I wówczas „Gazeta Wyborcza” zacytowała tę wypowiedź, jako horrendalną, edytując ją jednak do następującej formy: „Jedynym sensem uprawiania polityki jest to, by raz na miesiąc odebrać poselską pensję”.
To jednak było dawno. Od tego czasu, mieliśmy okazję obserwować wiele innych dziennikarskich popisów na tym poziomie. Wszyscy z pewnością pamiętamy, jak Jarosław Kaczyński, zapytany, czy jest za prawną możliwością głosowania przez Internet, powiedział, że nie, bo wybory to jest zbyt poważny akt, by można było go realizować z piwkiem przed komputerem. To wtedy właśnie rozpoczęła się, trwająca praktycznie do dziś, kampania potępiająca Kaczyńskiego za to, że zarzuca internautom pijaństwo. Pamiętamy na pewno, jak Jaroslaw Kaczyński, zaraz po Katastrofie Smoleńskiej, wygłosił adres do narodu rosyjskiego, by im powiedzieć, że on, jako brat poległego Prezydenta, nie ma do nich żalu jako do Rosjan i im akurat może tylko podziękować za te kwiaty, te świeczki tę pamięć. To wtedy właśnie rozpoczęła się, trwająca praktycznie do dziś, kampania wyszydzająca Kaczyńskiego, że on od czasu jak się nażarł prochów, nie może się zdecydować, czy ma do Rosjan jakieś pretensje, czy nie. Jestem pewien, że wciąż każdy z nas pamięta, jak Jarosław Kaczyński wyraził dość oczywistą opinię, że Śląsk jest Polski, a Ślązacy są Polakami i polskimi patriotami, natomiast każdy kto twierdzi inaczej, nie reprezentuje ani polskich, ani śląskich interesów, lecz interesy Niemiec. To wtedy właśnie miała swój początek, trwająca praktycznie do dziś, kampania nienawiści do Kaczyńskiego pod hasłem obrony dobrego imienia Ślązaków, których Jarosław Kaczyński rzekomo chce wyrzucić poza nawias polskości. I ona jest wciąż tak silna, że nawet w przyjaznym Kaczyńskiemu tygodniku „Uważam Rze” ostatnio pojawiła się sugestia, że owa wypowiedź Prezesa była „niezręcznością”. Oto potęga nacisku!
Co więc się stało dziś, że tej dzisiejszej gloryfikacji peerelowskich służb represji, uczepili się właściwie tylko najbardziej zaczadzeni internauci? Czemu tę niezwykłą wręcz okazję do poznęcania się nad Jarosławem Kaczyńskim i przy okazji odwrócenia społecznej uwagi od spraw z punktu widzenia Systemu nieistotnych, tak beztrosko wypuszczono z rąk? A w jaki to niby sposób dzisiejsza wypowiedź Kaczyńskiego jest mniejszą „wpadką”, niż każda z dziesiątek poprzednich jego autorstwa? A nawet jeśli jest, to co z tego? A niby komu to przeszkadza? I co to zmienia? Czyżby zmieniły się priorytety? Otóż sprawa polega na tym, że z jakiegoś powodu System dostrzegł różnicę i ją zaakceptował. A ja, przyznaję ze wstydem, tego akurat nie rozumiem. Ale, powiem też uczciwie, nie bardzo mnie to interesuje. To znaczy, wołałbym oczywiście wiedzieć, niż nie wiedzieć, natomiast jestem pewien, że to co się tam naprawdę dzieje, jest dla nas bez większego znaczenia. Może oni postanowili się jednak wziąć za Tuska, a może uznali, że z Kaczyńskiego i tak już niewiele zostało, a może są zajęci w ogóle czymś innym, i nam nic do tego? Diabli ich wiedzą, a ja nie zamierzam dociekać.
