piątek, 22 kwietnia 2011

Miłość już obfajdali, teraz się wzięli za Ducha

Od czasu gdy kardynał Nycz i paru innych biskupów naszego Kościoła ogłosiło koniec żałoby, aktywność po stronie osob tego końca tak cierpliwie wyczekujących wzrosła natychmiast. Nie ma właściwie dnia, by kolejny polityk czy dziennikarz, czy jakiś wynajęty specjalista od komentowania spraw ważnych nie powiedział, jak to naprawdę było z tym Lechem Kaczyńskim. Nagle głos zabrała prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz i oświadczyła co następuje: „Myślę, że będziemy mniej delikatni w ocenie, chociażby prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego”.
Moim zdaniem oświadczenie to jest o tyle ciekawe, że, jak wiemy ludzie i środowiska, o których Gronkiewicz mówi, używając zaimka ‘my’, mają naprawdę mnóstwo okazji i powodów, by mówić jak najbardziej niedelikatnie o wielu osobach. Mogą niedelikatnie mówić o Kaczyńskim, który, w odróżnieniu od swego brata jakoś wciąż im jakoś umyka, o Brudzińskim, o Rymkiewiczu, o Gazecie Polskiej, o Kempie, o agencie Tomku, o Janie Pospieszalskim, a nawet – jeśli tylko znajdą odpowiedni powód – choćby i o mnie. Tymczasem z jakiegoś powodu, ta szczególna kobieta uznała za stosowne z całej tej plejady wrogów ludu, wymienić akurat nieżyjącego już Lecha Kaczyńskiego. Że to o nim właśnie, ona i jej środowisko będą mówić niedelikatnie. Ciekawe dlaczego?
Czytam już kolejny raz te jej cudownie czarne słowa, i zastanawiam się jak owa niedelikatność może jej i jej partyjnych towarzyszy wykonaniu wyglądać. Pamiętamy wszyscy bardzo dobrze, że od czasu, gdy biedne ciało Prezydenta zostało zabrane z tamtej zatrutej ziemi i sprowadzone do Kraju, słyszeliśmy mnóstwo najróżniejszych opinii, wygłaszanych jak najbardziej publicznie, nie przez pijanych swoim szaleństwem internautów, lecz przez osoby bardzo, ale to bardzo publiczne. A więc przede wszystkim dziesiątki, jeśli nie setki razy, słyszeliśmy opinię, ze za katastrofę smoleńską, w tym oczywiście za śmierć 95 niewinnych osób, ponosi właśnie Lech Kaczyński. W każdy możliwy sposób: że był pijany, że wpadł w złość, że ogarnęło go szaleństwo władzy, a nawet że w ogóle przyszło mu do głowy lecieć do Smoleńska. Słyszeliśmy – już po jego tragicznej śmierci – całą masę głosów sugerujących, że on tak naprawdę, nawet jeśli sobie na swój los nie zasłużył, to nie ma najmniejszego powodu, by się nad tą śmiercią aż tak bardzo pochylać. I w tej atmosferze mijał cały boży rok. I ja mam dziś rozumieć, że niedelikatnie dopiero będzie?
A w jakiż to sposób Hanna Gronkiewicz-Waltz zamierza uświetnić ten pożałobny już zgiełk? Czy ci, o których ona mówi „my” będą nam organizować jakieś debaty panelowe z udziałem wybranych mędrców, którzy nas uświadomią, co to był za szubrawiec z tego Kaczyńskiego? A może owi „my” nie tylko będą gadać, ale może też te swoje pogawędki zilustrują jakimiś mniej delikatnymi performansami? Znamy już kilka takich, co doprawdy potrafiły zrobić wrażenie. Ale rozumiem, że teraz będzie dla odmienny niedelikatnie. Czyli jak? Czy Młodzi Demokraci w Krakowie zorganizują jakieś zawody wokół Wawelu, gdzie trzeba będzie pluć na odległość, albo szczać do celu? A może zaprzyjaźnieni dziennikarze z TVN24 uruchomią nowy show, którego celem będzie opowiedzenie najlepszego dowcipu o Lechu i Marii Kaczyńskich? Przyznaję, że nie mam bladego pojęcia, jak może wyglądać Platforma Obywatelska w wydaniu nie-delikatnym? Ale oczywiście potrafię się tu maksymalnie otworzyć.
Wciąż jednak najbardziej się zastanawiam, czemu Lech Kaczyński? Dlaczego oni się uczepili właśnie jego? Czy to możliwe, że oni wiedzą, że w ostatecznym rozrachunku to o niego tu chodzi? Że ów wiatr można poskromić wyłącznie niszcząc pamięć tego jednego człowieka. Że bez tego nic już się im się nigdy nie uda? Chyba jednak tak. Ale jeśli rzeczywiście tak jest, to nie mam wątpliwości, że stan w jakim oni się znaleźli jest nie do pozazdroszczenia. W niedawnym wpisie na blogu opisałem tę sytuację bardzo brzydkim tytułem, o miłości, która zrobiła kupę. Dziś myślę sobie, że, skoro Gronkiewicz-Waltz informuje mnie, że delikatnie już było, to ja nie mam nic przeciwko temu, żeby się z nią zgodzić. I bardzo chętnie przyłączę się do tych zawodów na obniżanie poziomu delikatności. Na początek może poinformuję panią prezydent, że moim zdaniem sfajdana miłość, to jeszcze nic takiego. Gorszy od niej jest z pewnością sfajdany Duch Święty. Obfajdać Ducha Świętego, to dopiero wyczyn! Nie ma się co zatem dziwić, że właśnie ktoś taki jak Hanna Gronkiewicz-Waltz wpadła w związku z tym wypadkiem w tak podniosły nastrój.

