środa, 7 grudnia 2011

Odrażający, brudni i zarozumiali

Najpierw przy okazji samego faktu prowadzenia przez mnie tego bloga, w powszechnie znanym charakterze i kształcie, a następnie, w związku z wydaniem przeze mnie wyboru zamieszczanych tu tekstów, pojawiły się zarzuty, i to zarzuty formułowane zarówno przez osoby mi życzliwe jak i nastawione nieprzyjaźnie, że, cokolwiek by o mnie nie powiedzieć, to bezspornym faktem jest to, że ja jestem zarozumiały, obrzydliwie pewny siebie i nie tolerujący jakiejkolwiek dyskusji. Że otwarty jestem wyłącznie na pochlebstwa, natomiast każdy kto się ze mną nie zgadza, ryzykuje bardzo nieprzyjemny konflikt. Niektórzy sugerują, że to moje zachowanie nawet nie koniecznie musi wynikać z mojego paskudnego charakteru, bo prywatnie to ja mogę być nawet miłym i grzecznym człowiekiem, ale niewykluczone, że za nim stoją ciężkie kompleksy spowodowane tym, że ja z tym swoim blogiem jestem, jak na swoje wyobrażenia o swoich talentach, mało sławny i publicznie doceniony. Że ja sobie zamarzyłem, że to co robię ma wybitną wartość, i teraz, o ile tylko ktoś ma w tej sprawie odmienne zdanie, ja najpierw się nadymam, a następnie dostaję szału.
Ponieważ z jednej strony uważam, że temat jest ciekawy, a z drugiej, że te wszystkie zarzuty stanowią klasyczne pomieszanie z poplątaniem, w dodatku będące efektem jeszcze bardziej klasycznych mitów i przesądów, chciałbym ten tekst poświęcić wyjaśnieniu tej właśnie kwestii. A więc kwestii dobrego prawa do posiadania własnego zdania, wiary w jego słuszność i prawa do jego obrony. Przede wszystkim więc, uważam, że w dzisiejszych czasach, które wręcz wymuszają na ludziach nieustanną uległość wobec zasady, że prawda leży po środku, i o ile ktoś z większym od nas autorytetem nie zadecyduje inaczej, naszym intelektualnym i ludzkim obowiązkiem pozostaje posiadanie własnego zdania i jego gorliwa. W języku angielskim istnieje przymiotnik „opinionated”, który określa kogoś, kto właśnie posiada to swoje zdanie i go bardzo dzielnie broni. W Ameryce, słowo „opinionated” ma zabarwienie pejoratywne i używane jest właściwie zamiennie ze słowem „conceited”, czyli zarozumiały. Jeśli ktoś do nas przychodzi i mówi, że dzień jest paskudny, to, nawet jeśli się z nim nie zgadzamy, mamy kulturowy i cywilizacyjny obowiązek powiedzieć, że owszem, bywało lepiej, albo delikatnie zmienić temat. Jest to postępowanie, które – jeśli mam się odwołać do naszych blogerskich doświadczeń – wręcz modelowo wyćwiczył w sobie bloger Sowiniec z „Salonu24”. Ktoś zamieszcza tekst, w którym w sposób całkowicie jednoznaczny i bezwstydny wyraża poglądy Sowińcowi obce, a ten natychmiast pisze, że w Krakowie pojawił się pierwszy śnieg i kopiec wygląda przepięknie. Na przykład.
Postawa taka jest mi obca i właściwie obrzydliwa. Ja z nią walczę, i osobiście uważam, że gdybym kiedykolwiek miał zacząć reagować na opinie z którymi się nie zgadzam w taki sposób, oznaczałoby to, że zdradziłem wszystko co mam. A tego bym już nie zniósł. Powiem więcej. Uważam, że gdyby kiedyś doszło do takiej sytuacji, że ktoś by mi przedstawił pogląd, który uważam za fałszywy, a ja bym mu na to powiedział, że osobiście się z nim nie zgadzam, ale szanuje jego prawo do własnego zdania, to też bym się zachował jak dupa, a nie człowiek z wiarą. Bo, moim zdaniem, nikt nie ma prawa do tego by się trzymać kłamstwa. Natomiast każdy ma prawo, a wręcz obowiązek się bronić. I tu przejdę do kolejnej kwestii.
Otóż pojawiło się tu pojęcie tak zwanej „otwartości na cudze argumenty”, z tą oczywiście sugestią, że ja jestem na cudze argumenty zamknięty, i to jest bardzo niedobrze. W tej sytuacji chciałem oświadczyć, że, owszem, ja na cudze, obce mi argumenty jestem zamknięty całkowicie, tyle że wcale nie uważam tego za błąd, lecz wręcz przeciwnie – za cnotę. Mam bardzo silne przekonanie, że pojęcie otwartości na obce argumenty wymyślił ktoś, kto przede wszystkim bardzo chciał, żeby to wszyscy inni byli otwarci na jego argumenty, natomiast jeśli dziś ta moda stała się tak powszechna, to wyłącznie dlatego, że służy ona głównie wszelkiej maści oszustom i manipulatorom. To oni właśnie najchętniej wzywają ludzi, by zechcieli się otworzyć na argumenty, licząc bardzo na to, że jak już się ktoś otworzy jak należy, to w tę dziurę uda się wrzucić każdą bzdurę i każde kłamstwo. Człowiek mądry i roztropny swoją mądrość i roztropność uzyskuje nie w taki sposób, że się otwiera na cudze argumenty, ale przez to, że jest otwarty na świat i stara się widzieć, słyszeć i czuć, a cudze argumenty traktuje wyłącznie jako jeden z elementów tego świata, który, jeśli uzna za dobry, powinien przyjąć, a jeśli uważa za zły, ma obowiązek odrzucić. A jak ten element się robi zbyt nachalny, to się przed nim zamknąć jeszcze bardziej. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że jeśli wśród nas jest tak strasznie dużo bałwanów, to zdecydowana większość z nich zbałwaniała właśnie przez to, że była strasznie otwarta na cudze argumenty.
A zatem część problemu już sobie wyjaśniliśmy. Owszem, jestem zarozumiały, jeśli założyć, że moje zarozumialstwo związane jest z tym, że uważam, że w tym co robię i myślę mam bezwzględna rację, i że każdy kto uważa, że postępuję źle, a myślę jeszcze gorzej, jest w ciężkim błędzie. Jestem zarozumiały, jeśli przyjąć, że zarozumialstwem jest przekonanie, że blog, który prowadzę jest blogiem lepszym od wszystkich innych blogów, jakie znam, i że teksty, które się na nim ukazują, to teksty dobrze i ciekawie napisane. Jestem oczywiście zarozumiały, jeśli zarozumialstwem można nazwać to, że uważam, i to moje przekonanie głoszę, że książka o siedmiokilogramowym liściu to książka świetna i znacznie lepsza od niemal wszystkiego, co się ostatnio w Polsce ukazało. Ktoś powie, że nie ma się czym chwalić, bo to bardzo nieładnie tak mówić. A zatem proszę mi powiedzieć, jak by było ładnie? Powinienem może napisać, że to czemu poświęciłem swoje dzisiejsze życie, to taka sobie zabawa, która może być oceniana różnie, a ja w tej sprawie nie ma zdania? Czy dobrze będzie, jeśli powiem, że mnie osobiście się ta książka podoba, natomiast jeśli ktoś uważa inaczej, to ma do tego prawo? A może mam w ogóle na jej temat nic nie wspominać? Bo nie wypada? Dziękuję, ale nie skorzystam. Uważam bowiem, że teksty, które piszę są bardzo dobre, a książka o liściu – przez to choćby, że stanowi ich wybór – jest jeszcze lepsza. Uważam tak, i nie widzę żadnego powodu, poza jakąś chytrze podrzucaną mi poprawnością, by o tym nie mówić.
Ale wyjaśniliśmy sobie coś jeszcze. Jeśli ja się tu wciąż z niektórymi kłócę, bywam w stosunku do niech nieuprzejmy i niekiedy ich obrażam, to wcale nie dlatego, że ja nie mam do nich szacunku jako do ludzi, ani też dlatego, że bardzo źle znoszę, kiedy ktoś się ze mną nie zgadza. Ja jestem czasem niegrzeczny, bo nie cierpię, kiedy ktoś, moim zdaniem, się myli, i tę swoją pomyłkę próbuje mi głupio wciskać. Jeśli czyjeś argumenty uważam za błędne, albo – co jeszcze gorsze – głupie, nie widzę najmniejszego powodu, żeby je tolerować. Ja owym argumentom nie mam absolutnie nic do zawdzięczenia. Wręcz przeciwnie. Wszystko to co wiem, zawdzięczam nie swojej otwartości na cudze argumenty, ale temu, że mam oczy uszy i serce otwarte na świat, i zachowuję przy tym odpowiednią ostrożność. I zapewniam każdego, że jeśli przyjdzie taki moment, że któryś z nich wykaże mi, ze to co robię jest głupie i bzdurne, ja się nie obrażę. Bo czuję się akurat – i czułem się zawsze – ze sobą wystarczająco dobrze, żeby nie wpaść w depresję, kiedy się okaże, że w czymś nie miałem racji.
Wydałem tę książkę i próbuje ją sprzedać. Ja wiedziałem, że w dzisiejszych czasach sprzedać książkę, to zadanie najczęściej wręcz nie do wykonania. Dlaczego tak jest? Choć oczywiście mogę się jakoś tam tego domyślać, na pewno tego nie wiem, więc nie będę się tu popisywał. Faktem jest, że swoje książki w Polsce sprzedaje Pilch, Stasiuk, Ziemkiewicz, oczywiście Łysiak, no i oczywiście każdy kolejny laureat, czy to Nagrody Nobla, czy którejś z nagród ufundowanych przez „Gazetę Wyborczą”. Poza tym, książki gniją w księgarniach. Byłem niedawno w jednej z nich, i nagle, zupełnie jakbym doznał jakiegoś olśnienia, uprzytomniłem sobie, że to co widzę to jakaś apokalipsa. Wokół mnie piętrzyły się stosy książek, co do których można było mieć jedną pewność – że nikt nigdy ich nie kupi, i niemal każda z nich najpierw zostanie zdewaluowana do poziomu symbolicznej złotówki, a następnie skierowana na przemiał. I w pierwszym rzędzie, będą to ksiązki autorów kompletnie nieznanych, a więc jakieś 90% tego co tam jest, a następnie jakichś Passentów, Stommów, czy innych znanych nam z telewizji, czy z popularnej prasy autorów. I było to przeżycie niesłychanie silne. Świadomość, że oto przede mną rozpościera się parędziesiąt ton czegoś kompletnie bezużytecznego, niemal nikomu niepotrzebnego. I teraz ja mam pytanie: jaka jest to konkurencja choćby dla mnie, jako autora tych tekstów?
Ktoś się od razu pewnie zapyta, jaką w takim razie ja jestem konkurencją dla nich. I to, jak sądzę, jest pytanie ciekawe, szczególnie w sytuacji, gdy ja tu wciąż występuję z przekonaniem, że teksty, które tu publikuję, są od tego wszystkiego i znacznie bardziej wartościowe i lepiej napisane, a książka, o której tu mówimy, zwyczajnie lepsza. Na poziomie, który tu opisałem, oczywiście różnicy większej nie ma. Zarówno to wszystko co się tam piętrzy, jak i książka o liściu, to jest jedno wielkie nieporozumienie. Zachowując ten poziom, zarówno te księgarnie, jak i większość nakładu „Liścia” możnaby było przerobić na makulaturę i z tego papieru zrobić cokolwiek, ze znacznie większym pożytkiem. Jednak, jest przede wszystkim tak, prawdopodobnie każdy z tych autorów jest głęboko przekonany, że napisał fantastyczną książkę i marzy o tym, by ją sprzedać, a tylko ja jestem stawiany pod pręgierzem dokładnie za to samo. Że uważam, że napisałem dobrą książkę i chcę ją sprzedać. To po pierwsze. Ale również jest tak, że wszystko można sobie bez najmniejszego problemu porównać, i do tego służą bardzo konkretne narzędzia. I zatem, korzystając z owych narzędzi, trzeba dojść do wniosku, że ja nie mam najmniejszego powodu, by się tu czegokolwiek wstydzić.
W najnowszym numerze tygodnika „Uważam Rze” kilka kolejnych stron poświęconych jest na reklamę – wcale nie wykupiona, ale najprawdziwszą redakcyjną reklamę – kilku najnowszych tzw. pozycji księgarskich. Na pierwszy ogień idzie najnowsze dzieło Waldemara Łysiaka. Ponieważ tu chodzi o nie byle kogo, ale o samego Łysiaka, temu akurat poświęcone są trzy kolejne strony żywego tekstu, tak by każdy mógł sobie przeczytać, co to za dzieło przed nami. Inna sprawa, że, jak się okazuje, już wcześniej, w tym samym „Uważam Rze”, wybitny oczywiście krytyk literacki Masłoń wyraźnie napisał, że nowa powieść Łysiaka jest świetna. No dobra, niech więc będzie, że to Łysiak, więc powinienem siedzieć cicho. Niech będzie. Ja wprawdzie tam widzę wyłącznie wilgotne krocza, galaretowate mózgi, wyprężone kutasy i kopulację, ale niech będzie. Łysiak. Zwłaszcza że może cała ta powieść jest istotnie świetna, a ten fragment wyłącznie przypadł do gustu któremuś redaktorowi z „Uważam Rze”.
Patrzmy jednak dalej. Oto redakcja „Uważam Rze”, w ramach rozwijania czytelnictwa, i wspierania wydawnictwa „Znak”, poleca wywiad rzekę, jaką przeprowadził Szymon Hołownia z Marcinem Prokopem. Z tego co zostało tam zamieszczone, wynika, że obaj panowie przyjaźnie sobie rozmawiają o tym, czy Bóg istnieje. Hołownia mówi, że tak, a Prokop, że nie. No ale temu akurat dziwić się nie należy. Na tym ten plan polegał od samego początku Że postawi się jednego pobożnego i jednego niepobożnego i spróbuje się zrobić się z tego porządny show. Po Prokopie i Hołowni, idą już Mann z Materną (też „Znak”) ze swoimi wspomnieniami z jakichś podróży. („Nasza własna kabina była luksusowa, aczkolwiek niewielka.” „Uniosłem nogi i bardzo regularnie kopałem w łóżko, które było nade mną. Kiedy Krzysztof pytał, co się dzieje, mówił mu, że jest sztorm.”). Po Krzyśku i Wojtku, idzie już powieść zagraniczna („Znak”, jak najbardziej) i taki fragment: „Mężczyźni rzucili się do wody i utrzymywali się w niej pionowo pod dnem tratw, wzdrygając się gdy kule przebijały gumę i wycinały pieniące się linie w wodzie dookoła ich twarzy. Karabiny prażyły ogniem, a potem ich charkot przycichł”. Na koniec, okazuje się, że również książkę napisał piosenkarz i, jak go przedstawia autor artykułu, Filip Memches, „wybitny muzyk, świetny poeta, zdolny malarz”, Tomasz Budzyński, i teraz jej – podobnie jak wcześniej Łysiakowi – poświęcony jest cały osobny tekst. Oczywiście o tym, że to ksiązka naprawdę świetna.
I ja oczywiście z całą pewnością wiem, że gdyby Budzyńskiemu zadać pytanie, czy on jest „wybitnym muzykiem, świetnym poetą i zdolnym malarzem”, on by skromnie spuścił oczy i powiedział, że nie on tu jest od oceniania, że ocenę pozostawia innym, ale ma nadzieje, że każdy w tym co on robi, znajdzie coś dla siebie, no a poza tym on jest przede wszystkim słabym człowiekiem, i takie tam. Wiem to, bo wiem też, że Budzyński to osoba niezwykle skromna, w najmniejszym stopniu nie zarozumiała i pełna niepewności. A jeśli przyjdzie mu kiedyś coś powiedzieć, to on zawsze znajdzie kogoś, kto to powie za niego. Choćby takiego Filipa Memchesa, który też zawsze znajdzie forum, na którym to coś powiedzieć będzie mógł.
Ze mną, proszę Państwa, jest jednak zupełnie inaczej. Ja przede wszystkim wcale nie uważam, że jeśli to co robię, uważam za wartościowe, a to co sobie myślę, za słuszne, to ocenę jednego i drugiego powinienem pozostawić wyłącznie innym. Nie sądzę, by stała i zawsze widoczna gotowość do obrony swoich racji i jakości swojej pracy oznaczała zarozumialstwo. Podobnie wiem, że prawda jest dobra, a nieprawda zła. I tego faktu nie zmienią żadne mody i nieustanne próby relatywizacji wszystkiego. Ale wiem jeszcze coś. Że jeśli kiedyś nagle ktoś mnie przekona, że skromność to siedzenie cicho ze spuszczoną głową, w oczekiwaniu na opinię większych i mądrzejszych, to i tak już tu nic nie zmienię i będę musiał cierpieć tę swoją nieskromność. Choćby z tego powodu, że ja nie mam nikogo do pomocy. Jestem zupełnie sam. I jeśli już przyszło mi walczyć, to muszę to robić własnymi rękoma.
A więc własnymi rękoma, a dokładnie rzecz biorąc, palcami, proszę: kupujcie książkę o siedmiokilowym liściu. Jest naprawdę znakomita. A jeśli ktoś, jak idzie o ksiązki, ma pieniądze tylko na Budzyńskiego, niech mi chociaż wrzuci co nieco do skarbonki. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

