poniedziałek, 14 listopada 2011

W ogrodzie Wielkiego Brata

Ja wiem oczywiście, że wśród tego wszystkiego co na nas każdego dnia wyskakuje i próbuje nas zdezorientować, są rzeczy, dyskutowanie których uważane jest za poniżej naszej godności, i nawet ich wspomnienie powoduje albo wzruszenie ramion, albo, co gorsza – i to może nawet częściej – kpiny, że chce nam się zajmować takimi bzdurami. Moja sytuacja w tym zakresie jest wyjątkowo trudna z tego powodu, że praktycznie wszystko, co mnie w jakikolwiek sposób inspiruje do ruchu myśli, to albo najbardziej podstawowy pop, albo podstawowe zło, albo wreszcie taka prosta, zupełnie bezradna głupota – a to wszystko, zupełnie naturalnie, zawsze jest przecież poniżej naszej godności. No ale na to rady już nie mam. Jak idzie o mnie, to jest już chyba kwestia moich intelektualnych ograniczeń. Tego co naprawdę mądre i warte debaty, umysł mój nie obejmuje.
A zatem, proszę bardzo. Wczoraj w Salonie24 przeczytałem oświadczenie grupy przedstawiającej się jako Zespół Krytyki Politycznej w sprawie wydarzeń 11 listopada w Warszawie, i, zamiast skupić się na treści samej deklaracji, natychmiast skupiłem się na nazwiskach. Ale i tu też, zamiast zwrócić uwagę na nazwiska mniej znane, lub choćby znane, ale w jakiś sposób już autoryzowane, a więc prawdopodobnie stanowiące samo, że się tak wyrażę, żądło tego projektu, natychmiast wypatrzyłem ów pop, w postaci, po kolei: Agaty Bielik-Robson, Seweryna Blumsztajna, Marka Beylina, Artura Domosławskiego, Roberta Leszczyńskiego, Mikołaja Lizuta, Cezarego Michalskiego, Piotra Najsztuba, Piotra Pacewicza, Pawła Smoleńskiego, Jacka Żakowskiego.
Napisałem, że te nazwiska przyciągnęły moją uwagę natychmiast, jednak jest to też nie do końca prawda. One przyciągnęły moją uwagę niemal natychmiast. Zanim zobaczyłem tego Najsztuba, Żakowskiego i Michalskiego, zwróciłem uwagę na jedno, starannie wytłuszczone zdanie: „STOP FASZYZMOWI NA ULICACH WARSZAWY!” I to ono, w pierwszej kolejności, zrobiło na mnie odpowiednie wrażenie. Oczywiście, wolałbym, żeby tam było napisane po prostu: „FASZYZM NIE PRZEJDZIE!” No ale niech już będzie „STOP”. Też mocne i też wiele mówiące.
I teraz już mamy te nazwiska. Powiedzmy nawet, że Blumsztajnem, Beylinem, Domosławskim, Smoleńskim, Leszczyńskim i Lizutem wzruszyłem się niepotrzebnie. W końcu oni wszyscy to „Gazeta Wyborcza”, a z wywiadu, jaki swego czasu z Michałem Cichym opublikował, również wymieniony wyżej Cezary Michalski, wynika, że tam priorytety nastawione są wyłącznie by mówić stop faszyzmowi. Szczególnie faszyzmowi polskiemu. Również biorę pod uwagę, że z tą Bielik sprawa też jest stosunkowo prosta, ale ponieważ TVN-24 ją, jako niezależnego eksperta-socjologa, wciąż prosi o zdanie, jakoś na nią uwagę też zwróciłem. Natomiast to, że tych trzech, a więc Najsztub, Żakowski i Michalski stoi i wrzeszczy: „Stop faszyzmowi!”, na mnie osobiście pewne wrażenie robi. I to wcale nie dlatego, że ja o nich dotychczas miałem inne zdanie i nie spodziewałem się, że oni są przeciwko polskiemu faszyzmowi – nic podobnego – natomiast przyznaję, że ja się nie spodziewałem, że ich wszystkich nienawiść do nazwiska Kaczyński zaprowadzi do miejsca, które zostało nazwane „Nowy Wspaniały Świat” – i to nazwane tak bez najmniejszej ironii, nie jako żart, nie jako ta typowa dla współczesnej młodej lewicy, podszyta przebiegłym humorem, przewrotność, ale zupełnie na poważnie.
I wiem świetnie, że już w tym momencie rozlegnie się zewsząd wołanie: „No wiesz? Toś ty nie wiedział, że Najsztub i Żakowski to zwykła ruska swołocz?” No ale ono mnie akurat nie zaskakuje, tyle że ja już się skupiam na czymś innym. Kilka dni wcześniej bowiem, zapytany chyba przez Monikę Olejnik, po jasną cholerę on się tak rzuca na ten krzyż w Sejmie, który, jak się zdaje, nikomu zupełnie nie przeszkadza, Janusz Palikot odpowiedział, że on też dotychczas nie miał nic przeciwko krzyżowi, ale od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to krzyż stał się symbolem Prawa i Sprawiedliwości, on utracił zarówno wiarę w krzyż, jak i przy okazji wiarę w Kościół Powszechny i w Pana Boga, i jeśli dziś walczy z krzyżem, to właśnie na takiej samej zasadzie, jak walczy z Prawem i Sprawiedliwością. Ktoś powie, że to jest chore i że czas te rozważania przerwać. Otóż nie. Wcale nie uważam, że to jest chore, a przynajmniej nie jest chore, z punktu widzenia planu, który na samym końcu tego pozornego szaleństwa stoi jak byk.
Otóż ja uważam, że, jak idzie o plan pierwotny, tu w istocie rzeczy nie chodzi o walkę z Krzyżem. Nie chodzi tu też o walkę z Bogiem. Podobnie jak wcale nie chodziło o walkę z Bogiem i z Krzyżem na początku lat 90, kiedy to cała ta grupa tzw. gdańskich liberałów z Bieleckim, Tuskiem i Lewandowskim, a z nimi wszystkich pozostałych chętnych, a więc środowisk związanych z Unią Demokratyczną, „Gazetą Wyborczą”, „Tygodnikiem Powszechnym”, czy tzw. młodym biznesem, ogłosiła, że w niedzielę gra się w piłkę, a nie idzie do kościoła. Oczywiście, trudno sobie wyobrazić, żeby z takiej okazji nie korzystał Szatan, by On takich sytuacji nie inspirował, natomiast, jak idzie o intencje, wydaje się, że chodziło wyłącznie o pieniądze. I bezpieczeństwo. Podobnie, jak wyłącznie o pieniądze i bezpieczeństwo chodzi dziś. Bo ci, co się znają na rzeczy, wiedzą, że jedyne co im w tym rozpanoszeniu się może przeszkodzić, to tradycyjna polska pobożność i bojaźń boża. A jedynym dziś strażnikiem tej bojaźni i tej pobożności w przestrzeni politycznej jest PiS z Jarosławem Kaczyńskim.
I dziś więc, kiedy Palikot ze swoją szajką wchodzi do Sejmu i zapowiada rewolucję cywilizacyjną i kulturową, on nie ma na uwadze religijności samej w sobie. Religijność dla Palikota jest, i prawdopodobnie zawsze była, niczym innym jak tylko nieszkodliwym przesądem. On dziś ma na uwadze polski Kościół, który trzeba spacyfikować na tyle skutecznie, by on nie miał jakiegokolwiek wpływu na świadomość Narodu. Bo świadomy Naród dla niego stanowi śmiertelne zagrożenie. Wydaje mi się też, że kiedy Najsztub z Żakowskim i Michalskim na dokładkę, stają w jednym szeregu z jakimiś najbardziej upalonymi lewakami, którzy nie wiedzą nic poza tym, że należy niszczyć faszyzm, nie mają na uwadze ani faszyzmu, ani nietolerancji, ani równouprawnienia, ani powszechnego szczęścia w kolorowych oparach marihuany, lecz wyłącznie pieniądz, który chce im zabrać Prawo i Sprawiedliwość. A które to Prawo i Sprawiedliwość nabędzie ku temu zdolności wyłącznie z poparciem polskiego Kościoła. Dlatego niszczą Kościół. Z nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego.