czwartek, 21 kwietnia 2011

O zdrajcach o świcie

Zwrócono mi uwagę na portal o nazwie ‘Widelec’. O owym ‘Widelcu’ wcześniej nie słyszałem, natomiast dziś wiem tyle, ze jest to projekt prowadzony przez spółkę Agora, i jego celem jest rozbawianie agorowej klienteli. A zatem, taki Joe Monster, czy Kwejk, czy może – z drugiej strony – prowadzone przez Gazetę Polską ‘Pinezki’, tyle że dla dobrze wykształconych z dużych miast. Przyznam, że moja wiedza o ‘Widelcu’ jest w dalszym ciągu minimalna, i mam wszelkie powody, by przypuszczać, że nadal taka pozostanie, natomiast jeśli dziś się nim zajmuję, to wyłącznie ze względu na jeden, bardzo określony występ. Chodzi mianowicie o CV.
Otóż w najświeższym wydaniu tego kącika nowoczesnego humoru, opublikowano wyniki ogłoszonego przez wspomniany portal konkursu na ‘Najgorszą aplikację o pracę’ i oto już tylko możemy się wsłuchać uszami wyobraźni w tubalny rechot dochodzący z najczarniejszych kieszeni naszego kraju. Co tam jest takiego zabawnego? Standard. Agora przedstawia nam siedem aplikacji o pracę, napisanych przez ludzi, którzy przede wszystkim tej pracy desperacko szukają, a przy tym ludzi najprawdopodobniej dramatycznie ubogich i niewykształconych. Nie mam tu sposobu, żeby opisać przedmiot tych szyderstw, choćby dlatego, że wstrząsający autentyzm tego dramatu jest nie do opisania. Jeśli ktoś ma ochotę i odwagę, niech sobie na ten ‘Widelec’ zajrzy, i wtedy może będzie wiedział, o czym tu dziś rozmawiamy. Ponieważ ja, jak mówię, nie jestem w stanie, pozostaje to, lub już tylko osobista wrażliwość i wyobraźnia każdego zainteresowanego problemem. Nie samymi aplikacjami, lecz własnie problemem.
A problem jest taki oto, że nie trzeba się szczególnie intelektualnie wysilać, żeby wiedzieć, że każdy z nich, to tak czy inaczej nasz sąsiad; człowiek, którego mijamy codziennie, czy to na ulicy, czy w sklepie, czy podczas spaceru z psem; ktoś z kim niekiedy zamieniamy słowo; ale jednocześnie ktoś, o kim gówno, za przeproszeniem, wiemy. Bo każdy z nich, staje na głowie, żeby nasza wiedza o jego, czy jej sytuacji była jak najbardziej niedostępna. Dlaczego? Bo każda z tych osob, nawet jeśli nie ma już prawie nic, to za to pozostał jej wstyd.
Skąd mi przyszło do głowy, że ludzie, z których dziś Agora w tak straszny sposób szydzi i jednocześnie robi wszystko, żeby to szyderstwo stało się maksymalnie powszechne, wiedzą czym jest wstyd? Otóż z bardzo prostego powodu. Nie mam bowiem wątpliwości, czytając te wstrząsające swoją bezradnością aplikacje, że za nimi stoją ludzie, którzy w normalnych warunkach – a więc choćby w intelektualnej i czysto ludzkiej sytuacji twórców portalu ‘Widelec’ – machnęliby ręką na te całą pracę i zaczęli się zwyczajnie kurwić, albo kraść. Gdyby którakolwiek z tych osób, a więc, czy to ten „Dawit” – pracownik piekarni i ochroniarz w hipermarkecie, czy może owa Edyta – marząca o podróżach fryzjerka z Kielc, czy wreszcie ta kobieta, która „od dziecka sprzedawała z ojcem warzywa na targu”, a dziś już tylko liczy na to, że ktoś jej pozwoli „kłaść zażądany kawałek ciasta na tackę” i ktoś jej za to zechce dać jakiś marny grosz, miała umysł, wrażliwość i poczucie człowieczeństwa na poziomie intelektualistów z Agory, dziś byśmy się z nich nie śmiali, lecz niewykluczone, że się ich bali.
Tymczasem, na całe nasze szczęście, każdy z nich stoi o niebo wyżej od tych, którzy z nich dziś kpią. I to jest fakt , którego dyskutować nie ma sposobu. Żeby to wiedzieć, wystarczy na spokojnie wejść w ten dramat i uruchomić choćby minimum wrażliwości. Wystarczy na ułamek choćby chwili oderwać się od naszych codziennych interesów i odrobinkę pomyśleć. Spróbować oczyma wyobraźni zobaczyć tego człowieka, jak siedzi w swoim domu i błaga o uczciwą pracę, pewnie choćby za każdy łaskawy grosz, której prawdopodobnie i tak wie, że nie dostanie. Bo on jest jaki jest, a zewnętrzny świat, też specjalnie dla niego się już nie zmieni. Wygląda jednak na to, że dla pewnego typu wrażliwości, nawet coś tak prostego, jest nieosiągalne.
Jakiś czas temu opowiadaliśmy tu sobie, jak to w jednym z prowincjonalnych sklepów pojawiło się dwoje dzieci, które przyszły kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków za 2,40 zł. Myślę sobie, własnie przy okazji tego ‘Widelca’, również o tych dzieciach, i nagle przychodzi mi do głowy, że pewnie ci kabareciarze o tamtych zakupach u nas jednak nie czytali, bo w przeciwnym wypadku, jestem pewien, że by na tym swoim fantastycznie wesołym portalu urządzili zawody na "najgorsze zakupy". I przychodzi mi też od razu do głowy, że po raz kolejny wychodzi na to, że mamy wyłącznie jeden problem. Problem nie polityczny, lecz kulturowy. Jeśli dzisiejsza Polska pogrążona jest w tak fatalnym konflikcie, to nie z powodu polityki, lecz ze względu na cywilizacyjną i kulturową zapaść. I to nie na poziomie najniższym, ale właśnie tym pozornie najwyższym. A jeśli ktoś tego nie chce zrozumieć, to ja nie mam już na to sposobu.
Zbliżają się Święta. Jestem już po spowiedzi, w czasie której mocno się zadręczałem tą swoją pogardą do zła, której nie jestem w stanie zwalczyć. Obiecałem poprawę, obiecałem, że będę się starał. I nie jestem w stanie. Nadchodzi Wielkanoc, a ja sobie myślę, że bardzo bym sobie życzył, żeby któryś z tych, co dziś się śmieją z ludzi z owymi rozpaczliwymi aplikacjami w kieszeniach, szedł sobie wieczorem ulicą i został skutecznie pobity i obrabowany przez tego jednego z nich. Tego który już nie wytrzymał i pomyślał sobie, że nie będzie pisał żadnych głupich CV, tylko inaczej zatroszczy się o swoją teraźniejszość. Lub, żeby, korzystając z nieobecności żony, sprowadził sobie do domu jedną z tych fryzjerek, czy sprzedawczyń warzyw, które wprawdzie nie miały ani wykształcenia, ani podstawowych społecznych umiejętności, ale uznały, że nie są najbrzydsze, i został przez nią najpierw okradziony, a następnie wystawiony na publiczne pośmiewisko. Chciałbym tego bardzo, bo każdy kolejny dzień spędzony na obserwowaniu ludzkiego upadku, przekonuje mnie coraz bardziej, że dla wielu z nas jedynym ratunkiem może być już tylko te 16 ton spadające na głowę.
Zbliżają się Święta, a ja z tej okazji chciałbym tę notkę zadedykować tym wszystkim, którzy zostali wyróżnieni w konkursie ‘Widelca’. Z miłością, podziwem i wstydem, że ja bym tak nie potrafił. To dla nich jest każde słowo tych dzisiejszych refleksji. I dalej już nic więcej, bo idę się pobeczeć.