I jeszcze krok bliżej

To co dziś postanowiłem napisać, nie jest w żaden sposób ani wynikiem moich przemyśleń, ani nawet prezentacją moich obserwacji. Myślę sobie jednak, że ponieważ zasadniczo wszystko co na tym blogu jest zamieszczane, to niemal w stu procentach efekt mojej własnej pracy i moich własnych refleksji, raz na jakiś czas mogę sobie pozwolić na skorzystanie z aktywności osób znajomych. Ale za to jak! Proszę się złapać foteli, krzeseł, czy czego skutecznie się złapać można, i posłuchać.
Otóż nasz kolega, a mój dobry kumpel, Michał Dembiński, który, jak niektórzy wiedzą, reprezentuje opinię nam obcą, nieprzyjazną i nam w gruncie rzeczy obrzydliwą, która – mówiąc bardzo ogólnie, a kto wie, czy może nawet trochę niesprawiedliwie – sprowadza się do sugestii , że kto nie ma siły, niech zdycha, zamieścił na swoim blogu – tak na marginesie, reklamowanym tu jak należy – tekst poświęcony wypowiedzi człowieka nazwiskiem Jeremy Clarkson. Myślę, że niektórzy z nas owego Clarkson znają. Jest to bardzo znany komentator telewizyjny, prowadzący kultowy w niektórych kręgach program zatytułowany „Top Gear”, a poza tym, autor wielu dość interesujących zbiorów felietonów Otóż, wedle relacji Michała, który z kolei powołuje się na informację podaną przez brytyjskie media, w tym słynny „Telegrach”, występując w telewizji BBC, Clarkson tak oto skomentował strajk sektora publicznego, który aktualnie przyciąga uwagę brytyjskiej opinii publicznej:
„Mówiąc uczciwie, ja bym ich wszystkich kazał wystrzelać. Wyprowadziłbym ich zwyczajnie na dziedziniec i na oczach ich rodzin bym ich rozstrzelał. Bo rzecz w tym, że jak oni w ogóle mają czelność wszczynać jakiekolwiek protesty, przy swoich tak nieprawdopodobnie wysokich, gwarantowanych emeryturach, podczas gdy my wszyscy musimy harować na życie?”
Ciekawe, prawda? Ja wiem, że w dzisiejszych czasach, zwłaszcza przy ostatnio coraz bardziej modnym podejściu do spraw publicznych, akurat u nas ten typ refleksji może robić wrażenie dość typowe, jednak nie da się ukryć, że mimo wszystko ciekawe. Anglicy w końcu zawsze mieli szczególne retoryczne talenty. W tym momencie, zacytowawszy ten fragment, nasz kolega, a mój kumpel, Michał Dembiński – histeryczny liberał i Europejczyk – po odpowiednio mocnej deklaracji, że owszem, ten Clarkson, to niezłe ziółko i takie tam, przedstawił cały długi tekst o tym, że, gdyby się tak nad tym zastanowić, to należałoby dojść do wniosku, że w tym co on głosi, jest pewien bardzo poważny sens. No a dalej, jak się można domyślać, następuje już tylko całkowicie standardowy wykład na temat, o którym tu już było wyżej. Że jak ktoś jest dupa, to niech nie podskakuje. I wreszcie na końcu pada apel, by może ten Clarkson przestał się zajmować duperelami, a podjął starania na rzecz uświadamiania społeczeństw na poziomie podstawnych prawd ekonomicznych. Bo przy wszystkich znanych kontrowersjach, to naprawdę łebski gość. A więc znów standard.
I w tym momencie, z komentarzem pod tą notką, pojawił się nasz inny kolega, a przy okazji mój i Michała wspólny kumpel, piszący tu niekiedy jako adthelad i przedstawił informację następującą. Otóż, Jeremy Clarkson, poproszony przez telewizję BBC o ocenę tych strajków, w pierwszym momencie odpowiedział następująco: „Uważam, że te strajki są fantastyczne”. A dopiero po chwili zaproponował, że ponieważ, jak powszechnie wiadomo, BBC słynie z bezstronności, to on spróbuje swoją wypowiedź zrównoważyć… no i to własnie wtedy wygłosił ów szokujący fragment o rozstrzeliwaniu niezadowolonych. A więc – wychodzi na to, że to był zwykły żart. Czy dowcipny? Czy mądry? Mnie osobiście się podoba, ale biorę też pod uwagę, że ktoś mógł się poczuć urażony. Jedno jest pewne. Jeśli kogoś powyższe słowa mogły rzeczywiście urazić, to z całą pewnością nie jako poważna propozycja, ale właśnie, jako żart. Mój przyjaciel, a nasz kolega, Michał Dembiński, zwyczajnie niedoinformowany, co się przecież zdarza, wziął ten fragment wypowiedzi na poważnie i… mamy to co mamy. Nie powiem ani słowa więcej, bo nie chcę się nad nim znęcać.
Inna sprawa, że to, tak naprawdę, wcale nie chodzi ani o Michała, ani o Clarksona, ani też nawet o to, że, jak się okazuje, media to – i to zupełnie niezależnie od granic i pochodzenia – zaraza, którą należałoby, skoro już o tym mowa, wyprowadzić na dziedziniec i najzwyczajniej w świecie rozstrzelać. Problem bowiem polega na tym, że poziom tego skażenia, o którym tu rozmawiamy już od niemal czterech lat, osiągnął taki stopień intensywności, że ja osobiście nie jestem już w stanie sobie wyobrazić niczego, co by mnie jeszcze było w stanie zszokować. Ja wiem? No może jeszcze pewne niespodzianki na nas czekają. Powiedzmy, że któregoś dnia, ktoś o niezwykle wysublimowanym poczuciu humoru, zaproponuje, by w ramach walki o ratowanie euro, czy po prostu przygotowywanie gruntu pod nowy europejski ład, czy może wręcz o z dawna wyczekiwane niemieckie przywództwo, wszystkich nieprzystosowanych zacząć fizycznie i ostatecznie eliminować. Bydło eliminować, kościoły palić, biało-czerwoną flagę przyozdobić i uwznioślić przy pomocy czarnej wrony trzymającej w dziobie złoty sierp i młot.
I w tym momencie w całej publicznej domenie rozgorzeje debata na temat sensowności tej propozycji. W “Szkle kontaktowym” rozdzwonią się telefony, Fundacja Batorego zorganizuje na ten temat debatę, wydawnictwo „Znak” wyda książkę, blogosfera zapłonie dyskusją, jakiejśmy wcześniej nie znali, a może i nawet któryś z bardziej znaczących duchownych zabierze głos na temat przestrzeni wolności wypowiedzi i antydemokratycznych obsesji.
Jak by się nie ustawiać, wszystko przed nami. Wszystko przed nami.

