czwartek, 19 stycznia 2012

O dyletantach - głupich, głupszych i zawodowcach

Znaczenie słowa „dyletant”, jak każdy z nas pewnie wie, powszechnie traktowane jest jako pejoratywne. Dyletant to mianowicie niemal zawsze ktoś, kto się na danej kwestii nie zna, a jeśli zaczyna się nagle na jej temat wypowiadać, uznany zostaje automatycznie – i jak najbardziej słusznie – za osła. Są oczywiście dyletanci, którzy zdecydowanie się w pewnych sprawach nie orientują, tyle że zawsze potrafią wyprzedzająco wyznać, że wie pan, ja w tym akurat zakresie jestem całkowitym dyletantem, no i oni – naturalnie – za osłów uważani nie są. Tak się jednak składa, że, jeśli się zastanowimy nad faktycznym znaczeniem tego słowa, dojdziemy niechybnie do wniosku, że właściwie, bycie dyletantem nie musi być wcale czymś kompromitującym, nawet jeśli ów dyletant postanowi powiedzieć coś w temacie, co do którego jego dyletanctwo jest wręcz oczywiste. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że tak naprawdę dyletant to nie jest żaden cymbał, lecz ktoś, kto mimo braku wykształcenia w danej dziedzinie, dziedziną tą się pasjonuje i stara się ją systematycznie zgłębiać. To jest właśnie dyletant. I co w tym złego?
Co w tym złego, jeśli człowiek, poza swoim faktycznym wykształceniem, ma zainteresowania znacznie wykraczające poza to, co mu było dane poznać podczas wielu lat studiów i pracy zawodowej? Co złego w tym, że człowiek ma tych zainteresowań tak dużo, tak bardzo się stara zdobywać amatorską wiedzę – a jak czas i zdolności pozwolą, może i na w pół zawodową – w każdej dziedzinie, staje się dyletantem więc nałogowym? No chyba nic.
Przyznać jednak tu muszę, że dla mnie bycie dyletantem – nawet tym pozytywnym, a więc tym, który ze swoimi opiniami stara się nie wychodzić przed szereg – nie jest niczym bardzo sympatycznym. Ja oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś kto ma rozległą wiedzę na wiele różnych – często niezwiązanych ze sobą – zagadnień, to postać jak najbardziej pozytywna, tyle że moje dotychczasowe doświadczenie wskazuje na to, że tego typu ludzi raczej nie ma. Z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że zdecydowana większość z nas ma pewne pojęcie w jednej, maksymalnie dwóch dziedzinach, a co do reszty – róbmy i mówmy sobie, co chcemy, byle nie publicznie. Dlatego że przynosimy wyłącznie wstyd. Sobie i innym. No i bardzo, ale to bardzo, irytujemy.
Uważam, że bycie dyletantem – w tym tak zwanym, pozytywnym sensie – niemal nigdy nie jest kwestią faktycznych talentów, czy realnej wiedzy, ale tylko i wyłącznie charakteru i temperamentu. Jest bowiem pewien typ ludzi, którzy zawsze i wszędzie starają się coś powiedzieć, a robią to w taki sposób, by nikt nie miał wątpliwości, że oto dzieje się coś naprawdę ważnego. Miałem kiedyś kolegę, który z wykształcenia był polonistą, natomiast – poza tym że był, jak najbardziej, znakomitym poetą i specjalistą od języka polskiego na poziomie literatury i gramatyki – znał się świetnie na komputerach, muzyce, samochodach, samolotach, broni, historii wojskowości, i każdej innej, oraz na kinie. I nie znał się na tym wszystkim tak jak ja, a więc ktoś, kto jest w stanie powiedzieć, że ta piosenka jest świetna, a tamta jak każda inna, czy że komputer działa wolno, lub szybko, ale autentycznie zawodowo. Oglądał on na przykład debiutującego wówczas „Szeregowca Ryana” i doskonale wiedział, czy guziki, które jakiś tam żołnierz miał przy swoim mundurze, są autentyczne, czy oszukane. Słuchał wystąepu Jimmiego Page’a już tylko z Robertem Plantem i natychmiast ogłaszał: „Oooooo… cieniutko. Paluszki już nie chodzą tak jak kiedyś”. Poza tym, grał świetnie na gitarze, pisał fantastyczne wiersze, no i po angielsku „wymiatał”.
Jak mówię, dyletantów z ambicjami nie lubię. Źle się w ich towarzystwie czuję, wciąż się tymi ich popisami irytuję, a, co najgorsze, mam nieustanne poczucie, że to co oni mówią, tak naprawdę nie jest warte choćby funta kłaków. Oni wyłącznie robią wrażenie. Wyłącznie, wykorzystując nasz brak wiedzy, zaledwie się popisują, i nawet jeśli sami w tę swoją fachowość wierzą – to tak naprawdę za nią stoi jedynie ta ich wiara. Do tego stopnia nie podobają mi się owi dyletanci, że sam wręcz przesadnie lubię podkreślać wszędzie, że ja się tak naprawdę nie znam na niczym innym, jak tylko na języku angielskim i w pewnym ograniczonym zakresie – polskim. Nie znam się na ekonomii, nie znam się na prawie, nie znam się na medycynie, nie znam się na budownictwie i historii, a nawet na filmie i muzyce. Nie znam się nawet na polityce, a jeśli wciąż o niej gadam, to wyłącznie na zasadzie wskazywania palcem na tych co kłamią, kłamią i kłamią. Od zawsze. A do tego, jak wiemy, nie trzeba zawodowego przygotowania. Wystarczy podstawowa wrażliwość i chłopski rozum.
Niestety – z mojego punktu widzenia, niestety – tak zwana blogosfera stanowi tu miejsce zdecydowanie podwyższonego ryzyka. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale jest jakoś tak, że tu co druga osoba, to czystej krwi dyletant w tym własnie sensie, że wprawdzie z zawodu jest on czy to nauczycielem religii, czy studentem socjologii, czy może lekarzem, ale poza tą swoją skromną dziedziną, zna się absolutnie na wszystkim. A w związku z tym, gdzie tylko pojawi się jakiś atrakcyjny temat, on natychmiast przychodzi i pokazuje swoją jakże specjalistyczną wiedzę. Powtarzam – ja nie mam żadnego sposobu, żeby każdego z nich merytorycznie oceniać, bo sam w tych wszystkich sprawach jestem ciemny jak tabaka w rogu, natomiast kilka dobrych razów zdarzyło mi się, że próbowałem tego typu doniesienia weryfikować u tak zwanego źródła i nieodmiennie okazywało się, że tam zawsze coś mniej lub bardziej nie grało.