Wszyscy mamy swoje doświadczenia w domu, w rodzinie, w pracy, kiedy to wciąż jesteśmy konfrontowani z nienawiścią osób, którzy nienawidzą PiS-u. Kiedy zaczynałem prowadzić ten blog, napisałem tekst o tym, jak pewna bardzo mi bliska osoba, zapytana przez mnie, co po PiS-ie, odpowiedziała mi, że to co po PiS-ie, nie ma najmniejszego znaczenia. Cel – i przy tym marzenie – jest jeden: postawić Jarosława Kaczyńskiego na taborecie, założyć mu na szyję powróz i kopnąć ten taboret. To co będzie potem, nie będzie miało większego znaczenia. Jak zabraknie na emerytury – pomoże Unia. Od tego czasu zmieniło się wiele. Przede wszystkim został zamordowany Lech Kaczyński. Ale też nastąpił bardzo widoczny postęp w rozwoju społecznej świadomości. Osobiście, kiedy obserwuję postawy osób, które spotykam na co dzień, widzę bardzo wyraźnie, że już nie jest tylko tak, że to Kaczyński i PiS są przedmiotem naszej nienawiści. Ludzie, którzy jeszcze cztery lata temu marzyli tylko o tym taborecie, natomiast jak idzie o całą resztę w postaci czy to Orła Białego, Wojska Polskiego, Krzyża, Powstania Warszawskiego, Kościoła, Boga, Górników z Wujka, czy choćby czerwieni i bieli, czy choćby samej nazwy „Polska” – każdy z nas potrafi tu wymieniać owe symbole tego, co nam najbardziej bliskie, bez końca – dziś zachowują w najgorszym wypadku neutralny spokój. Dziś widzę – i to nie jest moja chora, pełna wściekłości wyobraźnia, lecz fakt – że to wszystko stopniowo zaczyna funkcjonować dokładnie tak, jak to przedstawił Janusz Palikot. A mianowicie jako symbol Prawa i Sprawiedliwości. A zatem przedmiot naszej co najmniej niechęci. Niechęci zupełnie odruchowej.
Proszę zwrócić uwagę, jak ludzie, którzy z nas szydzą, jako z pisowców, kaczystów, pisobolszewii – można wymieniać – równie dobrze, kiedy już z nami skończą, mogą już w chwilę później wydąć w pogardzie usta na słowa o Powstaniu Warszawskim, o Armii Krajowej, czy Zaduszkach – że świeczki śmierdzą, a poza tym, czyż to nie lepiej by było, gdyby zwłoki zwyczajnie palić i wsypywać do gustownych urn. Zwyczajnie palić, jak to jest na całym świecie. Proszę zwrócić uwagę, że ludzie, którzy, kiedy dowiadują się, że jednak my nie jesteśmy tak sympatyczni i tak inteligentni, jak im się zawsze wydawało, jednocześnie bardzo nie lubią polskiej reprezentacji w koszykówce, czy w siatkówce, bo raz że oni są – wiadomo! – gorsi od całego świata, a poza tym te białoczerwone szaliki zaczynają być zwyczajnie śmieszne. A gdzie jeszcze Kościół? A co oni sądzą o ludziach, którzy w każdą niedzielę udają się na mszę? Nie zauważyliście tego? Ja owszem. Widzę to niemal każdego dnia. Tę zmianę. Widzę ją każdego dnia. Widzę tych ludzi, którzy już nie tylko na dźwięk nazwiska Kaczyński dostają szału, ale denerwuje już ich też całe to zamieszanie z orłem na koszulkach reprezentacji, to ciągłe wspominanie polskiej niepodległości, to nieustanne wracanie do problemu nauki historii w polskich szkołach, te groby, ten Katyń – jeden i drugi – ten Mickiewicz, ten Sienkiewicz, ta nieustanna Polska, na którą chce się już tylko rzygać.
A ja nie mam dziś najmniejszych wątpliwości, że ta reakcja ma miejsce dokładnie na takiej samej zasadzie, jak reaguje – lub może tylko twierdzi, że reaguje – na widok krzyża Janusz Palikot. Ci wszyscy ludzie, którzy dziś czują zmęczenie na wspomnienie września 1939, października 1956, czy też grudnia 1970 i 1981, czują to zmęczenie, ponieważ każda z tych dat kojarzy im się z PiS-em i Jarosławem Kaczyńskim. Ponieważ ta pamięć jest dla nich za każdym razem symbolem wyłącznie tego terroru z lat 2005-2007. Dlaczego oni w ten sposób to czują? Otóż moim zdaniem dlatego, ze tak właśnie zostali zaprogramowani. Myślę o tym ostatnio szczególnie często i dochodzę do wniosku, że w pewnym momencie tego ataku, jaki System skierował przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, ten sam System doszedł do słusznego przekonania, ze jeśli te emocje będą kierowane wyłącznie przeciwko jednej partii i jednemu nazwisku, przyjdzie taki moment, że to przestanie działać. A więc, że w celu utrzymania tego napięcia, należy tak uwarunkować społeczeństwo, by ono ten PiS widziało nie tylko w PiS-ie, ale we wszystkim, co ich otacza. Żeby jak najwięcej osób, nie tylko słysząc nazwisko Kaczyński, zaciskało pięści, ale również właśnie widząc choćby ten przydrożny krzyż. Ja jestem pewien, że jest wśród całe mnóstwo osób, którym gdyby przeczytać fragment z Norwida „Do kraju tego…”, kazaliby nam natychmiast przestać, bo oni już nie mogą słuchać tego pisowskiego miękolenia. To jest dokładnie ten sam mechanizm, jaki każe wielu kupować piwo „Lech” – który przecież w niczym nie jest lepszy od wszystkiego co stoi obok, a wręcz przeciwnie – tyle że w przeciwnym kierunku.
Ja oczywiście wiem, że zarówno Kazimiera Szczuka i Robert Leszczyński, podobnie jak ich koledzy z Niemiec, żyją rozprawianiem na temat zagrożeń, jakie niesie historia i tradycja i że to okropne, jak tradycyjne państwo zakazuje palić marihuanę i homoseksualnym parom adoptować dzieci; ja wiem, jak oni się przejmują, ile razy usłyszą słowo „faszyzm”. Wiem też przy tym, że gdyby tylko o to chodziło, oni by pewnie woleli pojechać do Berlina, Paryża, czy Rzymu i tam porozrabiać przy którejś bardziej interesującej okazji, niż robić zadymę przy okazji Święta Niepodległości. Ich ten 11 listopada tak rozjuszył wyłącznie w związku z tym, że dzień ten stanowi dla nich najbardziej widoczną asocjację z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim. A jeśli do nich nagle dołączył Michalski, Najsztub i Żakowski i razem z nimi wydzierają się: „Stop faszyzmowi!”, to im już akurat z całą pewnością nie chodzi o żaden faszyzm, lecz tylko o Kaczyńskiego. Jednego i drugiego. A na drugim końcu tego obłędu mamy tego starszego pana, który patrzy w telewizor, widzi zamaskowanych, ubranych na czarno terrorystów z Niemiec i wie, że oto Romaszewski z kibolami chcą podpalić Warszawę.
Dziś na blogu pojawiły się głosy, że jest naprawdę niewesoło, bo na Metropolitę Katowickiego powołany został przez papieża Benedykta abp Wiktor Skworc, a, jak powszechnie wiadomo, co też zresztą zostało ostatnio potwierdzone przez nikogo innego jak samego księdza Isakowicza – Zaleskiego, Skworc za komuny współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa. Obawiam się, że dajemy się fatalnie rozgrywać. I, bardzo proszę się na mnie nie gniewać, ale to jest dopiero niewesoła wiadomość.
Mimo wszystko, proszę się nie wyłączać, a jak komuś zrobiło się smutno, niech sobie kupi książkę o liściu. To były jeszcze czasy sprzed Katastrofy, więc zdecydowanie weselsze. No a jeśli kogoś ta książka nie interesuje i woli Internet, niech wspomaga ten blog bezpośrednio pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 12 listopada 2011

