Wypowiedź jezuity Wacława Oszajcy dla Gazety Wyborczej znam jedynie z omówienia, jakie przedstawiła nam Wirtualna Polska. Nie wykluczam więc, że, gdybym miał odwagę i chęć, by zapoznać się z całością oszajcowych refleksji, byłbym i bardziej mądry i być może też bardziej wyrozumiały. Zwłaszcza, że, jak informuje wspomniana przez mnie notka, wywiad z Oszajcą jest „obszerny”. Mimo to, postanowiłem zatrzymać się na etapie na którym znalazłem się już po przeczytaniu tego na co rynek pozwala, a więc zaledwie głównego hitu, w postaci stwierdzenia, że z tym papieskim uzdrowieniem, to najpewniej zwykł zawracanie głowy.
Dlaczego nie chcę czytać całego wywiadu? Mam tu kilka powodów. Przede wszystkim nie chce mi się. Nawet gdyby mi tę Gazetę Wyborczą ktoś przyniósł w zębach i do niej dołączył batonik sneakers, też bym też Oszajcy nie czytał. Zwyczajnie nie chce mi się czytać mądrości jakiegoś upadłego księdza – na dodatek relacjonowanych przez topiarzy z Agory – z którego ust wyszła informacja, że ponieważ medycyna zna przypadki uzdrowienia, on nie widzi powodu, by emocjonować się jakimś tam „uleczeniem” zakonnicy. Drugi powód jest może jeszcze istotniejszy. Jestem mianowicie szczerze przekonany, ze skoro Gazeta Wyborcza tuż przed beatyfikacją publikuje „obszerny” wywiad z Oszajcą, to z całą pewnością nie jest tak, że Oszajca najpierw oświadcza, że z tymi cudami, to jakaś lipa, a później bardzo solidnie z tą tezą dyskutuje. Jak lipa, to lipa, a jak geszeft, to geszeft. I nie ma o czym gadać. Jest jeszcze powód trzeci. Otóż ja ostatnio, jak idzie o kapłanów mojego Kościoła, mam tak paskudny nastrój, że przed samymi Świętami Męki Pańskiej i Zmartwychwstania nie mam życzenia dokładać sobie kolejnych grzechów, a doświadczenie mi mówi, że wystawianie się na kontakt z Wacławem Oszajcą może być równie niebezpieczne, jak próba resocjalizacji ekskluzywnej kurwy. A taki święty, to ja jednak nie jestem.
A zatem, chciałem – opierając się tylko na informacji podstawowej, o tym, że Oszajca woli nie wiedzieć nic – powiedzieć, co dziś czuję w tym szczególnym temacie. Jest zatem tak, że w związku ze zbliżającą się beatyfikacją Ojca Świętego Jana Pawła II, Wacław Oszajca, jezuita i kapłan Kościoła, powiedział publicznie, co następuje: „Nie muszę wierzyć, że francuska zakonnica została uzdrowiona za przyczyną Jana Pawła II, tak samo jak nie muszę wierzyć w objawienia w Lourdes”. I dalej: „Kto chce, niech wierzy. Ja nie muszę (...). I to nie znaczy, że przestaję być księdzem, katolikiem. Medycyna zna przypadki samouzdrowienia. Czy zakonnica została uzdrowiona za przyczyną Jana Pawła II, czy ma to jakikolwiek charakter nadzwyczajny, czy też nie - nie ma dla mnie znaczenia. Ważne, że stała się rzecz niecodzienna, niespotykana i może warto przy tej okazji pomyśleć, w jaki sposób mierzyć się ze złożonością świata.”. I wreszcie: „W całym mechanizmie ‘zatwierdzania’ cudów widać z jednej strony jurydyzm rzymski, a z drugiej - pośredniowieczne przekonanie, że świat jest poznawalny. Jeżeli coś tam nie pasuje do schematu, wtedy od razu krzyczymy, że to cud. Byłoby dobrze, gdyby nie tylko naukowcy, ale i teologowie wyzbyli się pychy, przekonania, że uprawiając jakąś dziedzinę wiedzy, mogą wszystko o świecie powiedzieć, i to w sposób niepodważalny. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Być może jutro okaże się, że to, co my dzisiaj uważamy za cud, jest zjawiskiem naturalnym, mającym swoje naturalne przyczyny”.