środa, 20 kwietnia 2011

Sławomir Nowak, czyli o miłości co się obsrała

Czasy są takie, że wobec zmartwień największych, cala reszta robi się nagle głupia i nie bardzo warta choćby splunięcia, a co dopiero poważnych blogowych refleksji. Z drugiej strony, trudno też poruszać się wyłącznie na poziomie tego opętania, które – jak tu parę razy ostatnio zdążyło mi się zauważyć – zaczyna dramatycznie przypominać to, co Pan Bóg uczynił Faraonowi, zanim wyprowadził Żydów z Egiptu. Trudno, choćby dlatego, że jest to wizja tak mocna i, w pewnym sensie mila mojemu oku, że nie chciałbym jej za bardzo ugłaskać.
Mimo to, od rana kombinuję, co by tu napisać, tak żeby było i nie za bardzo poważnie, a jednocześnie odpowiednio mocno i wszystko, co mi przychodzi, jest wyłącznie niepoważne. No bo popatrzmy na takiego Łysiaka. Ja osobiście nie przeczytałem ani jednej jego książki i ani jednego jego felietonu, i znam go wyłącznie z dwóch obrazów – jako bufona pokazującego się jeszcze w PRL-owskiej telewizji, opowiadającego o Napoleonie, i kogoś, kto dla tak zwanych ‘naszych’ jest bohaterem większym nawet niż Rafał Ziemkiewicz.
I oto, dowiedziawszy się, że Waldemar Łysiak został felietonistą tygodnika Uważam Rze, postanowiłem zobaczyć, co on tam pisze. Czytam i oczom nie wierzę. To co on tam robi – i niech mnie kto chce za to ukamienuje – jest dokładnie na poziomie felietonów niejakiego Skiby we Wproście. I to pod każdym względem, języka, dowcipu i metody. Z tą zaledwie różnicą, że Skiba jest ‘ich’, a Łysiak jest, jak już wspomniałem, ‘nasz’.
Więc pomyślałem sobie, ze napisze coś o Łysiaku. No i ledwo pomyślałem, już mi przeszło. W końcu ile razy można się znęcać nad gwiazdami polskiej publicystyki? I wreszcie po co? I z jakim skutkiem? Że znów ktoś mnie wykpi, że jestem zazdrosny i sfrustrowany? A więc pomyślałem, że napiszę coś o europejskim pośle Cymańskim, który wczoraj w Kropce nad i zrobił z siebie takiego osła, tak się fatalnie skompromitował, że od tego wszystkiego bardziej przykry już mógł być tylko widok pękającej ze śmiechu Olejnik, autentycznie tryumfującej, że oto wreszcie udało się jej skopać jakiegoś pisowca. No ale, po przemyśleniu sprawy, też sobie pomyślałem, że nie warto. Przyszło mi więc do głowy, że może należałoby wspomnieć coś o wywiadzie jakiego Onetowi udzielił nasz wspaniały policjant z CBA Tomasz Kaczmarek i – tym razem odwrotnie – pozachwycać się nad sytuacją, gdzie nagle dochodzi do tak pełnej zgodności kunsztu zawodowego i intelektualnego, jak naprawdę rzadko kiedy. No ale to akurat trzeba przeczytać samemu. Tego opowiedzieć się nie da, a komentować nie ma potrzeby. A więc polecam tylko onetowy wywiad z agentem Tomkiem.
I oto nagle przeczytałem gdzieś w Sieci, że Sławomir Nowak udzielił wywiadu Piaseckiemu i powiedział, że jego zdaniem Jarosław Kaczyński wcale nie jest w żałobie, lecz ślini się w pogoni za władzą, co zdaniem Nowaka, jest tym bardziej oburzające, gdy zauważymy, że jemu się nawet nie chce skoczyć do Krakowa na grób swojego brata i bratowej. Przeczytałem te słowa i pomyślałem sobie, że to może być dobry pretekst. Że to jest właśnie ten przykład biblijnego wręcz opętania – a więc czegoś jak najbardziej poważnego – a jednocześnie opętania na takim poziomie trywialności, że może nam się nawet uda pośmiać. Bo, owszem, wpieprzanie się w cudzą żałobę jest zawsze irytujące, choćby przez swoją, jak idzie o świat nawet nie koniecznie tylko ludzi białych, całkowitą egzotykę, ale przy tym owo wpieprzanie się, w wykonaniu kogoś takiego jak Nowak, niesie w sobie coś tak prostackiego, że aż karykaturalnego.
Bo ja sobie myślę, że Nowak – kiedy tak natrząsa się z tej śmierci i tego bólu – owszem, został w jakiś sposób psychicznie uszkodzony, czy to przez Boga, czy przez Szatana, ale przede wszystkim jest okropnie zabawne patrzeć, jak on bardzo jest ogłupiały z tej miłości do swoich państwa. Jak on jest bezprzykładnie im wierny. Jak on bardzo musi się czepiać tego swojego afektu, jeśli dochodzi do tego, że on bez mrugnięcia okiem wali takie teksty – i to nie pół roku temu, nawet nie trzy miesiące temu, ale dziś, kiedy już nawet kompletni ślepcy widzą, że na końcu tej drogi nie stoi zwykła tradycyjna kara, ale prawdziwa rzeź. A ten przyłazi w tym swoim wyglancowanym garniturku i mówi i śmieje się z Kaczyńskiego, że ma chorą mamę.
Myślałem więc sobie o tym Nowaku, i pomyślałem sobie, że zadedykuję mu pewien beletrystyczny kawałek, który sam napisałem. Krótkie bardzo, i myślę, że bardzo zabawne opowiadanie o miłości, która się posrała. Mam nadzieję, że się spodoba.



Moja młodsza siostra, którą mieliście okazję poznać w zeszłym tygodniu na koncercie, jest okropnie zakochana w pewnym chłopaku z Rudy-Chebzie. A w związku z tym, nie potrafi praktycznie przeżyć bez niego choćby jednego dnia. Ponieważ Ruda nie jest dużym miastem i znajduje się zaledwie dwadzieścia minut autobusem od miejsca, gdzie mieszkamy, siostra jeździ tam niemal codziennie.

Wczoraj, zaraz po szkole, Pusia – jak wiecie, tak się właśnie nazywa moja siostra – pojechała do tej Rudy-Chebzie, gdzie niespodziewanie została powitana przez dziewczynę z małej wioski pod Przemyślem o nazwie Tarnawce. Dziewczyna z Tarnawiec, której Pusia w życiu wcześniej nie widziała, poinformowała Pusię, że nie życzy sobie, żeby Pusia widywała się z Bodziem. Byłbym zapomniał, ten chłopak, w którym Pusia jest zakochana, ma oczywiście na imię Bodzio. Wściekłe spojrzenie, jakie Pusia dojrzała na twarzy dziewczyny z Tarnawiec, w dodatku z każdą chwilą wściekłe coraz bardziej, musiało oznaczać, że Pusia – dziewczyna w końca nie bardzo dzielna – ma prawdziwy kłopot.

Tymczasem, mieszkańcy Rudy-Chebzie, których codzienne życie nie jest jakoś szczególnie fascynujące, zaczęli się powoli gromadzić wokół zdarzenia i obserwować spotkanie, do którego doszło na głównym dworcu autobusowym w miasteczku, z rosnącym zainteresowaniem. W tej sytuacji – jakże zawstydzającej i absurdalnej – Pusia, nie mając pojęcia, jak się zachować wobec tego ataku miłości i nienawiści, zaczęła nerwowo się rozglądać, mając nadzieję, że może nagle w tym zaciekawionym tłumie dojrzy ukochane oczy Bodzia. W tym akurat momencie, to on bowiem wydawał się być jedyną osobą, na którą Pusia mogła liczyć.

I nagle, w dalekim końcu dworca, Pusia zauważyła Bodzia, który najwidoczniej jednak całkowicie nieświadomy tego co się dzieje, szedł bardzo powoli, trzymając za rękę bardzo atrakcyjną dziewczynę, której imienia Pusia nie znała, ale która wpatrywała się z uwielbieniem w oczy Bodzia. Oczy – jak już wspomnieliśmy – niezdolne do tego, by widzieć cokolwiek. Jeśli natomiast idzie o dziewczynę z Tarnawiec, która w tym momencie wrzeszczała już na Pusię z najwyższą furią, ta akurat była tak wściekła, że nie widziała już nawet nie tylko tłumu, który robił się z każdą chwilą coraz większy, ale również swojego kolegi Bodzia, o którego miłość była tak bardzo gotowa walczyć.

Pusia jednak w tym momencie była już w innym świecie. Żal, który nagle ogarnął jej serce, był tak wielki, że najzwyczajniej w świecie siadła sobie na ziemi – tak na marginesie, nie do końca czystej – i zaczęła zawodzić tak nieprawdopodobnie żałosnym płaczem, że dziewczyna z Tarnawiec, która w jednej chwili przestała się wydzierać, i której twarz w tym samym momencie pobladła ze zdziwienia, też siadła na ziemi i spytała – Dlaczego?