Natomiast przy tej okazji, a dokładnie rzecz biorąc, czytając niektóre z tekstów blogerów, poświęconych owej wypowiedzi Jarosława Kaczynskiego, zwróciłem uwagę na coś, co właściwie od samego początku stanowi stały element owej agresji, ale w tym akurat kontekście wydało mi się szczególnie interesujące. Otóż po wszystkich właściwie stronach politycznego mordobicia, po raz kolejny pojawił się argument, że przy takiej opozycji, jaką jest PiS, Platforma Obywatelska będzie rządzić wiecznie. Sens tej prognozy, jak pewnie wszyscy możemy zgadnąć, jest taki, że choćby Donald Tusk, czy jego ministrowie, zrobili coś absolutnie najgłupszego, coś najbardziej kompromitującego, choćby popełnili najgorszą zbrodnię, ta ich wina zostanie natychmiast zneutralizowana przez jakąś głupią wypowiedź, czy jeszcze głupszy gest ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Że oto cały naród jest pod wrażeniem kolejnego wybryku Platformy Obywatelskiej w osobie, czy to premiera, czy któregoś z jego ludzi, upadek tego projektu jest już tuż-tuż za rogiem, a tu nagle Jarosław Kaczyński zwołuje konferencję prasową, i cała niechęć społeczeństwa natychmiast przenosi się właśnie na niego. Oto komfort rządzenia, jaki w prezencie od opozycji dostaje rząd Platformy Obywatelskiej i osobiście premier Tusk. Można wręcz odnieść wrażenie, że hasło: „Rząd Platformy Obywatelskiej jest silny słabością opozycji” stało się czymś na kształt aksjomatu.
Każdy kto zna ten blog bliżej, wie, że od pewnego czasu mój stosunek do Prawa i Sprawiedliwości jest bardzo krytyczny. Uważam, że od wielu już miesięcy przywódcy PiS-u pogrążają się w coraz większym marazmie. Z każdym niemal dniem, odnoszę coraz bardziej dojmujące wrażenie, że zarówno Jarosław Kaczyński, jak i władze Partii, zachowują się, jakby uznali, że Platforma Obywatelska osiągnęła tak dramatycznie niski poziom, że w tej chwili jest już tylko kwestią czasu, by sobie od nich tę władzę wziąć zupełnie za darmo. A zatem, ja osobiście mam wrażenie, że wyżej przedstawioną zasadę, że słabość opozycji stanowi siłę władzy, można jak najbardziej uczciwie odwrócić, i zakomunikować, że to słabość władzy psuje opozycję. Że w tej chwili, Donald Tusk i jago Platforma są tak zdegenerowani, że cała scena polityczna scena zwyczajnie zasnęła z nudów. I że w tej sytuacji, cała władza przechodzi w ręce mediów, które oczywiście są jeszcze słabsze, tyle że będąc całkowicie poza kontrolą, mogą sobie pozwolić na wszystko. Zwłaszcza że w naprawdę krytycznej sytuacji, zawsze im zostanie możliwość puszczania jeszcze więcej seriali i programów rozrywkowych.
Popatrzmy na to, jakie najnowsze osiągnięcia ma rząd. Na początku roku, cała Polska wpadła w chaos związany z refundacją lekarstw, i wedle wszelkich dostępnych ocen, wina rządu jest tu niedyskutowalna. Jeszcze się nie skończyło zamieszanie z lekami, gdy pojawiły się te ACTA i całe towarzyszące im zamieszanie. I tu również opinia, że jedynym i oczywistym winowajcą tego kryzysu jest rząd, jest czymś oczywistym. Nie ma praktycznie dnia, żeby któryś z ministrów Platformy nie zrobił, lub nie powiedział czegoś kompromitującego to towarzystwo ostatecznie i na zawsze. Weźmy panią minister Joannę Muchę i zatrudnienie przez nią swojego fryzjera. Weźmy reakcję na to zdarzenie ze strony Premiera. Gdyby coś takiego zdarzyło się za rządów PiS-u ten rząd prawdopodobnie przestałby istnieć, a już na pewno pisowski minister musiałby się podać do dymisji. A więc – kompromitacja. Oto ledwo co słyszę, że na wieść o tym, że mecz na Stadionie Narodowym między Legią Warszawa a Wisłą Kraków został odwołany, ta sama minister Mucha pyta publicznie, kto wpadł na pomysł, by na ten finał ustalić taką, a nie jakąś inną parę drużyn? Wcześniej, w reakcji na atak hakerski na strony rządowe, rzecznik rządu Graś oświadcza, że to nie był żaden atak, ale naturalny wynik rosnącego zainteresowania obywateli tymi stronami. Cała Polska wybucha szyderczym śmiechem, który nawet nie zdąży ucichnąć, bo oto nagle się okazuje, że Hanna Gronkiewicz-Waltz przyznała ciężkie nagrody dla zaprzyjaźnionych z nią politycznie burmistrzów. Wszyscy, jeden przez drugiego, prześcigają się w kopaniu w Waltz i niszczeniu jej reputacji, los Platformy Obywatelskiej wydaje się być przesądzony… i nagle się okazuje, że nic z tego, bo PiS jest jeszcze gorszy? Bo Jarosław Kaczyński znów coś chlapnął? Czy może wciąż chodzi o tamte wieśmaki?