A ja sobie na to wszystko myślę tak. Oszajca z całą pewnością ma rację. Przede wszystkim nie ma wątpliwości, że on, jak tylko sobie zażyczy, może uznać, że cudów nie ma. Więcej. On może nawet uznać, że cudów może nie ma, a może są. On – wprawdzie sam tego nie mówi, ale pozwolę sobie to dodać od siebie – może nawet uznać, że to czy cuda są, czy ich nie ma, jest w ogóle nieinteresujące, bo to co się liczy to sobie zapalić i podupczyć. Jeśli tylko ma ochotę, nikt mu tej wiary nie odmówi. Ale Oszajca ma rację jeszcze w innym miejscu. Otóż współczesna nauka – a w tym medycyna – tak naprawdę o niczym nie ma pojęcia. I akurat uzdrowienie francuskiej zakonnicy jest tu wcale nie najciekawszym przykładem. Weźmy choćby opisany bardzo dokładnie i jeszcze dokładniej udokumentowany tzw. cud z Calandy, kiedy to niejakiemu Miguelowi Pellicerowi odrosła noga. My dziś jesteśmy przekonani, że stało się to za sprawą Maryi, i pewnie za naszego życia, a nawet jeszcze za zycia Oszajcy, to dziwne przekonanie będzie dominować. Ale kto wie, co będzie za sto, dwieście, czy tysiąc lat? Może się na przykład okazać, że Pfeizer wymyśli pastylkę, czy maść, po zastosowaniu której będzie odrastać nie tylko głupia noga, ale wręcz wszystko. Nawet mózg jezuity. Co tam mózg! Nawet jego dusza.
Albo weźmy takie UFO. Dziś nikt tak naprawdę nie wie, czy oni są, czy ich nie ma. Podobno są trzymane przez Amerykanów w piwnicach Pentagonu, czy może NASA. Ale kto wie, jak jest naprawdę? No ale, co będzie, jak się okaże, że są? I co my możemy dziś wiedzieć o ich umiejętnościach? Jaką mamy gwarancję, że dla nich wyleczenie jakiejś zakonnicy z choroby Parkinsona nie stanowi czegoś równie prostego, jak dla ojca Oszajcy udzielenie rozgrzeszenia swoim kumplom z Wyborczej? A przecież jest tyle dziwnych rzeczy wokoło już teraz, że osoba prawdziwie ciekawa świata nie musi czekać na UFO. Czy ktoś – choćby i sam biskup – jest w stanie wytłumaczyć, jak to się dzieje, że człowiek na przykład gubi duże pieniądze i kiedy już myśli, że już po nich, okazuje się, że one leżą bezpiecznie na stoliku obok telewizora. I często się tak dzieje bez modlitwy, czy jakichś innych czarów. Jak więc widzimy, świat jest pełen zagadek.
A zatem, ojciec Oszajca ma zdecydowanie rację, kiedy mówi, że powinniśmy być znacznie skromniejsi wobec tajemnic tego świata. Ale jest coś jeszcze, w czym Wacław Oszajca się nie myli. On może mówić to co mówi, i jednocześnie wcale nie przestaje być księdzem. Nawet księdzem katolickim. Chyba się nie mylę? Przecież to jest najbardziej oczywisty fakt. Oszajca, mimo tego, że mówi co mówi i myśli co myśli, jest nadal katolickim księdzem. Ja nie przypominam sobie, żeby on kiedykolwiek tym księdzem przestał być. On jest nim nadal. Chyba nawet nie dostał żadnej kary. Karę dostał taki na przykład ksiądz Stanisław Małkowski. To wiem na pewno. Ale Oszajca? W życiu!
A mogę dodać do tego coś więcej. Nawet gdyby się okazało, że Oszajca ma na boku jakąś sympatyczną panienkę, albo tłuściutkiego kawalera, albo gdyby się miało wyjść na jaw, że on, kiedy nikt nie patrzy, robi jakieś bardzo brzydkie rzeczy, albo gdyby – co oczywiście jest już sytuacją zupełnie absurdalną –okazało się, że ojciec Oszajca uważa że Bóg nie istnieje, ale za to bycie ważnym księdzem to super interes pod każdym możliwym względem, to on dalej jest księdzem. I to księdzem katolickim. A może nie? Gugluję, gugluję i nie znajduję najmniejszej informacji, która by ten fakt kwestionowała.