Weźmy wspomnianego wcześniej kolegę, który znakomicie grał na gitarze i znał owej gitary najdrobniejsze tajniki. Ja bardzo lubię zespół Led Zeppelin i kiedy słucham jak gra Jimmy Page – mimo że z niego najprawdopodobniej satanista taki, że biedny Nergal mógłby mu najwyżej przyrządzać ziółka – nieodmiennie się wzruszam. I oto ów kolega słucha już mocno podstarzałego Page’a kiwa pobłażliwie głową i mówi, że „paluszki nie chodzą”. Miałem kiedyś okazję rozmawiać z niejakim Antymosem Apostolisem – gitarzystą w zespole SBB. No i zapytałem go o te paluszki. No i on mi powiedział, że to jest jakiś kompletny absurd. Nie ma takiej możliwości, żeby Page’owi przestały chodzić paluszki. Wręcz przeciwnie. Na starość chodzą mu lepiej. Ja nie mówię, że ten Apostolis to jakiś wielka gwiazda, no ale, jak by nie patrzeć, dyletantem nie jest. Zarówno na poziomie praktyki, jak i doświadczenia.
Ktoś powie, że to są takie przykłady, które ja mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, bo ani to poważne, ani reprezentatywne. Ja jednak przede wszystkim uważam, że to nieprawda, bo one są właśnie bardzo reprezentatywne. Reprezentują one bowiem pewien typ charakteru, który niektórym ludziom każe wciąż robić mądre miny i się nieustannie popisywać jakoś mniej lub bardziej fikcyjną wiedzą. To przede wszystkim. Jest jednak coś jeszcze. Otóż ja tak naprawdę zdążam do czego znacznie poważniejszego niż to, że wśród nas trochę za bardzo się panoszą tak zwani niedzielni specjaliści. Z nimi sobie zawsze jakoś poradzimy. Gorzej jednak jest z grupą dyletantów zupełnie szczególnego typu, a mam tu na myśli tak zwanych lewych profesjonalistów. I tu już nie mamy do czynienia ani z paroma szkolnymi kolegami, czy paroma znajomymi blogerami, ale całym tabunem naprawdę groźnych kłamców. A są to najróżniejsi profesorowie, filologowie, redaktorzy, ekonomiści, prawnicy, socjologowie, lekarze, literaci, muzykolodzy, filozofowie, aktorzy, muzycy… a wspólne ich imię to Legion. I wystarczy choć przez moment posłuchać tego co oni robią, co mówią, jakie są efekty ich wytężonej pracy, by zdać sobie sprawę, że tam to jest dopiero pustka! I wcale nie chodzi mi o to, że taki redaktor Gursztyn czy Ziemkiewicz nie znają się na muzyce, czy teatrze, ale że nie znają się na jak najbardziej swojej robocie. Nie chodzi o to, że ten cierpiący na ADHD gówniarz z TVN-u nie zna angielskiego, ale że nie ma pojęcia o tym, za co, jak by nie było, bierze pieniądze, a więc o ekonomii. Nie chodzi nawet o to, że literat Kuczok, czy Pilch to półgłówki, ale że są oni zwyczajnie złymi i nieciekawymi pisarzami. Można by zresztą wymieniać. Jak mówię – imię ich Legion. Oto przed nami cała masa tak zwanych zawodowców, którzy zostali tymi zawodowcami wyłącznie na takiej zasadzie, że gdzieś tam było wolne miejsce i ktoś ich tam wpuścił.
Wspomniałem nagle tego Gursztyna i chciałbym akurat o nim parę słów powiedzieć, w ramach pewnej swojej jednak kompetencji. Przyznam Odr razu, że nie wiem, czy on też, obok Ziemkiewicza i Semki, należy do tak – przez siebie głównie – zwanych „dziennikarzy niepokornych”, czy może dopiero tam aspiruje. W każdym razie nazwisko już ma, no i przede wszystkim pisze w prowadzonym przez owych rycerzy tygodniku „Uważam Rze”. W ostatnim numerze tego pisma ukazał się jego tekst poświęcony Grzegorzowi Schetynie, w którym oczywiście, ujawnia on największe tajemnice owej mafii, której dumną częścią Schetyna od lat już jest. Ujawnia sekrety tej mafii, tyle że z jakiegoś powodu wszystko to przedstawia najbardziej klasycznym plotkarskim tonem, zupełnie jakby nie opowiadał o przestępczej organizacji, która jakimś niefortunnym zbiegiem okoliczności położyła swoją łapę na całym wielkim narodzie, ale o biznesie, gdzie wiadomo przecież, że zawsze ktoś jest na górze, a kto inny na dole. A zatem mamy tam takie popisy dziennikarskiej retoryki jak „Czy znaczy to, że Tusk mu wybaczył i ułaskawił?”, „Donald uwierzył Angeli Merkel, że będzie dla niego miejsce w strukturach europejskich”, „Przeciw Schetynie stanie też Ewa Kopacz”, „Trzeba pielęgnować więzi w środowisku”, „Widać, że Rafał jest lojalny, choć Donald, mianując go szefem klubu, postawił go w rozkroku”, „Matejuk, policjant z Wrocławia, od zawsze był kojarzony ze Schetyną”, „Minister Budzanowski ma ważne zadanie: dokładnie wyciąć ludzi Grzegorza”… I tak dalej i zawsze w tym stylu. A kiedy w tym swoim reporterskim śledztwie, dochodzi wreszcie do momentu gdzie widzimy jak Jan Krzysztof Bielecki niszczy wpływy nielubianego przez siebie Schetyny, to mamy okazję poczuć niemal literaturę: „Najboleśniejsze straty Schetyna poniósł na zupełnie innym odcinku. Chodzi o urzędy i spółki Skarby Państwa obsadzone przez związanych z nim ludzi”.
Czy coś może z tego wynika? Czy Gursztyn może przedstawia nam jakieś wnioski? Czy może choć jednym zdaniem tworzy coś na kształt refleksji. Mowy nie ma! Choć, przepraszam – raz coś jest. Otóż w pewnym momencie okazuje się, ze całkowicie wbrew statutowi partii, Donald Tusk już od trzech miesięcy nie zwołuje zarządu krajowego partii. Przepisy każą mu go zwoływać co najmniej raz w miesiącu, ale tym razem wszyscy są zajęci czym innym. I wtedy oto właśnie red. Gursztyn pozwala sobie na zadumę: „Nikt jednak przez ostatnie trzy miesiące nie śmiał przypomnieć Tuskowi o jego obowiązku”.
A ja się zastanawiam, kogo Gursztyn – dziennikarz niepokorny – miał na myśli, mówiąc „nikt”. Wygląda na to, że ani siebie, ani żadnego ze swoich kolegów dziennikarzy. Oni w końcu mają swoją robotę i, jak widać, ona ich absorbuje po brzegi. A może mu chodziło o posła Halickiego, lub posłankę Pomaskę? No chyba też nie. W końcu cały artykuł Gursztyna jest o tym, jak oni wszyscy są zapracowani, jak jasna cholera. Myślę i myślę, i w końcu wychodzi na to, że jemu musiało chodzić o mnie. Zapaleńca i dyletanta – jednego z tych bałwanów, co się przejmują jak dzieci, zamiast rozejrzeć się za czymś w miarę pewnym. Jemu na sto procent musiało chodzić o mnie. To ja, zdaniem Gursztyna, powinienem pójść na najbliższą konferencję prasową Donalda Tuska i mu to wszystko wygarnąć. Żeby wiedział, jak wygląda społeczna kontrola władzy.
No i zatoczyliśmy, jak zwykle zresztą, koło. Zaczęło się od tego, że jesteśmy tacy beznadziejni i tacy marni, a na końcu i tak musimy dojść do wniosku, że czym wyżej, tym gorzej. I że zdecydowanie lepiej być nikim niż kimś. Szczególnie takim kimś.