Ale tez i ludzie, mieszkańcy Rudy-Chebzie, którzy mieli to szczęście, że zdarzyło się im tego dnia, tego popołudnia, znaleźć się w tym dokładnie miejscu, byli tak zdumieni tym co ujrzeli, że również usiedli na ziemi i spytali – Dlaczego? Siedzieli więc i patrzyli, a ziemia była wciąż tak samo brudna jak wcześniej, a przed sobą widzieli dwie piękne dziewczyny, z których teraz już i druga płakała, z żalu, że skrzywdziła kogoś aż tak bardzo.

Tymczasem, Bodzio i dziewczyna, której imienia już nigdy nie poznamy, odchodzili powoli w którąś z bocznych uliczek Rudy-Chebzie. Niewidziani już ani przez Pusię, ani tym bardziej przez dziewczynę z Tarnawiec, ani też przez jakże zadowolonych z siebie i ze swojego życia przechodniów. A ponieważ byli zakochani, tym bardziej mieli w nosie ludzi, którzy zaparli się, by sobie posiedzieć na brudnym przystanku i się odpowiednio uświnić.


Oto moja proza dla Sławomira Nowaka. Ale nie tylko dla niego. To jest dla wszystkich tych, którzy z tej szalonej miłości, która spadła im na łeb przed kilkoma laty, wciąż uważają, że nie ma nic zabawniejszego niż czyjaś rozpacz. Głupio mi to mówić, ale tak na moje oko, Was już tylko śmierć może wyprostować.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

A jednak się nie pomylili: to rzeczywiście koniec

A jednak muszę się uderzyć w piersi. Kiedy kardynał Nycz, a za nim paru innych biskupów, zatroskanych o to, by nasze zszarpane nerwy i obolałe serca nie wyrządziły nam zbyt wielkich szkód, ogłosili koniec żałoby, pomyślałem sobie, że oni się mylą. Że z tym swoim ni to apelem, ni komunikatem, zdecydowanie wyprzedzili swój i nasz czas, lub, jak to niektórzy mówią, wyszli przed szereg. Lub, jeszcze okrutniej, zupełnie niepotrzebnie przytulili się do zwycięzców. Krótko mówiąc, wydawało mi się, że tymi swoimi słowami oni, nie dali świadectwa prawdzie, lecz kłamstwu. Jakiż byłem nieroztropny! Jak ich źle oceniłem! Dziś, kiedy minął już cały tydzień od 10 kwietnia, a na naszych rozdziawionych oczach mija właśnie rok od pamiętnych krakowskich uroczystości pogrzebowych Prezydenckiej Pary, wygląda na to, że słowa naszych biskupów stanowiły czystą i niczym nie skażoną prawdę. Żałoba właśnie dobiegła końca. I świadczy o tym każda chwila każdego z mijających dni. I trzeba to nam się było upierać?
Ktoś powtórzyć dziś może za tym, co tu już powiedziano, że żałoby tak naprawdę nigdy nie było, więc nie ma się też czego kończyć. A jednak to nieprawda. Dziś widać to bardzo wyraźnie. Jeśli to co się działo przez miniony rok nie było żałobą, to jak nazwiemy to, co mamy dziś? Wesołe miasteczko? Cyrk? A może zapasy w kisielu? Otóż nie. Wcześniej była żałoba, a dziś mamy wreszcie normalność. No i długo wyczekiwaną dyskusję. Dopiero dziś widzimy, z jakim umiarem i skupieniem i szacunkiem tylu wybitnych uczestników życia społecznego zachowywało przez długie miesiące dyskretny spokój. Owszem, pojawiały się to tu, to tam głosy, bardzo odosobnione, kwestionujące dorobek prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a nawet sugerujące jego winę za smoleńską katastrofę, jednak dopiero dziś widzimy, z jakim to wszystko było prowadzone z umiarem. Prawdziwą debatę mamy dopiero dzisiaj. Oto autentyczny panel i oto jego uczestnicy.
Weźmy marszałka Grzegorza Schetynę, kiedy on dziś wchodzi na krzesło i oświadcza, że ponieważ żałoba się skończyła, on wreszcie powie, co mu leży na sercu. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak on przez ten rok cierpiał, powstrzymując się od wyrażenia swojej szczerej opinii na temat czy to wątpliwych zasług Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta, czy sensowności – lub raczej bez-sensowności – pogrzebu na Wawelu. Jak mu musiało być przykro i źle, kiedy tak bardzo chciał, a wiedział, że nie może wyrazić tego, co sobie myśli choćby na temat pomnika upamiętniającego osobę prezydenta Kaczyńskiego. I dziś dopiero mógł poczuć powiew prawdziwej wolności. I wyrzucić z siebie to wszystko, co go tak dusiło. Wszystko na raz. I to nie dlatego, ze jest złym człowiekiem o złych myślach. O nie! Dlatego jedynie, że skończyła się żałoba i nadszedł czas na dyskusję o państwie i jego sprawach.
A zwróćmy uwagę, że to nie tylko Grzegorz Schetyna wykazał się taką kulturą. Z wielu stron dochodzi do nas ów powiew wolności. Z Sejmu, z kancelarii pana premiera, z Pałacu Prezydenckiego, z mediów… A możemy być pewni, że w najbliższych dniach usłyszymy jeszcze więcej głosów niosących tę wieść: Prezydent Kaczyński był złym prezydentem. Nie zasłużył na pomnik. To był człowiek zły i głupi. Jego żona też nie była szczególnie mądra i dobrą kobietą. Nie zasłużyła na tulipany. On i Ona nie byli ludźmi w żaden sposób szczególnymi na tyle, by spocząć akurat na Wawelu. Bo jeśli oni – to kto nie? Dziś można to powiedzieć oficjalnie i głośno. Można to zrobić choćby tak, jak to było możliwe na samym jeszcze początku, kiedy prawdziwa żałoba jeszcze się nie rozpoczęła, a już młodzi ludzie wyszli na ulice naszych miast, żeby wstawić się za Wawelem i jego królewskim przepychem. Pomyślmy tylko, jak ten odruch czystych serc, ledwo co zaistniał, musiał zostać tak brutalnie przygnieciony przez niemal 12 miesięcy żałoby. I dopiero dziś można zdjąć te kajdany. I może to zrobić już każdy. Nie tylko Janusz Palikot, nie tylko Stefan Niesiołowski, nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko Magdalena Środa, nie tylko pan wielmożny profesor Władysław Bartoszewski i równie wielmożny Andrzej Wajda, nie tylko Jakub Wojewódzki, nie tylko Kazimierz Kutz i Jerzy Urban, nie tylko wreszcie być może najbardziej cisi bohaterowie tego ruchu – Dominik Taras i Hubert H. Demokratyczne społeczeństwo nie dyskryminuje swoich posłańców. Minął rok – dopiero dziś to widać wyraźnie – jak bardzo uprzejmego milczenia. I pomyśleć, że to właśnie nasi biskupi tak pięknie ten czas przewidzieli. Koniec żałoby. Skąd oni to wiedzieli?
W niedawnej notce zwróciłem uwagę na słowa pewnego księdza, który dzielił się z nami swoją niewiarą w cuda. Dziś wiemy wszyscy, że może i cudów nie ma, ale to że rzeczy niewyjaśnione i dziwne się dzieją, to fakt. Pokazali to z taką mocą nasi biskupi. Zanim żałoba się ostatecznie skończyła, wypowiedzieli to zdanie. To jedno zdanie… i słowo stało się ciałem. Kto chce, niech na to mówi „przypadek”. Dla wielu z nas, pozostanie to jednak prawdziwym cudem. Jednak Kościół to potęga.