A mimo to, jest wciąż coś, co wydaje mi się, że powiedzieć trzeba. Otóż sytuacja, w której ojciec Wacław Oszajca, jak się dowiadujemy, „wykładowca homiletyki na Papieskim Wydziale Teologicznym oraz w jezuickim Kolegium Bobolanum” – cokolwiek by to miało oznaczać – pojawia się tuż przed Świętami Wielkanocnymi i niemal w przeddzień beatyfikacji Ojca Świętego, i autorytatywnie nas informuje, że tak naprawdę gówno wiadomo, jest dość szczególna. No bo jeśli uznać, że za tą informacją stoi jakakolwiek myśl choć minimalnie uporządkowana, to należałoby się też zgodzić, że cała nasza wiara, to jedynie trening intelektualny, którego sensu ani nie znamy, ani – co ciekawsze – znać nie musimy. A podstawy tej wiary, zapisane w Ewangeliach, są również o tyle istotne, o ile dają nam jakieś poczucie komfortu. Łazarz nie Łazarz, Kana nie Kana, jakiś tam trędowaty, kogoś tam gdzieś sparaliżowało, no i wreszcie ta Śmierć i ten Krzyż. A diabli wiedzą, jak to naprawdę było? Mówią, że Chrystus cudownie rozmnożył chleb. Jeśli za słowami Oszajcy stoi coś bardziej trwałego, niż chwilowe zamroczenie, to – bardzo przepraszam – ale taki David Copperfield tego typu sztuczki robi między zupą, a papieroskiem.
Jeśli to co mówi Oszajca, wyszło z jego duszy w sposób choćby minimalnie przemyślany, to ja z tego rozumiem tyle, że kiedy Oszajca patrzy na ludzi przychodzących do kościoła na niedzielną mszę, i tam się modlących, przyjmujących Komunię Św., kiedy patrzy na te pierwszokomunijne dzieci, jak przerażone idą do swojej Pierwszej Spowiedzi, a później wyznają, że wspomnę tu słowa naszego Księdza, że „nadepłam mysz”, to, jeśli on ma do tych zachowań choćby podstawowe zrozumienie, to wyłącznie na zasadzie takiej, jak on rozumie zachowania osób żegnających się na widok czarnego kota. No bo wedle logiki, którą on prezentuje w swojej wypowiedzi dla Wyborczej, w jednym i w drugim zachowaniu jest dokładnie tyle samo pychy co prostactwa.
Ale jest jeszcze coś. Oszajca twierdzi, że świat realny jest bardzo skomplikowany. Ze wcale nie jest tak, że to jest prawda, to jest zło, to jest cud, a to grzech. Tyle że my tego nie wiemy, bo jesteśmy z jednej strony otumanieni przez tak zwane Prawo, a z drugiej przez tak zwaną Prawdę. Oczywiście, niewykluczone, że Oszajcy udało się z tych więzów jakoś oswobodzić i dzięki temu ujrzał owo piękno chaosu. Ale, jeśli on jest poważny i skupiony na tym co mówi, to musi się też zgodzić, że za jakiś czas może się okazać, że jest wręcz przeciwnie, niż mu się dziś wydaje. Może wszystko jest jednak dramatycznie proste i oczywiste. Jak owe święte słowa Szatana: „To wszystko tylko wygląda jak coś trudnego. Wystarczy się nam uwolnić od zabobonów i zobaczycie, że droga jest prosta, wygodna i baaaardzo przyjemna. Tam dostaniecie wszystko, co chcecie. Wystarczy tylko powiedzieć: ‘Proszę. Daj mi to. Bardzo proszę’. I już. Jest.”
A może Oszajca, ksiądz i ojciec naszego Kościoła, to już wie? Może on nas tylko tak wrabia, tłumacząc nam, że ‘rzeczywistość jest skomplikowana’? On wie, że dla wybranych wszystko jest elegancko podane na talerzu. Tylko nie chce się tymi zdobyczami swojej czarnej duszy z nami podzielić? Bo jest chciwy jak sto diabłów. I zazdrosny. Kto wie? Kto wie? Pomódlmy się za ojca Oszajcę. Jak posłyszymy wrzask, będziemy wiedzieli, że trafiliśmy w samą dziesiątkę.
Ja zdaję sobie sprawę, że gnoić kapłanów mojego Kościoła, to niezbyt ładny gest. Tym bardziej, nie jest dobrze, kiedy robi się to za pieniądze. Ponieważ tak się jednak składa, że ma bardzo mocne przeczucie, że jedną z przyczyn tego przykrego stanu rzeczy jest również - owszem, niekoniecznie pośrednio - sam Wacław Oszajca, jakoś mi lżej. A więc, proszę, wspierajcie to miejsce. Numer konta jest tuż obok.