Jest ktoś uznał ten tekst za wystarczająco poruszający, proszę o sprawdzenie, jak się te – w gruncie rzeczy przecież dość podobne – teksty czyta w wydaniu papierowym. Osobiście uważam, że znacznie lepiej. No i będę wdzięczny za wszelkie ewentualne wpłaty na podany obok numer konta. Dziękuję.

sobota, 3 grudnia 2011

O prawdziwych autorytetach i występnej uzurpacji

Mam nadzieję, że ci którzy spędzają tu swój czas w miarę stale, zdążyli już zauważyć, że pisząc te teksty, staram się bardzo, by ich forma była raczej bez zarzutu. Krótko mówiąc, chodzi o to, bym, jeśli na przykład piszę o karze śmierci, nie zaczynał od zdania: „Jestem za tym, żeby kara śmierci była utrzymana, a Tusk jest rudym Niemcem”. A zatem, zanim napiszę pierwsze zdanie, bardzo się zastanawiam, jak to zrobić, żeby ta fala płynęła w swoim naturalnym tempie, a nie rozbijała się o skałę, zanim ktokolwiek zdąży ją zauważyć. Tak samo dokładnie było z wpisem jeszcze wcześniejszym, w którym przede wszystkim z prawdziwym bólem serca chciałem poinformować, że mam bardzo złe myśli, jak idzie o mojego bohatera i mentora – Jarosława Kaczyńskiego. W tej sytuacji, pomyślałem sobie o pierwszej akurat istotnej dla mnie kwestii, a mianowicie o tym, że oryginalnie bardzo liczyłem na to, że tekst wcześniejszy utrzyma się na górze tego bloga znacznie dłużej, ale ponieważ wyszło na to, że on zainspirował właściwie tylko mnie, uznałem, że szlag trafił, niech zjeżdża. Piszemy nowy. Ale żeby jakoś go zacząć, uznałem, że dobrze będzie, jeśli najpierw wyjaśnię, skąd się on w ogóle wziął. No i zacząłem się żalić, jak to mnie kompletnie rozbija notoryczna nieobecność wśród komentatorów tego bloga, takich osób jak Latinitas, czy Don Paddington choćby, którzy, jak wiem, są tu z nami cały czas, tylko z jakiegoś nieznanego mi powodu wolą milczeć. No i tak się porobiło, że jak już zacząłem o tym pisać, to mi się ten wstęp znacząco wysłużył. Bywa.
I oto, jako pierwszy ze swoim komentarzem pod tą notką – przypominam, że przede wszystkim o tym, że jest dla mnie niezwykle przykrym doświadczeniem słuchanie Jarosława Kaczyńskiego, jak wzywa nas do tego, byśmy się rzucili na tych nasłanych przez System byczków i w ten sposób spróbowali odzyskać to, co, przynajmniej na jakiś czas, zdecydowanie straciliśmy – zgłosił się powszechnie znany celebryta Robert Leszczyński. Tu, tak jak to zresztą robię tu notorycznie, pozwolę sobie na moment dygresji. Otóż jeśli ktoś taki jak ja – a więc prawdopodobnie przez Leszka Millera kwalifikowany, jako podwójne zero – decyduje się prowadzić blog, i po pewnym czasie ów blog zdobywa popularność tej rangi, że czytają go zarówno z jednej strony Zyta Gilowska, czy Przemysław Gintrowski, jak i ze strony całkowicie przeciwnej osobnicy tacy jak Wojciech Orliński, czy wspomniany Robert Leszczyński, to dla niego ów fakt musi być w sposób absolutnie obiektywny wydarzeniem istotnym. I nie ma tu żadnego znaczenia, kto jest tu zdrajcą, kto bohaterem, a kto idiotą. Wszystko jest bardzo proste. Ten blog jest bardziej popularny, niż inne blogi. I kropka.
A więc, kiedy zobaczyłem, że mój ostatni tekst został skomentowany przez Roberta Leszczyńskiego – jednego z pierwszych przedstawicieli najbardziej podstawowego mainstreamu, poczułem satysfakcję. Oczywiście, nie musi to oznaczać od razu tego, że ja z owym Leszczyńskim będę chciał się wdawać w jakieś rozmowy, jednak poczucie pewnej satysfakcji zostaje. W tym akurat wypadku zdarzyło się jednak jeszcze coś. Komentarz Roberta Leszczyńskiego zrobił na mnie wrażenie. Mówiąc bardzo ogólnie, osobiście dotychczas nie miałem chyba okazji wysłuchać, czy przeczytać opinii, która w sposób tak skondensowany symbolizowałaby to wszystko, z czym ja tu od niedługo już czterech lat walczę. A mianowicie ten najbardziej tępy mainstream, gdzie nic się nie dzieje naprawdę, o ile ci, którzy w rzeczywistości trzymają władzę, tak nie zadecydują.
Pisałem tu kilka razy o tak zwanych autorytetach, a raczej o całym przemyśle tworzenia autorytetów, wyłącznie po to, by najbardziej podstawowa część społeczeństwa znała zarówno kierunki, jak i nieocenione korzyści, jakie czekają na wszystkich tych, którzy wskazane kierunki wybiorą. Przesłanie każdego z tych tekstów było jedno – tak zwany autorytet, to całkowita fikcja, z tej prostej przyczyny, że wszyscy oni są tymi autorytetami nie z przyczyn naturalnych, lecz w wyniku zwykłego mianowania. Kiedy tę myśl wypowiada się w zdaniu takim jak to, ktoś może sobie pomyśleć, że, owszem sytuacja ta jest bardzo zabawna. Jednak problem polega na tym, że w tym nie ma nic śmiesznego. Zwłaszcza dla tych, którzy autorytetem nie dość że nigdy nie będą, to o bycie tym autorytetem, choćby w najbardziej ograniczonym zakresie, nawet nie mogą zabiegać.
Komentarz Roberta Leszczyńskiego, zamieszczony pod moim tekstem o tym, że Jaroslaw Kaczyński źle zrobił, wzywając do demonstracji w dniu 13 grudnia, składa się z dwóch części. W pierwszej, Robert Leszczyński zarzuca mi, że mój blog stoi na beznadziejnie niskim poziomie i jeśli tu ktokolwiek jeszcze przychodzi, to raczej po to, by poczytać sobie co ciekawsze komentarze – zakładając oczywiście, że jakiekolwiek jeszcze tu są. Druga pretensja dotyczy tego, że ja tu na tym swoim blogu żebrzę – właśnie takiego określenia Robert Leszczyński użył – o to, by ktoś zechciał kupić moją książkę. A tak nie wolno. Żebrać nie wolno. Jak idzie o tę pierwszą kwestię, tu właściwie nie ma za bardzo o czym gadać, bo to, na jakim poziomie te teksty się znajdują, z punktu widzenia Roberta Leszczyńskiego, nie ma najmniejszego znaczenia. Ja na przykład uważam, że to teksty pisane przez niego akurat są bardzo kiepskie i do niczego, jego występy w telewizji są jeszcze gorsze, a każda przedstawiona przez niego analiza czegokolwiek grzeszy głupotą wręcz karykaturalną. Tyle że co z tego, skoro jest nie podgalającym dyskusji faktem, że są też tacy, którzy uważają inaczej, i Roberta Leszczyńskiego z wielką przyjemnością czytają i słuchają? Podobnie zresztą, jak Łukasza Warzechę, Igora Janke, czy nawet Jacka Żakowskiego. Można jedynie zauważyć, że Robert Leszczyński, wygłaszając swoją opinię, jest całkowicie irracjonalny, dlatego, że o popularności tego bloga świadczy choćby to, że on i jego kumpel Orliński nieustannie tu spędzają czas. Dla komentarzy jazgdyni? Przy całym szacunku, proszę – bądźmy poważni.
Znacznie ciekawsza, i tak naprawdę na tyle ciekawa, że zmusza do potraktowania jej w sposób poważny, jest owa druga kwestia, dotycząca owego żebrania. Jest ona tak, moim zdaniem, poważna, ponieważ w sposób absolutnie idealny symbolizuje intelektualny wymiar prezentowany przez kulturową formację, która zaanektowała całe nasze życie publiczne, której wybitnym reprezentantem jest Robert Leszczyński, a z którą ja wszystkimi swoimi siłami staram się walczyć. Zacznijmy jednak od początku, a więc od ostatniego dnia lutego 2008 roku, kiedy jako toyah, zamieściłem w Salonie24 swoją pierwszą notkę. Wkleiłem tam ten swój tekst, i on od razu trafił na główną stronę. Podobnie następny, tak samo kolejny, i niemal wszystkie następne. Czy stało się tak, że Igor Janke to jest mój osobisty kumpel? Czy może dlatego, że mój brat, lub mój ojciec, czy mój wujek, czy wreszcie mój dobry kolega, lub kolega mamy, są lub byli znajomymi Igora Janke i mi to wszystko załatwili? Nie. Od pierwszego do ostatniego tekstu, jakie zamieściłem w Salonie24, niemal wszystkie trafiały na pierwszą stronę, a wiele na samą jej górę, tylko dlatego, że wystarczająco dużo osób uznało, że one są zwyczajnie dobre. Po prostu. I nie ma tu nic do rzeczy to, czy ja jestem osobą zarozumiałą, czy skromną. To bowiem jest faktem.
Po niecałym roku blogowania – zaznaczam, że blogowania całkowicie niezależnego i wspieranego wyłącznie przez głos czytelników – teksty te otrzymały główną nagrodę w konkursie Onetu na polityczny blog roku. Czemu tak się stało? Nie mam pojęcia. Nigdy tego nie zrozumiałem i już chyba nie zrozumiem. Wprawdzie bloger Aleksander Ścios uważa, że to dlatego Onet dał mi tę nagrodę, by podzielić polską prawicę, ale ja uważam przede wszystkim ten pogląd za absurdalny, a poza tym, nawet jeśli jest tak jak on mówi, to tym bardziej mam rację, twierdząc, że ten blog to nie byle co. A zatem, jest sobie ten blog już niemal cztery lata i jakoś sobie radzi. Bez jakiegokolwiek wsparcia, bez reklamy, bez jakiejkolwiek zewnętrznej akcji promocyjnej. Jest i sobie żyje wyłącznie dlatego, że jest wystarczająco dużo osób, które chcą go odwiedzać.