Poszło ostatnio parę książek, za co dziękuję, a jednocześnie nowym posiadaczom gratuluję dobrego wyboru. Jednocześnie bardzo proszę każdego, kto lubi czytać te teksty o, w miarę swoich możliwości, zasilenie naszego konta. Jutro już piątek, a od popołudnia weekend - jak to weekend - bez pracy. Numer jest obok z prawej strony i słowo daję, że każda wpłata zostanie sumiennie i uczciwie wydana na same najbardziej podstawowe rzeczy. Dziękuję.

środa, 18 stycznia 2012

O czarnej sztuce przepraszania

Nie wiem, czy tylko mnie się udało to zauważyć, ale ponieważ zauważyłem i uznałem to spostrzeżenie za ciekawe, chciałbym się tu nim podzielić. Otóż mam wrażenie, że cywilizacyjny – niektórzy mówią, że polityczny, ja jednak bym się upierał przy cywilizacji – podział, jakiego jesteśmy świadkami, i przy okazji uczestnikami, od kilku już dobrych lat, pomijając kwestie podstawowe, doprowadził nas też do tego, że nie tylko to co mówimy, ale również to co sobie każdego dnia myślimy strasznie się zuniformizowało. Chodzi mi tu o to, że jeśli dajmy na to mamy grupę osób, które są przekonane, że samolot z polskim prezydentem na pokładzie, skutkiem błędu pilotów, zawadził skrzydłem o brzozę i tym sposobem uległ praktycznej anihilacji, to dziewięć osób na dziesięć, na wieść o tym, że, na przykład, jednak, jak się okazuje, załoga wykonywała wszystkie zadania idealnie, natomiast przyczyna katastrofy leży gdzie indziej, natychmiast sobie pomyśli, że to w takim razie jednak Lech Kaczyński musiał być pijany i się na tym pokładzie awanturował. A jeśli wśród tych dziewięciu osób znajdzie się dwóch blogerów, obaj niemal na pewno napiszą tekst właśnie poświęcony pijaństwu Prezydenta.
Ale podobnie też, jeśli weźmiemy inną grupę osób, tym razem złożoną z tych, którzy uważają, że drobna brzoza nie jest w stanie uśmiercić wielkiego samolotu, i że w tej sytuacji nie może być najmniejszych wątpliwości, że owa katastrofa została sprowokowana przez ludzi złych i występnych, w sytuacji kiedy nagle się okaże, że – tym razem już z całą pewnością – piloci zachowali się bez zarzutu, należy się spodziewać, że dziewięciu na dziesięć, wystąpi z zadaniem, by ci którzy dotychczas uporczywie kłamali, powiedzą „przepraszam”. A jeśli wśród tych dziewięciu znajdzie się dwóch blogerów, to oni z całą pewnością natychmiast napiszą tekst o tym, że wypadałoby przeprosić.
Nie należy jednak zapominać, że, po obu zresztą stronach, znajdą się też i tacy, którzy ani nie pomyślą sobie o pijanym Prezydencie, ani o „pięknym słowie ‘przepraszam’”, tylko o czymś zupełnie innym. To są tak zwane „oryginały”. Niestety, tu też – właśnie na tym poziomie oryginalności – można zaobserwować dość duże podobieństwo refleksji. Jak to jest po tamtej stronie – ani nie wiem, ani też nie chce mi się za bardzo dociekać, natomiast tu miałem okazję zaobserwować bardzo podobną reakcję na kwestię tego przepraszania najbliżej jak się tylko da, a mianowicie u siebie i u mojego kolegi Coryllusa. A stało się tak, że kiedy nagle podniosła się wrzawa w sprawie konieczności przeproszenia pani Błasik za to, co ją spotkało ze strony reżimu, kiedy w jednym momencie niemal cała patriotyczna Polska zaczęła żądać od premiera Tuska, by natychmiast wracał z wakacji i się pokajał, kiedy telewizyjni dziennikarze zaczęli jak mantrę powtarzać jedno i to samo pytanie: „Czy pan przeprosi?”, pomyślałem sobie, że jeśli to się natychmiast nie skończy, to ja zacznę wrzeszczeć… i w tym momencie, patrzę, a tu wrzeszczy Coryllus.
Szczęśliwie jednak jest tak, że, jak idzie o nas dwóch, to nawet jeśli wrzeszczymy w jednej sprawie, robimy to na tyle inaczej, że każdemu zostaje wystarczająco duża przestrzeń na własne przemyślenia, by nikt nas nie posadził o to, że się wzajemnie nakręcamy. W związku z tym, chciałbym się tu dziś podzielić swoimi własnymi uwagami na temat tego nieszczęsnego przepraszania.
Przyznam się, że nie umiem precyzyjnie wskazać momentu, kiedy oczekiwanie, by polityka stała się bardziej elegancka i kulturalna stało się na tyle powszechne, że weszło do społecznego kanonu. Przypominam sobie oczywiście dzień, kiedy to niegdysiejszy Lech Wałęsa ogłosił tak zwaną „wojnę na górze”, i w jednej chwili całe najbardziej agresywne i bezwzględne chamstwo podniosło rwetes, że co to ma znaczyć? Jaka wojna? A może by tak pokój i przyjaźń? Pamiętam też, jak – może już nie Wałęsa, bo on już nawet wtedy samodzielnie myśleć nie potrafił – ktoś zaczął nieśmiało tłumaczyć, że jeśli jest wojna na górze, nie ma jej na dole, i że z punktu widzenia interesów społecznych tak właśnie jest dobrze, a najbardziej brutalni i bezwzględni przedstawiciele establishmentu zaczęli kolejno składać deklaracje swoich jak najbardziej pokojowych intencji. Pamiętam też słynną wypowiedź Andrzeja Celińskiego o spoconych mężczyznach goniących za władzą, czy pewnego z jego kolegów – a może to też był on? – o jedzeniu nożem i widelcem. Pamiętam Jacka Kuronia, człowieka o sercu tak pojemnym, że zmieściłoby się w nim kilkunastu Owsiaków, plus Bożena Walter, jak tłumaczył, że on Jarosławowi Kaczyńskiemu podaje rękę od czasu, jak obiecał sobie, że poda rękę nawet najgorszemu mordercy. W ogóle, pamiętam wiele najróżniejszych chwil, kiedy to problem „umiaru, wdzięku i elegancji” wracał jak niekończąca się zaraza. Natomiast to, że dziś nagle doszło do, jak gdyby niemal oficjalnego, potwierdzenia tamtej fikcji, trochę mnie zaskakuje i, jak mówię, nie bardzo wiem, jak to się wszystko zaczęło przepoczwarzać, i jak to się stało, że nagle przychodzi jedno bydle do drugiego bydlaka, mówi do niego: „Powiedz przepraszam”, a tamten, bez zastanowienia, wali: „Przepraszam”. Lub: „A czy poda, pan panie, pośle rękę panu ministrowi?” „Ależ bardzo chętnie”. A potem wszyscy wybuchają radosnym śmiechem, a oba pajace jednocześnie zwracają się do skołowanej publiczności i wspólnie recytują: „Widzicie?”
Ale pamiętam też czasy znacznie świeższe – choć też już sprzed paru lat – kiedy to w którejś z audycji Bogdana Rymanowskiego wystąpił Janusz Palikot, Rymanowski zapytał go: „Czy gotów jest pan, panie pośle, przeprosić prezydenta Kaczyńskiego”, a Palikot bez choćby jednego mrugnięcia odpowiedział: „Ależ oczywiście. Przepraszałem już siedem razy – mogę przeprosić po raz ósmy. Przepraszam”.
Ja wszystko pamiętam. A już szczególnie, te wciąż powtarzające się pytania: „Czy pan zechce przeprosić pana posła?” i odpowiedź – „Ależ jak najbardziej. Ja – w odróżnieniu od tego bydła – nie mam z tym najmniejszych problemów. Przepraszam.”. I zastanawiam się tylko, co to za cholera, że dziś to już tylko chyba Stefan Niesiołowski się tak zaperza? Przecież, gdyby on któregoś dnia uronił łzę i oświadczył, że, no, w sumie głupia sprawa, ale niech już będzie, on przeprasza wszystkich, którzy się tam jakoś poczuli dotknięci przez jego zbyt emocjonalne podejście do różnych spraw, to może ekscelencja Nycz by mu nawet dał jakiś order.
Niedawno opublikowałem tu refleksję naszego Księdza, w której opowiedział nam on, jak działa coś, co się mądrze nazywa dekonstrukcją. Jak to jest, kiedy dzięki pewnym bardzo szczególnym pomysłom dotyczącym języka, nie jest on już dłużej, jak dotychczas, nośnikiem znaczeń i informacji, lecz jedynie – zależnie od intelektualnego formatu użytkownika – czy to zaledwie zabawką, czy też aż narzędziem do ćwiczenia się w błyskotliwości. I oto przed nami słowo „przepraszam”. Jak świat światem, a czas czasem, człowiek używał tego słowa, by wyrazić skruchę z powodu tego co zrobił złego. W różnych językach ma ono swoje właściwości – na przykład, w angielskim może również służyć do wyrażenia współczucia – niemniej jednak chyba nigdzie nie było ono używane zwyczajowo do szydzenia z kogoś, komu się wcale nie współczuje, lecz wręcz przeciwnie. Tymczasem, od pewnego czasu, czym kto kogo bardziej nienawidzi, tym chętniej informuje go – a przy okazji cały słuchający świat – że jest mu naprawdę przykro i że go przeprasza. Po co to wszystko? Oczywiście, na podstawowym poziomie chodzi o to, żeby temu komuś pokazać, że ma się go w takiej pogardzie, że żadne słowo skierowane pod jego adresem nie ma jakiegokolwiek znaczenia, a z drugiej, aby każdy zainteresowany zobaczył, jacy to z nas eleganccy i czarujący ludzie.
I tak jest z wieloma innymi słowami, które kiedyś znaczyły to co znaczyły, a dziś służą wyłącznie temu, by albo kogoś albo wystawić do wiatru, albo zrobić jakiś poważny biznes – co i tak najczęściej na jedno wychodzi. „Kocham cię”, „Pogódźmy się”, „Przestańmy się kłócić”, „Porozmawiajmy”, „Cieszę się”, „Miło mi”, „Dziękuję”, „Przepraszam”, „Myliłem się”… Ciekawe tylko w tym wszystkim jest to, że ta dramatyczna dekonstrukcja jakoś nie dotknęła słów, które zawsze związane były z tak zwanymi złymi intencjami. Jakoś tak się ułożyło, że kiedy ktoś mówi „Nienawidzę cię”, „Zdechnij w męczarniach”, czy „Niech cię jasna cholera weźmie” – wcale nie ma na myśli czegoś innego, niż te słowa sugerują. Kiedy ja, na przykład, na żądanie, bym przeprosił, odpowiadam: „Po twoim trupie”, myślę dokładnie to, co mówię. Ja w żadnym wypadku nie chcę zasugerować temu komuś, że go kocham i chciałbym się z nim pogodzić. I teraz, kiedy doszedłem już tak daleko, jak doszedłem, zastanawiam się, czemu tak właśnie jest? I jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy, to taka, że dziś już chyba tylko my z nasza nienawiścią zachowujemy się tak poważnie, jak wymaga tego od nas powaga sytuacji. Dla nich, to wszystko jest już tylko zabawą. W świecie przewrotnej miłości – lub wesołej nienawiści – obojętne – jedyną autentyczną wartością może się już niedługo okazać jedynie autentyczna i szczera pogarda.
A jeśli tak, to kto wie, czy wspomniany przeze mnie nieco wcześniej Stefan Niesiołowski jest już jednym z ostatnich żywych ludzi po tamtej stronie? Nawet jeśli to swoje życie przypłacił szaleństwem.

Dziękuję wszystkim tym, którzy ostatnio zechcieli nas poratować. Proszę nadal o nas pamiętać i kupować książkę, w której takich tekstów jak ten powyżej – a kto wie, czy nawet nie lepszych – jest cała masa. No i proszę też, jeśli komuś się spodobało to co wyżej, wrzucić za niego co łaska pod podanym obok numerem konta.

wtorek, 17 stycznia 2012

Moskwa - Pietuszki. Warszawa - Moskwa.