Rok 2011

Tak się to nam ułożyło, że ostatni spacer z psem najmłodszej Toyahówny, ma miejsce późnym wieczorem, i, naturalnie, do tej roboty zostałem wyznaczony ja. A zatem, każdego wieczora, w okolicach godziny 23, biorę psa, wychodzę z domu i udaję się na pobliski plac Andrzeja, gdzie z jednej strony mam nasz kościół, z drugiej nasze więzienie, a z trzeciej dworzec kolejowy. Lubię te wieczorne spacery, przede wszystkim z tego względu, że przez swoją powtarzalność, mają one w sobie coś z rytuału, a, jak powszechnie wiadomo, człowiek w pewnym wieku przywiązuje się do rytuałów, i to one własnie pozwalają mu wierzyć, że nigdy tak do końca nie umrze.
Podobnie więc i wczoraj, kiedy zobaczyłem, że nadeszła nasza pora, najpierw sobie założyłem buty, następnie psu kolczatkę, i wyszliśmy z domu. Kiedy wszedłem na plac, zobaczyłem – co akurat tu bardzo ważne, zobaczyłem, a nie usłyszałem – tłum nadchodzących od strony dworca ludzi, którzy, już na pierwszy rzut oka, wyglądali na tzw. kiboli. Było ich mnóstwo, może 50, a może nawet i znacznie więcej, szli niemal w całkowitym milczeniu, przeszli przez plac, zatrzymali się pod więzieniem i zaczęli skandować chyba jakieś imię, którego niestety nie zrozumiałem – jak się domyślam swojego kolegi, i jak się domyślam wyłącznie po to, by go w ten swój szczególny sposób pozdrowić. Kiedy już sobie powrzeszczeli, zawrócili na pięcie i ruszyli – znów w całkowitym spokoju i prawie w milczeniu – w stronę dworca.
Widok ten był tak surrealistyczny, że, powiem szczerze, do dziś nie potrafię się po nim pozbierać. Przez całe lata zostaliśmy przyzwyczajeni do tego, że kiedy widzimy bandę kiboli sunących przez miasto, możemy się spodziewać, że oni nie tylko będą drzeć mordy, ale również zaczepiać ludzi, którzy mieli pecha znaleźć się na trasie tego przemarszu, no a przed wszystkim przewracać kosze na śmieci, ławki i skakać po niefortunnie zaparkowanych w okolicy samochodach. A jeśli nagle pojawi się policja, to, naturalnie, zaczną tych policjantów obrzucać czym popadnie i co tylko znajdą pod ręką. Tymczasem, tłum, który przeszedł wczoraj w nocy przez plac Andrzeja, miał na uwadze tylko jedno: podejść pod więzienie, pozdrowić swojego kolegę i wrócić… ja wiem dokąd? Może na pociąg, który ich zawiezie gdzieś dalej. Do Bielska, do Żywca, czy diabli wiedzą, gdzie.
Pojawia się pytanie, skąd oni się tu nagle o tej porze, w tym kształcie, na tym moim placu Andrzeja wzięli? Nie wiem, ale najbardziej prawdopodobną odpowiedzią wydaje się być to, że oni akurat wracali z Marszu Niepodległości w Warszawie i wstąpili na chwilę do Katowic, by załatwić sprawę, która wydała im się, może nie tak ważna jak ta jakaś niepodległość, ale owszem – ważna.
Miałem dziś jedną lekcję. Człowiek, któremu uczę dzieci angielskiego, jest moim znajomym niemal wyłącznie, że tak powiem, służbowo. Oznacza to, że, jeśli sobie gawędzimy, to najczęściej albo o kwestiach rodzinnych, a więc o dzieciach i o tym, jak się te dzieci wychowuje, albo o tym, czy to ja mu jestem winien jakieś lekcje, czy może to on mi pieniądze. Normalnie. Czasem pojawi się tam coś jeszcze, natomiast już o takiej polityce, na przykład, mowy być nie może. Zresztą, jak sądzę, tego tematu i tak lepiej by było nie poruszać, choćby ze względu na fakt, że, jak się zdążyłem zorientować, u niego króluje „Gazeta Wyborcza” i okolice. I dziś, ledwo wszedłem, opowiedział mi on, że był wczoraj w Warszawie na Marszu Niepodległości, wrócił wieczorem i to co dziś przeczytał – a gdzież by indziej – w „Wyborczej” i obejrzał w TVN24, go zwyczajnie zszokowało. No i powtórzył mi właściwie dokładnie to samo, co wczoraj wieczorem we wspomnianym TVN-ie opowiadał Artur Zawisza. Marsz wyruszył tak jak miał wyruszyć, w wielotysięcznym tłumie szli zwykli ludzie z rodzinami, z dziećmi, młodzi, starzy, oczywiście było też dużo kiboli, jednak wszystko przebiegało w atmosferze spokojnej i radosnej, ludzie śpiewali pieśni, machali chorągwiami, wreszcie marsz się skończył i wszyscy rozeszli się do domów. Dopiero później, uczestnicy tej manifestacji dowiedzieli się, że gdzieś w centrum Warszawy bandy niemieckich anarchistów zaatakowały ludzi przebranych w historyczne stroje i ta akcja spowodowała jakieś większe rozruchy, w których już brali udział zwykli chuligani. No ale to, jak mówię, znał mój znajomy wyłącznie z relacji w „Gazecie” i w TVN24. Zwrócił mi on jeszcze uwagę na dwie bardziej konkretne kwestie. Pierwsza to taka, ze przez cały czas trwania marszu, on nie zauważył jednej pijanej osoby, jednej osoby agresywnej, nie usłyszał jednego okrzyku, który możnaby było potraktować jako prowokacyjny, czy w ogóle w jakiś sposób niestandardowy. Wokół panowało czyste, niczym nie zakłócone święto. Druga rzecz to taka, że „Gazeta Wyborcza”, choć bardzo dużo miejsca poświęciła na użalanie się nad tym co się wczoraj zdarzyło w Warszawie, ani jednym słowem nie wspomniała o zatrzymanych Niemcach. A wiedzieć nam trzeba, że niemal połowa z zatrzymanych bandytów, to właśnie oni.
A zatem, wszystko jest na swoim miejscu. Mój znajomy może i jest zszokowany. Może i dla niego dzisiejszy dzień stanowi jakiś przełom. Nie mam pojęcia. My jednak to wszystko wiemy od dawna i to wiemy tak dobrze, że możemy się już tylko dziwić, że wciąż na wieść o tym, że doszło do kolejnego kłamstwa, czy kolejnej prowokacji, jeszcze nie rzygamy. To co jednak sprawia wrażenie nowości, to fakt, że akurat ta wczorajsza prowokacja, najnowsza i prawdopodobnie zaledwie pierwsza z wielu kolejnych, w sposób oczywisty się nie udała, a mimo to – sądząc po reakcjach, nie tylko przecież zaangażowanych w nią bezpośrednio mediów i polityków, ale również wielu osób komentujących to co się wokół nas dzieje – odniosła pełny sukces. Z tego co opowiada mój znajomy, ale też z relacji osób znających sprawę, wczorajszy Marsz Niepodległości odniósł pełne zwycięstwo. Mimo tego, że brało w nim udział kilkadziesiąt tysięcy spontanicznie zgromadzonych osób, nie doszło w jego obrębie ani do aktów przemocy, ani do jakichkolwiek choćby minimalnych ekscesów. Wygląda na to, że obawy, formułowane parokrotnie wcześniej między innymi przez naszego kolegę Coryllusa, że ten marsz zostanie pochłonięty przez wielką prowokację Systemu, nie sprawdziły się. Wygląda na to, że jedyna poważna awantura rozegrała się tam gdzie była ona przygotowywana przez minione miesiące, i wyłącznie z udziałem jej organizatorów, a więc środowisk, które – paradoksalnie właśnie – dziś mogą tryumfować.
O czym to świadczy? Uważam, że o dwóch rzeczach. Pierwsza z nich to taka, że wkraczamy – i wspomniany wcześniej Coryllus to bardzo skutecznie przewidział – w okres serii bardzo ciężkich prowokacji. Że w tej chwili, kiedy System zachował władzę, a nadchodzące miesiące będą tak ciężkie, jak to jest ze wszystkich stron zapowiadane, jedyny sposób w jaki będzie on tę władzę zachować umiał, to przez utrzymywanie pewnej części społeczeństwa w stanie nieustannego wzburzenia, które to wzbudzenie będzie mógł następnie wykorzystać jako argument do wprowadzenia swego rodzaju stanu wyjątkowego. W ten sposób osiągnięty zostanie stan, w którym większość społeczeństwa będzie cierpliwie znosiła udręki kryzysu, licząc oczywiście na tę, wspominaną tu ją parokrotnie, nagrodę w postaci cotygodniowych odwiedzin w czystych, dobrze oświetlonych galeriach handlowych, a bardziej świadoma i wrażliwa mniejszość, będzie nieustannie pacyfikowana przy pomocy policyjnych pałek, lub – co bardziej prawdopodobne – najbardziej bezczelnej i agresywnej propagandy. Doprowadzi to, że wspominana mniejszość coraz bardziej będzie stygmatyzowana, jako ci, którzy stanowią jedyne, realne zagrożenie dla naszego codziennego spokoju i naszej cichutkiej i cierpliwej nadziei.
I to jest pierwsza zła wiadomość. Druga natomiast jest taka, że na ten scenariusz nikt z nas prawdopodobnie nie będzie już umiał nic poradzić. Bo nawet jeśli wobec tego co niechybnie nastąpi, zachowamy pełną wstrzemięźliwość i nie damy się wciągnąć w jakikolwiek ciemne operacje Systemu, to i tak wszystko się będzie toczyło zgodnie z planem. Doskonale to widać na przykładzie wydarzeń najnowszych. Jak już wcześniej starałem się pokazać, ale też przecież, jak wszyscy choćby średnio zorientowani obserwatorzy wiedzą, organizatorom wczorajszego marszu udało się zachować pełną niezależność wobec działań Systemu. Jednak, kiedy wsłuchamy się dochodzący dziś do nas szum oficjalnego przekazu, nie powinniśmy mieć wątpliwości, że nawet gdyby te 30 tys. osob biorących udział we wczorajszym święcie, roztropnie zostało w domu, a całość tej awantury miała miejsce tylko tam, gdzie została zorganizowana przez tych Niemców, ich polskich przyjaciół i zwołanych przez nich – świadomie, czy nieświadomie – miejscowi chuliganów, propagandowy efekt byłby dokładnie taki jaki jest dziś. A zatem pewien bardzo bliski mi człowiek i tak toczyłby pianę, że wczoraj Romaszewski ze stadionową żulownią spalił miasto, a Donald Tusk – którego chyba juz na stałe będę tu traktował wyłącznie jako symbol – też powiedziałby dokładnie to samo, co powiedział dzisiaj, a czego ze względu na swoją wrodzoną delikatność nie będę cytował.
Co więc nam pozostaje? Wygląda na to, że niewiele. Ja oczywiście nadal będę prowadził ten blog, licząc na to, że kogoś płynące z niego słowa wzruszą i że dzięki temu wzruszeniu jakoś przeżyję ten niełatwy czas. A my wszyscy? Nie wiem. Wygląda na to, że powinniśmy się modlić. I chyba bardziej niż kiedykolwiek, przede wszystkim za polski Kościół i naszych biskupów. Bo w tej chwili najprawdopodobniej wszystko jest w ich rękach. Chyba wciąż jeszcze tak. Bo kiedy ten czas minie, zostanie nam on. Tylko on. Taki jak tu. Dokładnie taki.