Są tacy, którzy uważają go za głupi, zły, podły i szkodliwy, a jego autora za zarozumiałego bałwana. Przyjmijmy więc, że tego typu opinia jest słuszna. Przyjmijmy, że tak – teksty które się tu ukazują, bardzo źle napisane, merytorycznie są beznadziejnie niskie, a ci wszyscy, którzy lubią je czytać, to durnie tacy sami jak ich autor. Załóżmy, że popularność tego bloga jest wyłącznie skutkiem tego, że wciąż jest niestety wystarczająco dużo osób złych, podłych i głupich, którym rodzaj emocji tu obecnej, z jakiegoś powodu jest miły. Załóżmy, że prawdą jest to, co kiedyś o nim powiedział Łukasz Warzecha – że jest to zwykłe, tępe plucie, w stylu jakiegoś Azraela, czy Rudeckiej, tyle że z drugiej strony barykady. Ale w tej sytuacji, co ma do tego Robert Leszczyński? Co go to na miłość Boską obchodzi? Dlaczego on tu siedzi od rana do wieczora i się zadręcza? Po ciężką cholerę, pewien bardzo uznany kabareciarz z Gdańska swego czasu postanowił ten blog strollować tak, by praktycznie uniemożliwić jego funkcjonowanie? Mam na ten temat swoją teorię, ale ponieważ i tak żaden z nich jej nie przyjmie, nie będę się tu w tej chwili nią zajmował.
Zwłaszcza że mam w tej chwili do powiedzenia coś znacznie ciekawszego. Jak wiemy, dzięki pieniądzom, które mi na ten cel pożyczył jeden z oddanych czytelników tego bloga, i darmowej edycji, którą dla mnie przeprowadził inny czytelnik tego bloga, wybór wcześniejszych tekstów ukazał się w formie książkowej. Książka ta nie jest rozpowszechniana w sieci publicznej, nie jest do kupienia w księgarniach, nie jest reklamowana w oficjalnych mediach, nie wspominają o niej osoby znane i mające dostęp do publicznej świadomości. Nie jest ona reklamowana również w tak zwanych mediach pozasystemowych faktycznie i pozasystemowych podobno, a więc w „Gazecie Polskiej”, na prawicowych portalach, w „Salonie 24”, czy w „Naszym Dzienniku”. O ile mi wiadomo, nie wspomniał o niej publicznie nikt, kogo głos mógłby być słyszany szerzej. Ale zarówno jej wydawca, jak i sponsor, czy wreszcie sam autor, nie mają możliwości, by zorganizować jej szerszą reklamę. Sytuacja jest więc taka, że kupić ją może tylko ktoś, kto albo czyta ten blog, albo komu któryś z jego znajomych ją polecił, mówiąc mu żeby sobie tę książkę kupił, bo jest dobra. A zatem, jedyna reklama na jaką ta książka może liczyć, to tak zwana szeptana propaganda, lub zachęta pojawiająca się na tym blogu: „Kupujcie tę książkę, a ja Wam gwarantuje, że nie będziecie żałować”, Co jest złego w takim apelu? Uważam, że nic, choćby z tego względu, że jest to apel utrzymany jak najbardziej w standardzie. Każda możliwa reklama oparta jest na dokładnie tym samym przekazie: „Kup, a będziesz zadowolony”. Jedyna więc różnica między tą reklamą, a tamtymi, jest taka, że tam prowadzą je osoby wynajęte, a tu zoragnizowana jest ona u samego swojego źródła.
Jednak, jak rozumiem, Robert Leszczyński nie o to ma do mnie żal, że ja proszę ludzi, by kupowali moją książkę, bo to jeszcze robić mi chyba wolno, ale że robię to jako „autorytet”. I to jest coś, co stanowi tu kwestię zupełnie podstawową, i co tak naprawdę w pierwszym rzędzie kazało mi zacząć pisać ten tekst. Otóż ja chciałbym bardzo wiedzieć, skąd Robertowi Leszczyńskiemu przyszło do głowy, że ja jestem autorytetem? W jaki sposób, ja, jego zdaniem, tym autorytetem w ogóle mogłem się stać? A tak własnie została sformułowana jego pretensja: „Jak można sprzedawać książkę z pozycji autorytetu, jednocześnie ten autorytet tracąc, żebrząc o jej kupno?” Tak na marginesie, myślę, że to jest bardzo ciekawe, że Robert Leszczyński oryginalnie użył tu słowa „żebrując”. Ciekawe, choć trzeba przyznać, że typowe.
Ale wracam do tematu. Moim zdaniem problem między mną, a tym co sobie na mój temat wyobraża Robert Leszczyński, polega na tym, że ja ani nie jestem dziś, ani nigdy w swoim życiu się nie starałem o to, by być jakimkolwiek i dla kogokolwiek autorytetem, pomijając być może kiedyś moją narzeczoną, a dziś moje dzieci, a on z jakiegoś powodu to że ja tym autorytetem, przynajmniej w sposób deklaratywny, jestem, uważa za rzecz oczywistą. Tymczasem jest tak, że owszem, ja prowadzę ten blog, zamieszczam na nim swoje codzienne przemyślenia, rozmawiam niemal ze wszystkimi, którzy w jakikolwiek sposób chcą te moje refleksje komentować, a czasem się z nimi kłócę, niekiedy bywam w stosunku do nich złośliwy, czy ironiczny, są sytuacje, kiedy jestem grzeczny, ale też takie, kiedy jestem niegrzeczny, kiedy jestem rozbawiony i kiedy jestem wściekły. Zwyczajnie, jak to w życiu. Ale nawet przez jeden moment, ani nie przedstawiałem się tu jako autorytet, ani – co akurat jest to może ważniejsze – nie zostałem jako ów przez kogokolwiek autorytet opisany. Powtarzam. Od kilku lat siadam do komputera, wypisuje swoje żale, ktoś je czyta, czasem próbuje ze mną na ten temat porozmawiać, a ja z tym kimś chętnie rozmawiam. I rozmawiam na ogół jak tylko potrafię poważnie. A tu nagle przychodzi do mnie Robert Leszczyński i mi tłumaczy, że skoro ja jestem takim wielkim autorytetem, to nie wolno mi prosić czytelników, by kupowali moją książkę. Bo to jest podłe żebractwo.
Myślę sobie o ścieżkach, po których chadza myśl Roberta Leszczyńskiego, i dochodzę do wniosku, że to musi być już tylko tak, że on sam uważa mnie za autorytet – pewnie dlatego, że wedle jego standardów, ja posiadam niemal wszystkie atrybuty owego autorytetu – tyle tylko, że on dostaje na mnie cholery, że ja, będąc tym autorytetem, nie mam na to jakichkolwiek papierów, poza tymi tekstami. A on został przez te wszystkie lata bardzo starannie nauczony, że autorytetem nie jest się ot tak, bo gdzieś ktoś ów autorytet w kimś dostrzeże, ale aby zostać autorytetem, trzeba być na to stanowisko mianowanym. Przychodzi więc Robert Leszczyński na ten blog, czyta i patrzy – autorytet. Następnie zaczyna się rozglądać, jednak nie widzi śladu oficjalnego potwierdzenia tego stanu rzeczy. Zagląda do prasy – nic. Włącza telewizor – nic. Pyta znajomych – nic. Wreszcie spotyka kogoś, kto sprawę zna, a ten ktoś mu mówi: „Że co? Toyah? Stary, przecież to jest jakieś pisowskie gówno”. Wraca więc z powrotem na ten blog, czyta i nagle wie! Ach, to tak to się dzieje! On się za autorytet uważa! A to łotr! Ha! Tu go mamy! Niby taki wielki autorytet ale jakoś nie widać, żeby ta jego książka była reklamowana w mediach. Coś nie słychać, by o tej książce dyskutowali poważni publicyści i komentatorzy. Co więcej, nie było nawet pojedynczego przypadku, by fakt, że ta książka w ogóle istnieje, został przez kogoś poważnego zauważony. A więc tak to jest! Taki niby autorytet, a musi zebrać, by ludzie tę książkę kupowali. Autorytety tak nie postępują. Czy ktoś zna fakt, by taki Stasiuk, Pilch, Ziemkiewicz, czy Lis, czy ktokolwiek z naprawdę uznanych autorytetów, żebrał o to, by kupowano jego książkę? Owszem. Jest reklama. W prasie, na billboardach, w telewizji, w Empikach, można zachęcać ludzi do czytania to tego, to tamtego, ale żeby tak samemu? Tak się nie dzieje. A ten tu, cudak niewydarzony, pisze: że jego ksiązka to dobra ksiązka i że warto ją kupić. Co za wstyd!
A więc mamy wstyd. Zdaniem Roberta Leszczyńskiego mamy wstyd. Natomiast ja uważam, że tu nie tylko chodzi o wstyd. Z punktu widzenia Systemu, doszło wręcz do skandalu. Nie dość pojawił się ktoś, kto stara się odnosić sukces i w dodatku próbuje ten sukces sprzedawać całkowicie poza oficjalnym obiegiem i bez jakiegokolwiek wsparcia, poza wsparciem czysto bezpośrednim, stanowi najgorszego rodzaju uzurpację. A System na uzurpację nie pozwala. System uzurpacji się sprzeciwia i System z uzurpacją będzie walczył. A do tej roboty System będzie delegował swoich najlepszych ludzi. Najpierw trafiło na Wojciecha Orlińskiego, a teraz na Roberta Leszczyńskiego. Zawołali go i powiedzieli: „Panie Robercie, niech no pan rzuci okiem na stronę toyah.pl i zrobi tam porządek”. No i pewnie wszystko by jakoś poszło, gdyby nie to, że Robert Leszczyński postanowił dodać parę słów od siebie. No ale, jak wiemy, on jest już taki alternatywny. Wystarczy popatrzeć.