Ktoś powie, że to głupie z mojej strony po tych wszystkim tak bardzo poważnych refleksjach na tak różne szlachetne tematy, zajmować się czymś tak nędznym, jak jakieś chore rozważania antypisowskiej propagandy, i to jeszcze z tej niższej półki. Może i to prawda, tyle że z całą pewnością nie do końca. Ja już wcześniej zwróciłem uwagę na artykuł w „Uważam Rze”, w którym jego autor w najgłupszy na świecie sposób przyznaje, że słowa Jarosława Kaczyńskiego o RAS-iu były „niezręcznością”. A przecież to wcale nie jest wyjątek, ale reguła. Atmosfera powszechnej zgody co do tego, że Jarosław Kaczyński w istocie rzeczy jest mistrzem niezręczności, a dziadostwo PiS-u utrzymuje Platformę przy władzy, nie ulega wątpliwości. Tego typu opinie słyszymy codziennie i z każdej strony. Że wystarczy by PiS przestał popełniać nieustanne głupstwa, a jego Prezes ostatecznie się usunął ze sceny, wystarczy parę kolejnych wpadek Platformy i wszystko zostanie pozamiatane.
Otóż nie. System nie pozwoli Platformie utracić władzy dopóki na jej miejsce nie pojawi się ktoś godny zaufania i odpowiednio mocny. Nawet jeśli Prawo i Sprawiedliwość się rozpadnie, a Jaroslaw Kaczyński umrze, dalej będzie rządzić Platforma. Bo nikt nie podejmie ryzyka, by władzę w Polsce przekazać SLD, czy PSL-owi. Nawet Palikot wciąż nie jest odpowiednio autoryzowany. Tu są zbyt duże pieniądze zaangażowane w ten biznes, żeby można było sobie tak lekko dokonywać roszad. Może za kilka lat. To jest oczywiście możliwe. Na razie, nie ma o czym mówić. Biorę bardzo mocno pod uwagę, że ostatnie zlekceważenie wybryku Jarosława Kaczyńskiego może być spowodowane tym, że System szykuje jakąś nową kontrpropozycję. Czy to opartą na dawnej Platformie, czy może na jakiejś reaktywacji starej Unii Wolności, czy może wreszcie toczą się prace nad ucywilizowaniem Palikota – nie mam i mieć nie mogę pojęcia. Natomiast wiem, że możemy znajdować się w bardzo ważnym momencie i jeśli Jarosław Kaczyński chce odzyskać władzę, powinien przede wszystkim zrobić porządek we własnych szeregach i zmobilizować tę bandę nierobów do zwiększonej aktywności. Na początek może intelektualnej.

Jak wiemy, ja z pisania tych tekstów żyję. Proszę więc o wspieranie tego bloga wedle możliwości. Inaczej to wszystko będzie musiało się skończyć. Książka oczywiście jest do kupienia i tu i w Warszawie i w Katowicach i w Poznaniu pod wielokrotnie już podawanymi adresami. Bardzo zachęcam. Daję słowo, że to nie są teksty doraźne, których sens się dawno zdezaktualizował. Ja tego wyboru dokonałem tak, by to można było sobie je czytać do końca świata. Dziękuję.