czwartek, 10 listopada 2011

...bo jesteś zły i kłamiesz

Od dnia, w którym zostały ogłoszone wyniki wyborów, znajduję się w stanie pełnego zawieszenia między prywatnością, a światem zewnętrznym, i myślę, że gdyby nie ten blog, kontaktowałbym się wyłącznie z moją rodziną i ludźmi, którzy mi płacą za naukę. Ci wszyscy, którym rozum i sumienie kazało głosować na Platformę Obywatelską, w tym momencie zapewne wybuchną szyderczym śmiechem i powiedzą mi, że dobrze mi tak! Za wszystko. Za moją głupotę, za moją naiwność i przede wszystkim za moją bezczelność, która kazała mi tak się nadymać przez te wszystkie lata. Tych wszystkich jednak chciałbym prosić, by się aż atak nie podniecali, bo wbrew temu, co im się wydaje, moim największym problemem nie jest PiS i miejsce, w którym on się dziś znalazł, ani nawet Platforma Obywatelska i sukces jej lidera, lecz oni. Właśnie oni.
Wczoraj zamieściłem tu tekst, poświęcony w jakiejś mierze pewnej nastolatce z Opola, która bardzo pragnie zostać modelką, i – jeśli się uczciwie zastanowić – jedynie właśnie z powodu tego marzenia, wielu z tych, którzy obserwują jej zaangażowanie, życzy jej, żeby zdechła. Piszę „w jakiejś mierze”, bo, jeśli spojrzeć na sprawę szerzej, to wcale nie chodzi tu o tę internetową nędzę, lecz o ludzi stojących znacznie wyżej, którzy uznali, że porażka tego dziecka pozwoli im poszukać szansy na to, by mogli zarobić na w miarę spokojne przetrwanie nieuchronnie nadchodzącego kryzysu. To oni właśnie, ze swoją wrażliwością i filozofią życia, są jedynymi autorami wszystkiego tego, co sprawia, że nasz świat stał się tak okropnie pusty i właściwie już nie bardzo warty tego, by w nim zyć. To oni pierwsi uruchomili tę spiralę, na której drugim końcu znaleźli się ci nieszczęśni internauci, i teraz obie te strony wzajemnie się napędzają.
To, że ten podział tak właśnie wygląda, wiedziałem od zawsze, jednak wczoraj akurat stało się też coś, co to moje przekonanie potwierdziło, a następnie już tylko wzmocniło. Otóż pewien nasz kolega przypomniał nam postać pewnej niedzielnej gwiazdki, dziś już skutecznie zapomnianej, o nazwisku Jolanta Rutowicz. Otóż, jak się dowiedzieliśmy, owa Rutowicz, kiedy jeszcze była medialnie celebrowana, wystąpiła w telewizyjnym programie – dziś już też nie istniejącym – znanego nam skądinąd Michała Figurskiego, gdzie została poddana absolutnie bezprzykładnej agresji ze strony samego Figurskiego i towarzyszącego mu aktora Jana Nowickiego. Z tego co możemy przeczytać w zalinkowanym nam tekście, jak również obejrzeć bezpośrednio na youtubie, wynika jasno, że Figurski zaprosił tę Rutowicz do swojego programu, a następnie zabezpieczył się od tyłu towarzystwem Nowickiego, tylko w tym jednym celu – by tę dziewczynę poniżyć, i to poniżyć tak, by z niej nie została mokra plama.
Tak się akurat złożyło, że owa Rutowicz – jakkolwiek by była, jeśli można, prosta i szczera – świetnie sobie poradziła z oboma napastnikami, i jeśli cały program skończył się czyjąś kompromitacją, to akurat nie jej. I to jest absolutnie jednoznaczne.
Co mnie jednak w tym wszystkim interesuje szczególnie, to akurat nie ten pojedynek i jego wynik, bo, prawdę powiedziawszy, on nie mógł być inny. Cokolwiek by nie myśleć o Jolancie Rutowicz, to że ona stoi intelektualnie, ale może przede wszystkim, emocjonalnie, znacznie wyżej od tych dwóch, jest czymś niemal naturalnym. I nie jest to z mojej strony jakaś szczególna złośliwość. To jest stwierdzenie zwykłego faktu. Istnieje oto bowiem pewien typ dziewcząt, czy kobiet, które sobie świetnie radzą z mistrzami znacznie większymi, niż jakiś ruski dziennikarz i sterany zawodowo aktor. A Rutowicz z całą pewnością do nich należy. I tego faktu nie zmieni ani żaden rechot, ani jakiekolwiek szyderstwo. To zresztą widać na tym filmie.
To co chciałbym natomiast bardzo wiedzieć, to to, jaki mechanizm, czy jaka wręcz myśl, stoi za tym, by najpierw stworzyć system, w którym jedna banda kretynów karmi drugą bandę kretynów czymś, co jest w sposób oczywisty podłe, tanie i, co najgorsze, bardzo pod każdym względem szkodliwe, a następnie wszyscy wspólnie pękają ze śmiechu, odkrywając, jacy tamci są głupi. A przy tym, kto głupszy, tym bardziej śmieszny. I myślę sobie, że tu musi chodzić o to, że każdy z nich, z jakiegoś magicznego dla mnie powodu, utrzymuje się przy życiu, hodując w sobie przekonanie, że prawdziwy sens tego świata sprowadza się do walki między mądrymi, a głupimi. I choć, naturalnie, najlepiej by było, gdyby oni właśnie byli tymi mądrymi – oni i ich koledzy – a cała reszta pozostawała po tej durnej stronie, oni wiedzą zbyt dobrze, że tak nie jest. Konsekwencją tego myślenia jest to, że wszyscy oni zaczynają żyć przekonaniem, że, owszem, oni nie są tak mądrzy jak powiedzmy profesor Bartoszewski, czy premier Mazowiecki, ale poza tym – cały świat jest od nich głupszy. I wtedy, siłą rzeczy oczywiście, sami zaczynają zachowywać się jeszcze bardziej jak idioci, tyle że, by nie zapomnieć o tym, że to tylko taka gra, nieustannie trzymają się za brzuchy i krztuszą ze śmiechu.
Ktoś mi powie, że to jest jakieś szaleństwo. Oczywiście, że jest to szaleństwo, tylko, że jak inaczej można ocenić zachowanie takiego Jana Nowickiego? Jest to aktor niewątpliwie zdolny, z całą pewnością bardzo zasłużony, z najbardziej podstawowego punktu widzenia – spełniony, a więc co go, na miłość boską, może obchodzić taka Jola Rutowicz? Figurskiego mogę zrozumieć bo to jest mniej więcej ta sama branża i w pewnym sensie to samo miejsce, ale Nowicki? Czemu on się śmieje z Rutowicz? Odpowiedź musi być taka oto, że on w jakiś sposób czuje, że, owszem, jest wybitnym aktorem; owszem, zagrał w kilku bardzo wybitnych filmach; owszem, prowadzi wygodne i dobre życie – natomiast problemem pozostaje to, że on ma, no jakby tu powiedzieć, pewne ograniczenia, i to właśnie świadomość tych ograniczeń każe mu się z taką desperacją czepiać choćby i tej Rutowicz. Byleby mógł udowodnić, może sobie przede wszystkim, że on jednak należy do tej lepszej części ludzkości.
Tu musi leżeć wyjaśnienie tej zagadki. To właśnie musi być odpowiedź na pytanie, dlaczego dziś tak wielu poświęca cały swój wysiłek i publiczne zaangażowanie w lansowanie czystego bałwaństwa, tylko po to, by natychmiast to samo bałwaństwo, z jeszcze większym zaangażowaniem, potępiać. To by właśnie wyjaśniało nam znakomicie tę współczesną społeczną atmosferę, gdzie czym kto głupszy, z tym większym sercem poświęca się wyszydzaniu głupoty innych.
Ale jest w tym jeszcze coś ciekawego. Proszę zwrócić uwagę na to, w jaki sposób realizuje się ten układ, na przykładzie trzech osob. A więc, z jednej strony mamy Michała Figurskiego – idiotę z pretensjami, z drugiej Jolantę Rutowicz – idiotkę bez pretensji, a między nimi, w roli komentatora, przeciętnego internetowego kretyna – ani z pretensjami, ani też bez pretensji, choćby z tego względu, że on akurat jedno i drugie ma głęboko w nosie, i jego interesuje tylko zdrowy rechot. I wyobraźmy sobie teraz, że z jakiegoś powodu, to Jolanta Rutowicz dostaje w telewizji swój program, którego celem jest zapraszanie do niego różnych bałwanów i organizowanie przeciwko nim publicznego linczu. No i pewnego dnia Rutowicz sprowadza do studia Michała Figurskiego i przy pomocy jakiegoś umyślnego celebryty i równie umyślnej publiczności, Figurskiego wdeptuje w ziemię. Jak na to widowisko reaguje kretyn-obserwator? Otóż on reaguje dokładnie tak samo, jak robi to dziś, w sytuacji realnej, a więc ryczy ze śmiechu, jaki ten Figurski jest głupi. Dlaczego on to robi? Bo wie, że on wprawdzie osobiście, od takiej Rutowicz mądrzejszy nie jest, bo ona jest gwiazdą i w ogóle, ale już od Figurskiego pewnie tak. I to mu pozwala żyć.
Dlaczego z kolei z Figurskiego kpi Rutowicz? Powód jest dokładnie ten sam, co dziś, kiedy czy to Figurski, czy Nowicki śmieją się z niej. Ona w tym wyimaginowanym show zwyczajnie bardzo liczy na to, że wreszcie udało jej się trafić na kogoś głupszego od siebie. I to nie gdzieś tam w szerokim świecie, ale w domu, w jak najbardziej swoim towarzystwie.
I znów ktoś powie, że to jest jakiś absurd. Że to jest autentyczny obłęd. A ja mogę tylko się z tym zgodzić. Bo tak, to jest i szaleństwo i to jest obłęd, tyle że jeśli ktoś ma inne wytłumaczenie tego przedziwnego zjawiska, niech mi je przedstawi.
Ktoś kto czytał wczorajszy wpis i wczorajszą pod nim dyskusję, może nabrać fałszywego przekonania, że główną przyczyną naszych kłopotów jest Facebook i facebookowe towarzystwo. Otóż dziś przyszedł do mnie dziś młodszy Toyah i poinformował mnie, że wcale nie na Facebooku, ale na portalu dla intelektualistów o nazwie FilmWeb pojawiła się sonda dotycząca tego, kto zdaniem miłośników kina powinien prowadzić przyszłoroczną uroczystość rozdania Oskarów. Okazało się, że zwyciężają dwie propozycje Ania Balon i Hania z „M jak miłość”. Syn mój wyjaśnia mi, że to jest zjawisko jak najbardziej zrozumiałe. Internet bowiem, jego zdaniem, to miejsce, gdzie – pomijając oczywiście kwestię związane ściśle z wiarą, czy politycznymi poglądami – wszyscy na wszystko reagują identycznie, niemal jakby na gwizdnięcie. A co gorsza, oni wszyscy mają taką zdolność, rozpoznawania tego co istotne, a co nie, że nie ma siły, by cokolwiek ich mogło tu zdekoncentrować.
I w tym momencie, zupełnie ni gruszki ni z pietruszki, pojawia się premier Donald Tusk. Stało się bowiem tak, że zanim na moim horyzoncie zjawiła się Ania Bałon i Jolanta Rutowicz, wlazł tam on, ów niezwykły mąż. W tych dniach telewizji praktycznie nie oglądam, gazet nie czytam, żyję w dramatycznie przedłużającej się wewnętrznej emigracji. Z jakiegoś jednak powodu – chyba to było przedwczoraj – najpierw obejrzałem całą rozmowę Moniki Olejnik z Tadeuszem Mazowieckim, a potem od razu – też w całości – wystąpienie wspomnianego Premiera na jakiejś partyjnej imprezie. I powiem szczerze, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie czegoś, co mnie w moim długim życiu w tak dramatyczny sposób zahipnotyzowało, a jednocześnie rozbiło psychicznie. Każdy człowiek ma w sobie przecież ten odruch, że kiedy spotyka go jakaś ciężka nieprzyjemność, stara się odwrócić do niej plecami. Ja też świetnie sobie w tego typu sytuacjach radzę. Jednak nie tym razem. Tym razem, ja wysiedziałem całe to wystąpienie, nie spuszczając na chwilę choćby oka i ucha z tego, co ten człowiek mówił i robił, a kiedy to już się skończyło, nie mogąc stawić czoła realnemu światu, od razu poszedłem spać.
O co poszło? Przyznaję uczciwie, że nie umiem tego określić. Autentycznie nie potrafię. To znaczy, nie potrafiłem jeszcze przedwczoraj. Dziś mi natomiast zaczyna wszystko się powoli w głowie układać. Otóż odnoszę wrażenie, że symbolem czasów, w które dziś wkraczamy, nie jest ani galeria handlowa, ani jej wyznawcy, ani Kuba Wojewódzki, ani Michał Figurski, ani TVN24, ani Top Model, ani Facebook, ani internauci, ani nawet Janusz Palikot ze swoją małżonką. Symbolem czasów, które budzą w nas taką grozę jest Donald Tusk. I niech nikt nie myśli, że ja go tu jakoś wyróżniam jako postać, jako talent, czy jako choćby kreację. Nic podobnego. On nie jest od takiej Ani Bałon ani mądrzejszy, ani przystojniejszy, ani bardziej wdzięczny. Wręcz przeciwnie. Uważam, że jak idzie o codzienne towarzystwo, od Tuska może być nawet bardziej inspirujący Kuba Wojewódzki. Sprawa polega na czymś innym. Tusk najbardziej z nich wszystkich zdaje się kumulować wszystko co najgorsze w człowieku. I to nie w każdym człowieku, ale w ludziach najgorszych, i w stanie najgorszego fizycznego i psychicznego upadku. Kiedy on stoi, jak stoi, mówi jak mówi, i wygląda jak wygląda, uosabia wszystko co złe na tym świecie, poczynając oczywiście od kłamstwa, a kończąc na najbardziej podlej obojętności. Uważam, że Donald Tusk stanowi przykład czegoś absolutnie najgorszego co wydała – nie mówię, że cała historia ludzkości, o nie! – ale niech będzie że nasza współczesna Polska. Dla mnie to wystarczy, żeby go zwyczajnie nienawidzić i życzyć mu wszystkiego najgorszego. Wszystkiego najgorszego.
Ktoś mnie zapyta, cóż takiego on w trakcie tego wystąpienia powiedział lub zrobił, że ja się tak zdenerwowałem. O, nie! Mowy nie ma. O tym nie będzie ani słowa. A kto chce, niech się domyśla. A ja mogę go zapewnić, że i tak nie zgadnie.
Zanim zwrócę się zwyczajowo o kupowanie książki i finansowe wspieranie tego bloga, chciałbym jemu właśnie zadedykować fragment piosenki naszego mistrza Morrisseya:
„I’ve come to wish you an unhappy birthday,
Cause you’re evil, and you lie.
And if you should die, I might be slightly sad,
But I won’t cry”.