Wszystkich, którzy wciąż potrzebują tych słów i znajdują w nich sens, nadzieję i jednak pocieszenie, proszę niezmiennie o wsparcie. Bóg mi świadkiem, że nie jest lekko.

O tym jak System nas pokochał

W swoich refleksjach sprzed tygodnia zwróciłem uwagę na rażącą niestosowność w wypowiedziach tych biskupów, którzy, uznając, że nasza pamięć o smoleńskiej tragedii stała się należycie spełniona, zaapelowali o koniec żałoby i powrót do codziennych zajęć. Kiedy pisałem ten tekst, to co nasi biskupi zamierzali nam powiedzieć, znałem wyłącznie z medialnych doniesień i z pojedynczych wypowiedzi samych księży. Dopiero w zeszłą niedzielę – tak się nieszczęśliwie złożyło, że dokładnie w dzień rocznicy – podczas Mszy Św. miałem okazję zapoznać się z całością tej szczególnej analizy i tego apelu. Dziś zatem mogę do tego co powiedziałem przed tygodniem, dodać jeszcze jedną rzecz: Trzeba przyznać, że gadać to oni potrafią najlepiej.
Pisałem o tej kończącej się żałobie i wspominałem pierwsze dni po smoleńskiej katastrofie, kiedy to zaledwie w pierwszym odruchu świadomości, że ta śmierć zaczyna tworzyć pamięć, której już nic nie powstrzyma, System postanowił ową dopiero co rodzącą się pamięć wyszydzić i zniszczyć. Pisałem o słowach biskupów i starałem się umieścić je na tle atmosfery właśnie tamtych pierwszych dni, kiedy pokazano nam najdobitniej jak tylko można było, że nie liczy się nic – ani ludzka śmierć, ani cudze łzy, ani narodowa żałoba właśnie, jeśli zagrożona jest władza ludzi bezwzględnych. Przytaczałem słowa tej szczególnej – bo zwróconej przeciwko słabym i prześladowanym – biskupiej nauki i nie mogłem się nadziwić, jak to się mogło stać, że przez cały ten rok pasterze naszego Kościoła jednym nawet słowem nie potępili tryumfującego zła i nie wsparli swoją obecnością tych, którzy tak bardzo jej wypatrywali.
I minęła ta rocznica. I myślę sobie, że gdyby nawet ludzie pobożni i pokornie oddani swoim biskupom, jakimś niedobrym cudem chcieli tego ich apelu wysłuchać i zacząć ten tydzień tak jakby nic nigdy się nie stało, a wszystko to co widzą wokół siebie było tylko wynikiem jakiejś brzydkiej iluzji, to już wiadomo, że tego co się stało przed rokiem, z całym tej tragedii dramatycznym pokłosiem, zatrzymać się nie da. I to wcale nie dlatego, że nasza wiara jest aż tak bardzo marna, a nasze posłuszeństwo wobec Kościoła tak słabe, ale właśnie dlatego, że dziś widać jeszcze wyraźniej niż na początku, że System tej eksplozji żalu nam nie wybaczy. I będzie jej każdy przejaw tropił i niszczył w zarodku. Dopóki go nie zadręczy na śmierć. A ponieważ już dziś widać, że nie zadręczy, to przyszłość jest jedna. Wojna.
Pamiętamy wszyscy znakomicie pierwsze dni po katastrofie, kiedy to nawet ci najbardziej trzeźwo myślący z nas i najmniej skłonni do rozczulania się, mieli nadzieję, że oto nadszedł ostateczny kras tej nienawiści. Że to co się stało, bezmiar tego nieszczęścia, w dodatku nieszczęścia, którego pierwsza przyczyna była aż za bardzo oczywista, sprawi, ze nikt już się nie poważy na to, by dręczyć Bogu ducha winnych. No i wystarczyło zaledwie parę dni, właśnie tamtych dni, kiedy zło przekonało się, że ta śmierć, wbrew pierwszym zamierzeniom, nie stało się końcem czegoś ale zaledwie początkiem czegoś nowego, by to poczucie porażki eksplodowało ze złością tak zimną i okrutną, jak nigdy wcześniej. W tekście sprzed tygodnia podawałem liczne przykłady manifestacji tej złości i nie mam zamiaru tego wszystkiego dziś powtarzać. Powiem tylko, że reakcja Systemu na tę demonstrację pamięci, jaka miała miejsce w dniu rocznicy, pokazuje tym wszystkim, którzy jeszcze się łudzą, że może jakoś dojdziemy do siebie, tylko jedno – lepiej już było.
Kiedy słuchamy odgłosów tego plucia, jakie do nas dochodzą z tamtej strony, można by może było pomyśleć, że faktycznie, rok to bardzo długi okres czasu i że przez ten czas naprawdę wiele się zmieniło. A zwłaszcza już wtedy, gdy damy sobie wmówić, jak to pierwsze miesiące naszej wspólnej żałoby upływały nam w skupieniu, modlitwie i wzajemnym zrozumieniu. Kiedy oglądamy w telewizji stare filmowe ujęcia pokazujące rozmodlony i zapłakany tłum na Krakowskim Przedmieściu, a do tego wsłuchamy się w komentarze tłumaczące nam, jak to wówczas było prawdziwie, spokojnie i pięknie, możemy pomyśleć, że rzeczywiście od tego czasu zrobiliśmy poważny krok w stronę narodowej tragedii. Tyle że my pamiętamy. Pamiętamy wszystko bardzo dokładnie. Dlatego między innymi właśnie, że nasza pamięć była przez ten rok wystawiana na cierpienia, które zapomnieć już nam nigdy nie pozwolą. My bowiem nigdy nie zapomnimy, i nie zmienią już tego żadne choćby najsłodsze refleksje bezwzględnej propagandy na temat tego, jak to miłość zamieniła się w nienawiść, co jak tę naszą miłość potraktował wówczas System z jego całym czarnym zapleczem. My bowiem świetnie pamiętamy, jak ten właśnie System potraktował wtedy tę rodzącą się pamięć, którą dziś z takim rozrzewnieniem wspomina.
Dziś przedstawia nam się tamte zdjęcia i daje się je nam jako przykład tego, w jaki sposób należy czcić pamięć swoich bohaterów, a my pamiętamy choćby film Solidarni 2010, który został ocenzurowany przez wszystkie główne polskie media zanim się jeszcze na dobre ukazał. Film Solidarni 2010, którego z pogwałceniem wszystkich cywilizacyjnych reguł oficjalnie pozbawiono możliwości reklamowania. Film, który jakimś niezwykłym błędem cenzury został pokazany jedynie raz przez państwową telewizję, a następnie został wpisany na listę obrazów zakazanych i niebezpiecznych. Film, który przez oficjalna opinię publiczną został określony, jako nieuczciwy, tendencyjny, nieobiektywny, a przede wszystkim wzywający do nienawiści. Wreszcie film, który jako jeden z nielicznych został oficjalnie potępiony przez Radę Etyki Mediów, a jego autorzy skazani na towarzyski i zawodowy bojkot. Czy wspomniany dokument, pokazujący polską pamięć o ofiarach smoleńskiej katastrofy wysławiał może ową tak dziś potępianą rocznicową nienawiść? Czy on może nagłaśniał pełne gniewu wezwania Jarosława Kaczyńskiego do rozprawienia się ze zdrajcami narodu? Czy on może wzywał do rewolucji? W żadnym razie. On przez te półtorej godziny pokazywał wyłącznie zapłakany i rozmodlony tłum, tonący wśród płonących zniczy i kwiatów, w spokojnej rozpaczy i najbardziej łagodnym, pragnieniu prawdy. A więc coś, czym dzisiaj nas tak bardzo chcą wzruszyć psy Systemu. Dziś. Właśnie dziś, kiedy się zorientowały, że lepiej już było.
A więc taki to kierunek obrała nasza dzisiejsza historia. Kiedy wszyscy ludzie płakali – System szalał. Kiedy zmasakrowane ciała Lecha i Marii Kaczyńskich składane były na Wawelu, System pluł szyderstwem i złością. Kiedy Jaroslaw Kaczyński nieprzytomny z rozpaczy milczał – System go zadręczał najpodlejszym śmiechem. Kiedy po raz pierwszy nieśmiało się odezwał – rozległo się powszechne rżenie. A wszystko to z jednoznacznym i nieznoszącym sprzeciwu żądaniem kończenia tej cholernej żałoby. A dziś, kiedy Naród już zaczyna powoli mieć dość tej pogardy i tego lekceważenia i kiedy się okazuje, że ten protest jest większy, niż to się mogło wydawać jeszcze na początku, okazuje się, że jednak powinniśmy wrócić do tego co było rok temu.
Niedawno w telewizji wystąpił Adam Bielan, i w odpowiedzi na pełne oburzenia zarzuty dziennikarza wobec ludzkiej agresji, jaką wywołują obchody rocznicy smoleńskiej katastrofy, zasugerował, ze jest wciąż spokojnie. Że jeśli porównać sceny na polskich ulicach z tym, co się dzieje choćby w Londynie, przy okazji studenckich protestów, nasz gniew jest wręcz niewidoczny. Dziennikarz wciąż cytował treść przyniesionych przez ludzi transparentów, Bielan tłumaczył, że to przecież nic wielkiego, a ja sobie myślałem, że tak niewiele naprawdę brakuje do tego, by ten tłum demonstrujący zaledwie pragnienie prawdy, przełamał te wszystkie barierki i depcząc po uzbrojonych policjantach i strażnikach miejskich, wtargnął i do Pałacu Prezydenckiego i do Kancelarii Premiera i do budynku Sejmu i zaczął wszystko po kolei niszczyć. Tak niewiele już brakuje, żebyśmy nie mieli do czynienia tylko z grupką zdesperowanych ludzi rozbijających na ulicy skromny namiot i wołających o prawdę, lecz z gotowym na wszystko tłumem, niszczącym wszystko co im stanie na drodze. Gdzie już nie będzie ani znaków, ani symboli, ani zniczy, ani kwiatów, tylko jedno podstawowe pragnienie sprawiedliwości. I zemsty. Której ani jeszcze nie było, ani o której nawet nikt, nawet sam Jarosław Kaczyński nawet nie wspomina, ale która, przy tym rozwoju wypadków będzie musiała w końcu nadejść. Czy to w formie zaledwie skromnego buntu, czy też aż rewolucji.
I obawiam się, że nadejdzie. I to wcale nie dlatego, ze my tacy jesteśmy brutalni i nieokrzesani. I nie dlatego, że Jarosław Kaczyński ma jakiś podły plan. I też nie dlatego, że nie wiemy, jak się obchodzi żałobę. Ale też nie dlatego, że nie chcemy słuchać naszych biskupów. Ona nadejdzie. Ta rewolucja w końcu nadejdzie, bo System nie dał nam nic w zamian. I myślę, że oni już to wiedzą. Świadczy o tym choćby to, że tak im się nagle spodobał film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego o Solidarnych roku 2010. A jeśli jednak nie wiedzą, a te ich wzruszenia nad czasami, które już minęły są równie szczere jak wszystko cała reszta, to chciałem im dziś powiedzieć, że najwyższy czas żeby im się tamte tłumy jednak spodobały, bo takiej okazji już mieć nie będą. Bo to co ich czeka, będzie tak straszne, że z tym samym rozrzewnieniem będą wspominać ledwo co minione obchody rocznicy zbrodni, która już zawsze będzie obciążać ich sumienia.