środa, 8 lutego 2012

Koksownik na Mariensztacie

Ponieważ od pewnego czasu ten blog stał się okrutnie ponury, myślę, że nie zaszkodzi się trochę pośmiać. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w czasach, kiedy śmiechu wszędzie jest co niemiara, że praktycznie gdziekolwiek się człowiek obróci, słychać rozkoszny chichot, i, jakby tego było mało, wciąż jesteśmy zachęcani, żeby go produkować coraz więcej, i żeby on był jeszcze bardziej rechotliwy, kusi człowieka, by nie dość że się nie śmiać, to się demonstracyjnie wręcz przestać uśmiechać. Tak na wszelki wypadek. Choćby po to, by nie wpaść w pułapkę opisaną tak ładnie przez Morrisseya w słowach: „Tak łatwo jest się śmiać, tak łatwo nienawidzić. Trzeba dużo siły, by pozostać łagodnym i uprzejmym”.
Jednak przesadzać też nie należy. Powinniśmy stanowczo uważać, by się nie dać zwariować, zwłaszcza że okazji do szczerego śmiechu jest naprawdę wcale nie tak mało. Żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój, opowiem pewną historię jeszcze z późnego PRL-u. Otóż do „Tygodnika Powszechnego” napisała list pewna pani z Krakowa i podzieliła się następującą refleksją. Otóż ona była w Federalnych Niemczech i zauważyła, że w tamtejszych, niemieckich kościołach, kiedy podczas Mszy Świętej pada hasło „Przekażmy sobie znak pokoju”, wierni, zamiast, tak jak to ma miejsce w Polsce, coś stękać i kiwać głowami, z uśmiechem wyciągają do siebie dłonie, i przekazują sobie ów znak pokoju jak najbardziej fizycznie. Czytelniczka była tym odkryciem do tego stopnia poruszona, że postanowiła publicznie, na łamach swojego ulubionego tygodnika, zaapelować do Polaków, żeby oni zechcieli, za niemieckim przykładem, też podawać sobie na znak pokoju dłonie.
Napisałem do „Tygodnika Powszechnego” list, w którym – wówczas jeszcze bardzo po przyjacielsku – zwróciłem uwagę tej pani, a przy okazji chyba też jednak redaktorom, że u mnie w Katowicach na przykład, ale o ile mi wiadomo wcale nie tylko, ludzie sobie na znak pokoju nie dość że podają ręce, to niektórzy, ci bardziej pobożni, nawet rzucają się sobie w objęcia. I że jeśli ktoś mieszka w Krakowie, to naprawdę nie musi jechać do Niemiec, by zobaczyć, jak się sprawy mają. Wystarczy że zajrzy do sąsiedniego miasta. Redakcja „Tygodnika” mój list zlekceważyła, a ja do dziś nie wiem, czy powodem owego lekceważenia było to, że oni mi nie uwierzyli, czy może uznali, że jak się mieszka poza Krakowem, to w rozmowy między miejscowymi należy się nie wtrącać. Nie wiem też nawet, czy oni ten list w ogóle przeczytali, czy go wzięli do ręki, czy może zaledwie rzucili okiem, zobaczyli, że to jest z Polski, i go łokciem skierowali do kosza. I przyznać muszę, że wciąż mnie ta myśl gryzie. Dlaczego oni wówczas nie uznali za stosowne wrzucić tę informację gdzieś na dole w lewym rogu, ot tak, dla porządku? Przecież to nic takiego.