No i jak? Ładnie? Pewnie, że tak. A zatem, jeśli ktoś chce komuś kupić ładny prezent pod choinkę, polecam swoją książkę. Jest tu obok po prawej stronie. Wystarczy kliknąć. No a jak komuś akurat zbywa, to proszę bardzo wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 2 grudnia 2011

Próba druga. Próba ostatnia?

Blogowanie, jeśli przyjąć, że ten kto się tym zajmuje, robi to z uczciwie i z pasją, to bardzo przyjemne zajęcie. Dlaczego zrobiłem zastrzeżenie odnośnie uczciwości i pasji? Otóż chodzi mi o to, że bardzo często trafiam na autorów, którzy zdecydowanie traktują te robotę tak, jakby ktoś im powiedział, że blogować należy, ale oni osobiście nie mają do tego ani serca, ani podstawowego talentu. Mogę zatem sądzić, że dla nich akurat ta część ich życia nie daje im większej satysfakcji. Po czym można poznać, że ktoś blogerem został wyłącznie z tego powodu, że inni też tam już są, a jakoś głupio zostać w tyle? Przede wszystkim, jak już wspomniałem, w ten sposób, że teksty tam publikowane są albo na żenująco niskim poziomie literackim i intelektualnym, lub że to nawet nie są teksty w sensie powszechnie rozpoznawalnym, lecz jakieś parozdaniowe, najczęściej pełne interpunkcyjnych błędów, uwagi na tematy kompletnie nieistotne. Ale jest też inny sposób rozpoznania blogera bez serca i bez choćby podstawowej ciekawości tego, czym mu się przyszło zajmować. Chodzi o komentarze. Są bowiem tacy blogerzy, dla których blogowanie oznacza wyłącznie wlepianie swoich najświeższych przemyśleń, a jak idzie o to, co z nimi się dzieje dalej – to już jest kompletnie nieinteresujące. I tu prym wiodą zawodowi dziennikarze, politycy i różnego rodzaju osoby publiczne. Im akurat do pełnej satysfakcji wystarczy to, że ich tekst znalazł się na eksponowanym miejscu i że czytają go tabuny rozpalonych ciekawością internautów. Podejrzewam, że, poza wklejeniem samego tekstu, jeśli oni tam w ogóle zaglądają, to wyłącznie po to, by się zorientować, ile osob to co tam jest skomentowało, i ewentualnie, czy udało się wzbudzić w nich jakieś emocje. Jakiekolwiek.
Ale są też blogerzy-amatorzy. Ci, którzy, kiedy dopiero zaczynali swoją działalność, owszem, starali się zachować pewną aktywność, ale jak już nagle odnieśli pewien większy sukces i ten sukces został im oficjalnie potwierdzony, uznali się za część owego blogerskiego establishmentu, i zaczęli traktować swoje pisanie niemal wyłącznie jako okazję do potwierdzenia swojej obecności, i to obecności na, odpowiednim jak najbardziej, towarzyskim poziomie. Tu akurat idealnym przykładem byłaby może Kataryna, no ale ona jest już swego rodzaju weteranem. Znacznie bardziej ciekawe jest natomiast obserwowanie blogerów stosunkowo nowych, ale już publicznie rozpoznawanych. A więc najczęściej tych, którzy choćby w minimalnym wymiarze zostali autoryzowani przez domenę oficjalną. Aż serce rośnie, kiedy widać to ich odpływanie.
Co mi strzeliło do głowy, by nagle pisać o blogowaniu, i to jeszcze w tym przedziwnym kontekście? Otóż nagle sobie dziś uświadomiłem, że moja sytuacja jest całkowicie odwrotna do tej, którą opisałem wyżej. Otóż nie chciałbym, żeby ktoś te moje słowa odebrał jako brzydkie nadymanie się, ale ja naprawdę mam kilka bardzo poważnych dowodów na to, że ten blog należy do najważniejszych politycznych blogów w Polsce. Nie będę owych argumentów tu przedstawiał, bo wiem świetnie, że ci, którzy mnie nie znoszą i tak ich do wiadomości nie przyjmą, a ci, co tu przychodzą z potrzeby serca, wiedzą to wszystko świetnie i bez mojego gadania. A zatem, ja miałbym, jak się zdaje wszelkie podstawy do tego, by wszystko co dotychczas robię, robić dalej na tym poziomie zaangażowania, tyle że to zaangażowanie ograniczałoby się zaledwie do pisania tych tekstów i ich wklejania. W końcu, co mi zależy? Ten blog ma swoich stałych czytelników, wedle danych z kalkulatora, odwiedza go często ponad tysiąc osób dziennie – czego mi więcej trzeba? Ktoś powie, że chodzi o pieniądze. No dobra. Niech będzie, że i to, ale, jak sądzę, nawet gdybym od dziś zaczął odpowiadać tylko na wybrane komentarze, wielkość tej pomocy by się raczej nie zmieniła. A mimo to, ja tu siedzę od rana do wieczora i patrzę, czy tu się coś dzieje, czy nie. I ten blog niezmiennie pozostaje niemal całym moim życiem.
Tymczasem, często jest tak, że ja tu jestem niemal jedynym uczestnikiem tego spotkania. Weźmy tekst, który, kiedy piszę te słowa, jest wciąż tekstem najnowszym, ale zaraz spadnie o schodek niżej. Napisałem go wczoraj i miałem poczucie, że to jest coś, co mi się zdarza zaledwie parę razy do roku. Kto się zajmuje blogowaniem na poważnie, wie, co to za uczucie. Ale też ten kto się zajmuje blogowaniem na poważnie, wie, że to jest jedna z tych dwóch sytuacji, kiedy to blogowanie staje się wyłącznie udręką. Jedna to odwieczne już użeranie się z tym okropnym poczuciem, że w większości przypadków w ogóle nie wiadomo, kto to taki siedzi po przeciwnej stronie sieci, a drugie – i z tym mamy do czynienia tu i dziś – to sytuacja, gdy ten tekst, na który tak liczyliśmy, okazuje się inspirujący niemal w stopniu zerowym. Proszę popatrzeć, o co mi chodzi. Wkleiłem tę notkę wczoraj wieczorem, i pierwszy komentarz pojawił się dziś dopiero około południa. Oczywiście od razu na niego odpisałem. A więc, jak na razie, jest jeden-jeden. Czyż nie?
Donoszą mi koledzy, że to w ogóle nie chodzi o inspiracje i brak zainteresowania. Chodzi o to, że każdy, kiedy już pisze, chciałby napisać coś naprawdę ważnego i mądrego, a to akurat nie zawsze się udaje. A zatem, szczególnie przy tekstach bardziej zamkniętych, komentowanie jest bardzo utrudnione. Może i tak, choć nie sądzę. Nie mogę na przykład nie zauważyć, że kilku bardzo znaczących komentatorów, którzy byli tu w swoim czasie bardzo intensywnie obecni, dziś praktycznie się nie pojawiają. Czy to znaczy, że ich opuściła twórcza wena? Niestety nie. Wygląda na to, że to ja tracę siły. Bo czym na przykład można wytłumaczyć to, że taka „latinitas” już się tu nie pojawia? Tu nie. Gdzie indziej, jak najbardziej. No i to jest bardzo poważne zmartwienie, wiążące się z prowadzeniem bloga.
Napisałem wczoraj ten tekst o Oceanii i byłem z niego tak dumny, że pomyślałem sobie, że zatrzymam go na samym szczycie tej strony przez parę dni. No, niestety, jak to czasem bywa, okazało się, że on napisany został raczej tylko dla mnie. A więc, zsuwamy go. Dziś jest czas na kolejną refleksję. Pamiętamy może jeszcze, jak to kilka dni temu zasugerowałem, że w praktyce, podstawowy sens organizowania tzw. Marszu Niepodległości sprowadzał się do tego, by wyprowadzić na ulicę, z jednej strony całą kupę polskich patriotów, a z drugiej ruskich prowokatorów, doprowadzić do krwawego starcia, i w efekcie tego, wzbudzić w podstawowej części społeczeństwa takie napięcie, by można było, już bez dodatkowych, turbulencji, przejść suchą nogą przez przyszły, krytyczny jak się zdaje, rok. Plan nie wypalił. Wielotysięczna demonstracja przeszła ulicami Warszawy bez najmniejszego incydentu, a zatem System i jego służby, chcąc koniecznie zrealizować swój zamysł choćby w wymiarze propagandowym, doprowadziły do starć, na znacznie oczywiście mniejszą skalę, na samych peryferiach tego wielkiego ruchu. Napisałem w swoim tekście, że moim zdaniem, to była, choć nieudana, to zaledwie pierwsza próba. Ale że do podobnych prób musi dojść co najmniej raz jeszcze. Dlaczego? Dlatego, że System nie ma absolutnie żadnej innej szansy zachowania władzy, niż przez spacyfikowanie społecznych nastrojów, które na przyszły tok zapowiadają się w sposób bardzo konkretny. Jeśli System chce utrzymać władzę, musi, jeszcze zanim nastąpi prawdziwy wstrząs i ludzie zaczną wychodzić na ulicę w sposób całkowicie nieskoordynowany, sprowokować zdarzenia tak straszne, by większość społeczeństwa zwyczajnie bała się ruszyć. I teraz, kiedy owa większość żyje wciąż resztkami nadziei, że jeśli tylko zachowamy spokój, nic strasznego się nie wydarzy, jest na to czas jedyny.
Przedstawiłem tę analizę i zaproponowałem, by nie dać się sprowokować. By siedzieć cicho do czasu aż wszystko się zacznie rozwijać w sposób naturalny. Bo oni aż proszą, żebyśmy stracili nerwy. Oni zaczynają i kończą każdy kolejny dzień tą jedną myślą i tym jednym marzeniem. Żeby ludzie wyszli na ulicę i żeby doszło do wybuchu, który wypluje z siebie krew. Prawdziwą krew. Bo tylko to powstrzymać może gniew już autentyczny, i tylko to pomoże zachować władzę. Myślałem sobie o tych scenariuszach, i nagle uświadomiłem sobie, że w najbliższym czasie nie bardzo trafi się taka okazja, by można było zorganizować szerokie protesty, ale nagle ktoś zauważył, że wcale nie – że oto mamy przed sobą grudzień, a tu do przeprowadzenia skutecznej prowokacji przynajmniej parę okazji się musi pojawić. I oto wczoraj System otrzymał pomoc ze strony całkowicie nieoczekiwanej. Nasz prezes – Jarosław Kaczyński wezwał do tego, by 13 grudnia, w rocznicę stanu wojennego powtórzyć ów piękny i poruszający Marsz Niepodległości. Tym razem, by zaprotestować przeciwko temu, co Radosław Sikorski powiedział do swoich kumpli Niemców.
Słysząc te słowa, najpierw osłupiałem, a później usłyszałem kolejne, tym razem pochodzące z ust samego premiera, który zakomunikował, że niech się terroryści, faszyści, kibole i wszelkiego rodzaju pisowska ekstrema, mają na baczności, bo polskie państwo nie pozwoli na jakiekolwiek akty chuligaństwa i przemocy. Przepraszam bardzo wszystkich, którzy może nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji, ale ja w słowach Donalda Tuska zauważyłem wyłącznie wybuch najprawdziwszej satysfakcji. Że oto nadchodzi druga szansa. I że tym razem nie wolno popełnić poprzednich błędów. Tym razem trzeba się zachować energicznie, no a przede wszystkim, zacząć już teraz. Sącząc ze wszystkich stron te zaczepne słowa, że chuligani zostaną rozbici, że faszyzm nie przejdzie, że Warszawa nie ulegnie przed szantażem prawicowych ekstremistów, że Polska przetrwa i teren akt agresji, i licząc na to, że z drugiej strony już tylko będzie rósł ten gniew i ten krzyk: „Nie wierzycie, że zwyciężymy? To my wam pokażemy!!!” I wtedy się zacznie.
Czytałem wczoraj słowa Donalda Tuska, kiedy mówił, że policja jest już gotowa na ten akt terroryzmu, i niemal fizycznie czułem ów dreszcz satysfakcji. I pomyśleć, że owym dobrodziejem okazał się sam Jarosław Kaczyński. Módlmy się za naszą Ojczyznę.

A ja tradycyjnie już zachęcam do myślenia o prezentach świątecznych i do wspomagania tego bloga na codzień. Dziękuję.