Kiedy jeszcze w zeszłym tygodniu wszyscy emocjonowaliśmy się wybrykiem pewnego pułkownika ze stajni prezydenta Komorowskiego, aniśmy się pewnie nie spodziewali, że sprawa ta pohula sobie po medialnej rzeczywistości przez parę dni i zginie w gąszczu innych, mniej czy bardziej ważnych, czy choćby tylko ciekawych zdarzeń. To jest fascynujące – a jednocześnie właściwie jak najbardziej straszne – jak bardzo postać owego pułkownika przez te wszystkie dni stała się kompletnie nieistotna. Przecież nawet gdyby się nagle okazało, że on od tej dziury w policzku nagle zwariował, czy choćby i nawet umarł, dziś już nie obejdzie to niemal nikogo. Więcej – obawiać się należy, że dziś nikt już nawet nie pamięta, co to za jeden ten Przybył.
No bo zastanówmy się. Jeszcze tydzień temu wszyscyśmy debatowali, co to się stanie z gen. Parulskim. Czy on zostanie zdymisjonowany, czy sam odejdzie, czy może dostanie jakąś inną robotę? Okazało się, że nie stało się nic. I czy cokolwiek to zmieniło? A czy gdyby jego tamtego dnia jasny szlag trafił? Czy może to miałoby dla nas jakiekolwiek znaczenie? Zero. Byłoby dokładnie tak samo jak jest dziś. A więc Edmund Klich mówiłby to co mówi dziś, Stefan Niesiołowski podobnie, a treść telefonów do „Szkła Kontaktowego” nie zmieniłaby się ani o jotę. Ani w jedną, ani w drugą stronę.
A może wszystko dopiero przed nami? Tyle że cóż to zmieni w naszej sytuacji, że gen. Parulski zostanie usunięty ze stanowiska, a na jego miejsce zostanie posadzony ktoś, kogo nazwiska dziś jeszcze nawet nie znamy? Co zmieni w sytuacji, w której tkwimy od wielu już bardzo lat, jeśli za parę dni dowiemy się, że płk. Przybył wcale się nie chciał zabić i tak naprawdę nawet sobie w ten policzek nie strzelił, tylko ktoś głośno zamknął drzwi, a nam wszystkim się zdało, że to był huk wystrzału? W jaki sposób nasza sytuacja ulegnie poprawie, lub pogorszeniu, jeśli prezydent Komorowski nagle zwariuje, zapomni o swoich zobowiązaniach, i jednak uniesie się takim gniewem na to co się wydarzyło, że wszystkich tych prokuratorów powywala ze stanowisk? Nie stanie się nic.
Przepraszam bardzo, ale co się zmieni, jeśli on nagle ogłosi, że ponieważ prokurator Seremet nie potrafi zapanować nad interesem, jego miejsce zajmie od jutra pani Anna Komorowska, a jak komuś to nie pasuje, to on w tej sprawie zorganizuje specjalną konferencję prasową, na której prof. Nałęcz wszystko wyjaśni. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że jeśli coś tego typu jeszcze nie nastąpiło, to wcale nie dlatego, że ktoś tu uważa, że tak nie wypada. Tu w tej chwili już chodzi wyłącznie o brak pomysłów. Lub o ich nadmiar. W końcu co by szkodziło, żeby Tusk z Komorowskim nagle się zamienili miejscami – jak Putin z Miedwiediewem – i Premier przeniósł się na Krakowskie Przedmieście? Wyrzucą nas za to z Unii. Jakiś bloger się wścieknie i nawróci? Nie żartujmy.
A może coś się zmieni, jeśli nagle zarówno wojskowi prokuratorzy, jak i telewizja TVN24, a obok tego wszystkiego, politycy Platformy Obywatelskiej, nagle oświadczą, że są bezpośrednie dowody na to, że gen. Błasik jednak nie mógł być w kabinie pilotów, by na nich naciskać, bo przez cały ów tragiczny poranek w alkoholowym upojeniu spał na kolanach innego pijaka – Kaczyńskiego i że w tej sytuacji oni wszyscy serdecznie panią Błasikową przepraszają? Jak mówię – zero. Najwyżej ekspert Hypki powie: „A nie mówiłem?”
Nie zmieni się nic. A przede wszystkim nic nie zmieni faktu absolutnie porażającego, że oto właśnie, po raz pierwszy chyba z taką wyrazistością, zostało nam pokazane, że kraj, w którym się urodziliśmy, spędziliśmy nasze życie i pokochaliśmy jak matkę, to już w praktyce Rosja. I o tym dziś chcę mówić. O tym, że Polska to już Rosja.
Już w chwilę po tym jak ów Przybył się podobno postrzelił, cała nasza przestrzeń publiczna została wypełniona debatą na temat tego, kto w tym wszystkim jest ten dobry, a który to ten zły. Czy Seremet to jednak, jak by nie było, nominat prezydenta Kaczyńskiego, a Pasionek to jego ukryty druh. Czy może to jednak Przybył jest dobry, a Pasionek nie lubił Parulskiego z powodów osobistych, bo ten się przyjaźnił z Seremetem, którego Przybył nie znosi jeszcze ze szkoły? Czy te bilingi to zwykła zasłona, mająca przykryć prawdziwy problem zamachu w Smoleńsku, czy może, jak idzie o Smoleńsk, wszyscy panowie zgadzają się całkowicie, tyle że poszło o jeden konkretny numer telefonu i wszyscy na wszystkich się obrazili? No i oczywiście, co to teraz będzie? Czy Parulski będzie w stanie współpracować z Seremetem, i czy Seremet będzie tego chciał? No i kogo poprze Komorowski?
No i co powie Tusk? Co powie Premier, kiedy wróci z urlopu? Czy przeprosi? I kogo? Panią Błasik, czy może pułkownika Przybyła?
A ja wciąż mam przed oczyma tamtą scenę sprzed tygodnia, kiedy to ten Przybył najpierw podskakuje sobie wesoło, by za chwilę z równym weselem przestrzelić sobie policzek, i w tym momencie, zupełnie, jakby im ktoś coś nasypał do dzbanka z kawą, w zwolnionym tempie, na sali pojawiają się ci dziennikarze, i ten jakiś Jurek, i wszyscy znudzeni jak cholera wyjmują swoje telefony i aparaty fotograficzne, znów jakgdyby ktoś im powiedział, że tu gdzieś się coś ciekawego wydarzyło, tylko nie za bardzo wiadomo, jak ciekawego, no i przede wszystkim – gdzie. Dziewczyny, zamiast normalnie piszczeć i biegać w kółko, poprawiają sobie włosy i nieprzytomnie rozglądają się po scenie, jakby chciały się spytać: „Juuuurek? A co się staaaało?”
Oto konferencja prasowa jakiegoś bardzo ważnego prokuratora – konferencja i prokurator na tyle ważni, że trzeba ich pokazywać na żywo – nagle prokurator wszystkich wyrzuca z sali, otwiera okno, żeby kula nie odbiła się o szybę i kogoś, nie daj Boże, nie zabiła, strzela sobie w łeb. Później nagle okazuje się, że zamiast tego, trafia go w policzek, a później się okazuje, że on miał na pieńku z gangami, że za tę jego ocaloną głowę źli ludzie wyznaczyli milion złotych, czy może dolarów, nagrody, że Prokuratura Wojskowa prowadziła cały szereg śledztw mających na celu rozbicie mafii, która oplotła Polskę od morza po Tatry, od Niemiec po Białoruś, no i że teraz, kiedy Seremet tak fatalnie potraktował tych rycerzy, gangsterzy tryumfują. Patrzymy na tę niedokończoną konferencję prasową, słuchamy kolejnych komentarzy, czekamy, co powie Prezydent, dowiadujemy się, że Prezydent uznał sprawę za standardową i nie wartą szczególnej uwagi, a ja już wiem, że prawdopodobnie jutro Parulski i Seremet wystąpią na wspólnej konferencji prasowej, a Przybyłę albo zamknie się w zakładzie, albo mu się zmieni tożsamość i obejmie ochroną świadków, Donald Tusk wróci z kolejnego urlopu i ponownie spotka się z tym staruszkiem, którego kiedyś zapomniał zabrać na obiad. No i go jeszcze raz przeprosi. W końcu, to przepraszanie ostatnio dobrze stoi na giełdzie.
I to jest właśnie to, co nazywam Rosją. Wszyscy strasznie denerwujemy się, że ten nasz biedny samolot rdzewieje w smoleńskim błocie, a Rosjanie nam mówią, żeby się od niego odpieprzyć, bo to jest ich sprzęt i nam nic do niego. Poza tym, jak się okazuje, oni tam będą nad nim budować jakiś poważny dach. Ze szkła i stali. A ja dziś jestem niemal pewien, że gdyby on jakimś cudem nagle wrócił do Polski, to przede wszystkim ta banda durniów przez pół roku by go trzymała gdzieś na jakimś wysypisku śmieci, nie mogąc ustalić, co z nim zrobić, potem by go gdzieś zabrali, pod drodze pogubili kawałki, a wreszcie by się okazało, że ktoś go ukradł i policja z prokuraturą prowadzą dochodzenie, kto? Następnie by się okazało, że te kawałki ukradła artystka Nieznalska, żeby zrobić jakąś fantastyczną instalację, a sąd by ją z tej kradzieży uniewinnił, tłumacząc, że to był taki gest artystycznej ekspresji. A my wszyscy byśmy patrzyli tępo na to wszystko, ani nic nie rozumiejąc, ani nawet nie chcąc nic zrozumieć, a kiedy to nasze znudzenie osiągnęłoby stan krytyczny, to komuś by znów zorganizowano konferencję prasową ze strzelaniną w roli głównej, a Monika Olejnik zaprosiłaby Janusza Palikota, żeby wyraził na ten temat swoją opinię.
Bo – strasznie mi przykro to mówić – nie jest tak, że tam jest Rosja, tu jest Polska, a między jedną a drugą, kręcą się jacyś źli ludzie, którzy chcą nas sprzedać i wpuścić tu ludzi jeszcze gorszych. Tę parę scen z konferencji prasowych tych kosmitów, i wszystko to, co się dzieje przez każdy kolejny dzień, przez każdą kolejną sekundę każdego dnia, pokazuje nam już jak najwyraźniej, że to już są właśnie ci gorsi. To są już ci absolutnie najgorsi. Niedawno ktoś mi kazał rzucić okiem do Internetu i obejrzeć sobie filmik, na którym Grzegorz Miecugow, w studio telewizyjnym, najwyraźniej kompletnie pijany i półprzytomny, próbuje coś powiedzieć i nikt nie wie, co, bo to ani jednego słowa nie można zrozumieć, ani też doczekać się kolejnego zdania, a my już wiemy, że to przecież zaledwie początek. Włączamy telewizor, i powinniśmy już mieć świadomość, że tam dziś już się może zdarzyć wszystko. Albo ktoś się schleje, albo przyniesie świński łeb do studia, albo zacznie strzelać z pistoletu – do siebie lub do innych – a jak już nabierze pewności, że na obywatelach to już nie robi żadnego wrażenia, pojawi się załoga bardziej wyszukana i odstawi nam coś, co znaliśmy dotychczas wyłącznie ze sceny w „Peweksie” w Mistrzu i Małgorzacie.
Bo to już jest właśnie Rosja. Tydzień temu – a może to było wczoraj? – jakiś ważny prokurator podobno postrzelił przed kamerami i, jak nam mówią, akurat badają go psychiatrzy. TVN go broni, „Gazeta Wyborcza” atakuje. Niezależna blogosfera twierdzi, że ani się nie postrzelił, ani nie jest w szpitalu, tylko chodziło o to, żeby ktoś coś tam mógł na spokojnie załatwić. Ale czemu tak? A któż to może wiedzieć? Robią i wiedzą, co robią. A robią co robią. Niedługo Tusk wróci z wakacji to nam opowie. Już chyba wspominałem o Tusku? I cóż z tego? Co to zmienia? Mogę jeszcze raz powtórzyć: Tusk wciąż na urlopie, ale Graś powiedział, że niedługo wróci.
Rosja, moi państwo. To jest Rosja.