Jednak od paru dni chodzi mi po głowie jeszcze coś. Otóż chciałbym wiedzieć, czy na wiadomość o tym, że w Niemczech katolicy podają sobie w czasie Mszy rękę, w niektórych krakowskich kościołach doszło do rewolucji? A jeśli tak, to jak ona wyglądała? Czy krakowska inteligencja katolicka, czytając list tej pani, zaledwie z godnością prychnęła, czy może, poruszona tą niezwykłą informacją, postanowiła zaimportować ów niemiecki zwyczaj w najprostszy sposób, i kiedy ksiądz śpiewa: „przekażmy sobie znak pokoju”, oni zwyczajnie zwracają się z wyciągniętą dłonią do sąsiada? A może tylko na przykład uznali, że najlepiej będzie gapić się pobożnie na ołtarz i tylko mówić: „Na znak pokoju podaję ci dłoń”, lub podać sąsiadowi dwa palce i powiedzieć „Witam”? Albo jeszcze jakoś inaczej? Właśnie tego nie wiem. Dyskusji na ten temat w „Tygodniku” – a wówczas starałem się go czytać dość regularnie – nie zauważyłem, a nigdy też nie pomyślalem, że aby pójść do kościoła trzeba by pojechać do Krakowa.
Skąd mi przyszło do głowy, by gadać o tych krakowskich obyczajach? Otóż znalazłem w Internecie informację, że, przy okazji ostatnich mrozów, władze Warszawy postanowiły poustawiać w mieście tzw. koksowniki i w ten sposób pomóc zziębniętym warszawiakom w chwilach, kiedy oni muszą piechotą to tu to tam się przemieścić. Artykuł ogłasza mniej więcej to, że to jest naprawdę fantastyczny pomysł z tymi koksownikami, tyle że niestety dużo do życzenia pozostawia wykonanie. Są mianowicie dwa problemy. Pierwszy to taki, że owe płonące kosze, ze względów bezpieczeństwa, są odgrodzone od ludzi barierkami, i w ten sposób do nich nie można podejść, drugi natomiast taki, że one są porozstawiane nie tam, gdzie przechodnie się gromadzą, a więc na przykład na przystankach tramwajowych, czy autobusowych, lecz gdzie popadnie, a więc na przykład na skrzyżowaniach, przy przejściach dla pieszych. Autor artykułu ma więc prawdziwy dylemat, bo, z jednej strony, on dla władz Warszawy ma szczery podziw za ten ich pomysł, a z drugiej, jest mu trochę przykro, bo w tym układzie, z owego pomysłu nie sposób korzystać.
Zainteresował mnie ten tekst z tego przede wszystkim powodu, że ja byłem szczerze przekonany, ze koksowniki są wszędzie. W Katowicach, jak sięgnę pamięcią, one były zawsze, i zawsze stanowiły dla nas stały element zimowego krajobrazu, no i oczywisty komfort, kiedy to człowiek stał na przystanku, a tramwaj, czy autobus z jakiegoś powodu nie przyjeżdżał. Drugie co mnie w tym tekście uderzyło, to opisywane przez autora owego rewolucyjnego pomysłu wykonanie. Katowickie koksowniki w oczywisty sposób zawsze były stawiane na przystankach i myślę, że gdyby ktoś nagle któryś z nich postawił przy wejściu na zebrę, to byśmy tu w Katowicach pomyśleli sobie, że ten ktoś musiał być mocno wlany.
No ale też oczywiście nie były one niczym od nas odgradzane. Cały wręcz pomysł polegał na tym, że do nich się ludzie wręcz przytulali i wsadzali w ten ogień zziębnięte dłonie, tak by je sobie ogrzać i przy tym się oczywiście nie poparzyć. Jestem pewien, że gdyby władze Katowic nagle postanowiły, że między nimi a ludźmi trzeba postawić barierki, to mielibyśmy naprawdę poważne zamieszanie.