czwartek, 1 grudnia 2011

O prawo do skromnego miejsca gdzieś w Oceanii

Nie wiem tak całkiem do końca, jak na wypowiedzi osób duchownych reagują ci, którzy ich zasadniczo nienawidzą, ale z tego co obserwuję, wygląda mi na to, że reakcja ta może być dwojakiego rodzaju. A zatem jej wyrazem będzie albo rozżarzona wściekłość, albo zimna satysfakcja. Wściekłość, jeśli ten ksiądz, biskup, czy zakonnik powie coś mądrego, z czym akurat dany komentator się nie zgadza, a satysfakcja, jeżeli któryś z nich powie coś wyjątkowo, i przy tym w sposób oczywisty, głupiego. Tak czy inaczej – i to akurat też nie jest żadna moja wiedza, lecz zaledwie wynikające z wieloletniej obserwacji podejrzenie – w każdym wypadku, reakcja owa jest następstwem wcześniejszych oczekiwań. A oczekiwania są zawsze tego samego rodzaju: niech on się tylko skompromituje. Niech zrobi z siebie idiotą. Niech okaże się łajzą, ofermą i durniem.
Ja do osob duchownych mam wręcz histeryczny szacunek, o którym zresztą pisałem tu już niejednokrotnie. I jeśli mówię o tym szacunku, to muszę podkreślić, że jest on całkowicie bezwarunkowy i dotyczy absolutnie wszystkich duchownych. Oczywiście, w takiej sytuacji jak ta, ja mogę sobie przeciwko niektórym z nich pobrykać, natomiast nie ma takiej możliwości, bym, spotykając się z jednym czy z drugim twarzą w twarz i pierś w pierś, pozwolił sobie na jakikolwiek przejaw wzgardy, czy choćby nonszalancji. Dlatego też, kiedy zaglądam choćby do Salonu24 i widzę, jak tam robi z siebie bałwana niejaki Krzysztof Mendel – jezuita, a na to bałwaństwo któryś z zaczadziałych już raczej nieodwołalnie komentatorów spod znaku sierpa i młota zwraca się do niego per „Panie Mendel” – i to niezależnie od tego, czy jemu słowa księdza Mendela pasują, czy nie – to ja ten rodzaj chamstwa znoszę wyjątkowo źle.
A Bóg mi świadkiem, że nie jest łatwo. Bo zwłaszcza ostatnio, a więc w czasach, gdy całe zło tego świata swoją agresję skierowało przeciwko Chrześcijaństwu, a zwłaszcza Kościołowi Rzymskiemu, i pod naporem tego ataku wielu duchownych nie wytrzymało i postanowiło się temu złu podporządkować, postępowanie najróżniejszych księży, biskupów i zakonników, w ludziach wiernych Kościołowi budzi żal, który naprawdę jest trudno znieść. Wspomniałem księdza Mendela nie bez powodu. On to bowiem stanowi jeden z powodów, dla którego w ogóle piszę ten tekst. Nas początku tego wszystkiego jednak nie stoi ów ksiądz, lecz sam nasz pan minister Radek Sikorski. Jak prawdopodobnie wszyscy czytający ten tekst wiedzą, 28 listopada, a więc dopiero co, minister Sikorski poleciał do Berlina na jakąś niemiecką konferencję, i w swoim jak najbardziej oficjalnym wystąpieniu, wystąpił do Niemców, by w związku z rozszerzającym się globalnie kryzysem, zechcieli wziąć Polskę pod swój protektorat, bo polski rząd, jako byt suwerenny, nie będzie w stanie zapanować nad sytuacją. Po prostu. Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska o to właśnie zwrócił się do Niemców, i tego faktu nie zmienią żadne zaklęcia.
Ja znam ludzi, i to znam ich niezwykle dobrze, dla których słowa Sikorskiego i jego apel o niemiecką opiekę, nie dość że nie stanowią problemu, to są wręcz odpowiedzią na ich wieloletnie oczekiwania. Że „ten kraj” wreszcie uzna swoje miejsce w Europie i w świecie, i – konsekwentnie – pojmie, że w pewnych okolicznościach, i w przypadku niektórych bytów, niewola może się okazać wyłącznie zbawieniem. Weźmy takiego psa. Dopóki on nie był psem, lecz wilkiem, najczęściej jakoś sobie w tym świecie radził. Kiedy jednak został podporządkowany człowiekowi, bez opieki swojego pana nie jest już wręcz w stanie przeżyć. W Polsce jeszcze może jakoś się odnajdzie, ale, jak wiemy, na takiej już Ukrainie, jest już bez szans. Podobnie, z punktu widzenia Radka Sikorskiego i – to trzeba za każdym razem przyznawać – wielu, bardzo wielu osób całkowicie bezinteresownych, jest z Polską, i z nami Polakami. Jesteśmy jak te psy, czekające aż ktoś je przygarnie i nastawi dłoń do polizania.
Ze strony tych, którzy, mając w świadomości choćby groby tych, którzy dla samego imienia tej naszej udręczonej Ojczyzny, gotowi byli oddać życie, nadeszła dziś do nas informacja, że, wedle wszelkich poszlak, tekst wystąpienia ministra Sikorskiego został napisany nie przez niego samego, ale przez niejakiego Charlesa Crawforda, byłego ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce, a przez Sikorskiego wyłącznie odczytany. Pojawia się wręcz takie nawet podejrzenie, że Crawford nie pisał tego tekstu na zamówienie Sikorskiego, bo ten akurat był tu wyłącznie lektorem, lecz, zwyczajnie, na zamówienie tych, którzy płacą. Dodatkowo – a moim zdaniem uwaga ta jest niemal tak samo znacząca, jak sama treść owego apelu – dziennikarka Joanna Mieszko-Wiórkiewicz zwróciła uwagę na w istocie rzeczy przecież szokujący fakt, że, minister Sikorski swoje wystąpienie wygłosił w jezyku angielskim. Mam nadzieję, ze to jest dobrze zrozumiane. Przemawiając w Berlinie, jako minister polskiego rządu, Sikorski mówił po angielsku. Ale i tu, jestem przekonany, ci wszyscy, którzy dziś wspierają ministra Sikorskiego, jak idzie o samą treść wystąpienia, są też zwyczajnie dumni, że on to wszystko potrafił powiedzieć w obcym języku. I to tak płynnie. I z takim pięknym akcentem.
Pora przejść do księdza Mendela. Otóż w odpowiedzi na informacje o pierwszorzędnym udziale Crawforda w pisaniu przemówienia dla Sikorskiego, stwierdził ów ksiądz, że on zarówno Crawforda, jak i jego poglądy – z którymi się oczywiście zresztą nie utożsamia – zna osobiście, i wie niemal z całkowitą pewnością, że Crawford tego co w imieniu Polski zostało wygłoszone w Berlinie, napisać nie mógł. A więc, tę wybitną mowę napisał sam pan minister Radosław Sikorski, a sam Crawford, jeśli miał tu coś do powiedzenia, to wyłącznie działał na Sikorskiego zamówienie. W pierwszej chwili, kiedy przeczytałem komentarz ojca Mendela, pomyślałem sobie, że chciałbym bardzo wiedzieć, dlaczego on to robi? Co stoi za tego typu zdradą i zaprzaństwem w przypadku człowieka, który, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, musi jednak przedstawiać pewien typ łaski? Dlaczego w momencie, gdy Sikorski głosi to co głosi, a ludzie czujni i spostrzegawczy dostarczają niemal żywego dowodu na to, że za tym jego czynem stoi obca ręka, ów święty mąż dokonuje tak drastycznego gwałtu na swoim sumieniu? Czy to możliwe, że chodziło tu wyłącznie o coś tak trywialnego i bez znaczenia, jak pochwalenie się osobistą znajomością z byłym ambasadorem Wielkiej Brytanii w Polsce? Może.
Ale to była moja pierwsza reakcja. Już jednak chwilę potem, zajrzałem na blog prowadzony właśnie przez wspomnianego Charlesa Crawforda, i ku mojemu zdumieniu znalazłem dwa wpisy, Jeden z 28, a drugi z 30 listopada, w których Crawford najpierw bezwstydnie zachwala mowę Radka Sikorskiego w Berlinie, jako najwybitniejsze wystąpienie w całej polskiej historii – adekwatnie zresztą tytułując ten swój wpis – a później stara się udowodnić, że to nie on był owej mowy autorem, lecz sam Sikorski. I gdybym był tak powierzchowny, jak to się ostatnio przyjęło w naszej publicystyce, wybuchnąłbym w tym momencie pełnym satysfakcji śmiechem i powiedział, że w tej sytuacji jest tak, że to albo ksiądz Krzysztof Mendel jednak nie zna poglądów swojego kumpla Crawforda, albo je zna, tylko nie potrafi wciąż przyjąć, że znaleźliśmy się w czasach, gdzie poglądy tracą jakiekolwiek znaczenie. A zwłaszcza gdy w grę wchodzą już nawet nie pieniądze, ale zwykłe panowanie nad światem. Ja jednak bardzo nie chcę być powierzchowny. Całe to moje pisanie w dużym stopniu sprowadza się do tego, by broń Boże nie być powierzchownym. A więc i tu chcę bardzo zwrócić uwagę na to, że zmierzamy prostą drogą do świata opisanego w jego wielkiej powieści przez Orwella, gdzie mamy już tylko trzy, będące w stanie permanentnej wojny, państwa, i ludzi, którzy ani nic nie mają, ani nic nie wiedzą, ani też nic już wiedzieć i mieć nie potrzebują. I to wcale nie jest ani moja obsesja ani moje szaleństwo. O tym, że taki właśnie został wytyczony kierunek, mówi się już dziś niemal oficjalnie. Ledwo co przecież usłyszałem w telewizorze jakiegoś uczepionego władzy eksperta, który stwierdził, że choćby wobec rosnącej roli Chin, Europa prędzej czy później będzie musiała utworzyć jedno, wielkie, wspólne państwo. Więc nie ma co się stawiać. A ja świetnie rozumiem, co za tym zapewnieniem stoi: Oceania, Eurasia, Eastasia. I tyle.
W Roku 1984 jest taka scena, kiedy to Winston przypomina sobie – ale i przez upływ czasu i przez tę nieustanną propagandę, która każe się skupiać wyłącznie na teraźniejszości, to jego wspomnienie jest jak mgła – że kiedyś chyba słyszał dzwony kościołów. No ale ostatecznie nie jest w stanie stwierdzić, czy to jest coś realnego, czy tylko rodzaj jakiegoś omamu. Mam bardzo bolesne wrażenie, że ci którzy są w pewnym sensie depozytariuszami tych dzwonów, poddali się jako jedni z pierwszych. Dla kogoś, kto uważa, że jest ludzką hańbą zwracać się do osoby duchownej per „proszę pana”, jest to wrażenie naprawdę bolesne.
W tych dniach głos zabrał jeszcze jeden ksiądz. Tym razem aż biskup – Tadeusz Pieronek, i zakomunikował mi, że nie mam prawa nazywać się katolikiem. A ja sobie myślę, że jedyne w tym wszystkim pocieszające jest to, że cokolwiek się stanie, zarówno on jak i ja nie dożyjemy czasów, kiedy nie będziemy mogli sobie przypomnieć, jak naprawdę brzmiały dzwony kościołów. Co innego ksiądz Krzysztof Mendel. Przed nim jeszcze wiele świetnych okazji do nowoczesnej, europejskiej refleksji.

Jak już pewnie część z nas zauważyła, zarzuciłem, zapewnie bardzo honorowy, zwyczaj comiesięcznego zamieszczania tu listy tych osób, które uprzejmie zasilają nas finansowo, i tym samym pozwalają nam w miarę bezpiecznie przechodzić z jednego miesiąca w miesiąc kolejny. Zrobiłem to jednak, ponieważ uznałem, że te podziękowania bardziej są potrzebne mnie samemu, niż tym, do których sa adresowane. A więc tym razem chciałbym tylko jeszcze raz podziękować wszystkim tym, którzy są wciąż ze mną, a szczególnie może wszystkim tym, którzy dopiero od niedawna dają o sobie znać. Bardzo jestem wszystkim Wam wdzięczny. No a przy okazji przypominam o konieczności zadbania o to, by nasi bliscy dostali coś ładnego pod choinkę. Książka, której okładka czeka tuż obok, by w nia kliknąć, byłaby z całą pewnością prezentem idealnym.

środa, 30 listopada 2011

Koniec wściekłości?