Tekst jednocześnie do czytania w Warszawskiej Gazecie.

sobota, 16 kwietnia 2011

O wierze, która stała się geszeftem

Wypowiedź jezuity Wacława Oszajcy dla Gazety Wyborczej znam jedynie z omówienia, jakie przedstawiła nam Wirtualna Polska. Nie wykluczam więc, że, gdybym miał odwagę i chęć, by zapoznać się z całością oszajcowych refleksji, byłbym i bardziej mądry i być może też bardziej wyrozumiały. Zwłaszcza, że, jak informuje wspomniana przez mnie notka, wywiad z Oszajcą jest „obszerny”. Mimo to, postanowiłem zatrzymać się na etapie na którym znalazłem się już po przeczytaniu tego na co rynek pozwala, a więc zaledwie głównego hitu, w postaci stwierdzenia, że z tym papieskim uzdrowieniem, to najpewniej zwykł zawracanie głowy.
Dlaczego nie chcę czytać całego wywiadu? Mam tu kilka powodów. Przede wszystkim nie chce mi się. Nawet gdyby mi tę Gazetę Wyborczą ktoś przyniósł w zębach i do niej dołączył batonik sneakers, też bym też Oszajcy nie czytał. Zwyczajnie nie chce mi się czytać mądrości jakiegoś upadłego księdza – na dodatek relacjonowanych przez topiarzy z Agory – z którego ust wyszła informacja, że ponieważ medycyna zna przypadki uzdrowienia, on nie widzi powodu, by emocjonować się jakimś tam „uleczeniem” zakonnicy. Drugi powód jest może jeszcze istotniejszy. Jestem mianowicie szczerze przekonany, ze skoro Gazeta Wyborcza tuż przed beatyfikacją publikuje „obszerny” wywiad z Oszajcą, to z całą pewnością nie jest tak, że Oszajca najpierw oświadcza, że z tymi cudami, to jakaś lipa, a później bardzo solidnie z tą tezą dyskutuje. Jak lipa, to lipa, a jak geszeft, to geszeft. I nie ma o czym gadać. Jest jeszcze powód trzeci. Otóż ja ostatnio, jak idzie o kapłanów mojego Kościoła, mam tak paskudny nastrój, że przed samymi Świętami Męki Pańskiej i Zmartwychwstania nie mam życzenia dokładać sobie kolejnych grzechów, a doświadczenie mi mówi, że wystawianie się na kontakt z Wacławem Oszajcą może być równie niebezpieczne, jak próba resocjalizacji ekskluzywnej kurwy. A taki święty, to ja jednak nie jestem.
A zatem, chciałem – opierając się tylko na informacji podstawowej, o tym, że Oszajca woli nie wiedzieć nic – powiedzieć, co dziś czuję w tym szczególnym temacie. Jest zatem tak, że w związku ze zbliżającą się beatyfikacją Ojca Świętego Jana Pawła II, Wacław Oszajca, jezuita i kapłan Kościoła, powiedział publicznie, co następuje: „Nie muszę wierzyć, że francuska zakonnica została uzdrowiona za przyczyną Jana Pawła II, tak samo jak nie muszę wierzyć w objawienia w Lourdes”. I dalej: „Kto chce, niech wierzy. Ja nie muszę (...). I to nie znaczy, że przestaję być księdzem, katolikiem. Medycyna zna przypadki samouzdrowienia. Czy zakonnica została uzdrowiona za przyczyną Jana Pawła II, czy ma to jakikolwiek charakter nadzwyczajny, czy też nie - nie ma dla mnie znaczenia. Ważne, że stała się rzecz niecodzienna, niespotykana i może warto przy tej okazji pomyśleć, w jaki sposób mierzyć się ze złożonością świata.”. I wreszcie: „W całym mechanizmie ‘zatwierdzania’ cudów widać z jednej strony jurydyzm rzymski, a z drugiej - pośredniowieczne przekonanie, że świat jest poznawalny. Jeżeli coś tam nie pasuje do schematu, wtedy od razu krzyczymy, że to cud. Byłoby dobrze, gdyby nie tylko naukowcy, ale i teologowie wyzbyli się pychy, przekonania, że uprawiając jakąś dziedzinę wiedzy, mogą wszystko o świecie powiedzieć, i to w sposób niepodważalny. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Być może jutro okaże się, że to, co my dzisiaj uważamy za cud, jest zjawiskiem naturalnym, mającym swoje naturalne przyczyny”.
A ja sobie na to wszystko myślę tak. Oszajca z całą pewnością ma rację. Przede wszystkim nie ma wątpliwości, że on, jak tylko sobie zażyczy, może uznać, że cudów nie ma. Więcej. On może nawet uznać, że cudów może nie ma, a może są. On – wprawdzie sam tego nie mówi, ale pozwolę sobie to dodać od siebie – może nawet uznać, że to czy cuda są, czy ich nie ma, jest w ogóle nieinteresujące, bo to co się liczy to sobie zapalić i podupczyć. Jeśli tylko ma ochotę, nikt mu tej wiary nie odmówi. Ale Oszajca ma rację jeszcze w innym miejscu. Otóż współczesna nauka – a w tym medycyna – tak naprawdę o niczym nie ma pojęcia. I akurat uzdrowienie francuskiej zakonnicy jest tu wcale nie najciekawszym przykładem. Weźmy choćby opisany bardzo dokładnie i jeszcze dokładniej udokumentowany tzw. cud z Calandy, kiedy to niejakiemu Miguelowi Pellicerowi odrosła noga. My dziś jesteśmy przekonani, że stało się to za sprawą Maryi, i pewnie za naszego życia, a nawet jeszcze za zycia Oszajcy, to dziwne przekonanie będzie dominować. Ale kto wie, co będzie za sto, dwieście, czy tysiąc lat? Może się na przykład okazać, że Pfeizer wymyśli pastylkę, czy maść, po zastosowaniu której będzie odrastać nie tylko głupia noga, ale wręcz wszystko. Nawet mózg jezuity. Co tam mózg! Nawet jego dusza.