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać sobie tego typu teksty w wydaniu papierowym, zachęcam do kupowania książki o siedmiokilowym liściu, która jest dostępna tuż obok, u góry po prawej, ale również – nieco taniej – w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3-maja. Jednocześnie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Za każdy dotychczasowy gest wszystkim bardzo dziękuję.

niedziela, 15 stycznia 2012

Don Paddington: Do rechoczących, ironicznych mędrców

Kiedyśmy trwali w atmosferze kampanii wyborczej do Parlamentu, nasz ksiądz, Don Paddington, postanowił, że na czas kampanii w Salonie 24 nie będzie publikować już tylko komentarzy, ale również własne, osobne notki, każda z nich, w ten czy inny sposób, poświęcona mojej kandydaturze. Oczywiście, gdyby one tworzyły jedynie swoistą wyborczą reklamę, typu „Głosujcie na Osiejuka – on sprawi, że polski Sejm wreszcie rozkwitnie, a ludziom zacznie się żyć dostatniej”, nie byłoby o czym mówić. Jednak tu nie mamy do czynienia z idiotą, lecz z postacią wybitną, i tak się stało, że jeden z tamtych tekstów został nam właśnie przypomniany, i musi zostać tu opublikowany w całej swojej krasie. Dlaczego? Bo jest wielki. Tylko tyle.
Skromnie – bo, jak wszyscy wiedzą, jestem skromny jak jasna cholera – zachęcam, by wszelkie odniesienia, jakie Ksiądz czyni wobec mojej osoby i blogowania, zlekceważyć. Bo to akurat jest pikuś.

W czasie studiów, jednym z moich profesorów był ś.p. ks. Ludwik Wciórka, filozof, jeden z najmądrzejszych ludzi, jakich miałem szczęście w życiu spotkać.
Któregoś dnia, wspomniany ów Profesor, w czasie zajęć dotyczących tzw. filozofii lingwistycznej, zachęcał nas, byśmy zapoznali się, ze słynną pracą Józefa Stalina z 1950r. o językoznawstwie. Ks. Wciórka – w odróżnieniu od wielu ówczesnych humanistów, o których nie miał zresztą zbyt wysokiego mniemania – traktował stalinowski wkład w językoznawstwo z pełną powagą (tutaj nasz uśmiech) i atencją (tutaj z kolei nasza dezorientacja). Przeczytaliśmy. A potem porozmawialiśmy.
W czasie owej rozmowy, ks. Wciórka zwrócił nam uwagę, że Stalin we wspomnianej pracy, poza wykorzystaniem kwestii językoznawczych do ówczesnych, wewnątrzpartyjnych rozgrywek, przede wszystkim bronił zdrowego rozsądku. Wystąpił on bowiem przeciwko pewnej językoznawczej tendencji – którą w jego artykule uosabia sowiecki językoznawca Mikołaj Marr – powszechnie w ZSRR przyjmowanej, a sprowadzającej się do tezy, że permanentna i wszechogarniająca rewolucja klasowa ("Dzień dobry! Nazywam się Trocki. Lew Dawidowicz"), dotyczy także języka.
Stalin protestując przeciwko temu tłumaczy, że nie ma czegoś takiego jak język klasowy: istnieje tylko język ogólnonarodowy – wspólny burżujom i prolom – w którym co najwyżej możemy wyróżnić jakieś dialekty, czy żargony – w tym klasowe.
Następnie Józef Wissarionowicz wyjaśnia, że język – podobnie jak maszyny – jest obojętny wobec klas i jako narzędzie z równym powodzeniem może być wykorzystywany zarówno w kapitalizmie jak i socjalizmie. Przede wszystkim zaś, Stalin protestuje przeciwko odrywaniu języka od myśli, tzn. przeciwko koncepcji, iż można sensownie, tzn. unikając anarchii, komunikować się na płaszczyźnie społecznej, bez odwoływania się do języka pojmowanego jako "bezpośrednia rzeczywistość myśli", tzn. języka spełniającego proste funkcje informacyjne: „to jest prawda”; „to jest fałsz”.
Ks. Wciórka mawiał, że Stalin był wielkim zbrodniarzem, ale nie był kretynem. Był bowiem w stanie zrozumieć, że jeśli całą swoją straszliwą władzą okaże poparcie dla językowych koncepcji "permanentnych rewolucjonistów", bardzo szybko społeczna komunikacja zostanie obezwładniona przez wieloznaczność. Wieloznaczność zaś, dla tych rządzących, którzy nie są kretynami, jest kusząca tylko doraźnie (np. w walce z politycznymi przeciwnikami), w dłuższej perspektywie czasowej jest jednak z ich punktu widzenia zabójcza, ponieważ prowadzi najpierw do semantycznej anarchii, potem do anarchii społecznej i politycznej, słowem: uniemożliwia sprawowanie władzy.
Stalin był mistrzem w stosowaniu kłamstwa i zasłony wieloznaczności. Uznał jednak, że "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie". Niechby tylko ktoś spróbował okłamywać towarzysza Stalina, albo kierować do niego wieloznaczny (tj. mętny) komunikat... Oprócz tego bał się, że jeśli rozpowszechni się traktowanie języka w oderwaniu od kategorii „prawda/fałsz”, to tym samym skończy się możliwość jakiegokolwiek społecznego współdziałania i możliwość oddziaływania na poddanych.
Ks. Wciórka mówił nam o tym wszystkim, nawiązując do nieśmiało w Polsce lat 80-tych nagłaśnianych, ale w latach 90-tych już bardzo modnych koncepcji francuskich postmodernistów (Derrida, Lyotard, Baudrilard). W tych „filozofach” Ks. Profesor widział kontynuatorów Marra, a wymyśloną przez nich tzw. dekonstrukcję i przesunięcie paradygmatu językowego, skutkujące wieloznaczną drwiną zaprawioną szczyptą ironii, traktował jako współczesne narzędzia permanentnej rewolucji, która żyje i ma się dobrze. Mówiąc o tych „pożytecznych idiotach”, ks. Profesor wskazywał na rzecz następującą: w czasie rządów Stalina, ludzie milionami byli mordowani. I dawało się to określić albo jako coś złego (zbrodnia przeciw ludzkości), albo jako coś dobrego (efekt koniecznej walki klasowej). Mimo różnic w ocenie, wiadomo było, o co chodzi. W momencie jednak, gdy ulegamy wpływowi dekonstrukcjonistów i narzędziem naszego opisu świata staje się ironia wyrastająca z wieloznaczności, zaczynamy czuć się bezradni wobec rozmaitych komunikatów – nawet tak drastycznych, jak te dotyczące stalinowskich ofiar. I wtedy albo treść owych komunikatów odrzucamy (tzn. traktujemy je jako coś poza-rzeczywistością), albo ową treść rozmywamy (tzn. uznajemy, że walor prawdy jest czymś nieuchwytnym – czyli pomijalnym – a przez to zupełnie nieistotnym). Inaczej mówiąc: przestajemy racjonalnie reagować na rzeczywistość.
Stalin był odrażającą postacią. I z racji popełnionych przez niego zbrodni, tak jakoś przyzwyczailiśmy się do myśli, że jeśli Józef Wissarionowicz przeciwko komuś występował, to ów ktoś na pewno musiał być mądry, szlachetny i niewinny. No tak, oczywiście. Ale czy pośród owych mądrych, szlachetnych i niewinnych, mamy też umieszczać „permanentnych rewolucjonistów”? Nie wydaje mi się.
Dlaczego o nich piszę? Czynię to dlatego, ponieważ żyjemy w świecie, w którym "permanentni rewolucjoniści" tryumfują. Ich „długi marsz przez instytucje” zakończył się sukcesem. To właśnie o ludziach tej umysłowej formacji, Stefan Kisielewski – przytaczając wypowiedź bodajże Pawła Jasienicy – napisał w swoich „Dziennikach”: „Ci dopiero dadzą nam w dupę!” I dają nam w dupę, trzęsąc mediami, katedrami uniwersyteckimi, wielkim biznesem i wielką polityką. I promując kłamstwo, niszczą ludzkie umysły. Promując bezmyślny rechot, niszczą ludzką wrażliwość. Promując moralny relatywizm, niszczą ludzkie sumienia. Po prostu niszczą naszą cywilizację.
Jako skromny żuczek, mogę tylko wyrazić nadzieję, że ich sukcesy są doraźne. Mam tę nadzieję, ponieważ – jak sądzę – nie da się na dłuższą metę rozmywać kategorii „prawda/fałsz”. Nie da się na dłuższą metę stosować narzędzia ironii i kpiny do opisu rzeczywistości.
Dlaczego się nie da? Nie da się, ponieważ jest to broń obosieczna. Ludzie lubią się pośmiać, czasem nawet bezmyślnie. Ale lubią też wiedzieć na czym stoją. A odwoływanie się do wieloznaczności i ironii, jest wyszarpywaniem im gruntu spod nóg. Wcześniej czy później ludzie zaczną przeciwko temu protestować. Zaczną protestować, ponieważ zauważą, że skoro nic w życiu nie jest pewne ani powagi godne (ani to co jest prawdą, ani to co jest miłością, ani to co jest dobrem, ani to co jest sprawiedliwością itd.), to nie ma powodu by traktować poważnie i jako pewnik jakichkolwiek słów i jakichkolwiek czynów, wypowiadanych i wykonywanych przez tych wszystkich, którzy dzisiaj są mistrzami ironii i kłamstwa.
Co Toyah ma z tym wszystkim wspólnego? Otóż zwróciłem na niego uwagę, ponieważ nie ma wśród znanych dzisiaj w Polsce publicystów nikogo, kto by tak mocno, a przy tym tak jednoznacznie jak Toyah, występował przeciwko niszczeniu podstaw naszej cywilizacji. Walka z wszechobecnym kłamstwem, bezmyślnym rechotem, moralnym relatywizmem, to stałe tematy obecne na jego blogu.
I nawet jeśli w tym momencie, jakiś bezmyślny wesołek ukształtowany przez „permanentnych rewolucjonistów” wykrzyknie: „Już rozumiem! To jasne! Toyah jest jak Stalin! To przecież pisobolszewik!” – to nie zmieni faktu, że warto Toyaha czytać. I zastanowić się.