Tymczasem ja patrzę na to zdjęcie w Internecie, widzę te żółte barierki, ten kosz, a dalej to przejście dla pieszych i autentycznie kamienieję. Bo nagle czuję, jak to moje niegdysiejsze zdziwienie, że warszawiacy postanowili Hannę Gronkiewicz-Waltz zrobić swoim prezydentem po raz kolejny, wciąż jeszcze nie było oparte o wystarczającą wiedzę. Dopiero dziś widzę w pełnej okazałości, co to tam mamy za bałwaństwo. Z drugiej jednak strony, myślę sobie, że właściwie wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli oni są tak tępi, żeby sądzić, że te koksowniki, to oryginalny pomysł ich prezydent, i że to jest naprawdę świetny pomysł, tyle że można go było trochę lepiej zrealizować, to znaczy, że oni, póki co, na nic lepszego nie zasługują. I że jeśli następnym etapem owej eksplozji pomysłowości będzie to, że Gronkiewicz-Waltz w tych barierkach zainstaluje specjalny mechanizm z licznikiem, tak by każdy kto chce się ogrzać musiał wrzucać do dziurki dwa złote co dwie minuty, to oni wreszcie dostaną w pełni to co chcieli.
No ale oczywiście, to jak Warszawa korzysta z demokracji i wolności wyboru, nie jest moją sprawą i moim problemem. I właściwie mogę nawet przyjąć zarzut, że niepotrzebnie się w ogóle wtrącam. Natomiast nikt mi nie zabroni sobie pożartować. A więc na to konto wymyśliłem kawał. To znaczy nie do końca wymyśliłem. To jest właściwie już stary bardzo dowcip, tyle, że ja go nieco uwspółcześniłem. Posłuchajmy:
Otóż Hanna Gronkiewicz-Waltz zapoznała się z wynikami najnowszych sondaży, i wyszło jej, że społeczeństwo Warszawy jednak nienajlepiej przyjęło postępowanie władz miasta odnośnie krzyża na Krakowskim Przedmieściu i wszystkiego, co się wokół niego działo, i że znaczna część obywateli jest błędnie przekonana, że Gronkiewicz-Waltz jest osobą niewierzącą. W tej sytuacji pani prezydent wydała zalecenie, by wszystkie służby miejskie, broń Boże, nie ujawniały swojej niechęci do Kościoła i osób wierzących, i by, w miarę możliwości próbowały wykazywać pewien poziom religijnej wrażliwości. I oto mamy taką sytuację. Jedzie sobie Alejami Jerozolimskimi tramwaj, zatrzymuje się na przystanku obok Palmy, wsiadają ludzie. W pewnym momencie do tramwaju wchodzi ksiądz i ze strony pasażerów dobiega ciche „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Motorniczy wstaje ze swojego krzesełka, i zwraca się do pasażerów: „Który to powiedział?” Cisza. Pyta więc ponownie: „Kto powiedział ‘Niech będzie pochwalony?’” Wszyscy siedzą przerażeni, nosy w kołnierzach, każdy boi się, że na niego padnie i zostanie wysadzony z tramwaju na mróz, albo jeszcze coś gorszego, i wszyscy tylko łypią na wieśniaka w berecie z antenką w kącie, żeby się w końcu przyznał. Motorniczy pyta po raz trzeci: "Który powiedział 'Niech będzie pochwalony?'" W tym momencie ksiądz widzi, że sprawa jest poważna i mówi: „To ja. Wsiadłem i powiedziałem ‘Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Na to motorniczy: „Na wieki wieków amen, proszę księdza! A was, szanowni państwo, muszę bardzo przeprosić, że przez ten pieprzony Smoleńsk mamy teraz pięciominutowe spóźnienie.
Psia mać! Miało być śmiesznie, a wyszło jak zawsze. Przepraszam.
Mimo to, niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta i o kupowanie książki. Jak ktoś nie lubi kupować przez Internet, a mieszka w Poznaniu, lub w Katowicach, może zajść na ulicę Działową do Karmelitów, lub podskoczyć na 3 maja do księgarni „Wolne Słowo”, i tam będzie miał nawet taniej. Ah! I ona jeszcze podobno jest do kupienia w Warszawie w sklepie Foto-Mag w Alei KEN tuż przy wyjściu z metra Stokłosy. Mam nadzieję, że drogi do niej nie zagrodzi jakiś koksownik. Cokolwiek by to miało znaczyć. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...