Nie bardzo się orientuję, jak teksty, które tu się pojawiają, są odbierane, jak idzie o poziom wylewającej się z nich agresji. Ja oczywiście jestem zawsze gotów przyznać, że jeśli mnie coś bardzo irytuje, to staram się tę irytację zademonstrować w sposób jak najbardziej obrazowy. Ale też nie mam najmniejszych problemów, by podczas tej demonstracji wyrzucać z siebie, to co niektórzy nazywają nienawiścią, a ja wołałbym traktować jak zwykłą szczerość emocji. Natomiast bardzo bym nie chciał, żeby ten blog był przez kogokolwiek – no może poza tymi, na których opinii mi zwyczajnie nie zależy – jako dziennik pisany przez kogoś, kto w pierwszej kolejności stanowi kłębowisko wściekłości.
Czasem – czemu nie? Czasem ja, nawet jeśli mam w sobie głównie łagodność, staram się wręcz z siebie wydusić to, co we mnie najgorsze. Bo wiem, że sytuacja wymaga powiedzenia tych paru słów, których normalnie mówić nie wypowiada. Czasem. I bez większego wysiłku mogę wskazać tu na teksty, których celem była, po prostu i tylko, jak najbardziej brutalna egzekucja. Jednak, jak mówię, mam nadzieje, że wszyscy ci, którzy traktują to miejsce jako pewnego rodzaju przystań, robią to, nie ze względu na te wyjątki, ale bardziej z uwagi na to, co tu się pojawia, by zaledwie wywoływać radość, żal, smutek, czy nadzieję. Nadzieję przede wszystkim.
Z czego to wynika? Przede wszystkim, jak myślę, z tego, że ja naprawdę niewiele się spodziewam po ludziach. Ja bardziej, jeśli już na coś liczę, to na to, że choć paru z nich się pewnego dnia przebudzi i choć na ułamek chwili pokaże, że jednak mają w sobie to coś, bez czego ani rusz. A, mówiąc jak najbardziej ogólnie, że jednak będą się stawać stopniowo lepsi, a nie gorsi. Jednak w życiu by mi nie przyszło do głowy, by od większości osob, z którymi mam w swoim życiu do czynienia, wymagać jakichś super wybitnych popisów człowieczeństwa. Weźmy polski film współczesny. Ja wcale nie oczekuję, że zapowiadany od pewnego czas film o skorumpowanym Systemie – podobno niezwykle demaskatorski i, oczywiście, jak większość z nich, wybitny – zwali mnie z nóg. Więcej. Jeśli on się okaże taki jak te wszystkie wspaniałe polskie komedie w stylu „Dnia Świra”, czy „Testosteronu”, czy dramaty w rodzaju „Psów”, ja wzruszę na to najwyżej ramionami. Natomiast, jeśli on będzie zaledwie taki sobie, na tyle taki sobie, by dało się go obejrzeć od początku do końca, to już będę bardzo zadowolony.
Popatrzmy, dla odmiany, na to co się dzieje na innych blogach. Od jakiegoś czasu, nie wiedzieć czemu, zacząłem częściej niż zwykle zaglądać do Salonu24, który to Salon – a trzeba to w tym miejscu zaznaczyć – jest przez naszą współczesna bolszewię nazywany „psychiatrykiem”. A więc jest jak najbardziej „nasz”. I przyznam, że poziom do jakiego się ów Salon zsunął od kiedy tam przebywałem na stałe, jest porażający. Zaglądam dziś do wpisu Marka Migalskiego. Standard. Migalski uznał za stosowne skomentować kolejny wybryk Radka Sikorskiego, no i skomentował. Żadnych sensacji. Po prostu – Migalski w nowym garniturze. Natomiast niżej mamy już prawdziwą eksplozję zidiocenia w wersji hard. I to własnie w wykonaniu przede wszystkim wspomnianych „naszych”. A wśród nich pewnego krakowskiego patriotę o nicku Sowiniec, który z nimi wszystkim się przekomarza, informując, że albo „bingo”, albo „powiało grozą”, lub po prostu „:)”. Czy ja się mam z tego powodu jakoś szczególnie napinać? Po co? Tamtych bałwanów nawet nie znam, a jak idzie o Słowińca, nawet wtedy, gdy się zorientowałem, że on nie jest w niczym lepszy od całej tej pozostałej bandy – to też zaledwie machnąłem na niego ręką.
Niezmiennie staram się czytać wszystko, co napisze mój kolega Coryllus. A zatem przeczytałem też jego tekst, w którym dostaje on ciężkiej cholery na niejakiego Gadowskiego. Najpierw sobie pomyślałem, że ja na miejscu Coryllusa, swoją wściekłość trzymałbym na lepsze okazje, niż na dokuczanie jakiemuś Gadowskiemu. Jednak do Gadowskiego zajrzałem. I już na samym początku czytam coś takiego: „Niedawno zrozumiałem dlaczego tak jest. Tak jest z Polską i w ogóle z polskością. Spacerowałem po jesiennym parku, lało mi się za kołnierz i zrozumiałem”. No dobra. Znów standard. Gadowski jest podobno dziennikarzem, i to dziennikarzem bardzo szanowanym przez wspomnianego Sowińca, a więc ktoś bardziej ode mnie naiwny, mógłby się zdziwić. Ale ja? Niby czemu? Przecież ja to wszystko wiem od zawsze. Natomiast, przyznać muszę, że na mnie zrobił wrażenie ten fragment o kołnierzu. No bo może ja jestem jakiś mało pojętny, ale co Gadowskiemu się lało za kołnierz? Domyślam się, że deszcz. Chodzi Gadowski po parku, zadumany, refleksyjny, no a że oczywiście bez parasola – kto w końcu prawdziwie wrażliwy nosi parasol? – to mu się deszcz leje za kołnierz. Tyle że ponieważ, jak wszyscy wiemy, deszczu od trzech miesięcy nie ma ani kropli, natomiast jest susza jak sto pięćdziesiąt, wygląda na to, że Gadowski zwyczajnie łże. I do tego łże głupio. Po co? Żeby zrobić na nas wrażenie, jaki to on jest myślący, i jak to jemu taki deszcz zwisa – że zacytuję innego salonowego celebrytę – kalafiorem.
Ponieważ wiedziałem, że Coryllusa może to zainteresować, zadzwoniłem do niego i mu o tym deszczu opowiedziałem, a on oczywiście od razu dostał cholery. I ja nagle zdałem sobie sprawę z tego, że coryllusowa cholera jest jednak dobra, a moja zgoda na to dziadostwo oczywiście zła. On przynajmniej jest jak dziecko, które, kiedy widzi, że coś nie działa tak jak ma działać, to się złości. A ja, zamiast walczyć – coraz bardziej tępieję. Kiedy widzę bandę bałwanów, zajętych wyłącznie niszczeniem i propagowaniem powszechnego zidiocenia, myślę sobie, jak by to dobrze było, gdyby któryś z nich nagle oprzytomniał, i pełen nadziei rozglądam się, czy przypadkiem czegoś nie przegapiłem. I czytam dalej Coryllusa, i myślę sobie, że zupełnie nie mam pojęcia, co go tak nosi. Oczywiście, pewnych rzeczy już nie przeskoczę. Może mi się naturalnie zdarzyć, że napiszę gdzieś w jednym zdaniu, że Ziemkiewicz to ani wyborny pisarz, ani wybitny publicysta, ale żeby to powtarzać w każdym swoim tekście – mowy nie ma! Natomiast pomyślałem sobie, że ja jednak bardzo dobrze rozumiem ludzi takich jak Coryllus, którzy patrzą na to wszystko i z tej złości powoli wariują. A kiedy ktoś do nich przychodzi i im to szaleństwo zaczyna wytykać, to wpadają w jeszcze większy szał. A gdy ktoś życzliwy radzi im uczciwie, że może lepiej nie przesadzać, bo to się źle skończy – dopiero wtedy zaczynają przesadzać. Sam taki nie jestem, ale tę postawę rozumiem. Bo to co się wokół nas dzieje, to naprawdę syf wołający o pomstę do nieba.
Popatrzmy choćby na najnowszy numer magazynu „Uważam Rze” – przypominam, że magazynu, wedle powszechnej opinii, grupującego najwybitniejsze i najbardziej, jak one same o sobie mówią, niepokorne pióra polskiej mysli konserwatywnej – a w nim na satyryczny kącik Mazurka i Zalewskiego. Po kolei: „Donald Tusk zapowiedział współpracownikom, że rząd ma być taki, że mucha nie siada. Ale słowa nie dotrzymał. Mucha zasiada”. Dalej o tej samej damie: „Choć ona podobno wolała resort lotnictwa. Mogłaby sobie na gąsiory zapolować”. Dalej o pośle Nowaku: „Tusk zapowiadał, że Sławek świetnie się sprawdzi w kolejnictwie. Dotychczas znany był z tego, ze żadnej kolejki nie opuszczał”. Dalej: „Cóż, Sławek to człowiek, który wielu resortom może dać stopę. To jest, przepraszamy, twarz”. Teraz o Grupińskim: „Ale akurat to co widzi Grupiński jest mało ważne. I tak ma zeza”. O Niesiołowskim: „Gorzej że w Prezydium Sejmu zabraknie Stefana Niesiołowskiego. Żal nam faceta. Musi się rozstać z ostatnią laską w swoim zyciu”. O Ziobrystach: „Pożytku z nich było, co Wróbel napłakał”. O Hofmanie: „A pan, panie Hofman, to nawet Ziobrze możesz podskoczyć dopiero, jak panu prezes pozwoli”. O byłym pośle i senatorze PiS, Zdzisławie Pupie: „Ech, Sejm bez Pupy, to już nie będzie to samo miejsce. Dobrze chociaż, że z Platformy wszedł Cycoń”. Dalej – nie bardzo wiadomo o czym – jest tak: „Kaczyński zaproponował kompromis – wszystkich przyjmie, jeśli mu Kempa przyniesie na tacy głowę Kury. A Wróbel pieczonego Cymę”. O pośle Mularczyku: „Arkadiusz Mularczyk, zwany pieszczotliwie Mułem”.
Oto poziom. Oto ostatni bastion w naszej wojnie z zepsuciem i zaprzaństwem. Oto nasza brygada specjalna gotowa do walki z – że się zatrzymam na sprawach najnowszych – nie sprzedawaniem, ale już tylko oddawaniem Polski Niemcom w arendę. Oto nasza nadzieja. Ktoś mi natychmiast pewnie powie, że to nieprawda. Że „Uważam Rze”, to tak naprawdę agentura. Że naprawdę nasi, to „Gazeta Polska”, niezależa.pl, „Nasz Dziennik”, no i oczywiście SKOK Stefczyka. No ale, przepraszam bardzo – tu w tej sytuacji, ja już tylko wolę milczeć. Coryllus do kościoła nie chodzi i pewnie nawet się nie bardzo modli, ale w jednym z ostatnich tekstów napisał, że z jego punktu widzenia, na tej „scenie tak marnej”, jedynym prawdziwym wojownikiem, niezłomnym, cudownym uzurpatorem, wbrew całej potędze tego parszywego Systemu, jest już tylko ksiądz Natanek. Nawet ja muszę przyznać, że ta opinia robi wrażenie lekko ekscentrycznej. No ale już w następnym zdaniu, muszę też przyznać, że to wszystko chyba jednak mnie zwyczajnie przerasta. Więc chyba jednak dalej będę pisał te swoje refleksje. Smutne, czy wesołe – obojętne. Jak się trafi. Ale złościć się już nie zamierzam.

Przypominam już tradycyjnie o nadchodzących Świętach i o owej miłej konieczności dawania bliskim prezentów. Obok jest ta okładka. Wystarczy w nią kliknąć. A dalej już tylko same przyjemności. Ewentualnie, jeśli komuś zbywa, proszę o pomoc doraźną. Numer konta też obok. Dziękuję.