I teraz dopiero, proszę o pamięć.

środa, 9 listopada 2011

Kto się boi Ani Bałon?

Pisanie o czymś, na czym człowiek się kompletnie nie zna, a co więcej, nie ma o tym czymś najmniejszego pojęcia, niesie w sobie z jednej strony pewne ryzyko, a z drugiej jest bardzo przyjemne. Ryzyko jest oczywiste, no bo cóż dobrego może wyjść z takiej zabawy, poza osobistą satysfakcją autora, że jest taki wszechstronny i w tej wszechstronności taki elokwentny? Z drugiej strony, czyż to nie jest słodkie poczuć świadomość, że można naprawdę wszystko? Człowiek siedzi, stuka w klawiaturę i, jeśli tylko nie da po sobie poznać, że coś nie gra – jest duża szansa, że stosunkowo dużo osob uzna go za eksperta.
Ja akurat mam o tyle gorzej, że wszyscy tu doskonale wiedzą, na czym ja się mogę znać, a na czym już raczej nie. Co gorsza, wszyscy też wiedzą, kim ja jestem, a kim nie bardzo. Gdybym jeszcze przed laty, w nagłówku tego bloga, podał informację: „były policjant z wydziału antyterrorystycznego, właściciel prywatnej spółki audytorskiej, trener piłkarski, kapitan na statkach dalekomorskich, pilot Boeingów, ekspert IT”, to co innego. Bawić by się było można od rana do nocy. A tak? Dziś chcę napisać o Facebooku i przed mną tylko strach, że, kiedy już skończę, okaże się, że został tylko ten nastrój, a poza tym wszystko jest kompletnie nie tak, a ja się wygłupiłem. Co ja mówię – „o Facebooku”! Żeby tylko miało być o Facebooku, to mielibyśmy problem nieduży, ale jest tak, że ja chcę też pisać o programie pod nazwą „Top Model”. A tu już, jak wiemy, żartów nie ma.
No ale, skoro powiedziało się „a”, trzeba też powiedzieć „b”. Na początek jednak, zupełnie uczciwie chcę wszystkich zapewnić, że są rzeczy, które wiem na pewno. A wiem to stąd, że informacje te uzyskałem od mojego syna, który wprawdzie, jak idzie o „Top Model”, zorientowany jest o tyle tylko, że lepiej ode mnie, ale za to jest autentycznym ekspertem od Facebooka. Ktoś powie, że, skoro już podjąłem te konsultacje, mogłem przepytać moje córki, no ale one są w sprawę zaangażowane osobiście, więc istniałoby ryzyko manipulacji. A ja, jak wiemy, choć mogę się zgodzić na to, by okazać się durniem, to jednak już broń Boże durniem zmanipulowanym. A zatem coś tam wiem, i od razu chcę się tą swoją wiedzą podzielić.
Otóż jest w telewizji TVN bardzo popularny program pod nazwą „Top Model”, którego podstawowa idea polega na tym, że za stolikiem siedzą damsko-męscy eksperci, a przed stolikiem prezentują się najładniejsze i najzgrabniejsze dziewczyny z całej Polski, których marzeniem jest zostać modelką. I to jest tego programu wymiar podstawowy. Jeśli jednak sięgniemy głębiej, pomysł jest taki, że te dzieci już na samym początku swojej walki, muszą zrozumieć, że ten biznes to nie spacer z ukochanym brzegiem rzeki, ale to, co w „Paragrafie 22” pewien pułkownik określił słowami: „kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia - za gardło”. Otóż to – za gardło. A zatem, popularność programu „Top Model” sprowadza się do tego, że tam można sobie popatrzeć, jak te młode dziewczęta trzęsą się z przerażenia, lub płaczą, a któryś z ekspertów je najpierw wyszydzi, żeby jej zrobić przykrość, lub złapie za biust, żeby już tak nie ryczała.
Czemu one płaczą? Jak znam życie, to nie wykluczam, że te łzy są zapisane w umowie. Żeby odnieść tam sukces i pozostać w programie – płakać trzeba. Inaczej istnieje niebezpieczeństwo, że publiczność się znudzi i przełączy się na Polsat. No ale też możliwe jest, że one płaczą, bo w ogóle panuje tam ogólny stres, a poza tym one się boją, że zostaną z programu wyeliminowane i już nigdy nie zostaną słynnymi modelkami. I oto, jak mówi mi mój syn, od pewnego czasu, w programie „Top Model” występuje dziecko o nazwisku Ania Bałon. I jest tak, że będąc w sposób oczywisty równie ładna i zgrabna, jak wszystkie pozostałe kandydatki – widziałem zdjęcie, więc wiem, co mówię – owa Ania robi podobno wrażenie, jakby była od nich znacznie głupsza, no i przede wszystkim znacznie mniej psychicznie opanowana. Efekt jest taki, że ona jest nieustannie przez jury poniżana, wciąż wygaduje jakieś bzdury, no i oczywiście nieustannie płacze. Czy ona się nadaje na modelkę? Nie mam pojęcia. Jak mówię, widziałem ją na zdjęciu i uważam, że wygląda prześlicznie. Z tego, co mówi mój syn, chyba jednak tą modelką nie zostanie, bo jest po prostu słaba, o czym jest zresztą nieustannie przez wszystkich informowana. Dlaczego zatem ona wciąż w tym programie się pojawia i czemu jeszcze nie została z niego zawrócona z powrotem do domu?
I tu się zaczyna prawdziwy dreszcz. Otóż stało się tak, że któregoś dnia, konkurs wymagał, by każda z jego uczestniczek przyniosła ze sobą album ze zdjęciami z sesji, które one miały sobie na którymś z wcześniejszych etapów zrobić. I wtedy to stało się też tak, że Ania Bałon zapomniała ten album ze sobą zabrać. Oczywiście natychmiast dowiedziała się, że tym samym pogrążyła się już ostatecznie, no i naturalnie zaczęła płakać. A płacząc, powiedziała coś takiego: „Jak ja bym chciała cofnąć czas i wziąć tę książkę”.
To tyle, co wiemy na temat samego programu. Ktoś się zapyta, skąd młody Toyah jest taki z tym obeznany. No więc, on to wszystko wie z Internetu, a dokładnie z Facebooka, bo jak już wspominałem, on, siedząc wciąż przed komputerem, programu „Top Model” – w odróżnieniu od swoich sióstr – nawet oglądać nie ma czasu. A skąd o programie „Top Model” wie Facebook? Otóż proszę sobie wyobrazić, że Facebook wie wszystko. Bo Facebook to cały świat i my wszyscy. Facebook to nasze umysły, nasze serca i nasze życie codzienne. Facebook to nasz ojciec, nasza matka, a głównie nasz starszy brat. Nasz „big brother”. Na czym dokładnie polega Facebook, i o co w nim chodzi – tego nie wiem. Próbowałem się parokrotnie tego od swoich dzieci dowiedzieć, ale nic z tego nie zrozumiałem i w końcu machnąłem ręką. Pozostaje mi więc tylko ta wiedza – moja wiedza osobista – że Facebook pomaga niektórym z nas tracić pracę. No ale, jeśli idzie o interesujący nas dziś temat, Facebook to miejsce, gdzie każdy może założyć i uruchomić tak zwaną „grupę”. Co to takiego ta „grupa”? Po raz pierwszy o niej usłyszałem, kiedy Henryka Krzywonos publicznie zbeształa Jarosława Kaczyńskiego i grupa jej wdzięcznych fanów założyła na Facebooku ową „grupę”, jej poświęconą, a po paru dniach media z zachwytem podały informację, że Henryka Krzywonos ma już jakieś 50 tysięcy fanów na Facebooku. Od tego czasu, informacje o kolejnych powstających „grupach” do mnie w ten czy inny sposób docierają, no i stąd na przykład wiem, ile osób uwielbia kpt. Wronę, lub nienawidzi Jarosława Kaczyńskiego, ewentualnie cieszy się z czyjegoś nieszczęścia, lub martwi się czyimś sukcesem.
Znamy pewnie wszyscy telewizyjny serial „M jak miłość”. Otóż, jak się właśnie okazuje, jako że jedna z aktorek tam występujących znalazła sobie lepszą pracę, autorzy serialu postanowili, że postać przez nią graną, niejaką Hanię, trzeba będzie zabić w samochodowym wypadku. No i ją zabili. Z tego co mi opowiada mój syn, wynika, że śmierć owej Hani stała się w ostatnich dniach hitem Internetu, no a skoro Internetu – to i Facebooka. Każdy wykształcony inteligent z wielkiego miasta uważa za swój punkt honoru jakoś skomentować śmierć tej Hani i to skomentować tak, żeby wokół rozległ się tuman śmiechu. Oczywiście, niektórzy też płaczą, bo ta Hania była podobno bardzo miłą osobą, no ale generalnie chodzi o to, by sobie z tej śmierci robić jaja. Jaja, nie jaja – faktem jest, że sprawa Hani jest dziś internetowym przebojem na miarę powtórnego objęcia władzy przez Platformę Obywatelską. Obok jednak tej Hani, jak słyszę – no i oczywiście bohaterstwa kpt. Wrony – uwagę internautów zaprząta Ania Bałon i jej rzekoma głupota. „Grup” poświęconych Ani Bałon powstało już na Facebooku całe mnóstwo, i ich celem, w ogromnej większości, jest to dziecko zniszczyć tak, by ono w końcu uprzejmie zechciało popełnić samobójstwo. Wczoraj na przykład na „grupie” zatytułowanej „Chciałabym cofnąć czas i zabrać tę książkę” syn mój pokazał mi komentarz, w którym któryś z internautów przyznaje, że jak patrzy na tę Bałon, to popiera aborcję. Na ogół jednak tam jest znacznie mniej napastliwie. Przede wszystkim mamy więc całą kupę jej zdjęć, obok każdego z nich jakiś cytat, mający świadczyć o tępocie tej dziewczyny, a pod spodem komentarze w stylu „Co za idiotka!”.
„Grupa” o której mowa, ma już w tej chwili 27 tys. fanów. Czy to dużo? Nie wiem, ile ma kpt. Wrona. Wiem, że Krzywonos miała te 50 czy 60 tys, i to podobno było bardzo dużo. A więc, jak się wydaje, te 27 to całkiem dobry wynik. W końcu ta Ani to pewnie jakaś dziewczyna ze wsi, a nie bohaterska tramwajarka, czy pilot Boeinga. W każdym razie, z tego co mówi mi mój syn, ale też z tego co widzę i czuję, wynika, że to właśnie ta szczególna popularność Ani Bałon sprawia, że oni ją będą w tym programie trzymać tak długo, aż doprowadzą ją do wspomnianego już wcześniej samobójstwa, lub przynajmniej do utraty zdrowia. Wygląda bowiem na to, że dla wielu widzów sens oglądania tego programu w znacznym stopniu sprowadza się do obserwowania powolnego upadku tej dziewczyny. Obserwowania z czystym i wręcz onanistycznym zachwytem. Oczywiście nie umiem przewidzieć, jak to się skończy. Biorę oczywiście pod uwagę, że, zanim dojdzie do jakiegoś nieszczęścia, autorzy programu zajrzą do Facebooka, uznają, że zrobiło się nudno i tę Bałon wreszcie pogonią. a my już nigdy się nie dowiemy, co u niej słychać. Podobnie zresztą, jak się już pewnie nigdy nie dowiemy, co słychać u tego staruszka, którego Donald Tusk zaprosił na obiad. Bo co mu szkodzi? Ale może też stać się tak, że ponieważ ona wciąż będzie gwarantowała pewien sukces, im pozostanie tylko wymyślić sposób na to, by ten sukces nieco wzmocnić, i coś jej zrobią. Co? Nie wiem i powiem uczciwie, że nawet wolę się nad tym nie zastanawiać.
A co z Facebookiem? Podobno w zeszłą sobotę cały świat wstrzymał na chwilę oddech, bo poszła plotka, ze jacyś najwybitniejsi hakerzy wszechświata mają ów Facebook zaatakować i zniszczyć. Po co? Czyżby ci państwo byli wysłannikami Sił Światłości i realizowali nasze marzenia o świecie jasnym, czystym i uporządkowanym? Nie sądzę. Chodzi pewnie o zwykłych – tyle że bardziej niż przeciętni, zdolnych – hakerów, dla których dopieprzenie Facebookowi jest warte dokładnie tyle samo, co dopieprzenie Ani Bałon, wyrażenie solidarności z kpt. Wroną i zapalenie świeczki Hani, która się zabiła oglądając Cartoon Network (taki żart). A więc owszem – warte naprawdę nie byle jakiego fizycznego i intelektualnego wysiłku, no ale też nie na tyle, by brać do ręki karabin i walić w każdego, kto się nawinie. To na razie pozostaje wyłącznie ekscesem na rzecz bieżącej propagandy. A co pokaże przyszłość, to się dopiero zobaczy.
Tak czy inaczej, wygląda na to, że informacja o tych hakerach była zwykła plotką. Nie stało się nic.

Zachęcam bardzo wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrobili, do tego, by sobie kupili moją książkę. No i ewentualnie wspierali ten blog finansowo, pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 8 listopada 2011

Choćby nawet rozum stracił...