A ja na sam koniec, tylko zgłoszę stały apel, by o mnie pamiętać.

sobota, 14 stycznia 2012

A jeśli nie napiszą, czyli o samotności ostatecznej

Oczywiście, jak niedawno zauważył to choćby nasz kolega, Orjan, kino stanowi jedną z moich podstawowych pasji, jednak, jeśli idzie o ten blog, to, poza drobnymi wzmiankami, jedynie „Ojciec Chrzestny” Coppoli znalazł tu swoje zasłużone miejsce, w tym sensie, w jakim gdzieniegdzie funkcjonuje Biblia. Chodzi o to, że ten „Ojciec Chrzestny”, moim zdaniem, zawiera tak strasznie dużo, i tak bardzo uniwersalnych i pouczających, wątków, że właściwie nie ma tematu, którego nie można by było, w ten czy inny sposób, przy pomocy tej historii skomentować. I oto nagle wychodzi na to, że prawdopodobnie „Ojciec Chrzestny” zostanie tu zdetronizowany, a to dzięki czemuś, co ja oglądałem wiele razy, jednak już bardzo dawno temu, a dziś zostało mi przypomniane własnie przez Orjana – a mam tu na myśli film „Trzy dni Kondora”. Obejrzałem go sobie wczoraj ponownie i wydaje mi się, że, mimo iż z każdym rokiem on się robi coraz starszy i tym samym irytująco teatralny, nigdy dotąd nie zrobił na mnie takiego wrażenia.
Tam oczywiście jest całe mnóstwo scen, które warto by było przypominać, niemniej w naszej sytuacji chyba szczególnie by się przydało opowiedzieć scenę finałową. Zanim jednak to zrobię, parę słów krótkiego bardzo streszczenia. Otóż Robert Redford, z grupą sześciu innych osób, pracuje w czymś co się nazywa Amerykańskim Towarzystwem Literackim, czy jakoś tak, a w rzeczywistości jest ukrytą komórką CIA. Pewnego dnia, z całkowicie nieznanych przyczyn, do biura wchodzi paru bardzo zawodowych zabójców i wszystkich kolejno mordują. To znaczy, wszystkich, z wyjątkiem Redforda, który akurat na chwilę wyszedł. Wraca więc Redford na miejsce, widzi, co się stało i od tego czasu musi, z jednej strony, uważać, by i jego nie sprzątnięto, a z drugiej bardzo się stara odgadnąć przyczynę tej masakry, no i, jak najbardziej, przechytrzyć złych ludzi. Myślę że tego już nie muszę dodawać, ale tak jak to często się dzieje w amerykańskim kinie, wrogiem nie jest już jakaś marna grupka przestępców, ale państwo, a może nawet i coś więcej – mianowicie System.
I teraz opowiem, jak wygląda ta końcówka. Kiedy wreszcie Redfordowi udaje się wykręcić od nieuchronnej wydawałoby się śmierci, ale też odkryć tajemnicę tego, co się faktycznie stało – tajemnicę, należy dodać, całkowicie kompromitującą właśnie państwo – stoi on sobie na jednej z nowojorskich ulic z głównym winowajcą całego zamieszania, obok nich przechodzi zajęty sobą tłum, i informuje go tryumfalnie, że o wszystkim właśnie został poinformowany „New York Times”, a więc – sorry Winnetou. Ten zły najpierw wpada w czarną rozpacz, wyrywa sobie włosy z głowy i krzyczy do Redforda, że coś ty idioto zrobił najlepszego, wszystko zniszczyłeś itd. itp., jednak już po chwili się uspokaja i chytrze pyta Redforda: „A co zrobisz jeśli tego nie wydrukują?” Redford kamienieje, jednak zaraz mówi: „Spokojna głowa, wydrukują”. Na co zły: „A jeśli nie?” I dodaje: „Wówczas będziesz najbardziej samotnym człowiekiem na świecie”. I tak się ten film kończy. Jeśli ktoś ma do mnie pretensje o spoilerowanie, niech je kieruje tylko do siebie. Trzeba oglądać klasykę, a nie Harrego Pottera.
Przez parę ostatnich dni rozmawialiśmy tu sobie o tym przedziwnym wydarzeniu, kiedy to pułkownik Wojska Polskiego, wojskowy prokurator, Mikołaj Przybył publicznie wsadził sobie w usta pistolet, przestrzelił sobie policzek, a kiedy go zabierano do szpitala, by mu tę dziurę oporządzić, poinformował media, że on tak naprawdę chciał się zastrzelić, ale mu nie wyszło. W trakcie tej naszej internetowej rozmowy, w pewnym momencie pojawiło się pytanie, czy istnieje jeszcze coś tak oburzającego, kompromitującego, szokującego, zawstydzającego – można wymieniać – by opinia publiczna w Polsce postanowiła się tym czymś zainteresować na dłużej, niż na parę godzin, i dość zgodna odpowiedź brzmiała, że nie. Nic takiego nie ma. I ja chciałem tu parę słów na ten temat, trochę oczywiście powtarzając to, co już zostało i tak powiedziane, ale wydaje mi się, że nigdy zbyt dużo prostych prawd.
Myślę sobie bowiem, że kiedy w grudniu roku 1981 specjalny oddział ZOMO, na rozkaz ówczesnych władz partyjno-państwowych – tak się to wtedy nazywało – zamordował 9 górników niemal na miejscu, a jeszcze kilka osób z pewnym opóźnieniem, pamięć o nich trwa w ten czy inny sposób do dziś. I nawet jeśli ktoś – i to wcale niekoniecznie przede wszystkim młodzież – ma tych górników na co dzień w nosie, to jednak, wspominając tamten dzień, potrafi choć na moment skłonić głowę. Myślę, że w gruncie rzeczy każdy – nawet prezydent Komorowski. Tymczasem, odnoszę coraz częściej wrażenie, że gdyby dziś doszło do podobnego wydarzenia, a więc, gdyby oddziały policji, czy jacyś specjaliści z ABW, przeprowadzili akcję przeciwko dowolnej grupie powszechnie traktowanej jako opozycja, pies z kulawą nogą by się tym wydarzeniem nie zbulwersował. Gdyby dziś policja lub jakiekolwiek służby na zimno zamordowały – no niech będzie, że dziewięciu protestujących górników – na początku oczywiście na dole ekranu telewizora pojawiłby się żółty napis, że oto doszło do tragedii, następnie w telewizji wystąpiłby minister Cichocki, powiedziałby, że doszło do tragedii i że sprawa będzie wyjaśniana z pełną starannością, następnie Justyna Pochanke zaprosiłaby do studia Leszka Millera i Jerzego Dziewulskiego, którzy by potwierdzili, że doszło do tragedii i że sprawę powinna wyjaśnić niezależna komisja, no a w związku z żałobą narodową, którą właśnie ogłosił prezydent Komorowski, w dniu dzisiejszym nie będzie „Szkła kontaktowego”.
W tym momencie do głosu doszłaby opinia publiczna, i ta sprzed telewizorów, ale również komentująca w mediach – zarówno mainstreamowych, jak i tak zwanych obywatelskich. Przede wszystkim, rozdzwoniłyby się telefony do TVN-u, że nie ma najmniejszego powodu, by zawieszać nadawanie codziennej audycji, zwłaszcza że każdy wie, że prawdziwą żałobę można obchodzić w milczeniu, a nie tak demonstracyjnie. No ale wiadomo, że PiS nawet śmierć musi wykorzystać. Na drugi dzień dyskusja stałaby się już nieco bardziej demokratyczna, a więc pojawiliby się politycy Platformy Obywatelskiej, którzy by – najpierw dość nieśmiało, a następnie już zupełnie otwarcie – przypomnieli, że to za rządów PiS-u doszło do pierwszych przypadków nadużycia władzy, a więc, żeby może niektórzy w tej sytuacji siedzieli cicho. Oczywiście, dyskusja by już sunęła pełną parą na blogach, a tam, jak to na blogach. Głos ludu. A więc, na poziomie bardziej intelektualnie zaawansowanym, dowiedzielibyśmy się, że dobrze tak skurwysynom i nierobom, bo niech się nikomu nie wydaje, że można bez końca okradać polskie państwo, natomiast najbardziej schamiała blogerska drobnica by już tylko w swoim zwykłym stylu informowała, że trzeba było przy okazji ustrzelić Jarusiowi kota, lub że ciekawe kto i za czyje pieniądze zapłaci za te pogrzeby. Po tygodniu, z tej tragedii nie pozostałby najdrobniejszy ślad, a jeśli kiedykolwiek by o niej wspominał, to oczywiście tylko my, niestety ku coraz większemu społecznemu zniecierpliwieniu, że jak długo można wałkować wciąż ten sam temat.
Jak to się stało, że pamięć o Dziewięciu z Wujka jednak przetrwała? Przecież z całą pewnością nie jest tak, że w tamtych latach, media bardziej niż dziś, czuły obowiązek wobec społeczeństwa. Że tamci dziennikarze bardziej niż ci dzisiejsi wiedzieli, czym jest ten ich jakiś etos. Oczywiście, że nie! Wtedy jednak my wszyscy z jednej strony mieliśmy Kościół, a z drugiej jednak dostęp do tak zwanego drugiego obiegu – głównie w postaci radia Wolna Europa i Głos Ameryki. Co jednak może jeszcze ważniejsze, nie byliśmy tak okropnie zabiegani, tak tragicznie zaplątani w tę nieustanną konsumpcję i tak fatalnie zniewoleni na poziomie duchowym. A więc zdecydowanie mieliśmy czas na to, by sobie niekiedy bardziej niż zwykle pomyśleć. Dziś ta możliwość została nam ograniczona do minimum. Dziś ów „drugi obieg” w rzeczywistości nie istnieje, a więc nie istnieje też dostęp do alternatywnej informacji. Wtedy, Wolnej Europy mogła słuchać niemal cała Polska; dziś – czy to media toruńskie, czy blogi – stanowią czystą niszę. Zresztą, prawdę powiedziawszy, media w ogóle stanowią niszę, tyle że System ma szereg innych bardzo skutecznych sposobów docierania do społeczeństwa. Wielokrotnie zresztą o nich na tym blogu wspominaliśmy.
Właśnie – media. Ciekawa sprawa z tymi naszymi mediami. Z wszelkich dostępnych informacji wynika, że zdecydowana większość aktywnego – a więc tego, które nie musi zajmować się wyłącznie walką o przetrwanie – społeczeństwa, poza kolorowymi magazynami i bezpłatnymi dziennikami, gazet praktycznie nie czyta, w radiu słucha wyłącznie muzyki, a jak idzie o telewizję, ogląda tylko pierwszy program TVP. Reszta pije, śpi i trzeźwieje. A zatem, zastanówmy się, w jaki sposób ci właśnie obywatele mieliby zareagować na informacje o dziewięciu zamordowanych górnikach, zwłaszcza w sytuacji, gdy cały System jest gotów użyć wszelkich dostępnych sposobów, by do niech na ten temat docierała maksymalnie chaotyczna informacja, a – jak już powiedzieliśmy – reszta to nisza? A co z tymi, co są bardziej aktywni? Oni akurat swoje wiedzą i nowych wyjaśnień słuchać nie zamierzają. Im nawet już media do zdobywania wiedzy są niepotrzebne. W filmie „Trzy dni Kondora” Robert Redford wie, że choćby System nie wiadomo jak był potężny, od niego potężniejsze są wolne media, a więc kiedy pojawia się zapowiedź – czy może tylko zła wróżba – że to wcale nie jest takie pewne, czy te media są faktycznie takie wolne, ona brzmi tam jak autentyczna apokalipsa. Dlaczego? No właśnie dlatego, że dla Redforda ten „New York Times” to prawdziwa opoka. To coś, czego bramy piekielne nie przemogą. On wie, że to wszystko jest tak ułożone, że tam System się nie przedostanie… i w tym momencie nagle sobie uświadamia, że może to akurat już nie jest takie pewne. Widzimy ten piękny, nowoczesny budynek redakcji, ten przepyszny napis „New York Times”, tę fantastycznie nowoczesną nowojorską ulicę, ten piękny i fantastycznie prosperujący tłum i tego biednego Redforda, nagle uświadamiającego sobie, że jest całkiem możliwe, że on już niedługo zostanie „najbardziej samotnym człowiekiem na świecie”. Przepraszam, czy w tym kontekście ktoś chciałby się mnie jeszcze pytać o Polskę?
Jest w filmie „Trzy dni Kondora” jeszcze jedna wstrząsająca scena. Po tym jak Robert Redford dowiaduje się, że zlecenie na niego zostało cofnięte, razem ze swym niedoszłym zabójcą, wychodzą przed dom, w którym miał zginąć, i sobie, już bez żadnego napięcia, rozmawiają. I wtedy Von Sydow – to on gra tę straszną postać – uśmiecha się łagodnie i mówi, że on właściwie lubi swoją pracę. Tam wszystko jest jasno określone, człowiek wie, co do niego należy, no a poza tym, wyjątkowo komfortowa jest sytuacja, kiedy nie trzeba się opowiadać za żadną ze stron. Właśnie tak. Że nie trzeba się deklarować po żadnej ze stron. A później Von Sydow pyta: „Podrzucić pana?”, na co Redford mówi „Bardzo proszę”. A ja sobie myślę, że gdyby ten film skończył się w tym miejscu, można by to wszystko uznać wręcz za kino familijne. Nie? No, przepraszam, ale faktyczny koniec to, że mam rację, zdecydowanie potwierdza.