wtorek, 29 listopada 2011

O starej dobrej czapie na poważnie

Skąd się nagle wzięła u nas dyskusja o karze śmierci poza tym, że – Bóg Jeden wie, czemu – ni stąd ni z owąd wyskoczył z nią Jaroslaw Kaczyński? Nie wiadomo. Można by było tu spuścić się na opinię tak zwanych poważnych komentatorów, którzy twierdzą, że ze strony Jarosława Kaczyńskiego był to gest polityczny, mający na celu odebranie konkurentom na czas ich debiutu dobrego tematu, tyle tylko że owi komentatorzy są akurat tak samo poważni, jak poważne jest ich całe życie. No a poza tym, przepraszam bardzo, ale może i Jaroslaw Kaczyński ma dziś słabszy okres, jednak z całą pewnością nie aż tak słaby. A więc, skąd się nagle wzięła ta kara śmierci – nie wiemy. I, jak przypuszczam, wiedzieć już raczej nie będziemy. Pal ją sześć. Natomiast myślę sobie, że nie zaszkodzi przy tej okazji powiedzieć parę słów na temat owej kary w wymiarze jak najbardziej ogólnym.
Pamiętam świetnie czasy, gdy kara śmierci była czymś równie naturalnym, jak kara dożywocia, kara więzienia, czy kara klapsa. Oczywiście, biorę pod uwagę taką możliwość, że już wtedy były gdzieś pochowane grupy tak zwanych humanistów, którzy twierdzili, że kara śmierci jest barbarzyństwem, lub, nawet jeśli barbarzyństwem nie jest, to z całą pewnością jest karą nieskuteczną, i powinna zostać zniesiona. Jednak wiem też z całą pewnością, że tego typu głosy nie dochodziły do mnie ani ze strony oficjalnej propagandy, ani od strony Kościoła, ani też tego typu poglądów nie głosili ludzie mi bliscy. A więc, tak czy inaczej, opinia, że kara śmierci jest w ogóle jakimś problemem etycznym, prawnym, czy w ogóle ogólnoludzkim, była wystarczająco egzotyczna, by się nią nie przejmować, i traktować jak stały element naszego życia.
Dziś o karze śmierci, jeśli się w ogóle dyskutuje, to wyłącznie na poziomie ideologicznym, politycznym, lub – ostatnio zwłaszcza – religijnym. Ponieważ zdanie wszelkiego typu bolszewii, której poglądy są zbyt chaotyczne, bym je w ogóle był w stanie ogarnąć myślą, interesuje mnie w stopniu minimalnym, chciałbym się skoncentrować na głosie samego Kościoła i tych, którzy ów głos Kościoła chcą traktować jako swój, i przy okazji ustawiają się w roli tego Kościoła rzecznika. Dla porządku, żeby w ogóle sprawę zacząć, uważam za niezbędne zacytowanie zdania Kościoła w kwestii kary śmierci z dokumentu oficjalnego, i jak dotychczas jedynego aż tak oficjalnego, a mianowicie z Katechizmu. Oto w rozdziale ‘Uprawniona obrona”, czytamy co następuje: „Ochrona wspólnego dobra społeczeństwa domaga się unieszkodliwienia napastnika. Z tej racji tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi”. Zacytowałem całe zdanie. Ani wcześniej ani później, nie ma jednego słowa, które by znaczenie tego zdania w jakikolwiek uwarunkowywało. Można tu najwyżej zaznaczyć, że nieco niżej autorzy Katechizmu zastrzegają, że jeśli tylko znajdzie się inna możliwość ukarania ciężkiego przestępstwa, niż przy pomocy śmierci, należy z tej możliwości skorzystać. Ale podstawowy sens owej wskazówki zostaje zachowany. W przypadkach najwyższej wagi, Kościół dopuszcza stosowanie kary śmierci.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że zarówno Ojciec Święty Jan Pawel II, jak i – jak się dowiaduję – również Benedykt XVI, wypowiadali się niejednokrotnie przeciwko stosowaniu głównej kary, natomiast wiem też na pewno, że słowa Jana Pawła II nie miały charakteru oficjalnego aneksu do słów Katechizmu, lecz były zaledwie Jego refleksją na temat dzisiejszego świata. Refleksją człowieka o dobroci niezmierzonej, ale też jedynie refleksją jedną z wielu. Nie ma bowiem takiej możliwości, by dokument tak poważny i dostojny był uzupełniany przy pomocy słów: „jak się zdaje”. Poza tym – choć oczywiście nie mogę mieć co do tego pewności – mam podejrzenie, że słowa Ojca Świętego były kierowane przede wszystkim do społeczeństw takich jak Chiny, Somalia, czy Sudan – gdzie się ludzi skazuje na karę śmierci tak jak się pluje – a nie akurat do Polski, czy Norwegii. No ale, jak mówię – tu mogę się mylić. Co i tak nie zmienia argumentu podstawowego. Katechizm nie został zaopatrzony w oficjalny aneks. Kościół Katolicki stosowanie kary śmierci dopuszcza, i nawet jeśli Benedykt XVI wejdzie na wyżyny swojej świętości i z niezgłębionej dobroci swojego serca przebaczy wszystkim złoczyńcom, nas, ludzi bez litości i wyobraźni, pozostawiając daleko z tyłu – nie zmieni to faktu, że nauka Kościoła pozostaje tu bez zmian.
Dlatego bardzo mi się nie podoba, kiedy wśród argumentów na rzecz zniesienia kary śmierci, czy braku potrzeby przywrócenia możliwości jej stosowania, pada argument w postaci” „A papież powiedział”. Jeśli papież zleci napisanie i wydanie nowego Katechizmu i fragment o dopuszczalności stosowania kary głównej zostanie zmieniony, chętnie – choć nie bez zastrzeżeń – się nawrócę. Póki co jednak, trzymam się zdania dotychczasowego. A – i to jest kolejna rzecz, którą moim zdaniem, rozważając kwestię kary śmierci należy wyjaśnić – trzeba wiedzieć, że ja nie jestem za tym, by karę śmierci stosować bezwzględnie i ściśle wedle odpowiedniej hierarchii. Uważam, że należy w Polsce przywrócić możliwość stosowania kary śmierci, nie po to, by ją stosować, ale po to, by się tej możliwości a priori nie wyzbywać. Uważam bowiem, że nie ma mowy ani o humanizmie, ani o litości, ani o dobrym sercu, ani o mądrej refleksji, w sytuacji, gdy kogoś kto popełnił okrutną zbrodnię, nie skazujemy na śmierć wyłącznie dlatego, że i tak takiej możliwości zwyczajnie nie mamy. Jesteśmy mądrzy, dobrzy, roztropni i pełni współczucia, jeśli gestem łaskawego zwycięzcy, zbrodniarzowi darujemy życie, a nie wtedy, gdy gestem idioty, zanim ów zbrodniarz dopuści się swojego zła, informujemy go, że może spać spokojnie. Bo za to co zrobił, na pewno nie zostanie zgładzony. Najwyżej pójdzie siedzieć. To nie jest litość. To nie jest cywilizacja. To jest gnuśność i dezercja.
Nie będę jednak udawał, że moje poglądy na karę śmierci wynikają z jakiegoś instynktu współczucia, i z troski o to, by wszyscy dla wszystkich byli dobrzy. W żadnym wypadku. Jestem zwolennikiem karania najcięższych zbrodniarzy śmiercią dlatego, że ja zwyczajnie chcę, żeby oni nie żyli. Żeby zostali usunięci z powierzchni Ziemi. Żeby zdechli najlepiej w jednej chwili. I jeśli za tym marzeniem stoi jakakolwiek myśl, o której możnaby powiedzieć, że wypływa z dobroci mojego serca, to tylko ta, że uważam, że taki okrutny morderca ma większe szanse nawrócenia, stojąc ten jeden raz nad grobem, a nie codziennie, trzy razy dziennie, nad miską z jakąś podłą zupą, do końca swoich nędznych dni.
Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie znaleźć jednego argumentu na rzecz tego, by najbardziej okrutnych i zdeprawowanych morderców trzymać w więzieniach, zapewniając im tam wikt, opierunek i bezpieczeństwo, a niekiedy nawet bardzo znaczącą pozycję w ramach owej szczególnej społeczności, jaką jest środowisko więzienne. Czytałem kiedyś relację z rozmowy, jaką pewien amerykański dziennikarz przeprowadził z jednym z najbardziej słynnych masowych morderców, Richardem Speckiem. Swego czasu Speck zasztyletował osiem uczennic szkoły pielęgniarskiej w Dallas, a zrobił to – tak jak to często w tych sytuacjach się dzieje – bez wyraźnego powodu. We wspomnianej rozmowie przyznaje on nawet, że gdyby mógł zmienić historię, to by tych dziewcząt nie mordował. Co ciekawe, ni z gruszki ni z pietruszki, informuje, że zamiast zabijać, to raczej by się gdzieś włamał i może coś ukradł. Natomiast zabijać? No, nie bardzo. Jednak historii odwrócić się nie da, więc ma ten swój wyrok, 1200 lat więzienia, no i siedzi. Dziś już nie. Dziś Speck już nie żyje. Umarł w więzieniu na zawał serca, czy diabli wiedzą, co. Natomiast, jak idzie o to, jak mu się żyło przez te wszystkie lata, od czasu, gdy został zamknięty, aż do wspomnianej śmierci, wygląda na to, że nie było najgorzej. Jestem wręcz pewien, że wokół nas jest mnóstwo porządnych ludzi, których życie jest znacznie bardziej smutne, niż życie tego Specka. Owszem, to o czym marzył najbardziej, a więc, żeby sobie pochodzić po mieście, w grę nie wchodziło, ale poza tym – nie sposób narzekać. W celi miał kolorowy telewizor, magnetofon i kupę taśm z jego ulubionym Chuck Berrym, paru kolegów, którzy go szanowali, no a poza tym się piło i żarło wszystko, co się dało do celi przemycić.
Speck miał karę. Za złe zachowanie trzymany był w osobnym budynku, skąd nie można było wychodzić ani do pracy, ani nawet na spacer, no, ale – jak już zostało powiedziane – żyć się dało. Opowiada dziennikarzowi Speck, o tym, jak on i koledzy dzień w dzień chleją, tak długo aż stracą przytomność. Pyta go więc dziennikarz, czy on się nie boi wspominać publicznie o kontrabandzie w celi, na co Speck odpowiada ze śmiechem: „A cóż oni mogą mi zrobić?” a to dziennikarz zauważa: „Jakiś pan wesoły”. A Speck na to: „A co mam robić? Płakać przez 1200 lat?”
A ja uważam, że to ostatnie pytanie jest w naszych rozważaniach kluczowe. Bo człowiek jest tak skonstruowany, że nie jest w stanie płakać przez 1200 lat. Człowiek jest tak skonstruowany, że płakać może przez pewien czas, ale po pewnym czasie zaczyna swój los akceptować, i stara się znaleźć jakiś sposób na to, by tę swoją niedolę jakoś wykorzystać dla siebie. A więc przyzwyczaja się. A skoro się przyzwyczaja, to, w sposób naturalny, kolejnym tego etapem jest uznanie, że w sumie nie jest aż tak źle. A dalej to już pozostaje tylko jedno – przekonanie o tym, że właściwie tak jak jest, jest najlepiej. Ktoś mi na to powie, że kara śmierci tym bardziej nie jest rozwiązaniem. Że jeśli się człowieka zabije, to albo – co i tak prędzej czy później nastapi – trafi ów nieszczęśnik do piekła, albo nie zostanie z niego nic – zależnie od tego, kto w co wierzy. A zatem nawet jeśli z tego ma być jakaś satysfakcja, to i tak zostanie ona odsunięta w czasie. Jednak ten element już był wyjaśniany. Przede wszystkim, ja wcale nie jestem pewien, czy akurat z punktu widzenia tego mordercy i Dzieła Stworzenia, jego śmierć nie jest akurat najlepszym rozwiązaniem, a poza tym mnie jego los akurat obchodzi najmniej. Ja po prostu nie chcę, by go święta ziemia dłużej nosiła. A jeśli w dodatku to noszenie ma się odbywać w tak komfortowych warunkach, które mu gwarantują to, że wprawdzie pochodzić po mieście i popatrzeć sobie na dziewczyny się nie da, ale w końcu nie można mieć wszystkiego, to ja zwyczajnie protestuję. Gdyby mi zależało na tym, by ten nikczemnik cierpiał i ponosił nieustanną i wieczną karę za swoje zło i z krzywdę, którą mi wyrządził – a trzeba wiedzieć, że za każdym takim przypadkiem stoi indywidualna krzywda – to bym postulował, by przywrócić nie karę śmierci, ale prawo tortur. Albo, jeśli już karę śmierci, to w tradycyjny angielski sposób, kiedy człowieka się najpierw wieszało, następnie rozciągało, w dalszej kolejności ćwiartowało, a po tym wszystkim te szczątki rozrzucało na wszystkie strony świata.
Jednak ja nie jestem człowiekiem okrutnym. Ja nie pragnę tego by ludzie cierpieli. Ja nie chcę, by kogokolwiek cokolwiek bolało. Ja sobie jedynie życzę, by za zło była kara. A za duże zło duża kara. I żeby te kary były wymierzane przez mądrych i wrażliwych ludzi. I żeby na tym marnym świecie, w miarę oczywiście jego ograniczonych możliwości, panowało prawo i sprawiedliwość. Sytuacja kiedy się z góry zakłada, że jedni mają przed sobą taki los, jaki im przypadnie w udziale, a inni los, który im zagwarantuje głupie państwo, jest dla mnie sytuacją nie do zaakceptowania. Dlatego, jak idzie o to czy kara śmierci ma być zapisana w kodeksie, czy nie, jestem za tym, by ją tam zapisać i nie ruszać, choćby się świat walił.

Póki co, przypominam o nadchodzących Świętach i obowiązku obdarowywania bliskich prezentami. Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości, że książka, której okładka jest tu obok, i którą żeby kupić, wystarczy raz kliknąć i dalej już tylko korzystać z instrukcji, jest prezentem idealnym. Może nie dla idiotów, ale poza tym – jak najbardziej. Poza tym, nie ma co ukrywać, że mimo iż się staram i powoli zaczynam odbudowywać stan względnego bezpieczeństwa, wciąż jestem mocno pod kreską. A zatem, proszę o bezpośrednie wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...