Uprzedzam na początek, że za chwilę kilka razy padnie pewne bardzo brzydkie słowo, ale nie mam wyjścia, bo to cytat, i to w dodatku cytat, który cytatem pozostać musi. Otóż jest taki moment w salingerowskim „Buszującym w zbożu”, kiedy to Holden Caufield zaczyna marudzić – on zresztą, jak wiemy, marudzi niemal bez przerwy – odnośnie tego, jak to przeciętna dziewczyna nie jest w stanie rozpoznać, który chłopak to zwykły „sonuvabitch”, a który nie. I jako przykład podaje oczywiście swoich szkolnych kolegów. Otóż jeden z nich, zarozumiały, niesympatyczny, skurwysyn jednoznaczny i ewidentny, był wśród dziewcząt zawsze niezwykle popularny, bo w ich rozumieniu jego skurwysyństwo było jedynie przejawem kompleksów. Zdaniem dziewczyn, on tak naprawdę był bardzo sympatyczny i miły, tyle że jego chorobliwa nieśmiałość sprawiała, że on niekiedy robił takie kiepskie wrażenie. I odwrotnie – w szkole, do której Holden, zanim go z niej wyrzucono, uczęszczał, był pewien bardzo miły, mądry i sympatyczny chłopak, trochę zakompleksiony i bardzo nieśmiały, ale naprawdę grzeczny i uprzejmy, którego jednak większość dziewczyn traktowała z pogardą, jako zarozumiałego buca. Holden nad tą sytuacją oczywiście ubolewał i nam ją jak najbardziej pięknie opisał. I niech ktoś teraz powie, że ”Buszujący w zbożu” to nie jest biblia dla wyrosłej na kulturze popularnej młodzieży.
A ja sobie dziś przypominam o Holdenie Caufieldzie, bo mam autentyczny kłopot z oceną pewnych osob, którzy oceny zdecydowanie dziś wymagają. Właściwie, pisząc o kłopocie, trochę przesadzam, bo jakoś jednak sobie radzę, niemniej faktem jest, że to o czym mam zamiar pisać wcale nie jest aż tak proste, jak by się wydawać mogło. Wbrew pozorom, nie jest prosta nawet ocena kogoś w sposób tak oczywisty jednoznacznego, jak Jarosław Kaczyński, co do którego już tu parokrotnie składałem deklaracje, że dla mnie on już do śmierci pozostanie mistrzem. Nawet jeśli rozum straci. Nawet jeśli rozum straci. Nawet wtedy. A co mówić o tym całym tumanie, który go z każdej strony próbuje, jak się zdaje, niekiedy dość nawet skutecznie, otaczać? Co z nimi?
Niektórzy z nich nie stanowią zbyt dużej zagadki. Ot, powiedzmy, tyle wszystkiego, że warto o nich wspomnieć. Weźmy takiego Marka Migalskiego, człowieka, który wszystko czym się dziś może poszczycić, osiągnął wyłącznie dzięki wstawiennictwu i decyzjom Jarosława Kaczyńskiego, a dziś poświęca cały swój czas i energię wyłącznie na to, żeby swojego, jak by nie było, dobrodzieja – dobić. Miałem okazję poznać Migalskiego osobiście, rozmawiałem z nim kilka razy i, powiem zupełnie uczciwie, że on w kontakcie bezpośrednim robi wrażenie absolutnie pozytywne. Ja w swoim życiu naprawdę spotkałem niewiele osób, które by już na pierwszy rzut oka robiły tak dobre wrażenie. Ale też nie spotkałem w swoim życiu chyba nikogo, kto by tak jak Migalski, na rzut oka kolejny, udowadniał, że on bywa taki pozytywny wyłącznie dlatego, że ma w tym swoim bywaniu taki swój talent.
Dziś czytam rozmowę z Migalskim na „Wirtualnej Polsce” i w pewnym momencie, zapytany o to, dlaczego, jego zdaniem, Ziobro nagle postanowił machnąć na Kaczyńskiego ręką, odpowiada, że być może miał już dość człowieka, który jest przekonany, że „w nim jest samo dobro”. I to jest oczywiście moment niezwykle istotny. Nie wiem, jak inni, ale ja akurat świetnie wiem, o co chodzi. Otóż, dobrych już kilka lat temu, Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu – chyba dla Olejnikowej i Kublik w „Wyborczej” – i na sam koniec, w oczywisty sposób autoironizując, wypowiedział te kwestię: „Bo we mnie jest samo dobro”. Pamiętam ten wywiad, może głównie właśnie przez to zdanie, bo, kiedy je czytałem, miałem poczucie, że oto mam do czynienia z kimś naprawdę nie byle jakim. Kimś, kto, będąc przecież ważnym politykiem, w dodatku politykiem w stanie nieustannego oblężenia i nieustannego zagrożenia anihilacją, umie pozwolić sobie na ten rodzaj spokojnej i radosnej – to było oczywiście jeszcze przed Smoleńskiem – autoironii. Oczywiście, propaganda – szczególnie ta już kompletnie czarna z brudu – ma swoje wymagania, więc to zdanie Kaczyńskiemu zostało w kolejnych latach wielokrotnie wypomniane, ale, jak sądzę, dziś po raz pierwszy wyciąga je ktoś, kto, z jednej strony, z całą pewnością wie, w czym rzecz, a z drugiej, w dość powszechnej opinii, funkcjonuje, jako ktoś, kto, jeśli już mówi, to raczej prawdę, niż kłamstwa. Tymczasem okazuje się, że nie. Że to jest wyłącznie złudzenie. Że tak naprawdę, Migalski od takiego Palikota nie różni się dokładnie niczym. Między nimi jest zero różnicy. To jest dokładnie ten sam kierunek i ten sam punkt. Jeśli Marek Migalski, w kolejnym geście protestu przeciwko dyktaturze Jarosława Kaczyńskiego, powie, że to jednak on był głównym sprawcą śmierci swojego brata, powiem szczerze, że, jeśli się zdziwię, to tylko troszeczkę.
A to jest tylko Migalski. Co natomiast z resztą? Pytają mnie wciąż wszyscy o sytuację w Prawie i Sprawiedliwości, a ja, jedyne co mogę zrobić, to po raz kolejny oświadczyć, że ja naprawdę nie wiem nic, ale, że moje osobiste doświadczenia każą mi zachowywać powściągliwość w stosunku do absolutnie wszystkich uczestników tego konfliktu. Weźmy takiego Hofmana, który ostatnio zachowuje się, jakby był faktycznym właścicielem projektu, którego jestem dumnym członkiem. Wbrew temu, co przez cały okres kampanii robiło wrażenie czegoś bardzo w dobrym tonie, ja się z Hofmana nie śmiałem. Ja z niego nie szydziłem. Wręcz przeciwnie – uważałem, że jest on bardzo sprawnym rzecznikiem PiS-u, i że to co robi, robi z dużym oddaniem. Zirytował mnie on zaledwie dwa razy. Raz troszkę, kiedy, jak kompletny bałwan, bez śladu myślenia, uznał za stosowne wykpić ceremonię ślubu księcia Williama z Kate Middleton, a drugi raz, jak przy jakiejś okazji miałem okazję się z nim zetknąć osobiście, i on – owszem grzeczny, jak cholera – zachował się tak, że odechciało mi się mieć z nim jakikolwiek dalszy kontakt. Nie tak naturalnie, jak rok wcześniej Poncyliusz – to akurat była zwykła Rosja – ale owszem – osobiście Hofmana mam dość na zawsze.
Czy to jednak świadczy o tym, że w konflikcie Hofman vs. Ziobro, trzymam stronę Ziobry? Absolutnie niekoniecznie. Owszem, jak dotychczas Ziobro ani nie zrobił, ani nie powiedział niczego, co by wzbudziło we mnie jakieś niedobre uczucia, podczas gdy Hofman popisuje się niemal dzień w dzień, ale ja, choćby pamiętając o Migalskim, pozostaję mocno zdystansowany. Poza tym pamiętam rozmowę z pewną naszą koleżanką, która miała okazję być na spotkaniu właśnie z Ziobro, i to co jej po nim pozostało, to rozczarowanie, zażenowanie i złość. Cymański. Nie znam go osobiście, nie miałem z nim okazji nawet się minąć choćby i bez słowa, ale – owszem – tego samego dnia, kiedy zdarzyło mi się trafić na Hofmana, obserwowałem Cymańskiego w tak zwanej akcji… i powiem szczerze, byłem wyłącznie zachwycony. Pisałem już o tym, więc nie będę się powtarzał, zwłaszcza, że szczegóły są tu zupełnie nieistotne. Czy to jednak ma świadczyć, że ja Cymańskiemu teraz oddam wszystkie swoje emocje, w pakiecie z wiarygodnością? No przecież nie!
W ostatnich dniach wciąż myślę o Jarosławie Kaczyńskim, i po raz pierwszy w życiu nie jestem w stanie przestać patrzeć na niego, jak na kogoś, kto został bardzo skutecznie rozbity. 20 lat wszystkie siły najczarniejszego Systemu odbijały się od niego, jak od ściany, i wreszcie go dopadły. O tym też już tu było. Wydaje mi się, że wielu z nas – a ja tu jestem zdecydowanym liderem – ma skłonność do tego, by lekceważyć to, czym dla nas się stał ów sobotni poranek 10 kwietnia 20010. Oczywiście, najpierw byliśmy w szoku, płakaliśmy jak należy, traciliśmy nadzieję jak wypada, ale ostatecznie zawsze wygrywała wiara. Wiara w Bożą Opiekę i w to, że Pan nam tylko chciał coś pokazać. No i że Jarosław Kaczyński jest niepokonany. Przepraszam bardzo, ale wydaje mi się, że zdecydowanie byliśmy zbyt zarozumiali. Smoleńska Katastrofa, to nie był gest opętanego nienawiścią szaleńca. To była akcja na miarę epoki. I liczyć na to, że Jarosław Kaczyński znajdzie w sobie siłę, by się z tego podnieść jak jakaś wańka wstańka, było – przynajmniej z mojej strony – bezczelnością.
Ziobry w życiu nie widziałem na oczy. Migalskiego – już mówiłem. Hofman – załatwiony. Nie stałem wprawdzie nigdy oko w oko z Janem Pawłem II, ale ci co przeżyli bezpośrednią z nim audiencję, mówią mi, że On miał w sobie coś takiego, co sprawiało, że kiedy z nimi rozmawiał, to oni mieli nieprzerwaną pewność, że dla Niego nie istnieje nic na świecie poza tymi paroma sekundami tej właśnie rozmowy. Ja wiem, że to brzmi głupio, tak tu ich obu stawiać obok siebie, ale każdy ma takie doświadczenia na jakie sobie zasłużył, a moje jest takie, że Jarosław Kaczyński, którego miałem okazję oglądać parokrotnie, zawsze pozwalał mi wierzyć, że w tej jednej chwili rozmowy, on jest skoncentrowany tylko na mnie. I to nie w ramach jakiejś gry, ale jak najbardziej szczerze i autentycznie. I, powiem szczerze, że to robi wrażenie jak cholera. Bardzo niedawno, po zakończeniu owej katowickiej konferencji, na której przemawiał i on i Zyta Gilowska, kiedy już odjeżdżał, udało mi się – po raz pierwszy chyba, była mowa o tym, że trzeba się było o to starać – podejść do niego i podarować mu książkę o liściu. Zatrzymał się na ułamek sekundy, spojrzał mi prosto w oczy, powiedział dziękuję, uścisnął mi rękę i zniknął.
Dziś słyszę, że wielu z tych, którzy z Jarosławem Kaczyńskim mieli dotychczas kontakt zwyczajowy, ów kontakt stracili. Słyszę, że dziś jest już tylko zaledwie parę osób, które mają do niego dostęp. I przypominam sobie dni po śmierci Andrzeja Leppera, kiedy Tomasz Sakiewicz zaczął udzielać wypowiedzi na temat swojego zimowego jeszcze spotkania z Lepperem. W pewnym momencie Sakiewicz powiedział coś bardzo ciekawego. Otóż Lepper chciał przez Sakiewicza – sądząc prawdopodobnie, że to jest najkrótsza droga – nawiązać z Prezesem kontakt. I z tego co opowiadał Sakiewicz – przynajmniej ja to tak zrozumiałem – wynikało, że, wbrew pozorom, nie jest wcale tak, że Sakiewicz dzwoni do Kaczyńskiego i myk! – wszystko jest załatwione. Sakiewicz też bowiem musi korzystać z pośredników. Ponieważ Sakiewicza nie lubię, ta wiadomość, przyznaję, mnie ucieszyła. Dziś jednak rozumiem, że Sakiewicz wcale tu nie jest wyjątkiem. To jest po prostu taki układ. Jarosław Kaczyński funkcjonuje dziś w niemal całkowitej samotności.
Wbrew temu, co niektórym może się wydawać, ja wcale nie jestem osobą dobrze poinformowaną. Nie jestem ani politykiem, ani znajomym polityków, ani polityków powiernikiem. Niemal wszystko, co wiem – lub sądzę, że wiem – na temat obecnej sytuacji, to wynik jedynie moich spekulacji i domysłów. No i niekiedy jakiś ledwo podsłyszanych plotek. Ale to właśnie te plotki mówią mi, że z Jarosławem Kaczyńskim kontaktu nie ma. I jeśli Hofman, w jednej ze swoich wypowiedzi, szydzi z Ziobry, że co ten Ziobro talk się mazgai, że Prezes nie chciał go osobiście przyjąć, skoro wystarczyło wziąć telefon i do Prezesa zadzwonić, to on bezczelnie kłamie. Kłamie, bo tak się zrobić i podobno wszyscy akurat to wiedzą – już od dłuższego czasu nie da, a bezczelnie, bo on musi wiedzieć, że kłamie. A skoro tak, to ja Hofmanowi nie ufam już zupełnie. Bo dla mnie on jest dziś zaledwie jednym z nich.
Co z resztą? Nie wiem. Nie znam się. Póki co, pozostaję z samotnością Jarosława Kaczyńskiego. I stoję za nią murem. Bo, jak mówię, zbyt wiele mu zawdzięczam, by nagle zacząć popadać w jakieś emocje w stylu dziewczyn opisywanych przez Holdena Caufielda. Stoję za nim murem. I będę tak stał już pewnie do końca. Choćby nawet rozum stracił…

Przepraszam, ale mam nieskromne pytanie. Czyżbyście gdzieś zgubili numer tego konta? Jeśli tak, to jest tuż obok. Dziękuję.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Marsjanie wrócili