Jeśli komuś się ten tekst spodobał, a stać go jeszcze na pewne finansowe fanaberie, bardzo proszę kupować książkę o liściu, lub wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 13 stycznia 2012

O ulicznych grajkach raz jeszcze

Ponieważ świetnie zdaję sobie sprawę z tego, po co ten mój blog jest, i dlaczego niektórzy wciąż lubią tu przychodzić, jeśli piszę o sobie i swojej codziennej kondycji, robię to albo po to, by kolejne teksty przyozdobić jakimiś anegdotami, albo żeby te notki nie były aż tak bardzo publicystyczne. Poza tym, jak już kiedyś to tutaj podkreśliłem, to co ja piszę na tym blogu, jest swego rodzaju poezją konfesyjną, więc trudno się też spodziewać, by wątków osobistych nie było w ogóle. Natomiast, też jest tak, że ja bardzo bym nie chciał, żeby tu nagle zrobiła się taka atmosfera, że ja będę się skarżył na swoją marną sytuację, lub – przeciwnie – chwalił się swoimi sukcesami. To akurat najprawdopodobniej mało już kogo obchodzi. Dziś robię wyjątek.
Pisałem o tym niedawno, że jeszcze w listopadzie, w Salonie24, pewien nieprzyjazny nam bloger poświęcił mi całą notkę, kierując do mnie pretensje głównie o to, że ja tu „żebrzę”. On zresztą akurat był tu dość wstrzemięźliwy. Prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero w komentarzach, i to dopiero w komentarzach pojawiły się prawdziwe rewelacje, i dopiero w komentarzach zobaczyłem, jak bardzo – na pewnym poziomie nienawiści – prosta plotka i zwykłe kłamstwo mogą nagle przyjąć pozę informacji. Z tego co ja tam o sobie przeczytałem, wynurza się obraz kogoś, kto kiedyś, przed laty, zaczął prowadzić bardzo poczytny blog, zebrał sporą grupę czytelników i sympatyków, i wszystko toczyło się bardzo miło, do czasu, gdy Onet nagrodził autora bloga tytułem politycznego blogera roku. W reakcji bowiem na tę nagrodę, bloger uznał, że jest tak wybitny, że już wyłącznie poświęcając się temu zajęciu, sięgnie najwyższych możliwych zaszczytów, rzucił pracę i zwrócił się do swoich fanów, by go zaczęli sponsorować. A nie wolno zapominać, że pracę miał naprawdę bardzo dobrą, bardzo dobrze płatną i dającą bardzo dużo wszelkiej satysfakcji. No i w tym momencie zaczął się jego upadek Teksty stały się znacznie gorsze, on sam stał się bardziej zgorzkniały i pełen jadu, w dodatku – ponieważ oczywiście nadęty pychą odszedł z Salonu24 i założył swój własny blog – stracił czytelników. W efekcie zostało tylko wspomniane żebranie.
Wprawdzie historia ta dla kogoś niezorientowanego brzmi bardzo atrakcyjnie, jednak można by było na nią machnąć ręką – zwłaszcza, że ci, do których być może tamten tekst był skierowany, doskonale wiedzą, jak było w rzeczywistości – gdyby nie pewien szczegół, który pojawił się we wspomnianych komentarzach. Otóż pewien internauta pisze, że nie ma takiej możliwości, by anglista z doświadczeniem nie miał pracy. Pracy bowiem, zarówno dla nauczycieli języka angielskiego, jak i tłumaczy – jest mnóstwo i nic nie wskazuje, żeby w tej dziedzinie miał się pojawić jakikolwiek kryzys. I w tym momencie pojawia się, moim zdaniem, bardzo poważny problem. Bo, jeśli założyć, że jest tak jak pisze ów człowiek – a niewykluczone, że, przynajmniej w Warszawie, sytuacja wygląda właśnie tak – można pomyśleć, że bloger Toyah istotnie „rżnie” swoich naiwnych czytelników równo i bezwzględnie. Niezależnie już od tego, w jaki sposób on doszedł do tego stanu, w którym się dziś znajduje. W tej sytuacji zmuszony jestem poinformować ponownie wszystkich ewentualnie zainteresowanych o tym, jak się rzeczy mają.
Przede wszystkim, tym którym przypominać trzeba, przypominam, że skutkiem prowadzenia tego bloga w takim kształcie, w jakim on jest znany, w pewnym momencie zostałem niemal całkowicie pozbawiony pracy. To jest fakt i on tu już nieraz był omawiany. Z powodu poglądów, jakie tu prezentuję, niemal całkowicie straciłem pracę. Ponieważ sytuacja zrobiła się dramatyczna, pomyślałem, że zwrócę się do czytelników o sponsorowanie tego bloga, tak jak się sponsoruje zdolnych ulicznych grajków, a tym samym o pomoc w utrzymaniu mojej rodziny. Moja prośba została solidarnie przyjęta.
A teraz coś, czego większość może nie wiedzieć, a co musi zostać powiedziane. Od czasu jak odebrano mi te kursy, zajmuję się nieustannym rozsyłaniem pod wszystkimi możliwymi adresami swojego CV, które – wedle wszelkich obiektywnych standardów jest zawodową historią dość wyjątkową, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Dziś już nie jestem w stanie powiedzieć, ile tych CV wysłałem, ale są to setki. Co najważniejsze, wysyłam je niemal wyłącznie w odpowiedzi na oferty, których jest mnóstwo. Każda z ofert brzmiała podobnie: „Potrzebny nauczyciel języka angielskiego”. Do dziś, nie stawiając żadnych warunków, otrzymałem tylko jedną odpowiedź i, dzięki temu kontaktowi, mam dziś kilka lekcji, głównie wczesnym rankiem (stąd zdarza mi się odpowiadać na komentarze około godziny 7 rano). I to jest wszystko. Ciągnie się również za mną jedna stara grupa, jednak już w marcu ten kurs się kończy. A więc zostają mi tylko te poranne lekcje. W dodatku, pani Toyahowa, również od tego roku, z firmy, w której jest zatrudniona, po raz pierwszy od wielu lat, nie dostała prawie żadnych lekcji – zaledwie jedną grupę w tygodniu. W związku z tym, zastanawia się nad zrezygnowaniem z działalności, bo ZUS jaki płaci co miesiąc, praktycznie równoważy przychody z tych lekcji. Zostanie jej więc szkoła, a jeśli ktoś wierzy, że szkoły płacą tak jak twierdzi Ministerstwo, niech wierzy. Tak jak we wszystko.
Dlaczego tak się stało? Dlaczego ani ja ani ona nie mamy lekcji? Są dwie możliwości – obie dla nas fatalne. Przede wszystkim może chodzić o ten blog. Słyszałem z wielu źródeł, że obecnie nikt nikogo nie zatrudni, dopóki nie wklepie w googlu nazwiska i nie sprawdzi, kto zacz. Po wpisaniu nazwiska „Osiejuk” google natychmiast odsyła do tego bloga. Nawet moja córka – swoją drogą ciekawe, że ona ukończywszy biotechnologię, też nie jest w stanie znaleźć pracy – po wpisaniu swojego imienia i nazwiska otrzymuje tekst niejakiego Brody (gdyby ktoś nie wiedział – „nasz”). Dalej są już tylko dwie możliwości: albo się trafi na kogoś kto ten blog lubi, albo na takiego, kto go nie nawiedzi i życzy mu nagłej śmierci. I to wszystko, jak idzie o tę ewentualność.
Druga opcja jest taka, że my jesteśmy już starszymi ludźmi. Mam młodszych kolegów, którzy twierdzą, że pracy jest mnóstwo. Jest jednak taka możliwość, że kiedy właściciel firmy widzi, że pracy poszukuje ktoś, kto jest już po pięćdziesiątce, widzi przed sobą jakiegoś starszego, łysego nieudacznika z wąsem, lub jakąś starsza panią w berecie – to akurat musi być jeszcze elementem kryminogennym w przypadku nazwiska „Osiejuk” – i sprawa jest również zakończona. Rozmawiam z wieloma znajomymi na temat sytemu rekrutacji w różnych dziedzinach życia i wygląda na to, że teoria wyrażona pięknie w tytule „To nie jest kraj dla starych ludzi” bardzo dobrze się sprawdza w praktyce. Inwestujemy w ładne dziewczyny i w młodych, energicznych mężczyzn. Reszta zostaje skierowana w kosmos.
I to są dwie wyłączne możliwie przyczyny, dla których i ja i moja żona mamy tak ciężko, jak idzie o wykonywanie zawodu. Jeśli ktoś mi nie wierzy, mogę przysłać mailem zarówno nasze CV plus referencje.
Po co to wszystko piszę? Otóż pierwszy powód już wymieniłem. Coś musi zostać wyjaśnione, żeby kłamstwo się nie rozzuchwalało. Drugi powód jest już prozaiczny. Ci wszyscy, którzy tu przychodzą, zasługują na to, by wiedzieć. Jest jeszcze powód trzeci – on akurat w pewnym sensie jest dla mnie podstawowy – pomoc finansowa dla tego bloga praktycznie zamarła, książka niemal całkowicie przestała się sprzedawać, więc – sami rozumiecie – pomyślałem, że trochę ponarzekam. Mam nadzieję, że się nie gniewacie. Zwłaszcza że, wydaje mi się, że to wszystko co wyżej napisałem, to jest też zupełnie niezły felieton. Kto wie, czy ostatnio nie najlepszy.