Albo weźmy takie UFO. Dziś nikt tak naprawdę nie wie, czy oni są, czy ich nie ma. Podobno są trzymane przez Amerykanów w piwnicach Pentagonu, czy może NASA. Ale kto wie, jak jest naprawdę? No ale, co będzie, jak się okaże, że są? I co my możemy dziś wiedzieć o ich umiejętnościach? Jaką mamy gwarancję, że dla nich wyleczenie jakiejś zakonnicy z choroby Parkinsona nie stanowi czegoś równie prostego, jak dla ojca Oszajcy udzielenie rozgrzeszenia swoim kumplom z Wyborczej? A przecież jest tyle dziwnych rzeczy wokoło już teraz, że osoba prawdziwie ciekawa świata nie musi czekać na UFO. Czy ktoś – choćby i sam biskup – jest w stanie wytłumaczyć, jak to się dzieje, że człowiek na przykład gubi duże pieniądze i kiedy już myśli, że już po nich, okazuje się, że one leżą bezpiecznie na stoliku obok telewizora. I często się tak dzieje bez modlitwy, czy jakichś innych czarów. Jak więc widzimy, świat jest pełen zagadek.
A zatem, ojciec Oszajca ma zdecydowanie rację, kiedy mówi, że powinniśmy być znacznie skromniejsi wobec tajemnic tego świata. Ale jest coś jeszcze, w czym Wacław Oszajca się nie myli. On może mówić to co mówi, i jednocześnie wcale nie przestaje być księdzem. Nawet księdzem katolickim. Chyba się nie mylę? Przecież to jest najbardziej oczywisty fakt. Oszajca, mimo tego, że mówi co mówi i myśli co myśli, jest nadal katolickim księdzem. Ja nie przypominam sobie, żeby on kiedykolwiek tym księdzem przestał być. On jest nim nadal. Chyba nawet nie dostał żadnej kary. Karę dostał taki na przykład ksiądz Stanisław Małkowski. To wiem na pewno. Ale Oszajca? W życiu!
A mogę dodać do tego coś więcej. Nawet gdyby się okazało, że Oszajca ma na boku jakąś sympatyczną panienkę, albo tłuściutkiego kawalera, albo gdyby się miało wyjść na jaw, że on, kiedy nikt nie patrzy, robi jakieś bardzo brzydkie rzeczy, albo gdyby – co oczywiście jest już sytuacją zupełnie absurdalną –okazało się, że ojciec Oszajca uważa że Bóg nie istnieje, ale za to bycie ważnym księdzem to super interes pod każdym możliwym względem, to on dalej jest księdzem. I to księdzem katolickim. A może nie? Gugluję, gugluję i nie znajduję najmniejszej informacji, która by ten fakt kwestionowała.
A mimo to, jest wciąż coś, co wydaje mi się, że powiedzieć trzeba. Otóż sytuacja, w której ojciec Wacław Oszajca, jak się dowiadujemy, „wykładowca homiletyki na Papieskim Wydziale Teologicznym oraz w jezuickim Kolegium Bobolanum” – cokolwiek by to miało oznaczać – pojawia się tuż przed Świętami Wielkanocnymi i niemal w przeddzień beatyfikacji Ojca Świętego, i autorytatywnie nas informuje, że tak naprawdę gówno wiadomo, jest dość szczególna. No bo jeśli uznać, że za tą informacją stoi jakakolwiek myśl choć minimalnie uporządkowana, to należałoby się też zgodzić, że cała nasza wiara, to jedynie trening intelektualny, którego sensu ani nie znamy, ani – co ciekawsze – znać nie musimy. A podstawy tej wiary, zapisane w Ewangeliach, są również o tyle istotne, o ile dają nam jakieś poczucie komfortu. Łazarz nie Łazarz, Kana nie Kana, jakiś tam trędowaty, kogoś tam gdzieś sparaliżowało, no i wreszcie ta Śmierć i ten Krzyż. A diabli wiedzą, jak to naprawdę było? Mówią, że Chrystus cudownie rozmnożył chleb. Jeśli za słowami Oszajcy stoi coś bardziej trwałego, niż chwilowe zamroczenie, to – bardzo przepraszam – ale taki David Copperfield tego typu sztuczki robi między zupą, a papieroskiem.
Jeśli to co mówi Oszajca, wyszło z jego duszy w sposób choćby minimalnie przemyślany, to ja z tego rozumiem tyle, że kiedy Oszajca patrzy na ludzi przychodzących do kościoła na niedzielną mszę, i tam się modlących, przyjmujących Komunię Św., kiedy patrzy na te pierwszokomunijne dzieci, jak przerażone idą do swojej Pierwszej Spowiedzi, a później wyznają, że wspomnę tu słowa naszego Księdza, że „nadepłam mysz”, to, jeśli on ma do tych zachowań choćby podstawowe zrozumienie, to wyłącznie na zasadzie takiej, jak on rozumie zachowania osób żegnających się na widok czarnego kota. No bo wedle logiki, którą on prezentuje w swojej wypowiedzi dla Wyborczej, w jednym i w drugim zachowaniu jest dokładnie tyle samo pychy co prostactwa.
Ale jest jeszcze coś. Oszajca twierdzi, że świat realny jest bardzo skomplikowany. Ze wcale nie jest tak, że to jest prawda, to jest zło, to jest cud, a to grzech. Tyle że my tego nie wiemy, bo jesteśmy z jednej strony otumanieni przez tak zwane Prawo, a z drugiej przez tak zwaną Prawdę. Oczywiście, niewykluczone, że Oszajcy udało się z tych więzów jakoś oswobodzić i dzięki temu ujrzał owo piękno chaosu. Ale, jeśli on jest poważny i skupiony na tym co mówi, to musi się też zgodzić, że za jakiś czas może się okazać, że jest wręcz przeciwnie, niż mu się dziś wydaje. Może wszystko jest jednak dramatycznie proste i oczywiste. Jak owe święte słowa Szatana: „To wszystko tylko wygląda jak coś trudnego. Wystarczy się nam uwolnić od zabobonów i zobaczycie, że droga jest prosta, wygodna i baaaardzo przyjemna. Tam dostaniecie wszystko, co chcecie. Wystarczy tylko powiedzieć: ‘Proszę. Daj mi to. Bardzo proszę’. I już. Jest.”
A może Oszajca, ksiądz i ojciec naszego Kościoła, to już wie? Może on nas tylko tak wrabia, tłumacząc nam, że ‘rzeczywistość jest skomplikowana’? On wie, że dla wybranych wszystko jest elegancko podane na talerzu. Tylko nie chce się tymi zdobyczami swojej czarnej duszy z nami podzielić? Bo jest chciwy jak sto diabłów. I zazdrosny. Kto wie? Kto wie? Pomódlmy się za ojca Oszajcę. Jak posłyszymy wrzask, będziemy wiedzieli, że trafiliśmy w samą dziesiątkę.