Nie mam pewności, czy ten dowcip leciał akurat właśnie w ten sposób, ale chyba było tak, że dwóch bałwanów gdzieś z Zielonej Góry, czy Piły pojechało do pracy do Niemiec i dostali za zadanie wylakierować komuś tam jakiś parkiet. Wleźli więc do tego pokoju i od razu zabrali się za robotę, tyle że z obliczeń im wyszło, że najlepiej będzie zacząć od drzwi. Kiedy byli jeszcze na początku drogi, przechodził jakiś Niemiec i powiedział im, że jak dalej będą iść w tym kierunku, to jak już skończą, to z tego pokoju nie wyjdą. Oni jednak malowali dalej, i wreszcie, kiedy już niemal cała podłoga była gotowa, a oni siedzieli z tym wiadrem w kącie, jeden z nich drapie się w głupią pałę i mówi: „Popatrz, kurna, ci Niemcy to jednak mają łeb”.
Przypomniał mi się ten żart z tej prostej przyczyny, że pewna seria zdarzeń kazała mi powtórzyć powyższą myśl niemal słowo w słowo, tyle że w stosunku do siebie: „Patrzcie, kurna, ja to jednak mam łeb!” Poszło najpierw o to, że szedłem sobie z psem mojej córki na spacer do parku, i nagle, tuż obok sklepu „Alma” ujrzałem wielką reklamę prezentującą coś co zostało nazwane „dniem otwartym” nowej, bardzo nowoczesnej, prywatnej kliniki, a tuż za wspomnianą „Almą”, ujrzałem ową klinikę w pełnej glorii. Dokładnie jednak sprawa polegała na tym, że ja kiedyś, pisząc – bardzo, jak wszyscy wiemy, wyjątkowo, o sprawach, a nie o ludziach – wyobraziłem sobie naszą polską przyszłość w postaci prywatnego szpitala pod nazwą „Szpital Europa”, z zepsutym neonem, i zamkniętym dla pacjentów, jak to mawiał wielki Wiech, „z powodu że wyszłem”. Dziś więc idę sobie z psem mojej córki i patrzę, a tu ta klinika – piękna i wystawna jak jasna cholera – pod nazwą „Euromed”. A więc trafiłem niemal w dziesiątkę. Ja to jednak mam łeb.
Dziś jednak, kiedy zabieram się do tego tekstu, mam na myśli coś bardziej spektakularnego. Ale zanim przejdę do rzeczy, chciałbym tym, którzy widzieli – przypomnieć, a tym, co widzieć nie mieli okazji – opowiedzieć bardzo krótko o pewnym niezwykle wybitnym filmie, w wersji oryginalnej zatytułowanym „Mars Attacks”, na polski przetłumaczonym jako „Marsjanie atakują”, a w wersji Kazika Staszewskiego przedstawionym – oczywiście, jak to u Kazika, najlepiej – jako „Mars napada”. Film, jak mówię, wybitny w sposób absolutnie jednoznaczny, przedstawia inwazję, jakiej na naszą planetę dokonali Marsjanie. Krótko mówiąc, chodzi o to, że Ziemia otrzymuje informację o tym, że mają lądować Marsjanie, i w tym momencie, najbardziej skretyniale przedstawicielstwo naszego gatunku, poczynając od polityków, a kończąc na jakichś półprzytomnych ekologach, działaczach pokojowych, naukowcach i w ogóle tak zwanych autorytetach, wpada w kompletny zachwyt, że oto obca – niewątpliwie oczywiście wyższa i bardziej od nas rozwinięta – cywilizacja zechciała nas łaskawie, w tak niezwykły sposób, uhonorować swoim zainteresowaniem. Wszyscy więc, pełni uroczystej gotowości i zachwytu, czekają na tych Marsjan, a tymczasem nagle okazuje się, że ci, co mieli być tacy wybitni i światli, to wyłącznie banda okrutnych debili, którzy nie potrafią nic innego, jak tylko rechotać i niszczyć. Mało tego. Jedyna ich siła – pomijając ich oczywiste talenty wynikające z tego, że są kosmitami – to to, że są bezwzględni i całkowicie bezmyślni. Nie znają ani refleksji, ani litości, ani rozmowy, ani nawet czegoś, co by się określało jako interes. Nie są nawet silni. Wystarczy głupi pistolet by ich rozbić w pył. Jedyne co mają, to ten rechot, tę bezczelność i ten kompletny brak refleksji, i to im pozwala przez jakiś czas tryumfować.
I oto nagle, któregoś dnia, idę sobie przez moje miasto, patrzę a tu na froncie Hotelu „Katowice” przeogromny billboard, a na nim Kuba Wojewódzki i Michał Figurski z poobijanymi ryjami, skacowanymi oczami, reklamują radio o nazwie „Eska”. I ja sobie pomyślałem od razu o tych Marsjanach. Nie żeby oni też byli poobijani i uświnieni. Co to, to nie. Na filmie ci Marsjanie są nawet dość eleganccy i tacy bardziej czyści. Chodzi o co innego. O tak zwany wymiar wewnętrzny. Chodzi o to, że ci dwaj, wraz z tą ich misją, doskonale się wkomponowują w przesłanie wspomnianego filmu. Tu też chodzi o to, że liczy się wyłącznie chamstwo i taka zupełnie bezsensowna, niczemu nie służąca agresja. Chodzi o to, by rechotać i niszczyć – i poza tym już nic więcej. No i – a to już może przede wszystkim – chodzi o to, że ten rodzaj agresji funkcjonuje tu nie jako eksces, ale styl bycia, natura, coś bardzo, bardzo stałego. I nagle patrzę na tego Wojewódzkiego i Figurskiego, i widzę, że oni są dokładnie tacy sami. I okazuje się nagle coś jeszcze: że tych billboardów jest już cała masa. Wprawdzie nie tak wielkich, ale normalnych, o przeciętnej kampanijnej wielkości. Jedne z Wojewódzkim, inne z Figurskim, a wniosek z nich jeden – one wszystkie, z całą pewnością, muszą trafiać w zapotrzebowanie. One z pewnością mają swoją publiczność. I to publiczność wielką. I tu jest już tylko tę jedną jedyną różnicę między fikcją filmową, a naszą realnością. Ludzie sterroryzowani przez Marsjan wprawdzie zostali tak samo głupi, jak byli wcześniej, ale od tej agresji jakoś się ostatecznie odwrócili. My tę agresję przyjęliśmy. I to przyjęliśmy posłusznie i z satysfakcją.
Dlaczego powiedziałem, że „ja to jednak mam łeb”? Dlatego mianowicie, że ja już jakiś czas temu, trochę może bardziej z czystej złośliwości, niż w oparciu o konkretne doświadczenie, zacząłem pisać o ludziach pracujących dla Systemu w kontekście tego tytułu – „Mars napada”. I oto nagle okazuje się, że tak. Że ja to w pewnym sensie przewidziałem. Że oni w ciągu zaledwie kilku miesięcy, czy, w najgorszym wypadku paru lat, stali się niemal lustrzanym odbiciem tamtych charakterów. Tamtej kultury. Tamtej cywilizacji. Mamy tego Figurskiego i Wojewódzkiego. Przecież oni są dokładnie, jak tamci. Tyle może różnicy, o czym już tu wspomniałem, że tamci jednak prezentowali pewien typ klasycznej elegancji, gdzie twarze są umyte, a buty wyszczotkowane. A ci reprezentują elegancję nową, w postaci obszczanych nogawek i brązowych z kupy majtek. Taki postęp.
Jednak to jeszcze nie wszystko. Bo trzeba nam wiedzieć, że nieszczęścia chodzą nie dość że parami, to jeszcze niekiedy trójkami. Jednak tu też muszę najpierw opowiedzieć fragment ze wspomnianego filmu. Otóż w pewnym momencie, Marsjanie postanawiają wedrzeć się do Białego Domu, i w tym celu jeden z nich przybiera postać – oni to potrafią robić lepiej od nas – niezwykle, w ich marsjańskim rozumieniu, atrakcyjnej kobiety. I to jest w swojej zabawności scena absolutnie wybitna. Oto pojawia się na nocnym horyzoncie coś, co dla każdego normalnego człowieka jest karykaturą trochę lalki Barbie, trochę jakiejś ruskiej kurwy, i to coś idzie przed siebie, kręcąc tyłkiem, piersiami, włosami, ramionami, i każdym swoim ruchem udowadniając przede wszystkim to, że nie jest w żadnym wypadku człowiekiem, tylko jakimś obłąkanym produktem z kosmosu, w dodatku produktem kompletnie nieudanym. No i w pewnym momencie to coś trafia na wysokiego prezydenckiego urzędnika, który oczywiście jest tak głupi, że nie zauważa, że ma do czynienia z alienem, a nie człowiekiem, no i daje się uwieść. I to jest naprawdę bardzo śmieszne. Zwłaszcza jak ta lalka odgryza mu palec.
I gdy wydawało się, że coś takiego może występować tylko w komedii science-fiction, TVN24 postanowił, że już na całego będzie lansować kogoś, kto u nich tradycyjnie czyta pogodę, ale ostatnio funkcjonuje jako redakcyjna lalunia, i nazywa się Dorota Gardas. Daje słowo, że ja bym się nad tą Gardas nie znęcał, gdyby nie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że ona najwyraźniej zupełnie autentycznie jest przekonana, że jest śliczna, a druga to taka, że o jej śliczności – specyficznej, to fakt, ale zawsze – najwyraźniej przekonana jest też redakcja TVN-u. Ona sama natomiast, wyglądając jak karykatura samej siebie sprzed lat, całkowicie upodobniła się do tego podstawionego Marsjanina, a kamery, zamiast skupić się na czymś w miarę normalnym, z uporem maniaka wciąż pokazują ją w maksymalnym zbliżeniu. Ja oczywiście widzę i wiem, że koledzy tej Gardas zdają sobie świetnie sprawę z tego, że z nią jest coś nie tak, i w sposób właściwie już kompletnie otwarty urządzają sobie z niej pośmiewisko, jednak nie ulega też wątpliwości, że właściciele stacji trzymają ją w tym kształcie, w przekonaniu, że szerokiej publiczności ona jak najbardziej imponuje. Że dla szerokiej widowni ona jest uosobieniem kobiecego wdzięku i urody. I obawiam się, że mają jak najbardziej rację. Dokładnie tę samą rację, co właściciele „Eski” odnośnie tych dwóch kosmitów.
I to jest mój problem. Nie to przecież, że ktoś taki jak Wojewódzki, Figurski i ta Gardas w ogóle istnieją. W końcu świat ma dla nas przygotowanych wiele niespodzianek. Ale to, że na nich istnieje tak ogromne zapotrzebowanie. Że oto nasza dzisiejsza kultura osiągnęła stan takiego upadku, że na poziomie estetycznym wręcz niepostrzeżenie oparła się na modelu wymyślonym przez autorów filmu „Marsjanie atakują”. Że to co tam w sposób oczywisty było kpiną, parodią, satyrą i, być może, swego rodzaju ostrzeżeniem, nagle przez nas zostało przyjęte, jako pewien trend, i ten trend nam się bardzo spodobał.
A ja? Co mi do tego? No właśnie od tego zacząłem – kiedy zaczynałem w stosunku do nich używać epitetu „Marsjanie”, ani mi do głowy nie przyszło, że jestem jakimś, cholera, prorokiem. I mogę dziś oczywiście mówić, że przepraszam, że ja tylko żartowałem, że nie wiedziałem, że coś takiego jest w ogóle fizycznie możliwe, ale wiem, że to nic nie da. Stało się i musimy teraz się z tym jakoś uporać. Jedyne natomiast co mogę zrobić, to zwrócić się do tych, którzy w ostatnich wyborach glosowali na Platformę Obywatelską, i powiedzieć im uczciwie, że to, że oni nie lubią PiS-u, ja jestem w stanie zrozumieć. Ja jestem w stanie zrozumieć, że oni lubią Donalda Tuska. Natomiast jestem pewien na sto procent, że to iż oni stanęli po stronie kultury, gdzie wzorem elegancji i powabu jest Figurski z Wojewódzkim, a szczytem kobiecego wdzięku Dorota Gardas, świadczy o nich jak najgorzej. Ja bym na ich miejscu już zaczął uciekać.
A my tu zostańmy. Z naszymi marzeniami, rozczarowaniami, z tym naszym bezradnym kompletnie niezrozumieniem tego, co się wokół nas dzieje. I z tym biednym Jarosławem Kaczyńskim, tak okropnie samotnym i zamkniętym przed światem, który go tak fatalnie rozczarował. Rozmawiałem dziś z ojcem Rachmajdą i on mi powiedział, że się modli specjalnie w jego intencji. Specjalnie w tej jednej intencji. Módlmy się więc razem z nim. A ja bardzo pokornie proszę o kupowanie książki i wspomaganie tego bloga finansowo, byśmy mogli ten czas przetrwać jakoś razem. Dziękuję.