Będę wdzięczny za wsparcie w każdej formie. Dziękuję tym wszystkim, którzy wciąż tu są. Oni wiedzą.

czwartek, 12 stycznia 2012

Co każdy cyngiel wiedzieć powinien

Ponieważ ostatnio telewizji nie oglądam wręcz odruchowo, myślę, że musiałem to przeczytać w Internecie. Monika Olejnik rozmawia z kimś – nie pamiętam zarówno z kim, jak i czy dla Radia Zet, czy dla TVN24 – z politycznych sfer, kiedy to w pewnym momencie, wspominając nazwisko prokuratora Engelkinga, rzuca – wręcz w zamyśleniu, kompletnie bez szczególnych intencji, jakby stwierdzała powszechnie znany fakt – że prokurator Engelking to ciemna postać rządów Prawa i Sprawiedliwości. Nie mam oczywiście pewności, czy tam padło akurat słowo „ciemna”, czy może jakieś inne, w każdym razie myśl była jedna: prokurator Engelking to pisowska wpadka i to nie jest opinia, lecz fakt. Co sprawia, że Engelking to wpadka? Co sprawia, że ta wpadka wciąż tak mocno brzmi po latach? Oczywiście owa słynna konferencja multimedialna, podczas to której została przedstawiona wizyta ministra Kaczmarka w hotelu Mariott. Dlaczego ta konferencja stanowiła wpadkę? Tego akurat Monika Olejnik już nie wyjaśniła, ale jestem przekonany, że wyłącznie dlatego, że jakoś głupio tłumaczyć rzeczy oczywiste i powszechnie znane.
Od wspomnianej konferencji minęło już kilka dobrych lat i wszystko nagle stało się tak stare, że nawet jeden z ważniejszych bohaterów tamtych wydarzeń zdążył się powiesić, inny został zamordowany, a po wielu innych ślad zaginął. Ja jednak pamiętam ją dosyć dobrze i pamiętam też moją, na to co nam prokurator pokazał, reakcję. Pamiętam przedstawiającego sprawę Engelkinga, pamiętam te filmy, tego snującego się po hotelowym korytarzu Kaczmarka i pamiętam to napięcie, jakie zwykle nas ogarnia, kiedy wiemy – tym razem już na pewno – że sprawiedliwości wreszcie stanie się zadość, a prawo zatryumfuje. Pamiętam też więc znakomicie, że kiedy prokurator Engelking, zdaniem Moniki Olejnik, dożywotnio się kompromitując, zapisywał dzieje polskiego niepodległego wymiaru sprawiedliwości najbardziej czarnymi zgłoskami, nawet przez moment zdarzenia nie potoczyły się tak, że, czy to on sam, czy ktokolwiek z jego asystentów, nagle wyciągnął pistolet i sobie przestrzelił policzek. Może o czymś zapomniałem – w końcu coś na rzeczy musiało być, skoro taka Monika Olejnik do dziś nie może się po tym, co tam zobaczyła otrząsnąć. Może Engelking rzeczywiście w pewnym momencie wyjął pistolet, wsadził go sobie w usta, i zrobił sobie gustowny tunel w policzku. Tak mogło się zdarzyć. Natomiast stanowczo nie przypominam sobie, by już za chwilę okazało się, że i ten tunel, i ten pistolet i ten strzał, to była taka tylko demonstracja obliczona na to, że ktoś to zobaczy i się przejmie. Nie pamiętam też, by prokurator Engelking opowiadał, że on w ten sposób chciał zademonstrować swój protest przeciwko szkalowaniu dobrego imienia ministra Ziobry, no i wreszcie nie pamiętam, żeby Ziobro po tym wydarzeniu wystąpił publicznie i oświadczył, że on się z Engelkingiem zgadza co do joty. No i nie pamiętam też, by prezydent Kaczyński wezwał obu do siebie i powiedział im, że jest okay i obaj mają działać.
Pamiętam natomiast cos innego. Pamiętam bardzo dobrze, że po tej konferencji pod adresem Prawa i Sprawiedliwości, rządu i samego Premiera, skierowany został tak niesłychanie agresywny atak, że jego ostatecznym rezultatem była dymisja rządu, rozpisanie nowych wyborów i odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy. Atak oczywiście był w znacznym stopniu polityczny, jako że treść konferencji Engelkinga kompromitowała właściwie całą ówczesną polityczną i gospodarczą elitę, i owa elita natychmiast stworzyła koalicję, natomiast, jak się zdaje, główny atak poszedł jednak na poziomie mediów. To przede wszystkim media wzięły na siebie obowiązek zniszczenia prokuratora Engelkinga, całego szefostwa Ministerstwa Sprawiedliwości, no i w efekcie rządu. To właśnie dziennikarze pokazali, co znaczy społeczna kontrola nad władzą.
A ja się dziś zastanawiam, co by było, gdyby wtedy prokurator Engelking najpierw pokazał ten film, potem wygłosił płomienną mowę w obronie prawa i sprawiedliwości, następnie wyprowadził dziennikarzy z sali i wreszcie przestrzelił sobie ten policzek? Co by było gdyby się okazało, że on sobie tak naprawdę nic nie przestrzelił? Natomiast cała ta akcja, to była zwykła bujda na użytek publiczności, że to niby PiS jest tak zdesperowany walką o czystość życia publicznego, że jego poszczególni funkcjonariusze powoli zaczynają działać jak kamikadze. Że niby, kiedy na szali jest honor, nie liczy się ani zdrowie ani życie. Co by było, gdyby po tym co się stało, Jarosław Kaczyński nie powiedziałby nic, bo akurat bawił z kotem na wakacjach w Juracie, natomiast Lech Kaczyński wezwałby do siebie obu panów i powiedział, że mają dalej działać dla dobra Ojczyzny?
Rozwiązań jest oczywiście cała masa. Natomiast jedno można przyjąć ze stuprocentową pewnością. Oczywiście media obu durniów by tak zniszczyły, że nie zostałaby z nich mokra plama, natomiast System znalazłby sposób, by Lecha Kaczyńskiego i Jarosława Kaczynskiego w jednej chwili, i dożywotnio pozbawić stanowisk. Pozostaje jeszcze głos opinii publicznej. Jak by zareagowała opinia publiczna? Czy tak jak dzisiaj, wzruszyłaby ramionami i powiedziała, że ona się polityką nie interesuje, czy może wpadłaby w czystą, niczym nieskrępowaną furię? Tego nie wiem. Jak na dziś, z opinią publiczną wielkiego kontaktu nie mam. Jedynym praktycznie jej przedstawicielem jest mój dobry kolega Michał Dębiński. Michał, może Ty mi powiesz, co byś wtedy napisał na swoim blogu? Że Polska to jest co? I że jaki dla niej ratunek?

Przypominam wszystkim, że książka z wczesnymi felietonami z tego bloga jest do nabycia w księgarni u Coryllusa i w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo”. Niezmiennie też proszę wszystkich, których na to stać, by wspierali ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...