Ja zdaję sobie sprawę, że gnoić kapłanów mojego Kościoła, to niezbyt ładny gest. Tym bardziej, nie jest dobrze, kiedy robi się to za pieniądze. Ponieważ tak się jednak składa, że ma bardzo mocne przeczucie, że jedną z przyczyn tego przykrego stanu rzeczy jest również - owszem, niekoniecznie pośrednio - sam Wacław Oszajca, jakoś mi lżej. A więc, proszę, wspierajcie to miejsce. Numer konta jest tuż obok.

Gdy ryngraf, to za mało

Propozycja architekta Pawła Szychalskiego, dotycząca tzw. pomnika światła spotkała się z życzliwym dość powszechnie przyjęciem. Niestety, po przemyśleniu wszystkich szczegółów oferty, wygląda na to, że będziemy musieli jeszcze jakiś czas poczekać na projekt lepszy i bardziej do zaakceptowania przez wszystkich zainteresowanych, a zwłaszcza tych z nich, którzy reprezentują środowisko Gazety Wyborczej.
Otóż, jak się okazuje, atrakcyjność propozycji Szychalskiego jest tylko pozornie oczywista. Owszem – światło robi z oczywistych względów wrażenie o wiele lepsze od ewentualnego obelisku. W dodatku, co nie mniej istotne, światło ma to do siebie, że daje stałą możliwość wyłączenia go w sytuacji, gdy owo wyłączenie może się, z jakichkolwiek powodów, okazać jedynym wyjściem. Z obeliskiem tego już by się zrobić nie dało. No i trzeba by było sprowadzać ludzi z ciężarówką. Niestety, na tym kończą się wszystkie zalety i dalej już stoimy wyłącznie w obliczu samych zagrożeń.
Oto cytat z interesującej nas ekspertyzy: „Promienie miałyby wychodzić z reflektorów umieszczonych w chodniku, a każdy reflektor - zapowiada autor projektu - oprawiony byłby w rodzaj ryngrafu z nazwiskiem zmarłego”. Ktoś się może zapytać, co złego w ryngrafie? Otóż chodzi o to, że „tam, gdzie ryngraf, musi być miecz. A tam, gdzie miecz, musi być także i honor, i zemsta”. Wprawdzie Szychalski twierdzi, że jego projekt jest inspirowany światłami z nowojorskiego Ground Zero, jednak to tłumaczenie nie wytrzymuje pierwszej próby krytyki.„Jak wiadomo, była to forma upamiętnienia ofiar zamachu. Stąd już prosta droga do konkluzji, widocznej na jednej z flag powiewających w czasie rocznicowej demonstracji przed Pałacem Prezydenckim: ‘To był zamach’. Forma świetlnego pomnika jest może i nowoczesna, ale treść, jaką niesie, już mniej: walka, odwet, atak”.
Oczywiście wszystkie powyższe zastrzeżenia właściwie wystarczają, by propozycję Pawła Szychalskiego odrzucić już na samym wstępie. Niestety jednak, to jest wciąż nie wszystko. Otóż może nawet większym problemem od tych ryngrafów stanowi coś innego. Mianowicie mgła. „Skoro świetlne słupy będą widoczne tylko w nocy i tylko - jak stwierdzili eksperci - podczas mgły, pomnik byłby od jej pojawienia się zależny. To mgła byłaby jego treścią”. A to przecież stwarza problem dodatkowy. „Kiedy pomnik odwiedzi jakaś ważna delegacja, a powietrze akurat będzie przejrzyste, trzeba będzie rozpylić mgłę. Sztuczną”. I co wtedy? Zastanówmy się – co wtedy? Odpowiedź tu jednak jest prosta – wtedy nie będziemy mieli do czynienia z pomnikiem upamiętniającym ofiary smoleńskiej katastrofy, lecz wyłącznie z podstępną realizacją obsesji grupy polityków Prawa i Sprawiedliwości.
Oto ekspertyza. Oto myśl. Oto idea. Ktoś powie, że ja żartuję. Że znów ironizuję. Że tak się nie dzieje. Że to jest zbyt chore, by było prawdziwe. Otóż nie. Proszę sobie wyobrazić, że ja tego nie wymyśliłem. Powyższe refleksje mają swojego autora i zostały zamieszczone w Internecie, na stronie mWyborcza.pl. Wypowiedzmy więc to nazwisko. Jarecka. Dorota Jarecka, dziennikarka Agory. Powiedzmy to sobie otwarcie. Agora, Gazeta Wyborcza, Dorota Jarecka. To nie złudzenie. To nie koszmar. To jest i to żyje! Zwykły kwas już nic tu nie pomoże. Nie mówiąc już o ryngrafie.
Dla wszystkich tych, którzy wciąż myślą, że ja sobie stroję żarty, podaję odpowiedni link.

Jeśli komuś ten tekst się spodobał, a ma ochotę, i możliwość, finansowego wsparcia tego bloga, będę niezmiernie wdzięczny i zobowiązany.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...