sobota, 5 listopada 2011

Na jednej nodze, gotowi do skoku

Kiedy już mój wczorajszy tekst znalazł się na blogu, otrzymałem wiadomość od pewnej, nieznanej mi czytelniczki, która, pomijając bardzo sympatyczne słowa pod adresem tego co tu powstaje, po raz nie wiadomo już który w tej naszej wspólnej historii, pokazywała też, jak bardzo można tego co się czyta nie zrozumieć. Wyjaśniłem więc owej pani, w czym rzecz, ona – w odróżnieniu od wielu – nie obraziła się i nie poinformowała mnie, że jestem nadętym mądralą, ale przeprosiła za swoje gapstwo, i przesłała mi zdjęcie pięknych białych tulipanów. Do tulipanów zaś dołączyła słowa nadziei, że te kwiatki jakoś mnie pocieszą wobec tego, co się stało w Prawie i Sprawiedliwości.
Napisałem więc jej, że mnie nie trzeba pocieszać, a już na pewno nie na okoliczność tego, co się dzieje w PiS-ie, i dołączyłem do tego zapewnienia krótkie objaśnienie. Dziś chciałbym to wyjaśnienie rozszerzyć i podzielić się nim z tymi wszystkimi, którzy prawdopodobnie bardzo mocno się zastanawiają, jak ja się czuję dziś, w ten piękny – kolejny już taki piękny – jesienny poranek. Otóż jest właśnie tak, że ja, kiedy się rano obudziłem, pierwsze co pomyślałem, to nie to, że Ziobro z Kurskim są poza PiS-em, ale o tym, że jest tak znowu cudownie pięknie za oknem. Ktoś oczywiście mi od razu powie, że to iż osiągnąłem taki stan, akurat świadczy o mnie wyłącznie źle, i jedyne co mnie tu może usprawiedliwić, to mój wiek. Tyle że to jest akurat nieprawda. Jak na swój wiek bowiem, skutecznie bardzo udowadniam tu każdego dnia, że jeśli ktoś liczy na to, że ja się zapatrzę w tę jesień i zapomnę o wszystkim innym, lepiej niech tego sprawdzać nie próbuje. Mnie dziś chodzi tylko o to, że od tego co się wczoraj stało w Prawie i Sprawiedliwości, ta jesień i jej przyczyny, są znacznie ważniejsze.
No ale przecież, nie tylko jest ta jesień. Są też i zmartwienia. Jednak każde moje zmartwienie, które właśnie w tej chwili, kiedy piszę ten tekst, przychodzi mi do głowy, jest tak samo jak ta jesień, znacznie ważniejsze od tego, że nagle doszło do sytuacji, gdy oto Karski okazał się ważniejszy od Kurskiego. I tu też mi wcale nie chodzi o to, że się wszyscy starzejemy i że, zwłaszcza przy tej pięknej jesieni, myśl o tym, że trzeba umierać jest dla mnie w jakiś sposób obezwładniająca. Nie. Ja tę akurat myśl traktuje bardziej jako żart, czy swój kolejny udany bon mot, niż świadectwo mojego nastroju. Otóż mnie bardzo martwi co innego. To choćby – jeśli już mamy uznać, że polityka jest jednak jakoś naszym życiem – że wygląda na to, że po raz kolejny się pomyliłem i dałem się oszukać swojemu wrodzonemu optymizmowi, kiedy już w parę tygodni po Smoleńskiej Katastrofie – czy wiecie, że już zawsze będziemy ją pisać z dużej litery, tak jak Amerykanie z dużej litery piszą słowa Depression i American Dream? – uznałem, że Jarosław Kaczyński już się zbiera się po tym ciosie, jak ten jakiś Feniks z popiołów, jak Don Vito Corleone po tamtym zamachu („Stary żyje. Pięć kul w tej jego sycylijskiej skórze, i żyje”), jak tylu wielkich bohaterów sztuki popularnej, których zawsze, jeszcze jako dzieci, tak bardzo podziwialiśmy („I w jego oczach zobaczył swoją śmierć”). Bo oto wszystko wskazuje na to, że choćbyśmy się nie wiadomo jak napięli, nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć, czym dla Jarosława Kaczyńskiego był tamten sobotni poranek, i że okropnie naiwna była ta nasza wiara, że on jest większym herosem od herosów największych.
Przy okazji ostatnio obchodzonej rocznicy ataku na WTC w Nowym Jorku, obejrzałem po raz kolejny ten niezwykły dokument, zatytułowany po prostu „9/11”, o tym nowojorskim strażaku, który krótko przed 11 września wstąpił do służby, i znów miałem możliwość podziwiania owej akcji z punktu widzenia jej egzekutorów, i, po raz kolejny, pomyślałem sobie, że dla nich to rzeczywiście musiało być najwyższej klasy święto. Bo naprawdę trudno sobie wyobrazić zamach bardziej spektakularny, i propagandowo i symbolicznie skuteczny, niż ten właśnie. Oni musieli być wówczas bardzo z siebie dumni. I bardzo szczęśliwi. Dokładnie tak samo dumni i tak samo szczęśliwi, jak ci, którzy niemal dziesięć lat później, w zupełnie innej części świata, jednym skutecznym ruchem, zlikwidowali całą współczesną historię Polski. I kiedy dziś, z jednej strony, patrzę na Jarosława Kaczyńskiego, który – jak sam przyznaje w przygotowanym specjalnie na rzecz skutecznej kampanii filmie – już nigdy nie będzie szczęśliwy, a z drugiej, choćby na rozgrzaną popularnymi emocjami publiczność, kiedy wyjaśnia sobie nawzajem piękne bohaterstwo kpt. Wrony w opozycji do zawstydzającej porażki kpt. Protasiuka, to martwię się jak cholera. Jestem zmartwiony aż do bólu serca.
A więc, tak – to mnie martwi. Sytuacja w Prawie i Sprawiedliwości już nie bardzo. Bo wiem, że oni jakoś się tam ostatecznie pozbierają i będą dalej walczyć, lub choćby udawać, że walczą, a świat zewnętrzny zrobi wszystko, żeby im się zbyt duża krzywda nie stała. Wczoraj – co za ironia! – Grzegorz Miecugow w „Szkle kontaktowym” powiedział, że w momencie gdy PiS przestanie istnieć, przestanie natychmiast też istnieć Platforma Obywatelska, bo oni są tak tragicznie bylejacy, że bez tego szczęśliwego kontekstu, jaki im daje istnienie PiS-u stają goli i uświnieni swoją nędzą i kłamstwem. A więc spokojna głowa – System nie dopuści do tego, by Polskiej prawicy stało się coś przykrego, a już na pewno nie przykrego w sposób ostateczny. Nie martwi mnie więc też bardzo to, że w Prawie i Sprawiedliwości swoje pozycje zachowali Hofman, Błaszczak i pani Szydło, i że stracili je Kurski, Ziobro i pani Kempa, bo, moim zdaniem, w obecnym stanie rzeczy, a więc w sytuacji, kiedy System złapał za gardło i społeczeństwo i całą sferę publiczną, a – jak na to wiele wskazuje – również i Kościół, nawet gdyby ten spór zakończył się z wynikiem odwrotnym, to dla nas akurat wszystko pozostałoby dokładnie tam samo, gdzie jest dziś. Włącznie z Jarosławem Kaczyńskim, wreszcie skutecznie zneutralizowanym. No i przede wszystkim, z nieżyjącym Lechem Kaczyńskim i nieżyjącym Przemysławem Gosiewskim i z nieżyjącą Grażyną Gęsicka i z nieżyjącą Aleksandrą Natali-Świat, z nieżyjącym Władysławem Stasiakiem, i z tym trupem polskiego samolotu, już ostatecznie zapomnianym i zlekceważonym. Na lotnisku w Smoleńsku.
O sytuację w Prawie i Sprawiedliwości zapytano wczoraj Annę Fotygę, i choć wiem, że z niej w dobrym towarzystwie wypada się wyłącznie śmiać, ona znów pokazała, że znajduje się znacznie wyżej, niż którykolwiek z nich może choćby tylko marzyć, by się wspiąć ( przy okazji wyrazy pogardy dla Roberta Mazurka). Otoczona bandą, jak zawsze kompletnie ogłupiałych, dziennikarzy, Fotyga odpowiedziała krótko, że ona się sprawą Ziobry nie zajmuje, bo od rana jest bardzo zajęta obserwowaniem, jak „kończy się dotychczas znany nam świat”, i że za to naleganie, by ona opowiadała dziś o Ziobrze, dziennikarze powinni się wyłącznie „wstydzić”. A ja sobie myślę, że ona zajmuje się sprawami zagranicznymi, tylko częściowo powiązanymi z gospodarką. No ale pozostają oczywiście jeszcze pieniądze. Więc ja czekam, aż oni pójdą do któregoś z wybitnych ekonomistów i im też zadadzą pytanie o stan towarzyskich stosunków w PiS-ie. Chętnie bym się dowiedział, co tam słychać, bo – jak już wielokrotnie tu informowałem – w tych tematach osobiście trzymam się blisko zera.
Dowiedziałem się właśnie, że na słynnej drodze M5, łączącej Bristol z Exeter, doszło do wypadku, o którym ktoś powiedział, że czegoś takiego Anglia nie widziała w swojej „living bistory”. Właśnie widzę, że wiadomość ta pojawiła się wreszcie na portalu tvn24.pl. Jednak, naturalnie, bez przesadnych gestów. Na samej górze oglądam twarz Ryszarda Czarneckiego i podpis: „PiS grał w piłkę nożną, a koledzy w football amerykański”. Piętro niżej, zdjęcie Błaszczaka i cytat: „Ręka została wyciągnięta – odrzucono ją”. Jeszcze niżej, pewnie dla odmiany, jeszcze raz samolot bez podwozia, ale już za moment pełna błysku twarz Kazimierza Marcinkiewicza i kolejny cytat: „Jarosław Kaczyński jest politykiem przegranym”. Pod Marcinkiewiczem – Wołek, Lisicki i niejaki Perzyna, i informacja o tym, że „Rewolucja moralna pożera własne dzieci”. To akurat ten Perzyna. Później reklama i wreszcie pojawiają się – najpierw Grecja, a potem zdjęcie tej autostrady. Szukałem jeszcze to tu to tam, ale już akurat śladów Donalda Tuska nie znalazłem. W ogóle, jak idzie o naszą Polskę, to wydaje się, że poza ostatecznym końcem Jarosława Kaczyńskiego i bohaterskim lądowaniem kpt. Wrony – od wczoraj nie wydarzyło się nic. No i owszem – to mnie martwi. Bardzo. To mnie martwi tak, że aż chce mi się krzyczeć. I jeśli ktoś chce mnie przekonać, że przyczyną tej naszej polskiej nędzy jest odsunięcie od wpływów w Prawie i Sprawiedliwości Ziobry i Kurskiego, a pozostawienie na miejscu Hofmana, to go szczerze i z całą mocą zapewniam – to jest nieprawda.
Moim zmartwieniem jest to, że wszystko wskazuje na to, że to dopiero ten straszny, niespotykany dotychczas kryzys, który przyniesie nam nędzę, jakiej nie widział nawet najgorszy PRL, sprawi, że obudzimy się z tego zaczadzenia i znów poczujemy, co znaczy być człowiekiem. Moim zmartwieniem jest to, że wciąż nie mogę zapomnieć tej strasznej okładki chyba „Polityki”, która wygenerowała komputerowo obraz Donalda Tuska, jako premiera za dwanaście lat, który to obraz jako żywo przypomina coś, co pokazał Spielberg w swoim filmie „A.I.” w granej przez Jude’a Law postaci robota do towarzystwa, któremu nagle coś się zepsuło w programie, i teraz musi się ukrywać. Nie mogę jej zapomnieć i nie mogę też przestać myśleć, że kiedy redaktorzy „Polityki” decydowali się na zamieszczenie tego projektu, wbrew pozorom wcale nie chcieli swoich czytelników przerazić, lecz wprowadzić w dobry nastrój. I jestem pewien, że ich w dobry nastrój wprowadzili. I ta świadomość martwi mnie, jak nie wiem co. Podobnie jak martwi mnie też to, że nawet jeśli ten kryzys, który nadejść musi, zrobi z nami wszystko to, co zapowiada już od dłuższego czasu, to jest wciąż dość prawdopodobne, że Donald Tusk nadal będzie się tak jak dotychczas pięknie starzał, że w kaplicy prezydenckiej nadal będzie stał ten biedny, zhańbiony, opluty, obsączany i zapomniany przez polskich biskupów krzyż z Krakowskiego Przedmieścia, plazmowe telewizory nadal będą nadawały tę samą co zawsze plazmę, tyle że nowym, dostosowanym do najświeższych potrzeb, wydaniu, a my będziemy nadal interesować się polityką na poziomie takim oto, czy Jarosław Kaczyński zdąży nas zbawić, zanim go Ziobro ostatecznie nie pozbawi wpływów. Lub czy nie lepiej by było, gdyby wreszcie władzę w Kraju zdobyła prawdziwa, patriotyczna, narodowa prawica, która i wie co to Wołyń, i rozumie, czym jest Naród, i potrafi rozpoznać nawet najbardziej zakamuflowanego Żyda. Nawet po samym zapachu.
Cieszę się dziś tą piękną jesienią, i martwię się dziś jak być może nigdy dotąd tym, że Jarosław Kaczyński, największy polityk najnowszej polskiej historii, dziś najprawdopodobniej siedzi gdzieś tam w tej swojej Warszawie i nie jest w stanie dzielić ze mną tej radości. Rozumiem go jednak i niech nikt nie liczy na to, że z moich ust usłyszy choć jedno słowo skierowane przeciwko niemu. A to dlatego, że przede wszystkim ja wiem, że za 50 lat – jeśli oczywiście ten czas w ogóle nastąpi – z tego naszego minionego dwudziestolecia, na kartach naszej dzisiejszej historii, pozostanie tylko to jedno nazwisko. A poza tym, ja żyję w znacznie szerszej perspektywie, niż tej wytyczonej przez nazwiska Ziobry i Hofmana, i swoje emocje zachowuję na moment, kiedy pojawi się szansa, bym ujrzał tryumf prawdy w pełnej krasie. I obiecuję, że zrobię wszystko, by tego momentu dożyć.
Jeśli ktoś chce mi w tym czekaniu pomoc, przynajmniej chwilowo, proszę sobie kupić moją książkę i siedmiokilogramowym liściu, również dlatego, że naprawdę warto, no i ewentualnie zasponsorować ten blog finansowo pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...